Kruszenie odmieńca - Zenon Celegrat - ebook
Opis

Kruszenie odmieńca” Zenona Celegrata to losy siedemnastoletniego Marka Kubackiego, który przez przypadek stał się ofiarą dawnych metod stosowanych przez służby specjalne PRL. Zaczęło się od miejsca jego pracy, w wagonowni PKP, gdzie na plakacie upodobnił się do Stalina, domalowując charakterystyczne dla tej postaci akcenty. Marek zostaje tajnym informatorem UB, a potem SB. Razem z kolegą Jankiem Wartkim postanawiają uciec na Zachód, ale kiedy współtowarzysza podróży dopada uczucie miłości, plan legnie w gruzach. Obaj zostają powołani do wojska, ale Kubacki wciąż ma w myślach plan ucieczki. Kiedy Marek przyjmuje propozycję wyjazdu do Południowego Wietnamu w charakterze radzisty, po raz kolejny dają znać o sobie SB, ale tym razem jest to kontrwywiad wojskowy reprezentowany przez majora Danielaka. Na swojej drodze Marek spotyka uroczą Wietnamkę, Lan, z którą romansuje. Podążając do swego celu nawiązuje kontakt z Amerykanami i rozpoczyna się jego działalność wywiadowcza w Sajgonie i Da Nang.

Po dziewięciu miesiącach rozłąki Marek wraca do kraju, spotyka się z żoną, która wydaje mu się dziwnie obca, oraz z synem naznaczonym hemofilią. Zdał sobie sprawę, że jednak to nie rodzina do niego, ale on do niej musi się z powrotem dostosować.

Po jakimś czasie decyduje się na podjęcie działalności szpiegowskiej na korzyść USA, jednak współpracę z CIA przerywa jego aresztowanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 583

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Zenon Celegrat "Kruszenie odmieńca"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Zenon Celegrat, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Korekta: Paweł Markowski Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. Zdjęcie okładki: © Adrian Hillman - Fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-266-5

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

Zenon Celegrat
Kruszenie odmieńca
Wydawnictwo

ROZDZIAŁ 1

Piątek, 17 lipca. Przelotny deszcz odświeżył powietrze. Wyjrzało słońce, ale przez mocno cieniące korony kasztanów,  nie przecisnął się nawet promyk. Plac alarmowy, gdzie zwykle prowadzono zajęcia z musztry i słychać było głośne komendy dowódców, znalazł się pod władaniem ciszy. W salach wykładowych odbywały się zajęcia polityczne. Żołnierze bądź to nudzili się, udając zasłuchanych, bądź drzemali ukryci za plecami kolegów. Jeżeli ktoś rzeczywiście słuchał, to jedynie działacze Koła Młodzieży Wojskowej. Oni z reguły byli aktywni na tego rodzaju zajęciach.

Kabacki wsparł się o parapet otwartego okna. Zatopił wzrok w koronie najbliższego drzewa i powędrował myślami do Hani, szesnastoletniej panienki. Służba wojskowa dobiegała końca, zbliżał się czas, kiedy trzeba będzie pomyśleć o założeniu rodziny; pora więc wybrać odpowiednią kandydatkę na żonkę. Jako sąsiedzi znali się od ładnych paru lat, ale dopiero niedawno stwierdził, że dziewczynka przeistoczyła się w urokliwe dziewczę, nabrała kobiecych kształtów, co w jego mniemaniu oznaczało, że można zacząć myśleć o niej poważnie. Doszedł do wniosku, że nie ma co przebierać w panienkach jak w ulęgałkach, gdyż nigdy nie wiadomo, na jaką się trafi, a Hania to pierwszorzędny materiał na żonę i matkę. Wychowywała się po sąsiedzku, tak jakby pod jego okiem, stąd wiedział o niej wszystko, co powinien wiedzieć, może nawet ciut więcej. Ciemnozielone oczy o subtelnym spojrzeniu, południowa uroda, czarne, długie włosy, zgrabna sylwetka oraz cudowny uśmiech zrobiły swoje…

– Kapralu Kabacki, co was tak rozmarzyło? – oficer polityczny przepędził wspomnienia. –Podzielcie się z nami.

Marek wstał.

– Przypomniała mi się koleżanka - odparł cicho.

– Na drzewie siedzi?

Żołnierze zarechotali radośnie. Na chwilę wszyscy się ożywili. Ten i ów popatrzył w otwarte okno, potem na Kabackiego. Kiedy zapanowała cisza, zadowolony kapitan wrócił do swego wykładu, a Marek do Hani.

Gustował w takich. Już widział ją u swego boku. Chodziła jeszcze do liceum, lecz był gotów poczekać, aż je skończy. Dziewczę, jak się już rzekło, miało szesnaście wiosen, a jej matka, Krysia, zaledwie drugie tyle. Obie jak łanie. W córce płynęło pół krwi polskiej, w matce tylko węgierska. Skradł młódce wszystkiego pięć, góra sześć całusów, a i te przeważnie w biegu, bo starsza czuwała i zawsze była tam, gdzie zanosiło się na więcej.

Któregoś dnia szarmancko ukłonił się starszej na ulicy i chciał iść dalej, lecz zastąpiła mu drogę i spytała, czy przychodzi do niej, czy do córki. Zaskoczony pytaniem, zaczął się jąkać, poczuł ogień na uszach i policzkach, w końcu wziął się w garść i powiada, że przychodzi tak sobie, po sąsiedzku, ale do Hani też. Lubi ją, dobrze mu się z nią rozmawia, świetnie czuje się w jej towarzystwie i gdyby nie wojsko, spotykaliby się częściej, bo bardzo mu się podoba. Może kiedyś zostanie jego żoną, wypalił na koniec. Nie miał czasu na odpowiedź przemyślaną, jedynie na szczerą. A szczerość lubi płatać figle.

Jednego razu namówiły go na kino. Konkretnie matka wyszła z taką propozycją. W czasie seansu Krysia przylgnęła do niego, nie zdając sobie sprawy, że tym samym ogłasza hormonom alarm bojowy. Odsunął się może na centymetr, bo nie było więcej miejsca, lecz natychmiast zlikwidowała nawet taką odległość. W pewnym momencie jego ręka przypadkowo trafiła na ciepłe udo. Co prawda przez sukienkę, mimo to odczuł przyjemne ciepło w piersi. Opamiętał się i szybko zabrał rękę. Pomyślał o udzie Hani. Chętnie by położył na nim dłoń, ale się nie odważył. Mógł przecież zniechęcić ją do siebie i zaprzepaścić wszelkie szanse. Potajemne buziaki nie upoważniały do sięgania po inne przyjemności. Wyczuł, jak Krysia leciutko rozchyliła nogi, jakby zapraszała dłoń tam, gdzie nigdy u żadnej dziewczyny jeszcze nie była. Nic z tego, nie posunął się dalej. Strach go obleciał. Hania niczego nie zauważyła, ponieważ przytulona do jego ramienia, wpatrywała się w ekran. Do końca filmu trzymał się na baczności, nie chcąc przypadkiem trafić dłonią tam, gdzie nie powinien trafić, choć starsza puszczała przyzwalające sygnały. Wyszły z kina zadowolone, tym bardziej że na ekranie przystojny i kochliwy młodzian podskubywał dziewkę aż słoma fruwała. Według wróżby Cyganki, Fanfan Tulipan po zaciągnięciu się do wojska, miał poślubić córkę króla. Kabacki na jego miejscu bez wątpienia wolałby poślubić Hanię.

Siedząc na tych zajęciach, przyrzekł sobie nie dopuścić do podobnego przypadku i nie przeskakiwać z kwiatka na kwiatek nawet wyobraźnią, jak to było kilka miesięcy wcześniej. Jeśli ma być Hania, to tylko ona w myśli, w mowie i w uczynku. Słowa dotrzymywał, przynajmniej na razie. Podczas niedawnego urlopu nic gorszącego między nim a Krysią nie zaszło, natomiast z Hanią rozmawiał wyłącznie w obecności przyzwoitki, czyli starszej. Nie miał do niej żalu za dbałość o cnotę córki. Taka piecza była mu właściwie na rękę.

Ktoś niezdecydowanie zapukał do drzwi.

– Wejść! – rzucił w tamtą stronę oficer polityczny. Wszedł podoficer dyżurny baterii dowodzenia pułku i regulaminowo zameldował kapitanowi, że zgodnie z poleceniem oficera dyżurnego kapral Kabacki ma się natychmiast stawić u zastępcy dowódcy pułku do spraw liniowych.

Najwyższym rangą oficerem, z jakim dotychczas rozmawiał, był major, szef łączności pułku. A tu nagle wzywa go taka szycha! Zgodnie z regulaminem, do przełożonych wyższego szczebla, a zastępca do takich należał, idzie się z niższym przełożonym, który przedstawia podwładnego do raportu. Choć w tym wypadku nie chodziło o raport i żadna kara mu nie groziła, poszedł jak na nie swoich nogach. Przez całą drogę wysilał umysł. Ten jednak nie podsunął żadnych danych, które mogły usprawiedliwić wezwanie. Co prawda zastępca dowódcy pułku nie był aż tak groźny czy nieprzystępny, żeby się go bać, ale Kabacki czuł pewien niepokój i wolałby tam nie iść.

Pułkownik siedział za biurkiem, a dwaj cywile przy stoliku dla interesantów w pobliżu okna. Marek zameldował się regulaminowo.

– To oficerowie kontrwywiadu – powiedział pułkownik, wstając. Wyszedł zza biurka i dodał: – Chcą z wami porozmawiać.

Ot pech, pomyślał Kabacki. Wyniuchali mnie nawet tutaj.

Pięć lat wcześniej zetknął się z funkcjonariuszem UB. Wszystko zaczęło się w wagonowni, czyli w miejscu pracy, podczas przerwy śniadaniowej. Brakoroba na plakacie upodobnił wtedy do Stalina, domalowując odpowiednimi farbami stosowne wąsiska, brwi, włosy i nieodłączną fajkę, którą umieścił za uchem generalissimusa. W rzeczywistości Stalin nigdy jej tam nie wkładał. Ale liczył się efekt. Koledzy mieli cichy ubaw. Na słowny komentarz nikt się nie zdobył; w pobliżu znajdowało się biuro i co jakiś czas któryś z urzędników pojawiał się na stanowiskach pracy.

Nie upłynęła ani godzina, kiedy zjawili się w wagonowni dwaj milicjanci w mundurach i jeden po cywilnemu. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał, ponieważ nie przypuszczał, że zeszpeceniem plakatu może zająć się milicja. Przesłuchiwał cywil w kancelarii naczelnika, który ze skwaszoną miną siedział za biurkiem obok przesłuchującego. Jeden z mundurowych stał za drzwiami, drugi doprowadzał przed oblicze cywila robotników zatrudnionych w miejscu, gdzie znajdował się ów nieszczęsny plakat. Idąc na przesłuchanie, Kabacki spojrzał na duży zegar. Zbliżała się jedenasta. Wchodził jako trzynasty. Poczuł nieprzyjemną woń spod pach. Nie poznawał własnego potu, cuchnął jak nigdy dotąd. Mijając milicjanta, odetchnął głęboko, jakby nabierał sił do zmierzenia się z przedstawicielem władzy. Funkcjonariusz w średnim wieku, dokładnie ogolony, obrzucił go nieprzyjaznym spojrzeniem. Już pewnie wie, że to ja, pomyślał Kabacki. Istotnie wiedział, komu przypisać tę nikczemność.

