Krwawy księżyc - K.C. Hiddenstorm - ebook
lub
Opis

Każde marzenie może stać się koszmarem. Każdy człowiek może stać się potworem.

Victoria Page i Thomas Wilde są małżeństwem światowej sławy pisarzy. Gdy Thomas oznajmia żonie, że zamierza wydać swój pierwszy kryminał, kobietę ogarnia nieuzasadniony niepokój.

„Księżycowy zabójca” szybko staje się bestsellerem. W tym samym czasie Victoria zauważa dziwne zmiany w zachowaniu partnera. Kobietę zaczynają nękać koszmary, w których doświadcza śmierci z rąk własnego męża.

Niedługo po premierze powieści w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca, który naśladuje zabójcę wykreowanego przez Thomasa. Victoria zaczyna nabierać podejrzeń, że człowiek z którym dzieli życie, jest bardzo niebezpieczny.

__

Krwawy księżyc” to niepokojący i trzymający w napięciu thriller K.C. Hiddenstorm – młodej i niezwykle utalentowanej autorki z Białegostoku. Jej styl pisania cechuje cięty język, czarny humor i cynizm. Zadebiutowała na rynku wydawniczym w 2016 roku powieścią fantastyczną „Władczyni Mroku”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 276

Popularność


„Monroe zawsze uważał rykoszet za najbardziej przerażające słowo”.

– Thomas WildeKsiężycowy Zabójca

Prolog

19 sierpnia, 1994

Shelby, Montana

– Hej, Frank, popatrz na to! – zawołał Rick podnieconym głosem, szarpiąc kolegę za rękaw. – Tylko popatrz!

– Chryste, przestań się drzeć! – skarcił go Frank, uwalniając materiał koszuli z jego natarczywych palców. – Wszystkich pobudzisz! – Mówiąc „wszystkich”, miał na myśli ich dziewczyny – w szczególności swoją – śpiące w namiotach nieopodal. Ostatnie, czego by chciał, to kłótnia z wyrwaną ze snu, rozeźloną Vivian.

Niewątpliwie nie pogłaskałaby go po główce, orientując się, że wbrew wcześniejszym obietnicom, nie położył się spać o „rozsądnej godzinie”, tylko wciąż tu siedzi. A na dodatek pali skręta.

– Popatrz! – powtórzył Rick nieco ciszej, wskazując palcem nocne niebo.

Frank westchnął ciężko. Chciał rzucić jakąś kąśliwą uwagę pod adresem kolegi, powiedzieć mu, co myśli o jego troglodyckich manierach, jednak po chwili namysłu uznał, że nie warto, więc posłusznie podążył wzrokiem w górę i… oniemiał.

– Boże, co to?! Dlaczego księżyc jest…

– Czerwony? – dokończył za niego Rick, uśmiechając się chytrze. – Nie wiem, może to jakieś zaćmienie?

– Tak, to całkiem możliwe – bąknął Frank bez większego przekonania.

Nie sądził, by było to zaćmienie księżyca. To znaczy, chciał tak sądzić, ale coś mu się nie zgadzało. O takich rzeczach zawsze mówią w telewizji, radiu i piszą w gazetach, a on przed paroma godzinami oglądał wiadomości i nie było tam nawet wzmianki o czymś takim.

Obrzucił trzymanego w dłoni skręta wzgardliwym spojrzeniem, aby w następnej chwili zgasić go, szorując nim zawzięcie o trawę. Już nie chciało mu się palić. Właściwie nic mu się nie chciało. Ten pieprzony księżyc był… upiorny.

Wygląda jak polany krwią serowy pączek – pomyślał i wzdrygnął się.

Oczywiście wiedział, dlaczego podczas zaćmienia (zakładając, że to było zaćmienie) ludzkie oko widzi księżyc w kolorze czerwonym. Całkiem niedawno miał na ten temat wykład na uczelni. Jednak ta wiedza w żadnym stopniu nie umniejszała jego atawistycznemu lękowi przed tym zjawiskiem. Na Boga, nie żył w czasach biblijnych, w których wierzono, że Krwawy Księżyc jest oznaką zbliżającego się nieszczęścia czy końca świata – chodziło tylko o widoczność fal o największej długości, czyli czerwonych, gdyż podczas zaćmienia te krótsze rozpraszały się w atmosferze – a czuł się dokładnie tak jak jakiś cholerny zacofany beduin, dla którego szczytem technologii było wynalezienie koła.

– Stary, wszystko w porządku? – spytał niepewnie Rick, trącając go w ramię.

Frank spojrzał na niego ostrożnie, nie chcąc, by kumpel wyczytał z jego twarzy zakrawający na paranoję lęk. Widząc roziskrzone spojrzenie Ricka, uzmysłowił sobie, iż nie żywi on podobnych obaw wobec wiszącego na niebie czerwonego monstrum, a wręcz przeciwnie – zdaje się, że jest nim zachwycony.

– Tak – skłamał, uśmiechając się fałszywie. – Zamyśliłem się.

Rick odwzajemnił uśmiech i nachylił się ku niemu.

– Zamiast tyle myśleć, wyciągnij aparat i zrób parę zdjęć tego cudeńka. – Machnął ręką w górę, dając do zrozumienia, że ma na myśli księżyc. – Kiedy je wywołamy i pokażemy dziewczynom, będą zachwycone.

Będą posrane.

– Dobry pomysł – zgodził się Frank, czując, że coś w nim zaraz zacznie krzyczeć.

Niechętnie wyciągnął aparat z plecaka i na odczepnego cyknął kilka fotek, następnie poczęstował Ricka smętnym tekstem o nieprzepartej senności, najpewniej wywołanej skrętem, i zniknął w czeluściach swojego namiotu. Całą noc śniły mu się koszmary, w których ścigał go ten pierdolony księżyc w kolorze krwi.

Czy zdziwiłaby go wiadomość, że nawet po latach naukowcom nie uda się ustalić przyczyn tej dziwnej Czerwonej Pełni, która od tamtego czasu pojawia się mniej więcej sześć razy w roku, wymykając się logice, urągając nauce i łamiąc wszelkie schematy?

Nie, skądże.

