Kryjówka - Nora Roberts - ebook + audiobook

Kryjówka ebook i audiobook

Nora Roberts

4,2

20 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Jeden dzień, pomyślała, jedna chwila, jedna niewinna zabawa. Jak to jest, że ten dzień, ta chwila, ta zabawa wydają się nie mieć końca?

 

Caitlyn Sullivan ma zaledwie dziesięć lat, gdy zabawa w chowanego podczas rodzinnego spotkania na zawsze zmieni jej los.

 

Zdrada, której wtedy doświadczy, nada kształt jej życiu i sprawi, że następne lata będą nieustanną ucieczką przed następstwami traumy. Mimo to przyjdzie moment, gdy Caitlyn zda sobie sprawę, że jeśli nie chce po prostu przetrwać, lecz rozkwitnąć, powinna wrócić do rodzinnego domu i zmierzyć się z przeszłością.

 

Wspomnienie tamtego wieczoru być może nigdy nie przestanie jej ścigać, jednak Caitlyn musi zdecydować, czy liczy się to, przed czym uciekamy, czy to, kto nas znajdzie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 634

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 12 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,2 (381 ocen)
190
106
55
27
3

Popularność




CZĘŚĆ I - UTRACONA NIEWINNOŚĆ

CZĘŚĆ I

UTRACONA NIEWINNOŚĆ

Córki – to one są ważne.

J.M. BARRIE

Dziecko to sama słodycz. Kocha wszystkich i wszyscy są jego przyjaciółmi – dopóki coś się nie stanie.

FLANNERY O’CONNOR

ROZDZIAŁ 1

Big Sur · 2001

Gdy Liam Sullivan umarł w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, we śnie, we własnym łóżku u boku żony, z którą przeżył lat sześćdziesiąt pięć, świat pogrążył się w żalu.

Odeszła ikona.

Urodzony w małym domku stojącym pośród zielonych wzgórz i pól w pobliżu wioski w Glendree w hrabstwie Clare, był siódmym i ostatnim dzieckiem Seamusa i Ailish Sullivanów. W chudych latach poznał, co to głód, i nigdy nie zapomniał przygotowywanego przez matkę puddingu chlebowego z masłem – ani trzepnięć jej ręką, kiedy na nie zasłużył.

Podczas pierwszej wojny światowej stracił wuja i najstarszego brata. Opłakiwał również siostrę, która przed ukończeniem osiemnastu lat zmarła, wydając na świat drugie dziecko.

Od najmłodszych lat wiedział, jak boli grzbiet po orce pługiem ciągniętym przez konia o imieniu Moon. Nauczył się strzyc owce i zarzynać jagnięta, doić krowy i budować kamienne murki. I przez całe długie życie pamiętał wieczory, gdy rodzina zasiadała przy kominku – zapach torfowego dymu, anielski głos matki, wysoki i czysty, którym śpiewała piosenki, uśmiech ojca, gdy na nią patrzył, grając na skrzypkach. I pamiętał tańce.

Będąc chłopcem, czasami zarabiał po kilka pensów, śpiewając w pubach, podczas gdy okoliczni mieszkańcy przy pintach piwa rozmawiali o rolnictwie i polityce. Jego dźwięczny tenor wywoływał łzy w ich oczach, a zwinne ciało i szybkie, zgrabne stopy w tańcu wprawiały w dobry nastrój.

Pragnął czegoś więcej niż oranie pola i dojenie krów, dużo więcej niż drobniaki zarobione w małym pubie w Glendree. Na krótko przed szesnastymi urodzinami opuścił rodzinny dom z kilkoma cennymi funtami w kieszeni. Razem z innymi, którzy pragnęli czegoś więcej, przetrzymał podróż przez Atlantyk w ciasnym pomieszczeniu pod pokładem. Gdy fale rzucały statkiem podczas sztormu i powietrze cuchnęło wymiocinami i strachem, błogosławił swój żelazny organizm.

Sumiennie pisał listy do domu, myśląc o wysłaniu ich na końcu podróży, i podtrzymywał współpasażerów na duchu, zabawiając ich piosenką i tańcem. Flirtował i wymienił kilka niecierpliwych pocałunków z płowowłosą dziewczyną z Cork o imieniu Mary, która podróżowała do Brooklynu, gdzie miała objąć posadę pokojówki w jakimś eleganckim domu.

Z Mary stanął wreszcie w chłodnym, świeżym powietrzu – wreszcie świeżym – i ujrzał wspaniały posąg kobiety wznoszącej pochodnię. Wtedy pomyślał, że to naprawdę początek jego życia. Wszędzie tyle koloru, taki hałas i ruch, tak wielu ludzi stłoczonych w jednym miejscu. To wszystko odległe od farmy, na której się urodził i wychował, nie o ocean, ale o cały świat. A teraz ten świat należał do niego.

Miał terminować u brata matki, Michaela Donahue, jako rzeźnik w dzielnicy Meatpacking. Został serdecznie powitany i zaakceptowany. Dostał łóżko w pokoju, który dzielił z dwoma kuzynami. Mimo że już po paru tygodniach nienawidził dźwięków i smrodu swojej pracy, zarabiał na utrzymanie. Jednak marzył o czymś więcej.

Pierwszy raz odkrył, czym jest to więcej, gdy trochę ciężko zarobionej wypłaty wydał, by usiąść w kinie z Mary o płowych włosach. Tam na srebrnym ekranie ujrzał magię, światy odleglejsze od wszystkiego, co dotąd znał, w których było wszystko, czego człowiek może pragnąć. Nie słyszał w nich odgłosów piły do cięcia kości i uderzeń tasaków. Nawet śliczna Mary przestała istnieć, gdy poczuł, jak przyciąga go ekran i świat, który ten oferował. Piękne kobiety, bohaterscy mężczyźni, dramat, radość. Gdy wrócił do rzeczywistości, widział wokół siebie zachwycone twarze widzów i ich łzy, słyszał śmiech i oklaski. To, pomyślał, była strawa dla głodnego brzucha, ciepły koc na chłód, światło nadziei dla steranej duszy. Nie minął rok, odkąd z pokładu statku ujrzał Nowy Jork, a opuścił to miasto, by wyruszyć na zachód.

Podróżował przez kraj zdumiony jego wielkością, zmieniającymi się widokami i porami roku. Sypiał na polach, w stodołach i na zapleczach barów, gdzie śpiewał w zamian za posłanie na pryczy. Raz spędził noc w areszcie po drobnej bójce w miejscowości Wichita. Nauczył się wskakiwać do pociągów towarowych i unikać policji. Jak opowiadał później w niezliczonych wywiadach, których udzielał po zrobieniu kariery, była to jego przygoda życia. Gdy po prawie dwóch latach podróżowania ujrzał wielkie białe litery układające się w słowo HOLLYWOODLAND, przysiągł, że tu znajdzie sławę i majątek.

Przeżyć pomagały mu rozum, głos i silny grzbiet. Dzięki inteligencji zatrudniał się do budowy scenografii w studiach filmowych, gdzie przy pracy śpiewał. Odgrywał sceny, które oglądał, ćwiczył rozmaite akcenty, które usłyszał, wędrując ze wschodu na zachód. Film dźwiękowy wszystko zmienił i teraz musiały powstać studia nagrań. Aktorzy, których podziwiał w niemych filmach, mieli głosy piskliwe albo dudniące, więc ich gwiazdy gasły. Jego czas nadszedł, gdy reżyser usłyszał, jak śpiewa w czasie pracy – akurat tę piosenkę, którą gwiazda niemego kina miała wykonać w romantycznej scenie w musicalu.

Liam wiedział, że facet za grosz nie umie śpiewać, a ponieważ starał się wiedzieć, co w trawie piszczy, usłyszał, że mówi się o użyciu innego głosu. Miał pewność, że jest we właściwym miejscu i czasie, żeby tym głosem zostać. Jego twarz nie pojawiła się na ekranie, ale głos podbił publiczność. To otworzyło mu drzwi. Statystowanie, epizod, niewielka rola, w której wypowiedział pierwszą kwestię. Kolejne etapy stworzyły podwaliny kariery, która rozwijała się dzięki pracy, talentowi i niestrudzonej energii Sullivana. On, chłopak z farmy w hrabstwie Clare, miał teraz agenta, kontrakt i w złotej erze Hollywood rozpoczął karierę, która miała trwać dekady i pokolenia.

Swoją Rosemary spotkał na planie musicalu, w którym on i łobuzerska popularna aktorka Rosemary Ryan występowali w głównych rolach. Był to pierwszy z ich pięciu wspólnych filmów. Wytwórnia podrzucała gazetom plotki o ich romansie, ale żadna reklama nie była potrzebna. Pobrali się w niecały rok od chwili, gdy się ujrzeli. Miesiąc miodowy spędzili w Irlandii, odwiedzając zarówno jego rodzinę, jak i jej, zamieszkałą w hrabstwie Mayo.

Zbudowali wspaniały dom w Beverly Hills, urodził im się syn, a potem córka. Kupili ziemię w Big Sur, ponieważ – tak jak w przypadku ich romansu – była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dom z widokiem na morze, który tam postawili, nazwali Sullivan’s Rest. Stał się ich miejscem wypoczynku, a gdy lata mijały, coraz bardziej domem.

Ich syn Hugh dowiódł, że talent Sullivanów i Ryanów przechodzi z pokolenia na pokolenie, gdy z odtwórcy dziecięcych epizodów przeistoczył się w aktora grającego pierwszoplanowe role. Ich córka Maureen wybrała Nowy Jork i Broadway.

Hugh zdążył im dać pierwszego wnuka, zanim żona, miłość jego życia, zginęła w katastrofie samolotu, wracając z planu filmowego w Montanie. Ich syn z czasem stał się kolejną gwiazdą ekranu.

Wnuk Liama i Rosemary, Aidan, wierząc, że zgodnie z tradycją Sullivanów w osobie jasnowłosej piękności Charlotte Dupont znalazł miłość swojego życia, wziął z nią ślub w wielkim stylu (ekskluzywne zdjęcia ukazały się w magazynie „People”) i kupił pannie młodej rezydencję w Holmby Hills. Potem dał Liamowi prawnuczkę. Przedstawicielka czwartego pokolenia Sullivanów dostała imię Caitlyn. Hollywood natychmiast pokochało Caitlyn Ryan Sullivan, gdy mając dwadzieścia jeden miesięcy, zadebiutowała jako malutka szelmowska swatka w filmie Czy tata stworzy trójkę? Większość recenzentów uznała, że mała Cate przyćmiła oboje dorosłych aktorów (w tym swoją matkę, która zagrała obiekt westchnień), co w pewnych kręgach wywołało konsternację.

