Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krwawy księżyc - K.C. Hiddenstorm

Każde marzenie może stać się koszmarem. Każdy człowiek może stać się potworem.

Victoria Page i Thomas Wilde są małżeństwem światowej sławy pisarzy. Gdy Thomas oznajmia żonie, że zamierza wydać swój pierwszy kryminał, kobietę ogarnia nieuzasadniony niepokój.

„Księżycowy zabójca” szybko staje się bestsellerem. W tym samym czasie Victoria zauważa dziwne zmiany w zachowaniu partnera. Kobietę zaczynają nękać koszmary, w których doświadcza śmierci z rąk własnego męża.

Niedługo po premierze powieści w Nowym Jorku zaczyna grasować morderca, który naśladuje zabójcę wykreowanego przez Thomasa. Victoria zaczyna nabierać podejrzeń, że człowiek z którym dzieli życie, jest bardzo niebezpieczny.

__

Krwawy księżyc” to niepokojący i trzymający w napięciu thriller K.C. Hiddenstorm – młodej i niezwykle utalentowanej autorki z Białegostoku. Jej styl pisania cechuje cięty język, czarny humor i cynizm. Zadebiutowała na rynku wydawniczym w 2016 roku powieścią fantastyczną „Władczyni Mroku”.

Opinie o ebooku Krwawy księżyc - K.C. Hiddenstorm

Fragment ebooka Krwawy księżyc - K.C. Hiddenstorm

„Monroe zawsze uważał rykoszet za najbardziej przerażające słowo”.

– Thomas WildeKsiężycowy Zabójca

Prolog

19 sierpnia, 1994

Shelby, Montana

– Hej, Frank, popatrz na to! – zawołał Rick podnieconym głosem, szarpiąc kolegę za rękaw. – Tylko popatrz!

– Chryste, przestań się drzeć! – skarcił go Frank, uwalniając materiał koszuli z jego natarczywych palców. – Wszystkich pobudzisz! – Mówiąc „wszystkich”, miał na myśli ich dziewczyny – w szczególności swoją – śpiące w namiotach nieopodal. Ostatnie, czego by chciał, to kłótnia z wyrwaną ze snu, rozeźloną Vivian.

Niewątpliwie nie pogłaskałaby go po główce, orientując się, że wbrew wcześniejszym obietnicom, nie położył się spać o „rozsądnej godzinie”, tylko wciąż tu siedzi. A na dodatek pali skręta.

– Popatrz! – powtórzył Rick nieco ciszej, wskazując palcem nocne niebo.

Frank westchnął ciężko. Chciał rzucić jakąś kąśliwą uwagę pod adresem kolegi, powiedzieć mu, co myśli o jego troglodyckich manierach, jednak po chwili namysłu uznał, że nie warto, więc posłusznie podążył wzrokiem w górę i… oniemiał.

– Boże, co to?! Dlaczego księżyc jest…

– Czerwony? – dokończył za niego Rick, uśmiechając się chytrze. – Nie wiem, może to jakieś zaćmienie?

– Tak, to całkiem możliwe – bąknął Frank bez większego przekonania.

Nie sądził, by było to zaćmienie księżyca. To znaczy, chciał tak sądzić, ale coś mu się nie zgadzało. O takich rzeczach zawsze mówią w telewizji, radiu i piszą w gazetach, a on przed paroma godzinami oglądał wiadomości i nie było tam nawet wzmianki o czymś takim.

Obrzucił trzymanego w dłoni skręta wzgardliwym spojrzeniem, aby w następnej chwili zgasić go, szorując nim zawzięcie o trawę. Już nie chciało mu się palić. Właściwie nic mu się nie chciało. Ten pieprzony księżyc był… upiorny.

Wygląda jak polany krwią serowy pączek – pomyślał i wzdrygnął się.