***

20 października, 1997

Rockford, Illinois

Kiedy podekscytowany jak gówniarz w Disneylandzie Harold Simons pokazał zrobione przez siebie zdjęcia przewodniczącemu lokalnego kółka ornitologicznego, Rayowi Berry’emu, ten przez dobre trzy minuty studiował je z nieprzeniknioną miną, po czym roześmiał mu się w twarz i stwierdził, że nawet jego dziewięcioletnia wnuczka nie dałaby się nabrać na coś takiego.

– Sfabrykowane – warknął, ciskając plik fotografii w pierś ich właściciela. – Naprawdę zawracasz mi głowę czymś takim?

Harold poczuł, jak jego policzki oblewają się pąsem. Jakkolwiek niewiarygodnie przedstawiały się rewelacje, którymi chciał podzielić się z Rayem, bynajmniej nie były one mistyfikacją ani wytworem jego fantazji.

– Te zdjęcia są autentyczne i stawiam wszystkie pieniądze, jakie mam w banku, że przejdą każdy test potwierdzający moje słowa – zaoponował.

W tym samym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich ociekający deszczem Ed Willis. Berry pozdrowił go skinieniem głowy, odczekał, aż zniknie w pokoju głównym, i ponownie przeniósł wzrok na Harolda.

– Chyba padło ci na mózg – podsumował, taksując go chłodnym spojrzeniem. – Mam uwierzyć, że w Rockford pojawiły się czarne jastrzębie, przypominające jakieś cholerne, zmutowane kruki?!

– Wiem, jak to wygląda, ale te zdjęcia są autentyczne – powtórzył Harold z uporem. – Pozwól mi pokazać je innym.

Coś – jakaś nieustępliwość słyszalna w jego głosie lub może bijący z oczu gorączkowy żar – uzmysłowiło Rayowi, iż nie warto ciągnąć dłużej tej bezcelowej dyskusji i najrozsądniej zrobi, jeżeli złoży broń.

– Jeśli chcesz się ośmieszać i na własne życzenie robić z siebie durnia, nie będę cię powstrzymywał. – Westchnął, zerkając na zegarek. – Ja muszę już lecieć. Obiecałem córce, że zamontuję jej nową kabinę prysznicową. Ten pajac, jej mąż, próbował to zrobić na własną rękę i prawie go zgniotło. Jezu Chryste, jaka z niego pieprzona niedojda – stwierdził z niesmakiem.

– Dziękuję, Ray – odparł Harold nienaturalnie cienkim głosem. W uszach Berry’ego zabrzmiało to jak pisk podnieconej licealistki. – Bardzo ci dziękuję.

Ray zasalutował i odwrócił się, odchodząc bez słowa. Simons najwyraźniej wierzył w swoje majaki, a on nie był jego psychoterapeutą, by musiał wyciągać go z ich szponów.

Dwa tygodnie później Berry nie uważał już Harolda za czubka. Istnienie czarnych jastrzębi stało się faktem, potwierdzonym przez kilkanaście niezależnych źródeł. Jako że Harold Simons był pierwszym źródłem, przez chwilę pławił się w blasku pozornej sławy. Kolor ich upierzenia uznano za drobną, zupełnie niegroźną mutację genetyczną. Nienaturalnie wysokie stężenie melaniny zaowocowało czarnym umaszczeniem piór ptaków. – Można było przeczytać w jednym z licznych artykułów. – To nic nadzwyczajnego, w przyrodzie takie rzeczy się zdarzają.

Tak, w przyrodzie takie rzeczy się zdarzają…

Część I. Nowy Jork

1.

Victoria Page stała naprzeciw podniszczonego plakatu od dobrych dziesięciu minut, wpatrując się w nagryzmolony na nim czarnym sprayem napis. Machinalnym gestem odgarnęła łaskoczący ją w policzek kosmyk włosów i tylko to nie pozwoliłoby postronnemu obserwatorowi pomyśleć, iż popadła w katatonię. Czy jesteś szczęśliwa? – pytały słowa zdobiące spłowiałą reklamę perfum Diora, a ona nie była w stanie oderwać od nich oczu. Choć zdawała sobie sprawę, iż takie myślenie jest z lekka paranoiczne, nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że była to wiadomość adresowana do niej. Właśnie do niej.

– Czy jesteś szczęśliwa? – wyszeptała i równocześnie przeszedł ją dreszcz.

Wiatr zaczął smagać coraz bardziej, lecz ona jeszcze chwilę ociągała się z odejściem. Słowa z plakatu przyzywały ją, hipnotyzowały, a gdzieś w głębi jej umysłu zrodziło się przypuszczenie, iż być może kryją one w sobie coś… jakieś mroczne przesłanie.

Kolejny podmuch natarczywego wiatru przywiał ze sobą liść, który musnął Victorię w nieosłoniętą spodniami skórę tuż nad kostką, a ona drgnęła jak ktoś dotknięty zimnym palcem ducha. Uświadomiwszy sobie, iż dziś przypada pierwsza noc pełni – Czerwonej Pełni – postanowiła nie zwlekać dłużej z powrotem do domu. Te pełnie, gdy księżyc miał barwę krwi, wzbudzały w niej mocno ambiwalentne uczucia i z jakichś względów wolała nie przebywać wtedy na zewnątrz. Dzięki Bogu, człowiek miał czas zorientować się, że takowa się zbliżała – widoczna na około tydzień przed pełnią czerwonawa poświata była jednoznacznym sygnałem – i zawczasu jakoś się przygotować, inaczej chybaby zwariowała.

Wtem jej umysł – wstrętny stwór o sadystycznych zapędach – pogalopował ku wspomnieniu z dawnych lat, bez którego mogłaby się obejść, temu konkretnemu wspomnieniu, gdy…

2.

Sześcioletnia Victoria siedzi na domagającym się sprzątania dywanie w dużym, nieco zagraconym salonie, z ogromnym przejęciem oglądając jedną z niekończących się potyczek Toma i Jerry’ego – jej absolutnie ukochanej kreskówki. Na talerzyku obok jej prawego kolana leży niedojedzony hot dog. Wystygł i stracił swe wątpliwe walory smakowe. Zresztą ona jest tak zaaferowana bajką, że zdążyła zupełnie zapomnieć o jego istnieniu.