Być może wtedy ostatni raz poczułaby smak dziecięcej sławy, gdyby pradziadek nie obsadził sześcioletniej Caitlyn w roli niezależnej, decydującej o sobie Mary Kate w filmie Marzenie Donovana. Spędziła sześć tygodni na planie w Irlandii i pojawiła się na ekranie obok ojca, dziadka, pradziadka i prababci. Mówiła swoje kwestie z akcentem z zachodniego hrabstwa, jakby się tam urodziła. Film, który zyskał doskonałe recenzje i okazał się komercyjnym sukcesem, był ostatnią produkcją Liama Sullivana. W jednym z trzech wywiadów, których udzielił pod koniec życia, siedząc pod kwitnącą śliwą z widokiem na niezmierzony Pacyfik, powiedział słowami Donovana, że widział, jak jego marzenie się spełnia. Zagrał w świetnym filmie wspólnie z kobietą, którą kochał przez sześć dziesiątków lat, z ich chłopcami Hugh i Aidanem oraz ukochaną wnuczką Cate. Powiedział, że kino dało mu najwspanialsze z przygód, więc uznał, że tym obrazem w doskonały sposób zamknie dżina w butelce.

W chłodne, jasne lutowe popołudnie, trzy tygodnie po śmierci Liama, wdowa po nim, rodzina i wiele osób, z którymi zaprzyjaźnił się przez lata, zebrali się w posiadłości w Big Sur, aby – jak zapowiedziała Rosemary – uczcić jego dobre i spełnione życie. Uroczysty pogrzeb odbył się w Los Angeles, z udziałem znakomitości i z mowami żałobnymi, ale to spotkanie miało upamiętnić radość, jaką dawał. Były przemowy i anegdoty, pojawiły się łzy. Znalazło się miejsce dla muzyki, śmiechu i bawiących się dzieci. Nie zabrakło jedzenia, whiskey i wina.

Rosemary, której włosy były teraz białe jak śnieg na szczytach gór Santa Lucia, cieszyła się tym dniem, gdy usiadła – trochę zmęczona, prawdę mówiąc – przed wysokim kamiennym kominkiem w salonie, który nazywali pokojem spotkań. Mogła stąd obserwować ocean i dzieci, którym zupełnie nie przeszkadzał zimowy chłód. Gdy Hugh przy niej usiadł, ujęła jego dłoń.

– Pomyślisz, że jestem starą wariatką, kiedy ci powiem, że wciąż czuję jego obecność, jakby siedział obok mnie?

W głosie Rosemary, tak jak u jej męża, słychać było śpiewną intonację z rodzinnych stron.

– Jak mógłbym tak myśleć, skoro i ja ją czuję?

Odwróciła się do syna. Siwe włosy miała krótko obcięte, dla stylu i wygody. Jej żywo zielone oczy były pełne humoru.

– Twoja siostra powiedziałaby, że oboje jesteśmy szaleni. Że też urodziłam tak trzeźwo myślące dziecko jak Maureen.

Wzięła herbatę, którą jej podał, i uniosła brew.

– Czy jest w tym whiskey?

– Znam swoją mamę.

– To prawda, mój chłopcze, ale nie wiesz wszystkiego.

Upiła łyk herbaty i westchnęła. Potem przyjrzała się twarzy syna. Jest tak bardzo podobny do ojca, pomyślała. Piekielnie przystojny Irlandczyk. Jej chłopiec, jej dziecko, miał srebrne pasemka we włosach i oczy, które wciąż jaśniały najbardziej błękitnym z błękitów.

– Wiem, jak cierpiałeś, gdy straciłeś Livvy. Tak nagle, w taki okrutny sposób. Widzę ją w naszej Caitlyn, i to w czymś więcej niż wygląd. Widzę to w jej radosnym usposobieniu, w jej zaciętości i sile. Znów gadam jak wariatka.

– Nie. Ja widzę to samo. Kiedy się śmieje, słyszę śmiech Livvy. Ona jest dla mnie skarbem.

– Wiem. Dla mnie też, tak jak była dla twojego taty. Cieszę się, Hugh, że spotkałeś Lily i że po tych wszystkich latach samotności znalazłeś szczęście. Jest dobrą matką dla swoich dzieci i kochającą babcią dla naszej Cate przez te ostatnie cztery lata.

– To prawda.

– Wiedząc to, wiedząc, że Maureen jest szczęśliwa, że jej dzieci i ich dzieci mają się dobrze, podjęłam decyzję.

– W jakiej sprawie?

– Reszty mojego życia. Kocham ten dom – szepnęła. – Tę ziemię. Znam tu wszystko w każdym świetle, o każdej porze roku, w każdej atmosferze. Wiesz, że nie sprzedaliśmy domu w Los Angeles głównie ze względów sentymentalnych i z powodu wygody. Dobrze go mieć na wypadek, gdyby któreś z nas pracowało tam przez jakiś czas.

– Chcesz go teraz sprzedać?

– Myślę, że nie. Wspomnienia stamtąd też są mi drogie. Wiesz, że mamy mieszkanie w Nowym Jorku i że daję je Maureen. Musisz mi powiedzieć, czy chcesz dostać dom w Los Angeles, czy ten tutaj. Chcę to wiedzieć, bo wyjeżdżam do Irlandii.

– Z wizytą?

– Żeby tam zamieszkać. Czekaj. – Powstrzymała go, zanim zdążył coś powiedzieć. – Może i wychowywałam się w Bostonie od dziesiątego roku życia, ale nadal mam tam rodzinę i swoje korzenie. Jest tam również rodzina, którą dał mi twój ojciec.

Hugh położył dłoń na jej ręce i uniósł głowę, spoglądając przez wielkie okno na dzieci i resztę bliskich.

– Rodzinę masz tutaj.

– Tak. Tu, w Nowym Jorku, Bostonie, w Clare, Mayo i… a niech mnie! Teraz nawet w Londynie. Boże, ależ jesteśmy rozrzuceni, prawda, kochanie?

– Na to wygląda.

– Mam nadzieję, że oni wszyscy przyjadą mnie odwiedzić. Jednak to w Irlandii chcę teraz być. W spokojnym, zielonym miejscu. – Uśmiechnęła się do niego z błyskiem w oczach. – Stara wdowa, która piecze irlandzki chleb na sodzie i dzierga szaliki na drutach.

– Nie wiesz, jak upiec chleb i nie umiesz niczego wydziergać.

– Ha! – Klepnęła go w dłoń. – Mogę się nauczyć, nawet teraz, w moim zaawansowanym wieku. Wiem, że macie z Lily własny dom, ale dla mnie nadszedł już czas, by się wycofać, że tak powiem. Bóg jeden wie, jak Liamowi i mnie udało się zgromadzić tyle pieniędzy, robiąc to, co robiliśmy z miłości do naszej profesji.

– Dzięki talentowi. – Delikatnie dotknął palcem jej głowy. – I rozumowi.

– No tak, mieliśmy jedno i drugie. A teraz chcę się pozbyć trochę tego, co uzbieraliśmy. Dla siebie pragnę tego ślicznego domku, który kupiliśmy w Mayo. A więc który dla ciebie, Hugh? Beverly Hills czy Big Sur?

– Ten tutaj. – Gdy się uśmiechnęła, pokręcił głową. – Znałaś odpowiedź, zanim zapytałaś.

– Znam swojego syna lepiej, niż on zna swoją mamę. A więc ustalone. Posiadłość jest twoja. I ufam, że o nią zadbasz.

– Wiesz, że tak, ale…

– Nic z tego, już zdecydowałam. Do licha, spodziewam się, że będę miała gdzie przytulić głowę, kiedy przyjadę w odwiedziny. A przyjadę. Spędziliśmy tu wiele dobrych lat, ja i twój tata. Chcę, żeby nasi potomni też byli tu szczęśliwi. – Poklepała go po ręce. – Popatrz tam, Hugh. – Roześmiała się, widząc Cate stającą na rękach i robiącą przerzuty. – Tam za oknem jest przyszłość, a ja jestem bardzo wdzięczna, że mam udział w jej tworzeniu.

Podczas gdy Cate akrobacjami zabawiała dwóch młodszych kuzynów, jej rodzice kłócili się w gościnnej sypialni. Charlotte, z włosami upiętymi w kok na tę okazję, krążyła po pokoju. Stukanie jej louboutinów na drewnianej podłodze brzmiało jak niecierpliwe pstrykanie palcami. Emanująca z niej dzika energia kiedyś zachwycała Aidana. Teraz tylko go męczyła.

– Na miłość boską, Aidan, chcę się stąd wynieść.

– I zrobimy to. Jutro po południu, zgodnie z planem.

Odwróciła się do niego gwałtownie z ponuro zaciśniętymi ustami. Oczy błyszczały jej łzami gniewu. Miękkie zimowe światło wlewało się za nią przez szerokie szklane drzwi, tworząc wokół jej postaci świetlisty kontur.

– Mam dość, nie rozumiesz? Nie widzisz, że już nie wytrzymuję nerwowo? Czemu, do diabła, musimy jeść jutro to idiotyczne rodzinne śniadanie? Wczoraj była przeklęta kolacja, dziś przez cały dzień ciągną się rozmowy – nie wspominając o pogrzebie. Niekończący się pogrzeb. Ile jeszcze mam usłyszeć opowieści o wspaniałym Liamie Sullivanie?

Kiedyś myślał, że ona rozumie jego głębokie, mocno splecione rodzinne więzy, potem miał nadzieję, że zacznie je rozumieć. Teraz oboje wiedzieli, że zaledwie tolerowała jego bliskich. Do czasu, gdy przestała.

Kompletnie wyczerpany Aidan usiadł i rozprostował długie nogi. Zaczął zapuszczać brodę do swojej nowej roli. Swędziała i to go irytowało. Cierpiał, że w tym momencie dokładnie to samo czuł wobec żony. Wyboje w ich małżeństwie ostatnio się wygładziły. Teraz wyglądało na to, że znów natrafili na koleiny.

– Charlotte, to jest ważne dla mojej babci, dla ojca, dla mnie, dla całej rodziny.

– Twoja rodzina pożera mnie w całości, Aidan.

Odwróciła się na pięcie, rozkładając ręce. Tyle dramatyzmu, pomyślał, z powodu kilku godzin więcej.

– To tylko jedna noc i do kolacji zostanie nas ledwie garstka. Jutro o tej porze będziemy w domu. Nadal mamy gości, Charlotte. Powinniśmy teraz być na dole.

– Więc niech twoja babcia się nimi zajmie. Twój ojciec. Ty. Dlaczego nie mogę wsiąść do samolotu i wrócić do domu?

– Bo to samolot mojego ojca, a ty, Caitlyn i ja wrócimy do domu jutro razem z nim i Lily. Teraz stanowimy jednolity front.

– Gdybyśmy mieli własny samolot, nie musielibyśmy czekać.

Aidan poczuł narastający ból głowy pomiędzy oczami.

– Naprawdę musimy tam zejść? I to teraz? – Wzruszyła ramionami. – Nikomu nie będzie mnie brakowało.

Spróbował innej taktyki i się uśmiechnął. Wiedział z doświadczenia, że na łagodność jego żona reagowała lepiej niż na surowość.

– Mnie będzie.

Wreszcie z westchnieniem uśmiechnęła się w odpowiedzi. Pomyślał, że miała uśmiech, na którego widok serce stawało mężczyznom w piersi.

– Jestem jak wrzód na tyłku.

– Tak, ale mój wrzód na tyłku.