Oczywiście wiedział, dlaczego podczas zaćmienia (zakładając, że to było zaćmienie) ludzkie oko widzi księżyc w kolorze czerwonym. Całkiem niedawno miał na ten temat wykład na uczelni. Jednak ta wiedza w żadnym stopniu nie umniejszała jego atawistycznemu lękowi przed tym zjawiskiem. Na Boga, nie żył w czasach biblijnych, w których wierzono, że Krwawy Księżyc jest oznaką zbliżającego się nieszczęścia czy końca świata – chodziło tylko o widoczność fal o największej długości, czyli czerwonych, gdyż podczas zaćmienia te krótsze rozpraszały się w atmosferze – a czuł się dokładnie tak jak jakiś cholerny zacofany beduin, dla którego szczytem technologii było wynalezienie koła.

– Stary, wszystko w porządku? – spytał niepewnie Rick, trącając go w ramię.

Frank spojrzał na niego ostrożnie, nie chcąc, by kumpel wyczytał z jego twarzy zakrawający na paranoję lęk. Widząc roziskrzone spojrzenie Ricka, uzmysłowił sobie, iż nie żywi on podobnych obaw wobec wiszącego na niebie czerwonego monstrum, a wręcz przeciwnie – zdaje się, że jest nim zachwycony.

– Tak – skłamał, uśmiechając się fałszywie. – Zamyśliłem się.

Rick odwzajemnił uśmiech i nachylił się ku niemu.

– Zamiast tyle myśleć, wyciągnij aparat i zrób parę zdjęć tego cudeńka. – Machnął ręką w górę, dając do zrozumienia, że ma na myśli księżyc. – Kiedy je wywołamy i pokażemy dziewczynom, będą zachwycone.

Będą posrane.

– Dobry pomysł – zgodził się Frank, czując, że coś w nim zaraz zacznie krzyczeć.

Niechętnie wyciągnął aparat z plecaka i na odczepnego cyknął kilka fotek, następnie poczęstował Ricka smętnym tekstem o nieprzepartej senności, najpewniej wywołanej skrętem, i zniknął w czeluściach swojego namiotu. Całą noc śniły mu się koszmary, w których ścigał go ten pierdolony księżyc w kolorze krwi.

Czy zdziwiłaby go wiadomość, że nawet po latach naukowcom nie uda się ustalić przyczyn tej dziwnej Czerwonej Pełni, która od tamtego czasu pojawia się mniej więcej sześć razy w roku, wymykając się logice, urągając nauce i łamiąc wszelkie schematy?

Nie, skądże.

***

20 października, 1997

Rockford, Illinois

Kiedy podekscytowany jak gówniarz w Disneylandzie Harold Simons pokazał zrobione przez siebie zdjęcia przewodniczącemu lokalnego kółka ornitologicznego, Rayowi Berry’emu, ten przez dobre trzy minuty studiował je z nieprzeniknioną miną, po czym roześmiał mu się w twarz i stwierdził, że nawet jego dziewięcioletnia wnuczka nie dałaby się nabrać na coś takiego.

– Sfabrykowane – warknął, ciskając plik fotografii w pierś ich właściciela. – Naprawdę zawracasz mi głowę czymś takim?

Harold poczuł, jak jego policzki oblewają się pąsem. Jakkolwiek niewiarygodnie przedstawiały się rewelacje, którymi chciał podzielić się z Rayem, bynajmniej nie były one mistyfikacją ani wytworem jego fantazji.

– Te zdjęcia są autentyczne i stawiam wszystkie pieniądze, jakie mam w banku, że przejdą każdy test potwierdzający moje słowa – zaoponował.

W tym samym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich ociekający deszczem Ed Willis. Berry pozdrowił go skinieniem głowy, odczekał, aż zniknie w pokoju głównym, i ponownie przeniósł wzrok na Harolda.

– Chyba padło ci na mózg – podsumował, taksując go chłodnym spojrzeniem. – Mam uwierzyć, że w Rockford pojawiły się czarne jastrzębie, przypominające jakieś cholerne, zmutowane kruki?!