W którymś momencie w holu rozlega się straszliwy rumor, coś jak dźwięk zderzającego się ze stodołą bizona. Tatuś wrócił – przelotnie myśli Victoria, rejestrując wszystko, tak jak gdyby działo się to na granicy snu. Intuicyjnie wyczuwa, że najprawdopodobniej znów pił swoje „lekarstwo”, gdyż normalnie nie zdarzało mu się wpadać na meble, a tylko to mogło spowodować taki hałas. Wyczuwa też coś jeszcze: tatuś nie będzie żył długo, bo to, co pije, to „lekarstwo”, jej wszystkowiedzący brat nazywa czasem trucizną i dodaje złowieszczo, że budzi ono mieszkającego w niektórych ludziach diabła. A potem trzeba to pić, nawet jak nie chcesz, inaczej dostaje się drgawek i martwicy mózgu – mawia z tak rzadką u niego śmiertelną powagą. Przerażona tą myślą, odpędza ją od siebie i na powrót pogrąża się w świecie Toma i Jerry’ego. Tak jest lepiej. I tak będzie lepiej już zawsze. Tylko w hermetycznym świecie wyobraźni ta rudowłosa istota będzie znajdować ukojenie.

– Cześć, szkrabie! – woła w jej stronę bełkotliwym głosem ojciec.

– Cześć! – odkrzykuje Vicky, nie oglądając się za siebie. Ma nadzieję, że tatuś pójdzie na górę, do sypialni, i pośpi parę godzin, jak to się często zdarzało, gdy pił swoje „lekarstwo”.

Jednak wkraczający w zaawansowany alkoholizm Robert Page ani myśli iść do sypialni. Jest raptem południe, lecz nie należy on do osób, na których takie drobiazgi robiłyby wrażenie – zdążył się nieźle wstawić gdzieś tak w okolicach drugiego śniadania i nagle wzięło go na pogaduchy z córką. Jeżeli można to tak nazwać.

– Nie siedź tak blisko telewizora, bo popsujesz sobie oczy – mówi, rozsiadając się na kanapie i roztaczając dookoła siebie obłok niemal radioaktywnych wyziewów.

– Nie popsuję – oponuje Vicky, uparcie nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

– Powiedziałem coś? – gromi ją ojciec i Victoria potulnie przenosi się na fotel. Choć jest zaledwie kilkuletnim dzieckiem, wie, że nie należy wdawać się z tatusiem w jałową polemikę, gdy ten wypije „lekarstwo”. Wie o tym aż za dobrze.

– A ten bałagan? – pyta, wymownie wskazując na pozostawiony na ziemi talerzyk.

Victoria teatralnie stuka się w czoło, robiąc przy tym minę, jakiej nie powstydziłby się zawodowy komik – za wszelką cenę chce rozbawić ojca, chce odpędzić od niego tę gniewną aurę, wiszącą nad nim na podobieństwo gradowej chmury – i zrywa się, żeby go podnieść. Niestety, robi to tak nieudolnie, że niedojedzone resztki hot doga zsuwają się z talerza, przyozdabiając dywan kleksami keczupu i musztardy.

Ta pozornie błaha rzecz jest niczym ostatnia kropla, która przerywa tamę. Przekrwione oczy ojca błyskają nieprzytomną furią, a on zrywa się na równe nogi, kojarząc się jej z rozjuszonym trollem.

– Spójrz, co najlepszego narobiłaś! Zniszczyłaś dywan! Zawsze wszystko niszczysz! – ryczy, górując nad przerażoną córką niczym Goliat nad Dawidem; jego głos nie jest już tak bełkotliwy jak wcześniej, zupełnie jakby kipiąca w nim złość osłabiła działanie „lekarstwa”. – Tak, jak zniszczyłaś swoją matkę – dodaje po chwilowej pauzie, a dla Victorii jest to gorsze niż siarczysty policzek. Właściwie to pragnie, by dało się jakoś cofnąć te słowa, a zamiast nich tatuś po prostu ją uderzył, nawet skórzanym pasem.

Gdyby była nieco starsza lub gdyby była swoim bratem, odparowałaby, iż dywan i tak jest tylko jedną wielką plejadą plam, więc parę kleksów w tę czy we w tę nie robi mu większej różnicy, a śmierć matki była wynikiem paskudnych powikłań, na które nikt, z wyjątkiem Boga, nie miał wpływu, więc niech lepiej daruje sobie te głodne kawałki. Jednakże jest tylko małą wylęknioną dziewczynką i robi to, co każda dziewczynka zrobiłaby na jej miejscu – kuli się i zaczyna rozpaczliwie szlochać, by w następnej chwili rozpłakać się na dobre.

– Och, Vicky, przepraszam. – Ojciec reflektuje się błyskawicznie, jednak ten gniewny błysk nie znika z jego oczu, a tylko przygasa; wciąż można go ujrzeć na ich dnie, żarzy się tam i to się nie zmieni aż do samego końca. – Nie to chciałem powiedzieć, szkrabie – dodaje i przyciąga ją do siebie.

Victoria ma szaleńczą ochotę uchylić się przed jego dotykiem, lecz wie, że nie wolno jej tego zrobić – taki unik na powrót rozsierdziłby tatusia – toteż odwzajemnia uścisk, daremnie próbując rozluźnić sztywne jak pogrzebacz ciałko. Henry! Henry, gdzie jesteś?! Zabierz mnie stąd! – krzyczy w duchu. Przymyka powieki i czuje, jak kolejne ciepłe strużki leniwie toczą się po jej policzkach; to łzy strachu, łzy upokorzenia.

– Musisz wiedzieć, że nie winię cię za śmierć mamusi – mówi ojciec, odsuwając córkę na odległość ramienia. Kuca przed nią, patrząc jej głęboko w oczy. Jego wzrok jest palący, zdaje się wwiercać w najintymniejsze, najbardziej kruche fragmenty jej duszy. – Wcale nie uważam, że ją zabiłaś… Chcę tylko powiedzieć, że gdyby nie ty, ona wciąż by żyła – kończy chorobliwie słodkim głosem, uśmiechając się jak aligator.