Roześmiała się, po czym podeszła i usiadła mu na kolanach.

– Przepraszam, kochanie. Prawie przepraszam. Tak jakby przepraszam. Wiesz, że nigdy nie lubiłam tego miejsca. Wydaje się tak odizolowane, że wywołuje we mnie klaustrofobię. Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, nie ma sensu.

Wiedział, że nie należy dotykać tych lśniących jasnych włosów, gdy zostały ufryzowane, więc tylko pocałował ją lekko w skroń.

– Rozumiem, ale jutro będziemy w domu. Chcę, żebyś wytrzymała jeszcze tylko jedną noc, dla mojej babci i taty. Dla mnie.

Syknęła i dźgnęła go palcem w ramię, a potem w charakterystyczny dla siebie sposób wydęła usta. Pełne, koralowe wargi, nadąsane i łagodne spojrzenie błękitnych oczu okolonych ciemnymi rzęsami.

– Muszę zdobyć za to punkty. Dużo punktów.

– Co powiesz na długi weekend w Cabo w zamian za te punkty?

Gwałtownie nabrała powietrza i objęła dłońmi jego twarz.

– Mówisz serio?

– Mam jeszcze parę tygodni do rozpoczęcia zdjęć. – Mówiąc to, potarł szczecinę na brodzie. – Powiedzmy, że wybierzemy się na plażę na kilka dni. Cate będzie zachwycona.

– Ona ma teraz szkołę, Aidan.

– Zatrudnimy prywatnego nauczyciela.

– A co powiesz na to? – Teraz objęła męża ramionami i przywarła do niego całym ciałem, nadal w żałobnej czerni. – Cate spędza długi weekend z Hugh i Lily, czym jest zachwycona. A ty i ja jedziemy na kilka dni do Cabo. – Pocałowała go. – Tylko my dwoje. Bardzo chciałabym mieć trochę tylko nas, kochanie. Nie sądzisz, że nam tego potrzeba?

Prawdopodobnie miała rację – gładkie powierzchnie wymagają takiej samej troski jak wyboje. Mimo że nie znosił myśli o pozostawieniu Cate, Charlotte zapewne miała rację.

– Możemy to załatwić.

– Tak! Wyślę esemes do Granta, dowiem się, czy będzie mógł odbyć kilka dodatkowych sesji w tym tygodniu. Chcę mieć idealne ciało do bikini.

– Już je masz.

– Mój słodki mężuś. Zobaczymy, co powie mój brutalny trener. Och! – Poderwała się z jego kolan. – Muszę zrobić zakupy.

– Ale teraz musimy wrócić na dół.

Cień irytacji przemknął przez jej twarz, zanim zdążyła go ukryć.

– Okej. Masz rację, ale daj mi kilka minut, bo muszę zająć się twarzą.

– Twoja twarz jest cudowna, jak zawsze.

– Słodki mężuś. – Wyciągnęła palec w jego stronę, podchodząc do toaletki. Potem stanęła. – Dzięki, Aidan. Ostatnie tygodnie, z tymi hołdami i żałobnymi uroczystościami, były trudne dla nas wszystkich. Kilka dni z dala od tego dobrze nam zrobi. Zaraz zejdę na dół.

Podczas gdy jej rodzice godzili się ze sobą, na zakończenie dnia Cate zorganizowała grę w chowanego na świeżym powietrzu. Jej ulubiona zabawa w trakcie rodzinnych spotkań miała swoje zasady, ograniczenia i otrzymywało się w niej dodatkowe punkty. Tym razem zasady obejmowały tylko teren poza domem, ponieważ kilkoro dorosłych postanowiło, że nie można biegać w środku. Gracz szukający dostawał punkt za każdego uczestnika, przy czym pierwszy znaleziony stawał się szukającym w następnej rundzie. Jeśli ten, który się ukrywał, a teraz był szukającym, miał pięć lub mniej lat, mógł dobrać sobie partnera do pomocy. Jeśli ktoś nie został odkryty przez trzy rundy, zdobywał dziesięć dodatkowych punktów. Ponieważ Cate cały dzień planowała tę grę, wiedziała, jak wszystkich pokonać.

Rzuciła się do biegu, gdy Boyd, siedmiolatek, zaczął odliczać jako pierwszy gracz szukający. Ponieważ mieszkał w Nowym Jorku jak jego babcia, odwiedzał Big Sur najwyżej kilka razy w roku. Nie znał terenu tak dobrze jak ona. Poza tym miała już wybraną nową kryjówkę. Przewróciła oczami na widok pięcioletniej kuzynki Avy, która wpełzła pod biały obrus na stole z jedzeniem. Boyd znajdzie Avę w dwie minuty. Już miała się cofnąć, żeby pokazać dziewczynce lepsze miejsce, ale przecież każde dziecko odpowiadało za siebie!

Większość gości odjechała, kolejni właśnie się żegnali. Jednak wielu dorosłych wciąż kręciło się na tarasach, przy barach na powietrzu albo siedziało wokół któregoś z palenisk. Przypomniawszy sobie dlaczego, poczuła ból. Kochała pradziadka. Zawsze miał dla niej jakąś opowieść, a w kieszeni cytrynowe dropsy. Płakała bez końca, gdy tata jej powiedział, że jego dziadek poszedł do nieba. On też płakał, chociaż mówił, że dziadek miał długie, szczęśliwe życie. Że tak dużo znaczył dla wielu ludzi i nigdy nie zostanie zapomniany.

Pomyślała o zdaniu, które powiedział w ich wspólnym filmie, gdy siedział z nią na kamiennym murku, patrząc na rozciągającą się przed nim ziemię: „Droga życiowa jest naznaczona, kochanie, naszymi czynami – dobrymi lub złymi. Ci, których zostawiamy, oceniają te znaki i pamiętają”.

Przypomniała sobie cytrynowe dropsy i uściski pradziadka, pędząc w stronę garażu i mijając go. Wciąż słyszała głosy dobiegające z tarasów i otoczonego murem ogrodu. Jej celem było wielkie drzewo. Gdyby się wspięła na trzecią gałąź, mogłaby się ukryć za grubym pniem, w gęstwinie liści, które tak pięknie pachniały. Trzy metry nad ziemią. Nikt by jej nie znalazł!

Czarne celtyckie włosy powiewały za nią, gdy tam biegła. Jej niania, Nina, spięła je po bokach spinkami w kształcie motylków, żeby nie spadały na twarz. Zuchwałe, niebieskie oczy Cate śmiały się rozbawione, gdy znikała z widoku z wielopoziomowej rezydencji, daleko poza domkiem gościnnym ze stopniami prowadzącymi do niewielkiej plaży i basenu nad oceanem. Przez pierwszą część dnia miała na sobie sukienkę, żeby zachować się z szacunkiem, ale na później Nina przygotowała dla niej ubranie do zabawy. Musiała uważać, żeby nie zniszczyć swetra, ale wiedziała, że może pobrudzić dżinsy.

– Wygram – szepnęła, sięgając do pierwszej gałęzi wawrzynu kalifornijskiego i opierając stopę w purpurowym (obecnie jej ulubionym kolorze) sneakersie we wgłębieniu w pniu drzewa.

Usłyszała za sobą szmer i chociaż wiedziała, że to nie może być Boyd, jeszcze nie, serce jej zabiło. W oczach mignął jej mężczyzna w stroju kelnera, z jasną brodą i włosami związanymi w kucyk. Miał lustrzane okulary przeciwsłoneczne, od których odbijało się światło.

Cate się uśmiechnęła i przytknęła palec do ust.

– Bawimy się w chowanego – wyjaśniła.

Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.

– Podsadzić cię? – zapytał. Skinął głową, a potem postąpił naprzód, żeby jej pomóc.

Poczuwszy ostre ukłucie igły z boku szyi, spróbowała w nią pacnąć, jakby użądlił ją owad. Potem oczy uciekły jej w tył głowy i przestała cokolwiek czuć.

Mężczyzna momentalnie założył jej knebel, a nadgarstki i kostki nóg związał plastikowymi opaskami zaciskowymi. Nie ważyła dużo, ale będąc w doskonałej formie fizycznej, bez trudu zaniósłby ją do czekającego parę metrów dalej wózka kelnerskiego, nawet gdyby była dorosłą kobietą. Wepchnął ją do szafki wózka, który potoczył do przygotowanej w tym celu furgonetki firmy cateringowej. Wjechał nim na rampę i zatrzasnął drzwi ładowni. W niecałe dwie minuty przejechał długim podjazdem wijącym się na skraj prywatnego półwyspu. Przy bramkach bezpieczeństwa wstukał kod palcem w rękawiczce. Gdy się otworzyły, przejechał przez nie i skręcił w stronę drogi nr 1. Oparł się chęci zdjęcia peruki i sztucznej brody. Jeszcze nie teraz. Chociaż go irytują, jakoś to zniesie. Nie jechał daleko i spodziewał się, że ten wart dziesięć milionów bachor będzie zamknięty w eleganckim letnim domu (właściciele obecnie przebywali na Maui), zanim ktokolwiek nawet pomyśli, żeby jej szukać.

Zjechał z szosy i ruszając pod górę stromą drogą do miejsca, gdzie jakiś bogaty dupek postanowił zbudować sobie wakacyjny raj ze skupiskiem drzew, skał i gęstymi zaroślami, pogwizdywał pod nosem. Wszystko poszło gładko jak po maśle.

Zauważył, że jego wspólnik kręci się na tarasie z tyłu domu, i przewrócił oczami. Skoro mówimy o dupkach.

Na miłość boską, sukces mieli w kieszeni! Dzieciak zostanie pod wpływem środków usypiających, ale na wszelki wypadek muszą nosić maski. Za kilka dni – może szybciej – staną się bogaci, mała wróci do pieprzonych Sullivanów, a on z nowym nazwiskiem i paszportem będzie w drodze do Mozambiku, aby w wielkim stylu rozkoszować się słońcem.

Zatrzymał furgonetkę z boku domu. Był ledwie widoczny z drogi, wiedział więc, że nikt nie dostrzeże samochodu stojącego przy drzewach.

Zanim zdążył wysiąść, jego wspólnik już do niego przybiegł.

– Masz ją?

– Pewnie, kurde. To było bardzo łatwe.

– Jesteś pewien, że nikt cię nie widział? Jesteś pewien…

– Jezu, Denby, wyluzuj.

– Bez nazwisk – syknął Denby, podnosząc przeciwsłoneczne okulary i rozglądając się wokół, jakby ktoś czekał w lesie, by ich zaatakować. – Nie możemy ryzykować, że usłyszy, jak się nazywamy.

– Jest nieprzytomna. Weźmy ją na górę i zamknijmy, żebym mógł zdjąć to gówno z twarzy. Mam ochotę na piwo.

– Najpierw maski. Słuchaj, nie jesteś cholernym lekarzem. Nie możemy mieć stuprocentowej pewności, że nadal jest odurzona.

– Dobra, dobra. Idź po swoją maskę. Ja zostanę przy tym. – Poklepał się po fałszywej brodzie.