– Wiem, jak to wygląda, ale te zdjęcia są autentyczne – powtórzył Harold z uporem. – Pozwól mi pokazać je innym.

Coś – jakaś nieustępliwość słyszalna w jego głosie lub może bijący z oczu gorączkowy żar – uzmysłowiło Rayowi, iż nie warto ciągnąć dłużej tej bezcelowej dyskusji i najrozsądniej zrobi, jeżeli złoży broń.

– Jeśli chcesz się ośmieszać i na własne życzenie robić z siebie durnia, nie będę cię powstrzymywał. – Westchnął, zerkając na zegarek. – Ja muszę już lecieć. Obiecałem córce, że zamontuję jej nową kabinę prysznicową. Ten pajac, jej mąż, próbował to zrobić na własną rękę i prawie go zgniotło. Jezu Chryste, jaka z niego pieprzona niedojda – stwierdził z niesmakiem.

– Dziękuję, Ray – odparł Harold nienaturalnie cienkim głosem. W uszach Berry’ego zabrzmiało to jak pisk podnieconej licealistki. – Bardzo ci dziękuję.

Ray zasalutował i odwrócił się, odchodząc bez słowa. Simons najwyraźniej wierzył w swoje majaki, a on nie był jego psychoterapeutą, by musiał wyciągać go z ich szponów.

Dwa tygodnie później Berry nie uważał już Harolda za czubka. Istnienie czarnych jastrzębi stało się faktem, potwierdzonym przez kilkanaście niezależnych źródeł. Jako że Harold Simons był pierwszym źródłem, przez chwilę pławił się w blasku pozornej sławy. Kolor ich upierzenia uznano za drobną, zupełnie niegroźną mutację genetyczną. Nienaturalnie wysokie stężenie melaniny zaowocowało czarnym umaszczeniem piór ptaków. – Można było przeczytać w jednym z licznych artykułów. – To nic nadzwyczajnego, w przyrodzie takie rzeczy się zdarzają.

Tak, w przyrodzie takie rzeczy się zdarzają…

Część I. Nowy Jork

1.

Victoria Page stała naprzeciw podniszczonego plakatu od dobrych dziesięciu minut, wpatrując się w nagryzmolony na nim czarnym sprayem napis. Machinalnym gestem odgarnęła łaskoczący ją w policzek kosmyk włosów i tylko to nie pozwoliłoby postronnemu obserwatorowi pomyśleć, iż popadła w katatonię. Czy jesteś szczęśliwa? – pytały słowa zdobiące spłowiałą reklamę perfum Diora, a ona nie była w stanie oderwać od nich oczu. Choć zdawała sobie sprawę, iż takie myślenie jest z lekka paranoiczne, nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że była to wiadomość adresowana do niej. Właśnie do niej.

– Czy jesteś szczęśliwa? – wyszeptała i równocześnie przeszedł ją dreszcz.

Wiatr zaczął smagać coraz bardziej, lecz ona jeszcze chwilę ociągała się z odejściem. Słowa z plakatu przyzywały ją, hipnotyzowały, a gdzieś w głębi jej umysłu zrodziło się przypuszczenie, iż być może kryją one w sobie coś… jakieś mroczne przesłanie.

Kolejny podmuch natarczywego wiatru przywiał ze sobą liść, który musnął Victorię w nieosłoniętą spodniami skórę tuż nad kostką, a ona drgnęła jak ktoś dotknięty zimnym palcem ducha. Uświadomiwszy sobie, iż dziś przypada pierwsza noc pełni – Czerwonej Pełni – postanowiła nie zwlekać dłużej z powrotem do domu. Te pełnie, gdy księżyc miał barwę krwi, wzbudzały w niej mocno ambiwalentne uczucia i z jakichś względów wolała nie przebywać wtedy na zewnątrz. Dzięki Bogu, człowiek miał czas zorientować się, że takowa się zbliżała – widoczna na około tydzień przed pełnią czerwonawa poświata była jednoznacznym sygnałem – i zawczasu jakoś się przygotować, inaczej chybaby zwariowała.