Jeżeli wcześniejsze słowa były torturą, to te uderzają w sześcioletnią Victorię jak taran. Jej nogi ogarnia dziwna słabość i, gdyby nie ojcowskie ręce, upadłaby. Broda zaczyna jej drżeć, ale ona nie chce ponownie się rozpłakać, nie chce dać ojcu tej satysfakcji. Spogląda w jego pijackie oczy pustymi oczyma lalki i nagle – zupełnie bez powodu – wraca pamięcią do ostatniej Czerwonej Pełni, tego dziwnego strasznego zjawiska, o którym Henry mówi, że jest anomalią (Vicky nie do końca rozumie, co to znaczy). Ta myśl – o księżycu w kolorze krwi – przynosi ukojenie przemieszane ze strachem, a gdzieś głęboko majaczy tajemna wibrująca siła, z której bezwstydnie czerpie garściami. Niekoniecznie Bóg jest sprawcą tej mocy – właściwie na pewno nie – lecz nie ma to znaczenia, bo dzięki niej Victoria przetrwa kolejne lata u boku zapijającego się na śmierć człowieka, który wini ją za śmierć ukochanej żony.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię?! – warczy ojciec, szarpiąc jej ramieniem. – Rozumiesz, czy potrafisz tylko stać jak cholerna kukła?!

– Przestań się nad nią pastwić! – Czyjś głos dolatuje do uszu Victorii niczym anielska muzyka. Jej świetlisty rycerz, jej ukochany braciszek jest tu! Jest! I za nic w świecie nie pozwoli jej skrzywdzić. Chce go zawołać, lecz nie daje rady; gardło ma ściśnięte i suche, jakby ktoś wepchał w nie starą flanelę.

– Spieprzaj, gówniarzu! – rzuca ojciec, posyłając w jego stronę mordercze spojrzenie. Jednak na zuchwałym piętnastolatku nie robi ono najmniejszego wrażenia.

Henry przecina pokój i bez ceregieli wyrywa siostrzyczkę z brutalnego uchwytu ojca. Ten wstaje z kucek i próbuje się zamachnąć, lecz Henry jest szybszy, i choć szczupły, to jednak bardzo silny. Łapie pięść ojca, wykręcając ją z nieskrywaną satysfakcją i mówi ociekającym jadem głosem:

– Lepiej się prześpij albo zrób to, co umiesz najlepiej: strzel sobie następną kolejkę i po prostu zdechnij. Ta mała nic ci nie zrobiła, nie musisz się nad nią tak znęcać.

Policzki Roberta Page’a pokrywają się głęboką purpurą i można odnieść wrażenie, że zaraz dostanie wylewu.

– Jestem twoim ojcem i masz mnie szanować! – wyje synowi w twarz; kropelki śliny tryskają fontanną, które w oczach Victorii są jak garść rozrzuconych diamentów.

Henry parska śmiechem i kręci głową.

– Jesteś zwykłym pijakiem, a do tego skończonym tchórzem – odpowiada, spoglądając na niego pogardliwie. – Nie szanujesz sam siebie. Jak możesz oczekiwać tego ode mnie?

Ta prosta prawda odziera Roberta z całej werwy. Zapada się w sobie jak materac, z którego powoli, acz nieubłaganie, uchodzi powietrze i siada na ziemi, szeroko rozrzucając nogi. W tej pozie jest coś rozpaczliwego, jakaś żałość i skrucha, jednak na Henrym nie robi to żadnego wrażenia, a Victoria nawet tego nie zauważa, wpatrując się w brata jak w osobistego Chrystusa.

– Dopóki z tobą jestem, nie stanie ci się żadna krzywda. Nie pozwolę na to – mówi Henry z mocą, gdy są już na piętrze, w przytulnym pokoju Victorii.

– A jak długo ze mną będziesz? Zawsze, na zawsze? – dopytuje się Vicky, wspinając się na palce i wczepiając się w brata jak małe zwierzątko. Emanuje od niego przyjemne ciepło, a jej nosek wychwytuje delikatny zapach pomarańczy, pewnie niedawno je jadł; Henry bardzo lubi pomarańcze.

– Tak, Vicks – przytakuje Henry, mierzwiąc jej włosy. – Zawsze, na zawsze.

A ona mu wierzy. Tak naiwnie i bezbrzeżnie, jak potrafią to tylko dziewczynki w jej wieku.

3.

Po powrocie do domu powitała ją pustka. Była za kwadrans dziesiąta, świat powoli pogrążał się w ciszy i ciemności – stawał się taki, jakim lubiła go najbardziej, jakim lubiły go najbardziej wszystkie stworzenia nocy. Thomas nie wrócił jeszcze z Nowego Jorku i wszystko wskazywało na to, że przyjedzie dopiero jutro.

Szkoda.

Victoria spuściła wzrok na obrączkę, którą leniwie obracała palcami prawej ręki. Nie chciała być sama. Teraz, gdy ścigały ją pijące swoje „lekarstwo” demony przeszłości, bardziej niż kiedykolwiek nie chciała.

Jak na czarodziejskim dywanie przeklętych, jej myśli powędrowały do Henry’ego. Jezu, strasznie było widzieć go w takim stanie. Siedział w tym absurdalnie słonecznym pokoju, kiwając się na obitym miękką tkaniną krześle i mimo jej usilnych starań, nie nawiązał żadnego kontaktu. Ale nie zawsze był taki. Czasem, gdy go odwiedzała, zachowywał się prawie jak dawny Henry; choć trzeba uczciwie przyznać, że mówił od rzeczy. Tylko że te dobre chwile zdarzały się coraz rzadziej. A ona coraz rzadziej go odwiedzała. Nie to, że była złą osobą, wyrodną siostrą lub kimś takim. To po prostu… tak cholernie bolało.

Zwłaszcza patrzenie w jego oczy.

To nie w porządku, nie powinno tak być! Przez tyle długich, ponurych lat Henry był jej opoką, najbliższą jej osobą. A teraz nie miała nawet jego. Wszystko, co jej pozostało, to niekończące się podróże do świata wyobraźni i historie, które zachwycały ją i przerażały jednocześnie; ten szczególny rodzaj magii. Czasem (właściwie często) łapała się na refleksji, jakoby jej jedyną więź z rzeczywistością stanowił Tom. Gdyby i z nim coś…

– Nie! Nie otwieraj tych drzwi, Victorio! – zawołała, uderzając się otwartą dłonią w udo.