Gdy Denby wszedł do domu, mężczyzna otworzył tylne drzwi furgonetki i wsiadł do ładowni, żeby otworzyć szafkę kelnerskiego wózka. Wyłaź, pomyślał, koniec zabawy w chowanego. Opuścił Cate na podłogę, pociągnął do drzwi – nawet nie pisnęła – i wyskoczył z samochodu.

Obejrzał się i na widok Denby’ego, który nadszedł w masce i peruce tańczącego klauna Pennywise’a z horroru Stephena Kinga, zaczął się śmiać jak wariat.

– Jeśli się obudzi, zanim zabierzemy ją do środka, prawdopodobnie zemdleje z przerażenia – powiedział.

– Chcemy, żeby się bała, no nie? Wtedy będzie współpracować. Mała, bogata rozpieszczona dziwka.

– To powinno zadziałać. Nie jesteś Timem Currym, ale zadziała. – Przerzucił sobie Cate przez ramię. – Na górze wszystko gotowe?

– Tak. Okna są zablokowane. Ale nadal ma fantastyczny widok na góry – dodał Denby, idąc za wspólnikiem przez kosztownie rustykalną sień do otwartej przestrzeni wypoczynkowej. – Nie żeby miała się nim cieszyć, skoro cały czas ma być odurzona albo prawie.

Denby podskoczył nerwowo, gdy przypięta do paska jego wspólnika komórka zagrała meksykańską melodię Jarabe Tapatío – Tańca Kapelusza.

– Cholera, Grant!

Grant Sparks tylko się roześmiał.

– Użyłeś mojego nazwiska, idioto. – Wniósł Cate po schodach na piętro otwarte na parter z katedralnym sufitem. – To esemes od mojego cukiereczka. Musisz wyluzować, stary.

Zaniósł Cate do sypialni, którą wybrali, bo jej okna wychodziły na tyły domu i miała własną łazienkę. Rzucił dziewczynkę na wielkie łóżko pozbawione przez Denby’ego wszystkiego poza pościelą – tanią, którą kupili i potem zabiorą ze sobą. Łazienka była po to, żeby nie musieli wyciągać małej z pokoju, unikali też sprzątania po niej, na co żaden z nich nie miał ochoty. Jeśli nabrudzi, wypiorą pościel. Kiedy załatwią sprawę, prześcielą pięknie łóżko, przywracając mu poprzedni wygląd, i usuną gwoździe wbite dla zablokowania okien.

Rozejrzał się zadowolony, że Denby zabrał wszystko, czego dzieciak ewentualnie mógłby użyć jako broni albo wybić tym okno. Zbyt oszołomiona narkotykiem, nie da rady tego zrobić, ale po co ryzykować? Kiedy stąd odjadą, dom będzie w dokładnie takim stanie, w jakim go zastali. Nikt się nie domyśli, że kiedykolwiek byli w środku.

– Wykręciłeś wszystkie żarówki?

– Co do jednej.

– Dobra robota. Trzymaj ją w ciemności. Przetnij te więzy i wyjmij knebel. Jeśli się obudzi i będzie musiała się wysikać, nie chcę, żeby zrobiła to w łóżku. Może walić w drzwi i wrzeszczeć wniebogłosy. Nic jej to nie da.

– Jak myślisz, narkotyk długo działa?

– Kilka godzin. Gdy się ocknie, damy jej trochę doprawionej zupy. Dzięki temu do rana pozostanie nieprzytomna.

– Kiedy masz zamiar zadzwonić?

– Po zmroku. Cholera, jeszcze nawet nie zaczęli jej szukać. Bawiła się w pieprzonego chowanego, zgodnie z zapowiedzią, i pobiegła prosto tam, gdzie miałem ją złapać. – Klepnął Denby’ego w plecy. – Poszło jak z płatka. Dokończ to i upewnij się, że drzwi są zamknięte. Idę odkleić to gówno z twarzy. – Zdjął perukę i siatkę, którą miał pod nią, odsłaniając krótkie, stylowo ostrzyżone brązowe włosy z rozjaśnionymi przez słońce pasemkami. – Idę po piwo.

ROZDZIAŁ 2

Gdy goście odjechali i została tylko rodzina, Charlotte wypełniała swoje obowiązki. Usiadła z Rosemary, porozmawiała z Lily i z Hugh. Powtarzała sobie, że dla oczekiwanej nagrody warto się wysilić.

I rzeczywiście kosztowało ją to sporo wysiłku. Lily postrzegała siebie jako wielką aktorkę, bo kilka razy nominowano ją do Oscara (nie dostała go, ha!), ale bez względu na to, jak była miła, Charlotte wyczuwała jej niechęć. Do diabła, wyczuwała ją za każdym razem, gdy zbliżyła się do tej starej wiedźmy z jej głupim akcentem piękności z Południa.

Lecz ona też umiała być miła. I była, zmuszając się do uśmiechu, gdy Lily wybuchała tym swoim gromkim śmiechem, który Charlotte uważała za równie sztuczny jak charakterystyczne rude włosy Lily Morrow.

Wzięła łyk cosmopolitana, który Hugh przygotował jej przy barze po drugiej stronie pokoju spotkań. Sullivanowie wiedzieli przynajmniej, jak zrobić porządnego drinka. A zatem będzie popijać drinki, uśmiechać się, udawać, że nie ma tego gdzieś, gdy ktoś opowiadał kolejną historyjkę o świętym Liamie. I jakoś to przeczeka.

Gdy słońce zanurzało się w oceanie – kula ognia tonąca w błękicie – dzieci wróciły do domu. Brudne, hałaśliwe i oczywiście wygłodniałe. Były ręce i twarze do umycia, a w niektórych przypadkach ubrania do zmiany, zanim dzieci zjedzą posiłek i się wykąpią. Starsze będą mogły obejrzeć wybrany film w sali kinowej, podczas gdy dorośli zasiądą do kolacji, a młodsze pójdą spać.

W kuchni nianie przygotowywały jedzenie, uwzględniając alergię na orzeszki ziemne u jednego, nietolerancję laktozy u drugiego, wegańskie wychowanie jeszcze innego.

Zajęta robieniem sałatki owocowej Nina rozejrzała się, licząc dziecięce głowy. Uśmiechnęła się, gdy Boyd chwycił kilka czipsów.

– Czy Caitlyn nie jest głodna?

– Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami i biorąc trochę salsy. – Nie wygrała. Może mówić, że tak, ale nie wygrała.

Ponieważ jego niania – tak jakby jej potrzebował! – była zajęta jego młodszą siostrą, Boyd podkradł ciastko, chociaż te były zakazane przed kolacją.

– Nie przyszła, kiedy ogłosiliśmy zakończenie gry, więc to jest przegrana.

– Nie wróciła razem z wami?

Sprytny chłopczyk szybko rozprawił się z ciastkiem, na wypadek gdyby jego niania spojrzała w ich stronę.

– Nikt jej nie znalazł, więc powie, że wygrała, ale przegrała. Może wcześniej zakradła się do domu, a to jest oszustwo. Tak czy inaczej nie wygrała.

– Caitlyn nie oszukuje. – Nina wytarła ręce i poszła szukać swojej dziewczynki.

Sprawdziła pokój Cate, gdzie ta mogła przyjść, żeby się przebrać albo skorzystać z łazienki. Rozejrzała się na pierwszym piętrze, ale większość drzwi była zamknięta, więc wyszła na szeroki taras na wspornikach. Zawołała Cate, bardziej zniecierpliwiona niż zaniepokojona, zeszła mostkiem z balustradą prowadzącym do domowego basenu, wróciła tą samą drogą, po czym zeszła po schodach na zewnątrz.

Cate uwielbiała ogrodzony murem ogród, więc Nina zajrzała tam, potem do małego sadu i wołała, wołała… Słońce zeszło niżej, cienie się wydłużyły, powietrze ochłodziło. A jej serce zaczęło walić.

Miejska dziewczyna, urodzona i wychowana w Los Angeles, Nina Torez miała to, co uważała za zdrową nieufność wobec wsi. Zaczęła wyobrażać sobie jadowite węże, pumy, kojoty, a nawet niedźwiedzie, wołając Cate coraz bardziej rozpaczliwie.

Głupie, powiedziała sobie, to wszystko jest zwyczajnie głupie. Catey nic się nie stało, może… zasnęła gdzieś w wielkim domu. Albo…

Pobiegła do domku dla gości i wpadła do środka, wołając podopieczną. Ściana od strony morza była ze szkła. Patrząc na wodę, Nina wyobraziła sobie wszystkie sposoby, w jakie fale mogły pochłonąć małą dziewczynkę. Myśląc o tym, jak Cate kochała tę małą plażę, wybiegła na zewnątrz, potem w dół po schodkach, bez przerwy wołając, podczas gdy lwy morskie wylegujące się na skałach przyglądały się jej znudzonym wzrokiem.

Pobiegła z powrotem do basenu, potem do szopy ogrodowej. Wpadła do domu, żeby przeszukać kino, pokój dzienny, salę do przeprowadzania prób, a nawet schowki. Potem sprawdziła garaż.

– Caitlyn Ryan Sullivan! Natychmiast wyjdź! Przerażasz mnie!

Wtedy znalazła spinkę w kształcie motyla, którą tego ranka przy starym drzewie wpięła w śliczne długie włosy Cate. To nic nie znaczyło, pomyślała, kurczowo ściskając ją w dłoni. Dziewczynka stawała na rękach, ćwiczyła przerzuty, biegała, robiła piruety, tańczyła. Spinka po prostu wypadła. Nina bez przerwy to sobie powtarzała, biegnąc z powrotem do domu. Jej oczy zapełniły się łzami, gdy otworzyła ciężkie frontowe drzwi i wpadła na Hugh.

– Nino, co się, u licha, stało?

– Nie mogę… Nie mogę… Panie Hugh, nie mogę znaleźć Caitlyn. Nigdzie jej nie ma. Znalazłam tylko to. – Podała mu spinkę i wybuchnęła płaczem.

– No już, nie martw się. Ukryła się gdzieś. Znajdziemy ją.

– Bawiła się w chowanego.

Nina zaczęła drżeć, gdy poprowadził ją do głównego salonu, w którym zgromadziła się większość rodziny.

– Ja… poszłam pomóc Marii z małą Circi i dzidziusiem. Catey się bawiła z innymi dziećmi, więc weszłam do domu.

Charlotte, siedząc z drugim kieliszkiem cosmopolitana, podniosła wzrok, gdy Hugh wprowadził nianię do środka.

– Na miłość boska, Nino, co się dzieje?

– Szukałam wszędzie. Nie mogę jej znaleźć. Nie mogę znaleźć Catey.

– Zapewne jest na górze w swoim pokoju.

– Nie, proszę pani, nie. Zaglądałam tam. Wszędzie. Wołałam i wołałam. To grzeczna dziewczynka. Nigdy się nie chowała, kiedy ją wzywałam i słyszała, że się martwię.

Aidan wstał.

– Kiedy ostatni raz ją widziałaś?

