Krwawy doping - Maribel Medina - ebook
Opis

"Przyprawiająca o zawrót głowy podróż do świata dopingu i nielegalnego handlu lekami wśród elit sportowych. Thomas Connors, przystojny agent Interpolu odbiera telefon od dawnej ukochanej, która prosi go o pomoc w sprowadzeniu do Irlandii zwłok córki, młodej lekkoatletki, zmarłej nagle z ośrodku sportowym w Les Diablerets w Szwajcarii. Poznana na miejscu lekarka sądowa Laura Terraux zwraca jego uwagę na serię podobnych, niewyjaśnionych zgonów. Wspólnie rozpoczynają śledztwo, które doprowadza ich do mrocznego świata dopingu i nielegalnego handlu lekami. Czy Thomas i Laura skazani są na porażkę w walce z potężnym i nieuchwytnym przeciwnikiem? Czy uda im się przezwyciężyć własne demony? Czy sportowcy zdołają się oprzeć pokusie zwycięstwa za wszelką cenę? „Pełna osobistych odniesień krucjata przeciwko dopingowi w sporcie”. Diario de Navarra „Mroczna powieść poruszająca kontrowersyjny temat dopingu bez niedomówień, z zamiarem zainicjowania debaty społecznej”. Diario de Noticias"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

SANGRE DE BARRO

Copyright © by Maribel Medina (Mardom Writers S. L.), 2014

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Mapa: © Ediciones Maeva

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Mariusz Kulan

ISBN: 978-83-7999-350-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Którejś wiosny sprowokowałam cię do wyboru między zuchwałym życiem a niczym. Mój ty dzielny rycerzu!

Dedykuję tę książkę Andrésowi Martínezowi Modregowi, któremu moja powieść zawdzięcza duszę i ciało; bez jego współpracy ta historia nigdy by nie powstała. To jeden z tych dzielnych ludzi, którzy potrafią krzyczeć i walczyć. Urodzony biegacz obdarzony niezwykłym talentem: 3:39,43 na 1500 metrów, 7:53,02 na 3000 metrów, prowadzący czystą rywalizację dzięki wysiłkowi, uporowi i poświęceniu, ignorujący syrenie śpiewy, które obiecywały mu sławę i pieniądze, jeśli sprzeda własne ciało.

Niniejsza książka została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, ale wszystkie postacie i sytuacje są wymysłem autorki; jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością jest przypadkowa.

„I po równi chcesz cenić ludzką twarz lub maskę?

Po równi wielbić szczerość i pozór kłamliwy

I stawiać czcze mamidło obok prawdy żywej?

[…]

Doprawdy, większość ludzi to stworzenia dziwne:

Co w zgodzie jest z naturą, to im jest przeciwne”.

MOLIER1

„Śni mi się cisza, bo zamilknął dzwonek”.

WISŁAWA SZYMBORSKA2

„Myśli, co leżą głębiej, niż łzy sięgnąć mogą”.

WILLIAM WORDSWORTH3

MIEJSCE AKCJI

Między Jeziorem Genewskim a Gstaad, na wysokości tysiąca dwustu metrów, znajdują się Les Diablerets. Ściana masywu górskiego schodząca do doliny Ormont była uważana w średniowieczu za niebezpieczne, przeklęte miejsce, królestwo diabła. Stąd nazwa miejscowości: Les Diablerets.

1

Chcę cię porwać przyklejoną do moich nóg i biec,

żebyś czuła moc moich żył.

Pragnę cię porwać przyklejoną do moich rąk i kochać,

żebyś drżała, czując moje pieszczoty.

Marzę, by porwać cię przyklejoną do moich ust i szeptać,

żebyś spokojnie spała.

Ja będę twoimi nogami, twoimi rękami, twoimi ustami.

Ty będziesz moją siłą, moją miłością, moim łożem.

Dziewczyna siedziała na łóżku i trzymała w dłoniach kartkę. Nie pamiętała, ile już razy przeczytała te słowa. Położyła się wpatrzona w wiersz i ponownie przebiegła go wzrokiem, wyobrażając sobie autora listu.

Dzień marszczył się niczym skórka na dojrzałej brzoskwini, leniwa mgła wpełzała po stoku u jej stóp. Po kilku dniach deszczu poprzedniej nocy nadszedł błękitny mróz, pokrywając kałuże szkłem cienkim jak skrzydła motyla.

Una Kowalenko patrzyła w zachwycie na światło zmierzchu, które przenikało przez kartkę z wierszem wydartą z zeszytu w kratkę. Słowa zdawały się tańczyć na jej cześć. Położyła się na kołdrze i zwinęła w kłębek, ściskając w dłoni miłosne wersy.

Noc rozciągała swoje panowanie cień po cieniu, połykała łapczywie szczyty gór i korony drzew. Kiedy dotarła do Les Diablerets, pod jej stopami zatrzeszczała ziemia z czarnego lodu. Weszła przez okno i delikatnie spoczęła na dziewczynie śpiącej głębokim snem.

Która miała się już nigdy nie obudzić.

2

Thomas Connors jechał do pracy, lawirując w korkach, i nucił „Who Wants to Live Forever” zespołu Queen. Dzień był słoneczny, a temperatura – osiemnaście stopni – zapowiadała, że po tygodniu zimna i deszczu do Lyonu wreszcie dotarła wiosna.

Postanowił zaparkować daleko od celu. Miał ochotę się przejść i nacieszyć ładnym porankiem. Z płaszczem w ręku maszerował szybkim krokiem po bulwarze Charles’a de Gaulle’a. Obok płynęła wartko rzeka Rodan wezbrana po ostatnich burzach. Wrzucił patyk i przez kilka minut obserwował, jak wiruje, aż w końcu znika wchłonięty przez wodę. Sprawdził godzinę, bez pośpiechu przeciął jezdnię i skręcił w spokojną ulicę. Zanim wszedł do kwadratowego budynku z matowego szkła i stali, spojrzał z zazdrością na chłopców biegających po parku La Tête d’Or, jednym z największych terenów zielonych w mieście. Minęła go grupka turystów zdążających do Muzeum Sztuki Współczesnej. Angielska przewodniczka, która im towarzyszyła, wskazała znajdującą się po prawej stronie siedzibę najpotężniejszej na kuli ziemskiej organizacji do walki z przestępczością.

Ponieważ Thomas nie przybył od strony parkingu, musiał wejść drzwiami dla gości prowadzącymi do małego budynku oddzielonego od głównego gmachu. Młoda dziewczyna sprawdziła jego tożsamość i kazała mu przypiąć identyfikator, o którym zawsze zapominał i nie wyciągał go z kieszeni marynarki. Włożył komórkę, klucze i pozostałe drobiazgi do białego plastikowego pojemnika i przeszedł przez ogromny wykrywacz metali. Pokonał podwójne szklane drzwi uruchamiane przez urządzenie zabezpieczające i dotarł do ogródka, którym przechodziło się do głównego budynku; na podłodze widniało logo Interpolu, kula ziemska otoczona laurami i przeszyta mieczem. Szale wagi po obu stronach Ziemi symbolizowały sprawiedliwość.

W drodze do swojego gabinetu Thomas przywitał się z Rose.

– Już przylecieli?

– Jeszcze nie. Lądowanie na Saint-Exupéry jest przewidziane na dwunastą czterdzieści. Wprawdzie będą jechali w eskorcie dwóch samochodów, ale nie sądzę, żeby zebranie zaczęło się przed drugą – odpowiedziała Rose.

– Dobrze, zawiadom mnie, proszę, kiedy wyjadą z hotelu, żebym mógł przygotować spotkanie drugiego stopnia.

Patrząc na plecy Thomasa, Rose zapragnęła zanurzyć palce w jego włosy, poczuć ich zapach, pocałować je. Owładnęło nią uczucie podobne do smutku. „Czasem miłość jest wyjątkowo kapryśna”, pomyślała, wracając do pracy.

Thomas przejrzał agendę. W zebraniu mieli uczestniczyć oprócz niego Hutchinson, dyrektor amerykańskiej Drug Enforcement Administration (DEA), i sekretarz generalny Interpolu, Ronald K. Noble. Chodziło o stworzenie fundamentów umożliwiających zacieśnianie współpracy między tymi dwiema jednostkami: najważniejszą agencją antynarkotykową na świecie i jedyną organizacją policyjną o globalnym zasięgu. Wszyscy zgadzali się co do tego, że zbliżenie będzie korzystne dla obu stron. Thomas odnotował, że podczas krótkiej wizyty w Europie dyrektorowi DEA mają towarzyszyć pani Guhman, jego specjalna asystentka, a także wysocy rangą urzędnicy amerykańskiej agencji. Na zeszłorocznym spotkaniu, które odbyło się w nowojorskiej siedzibie Interpolu, Guhman oznajmiła, że zrobi wszystko co w jej mocy, żeby oddać do dyspozycji Interpolu agenta specjalnego DEA i wzmocnić w ten sposób udzielane dotychczas wsparcie analityczne.

Thomas wrócił do domu po północy. Zdjął garnitur od Hugo Bossa i zostawił wiadomość Lupe, swojej pomocy domowej, żeby nazajutrz zaniosła go do pralni. Ciepły prysznic rozgrzał mu mięśnie. Wytarł się małym niebieskim ręcznikiem i usiadł boso na kanapie relaksacyjnej. Zadowolony, skrzyżował ręce za głową. Wszystko poszło doskonale. Osiągnęli porozumienie o współpracy nie tylko w dziedzinie zwalczania przemytu narkotyków, ale także wspólnych baz danych dotyczących mafii. Jednym z głównych zadań Noble’a było przeciwdziałanie handlowi dziećmi i kobietami, a mafia miała dużo do powiedzenia w tej kwestii. W zebraniu brał udział George, kolega z czasów, kiedy Thomas pracował w FBI jako profiler; umówili się, że zjedzą razem obiad, zanim cała delegacja wyruszy do Anglii.

Dzień później spotkali się na placu Klébera. Razem weszli do restauracji Pierre’a Orsiego. Znaleźć się w Lyonie i nie zjeść w tym miejscu było zbrodnią.