Wtem jej umysł – wstrętny stwór o sadystycznych zapędach – pogalopował ku wspomnieniu z dawnych lat, bez którego mogłaby się obejść, temu konkretnemu wspomnieniu, gdy…

2.

Sześcioletnia Victoria siedzi na domagającym się sprzątania dywanie w dużym, nieco zagraconym salonie, z ogromnym przejęciem oglądając jedną z niekończących się potyczek Toma i Jerry’ego – jej absolutnie ukochanej kreskówki. Na talerzyku obok jej prawego kolana leży niedojedzony hot dog. Wystygł i stracił swe wątpliwe walory smakowe. Zresztą ona jest tak zaaferowana bajką, że zdążyła zupełnie zapomnieć o jego istnieniu.

W którymś momencie w holu rozlega się straszliwy rumor, coś jak dźwięk zderzającego się ze stodołą bizona. Tatuś wrócił – przelotnie myśli Victoria, rejestrując wszystko, tak jak gdyby działo się to na granicy snu. Intuicyjnie wyczuwa, że najprawdopodobniej znów pił swoje „lekarstwo”, gdyż normalnie nie zdarzało mu się wpadać na meble, a tylko to mogło spowodować taki hałas. Wyczuwa też coś jeszcze: tatuś nie będzie żył długo, bo to, co pije, to „lekarstwo”, jej wszystkowiedzący brat nazywa czasem trucizną i dodaje złowieszczo, że budzi ono mieszkającego w niektórych ludziach diabła. A potem trzeba to pić, nawet jak nie chcesz, inaczej dostaje się drgawek i martwicy mózgu – mawia z tak rzadką u niego śmiertelną powagą. Przerażona tą myślą, odpędza ją od siebie i na powrót pogrąża się w świecie Toma i Jerry’ego. Tak jest lepiej. I tak będzie lepiej już zawsze. Tylko w hermetycznym świecie wyobraźni ta rudowłosa istota będzie znajdować ukojenie.

– Cześć, szkrabie! – woła w jej stronę bełkotliwym głosem ojciec.

– Cześć! – odkrzykuje Vicky, nie oglądając się za siebie. Ma nadzieję, że tatuś pójdzie na górę, do sypialni, i pośpi parę godzin, jak to się często zdarzało, gdy pił swoje „lekarstwo”.

Jednak wkraczający w zaawansowany alkoholizm Robert Page ani myśli iść do sypialni. Jest raptem południe, lecz nie należy on do osób, na których takie drobiazgi robiłyby wrażenie – zdążył się nieźle wstawić gdzieś tak w okolicach drugiego śniadania i nagle wzięło go na pogaduchy z córką. Jeżeli można to tak nazwać.

– Nie siedź tak blisko telewizora, bo popsujesz sobie oczy – mówi, rozsiadając się na kanapie i roztaczając dookoła siebie obłok niemal radioaktywnych wyziewów.

– Nie popsuję – oponuje Vicky, uparcie nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

– Powiedziałem coś? – gromi ją ojciec i Victoria potulnie przenosi się na fotel. Choć jest zaledwie kilkuletnim dzieckiem, wie, że nie należy wdawać się z tatusiem w jałową polemikę, gdy ten wypije „lekarstwo”. Wie o tym aż za dobrze.

– A ten bałagan? – pyta, wymownie wskazując na pozostawiony na ziemi talerzyk.