– Jak zaczęli się bawić w chowanego. Godzinę temu, może więcej. Była z innymi dziećmi, więc poszłam pomóc przy tych małych. Panie Aidanie… – Pokazała mu spinkę. – Znalazłam tylko to, przy dużym drzewie obok garażu. Miała ją we włosach. Spięłam je nią dziś rano.

– Znajdziemy ją. Charlotte, sprawdź jeszcze raz pokoje na górze. Oba piętra.

– Ja też pomogę. – Lily podniosła się z miejsca, jej córka również.

– Zaczniemy tutaj. – Siostra Hugh poklepała Charlotte po ramieniu. – Jestem pewna, że nic jej się nie stało.

– Miałaś jej pilnować! – Charlotte zerwała się na nogi.

– Pani Charlotte…

– Charlotte. – Aidan wziął żonę za rękę. – Nina nie miała powodu bez przerwy pilnować Cate, gdy ta się bawiła z innymi dziećmi.

– Więc gdzie ona jest? – zapytała ostro Charlotte i wybiegła z pokoju, wołając córkę.

– Nino, chodź i usiądź przy mnie. – Rosemary wyciągnęła dłoń. – Mężczyźni przeszukają teren na zewnątrz, każdy zakątek. Reszta będzie sprawdzać dom. – Spróbowała przywołać na twarz uspokajający uśmiech, który jednak nie dotarł do jej oczu. – A kiedy znajdziemy Catey, porządnie ją zbesztam.

Szukali ponad godzinę, przetrząsając rozległy dom, zabudowania, teren. Lily zebrała dzieci i zapytała, kiedy ostatni raz widziały Cate. Okazało się, że na początku gry, którą ta zorganizowała. Lily, której płomiennie ruda fryzura straciła kształt podczas poszukiwań, wzięła za rękę Hugh.

– Sądzę, że powinniśmy wezwać policję.

– Policję! – wykrzyknęła Charlotte. – Moja dziecinka! Coś się stało mojemu dziecku. Ona wylatuje z pracy! Ta bezużyteczna kobieta jest zwolniona. Aidan, Boże, Aidan…

Gdy na wpół omdlała oparła się o niego, zadzwonił telefon.

Hugh zaczerpnął powietrza, podszedł do aparatu i podniósł słuchawkę.

– Tu rezydencja Sullivanów.

– Jeżeli chcecie znów zobaczyć dziewczynkę, to będzie kosztować dziesięć milionów, w nieoznakowanych banknotach z różnych serii. Zapłaćcie, a wróci do was bez szwanku. Jeśli skontaktujecie się z policją, mała umrze. Jeśli skontaktujecie się z FBI, to umrze. Jeśli skontaktujecie się z kimkolwiek – umrze. Czekajcie przy telefonie. Zadzwonię z dalszymi instrukcjami.

– Proszę poczekać. Pozwolić mi… – Jednak połączenie zostało przerwane.

Odkładając słuchawkę, Hugh z przerażeniem spojrzał na syna.

– Ktoś ma Cate.

– Och, Bogu dzięki! Gdzie ona jest? – zapytała niecierpliwie Charlotte. – Aidan, musimy natychmiast po nią jechać.

– Tata nie to miał na myśli. – Serce w nim zamarło i mocno przytulił Charlotte. – Prawda, tato?

– Żądają dziesięciu milionów.

– O czym wy mówicie? – Charlotte próbowała wyrwać się z ramiona Aidana. – Dziesięć milionów za… Wy… ona… Moje dziecko zostało porwane?

– Musimy wezwać policję – powtórzyła Lily.

– Tak, ale muszę wam powiedzieć… Zagroził, że jeśli to zrobimy, skrzywdzi ją.

– Skrzywdzi? To tylko mała dziewczynka. Moja córeczka. – Łkając, Charlotte przycisnęła twarz do ramienia Aidana. – O Boże, Boże, jak to mogło się stać? Nina! Ta suka prawdopodobnie wzięła w tym udział. Zabiję ją.

Odsunęła się od Aidana i odwróciła do Lily.

– Nikt nie zadzwoni na policję. Nie pozwolę im skrzywdzić mojej dziewczynki. Mojego dziecka! Możemy zdobyć pieniądze. Chwyciła Aidana za koszulę. – Pieniądze nic nie znaczą. Aidan, chodzi o naszą córeczkę. Powiedz im, że zapłacimy – każdą cenę. Niech tylko oddadzą nam dziecko.

– Nie martw się. Odzyskamy ją, wróci bezpieczna.

– Nie chodzi o pieniądze, Charlotte. – Przerażony Hugh potarł dłońmi twarz. – A co, jeśli zapłacimy, a oni… jednak ją skrzywdzą? Potrzebujemy pomocy.

– Jakie jeśli? – Gdy się do niego obróciła, starannie upięty kok Charlotte się rozpadł i włosy rozsypały jej się na ramiona. – Czy nie powiedziałeś przed chwilą, że ją skrzywdzą, gdy nie zapłacimy albo wezwiemy policję? Nie narażę córki na ryzyko. Nie zrobię tego.

– Mogliby namierzyć połączenie – zaczął Aidan. – Mogliby wykryć, w jaki sposób ktoś ją uprowadził.

– Mogliby? Mogliby!? – Głos Charlotte zabrzmiał piskliwie, jakby ktoś przeciągnął gwoździem po tablicy. – To ona tyle dla ciebie znaczy?

– Jest dla mnie wszystkim. – Aidan musiał usiąść, bo nogi zaczęły mu się trząść. – Musimy pomyśleć. Musimy zrobić to, co najlepsze dla Catey.

– Zapłacimy mu, ile tylko zechce, zrobimy wszystko, co każe. Aidan, dobry Boże, Aidan, możemy zdobyć pieniądze. To nasze dziecko.

– Ja zapłacę. – Hugh spojrzał na wykrzywione płaczem rysy Charlotte i przerażoną przejętą zgrozą twarz syna. – Została porwana z domu mojego ojca, domu, który matka oddała mnie. Zapłacę.

Znów szlochając, Charlotte rzuciła mu się w objęcia.

– Nigdy nie zapomnę… Nic jej nie będzie. Po co miałby ją krzywdzić, jeśli damy mu to, czego żąda? Chcę dostać z powrotem moją córeczkę. Chcę moją dziewczynkę.

Odczytując sygnał Hugh, gdy Charlotte go ściskała, Lily wkroczyła do akcji.

– Już dobrze, spokojnie, pozwól mi zabrać cię na górę. Mirando – zwróciła się do młodszej córki – może pomogłabyś zająć czymś dzieci? Zabierz je na dół do sali kinowej, włącz jakiś film i każ komuś przynieść Charlotte herbatę. Wszystko będzie dobrze. – Uspokajała kobietę, wyprowadzając ją z pokoju.

– Chcę moje dziecko.

– Oczywiście, że chcesz.

– Przygotujcie kawę – powiedziała Rosemary. Siedziała blada, z mocno ściśniętymi dłońmi, ale wyprostowana. – Musimy zachować przytomność umysłu.

– Zadzwonię w kilka miejsc, zacznę organizować pieniądze. Nie – rzucił, gdy Aidan ruszył do drzwi. – Na razie zostaw ją Lily. Tak będzie najlepiej. Musimy omówić coś więcej niż zbieranie pieniędzy i zastanowić się, jak, na Boga, udało się porwać Cate pod naszym nosem. To amatorzy i to mnie śmiertelnie przeraża.

– Dlaczego tak uważasz? – zapytał Aidan.

– Dziesięć milionów, Aidan, w gotówce. Znajdę sposób, żeby je zdobyć i zrobię to, ale co potem? Jak oni sobie wyobrażają transport takiej ogromnej sumy? Chodzi o stronę praktyczną. To nie jest mądre, synu. Odebranie pieniędzy przelewem, na jakieś konto, byłoby mądre. A to nie jest.

Gdy wszyscy w pokoju zaczęli mówić jednocześnie, głosami podniesionymi z gniewu i niepokoju, Rosemary powoli wstała z fotela.

– Dość!

Jej autorytet jako głowy rodziny sprawił, że zapadła cisza.

– Czy któreś z was widziało kiedyś dziesięć milionów dolarów w gotówce? Hugh ma rację. Tak jak ma rację, że powinniśmy wezwać policję. Ale… – Urwała, trzymając palec w górze, zanim znów podniosły się głosy. – To Aidan i Charlotte mają głos w tej sprawie. Wszyscy kochamy Caitlyn, ale oni są jej rodzicami. Zatem zbierzemy pieniądze. Hugh i ja. To nasza rola – zwróciła się do Hugh. – Mój dom wkrótce będzie należał do ciebie. Zatem pójdziemy do gabinetu twojego ojca i zrobimy, co trzeba, żeby to załatwić, i to szybko. Zanieście jej herbatę na górę – kontynuowała Rosemary. – Nie wątpię, że ktoś z was ma jakieś pastylki nasenne. Zważywszy na jej osobowość i stan psychiczny, chyba najlepiej będzie skłonić Charlotte, żeby wzięła teraz pastylkę i poszła spać.

– Ja zaniosę jej herbatę – zaproponował Aidan. – A Charlotte ma własne pastylki. Dopilnuję, żeby jedną wzięła. Jednak najpierw spróbuję ją przekonać, żebyśmy wezwali policję. Bo zgadzam się z wami. Lecz jeśli coś się stanie…

– Nie wszystko naraz. – Podeszła do wnuka i chwyciła go za ręce. – Zdobędziemy pieniądze, twój tata i ja. I wszyscy zrobimy to, co zdecydujecie ty i Charlotte.

– Babciu. – Podniósł jej dłonie i przytulił do swoich policzków. – Cate jest dla mnie centrum świata.

– Wiem. Bądź silny dla niej. Hugh, chodźmy zdobyć dla tych drani pieniądze, których żądają.

Cate powoli się budziła. Ponieważ bolała ją głowa, mocno zacisnęła powieki i skuliła się, próbując odepchnąć ból. Gardło miała podrażnione i coś się przewracało w jej brzuchu, jakby domagało się zwymiotowania. Nie chciała chorować, o nie. Pragnęła być z Niną albo z tatą, albo z mamą. Z kimś, kto sprawi, że to minie.

Otworzyła oczy i zobaczyła ciemność. Coś było naprawdę nie tak. Czuła się bardzo chora, ale nie pamiętała, żeby zachorowała.

Łóżko wydawało się dziwne – zbyt twarde, ze zbyt szorstką pościelą. Cate miała wiele łóżek w różnych pokojach. We własnym domu, w domu dziadka i babci Lil, pradziadka i prababci, w…

Nie, pradziadek umarł, teraz to sobie przypomniała. I mieli w rezydencji uroczystość dla upamiętnienia jego życia. Bawiła się z dziećmi. W berka, w sztuczki i w chowanego. I…

Mężczyzna, jakiś mężczyzna w jej kryjówce. Czyżby spadła z drzewa?

Usiadła prosto na łóżku i pokój zawirował. Jednak zawołała Ninę. Gdziekolwiek była, Nina zawsze znajdowała się blisko. Gdy jej oczy przywykły do ciemności i nic nie wyglądało, jak trzeba, wstała z łóżka. W wątłym świetle gwiazd i sierpa księżyca dostrzegła drzwi i ruszyła w ich stronę. Nie otworzyły się, więc zaczęła w nie walić, z płaczem wołając Ninę.