– To zuchwalstwo i polityczna prowokacja! – podniósł głos. Wstał i podszedł do wystraszonego chłopaka. Pochylił się, zajrzał mu w oczy i wycedził: – Czy ty chociaż wiesz, gówniarzu, na co się porwałeś?

Ten bąknął:

– Nie wiem.

Zdenerwowany, śmierdzący czymś kwaśnym cywil sprawiał wrażenie, jakby chciał go uderzyć. Pohamował się jednak. Obszedł Kabackiego dookoła i znów zaglądając mu w oczy, rzucił złośliwie:

– Aleś ty głupi, chłopcze, aleś głupi! Ile masz lat?

– Siedemnaście – bąknął Kabacki.

– Nie dziwota, żeś głupi – powiedział śledczy z miną ponuraka. Otworzył drzwi na oścież. – Na komendę z nim! – Rozkazał ostro mundurowym.

Trafił do komisariatu przy ulicy Legionistów. Po dziesięciu minutach zabrali go z dyżurki dwaj inni mundurowi. W piwnicy odpięli pasy i okrutnie złoili mu tyłek, łydki, a nawet plecy. Bluźnili przy tym i wyzywali od najgorszych. Na koniec uświadomili go, żeby w przyszłości durnowate pomysły uskuteczniał w domu pod pierzyną, a wpierdol dostał za zniszczenie państwowego mienia, jakim był plakat i farby. Bardziej aktywny w biciu oznajmił chłopcu, że będzie siedzieć w piwnicy tak długo, aż skruszeje. Kiedy poczuje, że jest gotowy, ma zastukać w drzwi, tylko mocno, bo inaczej nie usłyszą. Zgasili światło i odeszli, szczerząc zęby jeden do drugiego.

Przed samym sobą wstydził się napływających do oczu łez, ale one nic sobie nie robiły z jego odczuć. Jakiś czas stał z głową opartą o chłodny mur z czerwonych cegieł, cuchnący stęchlizną.

Przez zakratowany otwór z siatką wciskało się do środka trochę światła. Zauważył wydrapane na ścianach napisy. Niektóre zamazano, ale można było odczytać. Poprzedni pechowcy grubiańsko lżyli gliniarzy, co według Marka dobitnie świadczyło, że im też zadawano cierpienie.

Sufit przekazywał odgłos czyichś kroków. Z ulicy dolatywały pojedyncze słowa przechodniów. Pomyślał o przywołaniu kogoś, żeby poprosić o poinformowanie matki, gdzie się znajduje. Zaraz to odrzucił, obawiając się tych od garbowania skóry. Usiąść nie mógł, bo nie miał na czym, a kamienna podłoga nie odpowiadała obolałym pośladkom. Kręcił się w tę i we w tę, nie mogąc odsunąć od siebie czarnych myśli. Przypomniało mu się zdarzenie sprzed sześciu lat, kiedy również został wychłostany. Ból był tak samo dotkliwy. Różniło się cierpienie.

Zabrał go ojczym od ciotki i kazał zadbać o gospodarstwo. Sam udał się do Wrocławia. Przyłożył się chłopak solidnie. Zwierzaki uśmiechały się do niego, on do nich, przynajmniej tak wtedy to widział. I tylko to zostało mu na pocieszenie. Po tygodniu opiekun przyjechał. Przystąpił do lustracji gospodarstwa. Zadowolony Marek chodził za nim krok w krok, spodziewając się pochwały. Tymczasem Lipka zarzucił mu kradzież otrąb i sprzedanie Bóg wie komu. Choć nie określił, ile poszczególnym zwierzętom dosypywać do paszy, obstawał przy swoim, że tyle zjeść nie mogły. Teraz chciał jedynie wiedzieć, kto je kupił. Dwukrotnie Marek wyparł się kradzieży. Wówczas Lipka uznał za stosowne wybić z niego zatwardziałość. Otwartą dłonią trzasnął chłopca w twarz. Ten zatoczył się, ale nie upadł. Ojczym dalej naciskał, klnąc ohydnie i ciskając złorzeczeniami. Nie poskutkowało. Sięgnął po rzemień lejcowy z końskiej uprzęży, która wisiała na ganku.

– Baranim głosem wyśpiewasz! – ostrzegł zapamiętale.

Wówczas skłamał. Chciał odwlec cierpienie. Znał opiekuna i wiedział, że kiedy zaplanował wymierzenie swojej sprawiedliwości, słowa dotrzyma i będzie w tym bezpardonowy. Przyznał się do sprzedaży otrąb sąsiadowi mieszkającemu po drugiej stronie ulicy Kołłątaja, ojcu kolegi ze szkoły. Janek chwycił Marka za kołnierz koszuli i zaprowadził do niego. Zaskoczony sąsiad nasrożył się i ostro zaprzeczył oskarżeniu. Lipka zacisnął szczęki. Tamten zmarszczył brwi. Odchrząknął.

– Odczep się, człowiecze! – warknął i zrobił krok w stronę Lipki. Był wyższy prawie o głowę i mocniej zbudowany. – A ty byś kupił cokolwiek od mego dzieciaka, hę? No, co, kupiłbyś bez mojej wiedzy, czy nie?

Lipka zdawał się nie słyszeć sensownych pytań. Szarpnął pasierba za ramię.

– Powtórz, co mówiłeś w domu! – wycedził wściekły, gdyż zrobiło mu się głupio, a w dodatku zaskoczyła go czupurność sąsiada, z którym wypił niejedną butelkę bimbru. Silny, wschodni akcent Lipki potęgował w chłopcu strach przed tym, co nieuchronnie musiało nastąpić. Nie wiedział tylko, w jakim wymiarze. Postawa ojca kolegi dodała mu odwagi.

– Nikomu nie sprzedałem – tłumaczył się, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Tyle zjadł koń, krowa i …

– Milcz, złodziejskie nasienie! – potrząsnął Markiem jak snopkiem słomy. Sąsiad z gniewnym wyrazem na czerstwej twarzy pokręcił głową.

– Masz szczęście, że twoja tego nie widzi – powiedział oschle. – Lepiej było tam siedzieć i jej pilnować, z doktorami pogadać, w łapę dać, a nie szukać dziury w całym. Chłopak dobrze sobie radził. Mój mu pomagał. A tyś się czepił jak rzep psiego ogona.

– Ty się w to nie wtykaj. Nie twój interes! – wrzasnął Lipka. Odwrócił się i pociągnął pasierba za sobą. Sąsiad zatrzasnął furtkę, aż brama zadrżała.

Kipiący złością opiekun kazał Markowi zaczekać w kuchni. Sam wyszedł na ganek po ulubione narzędzie do wymierzania kary. Nie namyślając się wiele, chłopak pognał w głąb mieszkania i przez sień czmychnął na ulicę drugim wyjściem. Już mnie nie dogoni, pocieszał się w duchu. Aby do Luboszyc! Ładnych parę kilometrów od Gubina, ale co to dla takiego smyka. Kilkadziesiąt kroków za nim podążał prześladowca w pościgu. Raz po raz, niczym bicze, smagały chłopca okrzyki kierowane do trzech mężczyzn, którzy wysiedli z pociągu w Gubinku i podążali do Gubina. Nie podejrzewając, że wezmą pod uwagę wrzaski Lipki, wpadł w ich ręce. Najmocniej zbudowany zakleszczył dłoń na jego ramieniu. Zlekceważyli wyjaśnienia i prośby; zachowywali się, jakby nie rozumieli, o co mu chodzi, zupełnie jak Lipka wobec sąsiada. W końcu i oni dopatrzyli się w nim złodzieja. Chcąc się uwolnić, ugryzł osiłka w nadgarstek. Ten nie pozostał dłużny. Natychmiast wymierzył mu własną sprawiedliwość, z zamachem, w policzek, żeby bardziej bolało. Szabrownicy ze wschodu, pomyślał chłopiec. Gdyby to wypowiedział, wzięliby go za jasnowidza i pewnie zainkasowałby kilka mocniejszych szturchańców. Lipka już się nie spieszył. Sapiąc ze zmęczenia, podziękował pomocnikom, nazywając ich dobrymi ludźmi. Wtedy takich nie brakowało. Wojna zaprawiła ich do życia, a uczuciowa solidarność ze słabszymi w potrzebie nie mogła się przebić przez mur nieufności.

Tym sposobem na powrót znalazł się w domu bez mamy, w swoim powojennym „bathausen”.

Nazajutrz skoro świt, ojczym nakazał mu spakować manatki. W południe obaj opuścili Gubin. Młodszy miał nadzieję na zamieszkanie bliżej matki, u jednej z ciotek, które osiedliły się we Wrocławiu. Taką myślą pocieszał się w czasie jazdy. Starszy natomiast wierzył w skuteczne pozbycie się żulika. Przez całą drogę chłopak stał przy oknie, obserwując powojenny krajobraz. A Lipka milczał. Zawzięcie milczał, paląc śmierdzące skręty jednego za drugim. Zamiast bibułki wykorzystywał przygotowane wcześniej kawałki gazety. Marek przypomniał sobie, jak matka jeszcze w Piaskach powiedziała, że Janek używa bibułki, o której przed wojną i w czasie jej trwania chłopcy sprzedający gazety w Lublinie wykrzykiwali: „Bibułka solali! Wieczór sie czyta, rano sie pali!”. Nie pozwolił uchylić okna; przerażały go przeciągi, które ponoć były przyczyną dolegliwości zwanej różą. Gapił się nie wiadomo gdzie, wypuszczał cuchnące smugi z głębi płuc i milczał. Wciąż miał pioruny w oczach podobnych do małych, czarnych guzików. Kilka godzin jazdy, a z ponurej twarzy nie zniknęły ślady gniewu i agresji.

Wrocław. Stosy gruzu po obu stronach torów. Gdzie spojrzeć, kominy sterczące jak krzyże, cmentarzysko zbombardowanych dzielnic. Mimo takiego widoku radowała się dusza chłopca, kiedy stanął pod ogromnym dachem dworca, ocalałego chyba cudem. Spojrzał na swego opiekuna z nadzieją, że powie, gdzie teraz pójdą. Ten jednak użądlił go gniewnym spojrzeniem.

– Masz! A to twój pociąg! – burknął w złości. Marek wziął bilet, po czym spojrzał na kościsty drogowskaz. Z końca palca przeskoczył wzrokiem na białą tablicę z czarnym napisem: Wrocław – Częstochowa – Dęblin – Lublin. Nie zdążył jeszcze wyobrazić sobie, co go czeka na końcu drogi, a opiekun dorzucił z tym swoim śmiesznym akcentem: – Czego stoisz jak szmok na weselu? Wsiadaj! Tam twoje psie prawo! U mnie miejsca nie znajdziesz. I na matkę nie licz, złodziejskie nasienie! Drugi raz nie przyjedzie. – Odwrócił się i odszedł. Zimno zrobiło się chłopcu po tych słowach i pożegnalnym spojrzeniu. Stał jak wrośnięty w betonowe płyty. Chłodem powiało na peronie. Łzy ciekły, bo nie miał nad nimi władzy. Patrzył na rozmazane plecy Lipki, ściskał w dłoni bilet, mimo to nie mógł uwierzyć, że zostawił go, poszedł i już nie wróci. A miał być mu tatusiem. Tak się do niego zwracał za namową matki i ku jej uciesze. Kiedy całkowicie stracił go z oczu, zelżał chłód na peronie. Jednocześnie odczuł ciężar własnego wieku. Jakiż byłby szczęśliwy, mogąc w jednej chwili dorosnąć! Ostatni raz spojrzał na schody i poręcz, o którą otarł się opiekun. Urosnę, ty zbóju, pomyślał z głęboką wiarą.