– Zamów, co chcesz, bo ja nie znam ani słowa po francusku – powiedział George.

Thomas uśmiechnął się i przez chwilę przeglądał menu. W końcu wybrał dla siebie ravioli z foie gras, a na drugie młodego gołębia w sosie malinowym; dla swojego przyjaciela zamówił risotto z małżami i homarem oraz trzustkę cielęcą.

– Proszę, proszę, wyglądasz fantastycznie. Widzę, że nadal nosisz się jak żigolak – zażartował George.

– Dzięki, tutaj życie jest łatwiejsze niż w Nowym Jorku, nie mówiąc już o Waszyngtonie.

– Jak długo zostaniesz w Lyonie?

– Kontrakt kończy mi się za dwa lata, z możliwością przedłużenia o kolejne trzy. Maksymalnie mogę tu zostać jeszcze przez pięć lat; potem wracam do Nowego Jorku. Kontrakty zagraniczne nie pozwalają na dłuższe pobyty.

– Zamierzasz tu siedzieć jeszcze przez pięć lat? – zapytał z niedowierzaniem George.

– Może, nie wiem. Na razie zostały mi dwa lata, potem zobaczymy.

– Tak bardzo nie chciałeś nas dłużej oglądać?

– Nie, to nie tak, po prostu zmęczyły mnie trupy. Były wszędzie, nie tylko w pracy, ale i w mojej głowie. Teraz zwalczam złych na odległość, zza biurka.

– Domyślam się, że twoja ostatnia sprawa jako profilera miała z tym związek – powiedział George, spuszczając głowę. – Pamiętaj, że to był odosobniony przypadek.

– Wiem.

Telefon przyjaciela zadzwonił ogłuszającą melodyjką, brzmiała jak nieudolne walenie w garnki. Thomas się uśmiechnął – to musiało być nagranie którejś z jego córek. O ile dobrze pamiętał, średnia grała na skrzypcach. George przeprosił, wstał i wkładając papierosa do ust, przeszedł do pomieszczenia dla palaczy. Thomas pociągnął łyk czerwonego wina. Światło przenikało przez kieliszek, na lnianym obrusie tańczyły małe bordowe fale. Było w tym coś hipnotyzującego. Thomas poczuł odprężenie – niczym w transie przypomniał sobie końcówkę pobytu w Waszyngtonie.

Pracował jako wykładowca psychologii na wydziale kryminologii uniwersytetu, kiedy zadzwonili do niego z FBI i poprosili, żeby wygłosił dla nich kilka odczytów. Potem coraz częściej wzywano go jako eksperta. Któregoś dnia zaproponowali mu pracę na cały etat. Oferta wydała mu się interesująca, oznaczała zwrot w jego życiu. Chciał akurat zakończyć związek, do którego zerwania zabrakło mu woli i odwagi, więc przeprowadzka do innego stanu była doskonałym pretekstem.

Technika profilowania kryminalnego została stworzona przez FBI i jego Sekcję Behawioralną jako narzędzie pomocne podczas śledztw. Polegała na opisie zachowania oraz cech fizycznych, psychologicznych, kulturowych i społecznych mordercy. Thomas oceniał z pomocą eksperta medycyny sądowej wszystkie znalezione ślady, szacował wyniki analiz dostarczone przez patologów i badał ich związek z miejscem przestępstwa. Musiał krytycznie interpretować zarówno wyniki badań technicznych i naukowych, jak i rekonstrukcje wydarzeń; oprócz tego dostarczać, kwestionować czy odrzucać informacje, opierając się na swojej znajomości zachowań i psychologii kryminalnej. Przez osiem lat wykonywał rutynową pracę profilera w FBI, aż któregoś dnia przekazano mu sprawę dziwnego zabójstwa.

Przestępca strzelił do kobiety, kiedy wróciła do swojego domu. Thomas wiedział, że napastnik czekał kilka godzin na powrót ofiary, bo wziął prysznic, zjadł, a nawet masturbował się zabawką erotyczną, którą wyciągnął z szafki w głównej sypialni. Po powrocie do domu kobieta znalazła na stole w kuchni list pożegnalny. Przeczytała go. Kiedy usłyszała hałas, odwróciła się i zobaczyła mordercę. Ten oddał dwa strzały; jedna kula utkwiła w ścianie, druga w brzuchu kobiety. Mimo to ofiara zdołała uciec i zadzwonić do męża, który akurat wracał samochodem do domu. Zapytał, co się stało, i wszystko mu opowiedziała. Kiedy dotarł na miejsce razem z pięcioletnim synem, kobieta leżała martwa przed domem.

Miesiąc później nadal nie mieli motywu ani podejrzanych. Sprawę przydzielono jemu. Jedynym tropem był poplamiony krwią list pożegnalny, który znaleziono przy ciele ofiary. Ktoś o imieniu Barry informował o zamiarze popełnienia samobójstwa, nie mógł bowiem znieść wstydu z powodu tego, co zrobił. Pisał o jakimś gwałcie. Nikt z otoczenia kobiety nie znał żadnego Barry’ego. Thomas sporządził profil autora listu. Dwudziestostronicowe dossier zawierało jego przypuszczenia na temat domniemanego mordercy: młody mężczyzna rasy białej, z klasy niższej, nieposiadający żadnej wiedzy sądowej, zważywszy na przytłaczającą ilość śladów, jakie zostawił, o poważnych problemach psychicznych, o których świadczył list. Szukali w bazie danych osób zatrzymanych za gwałt, próbujących popełnić samobójstwo, mieszkających w okolicy prześladowców – bez rezultatu. Po dwóch tygodniach natrafili na doniesienie na niejakiego Petera Barry’ego Luncana oskarżanemu o zgwałcenie trzyletniej córki. Gdy tylko policja weszła do domu podejrzanego, ten przyznał się do zamordowania kobiety. Ku zdumieniu Thomasa wyznał na komisariacie, że nie miał żadnych powodów, żeby ją zabić. Po prostu nie chciał trafić do więzienia za gwałt; wiedział, co więźniowie robią z pedofilami i gwałcicielami. Zamierzał popełnić samobójstwo, ale zabrakło mu odwagi. Wtedy wszedł do pierwszego lepszego domu i zaczekał, aż ktoś się pojawi. Było mu wszystko jedno, kogo zabije.

Ten brak motywu odebrał Thomasowi ochotę do pracy w charakterze profilera. Poprosił o urlop, a później ostatecznie się zwolnił. Potem, dzięki George’owi, dostał pracę w Nowym Jorku w biurze łącznika Interpolu z ONZ.

– Przepraszam – przerwał mu rozmyślania George, wracając do stolika. – Catherine chce kupić bilety na musical, a nie pamiętała, kiedy wracam.

Thomas spojrzał na niego z wdzięcznością – przyjaciel pomagał mu już tyle razy.

– Co u ciebie? – zapytał.

– W porządku, córki są już na studiach. W soboty grilluję, dom jest spłacony, jeśli mi się poszczęści, raz w tygodniu uprawiam seks, i mam psa, który macha ogonem, kiedy wracam z pracy. Wiesz, że Catherine jest wielką tradycjonalistką, lubi się zajmować domem, gotować… Popatrz na mój kałdun – powiedział i wskazał na brzuch – co roku muszę popuszczać pasek o kolejną dziurkę.

Spojrzał na Thomasa, przerwał na chwilę, po czym powiedział:

– Wiodę spokojne życie, z którego jestem stosunkowo zadowolony. Nie mam dużo większych aspiracji.

Thomas się roześmiał.

– Nie opowiadaj głupstw, George. Życie to coś więcej niż jedzenie, praca i chodzenie w soboty z żoną na koncerty.

– Kiedy tak mówisz, wydaje się, że moje życie jest gówno warte – powiedział George urażony. – Nie rozumiesz tego. Cenię sobie drobiazgi. Chcę wrócić do domu i żeby Catherine na mnie czekała. Uwielbiam, kiedy kuchnia pachnie szarlotką, lubię spędzać zimowe dni przed kominkiem, oglądając jakiś mecz lub czytając książkę. Jestem już za stary na imprezowanie, alkohol i niedzielne dochodzenie do siebie na kanapie. Zresztą nie potrzebuję żadnej innej kobiety do tego, żeby mi stanął i żeby mieć przyjemność z seksu. Po tylu latach wciąż mi sztywnieje, kiedy widzę ją nagą. To mi wystarczy. – Przysunął się do Thomasa i dodał: – Potrzebuję mojej pensji pod koniec miesiąca, mojego domu, mojej rodziny, a reszta niech się wali.

– Wybacz, nie chciałem cię urazić. Masz rację, czasami plotę głupstwa.

– Czasami? Skoro już uznałeś się za pleciugę, opowiedz mi, jak ci idzie z tą Francuzką, bo chyba nadal z nią jesteś, prawda? – zapytał, zmieniając temat. – Związek z cudzoziemką brzmi bardzo trendy… – dodał uszczypliwie.

– George, do cholery, jasne, że z nią jestem, żaden ze mnie donżuan…

Thomas spostrzegł, że jego przyjaciel unosi brwi w geście niedowierzania.

– Dobra, dobra, byłem żonaty, miałem kilka partnerek i dużo kochanek – przyznał. – Ale nie robię nic, żeby je zdobyć, po prostu daję się poderwać. Spotykam się z Claire od dziesięciu miesięcy i jest mi z nią dobrze.

– Dobrze to znaczy ile? Chcę liczb.

– Ile? Więcej niż możesz sobie wyobrazić. Na pewno znacznie więcej niż ty.

– Czasami budzisz we mnie wstręt – podsumował George z uśmiechem.

Przedłużali obiad, jak tylko mogli, aż w końcu zadzwonił służbowy telefon George’a. Thomas uregulował rachunek i odprowadził przyjaciela do hotelu Sofitel Lyon Bellecour, w pobliżu opactwa Saint Martin d’Ainay i katedry Saint-Jean, gdzie mieszkali członkowie delegacji DEA. Pożegnał się, obiecując, że odwiedzi go podczas kolejnej wizyty w Nowym Jorku.

