Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 504

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Krwawe safari - Deon Meyer

"Lemmer jest ochroniarzem wolnym strzelcem, byłym skazańcem, który nie panuje nad swoją agresją. Emma le Roux to drobna i piękna konsultantka marketingowa z Kapsztadu. Chce odszukać zaginionego brata. Rzekomo nie żyje on od dwudziestu lat, ale Emma jest przekonana, że widziała go kilka dni temu w wiadomościach jako podejrzanego o niedawne zabójstwo szamana i czterech kłusowników. Wynajmuje Lemmera, by ją ochraniał, kiedy ona wyruszy na poszukiwanie prawdy.  Kiedy le Roux i Lemmer zaczynają węszyć, odkrywają tlące się napięcia na tle rasowym i politycznym, chciwość, korupcję i siatkę ekoterrorystów – staje się jasne, że ktoś nie chce, by cokolwiek wytropili. Ktoś, kto nie cofnie się przed niczym, by powstrzymać ich dochodzenie.  „Od czasu do czasu wpada mi w ręce książka, którą pochłaniam od pierwszej do ostatniej strony… Porcja mistrzowskiej fabuły, wspaniałe miejsca akcji, a do tego złożone i oryginalne  postacie”. Globe and Mail „Ekscytująca lektura i jednocześnie pouczający portret narodu, którego złożone i bolesne problemy są chyba bardziej dotkliwe niż nasze własne”. The Washington Post „Książki Deona Meyera są barwnymi i fascynującymi opowieściami o współczesnym społeczeństwie RPA. Dobra robota. Dobry kryminał i ciekawa lekcja”. Do Rzeczy"

Opinie o ebooku Krwawe safari - Deon Meyer

Fragment ebooka Krwawe safari - Deon Meyer

Tytuł oryginału:

BLOOD SAFARI

Copyright © Deon Meyer 2007

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-323-9

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Część pierwsza

1

Wykonałem powolny zamach młotem. Był wtorek 25 grudnia, właśnie minęło południe. Z każdym głuchym łupnięciem z grubej, niezwykle twardej ściany odrywały się kawałki cegły i cementu i strzelały na podłogę jak szrapnele. Czułem, że pot spływa mi po zakurzonej twarzy i klatce piersiowej. Mimo pootwieranych okien było gorąco jak w piecu.

Pomiędzy uderzeniami młota dobiegł mnie dźwięk telefonu. Nie chciałem przerywać rytmu pracy. W takim upale trudno byłoby mi ponownie się rozkręcić. Odłożyłem ostrożnie długi trzonek i przeszedłem przez salon, czując odłamki ściany pod gołymi stopami. Na wyświetlaczu komórki pojawiło się imię: JEANETTE. Wytarłem ubrudzoną rękę w spodenki i odebrałem.

– Jis1.

– Wesołych świąt. – W chropowatym głosie Jeanette Louw zabrzmiała zagadkowa ironia. Jak zawsze.

– Dzięki. Nawzajem.

– Pewnie u ciebie jest przyjemnie i gorąco…

– Na dworze trzydzieści osiem stopni.

Zimą powiedziałaby: „Pewnie masz tam przyjemny chłodek” z nieskrywanym ubolewaniem, że wybrałem takie, a nie inne miejsce zamieszkania.

– Loxton – powiedziała takim tonem, jakby właśnie popełniła faux pas. – Będziesz to musiał jakoś wytrzymać. Jak się spędza święta w twoich stronach?

– Rozwalam ścianę pomiędzy kuchnią i łazienką.

– Czy ja dobrze słyszę: kuchnią i łazienką?

– Tak kiedyś budowano domy.

– I tak się świętuje Boże Narodzenie! To pewnie stara wiejska tradycja, co? – prychnęła kpiąco.

Wiedziałem, że nie dzwoni, żeby życzyć mi wesołych świąt.

– Masz dla mnie robotę.

– Owszem.

– Turysta?

– Nie. Kobieta z Kapsztadu. Mówi, że wczoraj ją napadnięto. Chce cię na mniej więcej tydzień i już wpłaciła zaliczkę.

Pomyślałem o pieniądzach, których tak bardzo potrzebowałem.

– Tak?

– Jest teraz w Hermanus. Prześlę ci esemesem jej adres i numer telefonu. Przekażę jej, że już do niej jedziesz. Dzwoń w razie kłopotów.

Emmę le Roux poznałem w posiadłości przy plaży z widokiem na Stary Port w Hermanus. Dom robił ogromne wrażenie – trzypiętrowe cacko bogacza w toskańskim stylu, z ręcznie rzeźbionymi drzwiami i kołatką w kształcie lwiej głowy.

Za kwadrans siódma w bożonarodzeniowy wieczór młody mężczyzna z długimi kręconymi włosami i okularami w metalowych oprawkach otworzył drzwi. Przedstawił się jako Henk i powiedział, że mnie oczekują. Budziłem jego ciekawość, choć dobrze to ukrywał. Poprosił, bym zaczekał w salonie, podczas gdy on zawoła panią le Roux. Oficjalny człowiek. Z głębi domu dochodziły jakieś dźwięki – muzyka klasyczna, jakaś rozmowa. Docierał do mnie również aromat gotowanych potraw.

Mężczyzna zniknął. Nie usiadłem. Po sześciu godzinach jazdy przez Karru w moim isuzu wolałem postać. W pokoju stała choinka, olbrzymia, plastikowa, pokryta sztucznym śniegiem; migotały na niej kolorowe lampki. Wierzchołek drzewka ozdobiono aniołem z długimi blond włosami i skrzydłami rozpostartymi szeroko niczym u drapieżnego ptaka. Za choinką znajdowało się okno, którego zasłony były rozsunięte. Widoczna poprzez nie zatoka wyglądała pod wieczór uroczo, spokojnie i nieruchomo. Zapatrzyłem się na ten widok.

– Pan Lemmer?

Obróciłem się na dźwięk swojego nazwiska.

Drobna i szczupła, o ciemnych włosach ściętych na krótko, bardzo krótko, niemal jak u mężczyzny. Miała duże i ciemne oczy, a uszy nieco szpiczaste. Wyglądała jak nimfa z bajki dla dzieci. Przystanęła na chwilę, by mi się przyjrzeć. Mimowolnie zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, porównując ze swoimi wyobrażeniami. Dobrze ukrywała rozczarowanie. Zwykle oczekują kogoś większego, o imponującej posturze, a nie gościa przeciętnego wzrostu i wyglądu.

Podeszła do mnie i przedstawiła się:

– Emma le Roux. – Ręka, którą wyciągnęła na powitanie, była ciepła.

– Dobry wieczór.

– Proszę, niech pan siada – wskazała sofę w salonie. – Czy mogę podać panu coś do picia? – Zaskoczył mnie tembr jej głosu: mógłby spokojnie należeć do postawniejszej kobiety.

– Nie, dziękuję.

Usiadłem. Jej drobne ciało poruszało się płynnie, jakby czuła się w nim zupełnie swobodnie. Zajęła miejsce naprzeciw mnie, podwijając nogi pod siebie. Zastanawiałem się, czy to jej dom i skąd wzięła na niego pieniądze.

– Ja… ech… – machnęła ręką. – Po raz pierwszy będę miała ochroniarza…

Nie byłem pewny, jak powinienem zareagować na te słowa. Lampki na choince migały nad jej głową w monotonnym rytmie.

– Może pan wyjaśni, jak to działa? – poprosiła bez skrępowania. – Mam na myśli stronę praktyczną.

Chciałem jej powiedzieć, że skoro zamawia usługę, powinna wiedzieć, na czym ona polega. Nie wydajemy podręczników użytkownika.

– To w sumie proste. Aby móc panią chronić, muszę wiedzieć, co pani robi każdego dnia.

– Rozumiem.

– Muszę też wiedzieć, co dokładnie pani grozi.

Kiwnęła głową.

– Cóż, nie jestem do końca pewna, o jakie zagrożenie chodzi. Wydarzyły się różne dziwne rzeczy… Carel mnie przekonał… Zaraz go pan pozna; korzystał już z pańskich usług. Na… Napadnięto mnie… wczoraj rano…

– Panią osobiście?

– Tak. To znaczy, w pewnym sensie… Rozwalili drzwi do domu i wdarli się do środka.

– Oni?

– Trzech mężczyzn.

– Byli uzbrojeni?

– Nie. Tak. To się stało tak szybko… w zasadzie ich nie widziałam.

Musiałem się powstrzymać, by nie podnieść brwi ze zdziwienia.

– Tak, wiem, to brzmi dosyć osobliwie – tłumaczyła się.

Nic nie powiedziałem.

– To było dziwne, panie Lemmer. Jakby… nierealne.

Kiwnąłem głową, zachęcając ją, by kontynuowała.

Przyglądała mi się uważnie przez chwilę, po czym obróciła się i włączyła stojącą za nią lampę.

– Mam dom w Oranjezicht – powiedziała.

– Więc nie mieszka tu pani na stałe?

– Nie… to jest posiadłość Carela. Ja przyjechałam tu tylko na święta.

– Rozumiem.

– Wczoraj rano… chciałam dokończyć pracę, a potem spakować się na wyjazd, na weekend. Pracuję… Pracuję w domu. Około wpół do dziesiątej wzięłam prysznic.

Z początku opowiadała nieskładnie. Jakby niechętnie wracała do tych przeżyć. Nie kończyła zdań, ręce trzymała nieruchomo, mówiła jednostajnym, grzecznym tonem. Podała więcej szczegółów, w tej chwili niepotrzebnych. Może uznała, że doda jej to wiarygodności.

Wzięła prysznic i właśnie ubierała się w sypialni. Stała niepewnie z jedną nogą w dżinsach, kiedy usłyszała, że otwiera się brama. Przez firankę zobaczyła trzech mężczyzn, którzy szybko i zdecydowanie szli przez ogród przed domem. Zanim zniknęli jej z pola widzenia na drodze do drzwi frontowych, zauważyła, że ich twarze zasłaniają kominiarki. W rękach trzymali jakieś krótkie przedmioty.

Emma le Roux była jednak nowoczesną singielką. Świadomą. Często się zastanawiała, czy może paść ofiarą przestępstwa i jak zareaguje w takiej sytuacji. Dlatego też wsunęła nogę w drugą nogawkę dżinsów i naciągnęła je na biodra. Nie ubrała się do końca, bo została tylko w bieliźnie i dżinsach, ale przede wszystkim musiała dotrzeć do przycisku alarmowego, żeby w razie potrzeby móc go użyć. Nie nacisnęła go jednak od razu; dom chroniły jeszcze drzwi antywłamaniowe i kraty. Nie chciała narobić sobie wstydu, wszczynając fałszywy alarm.