Konduktor krzyknął, żeby wsiadać. Chłopak przetarł twarz rękawem podniszczonej marynarki, poprawił wysuwający się spod pachy tłumoczek i po dwóch stopniach ociężale wszedł do wagonu. Unikał ludzi. Poszukał pustego przedziału. Położył się brzuchem do drewnianej ławki, bo tylko tak nie odczuwał fizycznego bólu. Z głową na tłumoczku nie było najgorzej. Nie przeszkadzał mu turkot, nie obchodziła nadchodząca noc. Zajął się liczeniem styków szyn. Po jakimś czasie, kiedy zrobiło się całkiem ciemno, pomyślał o matce. Jął się pocieszać, że potrafi dojść prawdy i znowu odmieni jego życie. Niech tylko szczęśliwie urodzi.

W Lublinie obudzili go sokiści. Zapytali, dlaczego nocuje w pociągu odstawionym na bocznicę. Był zaspany. Nie potrafił im tego wytłumaczyć. Dopiero dyżurnemu ruchu opowiedział, dlaczego i w jaki sposób znalazł się tutaj bez opieki.

– Widzisz, mały, co ta cholerna wojna porobiła z ludzi – powiedział i z niedowierzaniem potrząsnął głową. Wyjął z szuflady dwie złożone kromki chleba posmarowane smalcem z cebulą. – Zjedz chociaż to, bo ten plugawy typ zapomniał, że rośniesz i jeść musisz. Biletu do Biskupic też ci nie kupił. Na piechotę miałeś dyrdać? – Chłopak przytaknął ruchem głowy. – Ot podlec! Ale głowa do góry! – pocieszył go kolejarz. Marek milczał, pałaszując przepyszny poczęstunek. – Za pół godziny przekażę cię konduktorowi. Pojedziesz na gapę.

Szedł wolno skrajem szosy. Wieś tonęła w porannych mgłach. Od czasu do czasu gdzieś daleko odezwał się czworonożny dozorca, po chwili następny i jeszcze jeden... Potem krótka cisza i znów to samo. Widział tylko najbliższe zabudowania, te przed mostem na Wieprzu; wyglądały jak szare kopce. Tamtych za rzeką w ogóle nie było widać; otuliła je mgła. Patrząc tam, dostrzegał jedynie szarość. Wyobraził sobie, że wszystko się zapadło oprócz tych psów wzywających pomocy. Niedaleko zagrody wujostwa spotkał go ich kundelek, zupełnie jakby wyostrzony węch podpowiedział mu, kto się zbliża, i że trzeba wyjść naprzeciw. Przechylił łebek na jedną stronę, na drugą, zamerdał ogonem i jął podskakiwać w swoim tańcu radości. Chłopak przytulił go i pogłaskał, a on polizał jego twarz i ręce. Do mieszkania ciotki nie zajrzał. Bezgłośnie uchylił wrota stodoły. Na klepisku leżały pachnące snopy żyta. Ojciec spał w sąsieku na sianie. Do swego gniazda przywykł jak do wygodnego łóżka. Marek cichutko położył się na snopkach. Przyjemny zapach podsuwał na pamięć wszystko, co go tutaj otaczało przed rokiem. Błądził po miedzach zielonych, gdzie wypasały się jego podopieczne, przyglądał się polom, na których pracowali z ojcem. W końcu poskarżył się matce, że Lipka zabrał go z Luboszyc, choć miał tam dobrze. Ciocia Henia nie chciała puścić, ale powiedział, że taka jest wola matki, bo trzeba doglądać gospodarstwa. Potem zrobił z niego złodzieja. Pewnie teraz zechce oszukać mamę. Nie uda mu się oszukać mamy. Ona go przejrzy. I znów zabierze do siebie jak w zeszłym roku. Zawsze mówiła, że ma jednego syna i przy niej jego miejsce. Przy niej wyuczy się fachu i wyrośnie na człowieka. Obiecał sobie wtedy, że tak istotnie będzie, gdyż nigdy jej nie zawiedzie. Na wszystko zarobi, jak wujek Czesiek w Luboszycach. Wróci jeszcze do mamy i Kasi, musi wrócić. I więcej nie da się pobić ani przepędzić.

Obudziła go głodna, niewydojona krowa. Ulotniły się pola i miedze, po których chodziła mama z Kasią, młodszą siostrą Marka, gdzieś w podziemiach rozpłynął się Lipka, a przez szczelinę między wrotami wciskało się do stodoły poranne słońce, tworząc czerwonawą kurtynę. Za nią stał zamyślony ojciec wsparty plecami o przegrodę. Nijakie jego oczy patrzyły na syna.

– Odprawili? – zapytał jak przez snopek. Chłopak odczuł wstyd i przykrość. Ojciec wolno potrząsnął głową. – Pilno im było – dodał, podchodząc bliżej. Zacisnąwszy zęby, Marek usiadł i zaczął dukać:

– Mamusia chora. W szpitalu jest...

– Długo przy nim nie pożyje – wtrącił ojciec takim głosem, jakby patrzył na jej umieranie.

– Pożyje! – zaprzeczył syn zapamiętale. Wstał. Ból pośladków i pleców przeszył go całego. – Musi pożyć! – dorzucił, nie mogąc znieść grymasu na twarzy ojca. – Pacierze mówię...

– Co jej?

– Chora. Dziecko ma urodzić. Do specjalistów pojechała. Gubin to zadupie. Ani doktorów dobrych nie ma.

– Matka chora, a kulfon wygnał – powiedział Janek smutnym głosem. Syn bezradnie patrzył na ojca. Ściśnięta krtań nie pozwoliła powiedzieć nic więcej. Gdyby nie wiedział, że to ojciec, pewnie by go nie poznał. Zmienił się przez ten rok. Zarósł, posiwiał, zapadły mu się oczy, a tuż pod nimi zwisały fałdy pomarszczonej skóry. Podszedł całkiem blisko i wyciągnął rękę. Ręka chłopca na moment zatrzymała się wpół drogi. Zemdliło go.

– Głaz przygniótł – rzekł ojciec z ledwie wyczuwalną skargą. –  Musieli urżnąć. – Marek obiema rękami uścisnął wielką dłoń bez połowy środkowego i wskazującego palca. Zamiast opuszek i paznokci zobaczył zarumienione czapeczki, posiekane zmarszczkami. – Kosę ciężko utrzymać – dodał tak cicho, jakby obawiał się kogoś podsłuchującego.

Po śniadaniu poszli pod ogromną sosnę z gniazdami wron nieopodal zagrody wujostwa. Czuł zapach lasu i niedawno skoszonych zbóż. Delikatny wietrzyk powiewał od rzeki, przynosząc z tamtej strony zapach łąk i chłopskich zagród. Ojciec usiadł na trawie i oparł się plecami o drzewo. Marek położył się na boku. Nie narzekał na życie w Gubinie. Pochwalił się szkołą, wspaniałym koniem, meblami, jakich w Pełczynie nikt nie ma, lecz wszystko to przysłonił cień ostatniej krzywdy. Dokuczała mu okrutnie. Musiał ją z siebie wyrzucić. Chcąc sprawdzić, czy są jakieś ślady, ojciec obejrzał obolałe miejsca. Kiedy syn się odwrócił, w oczach ojca szkliły się łzy. Z żalem i bólem przywarł twarzą do szerokiej piersi. Ojciec przytulił go. Pierwszy raz tak serdecznie go przytulił.

Postanowił zastukać do drzwi, a gdy otworzą, powiedzieć, że czuje w sobie skruszenie, choć w gruncie rzeczy nie miał pojęcia, jak się takie coś objawia, co się odczuwa podczas skruszenia i po nim.

Funkcjonariuszem, w którego gestii znalazł się dalszy los Marka, był porucznik UB. Miał ciemne, krzaczaste brwi, które łącząc się, tworzyły jakby daszek nad kształtnym nosem i szarymi oczami, zaznaczone kości policzkowe i ciemne włosy zaczesane do góry, posmarowane brylantyną. Z twarzy przypominał Markowi wujka, którego lubił tylko za to, że był człowiekiem wesołym, często uśmiechniętym, a przy okazji spotkań rodzinnych opowiadał dowcipy, które najbardziej rozśmieszały Zofię, matkę Marka. Po pierwszych kilku zdaniach, jakie wypowiedział porucznik, Kabacki stwierdził, że jest on człowiekiem kulturalnym, bo nie bluźni, jak ci od bicia, nie śmierdzi, jak cywil w kancelarii naczelnika wagonowni, a do tego ma na sobie elegancki garnitur i krawat, podał mu rękę na przywitanie i kazał usiąść. Choć na pośladkach czuł ogień, nie okazał tego żadnym grymasem. Powoli usiadł. Naprężył mięśnie nóg, bo wtedy tyłek mniej bolał. Porucznik ze spokojem poinformował go, że zostanie potraktowany ulgowo, ponieważ nie ma osiemnastu lat. Zrobi wyjątek i obejdzie się bez prokuratora, ale pod pewnymi warunkami. Trzeba podpisać zobowiązanie do współpracy w takich i podobnych sprawach oraz wyrzec się brania w nich udziału. Można odmówić, ale wówczas nie będzie wyjątku. Nie miał zamiaru odmawiać, nie dbał też o to, co porucznik podsunie mu do podpisu. Podpisałby nawet diabłu cyrograf, byleby natychmiast stąd wyjść i wrócić do pracy albo do domu. Wyrzekł się udziału w takich i podobnych sprawach, co poświadczył własnoręcznym podpisem. Na koniec porucznik obiecał spotkać się z nim w celu nawiązania ściślejszej współpracy, ale dopiero wówczas, kiedy już będzie pełnoletni.

Wyglądało na to, że już wtedy był przekorny, czyli niepodatny na skruszenie, bo niebawem przyszło mu do głowy, że do takich i podobnych spraw nie zalicza się włączenia Wolnej Europy do sieci radiowęzła miejskiego. Podekscytowany, w tajemnicy przed domownikami, czekał do północy na hymn kończący program Polskiego Radia, by natychmiast podłączyć do sieci rodzinne radio z prowizorycznym wzmacniaczem wykonanym własnoręcznie i nastawić Wolną Europę lub Głos Ameryki z Europy. Zakłócenia były, ale skoro on mógł spośród buczenia i trzasków wyłowić głos, na którym mu zależało, i usłyszeć wiele ciekawych wiadomości, to inni też mogli.