Nie miał ochoty wracać do pracy, rzecz dziwna w jego przypadku, jako że zazwyczaj spędzał w biurze więcej niż jedenaście godzin. Włóczył się bez celu po okolicy. Wetknięta między Rodan i wzgórze Croix-Rousse Presqu’île była centrum handlowym Lyonu. Przeszedł Rue de La République aż do olbrzymiego, wyłączonego z ruchu samochodowego placu Bellecour, najpopularniejszego miejsca w mieście. Wmieszał się w tłum, który go o tej porze wypełniał. Zatrzymał się przed kilkoma wystawami, zaskoczony astronomicznymi cenami. Tu skupiały się najelegantsze i najdroższe sklepy Lyonu. Pomyślał, żeby podejść do stóp wzgórza i przespacerować się między budynkami z okresu rewolucji przemysłowej. Lubił łazić po tych ulicach, wdychać ich syndykalną, anarchistyczną atmosferę z przeszłości. Były sceną zaciętych walk, przede wszystkim o prawa pracownicze i przeciw postępowi technicznemu, przez który ludzi zastępowano maszynami. Nieprzypadkowo słowo „sabotaż” pochodzi z Lyonu: wzięło się od sabots, drewniaków, którymi robotnicy rzucali w maszyny tkackie, żeby je zatrzymać. W końcu jednak zrezygnował ze spaceru. Był niedaleko domu, uznał więc, że nie ma nic lepszego niż praca z laptopem na tarasie, przy zimnym piwie.

Thomas mieszkał w starej części Lyonu, między rzeką Saoną i wzgórzem Fourvière. Była to dzielnica zbudowana w stylu renesansowym, z dobrze zachowanymi kamienicami z epoki. Zawsze którąś akurat restaurowano. Miała duże sklepy, pasaże dla pieszych, hotele i atrakcyjne restauracje. Jego dom znajdował się niedaleko pięknej budowli z XV wieku – Maison Chamarier przy Rue Alain Bombard – gdzie niegdyś pobierano podatki od transakcji przeprowadzanych podczas jarmarków.

Wszedł na obszerne poddasze. Jak to miał w zwyczaju, rozwiązał krawat, zostawił buty na parkiecie i powiesił na wieszaku płaszcz z gabardyny. Ściągając marynarkę, otworzył drzwi do sypialni. Claire robiła tam laskę jakiemuś facetowi. Przez moment stał nieruchomo, sparaliżowany tym widokiem; potem dyskretnie zamknął drzwi, poszedł do salonu i usiadł na kanapie. Mężczyzna zjawił się kilka minut później. Wybełkotał coś niezrozumiale, zapinając kurtkę, i wyszedł. Thomasowi wydawało się, że go poznaje. Był podobny do jednego z kelnerów z pubu, do którego często chodzili. Claire pojawiła się naga, niczym wyzywająca bogini. Miała cudowne ciało, pełne krągłości, na małych piersiach przyciągały wzrok duże sutki, różowe i owalne. Lubił brać je w usta i ssać. Stanęła przed nim. Zobaczył jej kobiecość, wilgotną, całkowicie wydepilowaną. Bez słowa rozpięła mu spodnie, zsunęła bokserki i usiadła na nim, wkładając sobie do pochwy jego penisa. Wbrew własnej woli Thomas był podniecony i odpowiedział na jej ruchy. Kiedy skończyli, Claire wstała, nadal nic nie mówiąc. Sperma spływała jej między nogami. Chciała się do niego przybliżyć, ale Thomas odepchnął ją ze złością i poszedł pod prysznic. Kiedy wyszedł, już jej nie było; zostawiła wiadomość. Nie potrafił powiedzieć, czy to miały być przeprosiny, czy wymówka.

„Przykro mi, nie wiedziałam, że wrócisz tak wcześnie. Nigdy tego nie robisz”.

3

Blanc wyszedł zachodnimi drzwiami ośrodka. Zanim zapuścił się w las, chwycił oparty o sosnę gruby dębowy kij, który służył mu za laskę. Wąską, stromą, prowadzącą przez gąszcz ścieżką dotarł do prześwitu, tam się zatrzymał, żeby chwilę odpocząć. Powyżej tego miejsca było już mało drzew, w krajobrazie dominowały łąki i pastwiska. Ponad koronami majestatycznych dębów wznosił się imponujący ośnieżony szczyt Palette d’Isenau. Złapał oddech, po czym wspinał się dalej aż do opactwa, swojego domu.

Opactwo miało być usytuowanym na odludziu schronieniem dla cysterek; zamieszkiwały je do pewnego wiosennego wieczoru, kiedy to uciekły stąd przerażone. Dwadzieścia lat później kupił je pradziadek Blanca. Od tamtej pory rodzina Kummerów nie oddaliła się od jego murów na więcej niż kilka kilometrów, tyle, żeby bydło, które trzymała w jednym z pomieszczeń służącym też czasami za stajnię, znalazło świeżą trawę.

Blanc wszedł do refektarza. Pomieszczenie było olbrzymie. Odgłos jego stopy ślizgającej się po kamiennej podłodze przypominał stukot racic rannej kozicy uciekającej po skałach. Wyobrażał sobie przeoryszę czytającą Stary Testament leżący na pulpicie, podczas gdy pozostałe zakonnice jadły w ciszy. Oparł laskę o ścianę i zdjął płaszcz z czarnego sukna. Na podłogę wypadło kilka kawałków tektury, które kładł na piersiach, żeby mu było cieplej. Otworzył rzeźbione drzwi z drewna modrzewiowego oddzielające refektarz od armarium; wyryta na nich scena przedstawiała spotkanie Jezusa z Szatanem oparte na fragmencie Ewangelii według Świętego Mateusza. Lubił dotykać opuszkami postaci diabła. Armarium, którego używał jako spiżarni, było małą niszą w ścianie, gdzie zakonnice trzymały swoje książki.

Blanc przerobił opactwo niemal w całości. Założył instalację elektryczną, sprowadził nowoczesne piece firmy Rüegg i przystosował do zamieszkania miejsce, gdzie niegdyś trzymano bydło. Pomieszczenie przylegające do armarium służyło za salon, kuchnię i sypialnię.

Wszedł do środka, ułożył w kominku piramidkę z sosnowych drew i wsunął pod nią kilka szczapek. Podpalił kawałek gazety i przytknął go do drewna. Leżące na dole kamienie, które lata temu przyniósł jego ojciec, utrzymywały ciepło, kiedy gasł ogień, i służyły jako płyta do gotowania. Blanc patrzył zahipnotyzowany, jak płomień pochłania drewno i zamienia je w rozżarzone węgielki. Owinął ziemniaka w folię aluminiową i włożył go między gorące kamienie. Za pomocą żelaznych szczypców wsadził jeden z nich do naczynia z mlekiem – natychmiast zaczęło wrzeć. Przelał trochę do szklanki i w zamyśleniu oddalił się od ognia. Poszukał na półkach czegoś do poczytania. W końcu wybrał jakąś książkę na chybił trafił spośród tysięcy, jakie miał w swojej bibliotece. Powłócząc chorą nogą, doszedł do dębowego fotela na biegunach, zwalił się na niego, otworzył książkę i zaczął czytać na głos.

4

Janikowi śmierć ojca złamała serce, a jego matce pomieszała w głowie. Kiedy wracał z treningów, zastawał dom w nieładzie, popielniczki były pełne niedopałków, w zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Któregoś dnia matka wyszła z domu bez butów, kiedy indziej włożyła koszulę nocną na ubranie. Nawet nie stawała przed lustrem, żeby zobaczyć, jak wygląda. Zmiany nastroju zdarzały się jej coraz częściej. Kiedy była w dobrym humorze, włączała telewizor czy radio na cały regulator albo śpiewała arie operowe o drugiej w nocy. Po euforii przychodziła depresja – wtedy zamykała się w swoim pokoju i nie wychodziła z niego godzinami. Janik bał się, że któregoś dnia zostanie tam na zawsze.

Kiedy miał czternaście lat, treningi były dla niego zabawą, jednak wymagania rosły równie szybko jak on sam. Wkrótce zdał sobie sprawę, że powinien robić tylko jedno: poruszać jak najszybciej nogami, by spróbować zatrzymać czas. To było jego największe pragnienie: wydłużyć sekundy, minuty, byle tylko nie wracać do domu. W rutynie znalazł najlepsze ukojenie bólu swojej młodej duszy. Po jakimś czasie przyszła nagroda w postaci sukcesów. Zwycięstwa pomogły mu zapanować nad nieśmiałością. Podczas treningów doprowadzał swoje ciało do granicy wytrzymałości, jakby cierpienie zbliżało go do ojca. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że wystarczyłoby zwolnić tempo o dwie sekundy, by zrekompensować uderzenia powietrza, które powstrzymywały go niczym fale rozbijające się o kadłub statku. Ale jego dewizą było wówczas: no pain, no gain.

W tamtym okresie matka porzuciła pracę. Zaczęła mieszać alkohol i środki uspokajające. Godzinami siedziała w pokoju na kanapie, ze wzrokiem utkwionym w jedno miejsce. Najgorsze były dni poprzedzające zawody. Wtedy stres brał górę nad cierpliwością Janika. Jego spojrzenie, wcześniej otwarte i czyste, stawało się płochliwe i nieobecne, unikał ludzi, chował się po kątach. Po obiedzie zamykał się w swoim pokoju, kładł na łóżku i wyobrażał sobie raz za razem moment wyścigu.

Tamtej nocy nie mógł spać. Rankiem wsiadł do autobusu i pokonał dwanaście kilometrów dzielących jego miasteczko, Maur, od stacji kolejowej w Zurychu. Dwie godziny i czterdzieści pięć minut później dojeżdżał do Genewy.

Budynek, w którym mieściło się centrum medycyny sportowej, przypominał ogromne kolorowe akwarium. Wszedł do środka, wsiadł do windy i znalazł się w szerokim korytarzu. Zobaczył na wprost tabliczkę z napisem „Rejestracja”. Skręcił w prawo, gdzie jakaś młoda dziewczyna rozmawiała przez telefon. Na jego widok pokazała ręką, żeby zaczekał, zapisała coś w zeszycie i zapytała:

– Pan na testy?