Victoria teatralnie stuka się w czoło, robiąc przy tym minę, jakiej nie powstydziłby się zawodowy komik – za wszelką cenę chce rozbawić ojca, chce odpędzić od niego tę gniewną aurę, wiszącą nad nim na podobieństwo gradowej chmury – i zrywa się, żeby go podnieść. Niestety, robi to tak nieudolnie, że niedojedzone resztki hot doga zsuwają się z talerza, przyozdabiając dywan kleksami keczupu i musztardy.

Ta pozornie błaha rzecz jest niczym ostatnia kropla, która przerywa tamę. Przekrwione oczy ojca błyskają nieprzytomną furią, a on zrywa się na równe nogi, kojarząc się jej z rozjuszonym trollem.

– Spójrz, co najlepszego narobiłaś! Zniszczyłaś dywan! Zawsze wszystko niszczysz! – ryczy, górując nad przerażoną córką niczym Goliat nad Dawidem; jego głos nie jest już tak bełkotliwy jak wcześniej, zupełnie jakby kipiąca w nim złość osłabiła działanie „lekarstwa”. – Tak, jak zniszczyłaś swoją matkę – dodaje po chwilowej pauzie, a dla Victorii jest to gorsze niż siarczysty policzek. Właściwie to pragnie, by dało się jakoś cofnąć te słowa, a zamiast nich tatuś po prostu ją uderzył, nawet skórzanym pasem.

Gdyby była nieco starsza lub gdyby była swoim bratem, odparowałaby, iż dywan i tak jest tylko jedną wielką plejadą plam, więc parę kleksów w tę czy we w tę nie robi mu większej różnicy, a śmierć matki była wynikiem paskudnych powikłań, na które nikt, z wyjątkiem Boga, nie miał wpływu, więc niech lepiej daruje sobie te głodne kawałki. Jednakże jest tylko małą wylęknioną dziewczynką i robi to, co każda dziewczynka zrobiłaby na jej miejscu – kuli się i zaczyna rozpaczliwie szlochać, by w następnej chwili rozpłakać się na dobre.

– Och, Vicky, przepraszam. – Ojciec reflektuje się błyskawicznie, jednak ten gniewny błysk nie znika z jego oczu, a tylko przygasa; wciąż można go ujrzeć na ich dnie, żarzy się tam i to się nie zmieni aż do samego końca. – Nie to chciałem powiedzieć, szkrabie – dodaje i przyciąga ją do siebie.

Victoria ma szaleńczą ochotę uchylić się przed jego dotykiem, lecz wie, że nie wolno jej tego zrobić – taki unik na powrót rozsierdziłby tatusia – toteż odwzajemnia uścisk, daremnie próbując rozluźnić sztywne jak pogrzebacz ciałko. Henry! Henry, gdzie jesteś?! Zabierz mnie stąd! – krzyczy w duchu. Przymyka powieki i czuje, jak kolejne ciepłe strużki leniwie toczą się po jej policzkach; to łzy strachu, łzy upokorzenia.

– Musisz wiedzieć, że nie winię cię za śmierć mamusi – mówi ojciec, odsuwając córkę na odległość ramienia. Kuca przed nią, patrząc jej głęboko w oczy. Jego wzrok jest palący, zdaje się wwiercać w najintymniejsze, najbardziej kruche fragmenty jej duszy. – Wcale nie uważam, że ją zabiłaś… Chcę tylko powiedzieć, że gdyby nie ty, ona wciąż by żyła – kończy chorobliwie słodkim głosem, uśmiechając się jak aligator.