Boso przeszła szybko przez sypialnię. Kiedy stanęła przed umieszczonym na ścianie przyciskiem alarmowym, podniosła palec i czekała. Serce waliło jej w piersi, ale na razie panowała jeszcze nad nerwami. Usłyszała zgrzyt zginanego i rozrywanego z trudem metalu. Drzwi antywłamaniowe przestały właśnie pełnić swoją funkcję. Nacisnęła alarm. Kiedy jego wycie rozległo się pod sufitem, ogarnęła ją fala paniki.

Najwyraźniej wciągnięta opowieścią, zaczęła gestykulować. Mówiła teraz głosem bardziej melodyjnym, a jego ton się podniósł.

Emma le Roux przebiegła korytarzem do kuchni. Przeszło jej przez myśl, że włamywacze i złodzieje zachowują się inaczej. Ta myśl podsyciła jej przerażenie. Biegnąc, z głuchym łupnięciem zderzyła się w pośpiechu z drewnianymi drzwiami. Trzęsącymi się rękami odsunęła obie zasuwy i przekręciła klucz w zamku. W momencie gdy szarpnięciem otworzyła drzwi, dotarł do niej rumor z holu i łoskot tłuczonego szkła. Napastnicy sforsowali drzwi frontowe i wdarli się do domu.

Zrobiła jeden krok na zewnątrz i zatrzymała się. Wróciła do kuchni, żeby zabrać ścierkę wiszącą na zlewie. Chciała się nią zakryć. Zbeształa się później za tak irracjonalne zachowanie, ale działała wtedy odruchowo. Zawahała się jeszcze na ułamek sekundy. Powinna zabrać jakąś broń? Może nóż? Stłumiła jednak ten odruch.

Wybiegła w jasne światło dnia, przyciskając ścierkę do piersi. Schludnie urządzony ogród na tyłach domu był bardzo mały.

Spojrzała na wysoki betonowy mur, który miał ją chronić, odgradzać ją od świata. Teraz stał się dla niej więzieniem. Po raz pierwszy krzyknęła: „Pomocy!”. Zdesperowana wzywała sąsiadów, których nie znała. Mieszkała przecież w Kapsztadzie, gdzie człowiek zachowuje dystans, na noc barykaduje się w swoim domu, zajmuje się swoimi sprawami. W domu za sobą słyszała napastników. Jeden z nich coś krzyknął. Jej wzrok padł na czarny kosz na śmieci stojący pod betonowym murem – stopień ku bezpieczeństwu.

– Na pomoc! – krzyknęła zagłuszana wyciem alarmu.

Emma nie pamiętała, jak udało jej się pokonać ten mur. Adrenalina zrobiła swoje. Wystarczył jeden lub dwa ruchy i znalazła się po drugiej stronie. Po drodze zgubiła ścierkę, którą okrywała piersi, więc na podwórku sąsiada wylądowała już bez niej. Zahaczyła o coś lewym kolanem. Nie poczuła bólu i dopiero później zauważyła małe rozdarcie na dżinsach.

– Na pomoc! – zawołała zdesperowanym i piskliwym głosem. Skrzyżowała ręce na piersiach dla zachowania przyzwoitości i pobiegła w kierunku tylnych drzwi domu sąsiada. – Na pomoc!

Rozległ się rumor przewróconego kosza na śmieci, wiedziała, że nie ma dużej przewagi. Drzwi przed nią się otworzyły i pojawił się w nich posiwiały mężczyzna w czerwonym szlafroku w białe kropki. W ręce miał strzelbę. Jego krzaczaste siwe brwi wyglądały jak skrzydła.

– Proszę mi pomóc – powiedziała z ulgą w głosie.

Spojrzenie sąsiada spoczęło na chwilę na stojącej przed nim kobiecie o chłopięcej figurze. Następnie przeniósł je na mur za jej plecami. Wzniósł strzelbę na wysokość ramienia i wymierzył w mur. Dotarła już prawie do niego i dopiero teraz się obróciła. Ponad betonową ścianą przez chwilę mignęła twarz zakryta kominiarką.

Sąsiad strzelił. Huk wystrzału odbijał się od otaczających ich budowli. Pocisk uderzył w ścianę jej domu. Jeszcze przez trzy, cztery minuty nic nie słyszała. Trzęsła się cała, stojąc obok sąsiada. Nie patrzył na nią. Był zajęty ładowaniem strzelby. Na chodnik z brzękiem spadła łuska. Dźwięk ten jednak nie dotarł do uszu ogłuszonej Emmy. Sąsiad przyglądał się uważnie murowi.

– Dranie – warknął, mierząc w niego. Wodził strzelbą od prawa do lewa, gotów wystrzelić w dowolny punkt.

Nie miała pojęcia, jak długo tam stali. Napastnicy już zniknęli. Kiedy odzyskała słuch, dotarło do niej wycie alarmu. Wreszcie mężczyzna powoli opuścił strzelbę, po czym głosem pełnym troski i z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem spytał:

– Wszystko w porządku?

Rozpłakała się.

2

Sąsiad nazywał się Jerzy Pajak. Zaprowadził ją do swojego domu. Poprosił żonę, Aleksę, żeby wezwała policję, a potem cmokali nad nią z troską swoimi głosami z polskim akcentem. On dał jej lekki koc, by okryła swoje roznegliżowane ciało, i poczęstował ją mrożoną herbatą. Potem poszli oboje wraz z nią i dwójką policjantów do jej domu.

Metalowa brama antywłamaniowa wisiała przekrzywiona, a drewniane drzwi wejściowe nie nadawały się już do naprawy. Koloredzki policjant był starszy rangą z tej dwójki, na ramionach jego eleganckiego munduru widniały belki. Wydawało jej się, że jest sierżantem, ale nie była tego pewna, więc do obu zwracała się per „pan”. Poprosił, by sprawdziła, czy coś ukradziono. Stwierdziła, że od razu się ubierze. Nadal była owinięta kolorowym kocem, a tymczasem robiło się coraz cieplej. Poszła do swojego pokoju i przysiadła na chwilę na białej kołdrze leżącej na łóżku. Posłała to łóżko ponad godzinę temu. Uznała, że to nie byli włamywacze. Miała wystarczająco dużo czasu, aby wysnuć wnioski i sformułować pewne podejrzenia.

Włożyła zieloną koszulkę i tenisówki. Obeszła potem dom na prośbę policjanta i zameldowała mu, że nic nie zginęło. Kiedy siedli kręgiem w salonie, Pajakowie na sofie, a ona wraz z policjantami na krzesłach, zaczął ją wypytywać, ostrożnie i z wyczuciem, posługując się porządnym urzędowym afrikaans.

Czy według niej ktoś ostatnio obserwował ją lub jej dom?

– Nie.

– Czy zauważyła pani jakiś samochód lub inny pojazd, którego wcześniej nie było w tej okolicy?

– Nie.

– A może jacyś ludzie wałęsali się ostatnio po pani ulicy albo zachowywali się w jakiś dziwny sposób?

– Nie.

– Kiedy przyszli, znajdowała się pani w sypialni?

Skinęła głową.

– Ubierałam się i usłyszałam otwierającą się bramę. Wydaje taki specyficzny dźwięk. A potem zauważyłam, jak biegną do drzwi frontowych. Właściwie to nie biegli, tylko szli bardzo szybko. Kiedy zauważyłam kominiarki…

– Zakładam, że nie widziała pani ich twarzy.

– Nie.

Pajakowie nie rozumieli afrykanerskiego, ale przysłuchiwali się wypowiedziom obu stron, a ich głowy obracały się raz w jedną, raz w drugą stronę, jak u widzów na meczu tenisowym.

– Kolor skóry?

– Nie…

– Ale nie jest pani pewna.

Wydawało jej się, że byli czarni, ale nie chciała obrazić drugiego policjanta.

– Nie potrafię tego stwierdzić z całą pewnością. Wszystko wydarzyło się tak szybko.

– Rozumiem, pani le Roux. Była pani przestraszona, ale wszelkie informacje mogą być pomocne.

– Jeden z nich… był chyba czarny.

– A pozostałych dwóch?

– Nie jestem pewna…

– Zlecała pani ostatnio jakieś prace w domu lub wokół niego?

– Nie.

– Czy ma pani w domu przedmioty o dużej wartości?

– To co wszyscy. Trochę biżuterii, laptop, telewizor…

– Laptop?

– Tak.

– I nie zabrali go?

– Nie.

– Proszę wybaczyć, pani le Roux, ale to jest dosyć niezwykłe. Z tego co pani mówi, wnioskuję, że nie są to typowe metody działania włamywacza. Rozbili drzwi, gonili za panią do ogrodu…

– Tak?

– To wygląda, jakby celem ich napaści była pani osobiście.

Skinęła głową.

– Rozumie pani, że trzeba się zastanowić, jaki był motyw ich działania?

– Rozumiem.

– W większości przypadków motyw taki jest natury osobistej.

– Tak?

– Proszę wybaczyć, ale czy w grę może wchodzić jakiś związek, który zakończył się nieprzyjemnie?

– Nie – odpowiedziała z uśmiechem, aby zamaskować swoją ulgę. – Nie było chyba aż tak źle. To znaczy, mam taką nadzieję.

– Nigdy nie wiadomo, proszę pani. A więc był w pani życiu ostatnio jakiś mężczyzna?

– Minął ponad rok, odkąd byłam w poważnym związku. On jest Brytyjczykiem i wrócił już do Anglii.

– Rozstali się państwo w przyjaznej atmosferze?

– Zdecydowanie.

– Czy od tamtej pory był w pani życiu ktoś, kogo mogło rozzłościć rozstanie?

– Wykluczone.

– Czym się pani zajmuje, pani le Roux?

– Jestem konsultantem marki.

Zauważyła jego dezorientację, więc rozwinęła swoją odpowiedź:

– Jako konsultantka marki pomagam firmom w zdobywaniu pozycji na rynku lub w zmianie wizerunku.

– Dla której firmy pani pracuje?

– Pracuję na własny rachunek. Moimi klientami są firmy.

– Czyli nie zatrudnia pani nikogo?

– Zgadza się.

– Czy współpracuje pani z dużymi firmami?

– Na ogół tak, choć zdarzają się i mniejsze.

– Czy w pracy wydarzyło się coś, co mogło wytrącić kogoś z równowagi?

– Nie. To nie tak… Pracuję nad produktami lub postrzeganiem marki danej firmy. Nie mam jak kogokolwiek wytrącać z równowagi.

– A może jakiś incydent? Na przykład związany z samochodem? Albo z kimś, kto dla pani pracował? Ogrodnik, pomoc domowa?

– Nie.

– Przychodzi pani coś do głowy? Cokolwiek, co mogło doprowadzić do takiego zajścia?

Na to pytanie nie była jeszcze gotowa odpowiedzieć.