Wzięła głęboki oddech, wygodniej rozpierając się na kanapie i wyjrzała przez okno. Przesłaniające niebo chmury rozstąpiły się i niezdrowy blask księżyca wlał się do salonu, spowijając go szkarłatną poświatą, a ona uzmysłowiła sobie, iż tego wieczoru nie napisze ani słowa. Wraz z tym blaskiem do jej serca zakradał się niemający racjonalnego źródła niepokój; myśli mącił nieznośny, niemal bolesny chaos. Działo się tak dość często, ta pełnia nie była wyjątkiem.

Czy jesteś szczęśliwa?

Słowa z plakatu rozbłysły jej pod czaszką jak fajerwerki – z potwornym impetem, zupełnie niespodziewanie. Boże, czemu tak ją ruszył ten napis? Jeśli zacznie doszukiwać się tajnych przekazów w ulicznym graffiti, to już będzie źle. Musi przestać o tym myśleć! Musi przestać o tym myśleć, zanim nabawi się nerwicy albo czegoś gorszego.

Objąwszy rękoma głowę, spędziła tak kolejnych kilka minut. Wreszcie wstała, nalała sobie lampkę czerwonego wina i włączyła laptopa. Zamiast jednak otworzyć plik z powieścią, weszła w folder „MUZYKA” i w następnej chwili panującą w domu ciszę przełamały pierwsze dźwięki A Kind of Magic Queen. Wmówiła sobie, że wybrała jedną z ulubionych kapel brata całkowicie przypadkowo. We wmawianiu sobie różnych rzeczy była całkiem dobra.

4.

Wino zadziałało na Victorię tak, jak można się było spodziewać: sen zmorzył ją dość szybko, zakradając się podstępnie jak rabuś. Przyśnił się jej dzień ślubu.

W swojej skromnej, nieco przypominającej tę z teledysku Ultraviolence sukni i wianku na głowie szła usypaną płatkami kwiatów ścieżką, dzierżąc w osłoniętych siatkowymi rękawiczkami dłoniach bukiet białych róż. Wokół panowała cisza. Niebezpieczna, nienaturalna cisza. Jednak bardziej zaniepokoiły ją przycupnięte po obu stronach ścieżki czarne jastrzębie. Nie powinno ich tu być.

W pewnym momencie z rozpaczą stwierdziła, że ołtarz zamiast się przybliżać, oddala się od niej i co gorsza… jest pusty. Nigdzie nie było ani śladu Toma. Nie było też księdza ani zaproszonych na ślub gości. Coś było nie tak, coś tu było cholernie nie tak, lecz ona mimo to szła dalej, czując się raczej, jak gdyby stąpała po jakiejś piekielnej bieżni. Zrobiła kolejny krok, który ani trochę nie przybliżył jej do celu, i równocześnie na jej ramię opadła ciężko męska dłoń.

– Victorio… – powiedział właściciel ręki i naraz tuż obok jej ucha – nie, poprawka, gdzieś w samym epicentrum jej mózgu – przetoczył się potworny huk, łudząco podobny do wystrzału z pistoletu. Drgnęła, czując, jak na brzuchu rozlewa się jej płynne ciepło i…

Charcząc, zbudziła się ze snu. Powiodła dookoła nieprzytomnym wzrokiem oszołomionej sarny i odetchnęła z ulgą, orientując się, iż jest we własnym domu. Spojrzała na brzuch, na miejsce, w którym we śnie rozlała się

(krew)

jakaś ciepła ciecz, i zdała sobie sprawę, że oblała się winem. Cholera, no pięknie! Zasnęła z kieliszkiem w dłoni!

– Gdybym paliła i zamiast z winem zasnęła z papierosem, mogłabym się już nie obudzić – stwierdziła i zachichotała piskliwie.

Nie spodobał jej się ten dźwięk.

5.

Obudziwszy się około dziesiątej, Victoria odruchowo schwyciła leżącą na nocnej szafce komórkę. Zapewne była uzależniona od tego małego gówna, ale czy w dzisiejszych czasach nie dotyczyło to większości osób?

Przeglądając wiadomości, natknęła się na wzmiankę o śmierci Raymonda Wolfe’a, krytyka literackiego, który prowadził przeciw jej mężowi osobistą krucjatę, i mimowolnie parsknęła śmiechem. Nigdy nie lubiła tego tłuściocha i nie chodziło tylko o to, że gnoił Thomasa przy każdej okazji.

– Śmierć jakby wzięta z kart moich książek – stwierdziła, czytając, iż Wolfe zadławił się batonikiem w swoim nowojorskim mieszkaniu i ponownie się zaśmiała.

Leżąc tak i przeglądając internetowe bzdety, niewątpliwie ponownie by zasnęła, gdyby nie potrzeba skorzystania z toalety, każąca jej wreszcie zgramolić się z łóżka.

Kiedy niedługo później zeszła na dół, przekonała się, iż Thomas wrócił. Krzątał się po kuchni, pogwizdując cicho.

– Cześć, kochanie – przywitał się.

Kolejny raz uderzyło ją to, jaki jest przystojny. Zgoda, nie był przystojny w ten oczywisty, klasyczny, wręcz natarczywy sposób, ale dla niej był po prostu idealny. Smukły, wysoki brunet o pociągłej, nieco arystokratycznej twarzy i oczach w kolorze stalowobłękitnego nieba, jawił się jej jako skończone piękno – tak zewnętrzne, jak i wewnętrzne – nie tylko tu i teraz, lecz zawsze. Kochała każdą jego drobną zmarszczkę, każdą pozorną niedoskonałość, jego umysł, jego łagodność, jego poczucie humoru… to, kim był, całą jego osobę.

– Głodna? – zapytał, wskazując leżące na stole pudełko pizzy.

– Z kurczakiem? – Tom potwierdził skinieniem głowy. – No to jestem głodna.

Zamiast jednak zająć się jedzeniem, Victoria wyminęła męża, przelotnie cmokając go w usta, i nalała sobie kawy z ekspresu. Zabawne, mogłaby przysiąc, iż jeszcze wczoraj był popsuty. Może coś jej się po prostu pomyliło, a może Thomas go naprawił. Tylko kiedy właściwie zdążyłby to zrobić, skoro najwyraźniej wszedł do domu nie dalej niż kwadrans temu?