Krótko upajał się swoim dziełem. Dzięki obywatelom, bezpieka zazwyczaj szybko i skutecznie likwidowała jakąkolwiek działalność wymierzoną w podstawy naszego ustroju. Tym razem nie został pobity. I to wcale nie pełnoletniość go uchroniła. Miał zostać ich człowiekiem, czyli człowiekiem polskiej bezpieki. Od razu stanął twarzą w twarz z tym samym porucznikiem. Obyło się bez prokuratora, a tym samym sądu. Nie szykanowano matki ani Lipki, bo z miejsca do wszystkiego się przyznał, wykluczając jednocześnie działanie za namową kogokolwiek, co sugerował porucznik. Teraz także było coś za coś. Podpisał bowiem zmodyfikowane zobowiązanie do współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa, w którego imieniu działał porucznik Krzysztof Głowacz. Kabacki zdystansował się od wszelkiej działalności antypaństwowej, przygoda z siecią radiowęzła została do takiej zaliczona, wziął na siebie obowiązek składania porucznikowi pisemnych sprawozdań ze wszystkiego, co usłyszy lub zobaczy w swoim miejscu pracy, a nawet poza nią, jeśli będzie to nosić znamiona szkodzenia naszemu porządkowi społecznemu. Dodatkowo zobowiązał się dochować ścisłej tajemnicy na temat współpracy. Raz w miesiącu spotykał się z Głowaczem w zakonspirowanym lokalu przy ulicy Okrzei, by zdać ustną relację ze swojej działalności. Porucznik decydował, co z tego godzi w socjalistyczne państwo, a co nie. Dopiero po weryfikacji Marek mógł pisać sprawozdanie w formie oświadczenia, które podpisywał pseudonimem Konar. Głowacz uznał jego działalność za normalną pracę dla dobra ludowej ojczyzny i z tej racji, za pokwitowaniem, wypłacał mu kilkadziesiąt złotych, ponieważ ojczyzna nie wyzyskuje swoich obywateli. Wydawał je przeważnie podczas potańcówek, jakie w owych czasach odbywały się w każdą sobotę i niedzielę. Choć nie był rozrzutny, jedna taka wypłata wystarczała raptem na jedną potańcówkę.

Kiedy Józef Światło uciekł na Zachód i na falach Wolnej Europy odkrywał prawdziwe oblicze podpory systemu, czyli Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zostało ono przekształcone w Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a UB w SB. Pobór do wojska wydał się Kabackiemu wyzwoleniem. Jak gdyby dla potwierdzenia tego, porucznik Głowacz oświadczył, że w związku ze służbą wojskową następuje zawieszenie współpracy. Marek postanowił wtedy wykorzystać okazję i zostać w wojsku. Sądził, że w ten sposób wystrychnie porucznika na dudka.

ROZDZIAŁ 2

– Witaj, Marku! – odezwał się pierwszy cywil, kiedy pułkownik zostawił ich samych. Wyciągnął rękę i przedstawił się: – kapitan Tokarski. A to mój kolega, porucznik Sokolik. – Wymienili uściski dłoni. W innych okolicznościach Kabacki miałby gdzieś takie teksty i gesty, i z pewnością dałby im to odczuć. Teraz też miał je gdzieś, tyle że wyłącznie dla siebie. – Siadaj, bo to trochę potrwa – dorzucił, wskazując krzesło obok siebie. Naprzeciwko Kabackiego siedział porucznik. Zaskoczony sytuacją, Marek usiadł i milczał, spoglądając to na jednego, to na drugiego. – Co, nie spodziewałeś się takiej wizyty? – podjął kapitan, uśmiechając się półgębkiem. Sokolik podszedł do otwartego okna i gapił się na stuletni budynek kwatermistrzowski z czerwonej cegły, vis a vis budynku sztabowego.

– Ma pan rację – odparł Marek, przeczuwając nadchodzące kłopoty. – W życiu się nie spodziewałem.

Zdawał sobie sprawę, że przyjdzie mu przełknąć kolejną gorzką pigułkę, zapewne nie ostatnią. Najbardziej dokuczała świadomość, że jedni przekazali go drugim, ci z pewnością przekażą następnym i tak wbrew sobie będzie przekazywany, jak rodzinna pamiątka, niezależnie od tego, kto okaże się spadkodawcą, a kto sukcesorem.

– Widzę, że jesteś wypoczęty. Czerstwo wyglądasz po urlopie – kapitan przygotowywał klimat pod sprawę, która ich tu przygoniła. – Skądinąd wiemy, że zuch gość z ciebie. Świetnie radzisz sobie w wojsku.

– Bo ja wiem, czy zuch. Robię, co do mnie należy, bo to lubię – odparł Kabacki obojętny na jego pochwałę. – A taki urlop, to prawie jak przepustka.

– Wiemy, Marku, wiemy o tobie więcej niż, przypuszczasz – odezwał się Sokolik, podchodząc do stolika. Usiadł na poprzednim miejscu. Mógł mieć najwyżej czterdzieści lat, podobnie jak kapitan. Obaj służyli w Świnoujściu i tam mieszkali. – Za byle co nie daje się urlopu.

– Spotkaliśmy się z tobą – włączył się kapitan – ponieważ zależy nam na twojej pomocy w poważnej sprawie. Myślę, że się dogadamy. Tylko najpierw muszę ci przypomnieć, by nie było niedomówień, że nadal jesteś zobowiązany do zachowania ścisłej tajemnicy. Chodzi o tę rozmowę, a także o to, co usłyszysz od nas i o wszystko, co będzie dotyczyć postawionego ci zadania. Twoje zobowiązanie jest nadal aktualne. Mamy je w aktach. A kopię tutaj - pokazał na brązową teczkę stojącą obok krzesła, na którym siedział. – Złamanie go będzie przestępstwem. Czy do tej pory wszystko jasne? – zakończył z naciskiem.

Kabacki nie orientował się, czy rzeczywiście byłoby to przestępstwo, czy tylko przewinienie lub wykroczenie, ale zdawał sobie sprawę, że za odmowę współpracy może słono zapłacić, tym bardziej, kiedy nosi się z zamiarem pozostania w wojsku. Miał smykałkę do łączności radiowej, a poza wojskiem nie widział dla siebie miejsca w tej dziedzinie.

– Jasne – bąknął i zaraz spytał: – Może pan powiedzieć, jakie to zadanie?

– Bojowe. Konkrety przedstawimy ci w odpowiednim czasie i nie tutaj – powiedział Tokarski. Miał wyłupiaste oczy, a na nosie siodełko. Podczas rozmowy poruszał głową, jakby od czasu do czasu coś połykał. – Na razie poprzestańmy na tym, o czym jest mowa.

– Ptaszki ćwierkały, że świetnie spisałeś się jako radiotelegrafista na zawodach okręgowych – zmienił temat porucznik.

– Udało się – odparł Marek krótko, nie chcąc wdawać się w dyskusję.

– Nie bądź taki skromny – powiedział z uznaniem kapitan. – Zajęcie pierwszego miejsca nie może być przypadkiem. Nic dziwnego, że otrzymujesz urlopy.

– Kiedy człowiek coś lubi, robi to najlepiej, jak potrafi – odparł Kabacki.

– A czy prawdą jest, że chcesz zostać zupakiem?

– Nie zupakiem tylko żołnierzem zawodowym – obruszył się Marek. – Łączność radiowa to moja pasja. Szef łączności zachęca, żebym został. Do końca służby ponad trzy miesiące. Jest czas do namysłu.

– Czuły jesteś – zauważył Tokarski. – Ale tak się potocznie nazywa podoficerów zawodowych. – Urwał i przez moment przyglądał się Kabackiemu. Ten wzruszył ramionami, lecz nic nie powiedział. – Musisz jednak o czymś wiedzieć – podjął kapitan, chcąc zawczasu zmiękczyć kaprala, żeby nie przyszło mu do głowy zrezygnować ze współpracy. – Otóż, czy zostaniesz, czy nie, będzie to w dużej mierze zależało także od nas, to znaczy od służby, którą reprezentujemy. Jeśli nie wystawimy ci pozytywnej opinii, nie masz co marzyć o pozostaniu na zawodowego.

– Mam rozumieć, że będziecie przeciw?

– Tymczasem puść to mimo uszu – odparł, przybliżając się z krzesłem do stolika. – Zobaczy się, jak poradzisz sobie z wykonaniem zadania. Teraz zechciej dobrze się zastanowić i powiedzieć nam, czy przypominasz sobie najlepszego kumpla z elpeżetu.

Zdziwiony Marek błądził wzrokiem ponad głową porucznika i milczał. Takich kolegów miał kilku, ale tylko z jednym łączyło go coś szczególnego. O nim jednak nie chciał wspominać, żeby przypadkiem nie wyszedł na jaw ich dawny plan. Przyrzekli sobie zrobić z niego sekret. Już cisnęło mu się na język inne nazwisko, kiedy pytający zdradził, o kogo chodzi:

– Mam na myśli Jana Wartkiego.

Kabacki klepnął się w czoło. Miał taki nawyk i walczył z nim do czasu poznania przyszłej żony. Potem jak ręką odjął.

– No przecież, że pamiętam. Też mieszka w Żarach. Razem uczyliśmy się alfabetu Morse'a i pracy na radiostacji. Byliśmy też na zawodach w Zielonej Górze. Fajny kumpel.

– Świetnie – uśmiechnął się porucznik. Był blondynem o kwadratowej, ale niezbyt dużej twarzy o nijakim wyrazie. Kiedy się uśmiechał, oprawa jego niebieskich oczu przypominała Markowi przyczajonego lisa. – Będziesz miał okazję pogadać o waszym planie sprzed paru lat.

– Wiesz gdzie on teraz pełni służbę? – zapytał Tokarski. W tej chwili Marek zrozumiał, że chodzi im nie tylko o Janka, lecz również o niego, bo w tamtym czasie obaj głowili się, jak czmychnąć na Zachód. Nie patrząc na żadnego z nich, odparł:

– Jeśli nie został przeniesiony, to w Międzyzdrojach. Każdy z kolegów miał skierowanie i wiedział, gdzie się stawić. Ja pojechałem do Brzegu, on do Międzyzdrojów.

– Służy tam do dzisiaj. Byłeś w Międzyzdrojach?

– Nie.

– To będziesz. Zafundujemy ci parodniową wycieczkę – oświadczył kapitan. Wyjął z teczki kopertę, a z niej rozkaz wyjazdu i zlecenie na pociąg do Szczecina. Wręczając je Kabackiemu, rzekł: – Tylko nie nawal. Po wyjściu z dworca dobrze się rozejrzyj. Będziemy w zielonkawej warszawie.

– Rozumiem – bąknął Kabacki. Przez otwarte okno dolatywały komendy wydawane donośnym głosem; na placu alarmowym jeden z pododdziałów rozpoczął zajęcia z musztry.

– Dokumenty masz wystawione od dzisiaj – kontynuował kapitan. – Poszliśmy ci na rękę. Możesz zahaczyć o Żary. Znowu odwiedzisz rodzinkę. Szczególnie matka się ucieszy, co?

– Zawsze cieszy się na mój przyjazd.

– Jak mnie pamięć nie zawodzi – odezwał się Sokolik – to z Zielonej Góry masz dobre połączenie z niedzieli na poniedziałek.

– Sprawdzę w rozkładzie – rzekł Marek, chcąc jak najszybciej rozstać się z nimi. Ze zdumieniem stwierdził, że dokumenty wystawiła jego macierzysta jednostka. Podpisał je szef sztabu. A więc przynajmniej jemu powiedzieli, w jakim celu pojedzie tam podwładny.