– Tak – odpowiedział nieswoim głosem, który wydobywał mu się z gardła, kiedy był zdenerwowany.

– Pan Janik Toledo?

– Tak, z Maur – odpowiedział, jakby pochodzenie z Maur miało jakiekolwiek znaczenie.

– Niech pan będzie tak miły i przebierze się w tamtym pokoju, a potem proszę usiąść na ławce pod ścianą i zaczekać. Za chwilę wezwie pana lekarz, który wykona testy.

Mimo że rok wcześniej zajął trzecie miejsce w krajowych zawodach juniorów w biegach przełajowych, pierwszy raz przechodził takie badania. Od trenera dowiedział się, że Hendrik przygotowuje jednego z najlepszych tenisistów w historii, a w gazecie przeczytał, że przez jego gabinet przechodzą najwybitniejsi szwajcarscy sportowcy. Miał świadomość, jaki to ważny moment, nie chciał przepuścić takiej okazji.

Po wejściu do szatni poczuł nerwowy skurcz w żołądku. Przebrał się w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, którą podarowała mu matka, kiedy miał czternaście lat. Straciła swój oryginalny kolor i wytarły się litery „N” i „R” ze słowa „UNIVERSITY”, ale nie miało to dla niego znaczenia; dobrze się w niej czuł. Kiedy wyszedł na korytarz, natknął się na kilku zgrzanych sportowców w koszulkach mokrych od potu. Usiadł na ławce, którą wskazała mu dziewczyna z recepcji, i czekał. Głos dobiegający z jednego z pokoi sprawił, że serce zabiło mu mocniej.

– Janik Toledo? Proszę, może pan wejść.

Gdy wszedł do gabinetu i zobaczył siedzącego za biurkiem Hendrika, zdał sobie sprawę, że nie należy on do lekarzy ubranych w biały fartuch, ze stetoskopem na szyi i wystającym z kieszeni termometrem. Ujrzał szczupłego mężczyznę, mniej więcej czterdziestopięcioletniego, o bujnych włosach, szeroko rozstawionych brwiach i małych oczach. Miał na sobie szary sweter pod szyję i znoszone dżinsy. Jego palce cienkie jak u pianisty poruszały się szybko i nerwowo, uderzając opuszkami w stół.

– Jak samopoczucie, Janiku? – zapytał, jakby się znali.

– Jestem trochę zdenerwowany.

– To normalne. Zadam ci kilka pytań, zanim przejdziesz testy. Ważne, żebyś odpowiadał szczerze, w przeciwnym razie badania, które wykonamy, będą nic niewarte.

Hendrik wyciągnął z jednej z szuflad szafki teczkę opatrzoną białą naklejką z nazwiskiem Janika, położył ją na biurku, sięgnął po długopis i zdjął skuwkę.

– Dobrze wypocząłeś tej nocy? – zaczął.

– Tak.

– Czujesz, że bierze cię katar albo jakaś inna choroba?

– Nie.

– Kiedy odbyłeś ostatni intensywny trening?

– Przed trzema dniami.

– A ostatni trening siłowy?

– Tydzień temu.

– Wiesz, po co robimy ci testy?

– Żeby sprawdzić, czy nadaję się do biegania, prawda?

Lekarz odłożył kartki na stół. Zmienił pozycję i pierwszy raz spojrzał mu uważnie w oczy.

– Wyjaśnię ci, co zrobimy i czemu to służy. Test na maksymalny pułap tlenowy określa naszą zdolność do wchłaniania, zużywania i metabolizowania tlenu w różnych tkankach. Im ten pułap będzie wyższy, tym lepiej dla ciebie.

Hendrik wyciągnął z teczki jakąś kartkę i zaczął wypełniać wolne miejsca krzyżykami. Janik uderzał prawą dłonią w spodenki, żeby odreagować zdenerwowanie. Zastanawiał się, jak jakaś maszyna może w ciągu godziny powiedzieć mu to, co jego trener odkrywał przez tyle lat.

Jego puls przyspieszył, a po szyi przebiegł mu prąd zimnego powietrza.

– Nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć – rzucił drżącym głosem.

Lekarz kontynuował wypełnianie formularza, jakby nie słyszał słów Janika.

– To nie jest zwykłe badanie. Dowiemy się, czy twoje geny są stworzone do biegania.

Hendrik wstał, wziął teczkę i poprosił Janika, żeby poszedł z nim do sali z mechaniczną bieżnią. W milczeniu zeszli po schodach. Kiedy znaleźli się w środku, lekarz sięgnął po plastikową taśmę wiszącą w kącie na jednym z haków w ścianie. W tym czasie pielęgniarka smarowała Janikowi kremem małżowinę ucha. Kilka sekund później poczuł silne pieczenie w tym miejscu.

– Teraz przewiąż się tą taśmą na wysokości piersi i załóż pulsometr na prawy nadgarstek.

Lekarz wcisnął czerwony guzik w kształcie grzyba i bieżnia zaczęła się poruszać. Odgłos gumy trącej o wałki stawał się coraz głośniejszy. Hendrik wyjął mały przyrząd z kółkiem na jednym końcu i licznikiem na drugim. Umieścił go na taśmie i sprawdził, czy odpowiednio się trzyma.

– Proszę zdjąć koszulkę, muszę przyczepić panu elektrody – powiedziała pielęgniarka.

W tym momencie Janik miał ochotę wybiec i już nigdy więcej się tu nie pojawić.

– Mogę włożyć z powrotem koszulkę? – zapytał, jakby nie usłyszał wyjaśnienia pielęgniarki.

– Nie, muszę podłączyć pana kablami do EKG.

Janikowi ścisnął się żołądek. To był jego amulet. Przypomniał sobie dzień, w którym matka zaprowadziła go za rękę na pierwsze wyścigi. Miał dar. Wiedział o tym, odkąd skończył dwanaście lat. A teraz ta przeklęta maszyna mogła zniweczyć jego marzenia.

– Założę panu tę siatkę, żeby się nie odpięły podczas biegu – wyjaśniła pielęgniarka, kiedy skończyła podpinać kable.

Potem zrobiła mu małe nacięcie na koniuszku ucha, mocno ścisnęła i wypełniła szklaną rurkę próbką krwi. Następnie założyła mu na twarz maskę przytrzymywaną z tyłu głowy zaczepami.

– Kiedy ci powiem, wejdziesz na bieżnię – rzucił oschle Hendrik. – Co jakiś czas będę zwiększał prędkość, aż powiesz nam, że wystarczy, albo dasz znać ręką.

Janik spuścił głowę na znak, że rozumie.

Wydawało mu się, że z tą plątaniną kabli przyklejonych do piersi i maską zakrywającą mu twarz nie zdoła zrobić ani kroku.

– Jesteś gotowy? – zapytał Hendrik.

Janik podniósł kciuk.

– Trzy, dwa, jeden. Start. Zaczynamy.

Czas mijał, a on starał się koncentrować na utrzymaniu równowagi na bieżni. Było bardzo gorąco, uciskała go maska. Próbował biec jak najbliżej początku taśmy, ze strachu, że z niej spadnie. Krople potu pryskały z jego ciała na wszystkie strony.

Stopniowo zaczynał czuć się coraz pewniej. Za każdym razem, kiedy Hendrik zwiększał prędkość, Janik był bardziej zdeterminowany; prędzej padnie, niż się podda.

– Jestem najlepszy – szeptał do siebie.

Czuł prędkość w nogach, stawiał coraz dłuższe kroki. Wyobrażał sobie, że biegnie ścieżkami otaczającymi jego wioskę, dając się prowadzić łagodnym pagórkom i lekkiemu powiewowi powietrza na plecach. Cieszył się zapachem kwiatów, gnijącego drewna niesionego przez rzekę, palonej kukurydzy i mokrej ziemi. Dźwięki wydawane przez bieżnię tłumiło wspomnienie ptaków lecących w stronę cieplejszych krajów, głos wieśniaka, który pozdrawiał go, kiedy przebiegał obok, i tętent galopujących koni. Lekarz przywrócił go do rzeczywistości, żeby dostosować poziom tlenu i dwutlenku węgla.

– Dalej, jeszcze trochę – zachęcali go chórem Hendrik i pielęgniarka. – Bardzo dobrze ci idzie, jeszcze trochę, zwiększamy do dwudziestu jeden. Dalej, Janiku, niewiele już brakuje! – zawołał lekarz.

Wydawało się, że jego nogi biegną same. Przy poruszaniu się taśmy słychać było odgłos wałków i uderzenia adidasów o miękką powierzchnię. Zaczynał czuć, że nogi nie są w stanie dorównać tempu maszyny. Łudził się, że złapie drugi oddech, czego doświadczył w swojej karierze sportowej każdy lekkoatleta: kiedy nie mógł już biec dalej, miał wrażenie, że otwierają mu się płuca, i próbował znaleźć siły tam, gdzie wcześniej było tylko zmęczenie. Tak się jednak nie stało. To był już koniec.

– Możesz iść pod prysznic. Potem omówię z tobą wyniki – powiedział Hendrik.

Po powrocie Janik był już w lepszym nastroju.

– Wyobraź sobie, że twoje ciało to samochód z silnikiem, który spala benzynę, czyli węglowodany, w zależności od wrzucanych biegów – wyjaśnił lekarz. – Ta benzyna produkuje odpady, nazywane kwasem mlekowym.

Przerwał mu dzwonek telefonu. Spojrzał na numer na wyświetlaczu i wcisnął guzik wyciszający dźwięk.