– Nino! Nie mogę wyjść. Źle się czuję. Nino. Tatusiu, proszę. Mamo, wypuść mnie, wypuść!

Z myślą, że później może im się to przydać, nagrali jej błagalne krzyki. Drzwi otworzyły się tak szybko, że uderzyły Cate, przewracając ją. W jasnym świetle, które wpadło do pokoju, ukazała się twarz groźnego klauna z ostrymi zębami.

Gdy Cate krzyknęła, klaun się roześmiał.

– Nikt cię nie usłyszy, głupia, więc się zamknij, do cholery, albo złamię ci rękę i ją zjem.

– Spokojnie, Pennywise.

Do pokoju wszedł wilkołak. Niosąc tacę, przeszedł tuż obok Cate, która popełzła w tył na piętach i łokciach. Postawił tacę na łóżku.

– Masz tu zupę i mleko. Zjedz to i wypij, inaczej mój kumpel cię przytrzyma, a ja ci je wleję do gardła.

– Chcę do tatusia!

– Ooch! – Ten, którego nazwano Pennywise, roześmiał się nieprzyjemnie. – Ona chce do tatusia. Szkoda, bo już pociąłem twojego tatusia na kawałki i nakarmiłem nim świnie.

– Dość tego – powiedział wilkołak. – Oto nasza umowa, mała. Jesz wszystko, co ci dajemy, i wtedy, gdy to dostajesz. Korzystasz z łazienki obok. Nie sprawiasz kłopotu, nie robisz bałaganu, a za kilka dni wracasz do swojego tatusia. W przeciwnym razie zrobimy ci krzywdę, i to wielką.

Cate poczuła, jak rosną w niej jednocześnie strach i wściekłość.

– Nie jesteś prawdziwym wilkołakiem, bo to jest charakteryzacja. Maska.

– Myślisz, że jesteś taka sprytna?

– Tak!

– A co powiesz na to? – Pennywise sięgnął do tyłu i wyciągnął zza pasa pistolet. – Czy to wygląda na prawdziwe, ty mała suko? Chcesz to sprawdzić?

– Uspokój się – warknął do niego wilkołak. – A ty…

– Zjedz tę zupę, całą – dodał gniewnie klaun. – To samo z mlekiem. Bo jak nie, połamię ci palce, gdy wrócę. Rób, co ci mówimy, a za kilka dni znów będziesz księżniczką. – Pochyliwszy się, jedną ręką chwycił ją za włosy i gwałtownie odchylił głowę, a drugą przyłożył jej pistolet do gardła.

– Daj spokój, pieprzony klaunie. – Wilkołak chwycił go za ramię, ale Pennywise odtrącił jego rękę.

– Najpierw musi dostać lekcję. Chcesz wiedzieć, co się dzieje, gdy małe bogate dziwki pyskują? Powiedz: „Nie wiem, proszę pana”. Powiedz to!

– Nie wiem, proszę pana.

– Jedz swoją cholerną kolację.

Pennywise wypadł z pokoju, a Cate nadal siedziała na podłodze, drżąc i łkając.

– Na miłość boską, po prostu zjedz tę zupę – mruknął wilkołak. – I bądź cicho.

Wyszedł i zamknął drzwi.

Ponieważ podłoga była zimna, Cate weszła z powrotem na łóżko. Nie miała koca i nie mogła przestać się trząść. Może czuła lekki głód, ale nie chciała jeść zupy. Jednak nie chciała też, żeby człowiek w masce klauna połamał jej palce albo ją zastrzelił. Pragnęła tylko, żeby Nina przyszła i jej zaśpiewała albo tatuś opowiedział jakąś historię, albo mama pokazała wszystkie piękne ubrania, które kupiła tego dnia.

Szukali jej. Wszyscy. A gdy ją znajdą, na zawsze zamkną mężczyzn w maskach w więzieniu. Pocieszona tą myślą nabrała na łyżkę trochę zupy. Nie pachniała dobrze, a odrobina, którą przełknęła, miała dziwny smak. Coś było z nią nie tak. Nie mogła jej zjeść. Dlaczego tak im zależało, żeby zjadła?

Marszcząc brwi, znów powąchała zupę, a potem mleko w szklance. Być może je zatruli. Zadrżała i potarła ramiona, żeby się rozgrzać i uspokoić. Trucizna nie miała sensu. A jednak to nie smakowało jak trzeba. Cate widziała mnóstwo filmów, a w nich czarne charaktery czasami dodawały truciznę do jedzenia. Porwano ją, ale to nie oznaczało, że była głupia. Tyle wiedziała. I nie związali jej, po prostu zamknęli.

Chciała podbiec do okna, ale pomyślała: Cicho, bądź cicho. Wstała z łóżka i podeszła do niego na palcach. Zobaczyła drzewa i ciemność, w oddali cień wzgórz. Żadnych domów ani świateł.

Oglądając się za siebie, z bijącym sercem spróbowała otworzyć okno i wyczuła gwoździe. Poczuła ogarniającą ją panikę, ale zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać. Jej mama ćwiczyła jogę i czasami pozwalała Cate się przyłączyć. Wdech i wydech.

Uważali, że jest głupia. Myśleli: to tylko głupi dzieciak. Jednak się mylili. Nie zamierzała jeść zupy ani pić mleka, do których dodali narkotyku. Prawdopodobnie. Wzięła miskę i szklankę i po cichu poszła do łazienki. Wylała wszystko do toalety, a potem zrobiła siusiu, bo już naprawdę musiała. Na koniec spuściła wodę.

Gdy wrócą, uda, że śpi. Bardzo głęboko. Wiedziała jak. Przecież była aktorką, prawda? I nie była głupia, więc wsunęła łyżkę pod poduszkę.

Nie miała pojęcia, która jest godzina i jak długo wcześniej spała. Ponieważ on – jeden z nich – wbił w nią igłę. Jednak poczeka, aż przyjdą zabrać tacę. I będzie się modlić, żeby nie zauważyli braku łyżki.

Starała się już nie płakać. Nie przyszło jej to łatwo, ale musiała się zastanowić, co powinna zrobić. Nikt nie potrafi rozsądnie myśleć, kiedy płacze, więc musiała się powstrzymać.

To trwało wieczność, tak długo, że niemal zdążyła zasnąć. Wtedy usłyszała szczęk zamka i drzwi się otworzyły.

Oddychaj powoli, równo. Nie zaciskaj powiek, nie poderwij się, jeśli cię dotknie. Już wcześniej zdarzało jej się udawać, że śpi – i Nina nawet dawała się nabrać – gdy chciała dłużej poczytać.

Nagle zabrzmiała melodyjka i Cate omal nie podskoczyła. Mężczyzna – wilk, bo teraz znała jego głos i rozpoznała, że należał do człowieka, który miał ją podsadzić na drzewo – rzucił brzydkie słowo. Jednak odbierając połączenie, odezwał się innym tonem:

– Cześć, Słoneczko. Dzwonisz z telefonu tej idiotki niani, tak? Więc jeśli gliny to sprawdzą, wina spadnie na nią? Och, doskonale. Co tam nowego? Tak, nic jej nie jest. Właśnie na nią patrzę. Śpi jak niemowlę. – Słuchając, trącił Cate palcem w żebra, ale ani drgnęła. – Moja dziewczynka! Tak trzymaj. Nie zawiedź mnie. Drugi raz zadzwonię za jakieś pół godziny. Wiesz, że tak, Słoneczko. Jeszcze tylko kilka dni i będziemy to mieli za sobą. Już liczę godziny.

Cate leżała nieruchomo, gdy usłyszała szelest, a potem oddalające się kroki mężczyzny.

– Debile – mruknął ze śmiechem w głosie. – Ludzie to cholerni debile. A kobiety są najgłupsze ze wszystkich.

Drzwi się zamknęły i szczęknął zamek.

Cate się nie poruszała. Czekała i czekała, w myślach licząc do stu, potem jeszcze raz do stu. W końcu zaryzykowała i otworzyła oczy. Nie widziała ani nie słyszała tego człowieka, ale oddychała tak, jakby spała. Powoli usiadła i wyjęła łyżkę spod poduszki. Najciszej jak umiała, podkradła się do okna. Kiedyś z dziadkiem zbudowali domek dla ptaków. Wiedziała, jak się wbija gwoździe i jak można je wyciągnąć.

Użyła łyżki, ale dłonie miała śliskie od potu. Omal jej nie upuściła i nie zaczęła znów płakać. Wytarła ręce i łyżkę o dżinsy i jeszcze raz spróbowała podważyć gwóźdź. Z początku się nie poruszył, ani odrobinę. Potem wydało jej się, że drgnął i zwiększyła wysiłek. Pomyślała, że jej się udało, prawie udało, gdy usłyszała głosy pod domem. Przerażona, ciężko dysząc, opadła na podłogę.

Jakiś samochód ruszył. Koła zazgrzytały na żwirze. Trzasnęły drzwi – frontowe drzwi domu. Jeden wszedł do środka, drugi gdzieś odjechał. Wysunęła głowę i przez chwilę obserwowała oddalające się tylne światła auta.

Może powinna poczekać, aż obaj znów będą w domu, ale zbyt mocno się bała i zacisnąwszy zęby, od nowa zabrała się do wyciągania gwoździa. Wyskoczył i stuknął o podłogę, co w jej uszach zabrzmiało jak eksplozja. Rzuciła się z powrotem na łóżko i znieruchomiała, starając się głęboko oddychać, ale nie mogła powstrzymać drżenia. Gdy nikt się nie pojawił, łzy ulgi napłynęły jej do oczu.

Dłonie znów miała spocone, mimo to zabrała się do wyciągania kolejnego gwoździa. Włożyła go do kieszeni i wytarła wilgotne, obolałe palce. Udało jej się przekręcić uchwyt w oknie, które otworzyło się z głośnym skrzypnięciem. Jednak nikt nie przyszedł, nawet gdy otworzyła je na tyle szeroko, by móc wystawić głowę na zewnątrz i poczuć chłodne nocne powietrze.

Było zbyt wysoko, by wyskoczyć.

Przez dłuższą chwilę Cate nasłuchiwała odgłosów oceanu, samochodów i ludzi, ale nie słyszała nic oprócz wiatru, skowytu kojota i pohukiwania sowy. Ani jedno drzewo nie rosło na tyle blisko, by mogła uchwycić się gałęzi, nie było żadnego gzymsu, okratowania czy czegokolwiek, co pomogłoby jej zejść. Jednak musiała zejść na dół, a potem uciec i znaleźć pomoc.

Zaczęła od prześcieradeł. Początkowo próbowała je rozedrzeć, ale nie zdołała, więc związała je razem tak mocno, jak potrafiła, a potem dodała poszewki na poduszki. Jedyną rzeczą, do której mogła je przywiązać, był słupek łóżka. Całkiem jak Roszpunka z baśni, pomyślała, tyle że włosy zastąpiła pościel. Dzięki niej wydostanie się z wieży. Z nerwów znów zachciało jej się siusiu, ale się powstrzymała. Z zaciśniętymi zębami starała się zamocować węzeł na drewnianym słupku.