– Nie musisz sprawdzać – włączył się kapitan. Z bocznej kieszeni brązowej marynarki wyjął niewielki notes, chwycił za koniec czerwonej tasiemki, żeby otworzyć w odpowiednim miejscu. Zero dwanaście z peronu drugiego, ale z Żar musisz wyjechać warszawskim o dwudziestej dwadzieścia pięć, bo to jedyne połączenie – dodał, popisując się tym dziwnym ruchem głowy, i schował notes. – Myślę, że na tym zakończymy. – Spojrzał na porucznika. Ten przytaknął. Kapitan dorzucił: – Tak, jak powiedziałem, szczegółów o zadaniu dowiesz się w odpowiednim czasie. Dziękujemy za zrozumienie i wolę współpracy.

– Szkoda, że nie wiem, o co konkretnie chodzi – powiedział nieśmiało Kabacki. – Ciekawość nie da mi zasnąć.

– Gdybyśmy ci powiedzieli, wtedy z pewnością byś nie zasnął – odparł Sokolik z nutką chełpliwości.

Po rozstaniu się z nimi Marek przypomniał sobie wszystko, o czym rozmawiali z Jankiem. Doszedł do wniosku, że tamto nie jest już takie ważne jak to, skąd wiedzą o planie ucieczki. Zaczął się obawiać, czy nie zechcą wykorzystać posiadanej wiedzy o planie i uniemożliwić mu przejście na zawodowego, gdyby z jakichś tam powodów nie sprostał zadaniu bojowemu. Wprawdzie nie mówili, co plan zakładał, ale skoro wiedzieli, że istniał, to prawdopodobnie wiedzą, czego dotyczył. O nic innego nie chodziło, bo tylko nad nim się głowili. W tym czasie Wartki poznał dziewczynę. Zosia nie zamierzała tułać się po świecie ani dostać się do więzienia. Przekonała go do swego zdania i pomysł upadł. A może to ona ich sypnęła?

Przed dwudziestą tego samego dnia, Kabacki przyjechał do Żar. Matka, choć zadowolona, zaczęła wypytywać, jakim cudem po niecałym tygodniu znów otrzymał urlop.

– Nie urlop tym razem tylko podróż służbowa – powiedział, pokazując rozkaz wyjazdu. Założyła okulary i dokładnie przeczytała od początku do końca.

– Kamień spadł mi z serca – odparła z wyraźną ulgą. – Myślałam, że to samowolka…

Następnego dnia była sobota, dzień sprzątania mieszkań. Każdy, kto się w tym czasie napatoczy znienacka, czyli zakłóci tę czynność, staje się intruzem czy to mu się podoba, czy nie. Od rana czuwał więc w oknie, by przyuważyć Hanię lub Krysię i zapytać, czy może przyjść. Naszła go bowiem nieodparta ochota na rozmowę z młódką. Chciał wybadać, czy po skończeniu szkoły zostanie jego narzeczoną.

Po półtoragodzinnym czuwaniu zauważył Krysię. Wyszła zrobić zakupy. Wybiegł na ulicę i zadał jej przygotowane pytania. Drgnęły kąciki jej ust. Odczytał to jako zalążek uśmiechu.

– Hania poszła do koleżanki – poinformowała go ciepłym głosem. – Obiad mamy o trzeciej, więc przed trzecią wróci. O wpół do czwartej śmiało możesz przyjść.

Pozostały mu ponad dwie godziny. Diabelnie długo! Już po kilku minutach zaczęła zżerać go niecierpliwość. Łaził z kąta w kąt, co rusz popatrując na tykający zegar.

– Co cię tak nosi? – zainteresowała się matka. – Czekasz na kogoś?

– Brakuje mi wojskowego ruchu – odparł z uśmiechem. Przestał jednak kursować po mieszkaniu. Zajął się książką o amatorskich urządzeniach nadawczych.

ROZDZIAŁ 3

Samochód miał rejestrację cywilną. Przywitali się z Kabackim jak z dobrym znajomym. Od razu skupił się na obserwacji trasy. Upłynęło kilka minut i dostrzegł to, o co mu chodziło. Znak drogowy informował, że do Międzyzdrojów sto cztery kilometry. Teraz już nie miał wątpliwości, gdzie jadą. Nie wiedział tylko, po co ma spotkać się z Jankiem. Niewykluczone, spekulował, że z jakiegoś powodu wrócił do starego planu, zwierzył się komuś albo szukał współuczestnika, a ten go zakapował. Na razie nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Zatrzymali się na spóźnione śniadanie w przydrożnym barze. Mówili do siebie po imieniu. Waldek to siodełkowaty nos, czyli Tokarski. Sokolik, czyli kwadratowa twarz bez wyrazu, miał na imię Paweł. W czasie posiłku rozmawiali o piłce nożnej. Kierowca, Witek, kibicował Pogoni Szczecin. Był zawiedziony dziesiątym miejscem ulubionej drużyny. Sądził, że na koniec sezonu ulokuje się w środku tabeli. Waldek i Paweł byli za Śląskiem Wrocław, plasującym się wyżej, bo na czwartej pozycji. Za posiłki oraz napoje zapłacił szofer. Sportowy temat utrzymywał się jeszcze w samochodzie. Dopiero w pobliżu celu podróży zaczęli się zastanawiać, gdzie najlepiej zjeść obiad.

W Międzyzdrojach, na jednej z uliczek z małymi domkami po obu stronach, Waldek zabrał swoją teczkę i wysiadł. Przeszedł może trzydzieści kroków i wtedy Paweł kazał Markowi pójść za tamtym. Wyszedłszy z samochodu, odetchnął głęboko przyjemnym powietrzem. W drodze do Międzyzdrojów rozpiął mundur, a mimo to pot go zalewał. Wprawdzie czuł orzeźwiające powiewy, jednak południowa pora w lipcu przy pięknej pogodzie nie mogła być dlań łaskawa. Oni byli na letniaka, w koszulach z krótkimi rękawami i w marynarkach z cienkiego materiału. Idąc teraz za Tokarskim, zazdrościł mu ubioru. O tych za nim przestał myśleć. Sądził, że odegrali swoją rolę i więcej ich nie zobaczy. Kapitan otworzył furtkę w ogrodzeniu, zamknął ją za sobą i po chwili zniknął w piętrowym budynku otoczonym ogródkiem. Po obu stronach przejścia, prowadzącego od ulicy do budynku, rosły mieczyki. Kolorowe kwiaty upiększały tę część ogródka. W głębi widać było inne rabatki  pełne kwiatów. Marek kilkakrotnie głęboko odetchnął przyjemną wonią.

Spotkali się w korytarzu. Tokarski bez słowa pokazał na schody. Kabacki poszedł przed nim.

– Tu – powiedział kapitan, pokazując ręką pierwsze drzwi po prawej stronie. Z kieszeni spodni w kolorze umbra wydobył klucz. – Wszystkie pokoje wynajmują wczasowicze. A ty będziesz gościem jednego z nich – dorzucił niemal szeptem. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, zlustrował Marka bystrym wzrokiem. Wykrzywił twarz. – Coś ty taki sflaczały? Siadaj, człowieku, bo ledwie stoisz. Co ci jest?

– Spać mi się chce, nic więcej – odparł smętnie. Zostawił czapkę na kołku wieszaka przymocowanego do drzwi. Usiadł na jednym z czterech krzeseł. Waldek spoczął na łóżku. Z bocznej kieszeni beżowej marynarki wyjął notes. Przewertował kilka kartek, coś tam wyczytał i rzekł:

– Na spanie przyjdzie czas. Zaraz sobie pójdę, ale najpierw kilka uwag. W nocy zjawi się tu jeden z naszych. Możesz zamknąć drzwi na klucz, bylebyś nie zapomniał wyjąć go przed zaśnięciem. Jak zapomnisz, będzie stukał. Zostaw mu to łóżko. Niczego się nie obawiaj. To równy facet. Obiło mi się o uszy, że kiedyś się z nim spotkałeś. Zresztą sam zobaczysz.  Dokładnie wie, co i jak. Wprowadzi cię w sprawę, pokieruje tobą, tak że śpij spokojnie. Jasne?

– Jasne. Gdzie jest ubikacja? – spytał wstając. Sytuacja, w jakiej się znalazł, wyczerpała go i rozstroiła. Do tego doszło upokarzające zerwanie z Hanią i nieprzespana noc. Za dużo jak na niecałe dwa dni. Zaczęło go mdlić. Podejrzewał, że to wina śniadania w barze.

– Następne drzwi po prawej – odparł Waldek, chowając notes. – Wytrzymaj chwilę, jeśli możesz. – Podszedł do okrągłego stolika. Położył na nim klucz do pokoju. Wyjął z teczki plik stuzłotowych banknotów. Odliczył pięć. – Pokwitowanie napiszesz przed powrotem do jednostki, bo może trzeba będzie dodać ci kilka setek. Stołuj się w restauracji. Jak wyjdziesz na ulicę, skręć w prawo. Muszlę estradową widać z daleka, a po jej prawej stronie jest niezła restauracja. Żarcie kapitalne. To wszystko. Masz pytania?

– Nie mam. Pójdę do ubikacji.

– Przyparło cię, co? Zasuwaj – rzekł z uśmieszkiem. – Powodzenia na jutro! – dodał, otwierając drzwi.

Wróciwszy z łazienki, Kabacki zlustrował wszystko, co znajdowało się w pokoju. Otworzył dwudrzwiową szafę. Zobaczył czyste, starannie poukładane ręczniki, cztery prześcieradła złożone w kostkę, a na samym dole dwie pary nowych kapci. Z boku, na wieszaku, znajdowała się jedna podomka. W drugim końcu pokoju stało coś w rodzaju barku, a w nim konserwy mięsne i rybne, butelki z oranżadą i alkoholem. Zajrzał jeszcze pod materace i poduszki oraz do obu szafek przy łóżkach. W jednej znalazł starą „Trybunę Ludu”.

Pomimo zmęczenia, zasnął dopiero po północy. Wstał przed siódmą. W łóżku przy oknie dostrzegł ciemną głowę na białej poduszce. Z boku stała brązowa walizka. Na oparciu krzesła wisiał popielaty garnitur, a pod krzesłem stały wypucowane buty w kolorze garnituru. Cichutko wyszedł do łazienki. Umył się pod prysznicem. Zapalił papierosa i usiadł na sedesie, bo nie było nawet stołka. Pierwszy raz od dawna zapalił na czczo. Zawsze przeszkadzało mu, kiedy ktoś smrodził przed śniadaniem. Na tę myśl natychmiast poczuł w ustach niesmak. Wrzucił papierosa do muszli i spuścił wodę. Spojrzał w lustro. Zbadał dłonią twarz. Cholera, co za roztargnienie! Jedna maszynka w domu, druga w koszarach, teraz będzie musiał kupić trzecią albo pójść do fryzjera. Otworzył okienko, bo dym z mocnych okropnie cuchnął. Patrzył z góry na zadbane rabatki przed domem, zastanawiając się, jak wytłumaczy Jankowi swój pobyt w takim kurorcie. Mnożyły się niewiadome, rósł niepokój. Obawiał się spotkania z przyjacielem. Podekscytowany, wrócił do pokoju. Tamten zdążył rozpakować walizkę.

– Cześć! – powiedział jak stary, dobry kolega. Kabacki zdębiał. – Co, nie poznajesz swego wujka Felka?