– Powiedziałam więc „nie”, ale to chyba jednak nie była prawda – wyjaśniła Emma. Światło rzucane przez lampę podłogową, która stała obok niej, dodawało pozytywnego blasku temu eufemizmowi.

Milczałem.

– Nie chciałam… Nie byłam pewna, czy te wydarzenia są ze sobą powiązane. Nie… Nie chciałam, żeby były powiązane. Tak czy inaczej chodzi o coś, co wydarzyło się tysiąc kilometrów od Kapsztadu i mogło dotyczyć Jacobusa, a nie chciałam zawracać policji głowy sprawą, która mogła być jedynie wytworem mojej wyobraźni. – Umilkła nagle i uśmiechnęła się do mnie powoli, jakby była znużona sama sobą. – Mówię bez sensu, prawda?

– Proszę się nie śpieszyć.

– To… to po prostu nie ma sensu. Widzi pan, mój brat…. – Znów przerwała i zaczerpnęła powietrza. Spojrzała na swoje ręce, a potem powoli przeniosła wzrok na mnie. Jej oczy błyszczały od emocji. Rozłożyła ręce w bezradnym geście i powiedziała: – Panie Lemmer, on zmarł…

Język ciała, dobór słów i nagła zmiana tonu wypowiedzi, to wszystko razem wzięte sprawiło, że zapaliło mi się w głowie ostrzegawcze światełko. Miałem wrażenie, że przećwiczyła wcześniej tę wypowiedź. Widziałem w tym pewną dozę manipulacji, jakby chciała odciągnąć moją uwagę od faktów, które już znaliśmy. Zastanawiałem się tylko, do czego by jej to było potrzebne.

Emma le Roux nie byłaby pierwszym klientem, który ewidentnie kłamał na temat grożącego mu niebezpieczeństwa, marszcząc brew w ten charakterystyczny sposób dla podkreślenia swojej absolutnej szczerości. Nie ona pierwsza ze łzami w oczach koloryzowała lub przesadzała, aby uzasadnić wynajęcie ochroniarza. Ludzie kłamią. I to z wielu powodów. Czasami po prostu dlatego, że mogą. To było jedno ze zjawisk potwierdzających Pierwsze Prawo Lemmera: Nie angażuj się. Była to również jedna z podstawowych przesłanek Drugiego Prawa Lemmera: Nie ufaj nikomu.

3

Musiałem przyznać, że szybko się pozbierała. Ponieważ nic nie mówiłem, zbyła emocje, potrząsając głową, i powiedziała:

– Mój brat nazywał się Jacobus Daniël le Roux…

Wyjaśniła, że zniknął w 1986 roku. Jej opowieść stała się mniej płynna, a do tego pobieżna, jakby nie miała śmiałości sięgać po szczegóły. Miała wtedy czternaście lat, a Jacobus dwadzieścia. Był kimś w rodzaju strażnika w rezerwacie dzikich zwierząt, należał do kilku żołnierzy, którzy w ramach obowiązkowej służby wojskowej zgłosili się do pomocy Zarządowi Parków w walce z kłusownikami polującymi na słonie na terenie Parku Narodowego Krugera. I po prostu zniknął. Znaleziono potem ślady jakiejś potyczki z kłusownikami, łuski nabojów i pozostałości po obozowisku, które bandyci porzucili, uciekając w pośpiechu. Szukano ich przez dwa tygodnie, aż końcu ktoś doszedł do jedynego sensownego wniosku: Jacobus i jego czarnoskóry pomocnik zostali zabici podczas tej konfrontacji, a kłusownicy zabrali ze sobą ich ciała, w obawie przed ewentualnymi reperkusjami.

– Minęło ponad dwadzieścia lat, panie Lemmer. To bardzo długo… I właśnie dlatego to wszystko jest takie trudne… Tak czy inaczej dwudziestego drugiego, w zeszłym tygodniu, wydarzyło się coś, o czym nie wspomniałam policji…

W sobotni wieczór, kilka minut po siódmej, była w drugiej sypialni. Urządziła ten pokój jako domowe biuro z wbudowanym biurkiem, szafkami na dokumenty i półkami na książki. Znajdował się tam również telewizor i stacjonarny rower do ćwiczeń, a także filcowa tablica, na której wisiało kilka radosnych zdjęć ze spotkań towarzyskich oraz jakieś wycinki z gazet biznesowych potwierdzających jej sukcesy zawodowe. Emma pracowała w skupieniu na laptopie, analizując arkusze kalkulacyjne z różnymi statystykami. Ledwie docierały do niej wiadomości telewizyjne, które wywołały mgliste odczucie déjà vu. Prezydent Mbeki poróżnił się ze swoimi sprzymierzeńcami. W Bagdadzie doszło do samobójczego zamachu bombowego. Przywódcy państw afrykańskich narzekali na warunki ustanowione przez szczyt G8 w kwestii redukcji zadłużenia.

Nie potrafiła sobie później przypomnieć, co sprawiło, że podniosła wzrok znad komputera. Być może właśnie skończyła przygotowywać jakiś wykres i odczuła potrzebę oderwania się od tego na chwilę, a może był to zwykły zbieg okoliczności. Skupiła uwagę na obrazach pokazywanych w telewizji i dosłownie po kilku sekundach pokazano to zdjęcie. Prezenter wiadomości powiedział: „…udział w strzelaninie w Khokhovela w pobliżu Parku Narodowego Krugera, w której zginął szaman i trzech miejscowych. Na miejscu zdarzenia znaleziono szczątki czternastu sępów z chronionego i zagrożonego wyginięciem gatunku”.

Pokazano czarno-białe zdjęcie. Biały mężczyzna wpatrujący się w obiektyw w taki sposób jak ludzie pozujący do fotografii do dokumentów.

Wyglądał tak, jak Jacobus wyglądałby teraz. Była to nagła, odruchowa myśl czy raczej spostrzeżenie, i może… odrobina nostalgii.

„Policja z Limpopo poszukuje pana Jacobusa de Villiersa, znanego również jako Cobus, pracownika szpitala dla zwierząt w Klaserie, aby pomógł im w dochodzeniu. Ktokolwiek posiada jakieś informacje na jego temat, proszony jest o kontakt z posterunkiem policji w Hoedspruit…”

Pokręciła głową i skrzywiła się. To musiał być przypadek.

Prezenter wiadomości przeszedł następnie do kwestii cen surowców, a ona na powrót skierowała swoją uwagę na ekran komputera i sporej ilości pracy, która ją jeszcze czekała. Przeciągnęła wskaźnik nad słupkiem danych i wybrała ikonkę wykresu.

Jak wyglądałby Jacobus w wieku czterdziestu lat… miałby w tym roku już czterdziestkę? Pamiętała jego twarz głównie ze zdjęć w domu rodziców; jej pamięć w tym wypadku okazywała się bardziej zawodna. Pamiętała jednak ogromne zaangażowanie brata, jego ducha i przytłaczającą osobowość.

Przerobiła wykres na wielokolorowe słupki z danymi, które miały obrazować trendy sprzedaży względem konkurencji.

Zbieg okoliczności. Byłoby dziwne, gdyby mężczyzna ze zdjęcia pokazanego w telewizji również miał na imię Jacobus.

Zaznaczyła kolejne słupki z danymi.

Jacobus nie należy do imion popularnych.

Musiała przygotować wykres kołowy, którego wycinki, czyli udziały w rynku, powinny pokazywać, że sos do sałatek produkowany przez jej klienta nie radzi sobie najlepiej w porównaniu z konkurencyjnymi produktami. I to ona miała rozwiązać ten problem.

Na miejscu zdarzenia znaleziono szczątki czternastu sępów z chronionego i zagrożonego wyginięciem gatunku.

To zaniepokoiłoby Jacobusa.

Popełniła błąd, robiąc wykres, i cmoknęła niezadowolona. Zbieg okoliczności, zwykły przypadek. Jeśli przez dwadzieścia lat przyswajałeś codziennie ogrom danych, to mogło cię to spotkać raz czy dwa razy w życiu. Czasami liczby sprzysięgały się przeciwko tobie.

Stłumiła tę myśl na ponad dwie godziny, aż przetworzyła wszystkie dane. Sprawdziła maile i wyłączyła komputer. Wzięła czysty ręcznik z bieliźniarki i z komórką w ręce wsiadła na rower treningowy. Czytała esemesy i odsłuchiwała wiadomości. Pedałowała coraz szybciej, oglądała telewizję i błądząc myślami zupełnie gdzie indziej, skakała po programach.

Zastanawiała się, jak bardzo mężczyzna ze zdjęcia naprawdę przypomina Jacobusa. Czy poznałaby go teraz? A gdyby się okazało, że wcale nie zginął, gdyby wszedł tutaj w tej chwili? Jak na taką wiadomość zareagowałby jej ojciec? Gdzie pracowałby Jacobus, gdyby jednak żył? Jak zareagowałby na widok czternastu martwych sępów?

Kilkakrotnie usiłowała skierować myśli na inne tematy, na plany na następny dzień, przygotowania do wyjazdu świątecznego do Hermanus, ale temat Jacobusa nawiedzał ją raz po raz. Kilka minut po dwudziestej drugiej pogrzebała w jednej ze swoich szafek i wyciągnęła dwa albumy ze zdjęciami. Przeglądała szybko jeden z nich, nie zatrzymując się na zdjęciach rodziców czy innych radosnych fotkach rodzinnych. Szukała konkretnego zdjęcia z Jacobusem w kapeluszu myśliwskim.

Wyciągnęła je, odłożyła na bok i zaczęła mu się badawczo przyglądać.

Wspomnienia. Stłumienie ich wymagało sporej dozy silnej woli. Wyglądał teraz jak ten mężczyzna z telewizji?

Nagle poczuła pewność. Zabrała zdjęcie do gabinetu i zadzwoniła na informację po numer telefonu posterunku policji w Hoedspruit. Znów spojrzała na zdjęcie. Po raz kolejny odezwały się w niej wątpliwości. Zadzwoniła na posterunek policji w Niskim Weldzie. Chciała tylko spytać, czy są pewni, że to Jacobus de Villiers, a nie Jacobus le Roux. Tylko tyle. Pragnęła jedynie wyprzeć tę myśl z głowy i cieszyć się Bożym Narodzeniem. Nie chciała, by jej święta przepełniała tęsknota za zmarłą rodziną, za całą ich trójką, tatą, mamą i Jacobusem.

Ostatecznie udało jej się połączyć z inspektorem. Na wstępie go przeprosiła. Wyjaśniła, że nie ma żadnych informacji i nie chciałaby marnować jego czasu. Mężczyzna, którego pokazano w telewizji, wyglądał jak ktoś, kogo znała i kto również miał na imię Jacobus. Jacobus le Roux. Przerwała, by dać mu szansę na odpowiedź.