Wtem usłyszała nadjeżdżający samochód i poczuła, jak w żołądku zaciska jej się supeł ciaśniejszy niż wszelkie węzły, którymi mogłaby związać prześcieradła. Gdyby teraz zajrzeli do pokoju, przyłapaliby ją. Powinna była poczekać.

Będąc w pułapce, mogła jedynie siedzieć na podłodze i wyobrażać sobie otwierające się drzwi. Maski. Broń. Swoje łamane palce. Zwinęła się w kłębek i zacisnęła powieki.

Znów usłyszała głosy dochodzące zza okna. Czy gdyby spojrzeli w górę, zauważyliby, że je otworzyła?

Jeden z nich odezwał się głosem wilka:

– Jezu, ty dupku, myślisz, że to odpowiedni czas, żeby się naćpać?

Klaun się roześmiał.

– Racja. Załatwiają kasę?

– Bez szemrania, zwłaszcza gdy usłyszeli nagranie – odparł wilk i głosy się oddaliły. Trzasnęły drzwi.

Zbyt przerażona, żeby się przejmować zachowaniem ciszy, pociągnęła prowizoryczną linę do okna i wyrzuciła ją na zewnątrz. Od razu zauważyła, że jest zbyt krótka, i pomyślała o ręcznikach z łazienki. Lecz w każdej chwili mogli tu przyjść, więc wydostała się za okno i chwyciła prześcieradła. Jej dłonie zsunęły się po nich bezradnie kilkanaście centymetrów i ledwo stłumiła krzyk. Jednak mocno zacisnęła je na linie, spowalniając ślizg.

W oknie pod sobą zobaczyła światło. Gdyby dostrzegli linę i wyjrzeli, schwytaliby ją. Może po prostu zastrzelili. Nie chciała umierać.

– Proszę, proszę, proszę… – wyszeptała.

Instynkt kazał jej owinąć nogi wokół prześcieradła i opuszczać się w dół aż do jego końca. Mogła teraz zajrzeć do domu. Widziała dużą kuchnię – sprzęty z nierdzewnej stali, ciemnobrązowe kamienne blaty, ściany w odcieniu bladej zieleni.

Zamknęła oczy, puściła linę i spadła.

Zabolało. Uderzając o ziemię, musiała powstrzymać kolejny krzyk. Skręciła kostkę, stłukła łokieć, ale się nie zatrzymała. Pobiegła w kierunku drzew, całym sercem wierząc, że jej nie znajdą, gdy do nich dotrze.

Myśląc o tym, biegła dalej.

Aidan po cichu wszedł do sypialni, którą dzielił z Charlotte. Wyczerpany, straszliwie przygnębiony, podszedł do okna. Gdzieś tam była jego Catey. Przerażona, sama. Dobry Boże, nie pozwól, by ją skrzywdzili.

– Nie śpię – mruknęła Charlotte i usiadła na łóżku. – Wzięłam tylko pół tabletki, żeby się uspokoić. Tak mi przykro, Aidan. Histeryczne zachowanie jeszcze nikomu nie pomogło. Nie pomaga naszej dziecince. Ale tak bardzo się boję.

Aidan podszedł do łóżka, usiadł obok niej i wziął ją za rękę.

– On znów zadzwonił.

Charlotte gwałtownie zaczerpnęła powietrza i mocno ścisnęła jego dłoń.

– Caitlyn.

Nie zamierzał jej powiedzieć, że zażądał rozmowy z córką, żeby się upewnić, że nic jej nie jest. Że słyszał, jak jego dziecko krzyczy i płacze, bo chce wrócić do taty.

– Nie mają powodu jej skrzywdzić, a wszelkie powody, żeby tego nie robić. – Dziesięć milionów powodów, pomyślał.

– Co powiedzieli? Wypuszczą ją? Będziemy mieli pieniądze?

– On chce je dostać jutro o północy. Jeszcze nie powiedział gdzie. Zadzwoni ponownie. Tata i babcia to organizują. On mówi, że kiedy dostanie pieniądze, powie nam, gdzie znajdziemy Cate.

– Odzyskamy ją, Aidan. – Objęła go i zaczęła się kołysać. – I nigdy więcej nie pozwolimy jej odejść. Gdy będzie bezpieczna, gdy znów będzie z nami, już nigdy nie wrócimy do tego domu.

– Charlotte…

– Nie! Nigdy nie wrócimy do tego domu, w którym to mogło się stać. Chcę, żeby Nina została zwolniona. Chcę, żeby odeszła. – Odsunęła się od niego z oczami pełnymi gniewu i łez. – Leżałam tutaj przerażona, zamartwiając się, wyobrażając sobie córkę uwięzioną gdzieś i wołającą mnie. Nina? W najlepszym razie okazała się niedbała, ale w najgorszym? Mogła brać w tym udział, Aidan.

– Och, Charlotte, Nina kocha Cate. Posłuchaj mnie teraz, posłuchaj. Uważamy, że to musiał być któryś z pracowników firmy cateringowej albo organizującej przyjęcie, albo ktoś, kto takiego udawał. Musieli mieć samochód, ciężarówkę albo furgonetkę, żeby ją zabrać. Musieli to zaplanować.

Łzy wypełniły błękitne oczy Charlotte i spłynęły po bladych policzkach.

– To mógł być ktoś z rodziny, z przyjaciół. Musiała pójść z kimś, kogo znała.

– Nie wierzę.

– Nie dbam o to – odparła szorstko Charlotte. – Chcę tylko ją odzyskać. Nic innego mnie nie obchodzi.

– Powinniśmy się dowiedzieć, kto to zrobił i jak. Gdybyśmy skontaktowali się z policją…

– Nie. Nie! Czy pieniądze są dla ciebie ważniejsze niż Caitlyn, niż nasze dziecko?

Wybaczy jej to, powiedział sobie. Wyglądała na zdruzgotaną, chorą, więc w końcu jej wybaczy.

– Powinnaś być na tyle rozsądna, by tego nie powiedzieć. Mam gdzieś, jak bardzo jesteś zdenerwowana, nie mów do mnie takich rzeczy.

– Więc przestań mówić mi o policji, gdy jej wezwanie może zabić Caitlyn! Chcę, żeby moja dziecinka wróciła do domu, żeby była bezpieczna. Tu nie jest bezpieczna. Nie z Niną.

Znów zaczęła wpadać w histerię – rozpoznał oznaki. Nie potrafił jej za to winić.

– Dobrze, Charlotte, później o tym porozmawiamy.

– Masz rację. Wiem, że masz rację, ale jestem przerażona. Daję się ponieść nerwom, bo nie mogę znieść myśli o naszym dziecku, samotnym i przestraszonym. Boże, Aidan. – Opuściła głowę na jego ramię. – Gdzie jest nasza córeczka?

ROZDZIAŁ 3

Biegła tak długo, aż opadła z sił i musiała usiąść na ziemi, drżąc ze zmęczenia. Kilka razy się potknęła, gdy drzewa zasłoniły księżyc, i teraz ręce trochę jej krwawiły. Poza tym rozerwała dżinsy. Bolały ją kolano, kostka i łokieć, ale wiedziała, że nie wolno jej się zatrzymywać zbyt długo. Nie widziała już świateł z miejsca, w którym ją trzymano, i to ją cieszyło. Jak mieliby ją znaleźć, skoro nie mogli jej zobaczyć? A zła strona? Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Było ciemno i bardzo zmarzła.

Co chwila słyszała skowyt kojotów i jakieś szelesty. Starała się nie myśleć o niedźwiedziach i dzikich kotach. Nie sądziła, że jest dość wysoko w górach, aby je spotkać – dziadek mówił jej, że one żyją w wyższych partiach i trzymają się z dala od ludzi – ale nie miała pewności. Nigdy wcześniej nie była w lesie sama, w ciemnościach. Bez wątpienia wiedziała tylko to, że musi iść w jednym kierunku. Oddalać się. Jednak nawet tego nie była pewna, bo początkowo tak bardzo się bała, że nie zwracała uwagi, w którą stronę ucieka.

Teraz szła zamiast biec. Lepiej słyszała, gdy własny oddech nie świszczał w jej w uszach. Mogła się zorientować, gdyby ktoś (lub coś) ją ścigał.

Była tak bardzo zmęczona, że chciała zwinąć się i zasnąć, ale wtedy jakieś zwierzę mogło ją zaatakować. Albo gorzej – bo pomyślała, że to byłoby jeszcze gorsze – mogłaby obudzić się w tamtym pokoju, gdzie połamaliby jej palce i ją zastrzelili.

Żołądek bolał ją z głodu, a gardło wyschło z pragnienia. Szczękała zębami, nie wiedząc, czy powodem jest strach, czy zimno. Może mogłaby zasnąć, chociaż na chwilkę. Wspięłaby się na drzewo i spała na gałęziach. Trudno było myśleć, gdy czuła się taka zmęczona i zmarznięta.

Zatrzymała się i oparła o drzewo, przytulając policzek do kory. Gdyby się na nie wspięła i tam przespała, być może po wschodzie słońca mogłaby zobaczyć, gdzie się znajduje. Wiedziała, że słońce wstaje na wschodzie i że ocean jest na zachodzie, więc gdyby zobaczyła ocean, wiedziałaby… Co? Nadal nie miałaby pojęcia, gdzie jest, bo nie wiedziała, gdzie była wcześniej. A gdy słońce wstanie, oni mogą ją znaleźć.

Wlokła się dalej. Głowa opadała jej ze zmęczenia i powłóczyła nogami, nie mając siły ich podnosić. Szła w półśnie. I uśmiechnęła się lekko, słysząc jakiś dźwięk. Otrząsnęła się i zaczęła słuchać. Czy to ocean? Pomyślała, że może… I coś jeszcze. Przetarła zmęczone oczy i spojrzała przed siebie. Światło. Zobaczyła światło. Utkwiła w nim wzrok i ruszyła naprzód.

To ocean, pomyślała jeszcze raz. Staje się coraz głośniejszy, bliższy. A co jeśli straci równowagę i spadnie z klifu? Jednak światło też było coraz bliżej. Nagle drzewa się rozstąpiły. W blasku księżyca Cate ujrzała pole. Rozległe, trawiaste. I… krowy. Światło, daleko od skraju lasu i pola, dobiegało z domu.

Cate niemal wpadła na drut kolczasty, który zatrzymywał krowy w obrębie ogrodzenia. Przedzierając się przez nie, zraniła się lekko i rozdarła sweter. Z czasu, gdy kręciła film w Irlandii, pamiętała, że w rzeczywistości krowy są o wiele większe, niż wyglądają w książkach. Wdepnęła w krowie łajno i z obrzydzeniem dziesięcioletniej dziewczynki wydała dźwięk imitujący wymioty. Wytarła but o trawę i od tej chwili starała się patrzeć pod nogi.