– Wujka? To niby tego... – zaczął dukać, widząc przed sobą porucznika Głowacza, któremu przed dwoma laty składał co miesiąc pisemny raport. Może już nie jest porucznikiem?

– Oczywiście! – przerwał mu Głowacz niezdarną wypowiedź, uśmiechając się jak aktor. Podali sobie dłonie. – Tego z Wrocławia, chciałeś zapytać?

– Właśnie tego. Tylko nie bardzo mi pasuje, że się pan podszywa – powiedział Marek, bacznie mu się przyglądając. Nie używał już brylantyny, przez co wydawało się, że przybyło mu włosów. Od ostatniego spotkania w zakonspirowanym lokalu jego twarz wcale się nie zmieniła. Nadal dbał o wygląd zewnętrzny. Przypomniał sobie, jak podczas jednego ze spotkań wygadał się o podobieństwie wujka Felka z Wrocławia i Głowacza. Teraz wcielił się w niego nie wiadomo po co. Sądził, że cała ta gra ma na celu wybadanie, jak sobie poradzi w zaskakującej sytuacji. Jeśli mnie sprawdza, pomyślał, będzie rozgoryczony.

– Odrzuć konwenanse – rzekł Głowacz, prztykając palcami. – Mam być twoim wujkiem i tak mnie nazywaj. Albo wal per ty. Felek i wsio! Tak najlepiej.

– Brakuje panu brodawki z włosem – wyrwało się Markowi. – Wujek ma taką na środku prawego policzka.

– Wiem, że ma – zgodził się przyszywany wujek. – I niech sobie ma. A Wartki wie o niej?

– Skąd. Przecież nie zna mego wujka.

– To po kiego licha wymyślasz problemy? Prywatnie ci powiem, że cholernie nienawidzę narośli na twarzy, zwłaszcza takich z włosami. Zastanawia mnie, dlaczego ją trzyma do tej pory. Przystojny, wysoki, nie jest stary, a takie świństwo hoduje na policzku i niepotrzebnie baby odstrasza. Jeszcze mu się rozmnoży. Gdyby mi kiedyś coś takiego wyrosło, wyciąłbym bez mrugnięcia okiem.

– Sam? – zdziwił się Kabacki.

– Osobliwie rozumujesz – uniósł brwi Głowacz. – Wiadomo, że lekarz.

– Od samego początku wszystko jest tak zakręcone, że nie mogę się w tym połapać. – Nie mógł zrozumieć, dlaczego Głowacz ani słowem nie nawiązał do ich współpracy i co robi wśród wojskowych. Tym powodowany przypomniał: – Przecież był pan porucznikiem w milicji.

– W służbie bezpieczeństwa – sprostował pośpiesznie, jakby owa służba była swoistą nobilitacją i nie miała nic wspólnego z milicją. – A teraz jestem kapitanem w wojskowym kontrwywiadzie. Mówisz, że nie możesz się w tym połapać. Przecież wsio proste – rzekł, grzebiąc w szafie. Gdzieś w pobliżu zatrzymał się samochód z uszkodzonym tłumikiem i zakłócał słowa Głowacza, który wyjął kąpielowy ręcznik i jął tłumaczyć jak przedszkolakowi: – Trzeba, żebym zagrał twego wujka, więc robię to najlepiej, jak umiem. Tak musowo, bo inaczej szkoda byłoby tracić na to czas. Bez takiej legendy jak wytłumaczysz koledze pobyt w Międzyzdrojach? Stać cię na taki luksus? A Felek dyrektor, w dodatku wdowiec i może sobie na to pozwolić. Ty nie możesz. Twój kolega doskonale się orientuje, na co stać ciebie i twoją rodzinę. – Podszedł do okna wychodzącego na ulicę i szczelnie je zamknął; hałas zdecydowanie przycichł.

– Z tym, to racja – rzekł Kabacki.

– A z czym nie mam racji? – podchwycił szybko kapitan. Otworzył okno z widokiem na rabatki. Marek milczał. Głowacz dokończył swoją myśl: – Bo jeśli z tym mam, to znaczy, że z czymś innym nie mam. Tak to należy rozumieć.

– Chciałem powiedzieć – poprawił się Marek – że dobrze pan to obmyślił.

– Do diabła! – zareagował jak ukłuty znienacka. – Daruj sobie tego pana. Albo Felek, albo wujek. Przetrenuj, żebyś przy Wartkim nie wyskoczył z panem, bo przez twoje gapiostwo cały misterny plan weźmie w łeb.

– Nie wyskoczę. Przepraszam – bąknął Kabacki. Pomyślał, że muszą mieć cholernie ważny powód, by wobec Janka wypadł wiarygodnie. W przeciwnym wypadku nie zadawaliby sobie tyle trudu.

– To dobrze. Teraz popatrz na podłogę. Może służyć za lustro, a ty łazisz w takich buciorach i co krok ją stemplujesz. W domu też tak robiłeś?

– W domu chodziłem boso, a podłoga jest taka jak tu – odparł Marek skonsternowany uwagami kapitana. Ten wykrzywił usta w błazeńskim uśmiechu i machnął ręką.

– Nie widziałeś laczków w szafie? – zapytał tonem znośnej nagany. – Używaj, bo kupione specjalnie dla ciebie. Masz rozmiar czterdzieści dwa, zgadza się?

– Tak.

– Więc twoje i korzystaj z nich. Teraz pryskaj na śniadanko, bo już po dziesiątej. Pogadamy, jak wrócisz.

– Przy okazji odwiedzę fryzjera – powiedział Kabacki, przeciągając dłoń po widocznym zaroście. – Tylko najpierw muszę go poszukać.

– Nie musisz. Zabrałem, co trzeba. Ogolisz się sam…

Spotkali się po godzinie. Marek zdjął buty, włożył kapcie i usiadł przy stoliku. Bez słowa wstępu kapitan zaczął:

– Rozmowa ma wypaść naturalnie. Przypomnij sobie wasze kawalerskie pogawędki. Jak nie będziesz wiedział, o czym gadać, gadaj o dziewuchach. Wojacy to lubią. Można też mimochodem nawiązać do dawnego planu. Chyba wiesz, co mam na myśli? – Marek potwierdził ruchem głowy. Głowacz kontynuował: – Specjalnie go nie eksponuj. Koleś mógł wyrosnąć z głupoty, podobnie jak ty, choć nie wydaje się, żeby tak było… – urwał i złączonymi palcami prawej dłoni trzykrotnie puknął się w czoło. – Widzisz, pieska krew, pamięć zaczyna szwankować. – Z szafki przy łóżku wyjął maszynkę do golenia, mydło i pędzel. – Bierz i pryskaj się ogolić – powiedział tonem ponaglenia. Kabacki bez słowa wziął przyrządy i poszedł do łazienki. Męczył się blisko kwadrans. Głowacz zapomniał zmienić żyletkę. Kiedy wrócił, tamten wyglądał przez okno. Natychmiast je zamknął. Schował przyrządy do szafki, po czym usiadł na swoim łóżku, a Kabacki przy stoliku.

– Nic nie rób bezmyślnie – zagaił, patrząc na Marka. Powiedział o jedzeniu, o alkoholu w barku i jak z tego korzystać, żeby Wartki nie wyczuł sztuczności. Potem wyłuszczył, czemu Kabacki zawdzięcza pobyt w Międzyzdrojach. W jednostce Janka skradziono dwa pistolety maszynowe i sporo amunicji. Jak dotąd, nie udało się dojść, kto za tym stoi. Podczas dochodzenia ustalono, że jednym z podejrzanych może być Wartki, o czym on jeszcze nie wie.

– Pomógł nam w tym wasz plan ucieczki na Zachód – oznajmił z dumą Głowacz. – Jedna z wersji jest taka, że zachomikował broń w jakimś trudno dostępnym miejscu po to, żeby po wyjściu do cywila zabrać ją i razem z tobą lub z kimś innym prysnąć za granicę. Teraz ci się rozjaśniło?

– Rozjaśniło. Tylko musi pan… wujek wiedzieć, że przed ucieczką nie mieliśmy zamiaru starać się o broń – oświadczył stanowczo Kabacki. Nie wierzył, żeby Janek kiedykolwiek o tym pomyślał. – Jedyne, co zamierzaliśmy zabrać ze sobą, to spory zapas jedzenia, głównie konserwy i suchary.

– Nie mamy pewności, czy w nowych realiach nie postawił na inny wariant, taki z bronią – skwitował Głowacz, po czym dodał: – Twoim zadaniem jest jak najdokładniej zapamiętać, co on powie na temat kradzieży. Trzeba przy tym bardzo uważać, co się mówi, bo jednym niefortunnym słowem można spaprać całą robotę. Pamiętaj, żebyś nie ciągnął go za język. Myślę, że wszystko jasne – ni to zapytał, ni stwierdził na koniec.

– Chyba tak.

– Najpierw myśl, potem mów. Nie ma żadnego „chyba” – powiedział z naciskiem kapitan, marszcząc przy tym brwi. – Albo zrozumiałeś, albo nie. Bądź konkretny.

– Zrozumiałem – mruknął Kabacki. Pomyślał, że warto odegrać się na nim za taki ton i ciągłe uwagi. Głowacz spojrzał na zegarek.

– Minęła druga – oznajmił. – Czas iść. Zanim dojdziemy, będą po obiedzie.

Nie znał drogi. Kapitan posłużył mu za przewodnika. Poprzedzał go kilkadziesiąt kroków. Poza miastem Kabacki szedł lewym, a kapitan prawym poboczem. W żółtej koszuli z krótkimi rękawami był doskonale widoczny z takiej odległości. Asfaltowa szosa prowadziła przez las, lekko się wznosząc. Może po piętnastu minutach Głowacz dotarł do rozwidlenia. Nie zatrzymując się, przeczesał włosy palcami lewej ręki, po czym skręcił w prawo, na ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Doszedłszy do tego miejsca, Marek skręcił w lewo. Bramę koszar miał sto metrów przed sobą.

– A jakież to wiatry przygnały cię aż tutaj? – zapytał Wartki, podchodząc do Marka. Serdecznie się przywitali. Kabacki niemal dokładnie przytoczył legendę wymyśloną przez kapitana. Janek dorzucił: – Co za niespodzianka! Miło, że pamiętasz o starym druhu. Nigdy bym nie pomyślał, że któryś z naszej paczki tu zawita. – Miał pogodną, okrągłą twarz. Był ciemnym blondynem, wzrostu Kabackiego, lecz nieco drobniejszej budowy. Dobrze wyglądał w marynarskim mundurze. – Masz pamięć. Mnie szybko wyleciało z głowy, gdzie kto trafił.

– Początki sklerozy – zażartował Kabacki.

– Wiedziałem, że za dwa lata i tak się spotkamy.

– Masz rację, bo jakkolwiek by się ułożyło, rodzinę zawsze się odwiedzi, a przy okazji kolegów.

– Nie liczyłem, że tak szybko otrzymam przepustkę – powiedział Janek wolno i z taką miną, jakby jednocześnie myślał o czymś nieprzyjemnym.

– Podpadłeś?