– Nie – rzekł inspektor z przesadną cierpliwością kogoś, kto ma do czynienia z wieloma dziwnymi telefonami. – Ten się nazywa de Villiers.

– Wiem, że teraz nazywa się de Villiers, ale kiedyś mógł używać nazwiska le Roux.

Cierpliwość inspektora nieco stopniała.

– Jak to możliwe? Mieszka tu całe życie. Wszyscy go znają.

Przeprosiła, podziękowała za poświęcony czas i zakończyła rozmowę. Przynajmniej teraz już wiedziała.

Kiedy kładła się spać, towarzyszyła jej rozbudzona na nowo tęsknota, jakby jej straty odżyły po tych wszystkich latach.

– A wczoraj po południu stałam przed wejściem z człowiekiem, który wymieniał frontowe drzwi. Policjant, który spisywał moje zeznania, znalazł jakiegoś stolarza z Hanover Park. Usłyszałam, że w gabinecie dzwoni telefon. Kiedy podniosłam słuchawkę, wydawało mi się, że ktoś powiedział: „Pani Emma?”, ale zagłuszały go zakłócenia na linii. Po głosie rozmówcy wywnioskowałam, że to czarnoskóry. Kiedy potwierdziłam, powiedział coś, co brzmiało jak „Jacobus”. Ja z kolei powiedziałam, że go nie słyszę. A wtedy on powiedział: „Jacobus mówi, że musi pani…”. Powtórzyłam, że go nie słyszę. Spytałam: „Kto mówi?”, ale połączenie zostało przerwane.

Na chwilę odpłynęła gdzieś myślami, po czym jakby się ocknęła, odwróciła do mnie i dodała:

– Nawet nie jestem pewna, co powiedział. Ta rozmowa była bardzo krótka. – Zaczęła mówić znacznie szybciej, jakby chciała szybko skończyć. – Przyjechałam tu wczoraj wieczorem. Kiedy Carel usłyszał tę historię…

W tym miejscu przerwała. Oczekiwała jakiejś reakcji z mojej strony, oznaki, że ją rozumiem, i zapewnienia, że ochronię ją przed wszystkim. Przypominało to wyrzuty sumienia u kogoś, kto kupił nowy samochód i ponownie czyta jego reklamę. To zjawisko jest mi znajome, ta chwila, kiedy zobowiązujesz się do niepisanej części umowy, która głosi „akceptuję bezwarunkowo”.

Pokiwałem głową z powagą i powiedziałem:

– Rozumiem. Przykro mi… – Złożyłem ręce w półokrąg, aby pokazać, że mam na myśli wszystko, czyli jej stratę, ból i dylematy.

Na chwilę zapadło między nami milczenie, porozumienie zostało przypieczętowane. Oczekiwała teraz działania, jakiejś wskazówki.

– Przede wszystkim muszę sprawdzić dom, w środku i na zewnątrz.

– Rozumiem – powiedziała, po czym oboje wstaliśmy.

– Ale zostajemy tutaj tylko jedną noc, panie Lemmer.

– Tak?

– Muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi, panie Lemmer. Wszystko to jest dla mnie… niezwykle niepokojące. Nie mogę tu po prostu siedzieć i rozmyślać nad tym. Czy możemy gdzieś pojechać? Może pan ze mną podróżować? Ponieważ wybieram się jutro na Niski Weld.

4

Zapadł już zmrok, ale lampy uliczne świeciły jasno. Obszedłem dom dookoła. Nie była to żadna twierdza. Zabezpieczenia antywłamaniowe zainstalowano tylko na parterze. Wkomponowano jest na tyle subtelnie, by nie zaburzały estetyki. Najsłabszy punkt stanowiły szklane drzwi przesuwne prowadzące na duży taras z widokiem na morze. Toskańskie kolumny, narożniki i występy umożliwiały dotarcie do okien na pierwszym i drugim piętrze czterema albo i pięcioma drogami.

Wiedziałem, że w środku zainstalowano zwykły system alarmowy z czujnikami ruchu, podłączony do systemu miejscowej firmy ochroniarskiej. Jej biało-niebieski szyld wisiał na ścianie obok garażu, widoczny z daleka. Był to system zabezpieczeń typowy dla domu wakacyjnego, zainstalowany jako straszak i w celu obniżenia składek ubezpieczeniowych.

Dom miał mniej więcej trzy lata. Zastanawiałem się, co wcześniej stało na tym miejscu, co musieli wyburzyć, aby postawić ten pomnik zbytku i splendoru, i ile to kosztowało.

Prawo Lemmera dotyczące bogatych Afrykanerów: Jeśli Bogaty Afrykaner może się popisać, na pewno skorzysta z okazji.

Pierwszą rzeczą, jaką kupuje bogaty Afrykaner, są większe cycki dla jego żony. Drugą rzeczą, na którą bogaty Afrykaner wydaje kupę kasy, są drogie okulary przeciwsłoneczne (z wyraźnie widocznym znaczkiem marki), które będzie ściągał dopiero wtedy, gdy zrobi się już zupełnie ciemno. Mają one tworzyć pierwszą barierę pomiędzy nim a biedakami. „Ja was widzę, ale wy mnie już nie”. Trzecią rzeczą, którą kupuje bogaty Afrykaner, jest dwupiętrowy dom w stylu toskańskim. (A czwartą rzeczą specjalna tablica rejestracyjna z imieniem bogatego Afrykanera lub numerem widniejącym na jego koszulce rugby.) Kiedy w końcu wyrośniemy z naszego dziedzicznego poczucia niższości? Dlaczego nie potrafimy zachowywać się z rozwagą, kiedy bóg mamony jest nam życzliwy? Jak na przykład nasi anglojęzyczni rodacy, których zadzieranie nosa i przemądrzałość tak bardzo mnie drażni, ale którzy przynajmniej stylowo obchodzą się ze swym bogactwem. Stałem tam w ciemnościach i rozmyślałem o Carelu, właścicielu. Wyglądało na to, że znajduje się na liście klientów Jeanette. Bogaty Afrykaner nie wynajmuje ochroniarzy, ale zabezpiecza swoją posiadłość – wysokie płoty, drogie alarmy, przyciski alarmowe i usługi miejscowej firmy ochroniarskiej gotowej do użycia broni. Dlaczego Carel wymagał takiej ochrony?

Odpowiedź na to pytanie uzyskałem podczas kolacji.

Kiedy wszedłem do pokoju, większość osób siedziała już przy dużym stole. Emma przedstawiła wszystkich. Wyglądało na to, że jedynie ona nie była tam członkiem rodziny.

– Carel van Zyl – powiedział patriarcha siedzący u szczytu stołu. Uścisk dłoni miał zbytecznie mocny, jakby musiał coś udowadniać. Był postawnym mężczyzną po pięćdziesiątce, z mięsistymi ustami i szerokimi ramionami. Wygodne życie już odcisnęło piętno na jego twarzy i na brzuchu.

Na trzy młodsze pary składały się dzieci Carela i ich małżonkowie. Jednym z nich był Henk, który otworzył mi drzwi. Zajmował miejsce obok swojej żony, ładnej blondynki z dzieckiem na kolanach. Siedziało tam również czworo innych wnucząt, z których najstarsze, chłopiec, miało osiem lub dziewięć lat. Posadzono mnie właśnie obok niego.

Żona Carela była wysoka, atrakcyjna i nadzwyczaj świetnie się trzymała.

– Może pan ściągnąć marynarkę, panie Lemmer – powiedziała z nieco przesadzoną serdecznością, stawiając na stole półmisek z parującym indykiem.

– Mamma – odezwał się z wyrzutem Carel.

– O co chodzi? – spytała.

Udając, że jego ręka to pistolet, wsunął lufę, czyli palce, za koszulę. Chciał jej przez to przekazać, że mam broń i wolałbym się z nią nie afiszować.

– Ach, przepraszam! – powiedziała tak, jakby właśnie popełniła jakąś gafę.

– Zmówimy modlitwę – oznajmił ponuro Carel. Wszyscy chwycili się za ręce i pochylili głowy. Ręka chłopca była mała i spocona, a ręka jego ojca, który siedział po mojej drugiej stronie, chłodna i gładka. Carel modlił się swobodnie, zwracając się do Boga w punktach, jakby był on jednym z członków zarządu.

– Amen – zakończyli modlitwę biesiadnicy. Podano potrawy, a dzieci zachęcano, by nakładały sobie warzywa. Zdarzały się krótkie chwile ciszy, a wywoływały ją dwie kwestie: sekretna świadomość tego, że w ich towarzystwie jest obca osoba, i niepewność co do właściwej formy zwracania się do mnie. Byłem gościem, ale także pracownikiem, intruzem z ciekawym zadaniem. Chłopiec obserwował mnie z nieskrępowaną ciekawością.

– Naprawdę ma pan broń? – wypalił.

Jego mama go uciszyła i powiedziała do mnie:

– Proszę nie zwracać na niego uwagi.

Nałożyłem sobie indyka na talerz. Gospodyni rzuciła luźno, że to tylko resztki. Carel ją pochwalił:

– To jest przepyszne, Ma.

Ktoś poruszył temat prognozy pogody i rozmowa popłynęła swobodnie – omawiano plany na następny dzień, ewentualne zajęcia dla dzieci i to, czyja teraz była kolej na urządzenie grilla. Emma nie brała w tym udziału. Skupiała uwagę na zawartości swojego talerza, ale zjadła niewiele.

Dotarło do mnie, że pomimo mojej obecności wszyscy są wobec siebie nienaturalnie mili. Żadnych konfliktów, żadnej rywalizacji pomiędzy rodzeństwem ani przekomarzania się tak typowego dla par. Przypominali raczej jedną z tych idealnych rodzin prezentowanych w amerykańskiej telewizji. Wynikało to z faktu, że ostatnie słowo miał Carel. Korzyli się przed dobrotliwym despotą, panem ich losów i majątku.

Jaką rolę w tym wszystkim pełniła Emma?

Kiedy opróżniliśmy talerze i rozmowy na temat planowanych partyjek golfa dobiegły końca, Carel uznał, że pora zająć się mną. Odczekał chwilę, aż zapadła cisza, obdarzył mnie poufałym uśmiechem, po czym rzekł:

– Teraz już wiemy, jak wygląda Niewidzialny, panie Lemmer.

Przez ułamek sekundy nie miałem pojęcia, co miał na myśli. Aż do mnie dotarło. Miał już do czynienia z naszą firmą ochroniarską Body Armour, ale zrozumiał wszystko na opak.

Na oko sądząc, Jeanette Louw była lesbijką po pięćdziesiątce, tlenioną blondyną z burzą włosów, nałogowo palącą swoje ulubione gauloise’y i z upodobaniem uwodzącą świeżo rozwiedzione, zranione heteroseksualne kobiety. Jednak pod tą powłoką skrywał się ostry niczym brzytwa umysł i smykałka do interesów.

Jeszcze siedem lat temu była legendarnym starszym sierżantem sztabowym w Żeńskiej Szkole Wojskowej w George. Następnie odebrała odprawę, kilka miesięcy poświęciła na badania rynku i otworzyła własną firmę na szesnastym piętrze luksusowego biurowca stojącego przy samej plaży w Kapsztadzie. Na podwójnych szklanych drzwiach, przez które widać było elegancką recepcjonistkę, Jolene Freylinck, umieszczono dużą męską czcionką napis BODY ARMOUR, a pod nim objaśnienie: „Najlepsza Ochrona Osobista” czcionką mniejszą i delikatniejszą.

Początkowo jej klientami byli zagraniczni biznesmeni, menadżerowie wyższego szczebla z międzynarodowych korporacji, którzy przybyli się dowiedzieć, jak można z Afryki wycisnąć szybki szmal. Ich ambasady donosiły w tajnych raportach, że kraj jest na tyle stabilny, by w nim inwestować, ale bezpieczeństwo na ulicach odbiegało raczej od zachodnich standardów. Jeanette kierowała swoje działania marketingowe do dyplomatów, attaché gospodarczych, urzędników ambasady i telefonistów. Czy ich ważni goście woleliby uniknąć licznych zagrożeń osobistych, rozbojów, porwań samochodów, napaści, gwałtów, uprowadzeń i włamań? Firma Body Armour mogła zająć się tym wszystkim. Pierwszych kilku klientów wróciło bezpiecznie do siebie i jej reputacja zaczęła rosnąć. Stopniowo wszyscy od Wschodu po Zachód zaczęli korzystać z usług jej specjalistów. Do jej klientów należeli Japończycy, Koreańczycy, Chińczycy, Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy i Amerykanie.

Obcokrajowcy zaczęli kręcić filmy w Kapsztadzie, światowe gwiazdy popu sprzedawały bilety na swoje koncerty Afrykanerom i tak lista jej klientów zaczęła nabierać zupełnie nowego wymiaru. Ściany gabinetu Jeanette zdobiły zdjęcia z Colinem Farrellem, Oprah, Robbiem Williamsem, Nicole Kidman i Samuelem L. Jacksonem. Siedząc za swoim biurkiem, opowiadała o celebrytach, którzy jej się wymknęli. Zaliczał się do nich Will Smith i jego wielka świta, łącznie z jego amerykańskimi ochroniarzami nieodstępującymi go na krok. Sean Connery zyskał jej wieczny podziw, kiedy odrzucił jej usługi z hasłem: „Masz mnie, kurwa, za mięczaka?”.

Podobnie jak w przypadku tego typu firm na całym świecie, zespół starannie wyselekcjonowanych przez Jeanette ochroniarzy freelancerów dzielił się na dwie grupy. Należący do pierwszej mieli pełnić funkcję odstraszającą – dobrze widoczne, nafaszerowane sterydami mięśniaki z szerokimi karkami, towarzyszące celebrytom i odstraszające zwykłych ludzi już samym swoim widokiem. Ich kwalifikacje ograniczały się jedynie do zastraszających rozmiarów klatki piersiowej i kończyn oraz do rzucania groźnych spojrzeń.

Drugim rodzajem usług oferowanych przez Jeanette zajmowali się ci, których zadaniem było rozprawienie się z mniejszymi i często wyimaginowanymi zagrożeniami. Musieli połechtać ego klienta swoim życiorysem odzwierciedlającym zarówno oficjalne przeszkolenie, jak i doświadczenie w pracy ze znanymi osobami. Podtrzymywali iluzję niebezpieczeństwa, krążąc w pobliżu i prowadząc nieustanne obserwacje. Czasami pracowali w parach, czasami w zespołach cztero- lub sześcioosobowych, wyposażeni w ukryte mikrofony i słuchawki. Czasami też pracowali w pojedynkę, w zależności od tego, jak liczna była grupa klienta, jakimi środkami dysponował klient i jakie zagrożenie wchodziło w rachubę. Musieli wtopić się w otoczenie, w którym poruszał się klient, i pojawiać się jedynie we właściwych momentach w celu przedstawienia grzecznych sugestii. Klienci właśnie tego oczekiwali, ponieważ filmy i telewizja narzuciły takie standardy zachowań. (Trafiła mi się kiedyś skandynawska biznes­woman, która nalegała, żebym nosił słuchawkę z przewodem znikającym za kołnierzykiem, mimo że pracowałem w pojedynkę i nie miałem się z kim komunikować).

W rezultacie Jeanette Louw pytała potencjalnego klienta lub jego agenta, czy potrzebują Goryla, czy Niewidzialnego. W świecie bogatych i sławnych były to określenia zrozumiałe.

Jednak wszechwiedzący Carel nie do końca zrozumiał ich znaczenie. Swoim błędem zdradził, że dysponuje tylko fragmentaryczną wiedzą na ten temat.

– Kiedy zatrudniasz ochroniarza, Jeanette pyta, czy chcesz Niewidzialnego, czy Goryla – wyjaśnił reszcie osób siedzących przy stole. – Goryli wykorzystujemy tylko w przypadku celebrytów, którzy przyjeżdżają tu kręcić reklamy.

Właściwa odpowiedź nie przychodziła mi do głowy. Ta sytuacja była dla mnie dosyć dziwna. Pracownicy zwykle nie zasiadali przy stole ze swoimi pracodawcami – było to nieakceptowane społecznie. Ja na dodatek nie przepadałem za towarzyskimi pogawędkami o niczym. Jednak Carel nie oczekiwał odpowiedzi.

– Goryle to ci wielcy faceci – wyjaśnił. – Wyglądają jak bramkarze z klubów nocnych. Ale Niewidzialni to prawdziwi zawodowcy, tacy jak ci, którzy ochraniają prezydentów i ministrów.

Wszyscy zebrani przy stole gapili się teraz na mnie.

– Pan również ma takie doświadczenie, panie Lemmer? – spytał Carel. Nie skorzystałem z tego zaproszenia do rozmowy. Kiwnąłem jedynie potakująco głową, nie przejawiając przy tym zbytniego entuzjazmu.

– No proszę, Emmo. Jesteś w dobrych rękach – oznajmił Carel.

Dobre ręce. Podejrzewałem, że Carel nie angażował się bezpośrednio w proces rekrutacyjny w firmie Body Armour. To było zadanie dla jego podwładnych. Gdyby zajął się tym osobiście, wiedziałby, że Jeanette ma cennik, a ja zajmuję w nim miejsce raczej daleko od szczytu. A dokładnie w „ekipie obniżkowej”. Należałem do tych, którzy nie lubią pracy zespołowej, mają swoje tajemnice, a ich wizerunek pozostawia wiele do życzenia.

Czy Emma o tym wiedziała? Z pewnością nie. Jea­nette była zbyt wielką profesjonalistką. Pewnie spytała ją: „Ile pieniędzy zamierza pani przeznaczyć na ten cel?”, na co Emma odpowiedziała, że nie ma pojęcia, jakie są koszty takiej usługi. „Ceny wahają się od 10 tysięcy randów za dzień za czteroosobowy zespół do 750 randów za ochroniarza działającego w pojedynkę”. Jea­nette przedstawiła pewnie możliwe wybory, z pominięciem swego dwudziestoprocentowego udziału, opłat administracyjnych, ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, podatku dochodowego oraz opłat za przelewy bankowe.

Ile zarabiała taka konsultantka do spraw marki? Jaką część jej dochodów stanowiło 750 randów na dzień, 5250 randów na tydzień czy też 21 000 randów na miesiąc? Nie byłyby to z pewnością małe kwoty, zwłaszcza w wypadku wyimaginowanego zagrożenia.

– Jestem tego pewna – odpowiedziała Emma z nieobecnym uśmiechem sugerującym, że myślami jest zupełnie gdzie indziej.

– Może ktoś chce dokładkę lodów? – rzuciła radośnie żona Carela.

Zaprosił mnie do pokoju, który nazywał swoim zakątkiem.

„Zaprosił” w możliwie najszerszym znaczeniu. „Pogadamy?” – słowo użyte przez Carela plasowało się gdzieś pomiędzy zaproszeniem a rozkazem. Wszedł tam pierwszy. Na ścianie wisiała głowa kudu. Znajdował się tam stół do bilardu, bar, półki z butelkami i humidor z cygarami. Zdjęcia zdobiące ściany przedstawiały Carela, który z bronią w ręce pozował przy zabitych zwierzętach.

– Napije się pan czegoś? – spytał, przechodząc za bar.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałem, opierając się o stół bilardowy.

Nalał sobie brązowego nierozcieńczonego trunku na dwa palce. Opróżnił szklankę i otworzył humidor.

– Co pan powie na kubańskie cygaro?

Pokręciłem głową.

– Na pewno? – spytał jeszcze. Po czym dodał wyraźnie zadowolony: – Są znakomitej jakości. Dojrzewają przez dwadzieścia cztery miesiące, podobnie jak wino.

– Dziękuję, nie palę.

Wybrał jedno dla siebie, pogładził gruby walec. Odciął koniec dużym urządzeniem i włożył cygaro do ust.

– Wy, amatorzy, obcinacie je tanim sprzętem, który fałduje je tutaj na końcu. – Podsunął mi bliżej swój obcinacz, bym mu się przyjrzał. – Nazywają go 44 Magnum. Wykonuje doskonale okrągły otwór. – Sięgnął po pudełko zapałek. – Znajdą się też głupcy, którzy liżą cygaro, zanim je zapalą. Tak robiono w czasach, kiedy cygara kupowało się w kafejce na rogu. Jeśli utrzymuje się wilgoć na właściwym poziomie, nie trzeba ich lizać.

Potarł zapałką o draskę i zaczekał, aż się dobrze rozpali. Wtedy przytknął ją do cygara. Zaciągnął się szybko kilkakrotnie, obracając jednocześnie cygaro w palcach. Białe obłoki dymu zaczęły unosić się wokół niego, wypełniając pokój mocnym aromatem. Potrząsnął zapałką.

– Podobno najlepiej zapalać cygara patyczkami z cedru hiszpańskiego. Bierze się długie i cienkie drewienko cedrowe, podpala się je najpierw, a potem zapala się od niego cygaro. Daje ono czysty płomień, który nie zmienia smaku cygara. Ale skąd mamy tutaj brać cedr hiszpański, ja się pytam? – Uśmiechnął się do mnie, jakby to był problem istotny dla nas obu. Zaciągnął się mocno cygarem. – Kubańskie. Nic im nie dorówna. Jamajskie też nie są złe, przyjemne i lekkie, te z Dominikany są gdzieś pośrodku, a cygara z Hondurasu są zbyt nieprzewidywalne. Zbiory starego dobrego Fidela są najlepsze.

Przez myśl przemknęło mi pytanie, jak długo będzie serwował ten monolog znudzonemu audytorium, ale potem sobie przypomniałem, że jest Bogatym Afrykanerem. Odpowiedź w tym przypadku brzmiała: bez końca.

Przysunął sobie popielniczkę.

– Niektórzy głupcy uważają, że nie powinno się strząsać popiołu. To jakiś mit. Totalna bzdura – zaśmiał się. – Jacyś goście palą tanie cygara, a potem twierdzą, że ich gorzki smak wynika ze strzepywania popiołu. – Usiadł na stołku barowym, z cygarem w jednej dłoni i drinkiem w drugiej.

– Świat jest pełen bzdur, mój przyjacielu. Na każdym kroku jakieś bzdury.

Do czego on zmierzał?

Znów zaciągnął się cygarem.

– Ale pozwól, że coś ci powiem. Naszej kochanej Emmy to nie dotyczy. Absolutnie. Jeśli mówi, że ktoś chce ją skrzywdzić, to jej wierzę. Rozumiesz to?

Nie miałem nastroju do tej rozmowy. Nie odpowiedziałem mu. To mu się nie spodobało.

– Nie usiądziesz?

– Dosyć się już dzisiaj nasiedziałem.

– Jest dla mnie jak córka. I to właśnie dlatego zwróciła się do mnie z tą sprawą. I to dlatego ty tu jesteś. Musisz zrozumieć, że ona sporo w życiu przeszła. Dużo zawirowań…

Starałem się stłumić irytację, rozmyślając o tym, jak fascynującym człowiekiem jest Carel van Zyl.

Ludzie, którzy do wszystkiego doszli sami, odznaczają się tym samym typem osobowości – są bardzo ambitni, inteligentni, dominujący i ciężko pracują. Kiedy ich majątek rośnie i zaczynają ulegać swojej władzy i wpływom, wszyscy bogacze popełniają ten sam błąd. Są przekonani, że to im należy się szacunek. Podnosi to ich samoocenę i sprawia, że ich usposobienie jest przyjemniejsze. Jednak to tylko fasada, bo tak naprawdę nieprzerwanie oszukują samych siebie.

Przyzwyczajony, że znajduje się w centrum uwagi, nie chciał stać na uboczu tego wydarzenia. Miałem wiedzieć, że to właśnie dzięki niemu mnie zaangażowano; był autorytetem dbającym o interesy Emmy i właśnie dlatego to on przejął tu kontrolę i oceniał jakość moich usług. Miał prawo ingerować w tę sprawę i być jej częścią. A przede wszystkim miał wiedzę. I właśnie zamierzał się nią ze mną podzielić.

– Zaczęła dla mnie pracować zaraz po studiach. Większość mężczyzn widziałaby w niej tylko ślicznotkę, ale ja, mój przyjacielu, wiedziałem, że ma do zaoferowania znacznie więcej. – Podkreślił swoje słowa, wykonując gest cygarem. – Zatrudniałem wielu opiekunów klienta, ale dla nich liczył się tylko splendor, długie lunche z klientami i wysokie zarobki. Ale Emma była inna. Chciała się uczyć i garnęła się do pracy. Nikt by nie zgadł, że pochodzi z zamożnej rodziny, jej ambicja pasowała raczej do kogoś wywodzącego się z biedoty. Ja się na tym znam, przyjacielu. W każdym razie pracowała u mnie już jakieś trzy lata, kiedy wydarzyła się ta historia z jej rodzicami. Wypadek samochodowy. Oboje zginęli na miejscu. Mówię ci, to biedactwo siedziało w moim biurze totalnie załamane. Była zdruzgotana, bo nie został jej już nikt. Właśnie wtedy opowiedziała mi o swoim bracie. Wyobrażasz to sobie? Poniosła ogromną stratę. Burzliwe czasy. Co poradzić?

Sięgnął po butelkę i odkręcił nakrętkę.

– Ale ona jest silna.

Przysunął szklankę do siebie.

– Dopiero później dowiedziałem się o wielkości majątku. I pozwól, że coś ci powiem… – Nalał sobie znowu na dwa palce. – Tu chodzi tylko o pieniądze.

Znacząca cisza, zakrętka powróciła na butelkę, łyk ze szklanki i kolejne zaciągnięcie się cygarem.

– Tam się czai masa sępów. Całe stada. Im większa fortuna, tym szybciej ją wywęszą. Sam coś o tym wiem. – Po czym dodał ze szklanką w ręce: – Tu na pewno wchodzi w grę ktoś z jakimś planem. Ktoś, kto odrobił zadanie, zna jej historię i chce ją wykorzystać, żeby zdobyć jej pieniądze. Nie wiem, jak zamierza tego dokonać. Ale tu na pewno chodzi o pieniądze.

Zbliżył szklankę do ust, a potem odstawił ją stanowczo na blat.

– Musisz tylko rozpracować ten plan, a wtedy dopadniesz człowieka.

W tym momencie mogłem przedstawić mu Pierwsze Prawo Lemmera. Nie zrobiłem tego jednak.

– Nie – odpowiedziałem.

Na pewno nieczęsto słyszał to słowo, jego reakcja to potwierdzała.

– Jestem ochroniarzem, a nie detektywem – wyjaśniłem, po czym wyszedłem z pokoju.

Mój pokój znajdował się tuż obok pokoju Emmy. Jej drzwi były zamknięte.

Wziąłem prysznic i przygotowałem sobie ubrania na następny dzień. Usiadłem na brzegu łóżka i wysłałem esemes Jeanette Louw: CZY W SAPS GARDENS MAJĄ AKTA DOT. WCZORAJSZEJ NAPAŚCI/WŁAMANIA DO E. LE ROUX?

Otworzyłem potem drzwi, żeby słyszeć wszystko, co się wokół dzieje, i wyłączyłem światło.

5

W drodze na lotnisko nikt nas nie śledził.

Jechaliśmy kabrioletem Emmy, zielonym renault mégane. Mój pikap isuzu został w garażu Carela.

– Spokojnie się tu zmieści, Emmo.

Dziś rano mnie ignorował.

– Prowadzi pan, panie Lemmer? – spytała.

– Jeśli nie ma pani nic przeciwko, pani le Roux. – To była nasza ostatnia formalna wymiana zdań. Kiedy zapoznawałem się z automatyczną skrzynią biegów i ogromną mocą dwulitrowego silnika jej samochodu, pomiędzy Fisherhaven a drogą N2 powiedziała: – Przejdźmy na ty, proszę. Emma…

To był zawsze dla mnie niezręczny moment, ponieważ ludzie oczekiwali, że odwzajemnię się taką samą propozycją, ale ja nigdy nie podawałem swojego imienia.

– Mów mi Lemmer.

Początkowo z wytężoną uwagą obserwowałem obraz w lusterku wstecznym, bo właśnie tam mogli pojawić się amatorzy – zawsze widoczni i gorliwi. Jednak niczego nie wypatrzyłem. Jechałem z prędkością od 90 do 120 kilometrów na godzinę. Wspinając się na Houhoekpas, zwróciłem uwagę na białego japońskiego sedana przed nami. Pomimo zachowywanych przeze mnie środków ostrożności utrzymywał ciągle tę samą prędkość co my, a moje podejrzenia przybrały na sile, kiedy zjechaliśmy na drugą stronę przełęczy i przyśpieszyłem do stu czterdziestu.

Kilka kilometrów przed Grabouw postanowiłem upewnić się na dobre. Kawałek przed skrzyżowaniem włączyłem kierunkowskaz i zwolniłem tak, jakbym zamierzał skręcić, obserwując jednocześnie ten biały samochód. Zero reakcji. Jechał dalej. Wyłączyłem kierunkowskaz i przyśpieszyłem.

– Znasz drogę? – spytała Emma uprzejmie.

– Znam – odpowiedziałem.

Pokiwała głową zadowolona i sięgnęła do torebki w poszukiwaniu okularów słonecznych.

Na lotnisku w Kapsztadzie panował chaos – za mało miejsc parkingowych z powodu rozbudowy, za dużo ludzi, całe mrowie niespokojnych świątecznych turystów, którzy pragnęli jak najszybciej dotrzeć do celu swojej podróży. W takich warunkach nie sposób wypatrzeć ewentualny ogon.

Nadaliśmy bagaż: dużą walizkę Emmy i moją czarną torbę sportową.

– A co z twoją bronią? – spytała w drodze do hali odlotów.

– Nie mam broni.

Ściągnęła brwi.

– Carel zakładał, że masz – wyjaśniła.

– Aha. – Niezadowolona. Chciała mieć pewność, że jej obrońca jest odpowiednio wyposażony. Nic nie mówiłem do chwili, kiedy przeszliśmy kontrolę bagażu i czekaliśmy na wolny stolik w kafejce.

– Myślałam, że jesteś uzbrojony – powiedziała lekko zatroskanym tonem.

– Broń wszystko komplikuje, a zwłaszcza w podróży. – Lepiej chyba było nie wspominać, że zasady zwolnienia warunkowego zakazywały mi posiadania broni palnej.

Usiedliśmy przy stoliku, który właśnie się zwolnił.

– Kawa? – zaproponowałem.

– Poproszę cappuccino, jeśli mają. Bez cukru.

Stanąłem w kolejce, ale tak, by obserwować Emmę. Siedziała, wpatrując się w swoją kartę pokładową. O czym rozmyślała? O broni i poziomie ochrony, jakiej oczekiwała? O tym, co nas czeka?

I wtedy go zauważyłem. Nie odrywał od niej wzroku. Przeszedł między stolikami. Duży biały facet, schludna broda, musztardowa koszulka, wyprasowane dżinsy, sportowa kurtka. Lekko po czterdziestce. Ruszyłem ze swojego miejsca, był jednak zbyt blisko, żeby go zatrzymać. Wyciągnął rękę, by położyć ją na ramieniu Emmy, ale go zablokowałem. Chwyciłem go za nadgarstek, wykręciłem mu ramię i przycisnąłem swoim ciałem do kolumny tuż obok naszego stolika, ale wszystko to bez cienia przemocy. Nie chciałem zwracać na nas uwagi.

Był wyraźnie zaskoczony.

– Hej – powiedział tylko.

Emma podniosła na nas wzrok. Zdezorientowana, spięta ze strachu. Jednak rozpoznała tego brodacza.

– Stoffel? – spytała.

Stoffel spojrzał najpierw na nią, a potem na mnie. Cofnął się, usiłując uwolnić swoje ramię. Chociaż silny, ruchy miał nieskoordynowane. Amator. Moje ruchy były płynne. Dałem mu trochę luzu.

– Znasz go? – spytałem Emmę.

– Tak, to Stoffel.

Poluźniłem uścisk, a on wyszarpnął swoje ramię.

– Coś ty za jeden? – warknął.

Trzymałem się blisko niego, zastraszając go spojrzeniem. Nie spodobało mu się to. Emma wstała, wznosząc rękę przepraszająco.

– To zwykłe nieporozumienie, Stoffel. Miło cię widzieć. Siadaj, proszę.

– Kim jest ten facet? – powtórzył oburzony brodacz.

Emma chwyciła jego rękę.

– Przywitaj się. Wszystko gra.

Odciągnęła go ode mnie. Nie protestował. Nadstawiła policzek. Pocałował ją lekko, jakby nadal się spodziewał, że zrobię coś nieoczekiwanego.

– Kawa? – zaproponowałem przyjaznym tonem.

Nie odpowiedział od razu. Usiadł najpierw, powoli i dostojnie, by odzyskać zranioną godność.

– Poproszę – odparł. – Z mlekiem i cukrem.

Delikatny uśmiech na twarzy Emmy oznaczał, że jej zaniepokojenie minęło. Spojrzała na mnie przelotnie, jakby łączyła nas jakaś tajemnica.

Do Nelspruit polecieliśmy należącym do linii SA Express odrzutowcem Canadair z 50 miejscami. Siedziałem od strony przejścia obok Emmy, która zajęła miejsce przy oknie. Samolot miał prawie komplet. Wypatrzyłem co najmniej dziesięciu pasażerów, których pod względem płci, wieku i poziomu zainteresowania można było zakwalifikować jako ewentualnych przeciwników Emmy. Miałem jednak wątpliwości. Umieszczenie ogona na pokładzie samolotu byłoby grubą przesadą, ponieważ miejsce odlotu i przylotu jest znane.

Zanim wystartowaliśmy, wyjaśniła: „Stoffel jest prawnikiem”. Nie siedziałem z nimi na kawie. Przy stoliku były tylko dwa miejsca, a ja i tak wolałem stać. W ten sposób miałem lepszy widok i mogłem rozprostować nogi. Przypuszczam, że Stoffel chciał się dowiedzieć, kim jestem, a ona unikała odpowiedzi na to pytanie.

– To dobry człowiek – dodała teraz. – Spotykaliśmy się kilka lat temu… – Nostalgia w jej głosie wskazywała na to, że coś ich łączyło. W końcu wyciągnęła magazyn linii lotniczych i zaczęła go przeglądać.

Stoffel, były facet.

Zakładałem co innego – że to kolega z pracy albo mąż koleżanki. Nie wyglądał mi na mężczyznę, który mógłby jej się podobać. I zachowywali się tak… przyjaźnie. Mogłem sobie to jednak wyobrazić: poznali się w jednej z knajp, do których ściągają bogacze po zachodzie słońca. Był wyrafinowany i inteligentny, potrafił żartować z samego siebie i znał wiele historyjek ze swojego środowiska zawodowego, które opowiadał z emfazą. Zabiegał pewnie o Emmę subtelnie. Miał swoje metody postępowania z kobietami, które zapewne doskonalił w ciągu ponad dwudziestu lat kawalerskiego życia. Jej się to podobało. Po czterech czy pięciu dniach zdobył pewnie jej numer od wspólnego znajomego, a ona pamiętała, kim on jest. Przyjęła zaproszenie do jakiejś ekskluzywnej restauracji. A może na jakąś wystawę lub na koncert w filharmonii. Wiedziała pewnie od początku, że nie jest w jej typie, ale postanowiła dać mu szansę. Po trzydziestce wiedziała już wystarczająco dużo o ludziach, a o mężczyznach w szczególności, by się zorientować, że jej typ oznacza komplikacje. Kobiecie pokroju Emmy podobałby się facet z okładki czasopisma „Men’s Health” – wyrzeźbiony niczym grecki bóg i zaledwie pół metra wyższy od niej. Tak dobrze by się prezentowali na wspólnych zdjęciach.

Jej typem był metroseksualny facet z ciemną grzywką, jasnymi oczami i doskonałym uśmiechem. Wysportowany, zdrowy, wielbiciel spędzania czasu na wolnym powietrzu, który uprawiał jogging na plaży ze swoim staffordshire terrierem i który parkował starego, kupionego jako używany land rovera defendera (z łopatą i kanistrami widocznymi na pace) przed najmodniejszymi miejscami w Camps Bay. Po czterech lub pięciu związkach z klonami Pana z Okładki zrozumiała pewnie, że te chwile uduchowionego milczenia i lakoniczne pogawędki o niczym są zwykle przykrywką dla egocentryzmu i przeciętnego intelektu. Dawała więc wszystkim Stofellom i jemu podobnym szansę, a po mniej więcej miesiącu rozrywkowych, choć nieszczególnie ekscytujących randek informowała ich delikatnie, że lepiej będzie, jeśli pozostaną tylko przyjaciółmi („jesteś dobrym człowiekiem”), zastanawiając się jednocześnie po cichu, dlaczego ten typ nie roznieca ognia w jej sercu.

Wystartowaliśmy w kierunku południowo-wschodnim. Emma odłożyła czasopismo i zapatrzyła się przez okno na False Bay, gdzie biali ujeżdżacze koni galopowali nad brzegiem morza. Obróciła się do mnie.

– Skąd jesteś, Lemmer? – spytała z wyraźną ciekawością.

Ochroniarz nie siada w samolocie obok swoich klientów. Ochroniarz, nawet ten działający w pojedynkę, wchodzi w skład większej ekipy. Podróżuje zwykle innym pojazdem, zawsze na osobnym miejscu, aby móc wykonywać swoje obowiązki anonimowo i bezosobowo. Zero bliskiego kontaktu i rozmów, żadnych pytań dotyczących przeszłości. To jest niezbędny dystans, zawodowy bufor, tak wyraźnie nakazany przez Pierwsze Prawo Lemmera.

– Z Kapsztadu.

To jednak jej nie wystarczyło.

– A skąd dokładnie?

– Dorastałem w Seapoint.

– To musiało być cudowne. – Ciekawe założenie. – Nie słychać twojego akcentu.

– To właśnie robi z człowiekiem dwadzieścia lat służby publicznej.

– Masz rodzeństwo?

– Nie.

Trochę mi się podobało to jej zainteresowanie. Poczułem się, jakbyśmy byli równi sobie.

– A twoi rodzice?

Pokręciłem tylko głową w nadziei, że to wystarczy. Najwyższa pora na zamianę ról.

– A ty? Gdzie dorastałaś?

– W Johannesburgu, a dokładniej w Linden. Potem poszłam na Uniwersytet Stellenbosch. To był taki romantyczny pomysł w porównaniu z Johannesburgiem i Pretorią. – Przerwała na chwilę i odpłynęła gdzieś myślami. – Potem przeniosłam się do Kapsztadu. Tam jest zupełnie inaczej niż na Wysokim Weldzie. O wiele… przyjemniej. Sama nie wiem, poczułam się tam jak w domu. Tata droczył się ze mną, mówiąc, że mieszkam w Ziemi Obiecanej, gdy tymczasem oni są na wygnaniu w Egipcie.

Nie miałem pojęcia, o co teraz miałbym ją spytać. Uprzedziła mnie.

– Z tego, co mówiła Jeanette Louw, zrozumiałam, że mieszkasz na wsi?

Moja szefowa musiała pewnie wyjaśnić, dlaczego zgłoszenie się do niej zajęło mi aż sześć godzin. Kiwnąłem głową potakująco.

– W Loxton.

Zareagowała przewidywalnie.

– Loxton. – Jakby wiedziała, gdzie to jest.

– Prowincja Przylądkowa Północna. Górne Karru, pomiędzy Beaufort West a Carnarvon.

Patrzyła na człowieka z taką prawdziwą, otwartą ciekawością. Domyślałem się, jakie będzie jej następne pytanie. „Co cię podkusiło, żeby tam zamieszkać?” Jednak go nie zadała. Była zbyt poprawna politycznie, przestrzegała konwenansów.

– Chciałabym kiedyś mieć dom na wsi – stwierdziła tak, jakby mi zazdrościła. Czekała na moją reakcję, na to, że wyjaśnię jej swoją decyzję i podam jej wady i zalety. To byłaby subtelna wersja pytania „Dlaczego właśnie tam?”

Uratował mnie steward roznoszący niebieskie kartoniki z jedzeniem – znajdowała się w nich kanapka, paczka pikantnych przekąsek i sok owocowy. Chleb omijałem z daleka. Emma wypiła tylko sok. Przeciskając słomkę przez maleńki zafoliowany otwór swoimi delikatnymi palcami, stwierdziła:

– Masz bardzo ciekawą pracę.

– Tylko kiedy mogę przyciskać do kolumny Stofellów tego świata.

Zaśmiała się. W jej reakcji wyczułem coś jeszcze, może lekkie zaskoczenie tym, że widzi coś sprzecznego z moim obrazem, jaki sobie stworzyła. Ten niezbyt rozmowny przeciętniak miał poczucie humoru.

– Ochraniałeś jakieś słynne osoby?

Wszyscy chcą to wiedzieć. Niektórzy koledzy z branży pracujący z celebrytami wykorzystują to, by wzbudzić zainteresowanie swoją osobą. Odpowiadają „tak” i rzucają kilka nazwisk gwiazd i muzyków niczym karty na stół. Pytający zwykle podchwytują jakieś nazwisko i chcą wiedzieć, czy jest fajny. Nie pytają, czy jest dobrym człowiekiem albo czy to uczciwa osoba. Pytają, czy jest fajna – to pozbawione znaczenia, leniwe słowo zawiera w sobie wszystko, a mieszkańcy RPA uwielbiają go używać. Tak naprawdę interesuje ich, czy sława i fortuna zrobiły z osoby będącej przedmiotem ich rozmowy egoistycznego potwora. Byłaby to cenna wiadomość, którą mogliby puścić w obieg i dodać kilka punktów do swojego statusu towarzyskiego.

Albo coś w tym stylu. Standardową odpowiedzią, jaką podaje B.J. Fikter, jedyny członek Body Armour, którego w miarę znoszę i mogę z nim pracować, jest: „Mogę ci to zdradzić, ale potem będę musiał cię zastrzelić”. Taka deklaracja również wzbudzała zainteresowanie, ale wyświechtany żart pozwalał wymigać się od podawania szczegółów.

– Podpisujemy klauzulę poufności – wyjaśniłem Emmie.

– Aha.

Trochę jej zajęło, zanim zrozumiała, że próbowała już poruszyć chyba wszystkie możliwe tematy. Zapadła błoga cisza. Po chwili sięgnęła znów po magazyn.

6

Międzynarodowe Lotnisko Kruger Mpumalanga okazało się miłą niespodzianką, wbrew swojej pretensjonalnej nazwie. Budynek lotniska stojący pomiędzy zielonymi wzgórzami i masywnymi formacjami skalnymi był nowoczesny i ładny. Wykorzystano w nim motywy afrykańskie, takie jak ogromny, kryty strzechą dach i ściany w kolorze ochry, a mimo to nie wyglądał kiczowato. Na pasie startowym lał się z nieba żar wręcz obezwładniający, a poziom wilgotności był bardzo wysoki. Włączyłem komórkę, kiedy szliśmy do hali przylotów. Dostałem esemes od Jeanette: „AKTA ISTNIEJĄ”.

Wewnątrz terminalu lotniczego było chłodniej, a nawet całkiem znośnie. W kolejce po bagaż stałem tuż za Emmą. Dżinsy podkreślały jej zmysłowo zaokrąglone kształty, a błękitny bezrękawnik wyjątkowo korzystnie prezentował się przy jej ładnej szyi i ramionach. Kiedy jednak rozejrzałem się wokół, by porównać ją z postawniejszymi i bardziej pospolitymi osobami, dotarło do mnie, że wyglądała na bezbronną. Była w niej taka krucha delikatność, która domagała się ochrony albo przynajmniej współczucia, pomimo subtelnej pewności siebie tej pięknej i bogatej kobiety sukcesu.

W samolocie była czarującą, poprawną i skromną altruistką. „Interesuję się tobą jako osobą, Lemmer, mimo że jesteś pracownikiem najemnym”.

Miała tak wiele twarzy.

Prawo Lemmera dotyczące Małych Kobiet: Nigdy im nie ufaj. Ani na gruncie zawodowym, ani osobistym. Od najwcześniejszych lat mają świetnie opanowane dwie sztuczki Pawłowa. Pierwsza to efekt reakcji ludzi: „Ależ z ciebie słodka kruszynka”, zwłaszcza jeśli mała twarzyczka jest okrągła i zdobią ją wielkie oczy. Ludzie traktują je jak cenne małe zwierzątka, a one uczą się wykorzystywać to manierą i gestami, które podkreślają ich słodycz. Ich szlifowane w ten sposób manipulatorskie zdolności stają się ostre niczym brzytwa. Druga sztuczka to pozory fizycznej bezradności. Świat jest taki wielki i potężny; one są takie przy nim delikatne i słabe. Krągłe piersi i pełniejsze uda większych kobiet przyciągają zainteresowanie mężczyzn; drobniejsze kobiety są mniej atrakcyjne. Aby przeżyć, w samoobronie i aby postawić na swoim, muszą uciekać się do innych środków. Uczą się, jak wykorzystywać siłę intelektu; uczą się manipulowania, ciągłego toczenia umysłowych gier z całym otaczającym je światem.

Jeanette potwierdziła istnienie akt sprawy. W historii Emmy była jakaś prawda. Tylko ile jej tam było? Czy dawała odpowiedź na wszystkie pytania? Jeśli naprawdę coś jej groziło, dlaczego wybrała najtańszą opcję w Body Armour, skoro według Carela otrzymała spory spadek?

Czy powinienem uwierzyć jej na słowo i uznać, że Carel przesadzał? A może Emma nie uważała, że grozi jej prawdziwe niebezpieczeństwo – choć jest maleńką kobietką, czyli z definicji narażoną na takie sytuacje? A może do kwestii wydatków podchodziła ostrożnie. Albo po prostu była skąpa. Mogła też być zbyt skromna lub skrępowana, żeby znosić obecność dwóch czy czterech uzbrojonych mężczyzn wokół siebie.

A może w coś grała.

Pojawiły się nasze bagaże. Podeszliśmy do punktu wynajmu samochodów. Moja komórka zadzwoniła, kiedy Emma wypełniała formularze. Rozpoznałem numer i odsunąłem się na kilka kroków, żeby odebrać.

– Cześć, Antjie – powiedziałem.

– Gdzie jesteś? – spytała Antjie Barnard swoim głębokim i niezwykle zmysłowym głosem.

– Pracuję. Nie będzie mnie jakiś tydzień.

– Tak właśnie pomyślałam. A co z twoją koleją na podlewanie? Strasznie tu gorąco.

– Chyba muszę ciebie o to poprosić.

– W porządku. Gdybyśmy mieli się nie zobaczyć wcześniej, życzę ci szczęśliwego nowego roku.

– Dzięki, Antjie. Nawzajem. Dbaj o siebie.

– A po co? – zaśmiała się i rozłączyła.

Kiedy się obróciłem, Emma stała tuż za mną. Jej oczy aż błyszczały od świeżych informacji. Nie odezwałem się ani słowem, wziąłem tylko od niej kluczyki do białego bmw 318i. Stało zaparkowane na zewnątrz w słońcu. Wsadziłem nasze torby do bagażnika i rozejrzałem się uważnie. Nikt się nami nie interesował. Wsiadłem do auta i odpaliłem silnik, żeby klimatyzacja zaczęła działać. Emma rozłożyła mapę na kolanach.

– Myślę, że powinniśmy pojechać najpierw do Hoed­spruit – oznajmiła. Prześledziła palcem wskazującym trasę na mapie. Zauważyłem, że nie ma pomalowanych paznokci. – Tędy, za Hazyview i Klaserie, to wygląda na najkrótszą trasę. Znasz tę część kraju, Lemmer?

– Niezbyt dobrze.

– Poprowadzę cię.

Ruszyliśmy. Ruch na drodze był większy, niż się spodziewałem – pikapy, samochody terenowe, ciężarówki i taksówki minibusy. Nie wyglądało na to, że ktoś nas śledzi. White River znacznie różniło się od Kapsztadu – tutaj kolory natury były żywe, bezkresne morze drzew miało barwę krwistoczerwoną, a skóra ludzi obsługujących przydrożne stoiska była ciemnomahoniowa. Na brzydkich, malowanych niewprawną ręką znakach widniały nazwy miejsc, ceny i wskazówki dojazdu do kempingów, pensjonatów i prywatnych hodowli zwierząt łownych.

Emma mnie pilotowała; znaleźliśmy drogę R538 i początkowo jechaliśmy nią w milczeniu.

Kiedy w końcu pojawiło się to pytanie, nie byłem nim zaskoczony. Żadna kobieta nie jest w stanie zdusić swojej ciekawości w pewnych kwestiach.

– Czy to była twoja… – zawahała się, by pokazać, że słowo to łączy w sobie wiele znaczeń. – …Przyjaciółka?

Wiedziałem, o co jej chodzi, ale udawałem, że nie mam pojęcia.

– Ta, która niedawno dzwoniła? – Neutralnie przyjazny ton głosu Emmy wskazywał na zwykłą ciekawość. Nie musiało to być nieprawdą. Tak właśnie działa mózg kobiety. Wykorzystują takie informacje, żeby uzupełnić obraz twojej osoby, jaki rysuje im się w głowie. Jeśli masz dziewczynę, nie możesz być kompletnym psychopatą. Cała sztuka polega na tym, żeby odpowiedzieć im w taki sposób, by uniknąć kolejnych pytań. „Czym ona się zajmuje?” (Żeby określić status twój i twojej dziewczyny.) „Od dawna jesteście razem?” (Żeby wybadać stopień twojego zaangażowania.) „Jak się poznaliście?” (Żeby zaspokoić pragnienie romantycznych doznań.)

Uśmiechnąłem się tylko szeroko i burknąłem coś wymijającego. To działało za każdym razem, bo dawało im do zrozumienia, że nie jest to taka przyjaciółka, o której pomyślały, i że tak właściwie to nie ich interes. Emma przyjęła to dzielnie.

Mijaliśmy Nsikazi, Legogoto, Manzini, małe wioski, nieprzerwane ciągi nędznych domów, ludzi wałęsających się w niewyobrażalnej spiekocie, dzieci siedzące w kucki przy drodze i pływające w rzece pod mostem.

Emma spojrzała w lewo.

– Co to za góra? – Koniecznie chciała prowadzić rozmowę.

– Mariepskop – odpowiedziałem.

– Myślałam, że nie znasz tych stron.

– Nie znam tutejszych dróg.

Spojrzała na mnie wyczekująco.

– Kiedy ministrowie spędzają weekend w Parku Krugera, przylatują do Hoedspruit. Mają tam lotnisko wojskowe.

Ponownie spojrzała na tę górę:

– Ilu ministrów ochraniałeś, Lemmer? – Po czym dodała ostrożnie: – Jeśli możesz o tym mówić.

– Dwóch.

– Tak?

– Ministra transportu i ministra rolnictwa. Głównie tego drugiego.

Znowu na mnie spojrzała. Nie powiedziała ani słowa, ale i tak wiedziałem, co sobie myśli. To raczej nie były zbyt ryzykowne misje. Jej ochroniarz – nieuzbrojony były goryl ministra rolnictwa. Z pewnością poczuła się bezpiecznie.

– Szukam inspektora Jacka Phatudiego – poinformowała Emma policjantkę na posterunku w Hoedspruit.

Zwalista funkcjonariuszka spojrzała na nią nieodgadnionym wzrokiem.

– Nie znam nikogo takiego.

– Chyba tutaj pracuje.

– Nie.

– Bada sprawę morderstw w Khokhovela. – Głos Emmy brzmiał lekko i przyjaźnie, jakby mówiła do bliskiej jej osoby.

Posterunkowa patrzyła na nią, najwyraźniej nie rozumiejąc.

– Zabito tam szamana i trzech innych mężczyzn – dodała Emma.

– Ach, to.

– Właśnie.

Policjantka ruszyła się ociężale, jakby spowalniała ją spiekota. Przyciągnęła do siebie sponiewierany aparat telefoniczny. Kiedyś pewnie biały, dzisiaj miał kolor kawy. Wystukała numer i czekała. Potem zaczęła mówić w języku pedi, co brzmiało jak strzały z karabinu maszynowego. Odłożyła słuchawkę.

– Nie ma go tu.

– Wie pani, gdzie go znajdziemy?

– Nie.

– Kiedy wróci?

– Nie wiem.

– A mogę się tego gdzieś dowiedzieć?

– Musi pani zaczekać.

– Tutaj?

– Tak – odpowiedziała policjantka tym samym tonem.

– Yyy… – Emma spojrzała na twardą drewnianą ławkę stojącą pod ścianą, a potem z powrotem na posterunkową. – Nie jestem pewna…

– Zadzwonią – wyjaśniła kobieta.

– Tak?

– Powiedzą, gdzie jest.

– W porządku – Emma odetchnęła z ulgą. – Dziękuję.