– Załóżmy, że biegi naszego samochodu są ponumerowane od zera do pięciu. Bieg zerowy wrzucasz, kiedy biegniesz w wolnym tempie, bieg piąty, kiedy biegniesz najszybciej, jak możesz – ciągnął. – Jeśli poruszasz się na biegu zerowym albo na pierwszym, możesz się nie zatrzymywać przez długi czas. Jeśli wrzucisz drugi, ty, który regularnie trenujesz, możesz przebiec maraton, nie zmniejszając prędkości. Jeśli wrzucisz trzeci, ciało zaczyna wytwarzać kwas mlekowy i wytrwasz góra trzydzieści minut bez zmniejszania szybkości. Na czwartym i piątym biegu możesz utrzymać prędkość najwyżej przez kilka minut, albo nawet sekund. W naszym żargonie nazywamy te biegi T0, T1, T2, T3, T4 i T5. Będą naszym punktem odniesienia, żebyś dał z siebie jak najwięcej.

Doktor Hendrik wyjął z teczki jedną z kartek.

– Żebyś mnie dobrze zrozumiał… chodzi o rozwiązanie równania. Niewiadomą jest tętno, które pozwoli ci biec w szybkim tempie przez określony czas tak, by nie pojawiło się zmęczenie. Taką prędkość nazywa się T3 albo progiem mleczanowym. To będzie złoty środek, który zrobi z ciebie mistrza.

– Mój trener nigdy nie mówił nam o tym wszystkim – powiedział Janik.

Lekarz wykorzystał jego zainteresowanie, żeby udzielić mu dodatkowych wyjaśnień. Janik słuchał go jak uczeń nauczyciela. Próg mleczanowy, kwas mlekowy, pulsometr, maksymalny pułap tlenowy… Pomyślał, że minie trochę czasu, zanim nauczy się tych nazw.

– Janiku, w twoim przypadku maksymalny pułap tlenowy wynosi osiemdziesiąt dwa mililitry na kilogram na minutę. To pokazuje, że masz silnik Formuły 1. Jeśli nie chcemy, żeby się zatarł, musisz być pod naszą kontrolą.

– Co mam robić? – Janik zapytał z zainteresowaniem.

– My tobą pokierujemy – odpowiedział lekarz i upuścił długopis na stół. – Istnieje program dla obiecujących młodych ludzi. Na pewno słyszałeś o ośrodku, który wybudowały niedaleko Genewy koncern farmaceutyczny Poche i Rada do spraw Sportu.

Janik oglądał reportaż o instalacjach w Les Diablerets. Ośrodek został otwarty dwa lata wcześniej. Znajdował się na wysokości tysiąca dwustu metrów nad poziomem morza. Niektórzy szwajcarscy sportowcy spędzali w nim całe miesiące, a narciarze z innych krajów przyjeżdżali tam w okresach poprzedzających zawody. Niemiecka reprezentacja pływacka trenowała na przemian w ośrodku w Szwajcarii i w Sierra Nevada na południu Hiszpanii. Bieżnie upodobali sobie biegacze z Europy Środkowej. Grupa kubańskich skoczków i miotaczy kończąca europejską serię zawodów wybrała ośrodek jako tymczasową bazę. Kiedy kręcono reportaż, właśnie zainstalowała się tam szwajcarska reprezentacja w triathlonie trenująca przed olimpiadą. Pokoje były duże, z bezprzewodowym Internetem i telewizją satelitarną. Poza tym zatrudniano tam lekarzy, fizjoterapeutów, a nawet psychologów sportowych.

– Wpiszę cię na listę – powiedział Hendrik.

Nigdy wcześniej nie słyszał o takiej liście, ale z uśmiechu lekarza wywnioskował, że chodzi o coś bardzo ważnego.

– Będziemy w kontakcie. Pomyśl, że jesteś pierwszym lekkoatletą, który osiągnął w tym centrum takie wyniki. A mieliśmy tu krajowych mistrzów w biegach średniodystansowych. Masz duże szanse zajść tam, gdzie zaszli oni – powiedział, patrząc mu w oczy.

Była pora obiadowa. Mieszanka zapachów smażonej kiełbasy i stopionego sera docierała na ulicę. Okna domów otwierały się na oścież, by wpuścić świeże górskie powietrze. Jakaś nastolatka dyskretnie podpatrywała przechodniów ze swojego punktu obserwacyjnego, gładząc dłonią włosy. Siwy starzec w niemodnych okularach czytał na tarasie gazetę. Janik zastanawiał się, czy któraś z tych osób jest w tym momencie tak szczęśliwa jak on.

5

– Dzień dobry, Rose – rzucił energicznie Thomas, kierując kroki w stronę swojego gabinetu. – Mamy coś ciekawego na dziś?

Rose wstała i wygładzając dół sukienki, pospiesznie odpowiedziała na powitanie szefa. Potem zaczęła przeglądać terminarz. Zeszłego popołudnia poszła do fryzjera i obcięła włosy na chłopaka. Rano przez godzinę się malowała i wybierała strój pasujący do jej nowego wizerunku. Ostatecznie zdecydowała się na sukienkę w stylu lat sześćdziesiątych, z szarej wełny, wciętą w talii, a do tego czerwone szpilki. Usta pomalowała pod kolor butów. Zapukała do gabinetu i weszła.

– Dzień dobry, panie Connors.

Thomas podniósł wzrok. Nie przywykł jeszcze do francuskiego zwyczaju zwracania się do wszystkich per pan, pani. Spojrzał na nią. Ładnie wyglądała. Dobrze jej było w ściętych na krótko czarnych włosach, ale jego uwagę przyciągnęły przede wszystkim czerwone usta wyróżniające się na tle bladej twarzy. Miał ochotę je pocałować. Poczuł się winny, spuścił więc wzrok, udając, że szuka czegoś w szufladzie biurka.

– O dziesiątej ma pan wywiad z dziennikarzem „Le Monde”. Ostatnia wizyta naszych gości była tak szeroko komentowana, że chcą dowiedzieć się więcej o organizacji. O dwunastej przyjmuje pan delegację mołdawskiej policji; interesuje ich wdrożenie modelu FIND. O pierwszej obiad z panem Noble’em. To wszystko na dziś.

– Widać, że to piątek i ludzie chcą mieć wolne popołudnie.

– A pan nie? – zapytała Rose z większym zainteresowaniem, niż chciałaby okazać.

– To zależy – odpowiedział Thomas.

Sekretarka spuściła głowę i wyszła.

Thomas obserwował ją, kiedy zamykała drzwi, i przeklął się w duchu, że był dla niej taki nieuprzejmy. Widział, że Rose się nim interesuje. Nie mógł sobie jednak pozwolić na romanse w pracy. Pod żadnym pozorem.

„Kiedy ktoś wyobraża sobie dziennikarza, widzi zazwyczaj kogoś, kto wygląda dokładnie jak ten, który siedzi teraz naprzeciwko mnie”, pomyślał Thomas. Przypominał Clarka Kenta. Nosił okulary w szylkretowych oprawkach i miał potargane włosy, jakby przed wejściem do gabinetu przeszło nad nim tornado. Patrzył zatroskany na swój nowoczesny dyktafon, tak bardzo skomplikowany, że nawet on sam nie wiedział, jak działa. W końcu zrezygnował z postawy co-też-miałem-zrobić, ograniczył się do wciśnięcia guzika „rec” i rozpoczął wywiad.

– Mógłby pan się przedstawić i powiedzieć, jakie stanowisko zajmuje pan w tej organizacji?

– Nazywam się Thomas Connors. Zostałem oddany do dyspozycji przez centralę w Nowym Jorku. Zajmuję kierownicze stanowisko czwartego stopnia.

– Co znaczy „oddany do dyspozycji”?

– Jestem funkcjonariuszem, który został przeniesiony tutaj na wniosek Interpolu. Takie oddelegowanie trwa zazwyczaj trzy lata. Okres ten może zostać przedłużony na wniosek sekretarza generalnego pod warunkiem, że otrzyma się zgodę administracji danego kraju. Na ogół przyjmuje się jednak, że nie powinien przekroczyć pięciu lat. Ale przypuszczam, że nie to pana interesuje – zakończył Thomas z wyraźnym niezadowoleniem.

– Och! Oczywiście, że nie. Żadnych tematów osobistych. Zapomniałbym, że panowie nie powinni pokazywać swoich ludzkich twarzy – odpowiedział dziennikarz. – W porządku, chciałbym wiedzieć, ilu członków liczy organizacja, jakim budżetem dysponuje, jak działa i jakie ma cele – wyliczył, czytając ciurkiem ze swojego notesu.

– Główne cele Interpolu to walka z terroryzmem i międzynarodową przestępczością zorganizowaną we wszystkich jej postaciach: z praniem pieniędzy, handlem narkotykami, fałszowaniem banknotów. Transgraniczny handel dziećmi, międzynarodowe siatki parające się prostytucją, działalność mafii także wchodzą w zakres naszych kompetencji. Roczny budżet wynosi pięćdziesiąt sześć milionów euro, do podziału między sto dziewięćdziesiąt państw członkowskich.

– Wszystkie kraje mają te same uprawnienia?

– Oczywiście. W każdym z państw członkowskich znajduje się Krajowe Biuro Interpolu, KBI, którego funkcjonariusze czuwają nad respektowaniem krajowego ustawodawstwa.

Thomas wypił łyk wody i ciągnął dalej:

– Szef KBI to zazwyczaj jeden z najwyższych rangą funkcjonariuszy. W zależności od wielkości kraju w KBI mogą pracować zaledwie dwie czy trzy osoby zajmujące się sprawami związanymi z Interpolem albo kilkadziesiąt; są wśród nich specjaliści w dziedzinach terroryzmu, ucieczek, przestępczości komputerowej, handlu żywym towarem, narkotyków czy kradzieży.

Spojrzał na swoją komórkę. Na ekranie rozświetlała się i gasła twarz Claire. Odrzucił połączenie.

– Jakie macie wyniki i jak doprowadziliście do ich osiągnięcia? – zapytał dziennikarz.

– Rośnie zaniepokojenie rządów rozkwitem przestępczości zorganizowanej na skalę międzynarodową, jako że wykorzystywane przez przestępców najnowsze technologie są coraz bardziej zaawansowane. Do jej zwalczania potrzebne są szybkie i skuteczne kanały przekazywania informacji, które muszą być jednocześnie całkowicie bezpieczne. Obecnie przesłanie zdjęć, informacji i plików cyfrowych do poszczególnych Biur Krajowych w naszych państwach członkowskich zajmuje dokładnie osiemdziesiąt sekund.