– Wszyscy podpadliśmy. Od miesiąca nikogo nie wypuszczają. Diabli wiedzą, jakim cudem znikły z magazynu broni dwie pepesze. Ciągle ktoś jest przesłuchiwany. Dowódca powiedział, że dopóki broń nie znajdzie się na swoim miejscu, dopóty nie będzie żadnych urlopów, żadnych przepustek, nic. Zbiorowa odpowiedzialność. A czemu ja dostałem?

– Z Leszna kawał drogi. No i żołnierz żołnierza odwiedza. Może to wziął pod uwagę. Na biurze przepustek nie mówiłem, że jestem u wujka na wczasach.

– Może – mruknął Janek, lecz nie do końca w to uwierzył.

Po drodze Marek kupił cztery bułki, bo tamci najwyraźniej to zbagatelizowali. Zaprosił Janka do pokoju. Dopiero teraz, wchodząc na piętro, zauważył, jak głośno skrzypiał każdy stopień.

– No to cyk, pod to nasze spotkanie – powiedział Kabacki, unosząc pełny kieliszek.

– Powtórzę się, ale naprawdę przez myśl mi nawet nie przeszło, że mnie odwiedzisz – rzekł marynarz i z niedowierzaniem pokręcił głową. Wypili jeszcze po jednym i stwierdził, że na tym koniec, bo niepotrzebna mu dodatkowa krecha. Miał nadzieję, że przed odejściem do rezerwy pojedzie na urlop. Chcąc rozkręcić rozmowę, Kabacki streścił przebieg swojej służby od Brzegu poprzez Koszalin aż do Leszna. Dorzucił dwie pikantne przygody z dziewczynami, nie swoje, kolegów z wojska, gdyż o tej z Krysią nie opowiedziałby nawet podczas spowiedzi, gdyby kiedykolwiek się spowiadał. Janek nie podtrzymał tematu. Co innego uznał za ważniejsze. Pochwalił się, że zaraz po szkoleniu unitarnym, trafił do obsługi radiostacji. Liczył na to, sprawdziło się, ma więc powód do zadowolenia.

– Dzięki tobie – powiedział z wdzięcznością – bo zaciągnąłeś mnie na kurs.

– Miło to słyszeć. A przypomnij sobie, jakie za to miałeś do mnie wąty.

– Z początku, bo wydało mi się diabelsko trudne…

Do tej pory zaledwie napomknął o kradzieży broni. Z mało treściwej wypowiedzi Marek wyciągnął jednak wniosek, że kolega nie ma nic wspólnego z kradzieżą i nie wie, kto mógł to zrobić. Do zamiaru ucieczki na Zachód w ogóle nie nawiązał. Kiedy Kabacki zatrącił w rozmowie o dawne marzenia, natychmiast zdystansował się od nich, twierdząc, że przez tych kilka lat wiele się u nas zmieniło i nie ma sensu narażać się na surowe kary, bo za następnych parę lat nie będzie tu czerwonych sojuszników ani obcych patriotów przedzierzgniętych w Polaków.

– Obyś miał rację – rzekł Marek w zadumie.

– Przekonasz się, że każdy będzie mógł na spokojnie wybrać sobie miejsce gdzie indziej, jeśli nie znajdzie go w ojczyźnie.

– Ładnie powiedziane – przyznał Kabacki, ale w rychłe pozbycie się kremlowskiej kurateli nie wierzył. Podejrzewał, że za przyczyną Zośki, Janek wciąż inaczej postrzega tamten plan. Tymczasem sprawdził kieszenie munduru. Znalazł jakąś karteczkę, obejrzał, podarł na drobne kawałeczki i wrzucił do kosza.

– Masz fajki? – spytał z lekkim zakłopotaniem. – Zapomniałem przełożyć do wyjściowego.

Marek poczęstował go mocnymi w dziesiątkach. Zapalili obaj. Janek zaciągnął się jak nałogowiec. Wypuścił przez nos dwie smużki.

– Razem ze mną trafił do woja aplikant... – zaczął niespodziewanie inny wątek.

– Dziwne – wtrącił Kabacki – bo to przecież prawnik.

– Mówił, że kandydował na sędziego. Jest najstarszy wśród nas. Twierdzi, że sprawiedliwi nie mogli na niego patrzeć, bo za dużo siedziało w nim sprawiedliwości. Mnie się wydaje, że nie przystawał do układu. Do nas też nie bardzo pasuje.

– Ewenement, jak na nasze warunki – zauważył Marek.

– Ale co by tam o nim nie myśleć, trzeba przyznać, że jest szczery. Ja na jego miejscu nikomu  bym nie powiedział, że wysłali mnie do wojska po rozum.

– Do bólu szczery – uzupełnił Kabacki. – Może mu się wyrwało.

– On nie z tych, co nie panują nad językiem. Wyczuwa się, że gość niegłupi, wykształcony, a że na dodatek starszy od nas, chłopaki chętnie słuchają jego historyjek. Ciekawie opowiada, ma do tego dar. Często do śmiechu, choć sam nigdy się nie śmieje z tego, co mówi. Odwrotnie, wkurza się, kiedy któryś szczerzy zęby.

– Szkoda, że nie został sędzią – rzekł Kabacki, wspierając się łokciami o stół. Janek znów głęboko zaciągnął się dymem, po chwili wypuścił pod sufit.

– Nie jest powiedziane, że nie zostanie – odparł marynarz i wrócił do przerwanego wątku: – Opowiadał nam niedawno, jak po zakończeniu rozprawy sędzia doszedł do wniosku, że wystarczyłoby delikwentowi dwa lata w zawieszeniu. Zgwałcił dziewuchę, co jest szczególnie niebezpieczne z uwagi na społeczną szkodliwość czynu, przyznał się jednak, nie mataczył, wyraził skruchę, czyli zasłużył na łagodniejsze potraktowanie. Przed rokiem zgwałcił jednak tę samą dziewuchę, więc zawieszenie odpada. Musi posiedzieć te dwa lata, bo ponownie obraził przyzwoitość tego samego organu. Wtedy prokurator zagroził, że jak zasądzą dwa zamiast czterech, będzie apelacja. Wytargowali dwa i pół do odsiadki.

– Wierzyć się nie chce – powiedział Kabacki. – Prokurator przy ustalaniu wyroku?

– To była sesja wyjazdowa sądu wojskowego - wyjaśnił Wartki, po czym dokończył: – Mało tego. Podobno w poważniejszych sprawach sądy dostają wytyczne z KC, jakie ferować wyroki.

W pokoju zrobiło się szaro od dymu. Kabacki szeroko otworzył drugie okno dla świeżości nadmorskiego powietrza. Wypili po literatce oranżady. Janek otarł pot z czoła i wyszedł do ubikacji. Marek pośpiesznie przeszukał cały pokój. Nie znalazł niczego, co by świadczyło o podsłuchu. Mimo to wątpił, żeby polegali jedynie na jego relacji.

Nagle wpadł do pokoju Głowacz. Udawał, że jest mu pilno. Przywitał się z Jankiem, chwycił ręcznik ze swego łóżka i wyszedł. Wrócił po kilku minutach. Szybko zmienił koszulę.

– Widzę, że się gościcie. Bardzo dobrze. Musicie wybaczyć, że nie będę wam towarzyszył. O piątej muszę być przed muszlą – trajkotał jak najęty. – Przykro mi, chłopcy. Mam tylko dziesięć minut. Randka.

– Może szklaneczkę na odwagę? – zaproponował Kabacki. Kapitan w duchu pogratulował mu bezpretensjonalnego zachowania. Uśmiechnął się.

– A wlej, cholera, wlej, bo trema nie oszczędza nawet starego pryka. – Nieznanej postaci, którą kreował, nadawał wiarygodności, ale nie miało to wiele wspólnego z wujkiem Felkiem. W odczuciu Janka był jednak prawdziwym wujkiem Marka. – To piosenkarka. Mówiłem ci o niej – podjął, wczuwając się w uwodziciela. Kabacki przytaknął skinieniem głowy. – Światowa dama, a tu kolejowy biurokrata. Dobre, co?

– Też kręcę z piosenkarką – pochwalił się Janek. – Śpiewa na dancingach w restauracji.

– Chyba ją widziałem – powiedział kapitan. – Jeśli to ta, masz świetny gust! – Duszkiem wypił swoją porcję żytniówki, Kabacki swoją. Janek zrezygnował. Głowacz chuchnął głośno. – Bywajcie, chłopcy! Muszę jeszcze kupić miętowe – dorzucił i po chwili szybko zbiegł po skrzypiących schodach.

– Ależ z niego lowelas! – zaszufladkował go Wartki.

– Taki jest od zawsze – uśmiechnął się Marek.

Zaraz po jego wyjściu Janek podziękował koledze za poczęstunek i odwiedziny.

– Byłeś na molo? – spytał.

– Nie miałem kiedy.

– To przejdźmy się tam. Tu cholerny zaduch. Na powietrzu piorunem wyparuje ze mnie żytnia.

– Gadasz, jakbyś z ćwiartkę zaliczył – roześmiał się Marek.

Na pomoście mrowie ludzi. Raz po raz ktoś ocierał się o nich. Zeszli więc na bok i oparli się o poręcz.

– Przynajmniej nie jest duszno – zauważył Wartki.

– Za to ciasno – odparł Kabacki, obserwując spacerowiczów. Stwierdził, że większość to ludzie młodzi z przewagą dziewczyn. W innych okolicznościach spróbowałby zakręcić się koło którejś, ale teraz myślał jedynie o dokończeniu zadania i powrocie do Leszna.

– Nadal nic z tego nie kapuję – odezwał się Wartki, przyglądając się Markowi. Ten przybrał skwaszoną minę.

– Z czego? – zapytał jakby znudzony ględzeniem kolegi.

– Czemu dostałem przepustkę. Stary zarzekał się, że nikomu nie da i naraz zmiana frontu. Co takiego się stało, że wymiękł?

– Ależ z ciebie piła! – odparł Kabacki, kręcąc głową. – Swoje powiedziałem. Wkrótce się okaże, czy mam rację.

– Albo nigdy się nie okaże, bo nic na jaw nie wyjdzie – odparł bez przekonania i odepchnął się od poręczy. Wątpliwości Wartkiego pobudziły wyobraźnię Marka. Wpadł na pomysł, jak zamącić mu w głowie. Tymczasem opuścili molo. Poszli plażą w stronę koszar. Wartki twierdził, że tędy znacznie bliżej.

– Weź pod uwagę – odezwał się Marek – że w międzyczasie broń się znalazła, a do ciebie jeszcze to nie dotarło.

Wartki przystanął. Klepnął Marka po ramieniu.

– Ty, to jest możliwe – powiedział z nagłym ożywieniem. – Popatrz, że też na to sam nie wpadłem. – Weszli na wygładzony falami piasek. – Nie, tak być nie mogło – zreflektował się po kilku krokach. – To byłoby za głośne. Wszyscy pialiby z radości.

– Już nie przeżywaj. Jak jest, przekonasz się w koszarach – powiedział Kabacki. Poczuł się jak kieszonkowiec schwytany na gorącym uczynku. Jakiś czas szli w milczeniu. Szum i chlupot fal zdawał się nasilać. Rozmowa znów się nie kleiła.

– Co u Zosi? – spytał Marek rad, że w tak paskudnej chwili pomyślał o dziewczynie kolegi. – Piszecie do siebie?

Grymas niezadowolenia przebiegł po twarzy Janka.