Teraz widziała, że to dom zwrócony w stronę oceanu, z tarasami na dole i na piętrze. W dolnych oknach świeciło się światło. Stodoły i różne maszyny wskazywały, że to farma. Znów przeszła przez drut kolczasty, ale tym razem poszło jej łatwiej. Zobaczyła samochody, dostawczy i osobowy, wyczuła zapach nawozu i zwierząt.

Znów się potknęła, a potem zaczęła biec w stronę budynku. Znajdzie pomoc, kogoś, kto zabierze ją do domu. Nagle się zatrzymała. Ci ludzie też mogli być źli. Skąd miała wiedzieć? Może nawet przyjaźnili się z tymi, którzy zamknęli ją w pokoju? Powinna zachować ostrożność.

Było późno i na pewno już spali. Musiała tylko tam wejść, znaleźć telefon i zadzwonić pod numer alarmowy. Potem mogłaby się ukryć i poczekać na przyjazd policji.

Zakradła się do domu, na wielką werandę. Chociaż spodziewała się, że frontowe drzwi będą zamknięte, spróbowała je otworzyć i niemal opadła na ziemię z ulgą, gdy gałka się przekręciła. Weszła do środka.

Lampa na oknie świeciła słabo, ale świeciła. Cate ujrzała duże pomieszczenie, meble, wielki kominek i schody prowadzące na piętro. Nie dostrzegła telefonu, więc cofnęła się w stronę kuchni, w której coś zielonego rosło w czerwonych doniczkach na szerokim parapecie, a na stole z czterema krzesłami stała miska owoców. Chwyciła błyszczące, zielone jabłko i wbiła w nie zęby. Chrupiąc owoc i czując, jak sok spływa jej po języku do gardła, miała wrażenie, że nigdy dotąd nie jadła czegoś równie dobrego. Na kuchennym blacie obok tostera zobaczyła telefon. A potem usłyszała kroki.

Ponieważ w kuchni nie było gdzie się ukryć, pobiegła do otwartej na nią jadalni. Ściskając jabłko, z sokiem ściekającym po ręce, wcisnęła się w ciemny kąt przy masywnym kredensie. Gdy w kuchni rozbłysło światło, spróbowała stać się jeszcze mniejsza.

Zobaczyła go, gdy podszedł prosto do lodówki. Chłopiec, nie mężczyzna, chociaż wyglądał na starszego od niej, wyższego. Miał potargane ciemnoblond włosy, a na sobie tylko bokserki. Gdyby nie była tak wystraszona, widok niemal nagiego chłopca, który nie był jej kuzynem, krępowałby ją i fascynował.

Zauważyła, że był raczej chudy, gdy sięgnął do lodówki po udko kurczaka i odgryzając kęs, wyjął dzbanek – nie karton – mleka. Wypił mleko duszkiem prosto z dzbanka, który odstawił na blat. Nucąc, a raczej mrucząc sobie: ba-da-ba-dam!, zdjął serwetkę z czegoś, co wyglądało na ciasto. Potem odwrócił się i nadal „badabadając”, otworzył szufladę. I wtedy ją zobaczył.

– Rany!

Gdy w szoku odskoczył w tył, miała sekundę, by uciec. Jednak zanim się ruszyła, chłopiec przekrzywił głowę.

– Hej – zapytał. – Zgubiłaś się czy jak?

Zrobił kilka kroków w jej stronę i Cate się skuliła.

Gdy po latach wróci myślami do tej chwili, będzie dokładnie pamiętać, co powiedział, w jaki sposób i jak wtedy wyglądał.

Chłopiec uśmiechnął się do niej i przemówił spokojnym głosem, jakby spotkali się w jakimś parku albo lodziarni.

– Nie bój się. Nikt nie zamierza cię skrzywdzić. Ej, jesteś głodna? Moja babcia piecze absolutnie genialne kurczaki. Jeszcze trochę nam zostało. – Na dowód pokiwał udkiem, które nadal trzymał. – Jestem Dillon. Dillon Cooper. To nasza farma. Moja, babci i mamy.

Mówiąc to, zrobił kolejnych kilka kroków w jej stronę, a potem przykucnął. W tym momencie kolor jego oczu się zmienił. Były zielone – teraz to zauważyła – ale w bardziej stonowanym odcieniu niż u dziadka.

– Krwawisz. Jak się zraniłaś?

Cate znów zaczęła się trząść, ale nie bała się chłopca. Może właśnie dlatego drżała.

– Spadłam, a potem coś ostrego było tam, gdzie są krowy.

– Opatrzymy twoje skaleczenia, dobrze? Powinnaś usiąść w kuchni. Mamy wszystko, co trzeba. Jak ci na imię? Ja jestem Dillon, pamiętasz?

– Caitlyn. Cate – pisane przez C.

– Usiądź w kuchni, Cate, żebyśmy mogli założyć ci opatrunki. Muszę pójść po mamę. Ona jest w porządku – dodał szybko. – Naprawdę.

– Muszę zadzwonić pod numer alarmowy, dlatego weszłam do środka. Drzwi nie były zamknięte.

– Okej, ale najpierw pozwól, że sprowadzę mamę. Rany, przestraszy się, jeśli gliny tu przyjadą, kiedy będzie spała. To by ją przeraziło.

Podbródek jej zadrżał.

– Czy mogę też zadzwonić do tatusia?

– Pewnie, oczywiście. Ale może najpierw byś usiadła? Dokończyłabyś jabłko, a ja tymczasem poszedłbym po mamę?

– Tam byli źli ludzie – szepnęła.

Chłopiec szeroko otworzył oczy.

– Cholera, serio? Nie mów mamie, że powiedziałem „cholera”. – Wyciągnął rękę i Cate ją wzięła. – Gdzie oni są?

– Nie wiem.

– O rany, nie płacz. Teraz wszystko będzie dobrze. Siedź tu i pozwól mi przyprowadzić mamę. Nie uciekaj, dobrze? Pomożemy ci. Obiecuję.

Uwierzyła mu i skinęła głową.

Dillon chciał natychmiast zawiadomić mamę i pognał po schodach. Znalezienie ukrywającego się w domu dziecka podczas wypadu do lodówki było super – albo byłoby, gdyby nie te skaleczenia. I mała wyglądała, jakby miała posiusiać się ze strachu. Mimo to było super, bo chciała, żeby wezwać policję, a na dodatek źli ludzie… Bez pukania wpadł do pokoju matki i potrząsnął ją za ramię.

– Mamo, obudź się.

– Boże, Dillon, o co chodzi?

Zignorowałaby go i przekręciłaby się na drugi bok, gdyby znów nią nie potrząsnął.

– Musisz wstać. Na dole jest dzieciak, dziewczynka, i to ranna. Powiedziała, że chce zadzwonić na policję z powodu złych ludzi.

Julia Cooper otworzyła jedno zapuchnięte oko.

– Dillon, znów śnisz na jawie.

– Nic z tych rzeczy. Przysięgam na Boga. Powinienem wrócić na dół do kuchni, bo ta mała jest przerażona i może uciec. Musisz przyjść. Ona trochę krwawi.

Teraz w pełni już obudzona Julia usiadła prosto i odsunęła z twarzy długie jasne włosy.

– Krwawi?

– Pospiesz się, dobrze? Jezu, muszę włożyć spodnie.

Popędził do swojego pokoju, chwycił dżinsy i bluzę, które wcześniej rzucił na podłogę – chociaż nie powinien był tego robić. W pośpiechu wsunął nogę w nogawkę, podskoczył i włożył drugą. Jego bose stopy dudniły na drewnianych schodach, gdy wciągał koszulę.

Odetchnął z ulgą, widząc, że Cate nadal siedzi przy stole.

– Mama już idzie. Wezmę apteczkę ze spiżarni, a ona będzie wiedziała, co robić. Możesz zjeść to udko, jeśli masz ochotę. – Wskazał jej to, które położył na stole. – Ugryzłem tylko raz.

Jednak na odgłos kroków na schodach Cate się skuliła.

– To mama.

– Dillonie Jamesie Cooperze, przysięgam, że jeśli… – Urwała na widok dziewczynki, a senność i irytacja zniknęły z jej twarzy.

Tak jak jej syn Julia wiedziała, w jaki sposób podejść do kogoś, kto jest ranny i wystraszony.

– Kochanie, jestem Julia, mama Dillona. Muszę cię obejrzeć. Dillon, przynieś apteczkę.

– Już mam – mruknął, zdejmując ją z półki w wielkiej spiżarni.

– A teraz czystą ściereczkę i miskę ciepłej wody. I koc. Rozpal w kuchennym piecu.

Stojący za nią Dillon przewrócił oczami, ale posłuchał polecenia.

– Jak masz na imię, maleńka?

– Caitlyn.

– Caitlyn, bardzo ładnie. Najpierw oczyszczę ci tę ranę na ręce. Nie sądzę, żeby wymagała szycia. – Mówiąc to, uśmiechała się.

Miała złociste oczy, ale była w nich też zieleń, jak u chłopca. Jak u Dillona, przypomniała sobie Cate.

– Założę ci opatrunek, a w tym czasie może mi opowiesz, co się stało? Dillon, nalej Caitlyn szklankę mleka, zanim je odstawisz.

– Nie chcę mleka. Próbowali dać mi mleko, ale nie było takie, jak trzeba. Nie chcę mleka.

– W porządku. A co powiesz na… – Przerwała, gdy Cate drgnęła.

Po schodach zeszła Maggie Hudson. Rzuciła spojrzenie na Cate i przechyliła głowę.

– Zastanawiałam się, co to za hałas. Wygląda na to, że mamy towarzystwo.

Ona też miała jasne włosy, ale jaśniejsze niż Dillon i jego mama, z niebieskimi pasemkami sięgającymi do ramion. Była ubrana w T-shirt z podobizną kobiety z mnóstwem kręconych włosów i napisem „Janis” pod spodem oraz w kwieciste piżamowe spodnie.

– To moja mama – powiedziała Julia, przemywając skaleczenia na ręce Cate. – Dillon, okryj kocem ramiona Caitlyn. Jest jej zimno.

– I rozpalmy tu ogień.

– Właśnie to robię, babciu – odparł chłopiec urażony, ale ona tylko pogładziła go po głowie, podchodząc do stołu.

– Jestem Maggie Hudson, ale możesz mówić do mnie: babciu. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała gorącej czekolady. Mam własny sekretny przepis.

Sięgnęła do szafki, wyjęła paczkę szwajcarskiej czekolady i mrugnęła do Cate.

– To jest Caitlyn, mamo. Właśnie miała nam powiedzieć, co się stało. Możesz to zrobić, Caitlyn?

– Bawiliśmy się w chowanego po uroczystości dla upamiętnienia mojego pradziadka i pobiegłam do drzewa przy garażu, żeby się na nie wspiąć i ukryć, a tam był mężczyzna, który mnie czymś ukłuł i obudziłam się gdzie indziej.

Wyrzucała z siebie słowa, podczas gdy Maggie wstawiała duży kubek do mikrofalówki, Julia smarowała maścią jej skaleczenia, a Dillon z wytrzeszczonymi oczami kucał, żeby rozpalić ogień pod kuchnią.