– Mówiłem ci już o brzydkich skutkach picia kawy na pusty żołądek? – zapytał z nutą dydaktyzmu.

– Jakieś milion razy – odparła Victoria, teatralnie wywracając oczami. – Ale nic na to nie poradzę, że dopiero po niej dam radę coś przełknąć. Poza tym czytałam gdzieś, że kawa z mlekiem nie szkodzi aż tak bardzo – dodała, w duchu, myśląc, iż tylko synestezja skłoniłaby ją do zmiany nawyków. Kiedy słyszysz kolory i widzisz dźwięki, wiesz, że żarty się skończyły.

– To właśnie powiesz swojemu lekarzowi, gdy zdiagnozuje u ciebie wrzody?

Zamiast odpowiedzieć, Page posłała mu spojrzenie z serii „zaczynasz zachowywać się jak pierdoła” i Tom uznał, że lepiej będzie chwilowo zawiesić ten temat. Zważywszy na fakt, iż on również miał swoje małe grzeszki, była to rozsądna decyzja.

– Wiesz, że twój największy fan, Raymond Wolfe, nie żyje? – spytała, przypominając sobie rewelację poranka. – Zadusił się batonikiem.

Brew Wilde’a uniosła się.

– Doprawdy? Nie wiedziałem.

Ale wiedział. Było to po nim widać, że wiedział. Po co więc kłamał?

Może sam go zabił?

Och, co za nonsens!

– Chciałbym cię o coś zapytać, Vicky – podjął Tom z nowym entuzjazmem, zasiadając nad pudełkiem stygnącej pizzy.

Victoria upiła ostrożnie kawę i zachęciła go gestem, by kontynuował, nie mając pojęcia, jaką bombę zaraz na nią zrzuci.

– Co powiesz na przeprowadzkę do Nowego Jorku? – Powiedział to tak lekko, tak absurdalnie lekko, jak gdyby sugerował wymianę zasłon w salonie, a nie przenosiny do innego stanu.

Jakiś głos podsunął Victorii, iż najpewniej zwolniło się mieszkanie po świętej pamięci Wolfie, którego jej mąż kropnął właśnie z tego powodu, i mało brakowało, a zaczęłaby krzyczeć.

– Co? Skąd ten pomysł? – Czując, jak ogarnia ją dziwna słabość, oparła się plecami o ścianę, bojąc się, iż w przeciwnym razie nogi mogą odmówić jej posłuszeństwa.

Garnitur równych białych zębów Thomasa błysnął uśmiechem.

– Właściwie to zasugerował mi to mój agent, a ja uznałem, że facet ma cholerną rację – wyjaśnił. – Często tam wyjeżdżam, a wiesz, jak nie lubię zostawiać cię samej. Ty zresztą też od czasu do czasu musisz pofatygować się do Nowego Jorku, więc czemu by nie ułatwić sobie życia?

– No tak, ale…

– Przecież nie ma różnicy, czy będziesz pisać tu, czy tam – przekonywał, zupełnie jakby nie wiedział, że nawet taka błahostka jak remont w gabinecie potrafi zablokować ją na prawie miesiąc; siedziała wtedy, nie mogąc wydusić z siebie zdania i tylko gapiła się na nową komodę. Jezu, po przeprowadzce pewnie nie będzie w stanie pisać przez pół roku.

– Żadnej, skądże – bąknęła.

Tom wstał od stołu, podszedł do Victorii i pocałował ją w czoło.

– Nie oczekuję, że podejmiesz decyzję w tej chwili, ale chciałbym, abyś się nad tym zastanowiła, dobrze?

– Dobrze – zgodziła się po chwilowym ociąganiu, obserwując, jak Tom wraca na swoje miejsce. I rzeczywiście, przez kilka kolejnych dni zastanawiała się nad tym tak intensywne, że mało brakowało, a przegrzałby się jej mózg.

– Jest jeszcze coś, o czym chciałbym ci powiedzieć – rzekł Thomas z tajemniczym błyskiem w oku, a ona pomyślała bzdurnie, że zaraz postawi jej ultimatum: albo przeprowadzka, albo rozwód. – Podpisałem kontrakt na serię powieści. Prawdziwych, pełnokrwistych powieści kryminalnych. Literatura faktu chwilowo idzie w odstawkę.

6.

W tym momencie stało się coś dziwnego. Victoria zobaczyła – tylko i wyłącznie w swojej głowie – jak jej palce rozluźniają uścisk, w którym trzymały kubek, a on spada i roztrzaskuje się o podłogę; wszystko to działo się nieznośnie wolno jak na puszczonym klatka po klatce filmie lub może we śnie – gliniany kubek szybował na spotkanie z przeznaczeniem i przy akompaniamencie kryształowego ŁUP! roztrzaskał się na milion kawałków, bryzgając dookoła kawą. Następnie poczuła, jak świat zaczyna się od niej oddalać, jak gdyby ultraszybki pociąg z napisem „RZECZYWISTOŚĆ” właśnie ruszył z peronu, a ona przez gapiostwo nie zdążyła do niego wsiąść.

Wreszcie wydarzyło się to, co przed sekundą widziała oczyma wyobraźni: kubek wyleciał z jej zgrabiałych palców i dokonał żywota na szarej terakocie, a ona dłuższą chwilę stała kompletnie skamieniała, patrząc niewidzącym wzrokiem na rozchlapaną wszędzie kawę i jego żałosne pozostałości.

– Kochanie! – zawołał Tom, podnosząc się z krzesła.

– Nic się nie stało – powiedziała, dając mu znak, by został, gdzie jest. – Zaraz to posprzątam – dodała i nie ruszyła się z miejsca.

Podpisałem kontrakt na serię powieści. PRAWDZIWYCH powieści.

Ta informacja nie miała prawa wytrącić jej z równowagi… ale wytrąciła.

Czy jesteś szczęśliwa?

Po kręgosłupie przebiegł ją dreszcz, wnętrzności ścisnęły się w bolesny supeł i bała się, że zaraz zwymiotuje. Uzbrojony w ostre ząbki strach zaczął kąsać coraz śmielej, a chwilę później pojawił się jego bliski krewny – gniew.