– Jaki jest państwa główny cel?

– Dzieci – odpowiedział bez wahania Thomas. – Jednym z naszych głównych narzędzi do walki z wykorzystywaniem seksualnym dzieci jest baza danych Interpolu ze zdjęciami i filmami z przestępstw popełnianych przeciwko nieletnim. Od dwa tysiące pierwszego roku pomogła ona uratować ponad siedemset ofiar nadużyć seksualnych. Dzięki pieniądzom, które przyznała nam G8, przekształcamy tę bazę danych w coraz bardziej zaawansowany środek do walki z przestępczością. – Zrobił krótką przerwę. – Na przykład w dwa tysiące siódmym roku wystartowaliśmy z operacją VICO; pierwszy raz skierowaliśmy do ludności prośbę o pomoc w zidentyfikowaniu mężczyzny, który na serii filmików udostępnionych w Internecie wykorzystywał seksualnie dzieci. Kilka dni później podejrzany został zatrzymany, co pokazuje, że współpraca z obywatelami i środkami przekazu z całego świata przynosi owoce. Niedługo potem, w dwa tysiące ósmym roku, przeprowadziliśmy operację IDENT, która zakończyła się podobnym sukcesem. Kiedy osoba oskarżona o zabójstwo, morderstwo czy gwałt opuszcza kraj, w którym popełniła przestępstwo, śledztwo się komplikuje. Policja musi powierzyć ściganie jej instytucjom międzynarodowym, z którymi współpracuje, to znaczy nam.

– A jak przekazuje się nakaz zatrzymania między państwami? – pytał dalej dziennikarz, coraz bardziej zainteresowany.

– Interpol publikuje zawiadomienia w różnych kolorach. Na przykład czerwone, najwyższego stopnia, to międzynarodowy nakaz aresztowania dotyczący osób ściganych przez wymiar sprawiedliwości, który obliguje wszystkie państwa członkowskie do współpracy przy poszukiwaniu i późniejszym zatrzymaniu przestępcy.

Rozmowę przerwała Rose, która weszła do gabinetu, niosąc na tacy kawę i ciastka.

– Przepraszam, życzył pan sobie z mlekiem, prawda? – zapytała usłużnie dziennikarza.

– Tak, dziękuję. To bardzo miłe z pani strony – odpowiedział ten zdenerwowany.

Thomas się uśmiechnął. Rose wywoływała taką reakcję u większości mężczyzn. Przypominała raczej aktorkę niż sekretarkę. W każdym razie bez wątpienia była najskuteczniejszą asystentką, jaką kiedykolwiek miał.

– Dla pana czarna… – powiedziała, stawiając filiżankę po lewej stronie biurka.

– Dziękuję, Rose. Jestem ci… to znaczy jestem pani wdzięczny. – Thomas pomyślał, że nigdy nie przywyknie do zwracania się do ludzi per pan, pani.

Dziewczyna skinęła głową i z uśmiechem na ustach wyszła z gabinetu.

– Ludzie myślą, że mamy tajnych agentów, którzy podróżują po całym świecie incognito, jak James Bond. Prawdę mówiąc, ja sam kiedyś tak myślałem – powiedział Thomas zrelaksowanym tonem i pociągnął łyk kawy.

– A tak nie jest?

– Nie – odpowiedział. – Niemniej pomagamy policji w prowadzeniu ważnych śledztw i operacji, które czasem bywają bardzo niebezpieczne. Jesteśmy w stanie wysyłać ekipy specjalistów do różnych miejsc świata, kiedy dochodzi do jakiejś katastrofy. Te ekipy mogą udzielać też specjalistycznej pomocy miejscowej policji.

Dziennikarz skinął głową.

– Na przykład kiedy policja znajduje przemycane narkotyki albo kiedy zostaje dokonany zamach. Inne zespoły pomagają przy planowaniu środków bezpieczeństwa podczas dużych wydarzeń, jak olimpiady, i udzielają wsparcia przy wprowadzaniu ich w życie. Poświęcamy także dużo czasu na informowanie policji z całego świata o najnowszych technologiach i ich zastosowaniu.

– To musi być kluczowe. Tym bardziej że każdy kraj jest na innym poziomie rozwoju gospodarczego i kulturalnego – wtrącił dziennikarz.

– Właśnie. Wiele przestępstw jest popełnianych jednocześnie w różnych krajach. Na przykład niektóre narkotyki są przewożone nielegalnie z Ameryki Południowej do Europy przez Afrykę. Dlatego ważne jest, by siły porządkowe z całego świata były w kontakcie i ujęły sprawców tych przestępstw. W tym celu muszą mieć dostęp do wspólnych systemów i informacji. Wszystkie państwa członkowskie Interpolu są podłączone do naszego światowego systemu łączności policyjnej, znanego jako I-24/7.

– Jak on działa?

– To system podłączony do Internetu i wyposażony w zaawansowaną technologię, która umożliwia policji bezpieczne wysyłanie wiadomości i ściśle poufnych informacji oraz sprawdzanie danych figurujących w naszych bazach.

Thomas sięgnął po czekoladowe ciasteczko i ciągnął dalej:

– Na przykład podczas jednego ze śledztw w Monako policja znalazła na miejscu przestępstwa odciski palców, a po porównaniu ich z tymi, które figurowały w bazie danych Interpolu, odkryła nie tylko tożsamość sprawcy i jego związek z innymi przestępstwami, popełnionymi w Serbii, ale również to, że ów człowiek był ścigany w pięciu innych państwach europejskich.

Dziennikarz wyglądał na zadowolonego z wywiadu; uznał, że ma już wystarczająco dużo informacji do napisania artykułu. Schował notes i dyktafon do torby na ramię i pożegnał się z Thomasem uściskiem ręki.

Po wywiadzie Thomas miał wolny czas aż do spotkania z przedstawicielem mołdawskiej policji. Zadzwonił do Claire.

– Cześć, widziałem, że do mnie dzwoniłaś, ale nie mogłem odebrać, byłem zajęty. – Natychmiast pożałował ostatnich słów. Wyobraził sobie, że myśli: „jak zwykle”.

– Nie szkodzi, przywykłam, chociaż się nie poddaję – powiedziała. – Nie tracę nadziei, że kiedyś wyluzujesz i przestaniesz być Panem Odpowiedzialnym.

Thomasowi nie spodobał się jej ton, zbyt cierpki. Mogła przynajmniej udawać, że choć trochę żałuje tego, co zdarzyło się w domu. Chciał jej to powiedzieć, ale zamilkł. Nagle zapragnął jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.

– Chcę cię zobaczyć – powiedziała łagodniejszym tonem. – Może pójdziemy na kolację, a potem wpadniemy do kasyna? Ostatnim razem przegraliśmy i poprzysięgliśmy zemstę, a… to było w Boże Narodzenie.

Thomas faktycznie miał ochotę miło spędzić weekend i wyjść gdzieś wieczorem.

– W porządku, o której po ciebie przyjechać?

– O ósmej.

– Zgoda, w takim razie do wieczora.

– Ja… Przepraszam, Thomasie – dodała Claire. – Czasami bywam trochę okrutna. Sam wiesz…

– Nie przejmuj się, porozmawiamy później – odpowiedział ugodowo.

– D’accord, do zobaczenia wieczorem – pożegnała go i odłożyła słuchawkę.

To był niekończący się dzień wypełniony pracą. Thomas dotarł do mieszkania Claire punktualnie, ale nie chciał wchodzić na górę, zaczekał w samochodzie.

– Cześć – przywitała się i pocałowała go w policzek.

Nie odpowiedział. Skupiał uwagę na drodze.

– Zamierzasz się do mnie odezwać czy będziemy tak milczeli przez całą noc?

Thomas nie zareagował.

– Nie wybaczysz mi tego z wczoraj?

Cisza.

– To było tylko małe potknięcie.

– Umówiliśmy się, że dopuszczamy seks z innymi, ale zawsze z uwzględnieniem uczuć drugiej osoby – wyjaśnił.

– Obiecuję ci, że to się więcej nie powtórzy. Teraz zapomnij o tym i spędźmy miło noc.

Kiedy weszli do restauracji, zauważył, że wygląda prześlicznie. Gdy zdjęła płaszcz, odsłoniła suknię wieczorową, którą włożyła na tę okazję. Miała dekolt w kształcie „V” sięgający brzucha. Od razu spostrzegł, że nie włożyła stanika. Brzegi dekoltu sięgały dokładnie granicy sutków. Pomyślał, że dość trudno oprzeć się takiej kobiecie. Przy niej czuł, że ma władzę i że inni mu zazdroszczą. Maître zaprowadził ich do stolika.

– Nie wiem, jak załatwiłeś rezerwację. Nie mogę uwierzyć, że tu jesteśmy – powiedziała Claire, siadając.

– Nieważne, zrobiła to moja sekretarka.

– Jest ładna?

– Bardzo.

– Przeleciałbyś ją?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo dla mnie pracuje – uciął, skrępowany.

– Tylko dlatego?

– Tak.

Spojrzał na Claire – nie chciał, by umknęła mu jej reakcja. Rozczarował się. Nie zobaczył najmniejszej oznaki zazdrości, złości, niczego. Po prostu zmieniła temat.

– Uwielbiam to miejsce – powiedziała.

– Ja też – przytaknął, podejmując jej grę.

Restauracja Philippe’a Gauvre’a była jedną z najlepszych w Lyonie i okolicach. Jej kreatywność została nagrodzona w 2000 roku drugą gwiazdką Michelina. Była częścią kasyna Le Lyon Vert. Otoczona bujną roślinnością, stanowiła perełkę architektoniczną stylu art déco; zachęcała wprost, by cieszyć oczy jej otoczeniem. Znajdowała się w La Tour-de-Salvagny, małej miejscowości słynącej właśnie z luksusowego kasyna. Miejsce miało szczególny urok; w środku urządzono piękne sale w stylu belle époque.