Jeżeli wcześniejsze słowa były torturą, to te uderzają w sześcioletnią Victorię jak taran. Jej nogi ogarnia dziwna słabość i, gdyby nie ojcowskie ręce, upadłaby. Broda zaczyna jej drżeć, ale ona nie chce ponownie się rozpłakać, nie chce dać ojcu tej satysfakcji. Spogląda w jego pijackie oczy pustymi oczyma lalki i nagle – zupełnie bez powodu – wraca pamięcią do ostatniej Czerwonej Pełni, tego dziwnego strasznego zjawiska, o którym Henry mówi, że jest anomalią (Vicky nie do końca rozumie, co to znaczy). Ta myśl – o księżycu w kolorze krwi – przynosi ukojenie przemieszane ze strachem, a gdzieś głęboko majaczy tajemna wibrująca siła, z której bezwstydnie czerpie garściami. Niekoniecznie Bóg jest sprawcą tej mocy – właściwie na pewno nie – lecz nie ma to znaczenia, bo dzięki niej Victoria przetrwa kolejne lata u boku zapijającego się na śmierć człowieka, który wini ją za śmierć ukochanej żony.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię?! – warczy ojciec, szarpiąc jej ramieniem. – Rozumiesz, czy potrafisz tylko stać jak cholerna kukła?!

– Przestań się nad nią pastwić! – Czyjś głos dolatuje do uszu Victorii niczym anielska muzyka. Jej świetlisty rycerz, jej ukochany braciszek jest tu! Jest! I za nic w świecie nie pozwoli jej skrzywdzić. Chce go zawołać, lecz nie daje rady; gardło ma ściśnięte i suche, jakby ktoś wepchał w nie starą flanelę.

– Spieprzaj, gówniarzu! – rzuca ojciec, posyłając w jego stronę mordercze spojrzenie. Jednak na zuchwałym piętnastolatku nie robi ono najmniejszego wrażenia.

Henry przecina pokój i bez ceregieli wyrywa siostrzyczkę z brutalnego uchwytu ojca. Ten wstaje z kucek i próbuje się zamachnąć, lecz Henry jest szybszy, i choć szczupły, to jednak bardzo silny. Łapie pięść ojca, wykręcając ją z nieskrywaną satysfakcją i mówi ociekającym jadem głosem:

– Lepiej się prześpij albo zrób to, co umiesz najlepiej: strzel sobie następną kolejkę i po prostu zdechnij. Ta mała nic ci nie zrobiła, nie musisz się nad nią tak znęcać.

Policzki Roberta Page’a pokrywają się głęboką purpurą i można odnieść wrażenie, że zaraz dostanie wylewu.

– Jestem twoim ojcem i masz mnie szanować! – wyje synowi w twarz; kropelki śliny tryskają fontanną, które w oczach Victorii są jak garść rozrzuconych diamentów.

Henry parska śmiechem i kręci głową.

– Jesteś zwykłym pijakiem, a do tego skończonym tchórzem – odpowiada, spoglądając na niego pogardliwie. – Nie szanujesz sam siebie. Jak możesz oczekiwać tego ode mnie?

Ta prosta prawda odziera Roberta z całej werwy. Zapada się w sobie jak materac, z którego powoli, acz nieubłaganie, uchodzi powietrze i siada na ziemi, szeroko rozrzucając nogi. W tej pozie jest coś rozpaczliwego, jakaś żałość i skrucha, jednak na Henrym nie robi to żadnego wrażenia, a Victoria nawet tego nie zauważa, wpatrując się w brata jak w osobistego Chrystusa.

– Dopóki z tobą jestem, nie stanie ci się żadna krzywda. Nie pozwolę na to – mówi Henry z mocą, gdy są już na piętrze, w przytulnym pokoju Victorii.

– A jak długo ze mną będziesz? Zawsze, na zawsze? – dopytuje się Vicky, wspinając się na palce i wczepiając się w brata jak małe zwierzątko. Emanuje od niego przyjemne ciepło, a jej nosek wychwytuje delikatny zapach pomarańczy, pewnie niedawno je jadł; Henry bardzo lubi pomarańcze.

– Tak, Vicks – przytakuje Henry, mierzwiąc jej włosy. – Zawsze, na zawsze.

A ona mu wierzy. Tak naiwnie i bezbrzeżnie, jak potrafią to tylko dziewczynki w jej wieku.

3.