Dlaczego on musiał wpaść na kretyński pomysł, żeby zacząć pisać beletrystykę?! Dlaczego, na litość boską, nie mógł trzymać się biografii tych seryjnych świrów?! To było dobre, to było słuszne, to było…

– Bezpieczne – wyszeptała zdrętwiałymi wargami. To słowo pojawiło się w jej umyśle nie wiadomo skąd, a jakaś głęboko ukryta część jej „ja” nie miała wątpliwości co do tego, iż jest właściwe, jest jak najbardziej na miejscu.

– Vicky, dobrze się czujesz? – Zaniepokoił się Tom. – Zbladłaś.

– Powieści kryminalne? – spytała jakże niepodobnym do swojego piskliwym głosem, jak gdyby w ogóle go nie usłyszała. – Powieści?!

– Na pewno nic ci nie jest? – ponowił pytanie, a ona zaprzeczyła ruchem głowy i wbiła w niego płonące bursztynowe oczy. – Cóż… Zdaje się, że dorosłem do tego, by wreszcie stworzyć coś swojego. Opisywanie losów prawdziwych ludzi przestało mnie satysfakcjonować. Chcę samodzielnie wykreować cały świat – rzekł, uśmiechając się ujmująco.

Wielką ma moc, kto słowem potrafi wznosić i obalać światy – pojawiło się w głowie Victorii tak nagle, że aż się zachwiała.

– Masz już pomysł na fabułę? – zapytała. Czuła, że usta ma zimne jak lód. Czuła, jakby cała była skuta lodem, który mroził ją od środka, promieniując na zewnątrz morderczymi falami.

– Ogólny zarys – skłamał. Nad czym niby siedział do późnej nocy przez ostatnich parę tygodni? Nad instrukcją obsługi tostera?

Walcząc z narastającym łomotem w głowie – hukiem wściekle pulsującej krwi – Victoria spróbowała wyartykułować jakieś sensowne zdanie. Milczała dobrych czterdzieści sekund, nim wreszcie powiedziała kompletnie wbrew sobie:

– Wspieram cię we wszystkim, co postanowisz, skarbie. Chcesz napisać powieść? W porządku. Jestem z tobą całym sercem.

– Moja dziewczynka – odparł Wilde, paroma zwinnymi susami doskakując do niej i zamykając w uścisku silnych ramion. – Pomóc ci z tym bałaganem?

– Nie, poradzę sobie – zapewniła. – Ale możesz wynieść śmieci.

– Dlaczego? – Tom wzniósł oczy do nieba.

Victoria wycelowała w niego palcami prawej ręki ułożonymi na kształt pistoletu; wtedy nie widziała w takim geście niczego niestosownego.

– Bo ludziom z bronią się nie odmawia.

7.

Wilde uznał, że Victoria miała dość czasu do namysłu. Każdy kolejny dzień tylko pogarszałby sprawę, która i tak była trudna z uwagi na obsesyjną niechęć jego żony do jakichkolwiek zmian. Siedzieli w knajpie, na neutralnym gruncie, tu będzie mniej skłonna do uników. Lepsza okazja mogła się nie trafić. Zanim kelner przyniósł zamówione jedzenie, przy ich stoliku pojawił się młody chłopak. Drobny, niewysoki, z tymi jasnymi włosami i inteligentnym spojrzeniem skojarzył się Tomowi z bohaterem filmu, który widział w dzieciństwie.

– Pani Page? – zapytał nieśmiało, wpatrując się w Victorię z nabożnym szacunkiem.

– Tak – potwierdziła, uśmiechając się z lekkim zażenowaniem. Zawsze uśmiechała się w ten sposób, gdy ktoś rozpoznawał w niej „Tę Pisarkę”.

Tom obserwował ją z fascynacją. Podobały mu się dołeczki w jej policzkach, kiedy tak się uśmiechała. Podobało mu się, jak marszczyła nos i zabawnie wydymała dolną wargę, gdy nad czymś się zastanawiała. Po namyśle uznał, że nie ma rzeczy, która by mu się w niej nie podobała. Wszystko w Victorii zdawało się tworzyć idealną harmonię: dziewczęca twarz z migdałowatymi oczami w kolorze bursztynu, małym, lekko zadartym noskiem i ustami w kształcie serca, filigranowa sylwetka, smukłe dłonie, burza ciemnorudych włosów. Choć raczej nie można było o jej urodzie powiedzieć „zjawiskowa”, on taką ją kochał. Kochał od dnia, w którym pierwszy raz ją zobaczył.

Zbuntowany elf zagubiony w świecie ludzi i jej wierny opiekun – tak czasem o nich myślał. Była specyficzna, to prawda. Często zachowywała się jak ktoś, kto jest tu tylko przejazdem – gość czekający na stacji ZIEMIA na wahadłowiec do rodzimej galaktyki. Relacje międzyludzkie nie były jej najmocniejszą stroną; nawykła do tego, że słowa wypływają z niej głównie w formie pisanej, niejednokrotnie gubiła się w zwykłej rozmowie. Jednak gdy odzywała się, aby opowiedzieć o tym, co dzieje się w jej głowie, o wytworach wyobraźni, którymi zapełniała kolejne książki… Do diabła, wtedy można było słuchać jej godzinami.

– Czytałem wszystkie pani powieści – oznajmił dumnie chłopak, prężąc wątłą pierś, jak gdyby spodziewał się, iż zaraz zostanie odznaczony medalem. – Wszystkie dziesięć – dodał na wypadek, gdyby Victoria zapomniała, ile książek napisała.

– Cieszę się. – Uśmiech Page zaczął niebezpiecznie upodabniać się do skurczu.

– Moja ulubiona to Kształty tego, co było – wyznał chłopak. Jego uzbrojone w kawałek papieru i długopis ręce wystrzeliły zza pleców i równocześnie zapytał: – Mógłbym prosić o autograf? Jestem Eric. Niech pani napisze „Dla Erica”, dobrze?

– Oczywiście – zgodziła się Victoria i złożyła na wyrwanej z jakiegoś zeszytu kartce zamaszysty podpis.