Kolacja przebiegła spokojnie. Kiedy skończyli, Thomasowi przeszła ochota na kasyno.

– A co chcesz robić? – zapytała Claire.

– Chcę seksu.

– Ze mną czy z inną?

– Nie wiedziałem, że to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie.

– Ja też nie.

Spojrzeli na siebie. Thomas nie zamierzał ustąpić. Nie wybaczył jej tego, co zaszło w jego mieszkaniu. On nigdy nie przespał się z nikim bez jej wiedzy, tym bardziej nie w jej domu. Czego chciała od niego Claire? Kiedy się poznali, narzuciła swoje zasady, pragnęła być wolna, uprawiać seks z innymi. Ku własnemu zdziwieniu przystał na jej warunki. Taki układ załatwiał niewygodną kwestię zobowiązań. Tak naprawdę nie chciał jej mieć w swoim życiu, tylko w łóżku.

– Pojedziemy do Club Auberge? – zaproponował. – Jest późno, o tej porze będzie tam już odpowiednia atmosfera.

Thomas lubił ten klub – mały, dyskretny, z zakazem wstępu dla samotnych mężczyzn. Można było wymieniać się spokojnie partnerami, bo nie wpuszczano ciekawskich, jedynie pary i samotne kobiety. Miał pomalowane na niebiesko ściany i kanapy z czerwonej skóry ustawione jedne naprzeciwko drugich. Z boku znajdował się bar, w głębi – parkiet do tańca, a tuż przy nim drugi, mniejszy, w kształcie ośmioboku otoczonego lustrami, gdzie tańczyli tylko najodważniejsi. Podniecało go czerwone światło, przydawało twarzom zmysłowości, a skórze odcienia, który zachęcał do rozpusty.

Przywitali się z kilkoma parami, z którymi zazwyczaj wymieniali partnerów. Thomas odmówił pójścia z nimi do jednego z pokoi wyłożonych lustrami, w którym stało łóżko o wymiarach trzy na cztery metry, idealne, by pomieścić kilka ciał. Naliczył siedem osób. Claire odstawiła nagle kieliszek i przyłączyła się do grupy. Nie miał nic przeciwko temu. Na parkiecie panowało duże ożywienie. Usiadł w pobliżu ze swoim mojito. Jego uwagę od razu przykuła kobieta, która tańczyła, wykonując powolne, zmysłowe ruchy. Miała na sobie czarny gorset z fioletowymi wstążkami, czarne stringi i sięgające do ud pończochy z podwiązkami. Nie znał jej i to mu się spodobało. Skorzystał z okazji, że poszła zamówić coś przy barze, i dotknął jej ramienia. Odwróciła się i pozdrowiła go spojrzeniem.

– Podoba mi się, jak tańczysz.

– Dziękuję – odpowiedziała. – Dziwne, taki przystojny mężczyzna sam.

Thomas zaśmiał się z komplementu.

– Moja partnerka jest na górze, grupowy seks to dla mnie za dużo… A twój partner?

– Jestem sama. Nudziłam się w domu, a to najlepsze miejsce na spędzenie piątkowego wieczoru dla samotnej kobiety, jakie przyszło mi do głowy. Można tu przyjść w najseksowniejszym stroju, a nikt cię nie będzie zaczepiał; „nie” zawsze znaczy „nie”, w każdej sytuacji. Poza tym wejście jest za darmo, a do tego fundują ci drinka. Jak w bajce.

– Czy w twoim repertuarze powodów, żeby tu przyjść, był też seks?

– Jako jeden z ostatnich – odpowiedziała z uśmiechem. – Lubię, kiedy na mnie patrzą i kiedy mnie pożądają, ale wolę tańczyć.

– Moim zdaniem nie można ci się oprzeć… Kiedy zmęczysz się tańcem, czekam na ciebie tutaj.

Zaśmiała się zadowolona.

– Nazywam się Bárbara i właśnie wskoczyłeś na szczyt mojej listy.

– Thomas. Miło mi – przedstawił się i pocałował ją w szyję.

– Dokąd pójdziemy? – zapytała podniecona.

– Chciałbym, żebyśmy byli sami, więc jacuzzi i sauna odpadają.

– Chodźmy do łazienki – zaproponowała i podała mu rękę.

Thomas oparł ją o marmurowy blat, ściągnął jej stringi i brutalnie wszedł w nią od tyłu. Nacierał, pieszcząc jednocześnie okrężnymi ruchami palców jej łechtaczkę. Wkrótce usłyszał jej orgazm; doszła w hałaśliwy sposób, a on zaraz po niej. Kiedy skończył, położył się na jej plecach, słuchając przyspieszonego bicia serca. Pocałował ją we włosy i odsunął się, ściągając prezerwatywę.

– Dziękuję, Bárbaro. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wrócę do domu. Przed wyjściem postawię ci drinka.

– Nie trzeba, pójdę potańczyć – odpowiedziała. Wytarła się szybko wilgotnym papierowym ręcznikiem i całując go w czoło, dodała: – Następnym razem, kiedy się zobaczymy, wyciągnę cię na parkiet.

– Będzie ciężko – odpowiedział Thomas, zapinając pasek.

– Jestem bardzo uparta – zapewniła Bárbara.

Pocałował ją na pożegnanie w szyję i oddalili się w przeciwnych kierunkach. Zostawił kelnerowi wiadomość dla Claire. Pomyślał, żeby włożyć do koperty pieniądze na taksówkę, ale uznał, że by mu tego nie wybaczyła. Wyszedł na zewnątrz i wsiadł do samochodu. Na telefonie migało czerwone światełko. Sprawdził nieodebrane połączenia – pięć z nieznanego numeru na jego prywatnej komórce. Przestraszył się. Pomyślał o rodzicach, niewiele osób znało ten telefon. Oddzwonił, ktoś natychmiast odebrał.

– Thomasie – powiedział zapłakany głos. – Thomasie – powtórzył, dławiony łzami.

Oniemiał, słysząc głos kobiety.

– Maire – szepnął.

Przeszłość powróciła niespodziewanie, bez ostrzeżenia. Cios był brutalny. Nagle zobaczył siebie samego sprzed dwudziestu pięciu lat.

– Maire, to ty? Co się stało?

– Umarła Una, moja córka – powiedziała kobieta, powstrzymując szloch.

– Nie wiedziałem, że masz córkę. Ja… Przykro mi.

– Pomóż mi, Thomasie, proszę.

– Oczywiście – odpowiedział przytłoczony. – Co mogę zrobić?

– Przywieź ją do domu. Jest w Szwajcarii, w szpitalu Chablais. Musisz zidentyfikować zwłoki, załatwić formalności, nie wiem, co jeszcze… Repatriacja… wszystkie te sprawy. – Maire nie była w stanie mówić dalej, wybuchnęła płaczem.

– Ale ja nie znałem twojej córki – powiedział Tomasz zmieszany.

– Będziesz wiedział, że to ona, gdy tylko ją zobaczysz – odpowiedziała spokojniej. – Ja przechodzę rekonwalescencję po operacji, nie mogę jechać. Twoi rodzice dali mi ten numer, jesteś blisko miejsca, gdzie mieszka. Mieszka w Monthey. To znaczy… mieszkała. Boże… nie dam sobie z tym rady.

– Jak umarła?

– Powiedzieli mi, że nagle, we śnie. Znaleźli ją dziś rano. Zdziwiło ich, że nie przyszła na trening. Kiedy zjawili się lekarze, nic nie mogli już zrobić…

– Podam ci mój adres mailowy, prześlesz mi wszystkie dane i upoważnienie, żebym cię mógł reprezentować. Bądź spokojna, wszystkim się zajmę.

– Dziękuję, Thomasie. Jestem taka zmęczona… Lekarz dał mi jakąś pastylkę, zaczyna działać. Położę się, jest bardzo późno. Kto wie, jutro może się okazać, że nic nie zaszło, że to tylko zły sen. Dobranoc.

Thomas nieświadomie odpowiedział jej po gaelicku.

Setki obrazów eksplodowały w jego głowie. Maire, która się do niego uśmiecha; Maire i jej czerwone włosy walczące z wiatrem; Maire i jej blade ciało; Maire, która płacze… Wysiadł z samochodu, musiał odetchnąć świeżym powietrzem i zapomnieć. Usłyszał za sobą śmiechy kilku palaczy, którzy beztrosko rozmawiali w drzwiach klubu. Odszedł kawałek dalej. Przystanął, próbując się zorientować, gdzie jest. Usiadł na kamieniu i chwycił w garść trochę ziemi, odruchowo ją powąchał. Drżała mu ręka. Przypomniał sobie swój dom, pastwiska, a zwłaszcza góry. Wznosiły się groźnie nad horyzontem, niczym olbrzymi strażnicy dalekiej, nieosiągalnej dla niego krainy. Kiedy tam mieszkał, lubił na nie patrzeć; zmieniały się w zależności od pory roku i światła: jesienią były brązowe jak porastające je suche paprocie, zimą ukryte we mgle, latem zielone i spokojne. Kiedy przestał o nich śnić?

Wstał. Wracał do domu.

6

Ojciec Janika zmarł na raka płuc osiem lat wcześniej. Wielkie stado szpaków odprowadzało trumnę z domu pogrzebowego na cmentarz. Kiedy Janik zapytał matkę, czy te szpaki przyleciały go pożegnać, nie wiedziała, co mu odpowiedzieć.

Pogrzeb wydał mu się tylko snem, czymś nierealnym, ale kiedy wrócił do domu, zasłony i fotele nadal były przesiąknięte zapachem ojca… Janik nie mógł tego znieść, więc wybiegł na zewnątrz. Wpadł do warsztatu stolarskiego. Tam przeszedł wonią terpentyny i wiórów, ale również nie zdołał się uwolnić od bólu. Skierował się drogą w stronę rzeki. Usiadł na brzegu i czekał, aż prąd zabierze jego smutek. Patrzył, jak stada kaczek podlatują i lądują na wodzie. Paraliżował go płynący z serca żal. Chciałby zrobić to samo co one, schować głowę i o niczym nie myśleć. Wtedy usłyszał głos ojca – pomógł mu stanąć na nogi i towarzyszył, dopóki nie zniknął ból. Ten głos wskazał mu coś, czego dotąd nie znał; od tamtej pory nie przestał biegać.