Po powrocie do domu powitała ją pustka. Była za kwadrans dziesiąta, świat powoli pogrążał się w ciszy i ciemności – stawał się taki, jakim lubiła go najbardziej, jakim lubiły go najbardziej wszystkie stworzenia nocy. Thomas nie wrócił jeszcze z Nowego Jorku i wszystko wskazywało na to, że przyjedzie dopiero jutro.

Szkoda.

Victoria spuściła wzrok na obrączkę, którą leniwie obracała palcami prawej ręki. Nie chciała być sama. Teraz, gdy ścigały ją pijące swoje „lekarstwo” demony przeszłości, bardziej niż kiedykolwiek nie chciała.

Jak na czarodziejskim dywanie przeklętych, jej myśli powędrowały do Henry’ego. Jezu, strasznie było widzieć go w takim stanie. Siedział w tym absurdalnie słonecznym pokoju, kiwając się na obitym miękką tkaniną krześle i mimo jej usilnych starań, nie nawiązał żadnego kontaktu. Ale nie zawsze był taki. Czasem, gdy go odwiedzała, zachowywał się prawie jak dawny Henry; choć trzeba uczciwie przyznać, że mówił od rzeczy. Tylko że te dobre chwile zdarzały się coraz rzadziej. A ona coraz rzadziej go odwiedzała. Nie to, że była złą osobą, wyrodną siostrą lub kimś takim. To po prostu… tak cholernie bolało.

Zwłaszcza patrzenie w jego oczy.

To nie w porządku, nie powinno tak być! Przez tyle długich, ponurych lat Henry był jej opoką, najbliższą jej osobą. A teraz nie miała nawet jego. Wszystko, co jej pozostało, to niekończące się podróże do świata wyobraźni i historie, które zachwycały ją i przerażały jednocześnie; ten szczególny rodzaj magii. Czasem (właściwie często) łapała się na refleksji, jakoby jej jedyną więź z rzeczywistością stanowił Tom. Gdyby i z nim coś…

– Nie! Nie otwieraj tych drzwi, Victorio! – zawołała, uderzając się otwartą dłonią w udo.

Wzięła głęboki oddech, wygodniej rozpierając się na kanapie i wyjrzała przez okno. Przesłaniające niebo chmury rozstąpiły się i niezdrowy blask księżyca wlał się do salonu, spowijając go szkarłatną poświatą, a ona uzmysłowiła sobie, iż tego wieczoru nie napisze ani słowa. Wraz z tym blaskiem do jej serca zakradał się niemający racjonalnego źródła niepokój; myśli mącił nieznośny, niemal bolesny chaos. Działo się tak dość często, ta pełnia nie była wyjątkiem.

Czy jesteś szczęśliwa?

Słowa z plakatu rozbłysły jej pod czaszką jak fajerwerki – z potwornym impetem, zupełnie niespodziewanie. Boże, czemu tak ją ruszył ten napis? Jeśli zacznie doszukiwać się tajnych przekazów w ulicznym graffiti, to już będzie źle. Musi przestać o tym myśleć! Musi przestać o tym myśleć, zanim nabawi się nerwicy albo czegoś gorszego.

Objąwszy rękoma głowę, spędziła tak kolejnych kilka minut. Wreszcie wstała, nalała sobie lampkę czerwonego wina i włączyła laptopa. Zamiast jednak otworzyć plik z powieścią, weszła w folder „MUZYKA” i w następnej chwili panującą w domu ciszę przełamały pierwsze dźwięki A Kind of Magic Queen. Wmówiła sobie, że wybrała jedną z ulubionych kapel brata całkowicie przypadkowo. We wmawianiu sobie różnych rzeczy była całkiem dobra.

4.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Część I. Nowy Jork
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Karta redakcyjna

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Opracowanie językowe tekstu: Studio Editio

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Aleshyn_Andrei (Shutterstock.com)

Copyright © 2018 by K.C. Hiddenstorm

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-66134-74-4

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek