Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krwawe róże - Dot Hutchison

Drugi tom bestsellerowego "Kolekcjonera motyli".

Cztery miesiące po eksplozji w Ogrodzie, w którym przetrzymywano młode kobiety nazywane Motylami, agenci FBI Brandon Eddison, Victor Hanoverian i Mercedes Ramirez nadal próbują uporać się z konsekwencjami zdarzeń, pomagając ofiarom przystosować się do życia na zewnątrz.

Niestety wkrótce agenci odnajdują w którymś z kościołów na terenie kraju ciało młodej kobiety z poderżniętym gardłem, otoczone naręczem kwiatów.

Priya Sravasti, której siostra padła ofiarą seryjnego zabójcy, co kilka miesięcy zmienia wraz z matką miejsce zamieszkania, za każdym razem licząc na nowy początek. Kiedy jednak staje się celem szaleńca, śledztwo agentów nabiera nowego tempa. Mordercę będzie można schwytać tylko z pomocą dziewczyny.

By zamknąć tragiczny rozdział ze swojej przeszłości, Priya będzie musiała zaryzykować własnym życiem.

Opinie o ebooku Krwawe róże - Dot Hutchison

Fragment ebooka Krwawe róże - Dot Hutchison

Niebezpiecznym ‌dziewczynomz uśmiechami

o ostrych krawędziach

Ma na ‌imię ‌Darla Jean Carmichaeli jest ‌twoją pierwszą.

Ale wtedy jeszczeo tym ‌nie wiesz.

Wiesz za to, ‌widząc ‌jąw ten ciepły, wiosenny dzień, ‌że Bóg ‌przeszedł ‌samego ‌siebie, tworząc ‌tak ‌piękną istotę ‌jak ona. Ma niewinną ‌urodę, bez sztucznościi próżności,i właśnie ‌dlatego tak ‌ją kochasz. ‌Ciężkie ‌fale blond włosów spływają ‌jej ‌na plecy,a ubrana jestwbiałą wizytową ‌sukienkęw starym stylu, kupioną specjalnie ‌na Wielkanoc, ‌ma ‌nawet koronkowe ‌rękawiczkii sztywny od krochmalu koronkowy ‌kapelusz. Czy kiedykolwiek ‌widziałeś coś tak ‌czystego? Tak ‌niewinnego?

Nawet natura ‌przyznaje ‌ci dziś ‌rację. Trawnik, ‌po obu ‌stronach prochowej ścieżki prowadzącej ‌do kościoła, ‌porasta ‌gęstwina ‌żółtychi białych ‌żonkili, które choć się ‌starają, nie potrafią ‌dorównać urodzie Darli ‌Jean. Nawet ‌dzikie ‌stokrotki sąw tym roku żółto-białe, ‌choć zazwyczaj ‌przecinają ‌pola wstęgami ‌bladego ‌fioletu.

W tym roku liczy ‌się ‌tylko Darla Jean.

Ale Darla ‌Jean ‌nie jest sama.

Idzie pod ‌ramięz młodym mężczyzną, ‌jej ‌ręka spoczywaw jego ‌zgiętym łokciu, jakby ‌tam ‌było jej miejsce,atak przecież ‌nie jest. Jej ręka ‌tam ‌nie ‌przynależy, bo on nie ‌jest tobą. Darla Jean ‌jest twoja.

Od zawsze.

Nigdy ‌nie musiała ci tego ‌mówić ‌– zawsze po prostuo tym ‌wiedziała, bo tyi ona ‌jesteście dla siebie stworzeni, ‌bez względu na to, ‌co powiedzieliby ludzie, ‌gdyby ‌sięotym dowiedzieli.

Wściekłyi zrozpaczony, ‌idziesz za nimi do ‌ceglanego kościółka, który na tle bujnie kwitnących drzew wygląda jak szpikulec. To dziwne, ale mimo napływu emocji, które tętnią ci w uszach jak drugi puls, zauważasz też inne rzeczy. Mężczyzna niesie w drugiej dłoni koszyk ze smakołykami, które matka dziewczyny kazała jej zanieść do kościoła. Każdy przysmak jest oddzielnie zapakowany do sprzedaży na parafialnym jarmarku, ponieważ kościół potrzebuje nowego dachu przed nadejściem deszczów.

Ten obcy nachyla się do niej za każdym razem, gdy dziewczyna się zaśmieje.

A ona dużo się śmieje.

Ale ten odgłos należy do ciebie, tak jak reszta niej. Jak ona śmie się nim dzielić z kimś innym? Ten śmiech zawsze dawał ci ukojenie, łagodził gniew, który kłębi się tuż pod twoją skórą. Teraz za każdym razem, gdy go słyszysz – wysoki i subtelny, niczym wietrzne dzwonki na tylnej werandzie – czujesz ostry ból w piersi, pulsujące echo w czaszce.

Razem wchodzą do kościoła, aty przez chwilę szukasz okna, przez które mógłbyś ich dobrze widzieć, jednocześnie będąc niezauważonym. Bez względu na to, czy cię widzi, czy nie, Darla Jean powinna wiedzieć, ile ci zawdzięcza i jak powinna się zachowywać. Wnętrze kościoła jest przyćmione, pełne cieni przecinanych słonecznymi snopami, ciągnącymi się od okien, więc nie od razu zdajesz sobie sprawę ztego, co się dzieje.

Aż nagle to do ciebie dociera.

Zalewa cię krew.

On ją całuje albo ona całuje jego, ich twarze nachylone są ku sobie, ich ciała znajdują się niespełna krok od siebie. Być może to dla niego pierwszy pocałunek.

Wiesz, że dla niej na pewno.

Pierwszy pocałunek, który miał być twój – na który czekałeś przez te wszystkie lata. Ale czciłeś ją, wiedząc, że jest zbyt czysta, zbyt niewinna, by kalać ją w taki sposób.

Była zbyt czysta. Była zbyt niewinna.

Osuwasz się po murze kościoła, czując jak cegły boleśnie ocierają ci plecy i wrzynają w ubranie. Cały się trzęsiesz – może nawet płaczesz. Jak ona mogła? Jak ona mogła zrobić sobie coś takiego? Jak mogła zrobić to tobie?

Jak mogła pozwolić się zbrukać?

Jest teraz nic niewarta, tak samo jak wszystkie inne dziwki na tym świecie, dumnie obnoszące się ze swoim ciałami, uśmiechami i mierzące wszystkich okrutnym, kpiącym wzrokiem. Aczciłbyś ją aż do śmierci.

Mimo wszystko kochasz ją. Jak mógłbyś inaczej? Nadal kochasz ją na tyle, by ją ocalić, nawet przed nią samą.

Słyszysz, jak chłopak wychodzi, mamrocząc coś na usprawiedliwienie – musi pomóc braciom się wyszykować. Słyszysz, jak pastor serdecznie wita Darlę Jean. Mówi jej, że musi udać się do miasta po kubeczki na lemoniadę – czy może tu zostać przez chwilę sama? Ależ oczywiście. Zna ten kościół od dziecka. Zawsze czuła się tu bezpiecznie. Nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Patrząc, jak ksiądz oddala się ścieżką, słyszysz, jak Darla Jean zaczyna śpiewać.

Jej piosenki także są twoje, ateraz nikt prócz ciebie ich nie słyszy.

Wita cię z uśmiechem, gdy wchodzisz do środka. Oczy jej błyszczą, ale nie widzisz w nich tej szczerości co kiedyś. Już nie. Straciła swoją niewinność. Im bliżej podchodzisz, tym bardziej jej uśmiech blednie.

Ma czelność zapytać cię, co się stało.

Wiesz, że nie masz zbyt wiele czasu – miasto znajduje się trzy kilometry stąd, apastor często chodzi tam na piechotę – ale wystarczająco dużo, żeby jej wytłumaczyć. Wszystko jej tłumaczysz.

Obiecałeś jej wspólne życie iże zawsze będzie mogła na ciebie liczyć. Obiecałeś, że przychylisz jej nieba.

Pogardziła tym.

To wszystko jej wina.

Wybiegasz z kościoła, zraniony i zdradzony, czując, jak wciąż kipi w tobie złość.

Darla Jean zostaje w środku, ułożona na kamiennej posadzce. Jej wizytowa sukienka to teraz strzępy, które powoli nasiąkają czerwienią. Zerwane dla niej żonkile – prezent, którego nie doceniła – leżą rozrzucone wokół. Oczy, szeroko rozwarte i puste, wyrażają jej konsternację. Zrobiłeś jej też poszarpany uśmiech, którym teraz może się dzielić z resztą świata.

Nie będzie się już więcej śmiać, nie będzie śpiewać, nie będzie mogła splamić tego, co twoje.

Teraz nie zrobi już niczego. Może wcale tego nie chciałeś. Może nóż myśliwski wyślizgnął ci się z rąk i wbił za głęboko. Może zapomniałeś, że pod skórą jest tyle krwi. Być może zrobiłeś dokładnie tak, jak chciałeś.

W końcu to tylko kolejna dziwka.

Teraz Darla Jean nie żyje.

Nie wiedziałeś, że będzie twoją pierwszą.

Jeszcze o tym nie wiesz, ale nie będzie też ostatnią.

LUTY

Papierkowa robota, jeśli na moment spuścisz ją z oka, gwałtownie rozmnoży się jak króliki i druciane wieszaki. Spoglądając z niezadowoleniem na najświeższą stertę dokumentów na swoim biurku, agent specjalny Brandon Eddison zastanawia się, jak by wyglądały, gdyby je teraz podpalił. Wystarczyłoby tak niewiele – potarcie zapałki, pstryknięcie zapalniczki, rogi kilku kartek wystające pośrodku stosu, aby papiery równo zajęły się ogniem i nagle zniknęły.

– Jeśli podpalisz formularze, ktoś wydrukuje je na nowo, a na dodatek będziesz musiał jeszcze zrobić sprawozdanie z pożaru – z prawej strony dobiega go czyjś rozbawiony głos.

– Zamknij się, Ramirez – wzdycha w odpowiedzi.

Mercedes Ramirez – jego koleżanka z pracy i przyjaciółka – tylko się śmieje i wyciąga na krześle, tworząc sylwetką długą, zakrzywioną linię. Krzesło skrzypi na znak protestu. Na jej biurku też znajdują się dokumenty, ale zamiast leżeć ułożone w stosy zaścielają blat równą warstwą. Mimo to, gdyby Eddison poprosił Ramirez o konkretną kartkę, znalazłaby ją w niespełna minutę, co nie mieści mu się w głowie.

W rogu, przodem do ich narożnych biurek, znajduje się stanowisko ich przełożonego, dowodzącego agenta specjalnego Victora Hanoveriana. Ku zniesmaczeniu i zadziwieniu Eddisona wszystkie dokumenty na biurku kolegi zdają się wypełnione i posortowane do kolorowych folderów. Jako dowódca ich nieustraszonego tria Vic ma najwięcej papierkowej roboty z nich wszystkich, a zawsze najszybciej się z nią wyrabia. To pewnie efekt trzydziestu lat pracy w FBI, myśli Eddison, co napawa go lekkim przerażeniem.

Znów spogląda na swoje biurko i najnowszą stertę papierów, po czym, mamrocząc pod nosem, sięga po formularz z góry. Ma system pracy, który śmieszy Ramirez w równym stopniu, co jej metoda go irytuje. Mimo dużej wielkości stosu nie mija wiele czasu, nim przekłada dokumenty na odpowiednie kupki po drugiej stronie biurka, uporządkowane według tematu i pilności. Leżą wyrównane do tylnej krawędzi i rogów blatu, a jedyne, co się zmienia, to ich wysokość.

– Rozmawiałeś o tym kiedyś z lekarzem? – pyta Ramirez.

– A ty miałaś kiedyś kontrolę z sanepidu w swojej sprawie?

Ramirez prycha i odwraca się do swojego biurka. Byłoby miło, gdyby raz na jakiś czas dała się sprowokować. Nie jest z kamienia, ale o dziwo trudno zaleźć jej za skórę.

– Gdzie jest Vic?

– Jedzie tu właśnie z przesłuchania. Bliss poprosiła, żeby był przy nim obecny.

Zastanawia się, czy powinien napomknąć, że ponad trzy i pół miesiąca po tym, jak uratowali część dziewcząt z płonącego Ogrodu, nadal używa ich motylich imion, nadanych im przez oprawcę.

Ostatecznie nic nie mówi. Ramirez pewnie sama zauważyła. Zwykle robota jest łatwiejsza, jeśli są w stanie pozamykać wszystko w zgrabnych przegródkach w swoich głowach. Trudno to połączyć z informacjami o tym, kim były te dziewczyny przed porwaniem.

Musi zabrać się do pracy. To dzień biurowy, a przynajmniej w większości, więc naprawdę powinien sprawić, by, zanim pójdzie do domu, zniknęła choć jedna ze stert. Jego wzrok ląduje na kolorowej wieży folderów w tylnym prawym rogu biurka, która z roku na rok staje się coraz wyższa, ale nie zawiera żadnych odpowiedzi. Ten stos nigdy nie znika.

Odchyla się na krześle i przygląda dwóm oprawionym zdjęciom, stojącym na komodzie na dokumenty, gdzie trzyma przybory biurowe i czyste formularze. Pierwsze, na którym jest wraz z młodszą siostrą, zrobiono w Halloween wiele lat temu, niedługo przed tym, jak została porwana, gdy wracała do domu ze szkoły. Miała tylko osiem lat. Logika podpowiada Eddisonowi, że ona na pewno nie żyje. Ale choć minęło dwadzieścia lat, nadal przygląda się każdej dwudziestokilkuletniej kobiecie, która wygląda choć trochę jak ona. Nadzieja bywa dziwna i nieprzewidywalna.

Z drugiej strony, zanim jego siostra Faith stała się punktem w statystyce zaginionych dzieci, była też dziwna i nieprzewidywalna.

Drugie zdjęcie jest nowsze, ma tylko kilka lat. To pamiątka z jednej z najbardziej dziwacznych, spontanicznych i niezwiązanych z pracą wycieczek w jego życiu. Priya i jej matka ciągały go za sobą w różne dziwne miejsca w ciągu sześciu miesięcy spędzonych w Waszyngtonie, ale ten jeden wypad nadawałby się na koszmar. Eddison nie jest nawet pewien, jak znaleźli się na polu pełnym wielkich, wykutych w kamieniu popiersi prezydentów. Eddison i Priya wdrapali się na ramiona Lincolnowi, pokazując jednocześnie na wielką dziurę w potylicy rzeźby. Realistyczne? Tak. Intencjonalne? Sądząc po opłakanym stanie pozostałych sześciometrowych figur… raczej nie. Ma i inne zdjęcia z tego dnia – schowane bezpiecznie w pudełku na buty w schowku w jego garderobie – ale to jest jego ulubione. Nie z powodu niepokojącego popiersia zamordowanego prezydenta, ale dlatego, że Priya zaskoczyła na nim samą siebie, szeroko się uśmiechając.

Nie znał jej bezwiednie uśmiechającej się. Ta Priya rozpadła się na kawałki kilka dni przed tym, jak poznał dziewczynę, która z nich powstała. Priya, jaką znał, składa się z samych ostrych krawędzi, warknięć i prowokujących uśmiechów. Jeśli zachowa się łagodnie, życzliwie, to jest to czysty przypadek. Może jej matka dostrzega w niej jeszcze jakąś delikatność, ale nikt inny, odkąd jej siostra została zredukowana do zdjęć i faktów w jednym z kolorowych folderów na tylnym rogu jego biurka.

Eddison jest przekonany, że nie zaprzyjaźniłby się z dawną Priyą. Prawdę mówiąc, nadal jest zaskoczony, że przyjaźni się z tą obecną. Powinna być dla niego wyłącznie siostrą ofiary, dziewczyną, którą ma przesłuchać i której współczuć, a nie z którą ma się zakumplować. Tylko że w pierwszych dniach po śmierci siostry Priya była tak cholernie zła – na mordercę, na swoją siostrę, na policję, na cały zasrany świat – a Eddison doskonale zna ten rodzaj gniewu.

A ponieważ myśli o niej, bo dziś jest dzień biurowy, przypadający po szeregu złych dni spędzonych na próbach zapanowania nad mediami zainteresowanymi sprawą Motyli, wyciąga prywatną komórkę, robi zdjęcie oprawionej w ramkę fotografii i wysyła jej. Nie spodziewa się odpowiedzi – tam, gdzie teraz przebywa Priya jest dopiero dziewiąta, a że dziewczyna nie musi wstawać do szkoły, pewnie nadal leży zawinięta w kołdrę.

Ale chwilę później jego telefon wibruje w odpowiedzi. Dostaje zdjęcie zrobione w szerokim kadrze, przedstawiające budynek z czerwonej cegły, który powinien wyglądać dostojnie, ale sprawia wrażenie pretensjonalnego. Część cegieł pokryta jest rdzewiejącymi żelaznymi kratami, które w cieplejszych miesiącach pewnie porasta bluszcz. Miejscami ciąg cegieł przerywają wysokie, jakby średniowieczne, okna.

Co to, do cholery, jest?

Jego telefon znów wibruje.

To szkoła, wktórej o mały włos bym wylądowała. Żebyś widział, jakie mają mundurki.

Wiedziałem, że uczysz się przez internet tylko po to, żeby móc cały dzień siedzieć w piżamie.

Nie tylko po to. Wiesz, jak dyrektor się wpienił, kiedy mama powiedziała mu, że mnie nie zapisze? Powiedział, że robi mi krzywdę, zezwalając na taką podrzędną formę edukacji.

Eddison robi kwaśną minę.

To pewnie nie była miła rozmowa.

Gość chyba przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego chce, jak trochę pomacha fiutem. Ale mama ma większego.

Eddison czuje nagle jakiś ciężar na ramionach, aż lekko podskakuje. Ale to tylko Ramirez, która jego zdaniem, ma spaczoną definicję przestrzeni osobistej – on przynajmniej wie, że coś takiego istnieje. Zamiast się kłócić, bo to nigdy nic nie daje, przechyla ekran, żeby koleżanka mogła przeczytać.

– Pomacha… Eddison! – Pstryka go boleśnie w ucho. – Ty ją tego nauczyłeś?

– Ona ma prawie siedemnaście lat, Ramirez. Umie się chamsko wyrażać bez mojej pomocy.

– Masz na nią zły wpływ.

– A jeśli to ona ma zły wpływ na mnie?

– Kto tu jest dorosły?

– Na pewno żadne z was – odzywa się nowy głos.

Oboje się wzdrygają.

Vic nie poucza ich, że w godzinach pracy prywatne telefony powinny być wyłączone ani że mają ważniejsze sprawy do roboty. Mija ich spowity zapachem świeżej kawy i woła przez ramię:

– Pozdrów ode mnie Priyę.

Eddison posłusznie pisze SMS-a, a Ramirez wraca do swojego biurka. Agent śmieje się z natychmiast odesłanej odpowiedzi:

Ojej, dostałeś burę?

A tak w ogóle dlaczego nie śpisz?

Włóczę się po okolicy. Wkońcu mamy ładną pogodę.

Nie jest zimno?

Jest, ale przynajmniej w końcu z nieba nie sra śniegiem, śniegiem z deszczem ani innym mokrym i zimnym paskudztwem. Obczajam miejsce.

Zadzwoń do mnie później. Opowiesz, co widziałaś.

Czeka na odpowiedź, po czym odkłada telefon do szuflady, gdzie trzyma broń, odznakę i inne rzeczy, którymi nie powinien się bawić, gdy siedzi za biurkiem. W całym tym nieubłaganym nawale okropieństw, z jakimi styka się w pracy, Priya jest dla Eddisona jak mała pyskata iskierka życia.

Pracuje w FBI wystarczająco długo, by być za to wdzięcznym.

W Huntington w stanie Colorado w lutym można nieźle odmrozić sobie tyłek. Nawet w kilku warstwach ubrań, w których wyglądam jak ludzik Michelin, czuję, jak chłód zakrada się pomiędzy tkaniny. Jestem tu od tygodnia, a dopiero dziś pogoda pozwoliła na to, by wyjść z domu i porozglądać się po okolicy.

Jak dotąd nie zauważyłam wielu różnic w stosunku do miejscowości, gdzie mieszkałam przez ostatnie cztery lata. Firma, w której pracuje mama, przenosi ją z miejsca na miejsce, bo zajmuje się rozwiązywaniem problemów w różnych jej oddziałach. Za trzy miesiące znów wyjeżdżamy, może nawet na dobre, bo ma przejąć dział zasobów ludzkich w siedzibie w Paryżu. Nie żeby Francja miała być ostateczną destynacją, choć chyba obie mamy nadzieję, że tak będzie. Priya w Paryżu – brzmi tak uroczo. Tymczasem Huntington znajduje się na tyle blisko Denver, że mama może spokojnie dojeżdżać do pracy, ale wystarczająco daleko, żeby bardziej przypominało zażyłą społeczność niż bezimienne miasto, cytując agenta nieruchomości na usługach firmy, który wpuścił nas do domu po przylocie.

Po pięciu dniach śniegu z deszczem przez weekend w końcu napadało go tyle, że trawniki stały się białe i puchate, a pobocza brzydkie i szare. Niewiele rzeczy jest na świecie brzydszych niż brudny, zepchnięty przez pług śnieg. Drogi są jednak przejezdne, a chodniki błękitnawe[1] od soli. Zupełnie jakby wcześniej miała tu miejsce masakra Smerfów.

Wkładam ręce do kieszeni płaszcza, choć są ubrane w rękawiczki, żeby było mi jeszcze cieplej i żeby palce przestały mnie świerzbić, by móc wziąć do ręki lepszy aparat niż ten w telefonie. Zostawiłam swój sprzęt w domu, a Huntington okazuje się trochę ciekawsze, niż zakładałam.

Mijając pobliską podstawówkę, widzę gniazdo wiewiórek w pobliżu placu zabaw –właściwie to stojący na wysokich palach kurnik pomalowany na czerwono. W podłodze znajduje się dziura, przez którą wiewiórki mogą wchodzić i wychodzić, a w środku migające czerwone światełko kamery, by dzieci w szkole mogły obserwować zwierzątka podczas zimy. Obecnie kilka z nich zdaje się spać na czymś, co wygląda na podarte szmatki i trociny. Tak podejrzewałam – to przecież dom wiewiórek.

Jakieś półtora kilometra dalej, niedaleko skrzyżowania, znajduje się pusta przestrzeń, zbyt mała, by mogła stanowić park, ale z przepiękną altaną z kutego żelaza pośrodku. Tak jakby altaną – nie ma podłogi, tylko pale wbito w zamarzniętą ziemię, ale mimo grubego metalu stalowe podpory są ze sobą misternie splecione, a przypominająca cebulę kopuła wygląda, jakby została wykonana z delikatnej koronki. Konstrukcja przypomina ślubną kapliczkę, ale otaczają ją restauracje fast food i odosobniony salon optyczny.

Żeby wrócić do domu inną drogą, muszę przejść przez siedmiopasmową jezdnię, przy której wszystkie znaki wskazują zły kierunek. Na żadnym z pasów nie widać ani jednego auta. Fakt, jest dopiero wpół do dwunastej i większość ludzi siedzi w pracy lub szkole, ale mam przeczucie, że jeżdżą tędy tylko kierowcy lubiący igrać z losem.

I tak robię zdjęcia wszystkiego, nawet jeśli robione telefonem w większości wyjdą fatalnie, bo tak już mam. Świat wydaje się nieco mniej przerażający, jeśli oddziela mnie od niego obiektyw aparatu. Zazwyczaj jednak robię zdjęcia dla Chavi, żeby mogła zobaczyć wszystko to, co ja.

Chavi nie żyje już od prawie pięciu lat.

Nadal robię zdjęcia.

To przez śmierć Chavi poznałam moich agentów FBI, Eddisona, Mercedes i Vica, którzy są moi w pewien istotny sposób. Moja starsza siostra powinna być dla nich tylko kolejnym przypadkiem, kolejną martwą dziewczyną w kartotece, ale po całym zdarzeniu dalej sprawdzali, co u mnie. Pocztówki, e-maile, telefony… aż w pewnym momencie przestałam mieć pretensje o to, że nie dają mi zapomnieć o zamordowaniu Chavi, bo mimo licznych przeprowadzek dzięki nim mam swoją dziwną grupę przyjaciół w Quantico.

Mijam bibliotekę, która bardziej przypomina katedrę – ma witraże w oknach i wieżę dzwonniczą – oraz sklep z alkoholami, stojący pomiędzy dwiema kancelariami prawnymi specjalizującymi się w reprezentowaniu klientów oskarżonych o prowadzenie pod wpływem. Nieco dalej widzę centrum handlowe, na końcu którego stoi gigantyczna, całodobowa siłownia, a z drugiej strony pozaszkolna świetlica edukacyjna. Pomiędzy nimi znajduje się siedem różnych restauracji fast food. Z jakiegoś dziwnego powodu podobają mi się te sprzeczności i bałagan – potęgują świadomość, że nasze dobre zamiary często idą się jebać i że niewiele trzeba, żeby ujawniły się nasze wady.

Dużo większe centrum handlowe – dwupiętrowe i o bardziej wyszukanym wyglądzie, niż powinny mieć miejsca tego typu – mieści chyba najelegantszy na świecie supermarket Kroger. Znak na zewnątrz informuje, że na terenie sklepu znajduje się Starbucks, ale kolejny jest w galerii i jeszcze jeden po drugiej stronie ulicy, więc chyba nie ma się czym przechwalać.

Powinnam zjeść coś na lunch, ale jeśli to tylko możliwe, staram się nie jadać sama. Nie chodzi o kwestię niezdrowego jedzenia poza domem – z mamą zjem każde żarcie na wynos. Chodzi o bycie w pojedynkę. Po kilku latach prób zrównoważenia potrzeb mojego ciała i emocji nadal nie mam wszystkiego pod kontrolą. Czasem – a przynajmniej tylko w gorsze dni – nadal zażeram się aż do granic wytrzymałości, gdy przypomnę sobie, że Chavi nie ma. Nie ma jej, a to kurewsko boli w zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób, bo wszystko, co powoduje aż taki ból, powinno krwawić, powinno dać się naprawić, a tego akurat nie można. Jedzenie oreo, aż wzdyma mi brzuch, skręca mnie w żołądku i zaczynam wymiotować, to dla mnie sposób, by nadać sens temu bólowi.

Minęło kilka miesięcy, odkąd wychyliłam się za granicę, jaką sama sobie wyznaczyłam i padłam na kolana przed muszlą klozetową – a oreo w drugą stronę nie smakują już tak dobrze jak w pierwszą – ale nadal jestem… świadoma tego, że nie do końca panuję nad sobą. Mama zawsze dużo mniej martwiła się moją wagą niż zajadaniem przeze mnie smutku aż do oporu, ale we dwie – z jej żelazną siłą woli i moją ulgą, że przynajmniej jedna z nas ją ma – dałyśmy radę ustabilizować sytuację tak, żebym nie wahała się bez przerwy między sylwetką wieszaka i pączka.

A to że przy obecnej wadze bardziej niż zwykle przypominam Chavi… no cóż. W dobre dni potrafię to jakoś znieść, ale unikam zdjęć i luster większych niż w puderniczce. W złe dni czuję się, jakby ktoś wbijał mi igły pod skórę i aż trzęsą mi się ręce, tak bardzo pragnę oreo. Mama mówi, że jeszcze nade mną pracujemy.

Wchodzę do Krogera. Nos zamarzł mi na amen, więc przyda się coś ciepłego do picia. Jeśli nic nie zjem aż do powrotu do domu, to mniejsze szanse, że zrobię coś głupiego.

Za barem kawiarni stoi drobna, przypominająca wróbla kobieta. Wygląda na oko na osiemdziesiąt lat, zabarwione na lawendowo włosy upięła w kok „na dziewczynę Gibsona”[2] jaskrawofioletowymi wsuwkami. Jej plecy i ramiona są przygarbione, ręce powykręcane przez artretyzm, ale wzrok ma bystry, a uśmiech życzliwy, więc zaczynam się zastanawiać, czy potrzebuje tej pracy, czy może jest jedną z tych kobiet, które biorą pół etatu po przejściu na emeryturę, bo dom albo mąż po pewnym czasie zaczynają działać im na nerwy.

– Jak masz na imię, złotko? – pyta z mazakiem w dłoni, sięgając po kubek.

– Jane.

Bo mnie wkurza, jak ludzie masakrują moje prawdziwe imię.

Kilka minut później moje zamówienie jest gotowe. W kawiarni, w rogu sklepu spożywczego, stoi kilka stolików i krzeseł, a przez głośniki w suficie płynie generyczna smoothjazzowa składanka, ale wszystko i tak tonie w odgłosach reszty marketu: piskliwych wezwaniach przez interkom, trzaskach zderzających się koszyków, spadających puszek i pudełek, wrzaskach dzieci, szumie poprockowych hitów. Sklepowy chaos zgrzyta z atmosferą supermarketowej kawiarenki, przez co sprawia ona jeszcze dziwniejsze wrażenie.

Wracam na zewnątrz, na chłód i wiatr, który się wzmógł, i idę przez parking. Przyszłam zza tyłów centrum handlowego, ale droga wiodąca od frontu doprowadzi mnie prosto do domu, a najwyższa pora wracać.

Nagle staję w bezruchu na widok małego, dziwnego pawilonu ogrodowego. Mieści się na porośniętej trawą wysepce, jednej z kilku, które dzielą parking na części. Żelazną konstrukcję przykrywa z trzech stron coś, co wygląda na ciężkie, białe płótno. W środku grzejniki przemysłowe rozżarzone do czerwoności, bezpiecznie zamontowane na wspornikach, wiszą nad głowami grupki, w większości starszych mężczyzn w jednakowych czarnych lub granatowych kaszkietach, wyszywanych żółta nitką. Wszyscy są ciepło ubrani, by chronić się przed chłodem wdzierającym się przez wejściową część namiotu. Siedzą przy kamiennych stoliczkach, na których rozłożone są plansze i pionki. To nie powinno nic dla mnie znaczyć, ale znaczy, bo to coś boleśnie znajomego.

Nic nie może się równać z widokiem starszych panów zebranych nad partią szachów.

Tata i ja graliśmy w szachy.

On był fatalnym graczem, a ja takiego udawałam, co dużo bardziej przeszkadzało jemu niż mnie. Graliśmy w każdy sobotni poranek w parku niedaleko domu, a podczas długich bostońskich zim w stojącym obok pustym kościele. Czasem tata chciał grać również w tygodniu, ale dla mnie było coś szczególnego w tej naszej sobotniej tradycji.

Nawet bez taty szukam grupek szachowych wszędzie, gdzie tylko się przeprowadzamy. Przegrywam wszystkie partie – przynajmniej połowę z nich – celowo, ale nadal chcę grać. Resztę rzeczy związanych z tatą skrupulatnie odsunęłam gdzieś na bok, ale próby przekonania innych, że jestem beznadziejna w szachy, postanowiłam sobie zachować.

Słyszę gdzieś w pobliżu skrzypienie otwierających się drzwi samochodu, co odwraca moją uwagę od starszych panów i ich szachownic. Kilka kroków dalej uśmiecha się do mnie młoda kobieta, na oko po dwudziestce, która siedzi za kierownicą auta z robótką na kolanach.

– Możesz do nich podejść – mówi. – Nie gryzą. A przynajmniej nie zębami.

Od kilku lat niezbyt mi idzie uśmiechanie się – wyglądam wtedy dość makabrycznie – ale staram się przybrać stosowną, przyjazną minę.

– Nie chciałam przeszkadzać. Pozwalają innym ze sobą grać?

– Czasem. Mają wprawdzie swoje zasady, ale nie zaszkodzi zapytać. Mój dziadek tam siedzi.

To wyjaśnia robótkę. Całe szczęście – parkingowa Madame Defarge[3] byłaby nieco przerażająca.

– Idź, zapytaj – zachęca mnie, bezwiednie gładząc kciukiem czerwoną włóczkę okręconą wokół małego palca. – W najgorszym wypadku ci odmówią.

– Zachęcasz tak wszystkich, którzy przystają trochę się pogapić?

– Tylko tych, którzy wyglądają na samotnych. – Zamyka drzwi, zanim zdołam wymyślić jakąś odpowiedź.

Po kilku chwilach stania w miejscu jak idiotka, czując ból wzbierający we wszystkich częściach mojego ciała, które nie zdążyły jeszcze zamarznąć, idę na trawę i do nieco cieplejszego namiotu. Gracze przerywają swoje partie i wlepiają we mnie wzrok.

Prawie wszyscy mężczyźni są starsi – najwyraźniej weterani, sądząc po nazwach operacji i dywizji na ich czapkach. W parkach szachowych często można spotkać weteranów wojennych, więc choć nie znam historii wszystkich działań militarnych, orientuję się na tyle, by przyporządkować ich do odpowiednich grup wiekowych. Większość z tych facetów służyła w Wietnamie, kilku w Korei, kilku w operacji Pustynna burza, a jeden bardzo stary, owinięty kocami i posadzony najbliżej jednego z piecyków, ma na głowie kaszkiet z napisem „Operacja Neptun” wyhaftowanym nitką, która zdołała wyblaknąć do odcienia starej musztardy.

O cholera.

Ten człowiek szturmował plaże w Normandii, jeszcze zanim urodzili się moi dziadkowie.

Jeden z weteranów z Wietnamu, pochylony mężczyzna o obwisłej skórze twarzy, z bulwiastym, usianym czerwonymi żyłkami nosem, sugerującym, że szachy są jego sposobem na to, by nie pić w ciągu dnia, patrzy na mnie krzywym okiem.

– Nie potrzebujemy datków.

– Nie przyszłam z pieniędzmi. Chciałam zapytać, czy innym też pozwalacie zagrać.

– A grasz? – po tonie głosu poznaję, że mi nie wierzy.

– Kiepsko, ale tak. Zawsze gdy gdzieś się przeprowadzimy, szukam innych szachistów.

– Ciekawe. Myślałem, że młodzi ludzie mają od tego internet.

– To nie to samo.

Najstarszy z mężczyzn odchrząkuje, a pozostali spoglądają na niego. Każda grupa ma swoją hierarchię – weterani niczym się tu nie różnią – ale bez względu na właściwą rangę wojskową II wojna światowa bije wszystko. Ten człowiek przeżył piekło i nosi swoje blizny dłużej niż ktokolwiek z obecnych. Takiego stopnia nie degraduje ani emerytura, ani zwolnienie ze służby.

– Podejdź tutaj.

Obchodzę stolik i przysiadam na skraju ławy, która za nim stoi. Przygląda mi się – nie wiem, czego szuka – i czując mdławo-słodki zapach jego oddechu, zastanawiam się, czy jest cukrzykiem i czy nie szkodzi mu, bez względu na grzejniki i grube warstwy ubrań, siedzenie tu w tak niskiej temperaturze. Jego skóra, cienka jak pergamin, marszczy się, zachodząc na siebie miękkimi zmarszczkami. Cera ma nierówny koloryt z powodu wieku i zmęczenia, pokrywają ją niebieskie pajączki żyłek rozpięte od skroni aż pod oczy. Na jednej skroni widać bladą bliznę, która ciągnie się aż za ucho. Pamiątka z Normandii? Czy może coś zupełnie innego?

– Prowadzisz własną wojnę, prawda, panienko?

Zastanawiam się nad tym, pozwalając pytaniu wybrzmieć. Odpowiedź przyjmuje kształt Chavi, wściekłości i żalu, jakie noszę w sobie od jej śmierci.

– Tak – odpowiadam w końcu. – Nie wiem tylko, kto jest moim przeciwnikiem. – W wojnie potrzebny jest wróg, ale nie jestem pewna, czy ktoś jest w stanie sabotować mnie równie dobrze jak ja sama.

– Każdy z nas przynajmniej kilka razy się nad tym zastanawiał – mówi, potakując, i przerzuca spojrzenie na pozostałych mężczyzn. Obserwują nas wszyscy prócz jednego: ten z nieznacznym grymasem gapi się w szachownicę, uświadamiając sobie, że jego król jest w potrzasku. – Jak się nazywasz?

– Priya Sravasti. A pan?

– Harold Randolph.

– Salwa! – mężczyźni wykrzykują zgodnym chórem. Tylko jeden tego nie robi i nie wygląda jak weteran. Jest młodszy, delikatniejszy i w jego oczach jest coś – a raczej czegoś w nich nie ma – co sprawia wrażenie, że nie przynależy do tej grupy w taki sposób jak pozostali.

Salwa przewraca oczami. Powoli ściąga z ręki wełnianą rękawiczkę, pod którą znajduje się druga bez palców, równie spłowiała co litery na czapce z daszkiem. Podnosi rozedrganą dłoń – bardziej z niedowładu mięśni niż z zimna – i dotyka palcem koniuszka mojego nosa.

– Czujesz to?

Mam ochotę się uśmiechnąć, ale nie chcę go wystraszyć i sprawić, że będę tu niemile widziana.

– Nie, proszę pana.

– No to dziś biegnij do domu się rozgrzać, ale wróć, kiedy zechcesz. W weekendy nie gramy za często. Za dużo ludzi.

– Dziękuję panu – odpowiadam. Spontanicznie całuję go w policzek i czuję, jak w usta łaskocze mnie miękki wąsik. – Na pewno jeszcze przyjdę.

Gość z bulwiastym nosem parska śmiechem.

– Patrzcie no tylko, Salwa znalazł sobie kandydatkę na byłą żonę.

Pozostali kiwają do mnie głową, bardziej na powitanie niż z sympatią, ale nie szkodzi. Muszę zasłużyć na swoje miejsce, pokazać im, że nie jestem tu z nudów i że nie łatwo mnie spłoszyć. Wstaję i zbieram się do wyjścia, ale chcę się jeszcze przez chwilę ogrzać, zanim ruszę w drogę powrotną, i spoglądam na mężczyznę na drugim końcu stołów – tego, który wydaje się tu nie pasować. Nie ma na głowie czapki z daszkiem, tylko zwykłą wełnianą, zsuniętą do tyłu tak, że widać jego jasne włosy koloru ani blond, ani brąz.

Uśmiecha się do mnie bez wyrazu.

– Wyglądasz znajomo – wypalam.

Jego uśmiech się nie zmienia.

– Często to słyszę.

Co ty nie powiesz. Do nikogo nie jest podobny, więc właściwie wygląda jak wszyscy. W jego wyglądzie nie ma ani jednej wyrazistej cechy, niczego, co sprawiłoby, że rozpoznałabym go poza klubem szachowym. Nie jest przystojny, nie jest brzydki, po prostu… jest. Nawet jego oczy są mętnej, nieokreślonej barwy.

Uśmiech nie wpływa na wyraz jego twarzy. Dziwne. Uśmiech powinien odmienić ułożenie policzków, kształt ust, zmarszczki wokół oczu. Ale jego twarz nie wygląda ani odrobinę inaczej niż ta sprzed uśmiechu. Nie żeby wyglądał sztucznie, ale nie wygląda też… no cóż, naturalnie. Ale mówiąc szczerze, grupy szachowe w parkach to raj dla osób nieprzystosowanych społecznie. Może powinnam być pod wrażeniem, że w ogóle nawiązał kontakt wzrokowy.

Kiwam głową, wciąż odczuwając lekki dyskomfort, i wychodzę z namiotu. Nie jest mi już aż tak zimno, co nie oznacza, że dzień robi się cieplejszy, a raczej stanowi ostrzeżenie w stylu: „idź do domu, zanim sobie coś odmrozisz, kretynko”.

Gdy jestem już w okolicy domu, zatrzymuję się przy sporej wiacie osłaniającej skrzynki pocztowe dla naszej ulicy. Do jednego ze słupów przymocowany jest nawet kubeł na ulotki. Kiedy nachodzi mnie nostalgia, tęsknię za naszą skrzynką w Bostonie z odciskami naszych dłoni w jaskrawych kolorach na radosnej, żółtej powierzchni. Tata nie chciał odbić swojej dłoni – uważał, że nie wypada – więc we trzy zaatakowałyśmy go pędzlami z farbą i na koniec uzyskałyśmy wielokolorową odbitkę wąsów na przedniej klapie.

Ciekawe, czy wciąż mamy tę skrzynkę. Nie widziałam jej od kilku przeprowadzek. Ale z drugiej strony podobnie jest z przynajmniej połową naszych rzeczy – rozpakowywanie po to, by za moment znów się pakować, jest niewarte wysiłku.

Wyciągam ze skrzynki plik ulotek i przesadnie wielkie pocztówki zaadresowane do „Szanownego Sąsiada” i „Mieszkańców” i wrzucam je do kubła wraz z kartką przypominającą o wizycie u dentysty w Birmingham. Widzę też kopertę w pogodnym, wiosennym odcieniu zieleni, zaadresowaną ręką Mercedes. Nie jest to znów takie zaskakujące – technicznie rzecz biorąc, dziś zaczynam lekcje online z korepetytorką z Francji, żebym przyzwyczaiła się do myślenia i pracy w innym języku, a Mercedes zawsze wysyła mi kartkę z okazji pierwszego dnia szkoły, bez względu na to, ile razy w roku zaczynam od nowa.

Niespodzianką są za to dwie inne koperty niemal identycznego rozmiaru. Jedna opisana jest wersalikami, czarne litery stanowią wyraźny kontrast z jaskraworóżowym papierem. Charakter pisma –czytelny i naturalny – to jeden z tych, które wyglądają dobrze, nawet gdy kartki i tusz zaczynają płowieć. Jasnoniebieska koperta została zaadresowana przyzwoitym charakterem pisma wymagającym nieco więcej uwagi przy czytaniu.

Kartka od Mercedes przyszła zgodnie z przewidywaniami, ale Vic i Eddison zwykle przysyłają je w innym terminie.

Żadna z nich nie przypomina kartki, którą podpisaną przez całą trójkę, przyślą w maju. Nie będzie zawierała żadnego tekstu, nawet wydrukowanego, tylko ich podpisy, przypomnienie, że śmierć mojej siostry nie została zapomniana. Nadanie kartki wymaga nieco uważnego planowania i wiedzy na temat pracy poczty, by nie przyszła w tym samym czasie co życzenia urodzinowe.

Nic przecież tak nie mówi „wszystkiego najlepszego” jak przypomnienie, że FBI wciąż nie wie, kto w ciągu ostatnich lat zamordował twoją siostrę oraz wiele innych dziewczyn.

W domu ściągam z siebie płaszcz i wieszam w szafie w przedpokoju, po czym idę po schodach do swojego pokoju, pozbywając się po drodze kolejnych warstw ubrań. Rzucam koperty na łóżko, a ciuchy na krzesło przyciągnięte tu z nieużywanej jadalni, aby zapanować nad chaosem w pokoju. Po gorącym prysznicu, dzięki któremu do koniuszków moich palców i nosa wraca czucie, schodzę z powrotem do kuchni i robię owsiankę z torebki, dodając cynamon, miód, i mleko i zabieram ją ze sobą na górę.

Dopiero gdy siedzę na łóżku w piżamie, a owsianka działa cudownie na mój żołądek, sięgam po koperty.

Kartka od Mercedes jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałam – radosne życzenia miłego powrotu do szkoły, napisane długopisem w rażącym kolorze, w połowie po hiszpańsku. To taka nasza zabawa: ona pisze do mnie w swoim języku, a ja odpisuję jej po francusku. Następnie wyciągam kartkę od Vica – czarno-białe zdjęcie trzech kotów w ogromnych okularach. Wiadomość w środku nie ma związku z żadną konkretną okazją – tylko kilka linijek na temat listów jego córki wysyłanych z uczelni i przygnębiającej deszczowej pogodzie w północnej Virginii. Kartka od Eddisona, z obrazkiem balansującym pomiędzy żartem a obrzydliwością, nie zawiera tekstu.

Dlaczego trzy na raz?

Wtedy spoglądam na kartkę Mercedes, której przód obklejony jest taką ilością brokatu, jakby wyrzygał się na niego jednorożec, i zdaję sobie sprawę, że cały ten brokat tu nie pasuje. Grafika jest bardzo subtelna i pastelowa, ale tu i ówdzie pojawiają się zawijasy z czegoś, co wygląda na gęsty, kluskowaty klej z błyszczącymi drobinkami, zaschnięty w małych plasterkach w jaskrawym kolorze. Wsuwam paznokieć kciuka pod jeden z nich i delikatnie próbuję oderwać. Chwilę później trzymam w dłoni szorstki pasek kleju i widzę, co znajdowało się pod nim.

Zakryła motylki.

Ona nazywa się Zoraida Bourret, a dziś wypada Wielka Niedziela.

Lubisz Święta Wielkanocne spędzane w tradycyjnych kościołach, do których dziewczynki i kobiety wciąż przychodzą ubrane w białe sukienki i koronki oraz kapelusze ze wstążkami lub kwiatami. Jest coś wspaniałego w tym, jak siedząc na tyłach kościoła, spoglądasz na morze wielkanocnych kapeluszy.

A w tym roku widzisz też Zoraidę.

Oczywiście, widziałeś ją już wcześniej, gdy pomagała swojej matce zająć się zgrają młodszego rodzeństwa. Słuchałeś plotek i tych subtelnych drobnostek, które nie są już plotką, ale nie stanowią też sensacji. Jej ojciec policjant zginął na służbie i choć Zoraida wybierała się na studia i miała przed sobą wspaniałą przyszłość, porzuciła wszelkie dodatkowe zajęcia i swoją szansę na lepsze wykształcenie, aby pomóc w domu, zanim ktokolwiek zdołał ją o to poprosić.

Jaka dobra dziewczyna, mówią kobiety.

Kochane dziecko.

Wspaniała siostra.

Ani trochę nie wygląda jak Darla Jean, ale ma w sobie coś, co ci ją przypomina. Minął prawie rok, odkąd Darla Jean cię zdradziła, amimo to nadal ją kochasz, tęsknisz, opłakujesz.

Ale Zoraida to naprawdę dobra dziewczyna. Obserwujesz ją wystarczająco długo, by wiedzieć to na pewno. Wraca po lekcjach prosto do domu i po drodze odbiera ze szkoły swoje rodzeństwo, karmi je, pomaga w odrabianiu lekcji i odprowadza na zajęcia dodatkowe. Akiedy matka wraca do domu po pracy, Zoraida niemal zawsze ma już ugotowany obiad. Pomaga kąpać i kłaść do łóżek młodsze rodzeństwo, dopiero wtedy siada przy kuchennym stole i bierze się do własnej nauki. Kończy pracę późno w nocy, ale rano wstaje przed wszystkimi, by dopilnować, że zjedzą coś przed wyjściem, ubiera się i idzie do szkoły.

A kiedy przychodzą do niej chłopcy – aprzychodzą, bo to piękna dziewczyna, i sam Bóg wie, że świat staje się lepszy, gdy się uśmiecha – grzecznie ich odprawia, bo rodzina jest ważniejsza.

Bo dobra z niej dziewczyna.

Kiedy msza się kończy, łatwo ukraść urocze, malutkie torebeczki, które zostawiły na ławce jej dwie młodsze siostry. Bliźniaczki cały czas o nich zapominają i coś im świta dopiero w połowie drogi do domu. Ponieważ rodzina oszczędza benzynę, a z kościoła wraca się dość długo, zwykle to Zoraida samotnie wraca po zgubę. Za każdym razem kręci głową, gdy musi to zrobić, ale też się uśmiecha, bo kocha bliźniaczki i zrobiłaby dla nich wszystko.

A ty zrobiłbyś wszystko dla niej.

Musisz dla jej dobra dopilnować, by zawsze była taka dobra, taka czysta.

Kradniesz więc torebki, wiedząc, że bliźniaczki sobie o nich przypomną i czekasz, aż ona po nie wróci. Kościół pustoszeje szybciej niż zwykle, wszyscy spieszą do domu na poszukiwanie pisanek w trawie, uroczysty obiad albo spotkanie z dalszą rodziną. Siedzisz w cieniu i czekasz, aż w końcu ona nadchodzi, wachlując się kapeluszem. Jest z białej, wykrochmalonej koronki, ze wstążką w brzoskwiniowym kolorze przeplecioną przez rondo i podstawę korony. Brzoskwinia i biel wyglądają tak delikatnie na tle jej ciemnej skóry. Do sukienki ma przypiętą pojedynczą kalię o fioletowym wnętrzu w formie bukieciku, sięgającą jej prawie do ramienia.

Podchodzisz do niej od tyłu, cicho stawiając stopy na cienkim dywanie, i zasłaniasz jej dłonią usta. Dziewczyna bierze szybki wdech, zaczyna krzyczeć, ale zaciskasz jej gardło ramieniem. Szarpie się, ale wiesz, jak długo trzeba przytrzymać, by w końcu padła nieprzytomna.

Jej sukienka jest taka biała i czysta. Taka niewinna. Nie możesz znieść myśli, że mogłaby się ubrudzić.

Kiedy nieco później przychodzi jeden z jej braci, martwiony, że jeszcze nie wróciła do domu, zastaje ją leżącą przed ołtarzem, a wokół jej głowy, ułożone niczym aureola, leżą białe kalie o purpurowych środkach. Jej ubrania są starannie złożone na kościelnej ławce, na nich kapelusz, a obok zwykłe czarne buty zapinane na sprzączki. Cięcie na jej szyi jest równe, bo nieprzytomna dziewczyna nie mogła się wyrywać.

Bez bólu, bez strachu.

Nie będzie miała okazji upaść jak Darla Jean, nie zmierzy się z taką pokusą i zdradą.

Zoraida Bourret na zawsze pozostanie grzeczną dziewczynką.

Mieszkanie Eddisona nigdy nie wygra w konkursie na najpiękniejszy wystrój. Nie jest ani przytulne, ani szczególnie sympatyczne, wygląda trochę kancelaryjnie. Jest uporządkowane – nawet czekające na załadowanie do zmywarki naczynia w zlewie są opłukane i schludnie ułożone – ale nie zawiera zbyt wiele sprzętów, więc nie ma swojego charakteru. Ściany są tego samego jasnożółtego koloru, który zastał, gdy się wprowadził. W oknach powiesił zasłony, z jednej strony dlatego, że przez żaluzje do środka wpadało zbyt wiele światła, a z drugiej – naprawdę nie chciał, by ktoś tu zaglądał. Z wyjątkiem stołu jadalnianego – pstrokatego, pokrytego warstwą płytek szkaradztwa, które Priya i jej matka uratowały z likwidowanej restauracji meksykańskiej i dały mu w prezencie jako żart – meble są ciemne i praktyczne. Jego filmy i książki są schowane w szafie koło telewizora.

Eddisonowi tak się podoba. Kiedy wraca do domu z akcji, podczas których przebywa w domach innych ludzi i widzi wszystkie osobiste rzeczy nadające miejscom charakter, jest wdzięczny za to, że posiada własną neutralną przestrzeń. Być może jest w tym też szczypta paranoi. Nie ma pewności, czy zna choćby jednego funkcjonariusza, który nie odczuwa uporczywego, ale zwykle tłumionego lęku, że pewnego dnia ktoś postanowi zemścić się na jego najbliższych. Nie afiszując się ze swoim życiem prywatnym i nie zostawiając na widoku niczego, co sugerowałoby, jak go zranić – nawet w swoim własnym mieszkaniu – czuje się dużo bezpieczniej.

Nie stracił siostry dlatego, że wstąpił do FBI – wstąpił do FBI dlatego, że stracił siostrę – ale nie może znieść myśli, że mógłby narazić na niebezpieczeństwo swoich rodziców lub różne ciotki, wujków i kuzynów, z którymi wciąż utrzymuje kontakty.

Dziś jednak, po całym dniu gapienia się na dokumenty, z których będzie się pewnie odkopywał przez resztę tygodnia, nie może oprzeć się wrażeniu, że miejsce nazywane przez niego domem, jest wręcz sterylne.

Ściąga garnitur, przebiera się w domowe ciuchy i siada na kanapie z opakowaniem jedzenia na wynos. Żona i matka Vica wiele razy proponowały z dobroci serca, że nauczą go gotować, ale o ile nie chce spalić domu, szczytem jego umiejętności są zupka chińska i sos do makaronu z torebki. Choć Ramirez często dogryza mu z tego powodu, nie ma to nic wspólnego z tym, że jest facetem – chodzi raczej o to, że gotowanie strasznie go nudzi.

Zarządca budynku nie byłby chyba szczęśliwy, gdyby znów musiał zamalować ślady dymu na suficie.

Jego prywatne zdjęcia, jakiekolwiek, na których znajduje się on, ktoś mu bliski lub miejsce, z którym jest związany, spakowane są do pudełek po butach i zamknięte w schowku w szafie w sypialni. Są pod ręką, jeśli ma ochotę je pooglądać, ale innym trudno byłoby je znaleźć. Kilka zdjęć może jednak spokojnie wyeksponować. Eddison spogląda na nie zamiast poszukać meczu w telewizji.

Nie pamięta, czy mówił Priyi, dlaczego w jego domu nie ma żadnych fotografii, kiedy przyjechały po niego z