Jego nieśmiałość stanowiła przeszkodę w relacjach z dziewczynami, ale treningi pomagały spacyfikować hormony. Opracował technikę mającą na celu zaspokojenie popędu bez konieczności nawiązywania rozmowy. Snuł swoje fantazje w jakiejkolwiek scenerii. Samotna przyjemność masturbacji, której codziennie się oddawał, oszczędzała mu kontaktów z kobietami. Zaczął wyobrażać sobie różne sytuacje i opanował umiejętność bycia zwykłym obserwatorem – odrywał się od własnego ja i w wyobraźni wysyłał je na podbój płci pięknej. Mógł robić wszystko, rzucając się w przepaść tego, co zabronione. Przyjazd do ośrodka tylko spotęgował jego fantazje.

O siódmej rano budzik zaczął wydawać powtarzający się gwizd, który przerwał jego sen. Obok zegarka, na jednym z rogów szafki nocnej, wisiała taśma z pulsometrem.

Nie poruszając żadnym mięśniem, niemal nie oddychając w obawie przed zakłóceniem rytmu zaledwie trzydziestu dziewięciu uderzeń serca, zapalił lampkę nocną i wyciągnął rękę w poszukiwaniu taśmy z czujnikiem. Opasał nią piersi i złączył oba końce. Lewą ręką wcisnął start, po czym leżał z zamkniętymi oczami, nie myśląc o niczym i powstrzymując oddech. Kiedy uznał, że minęło sześćdziesiąt sekund, otworzył oczy. Wysunął nogi i usiadł na brzegu łóżka. Wstał powoli jak kameleon, żeby nie przyspieszyć choćby jednego uderzenia swojego młodego serca. Wcisnął stop, kiedy licznik doszedł do dziewięćdziesięciu sekund. Z westchnieniem wyłączył jedno po drugim urządzenia do zapamiętywania pulsu. Stopił się z otoczeniem, zapominając o tym, co dzieje się w jego wnętrzu.

Wyszedł na balkon. Jakaś sportsmenka, która właśnie opuściła ośrodek, patrzyła w niebo. Gałęzie drzew trzeszczały cicho na wietrze. Na horyzoncie widać było nadciągającą burzę, wydawało się, że niebo wstrzymuje oddech. W oczach Janika powiększało się i kurczyło, jak jego serce. W oddali rozświetlały je co jakiś czas elektryczne błyski, niczym pulsujące przedsionki i komory serca. Pchnął drzwi balkonowe i wrócił do pokoju. Wziął laptopa z szafki nocnej, podłączył interfejs i przybliżył pulsometr. Czerwone światełka zamigotały, wskazując, że transfer danych przebiega prawidłowo. Kilka sekund później sprawdził średnie tętno: czterdzieści dwa na leżąco, czterdzieści osiem na stojąco. Całkowicie doszedł do siebie po wysiłku, tętno nie zapowiadało żadnej niedyspozycji. Od dwóch lat korzystał z tego systemu. Był równie wiarygodny jak twierdzenia matematyczne.

Ethan, dwudziestoletni kolarz z Australii, wziął poprzedniej nocy środek nasenny, i teraz spał spokojnie na sąsiednim łóżku. Jego kręcone włosy i nieschodzący z twarzy uśmiech nadawały mu sympatyczny i radosny wygląd, chociaż ostatnio był raczej poirytowany i zapominał o wielu rzeczach. Te problemy sprawiały, że zachowywał się nieprzewidywalnie, a Janik musiał wypełniać jego luki w pamięci.

Chłopak włożył kolarki, koszulkę, bluzę i lekkie jak piórko żółte buty do biegania. Wyszedł z pokoju i ruszył korytarzem w stronę siłowni. Środek sali zajmowały maszyny do trenowania poszczególnych mięśni; w jednym z rogów stała duża drewniana ława, a na ścianie wisiało lustro, z którego sportowcy korzystali, by poprawić swoją technikę, unikając przy tym urazów. Wokół ławy znajdowało się mnóstwo drążków, ciężarków, hantli, piłek wszelakich rozmiarów i gum treningowych. Po przeciwnej stronie umieszczono rowery, bieżnie, orbitreki i ergometry wioślarskie. Samotność i cisza o tej porannej godzinie, mnogość i różnorodność maszyn pełnych przycisków, dźwigni, przekładni i wysięgników tworzyły nierzeczywistą, futurystyczną atmosferę. Janik pomyślał, że te urządzenia to androidy pogrążone w letargu, że po włączeniu światła nabiorą życia. Zapalił lampy, ale nic się nie wydarzyło. Wybrał jeden z rowerów i zaprogramował licznik. Sześćdziesiąt minut, sto dwadzieścia watów. Hendrik wyjaśnił mu, że to doskonały sposób na zastąpienie treningu biegowego czymś mniej szkodliwym dla mięśni i ścięgien. Co nie zmieniało faktu, że strasznie się nudził i marzył tylko, by wrócić do pokoju.

Żeby przełamać monotonię treningu, wyobraził sobie, że zsiada z roweru, rozbiera się i kładzie na karimacie. Wtedy wchodzą do sali dwie dziewczyny z zespołu gimnastyki artystycznej o ładnych ciałach, ale bez wyraźnie zarysowanych twarzy, jak to bywa czasami w snach. Dziewczyny zastają go nagiego, z członkiem niemal w stanie erekcji. Na ten widok zdejmują ubrania i uprawiają z nim seks. Myśl ta wywołała u niego taki wzwód, że musiał przestać pedałować w obawie, że ktoś pojawi się w drzwiach.

Stołówka była dużą salą z ogromnymi oknami i okrągłymi kolumnami. Każdy ze stołów rozproszonych niczym wysepki mógł pomieścić dziesięć osób. Janik i Ethan nałożyli sobie śniadanie przy ladzie.

– Węglowodany na śniadanie, węglowodany na drugie śniadanie, na obiad, na podwieczorek, na kolację. Mam powyżej uszu węglowodanów! – wykrzyknął Ethan.

– Nie narzekaj, ty nie jesz codziennie aminokwasów, glukozaminy, karnityny, koktajli proteinowych, żelaza, witaminy C, B…

– Wystarczy, wystarczy, przypominasz chemika robiącego inwentaryzację.

Usiedli przy jednym z pustych stolików. Umilkli. Janik skończył pierwszy i zajął się obgryzaniem paznokci. Na niektórych palcach miał małe ranki.

Nagle do stołówki wpadł jak burza Peter, sprinter wchodzący w skład holenderskiej sztafety długodystansowej. Usiadł obok Ethana. Po wyrazie jego twarzy można było sądzić, że zobaczył ducha.

– Una zmarła dziś w nocy. Przed chwilą wynieśli ją zapakowaną w czarny worek – powiedział po angielsku.

Koszykarze zajęci rozmową po drugiej stronie stołu podnieśli głowy; pingpongista siedzący przy stoliku naprzeciwko upuścił słodką bułkę do szklanki z mlekiem i podszedł do kolegów.

– Una, ta z ekipy rosyjskiej? – zapytał Ethan.

– Tak, ta od czterystametrówki.

– Co się stało?

– Nie wiem, kiedy byłem na schodach, zobaczyłem dwóch policjantów przy wejściu na jej korytarz. Nikogo nie przepuszczali.

– Policjanci w ośrodku!

– Tak, zaczekałem kilka minut – powiedział Peter. – Najpierw wyszli jacyś mężczyźni w garniturach. Chwilę po nich ratownicy medyczni. Zapytaliśmy, co się stało. Powiedzieli, że umarła jakaś dziewczyna.

– O kurwa! To była Una? Jesteś pewien? – zapytał z niedowierzaniem Ethan.

Wiadomość w mgnieniu oka obiegła całą stołówkę. Do ich stolika podeszły trzy dziewczyny z niemieckiej drużyny pływackiej. Otoczyły Petera, który opowiadał dalej.

– Tak, przy windzie stała jej koleżanka z Irlandii. Kiedy przechodzili obok z noszami z czarnym workiem, powtarzała imię Uny.

Cisza rozciągnęła się jak sprężyna, nikt nie wierzył w to, co opowiadał Peter. Jakby popychani niewidocznym palcem, wszyscy opuścili stołówkę i rozpierzchli się w różne strony. Na stołach zostały tace ze śniadaniem, aż wreszcie jedna ze sprzątaczek zaczęła ustawiać je na wózku, zła, że musi sama je pozbierać.

7

Blanc Kummer siedział przy kominku i błądził wzrokiem po pokoju. W kuchni otaczały go wspomnienia. To tu jego dziadek opowiadał mu historie o diable. Miejscowi powtarzali je, odkąd w 1882 roku przodkowie Blanca kupili ruiny opactwa. Kilka miesięcy później zaczęli unikać wszelkiego kontaktu z rodziną Kummerów, bo wierzyli, że zawarła pakt z samym Lucyferem. Obarczali ją winą za osuwiska i zniknięcia.

Latem 1920 roku grupa mieszkańców Les Diablerets, uzbrojonych w siekiery i kosy, próbowała zlinczować Kummerów za zniknięcie jakiejś dziewczyny. Wielki głaz, który spadł z La Quille du Diable, słynnej granitowej skały wysokiej na czterdzieści metrów, udaremnił ich zamiary. Dziewczyny nigdy nie znaleziono.

Blanc dorastał pośród owiec, kóz i pogardy okolicznych mieszkańców. Kiedy był mały, nie rozumiał, dlaczego szkolni koledzy nie chcą się z nim bawić. Myślał, że może dlatego, że cuchnie bydłem.

– Matko, dlaczego pachniemy tak dziwnie, że nikt nie chce się z nami zadawać?

– Nie wstydź się, że pachniesz jak zwierzęta, dzięki nim mamy żywność i ubrania chroniące nas przed zimnem. Poza tym jak twoim zdaniem pachną inni ludzie? – powiedziała matka.