– Pan to Thomas Wilde, prawda? – Spytał chłopak, zwracając się w kierunku Toma, który potwierdził skinieniem głowy. – Mój ojciec lubi pana książki. Czy pan również mógłby się podpisać? – Chude ręce podetknęły Tomowi pod nos kartkę i długopis, nim zdążył się odezwać. – Dla Richarda. Mój ojciec nazywa się Richard.

– Proszę bardzo – powiedział Tom, oddając mu podpisaną kartkę, myśląc przy tym: Niedługo i ty będziesz lubił moje książki.

Cholera, jak zwykle był w cieniu sławy swojej żony. Po tym jak zekranizowano Władców Przeznaczenia stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób z branży, zaraz obok J.K. Rowling czy Stephena Kinga. Choć tę dwójkę Hollywood kochało zdecydowanie bardziej niż Victorię, która przy ekranizacji kolejnej powieści zaczęła odstawiać drugiego Orsona Wellesa, przez co zdjęcia znacząco się przedłużyły. Zresztą mniejsza z tym. Już niedługo on również wejdzie do panteonu Tych Najjaśniejszych Gwiazd i, kto wie, może nawet przyćmi jej blask?

Zdobywszy upragnione podpisy, chłopak poprosił o pamiątkowe zdjęcie, jeśli oczywiście nie będzie to kłopot.

Nie był to kłopot.

– Dziękuję. Życzę państwu miłego wieczoru – rzekł na odchodnym i podryfował w stronę swojego stolika, ostrożnie dotykając kieszeni, w której spoczywała kartka z cennymi autografami.

– Ten przynajmniej nie był upierdliwy – mruknął Wilde półgębkiem, na co jego żona odpowiedziała śmiechem.

Nieco później, wyczekawszy na właściwy moment niczym kryjący się w zaroślach dziki kot, zagaił o przeprowadzkę.

– Zgoda, ale mam dwa warunki – powiedziała Victoria, uporawszy się z potężnym kęsem swojego hamburgera. – Po pierwsze: nie przeprowadzamy się na zawsze, tylko na próbę. I po drugie: dopiero, jak skończę pisać powieść.

– Ile czasu potrzebujesz? – spytał, przechylając się ponad stolikiem.

– Jakieś cztery miesiące.

Tom zmrużył oczy, uśmiechając się chytrze.

– Dwa. Wiem, że już kończysz.

– Trzy. – Victoria zerknęła na męża wyzywająco. – Nie lubię pisać pod presją.

Tom dłuższą chwilę wpatrywał się w martwy ekran swojego telefonu, przez co skojarzył się Victorii z aktorem spoglądającym na prompter w oczekiwaniu na kolejną kwestię.

– Umowa stoi – powiedział wreszcie, wyciągając do niej rękę, a kiedy chciała ją uścisnąć, przyciągnął Victorię do siebie i pocałował.

– Chcesz, żebym pomogła ci w znalezieniu mieszkania?

Tom pokręcił głową.

– Mam już coś na oku. Powinno ci się spodobać.

– Suterena w Queens? – zapytała kąśliwie.

Tom ponownie zaprzeczył ruchem głowy.

– Penthouse na Manhattanie – wyjaśnił z piorunującą szczerością.

Victoria zrobiła wielkie oczy.

– Słucham?! – Nie żeby do tej pory byli biedni, ale penthouse?! Pierdolony penthouse na Manhattanie?!

– Podpisałem naprawdę dobry kontrakt – powiedział. – Dlaczego by więc tego nie wykorzystać?

– Jak dobry?

Zamiast mówić, Tom chwycił pojemnik z cukrem. Odkręcił wieczko, rozsypał go na stole i palcem wypisał w nim rząd cyfr. Victorii nie spodobał się wyraz jego twarzy, gdy to robił. Ten uśmiech. Ten jego uśmiech. Było w nim coś niepokojącego.

– Twój agent musi być diabłem. – Zerknąwszy na wypisaną w cukrze kwotę, aż się zachłysnęła.

– Nie on – szepnął Tom, nie przestając się uśmiechać w ten szczególny sposób.

8.

Kiedy jesteś szalony, czas nie zawsze płynie linearnie – o tym Henry Page zdążył się już przekonać. Niekiedy, podczas lepszych chwil, jak na przykład teraz, wiedział, gdzie i kiedy jest. Jednak najczęściej dryfował po bezkresnym oceanie, gdzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stanowiły jedność. Było prawie dokładnie tak, jakby znalazł to, co dla wielu naukowców pozostawało niedoścignionym przedmiotem pożądania – tunele czasowe, którymi dowolnie poruszał się w wybrany moment swojego życia… i nie tylko.

– To taki rodzaj magii – powiedział i zachichotał.

Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że niektóre z jego „wycieczek” nie były niczym więcej jak zlepkiem scen z widzianych kiedyś filmów czy przeczytanych książek. Mimo wszystko zdecydowaną większość stanowiły realne – tak realne! tak niesamowicie plastyczne, tak boleśnie realne! – wspomnienia lub zapowiedzi tego, co dopiero miało nadejść. I właśnie te ostatnie, również piorunująco rzeczywiste, napawały go prawdziwym przerażeniem. Musi ją ostrzec. Za wszelką cenę musi to zrobić. Stanie się coś złego. A może już się stało?

– Księżyc jest czerwony, królowa zrezygnowała z korony! – krzyknął, wyprężając się jak struna.

O czym to właśnie mówił? Nie, nikt nic nie mówił. Cholera, chyba zaczynało mu się pogarszać. Niebawem znów popadnie w stan zbliżony do katatonii i zapewne ponownie odleci. Myśli mąciły się, czuł, jak zsuwa się na nie mgła. Ta mgła miała kolor czerwony. Jak księżyc. Jak krew. Zły kolor. Niebezpieczny.

Tak jak jej włosy.

Był jeszcze potwór, który zerwał się ze smyczy. Zła istota o zatrutym sercu uśmiechała się pięknie, wypowiadając kłamstwa. Skrzywdzi ją. On ją skrzywdzi. Ale czy ona wcześniej nie skrzywdziła jego?

– Teraz niejadek! – zawołał Henry, mając na myśli: „To był wypadek”. Tak, pogarszało mu się bez dwóch zdań. – Muszle lubią wibrować! – „Muszę ją uratować”.

Z tą myślą pogrążył się w mroku.

9.

Wynajęty przez