– Wstyd się przyznawać, ale skończyliśmy – wyznał jak pod przymusem.

– Zerwałeś z nią? – zdziwił się Marek, przyglądając się koledze.

– Było fajnie. I chyba tak by pozostało, gdyby trzy miesiące temu nie przyjechała z koleżanką. A ta mnie zauroczyła. I stało się. Napisałem do Zosi, tak jak faktycznie jest. Nie wiem, jak to przyjęła, bo zamilkła. Od Irki wiem, że już się nie kumplują.

– Jak ktoś doniesie o piosenkarce, to i ona zamilknie.

– A niby kto ma donieść? – odparł Wartki bez przekonania. Po namyśle dodał: – Mówiąc między nami, to kumpela dla zabicia czasu na przepustkach, a nie moja dziewczyna. Lubi spotykać się z marynarzami. W Żarach też są takie, co chodzą pod koszary. Tylko że jak nie ma przepustek, to i kumpela niepotrzebna.

– Czyli teraz na serio tylko z Irką?

– Tak to wygląda. A ty kręcisz z jakąś na poważnie?

– Kręciłem. To znaczy, próbowałem kręcić, ale nie wyszło – odparł Marek, nie wdając się w szczegóły. Momentalnie pomyślał o Hani. Żałował, że tak się stało. Wystarczyła chwila słabości, by zaprzepaścił wszelkie szanse.

– Znam ją? – dociekał Janek.

– Za młoda, żebyś ją gdzieś widywał. Uczy się jeszcze.

– Dała ci kosza? – spytał uśmiechnięty.

– Kosza nie dała. Zawaliłem na całym froncie i tyle – skrzywił się Marek. – A tak dobrze mi szło.

– Spróbuj od nowa. Jak wpadłeś jej w oko, wszystko da się naprawić.

– Wpadłem, ale nie w oko. Tego akurat nie da się naprawić. Ciekawe, co byś zrobił na moim miejscu? – powiedział zasępiony Kabacki. Zarzekał się, że na ten temat będzie milczał jak grób, a tymczasem naszła go ochota wyspowiadać się koledze. – Wiesz, w ubiegłą sobotę chciałem się z nią spotkać. Wcześniej jej matka powiedziała, że Hania poszła do koleżanki, ale o trzeciej powinna wrócić, więc o wpół do czwartej mogę przyjść. Poszedłem...

Zastał jedynie starszą. Wysztafirowała się jak na poważną imprezę. Nie do wiary, że kobieta w dwie godziny może ująć sobie kilka lat. Wyglądała prędzej na starszą siostrę Hani niż na matkę. Rozejrzał się po mieszkaniu, ale młódki nie dostrzegł. Krysia pośpieszyła z wyjaśnieniem, że córka przedłużyła wizytę u koleżanki. Wróci nie wcześniej jak o szóstej. Zrzedła mu mina, bo do szóstej szmat czasu, a czekania nie znosił. Ciepłym głosem, z miną szczęśliwej kobiety, Krysia zaprosiła go do pokoiku młódki. Wskazała krzesło przy okrągłym stoliku. Przestawiwszy drugie, usiadła na wprost Marka i na chwilę zatopiła wzrok w jego oczach. Zmieszał się, ale wytrzymał jej grzeszne spojrzenie.

- Przyjdzie ci trochę poczekać - powiedziała ze zwodniczym współczuciem. - Poczęstuję cię czymś stosownym do tej okoliczności.

Po chwili przyniosła butelkę likieru wiśniowego i dwa kieliszki. Dała mu znak, żeby je napełnił. Wypili jak nałogowcy czyściochę.

- Gdzie mąż? - zapytał, czując na sobie pożądliwy wzrok. Takim wzrokiem nie patrzyła dotąd na niego żadna dziewczyna, nie mówiąc już o mężatkach. Podejrzewał, że szykuje się coś wyjątkowego.

- Udaje, że haruje, bo też udają, że mu płacą - odparła zadowolona, że przyszła jej na myśl taka odpowiedź. - Nim się nie przejmuj. Przed dziesiątą nie wróci. - Wypili jeszcze po kieliszku, niebawem po następnym. - Czas na dobrą muzyczkę - rzekła podochocona. Wybrała płytę z tangiem, które zdawało się zapraszać do działania. Mężczyzna śpiewał: „I choć przed rozstaniem daj swe usta mi”…

Usiadła na tapczanie. Podążył za nią. Popatrzył na twarz, zadbaną, musiał to przyznać, potem skupił się na ustach… Kusiły niemiłosiernie! Zatoczył wzrokiem łuk po górnej wardze, której meszek dodawał uroku. Zakręciło mu się w głowie, zupełnie jak kiedyś w kinie po dotknięciu cieplutkiego uda. Teraz miał ją całą do dyspozycji. Czuł to i widział. Czy powinien postąpić według jej oczekiwań? Dobre sobie, postąpić według jej oczekiwań. Tylko jak zacząć? Co za sytuacja! Gdzieś w zakamarkach umysłu błysnął świetlik należący do młódki. Zbladł jednak, a po minucie nawet ślad po nim nie został. Za to pożądanie rosło. Czuł, jak pulsuje mu w skroniach, serce przyśpiesza. Ależ go roznamiętniła! Przytulił ją i pocałował w szyję. Kładąc się, pociągnęła go za sobą. Najpierw upajali się dotykiem ust, by już po chwili przejść do namiętnych pocałunków. Rozpłomieniony zaczął ją rozbierać nieporadnie.

– Wystarczy to – wyszeptała, odciągając gumkę. Pośpiesznie pomógł jej zdjąć majtki. Przyjmując go, cichutko stęknęła. Ekspresowo porwała go przyjemność. Oczy zasnuła mgiełka. Miał wrażenie, że oboje wznoszą się hen, wysoko, ponad białe chmurki. Istniał i nie istniał. Kiedy usłyszał mruczenie i trudne do określenia odgłosy, mgiełka powoli zaczęła się rozwiewać. Zbyt szybko wracał do rzeczywistości, szybciej, niżby chciał. I naraz uświadomił sobie, że to już nie jest przyjemność. Pojawił się ból, ponieważ jakaś zagadkowa kość kuksała go w miejsce, gdzie u kobiet znajduje się trójkącik wzgórka łonowego. Przez głowę przewijały się różne figury, o jakich gdzieś czytał, przypomniał sobie opowiastki kolegów z czasów szkoły podoficerskiej, lecz na myśl o długoletniej praktyce Węgierki, obleciał go strach przed wypróbowaniem innej pozycji. Co innego z młódką. Uczyliby się od podstaw. A Krysia, zamiast to zrozumieć i poprzestać na tym, co już się wydarzyło, nadal przytrzymywała go w uścisku nóg i rąk. Przytrzymywała nawet wówczas, kiedy już do niczego się nie nadawał. Tylko jasność dnia przykuwała go do rozanielonej kobiety. Już był gotów przełamać przeszkodę, kiedy nagle stwierdził, że nie wie, jak zakończyć, w jaki sposób się wycofać. Czy zwyczajnie podziękować, czy jakoś inaczej wyrazić wdzięczność? Właściwie to nie czuł wdzięczności. Przykrył ją niesmak i wyrzuty sumienia. Niedoszła teściowa zachęcała do kontynuowania, on natomiast był pewien, że jeśli pokona ból, wówczas nabawi się siniaka wielkości dojrzałej węgierki. Tango dawno się skończyło, głośnik szumiał i co rusz trzeszczał, a on ciągle tkwił w objęciach kobiety spragnionej miłości. Na twarzy czuł wypieki, wszystko mu przeszkadzało. Wreszcie przestał się męczyć. Nie miał pojęcia, czemu jeszcze ją pocałował. Może dlatego, że pocałunek sprawiał mu większą przyjemność niż końcowe wyczyny bez wcześniejszej praktyki. Tak czy siak, szybko się wyniósł. Po takim czymś nie mógłby spojrzeć młódce w oczy. Sam przed sobą spalał się ze wstydu, a czas jej powrotu zbliżał się nieubłaganie. Po co więc miałby czekać albo wracać?

– No to ładnie nawywijałeś – rzekł Janek z tajemniczym uśmieszkiem. Polepszył mu się humor. – Nie wiem, czy stać by mnie było na taki hopsztos. Tym nie masz się co przejmować. Tego towaru nie brakuje – szczerze pocieszył kolegę. – Rozejrzysz się w cywilu. Irka ma w fajne koleżanki.

Marek westchnął przeciągle. Kilkanaście kroków przeszli w milczeniu, obserwując zbliżające się z przeciwka dwie Czeszki w strojach kąpielowych, matkę z córką. Zatrzymały się i patrzyły na nich. Kiedy podeszli całkiem blisko, młodsza zmierzyła wzrokiem Wartkiego i zaraz powiedziała, że uniform ogólnie ładny, ale galoty za szerokie. Kabacki uśmiechnął się.

– Racja – pośpiesznie zgodził się z dziewczyną. – Galoty stanowczo za szerokie. – I poszli dalej. Janek obejrzał się, a że one jeszcze stały, spoglądając za nimi, pomachał ręką. Odmachały wniebowzięte. Nagle Kabacki stanął jak wryty. – Jasiu, jak nazywa się Irka? – zagadnął podekscytowany, patrząc koledze w oczy. Ten spojrzał na niego podejrzliwie.

– Co ci po tym? Mieszka na Moniuszki, tyle możesz wiedzieć.

– Kotowicz?

– Ty ją znasz? – spytał chłodno, najwidoczniej zaskoczony.

– Chodziliśmy do podstawówki na Broni Pancernej. Myśmy się przeprowadzili na Szkolną, a oni tam zostali. Fajna babka, zazdrośniku.

Wyraz twarzy Wartkiego złagodniał.

– No to wiedz jeszcze – dodał z wymownym uśmieszkiem – że jak wrócę z woja, weźmiemy ślub…

Pożegnali się na plaży. Wartki poszedł przez wydmy. Wkrótce Marek stracił go z oczu. Popatrzył jeszcze na słońce, któremu brakowało jakieś trzy średnice do powierzchni morza, i po zwilżanym raz po raz piasku ruszył w drogę powrotną. Myśl o Irce wróciła. Odżyły wspomnienia.

Krótko po wakacjach na szkolnym podwórku podsłuchiwał rozmowę Irenki z koleżankami. Nie po raz pierwszy towarzyszył jej na odległość. Wciąż jednak ulegał onieśmieleniu. Tym razem zatriumfowała nieustępliwość. Ponowił działanie. Ciągnęła go do niej niepojęta siła, której nie potrafił się oprzeć. Wsłuchiwał się w głos, nasycał widokiem zgrabnej i pięknej koleżanki. Kręcił się w pobliżu niej podczas przerw i czekał, kiedy będzie sama. Raz nawet pokłócił się z kolegą, który nazwał ją zarozumiałą piczką. Od słowa do słowa i doszło do bójki. A jednak nie mógł wykrzesać z siebie ani tyle odwagi, by podejść i zagadać tak po prostu, jak kolega z klasy. Co innego sam na sam. Wtedy łatwiej było o zdecydowanie. Naraz doleciały do niego słowa Irenki o zepsutym radiu. Zwierzyła się koleżankom, że kiedy jest w domu sama, lubi posłuchać muzyki, bo wtedy czuje się znacznie raźniej. Po tych słowach coś w nim drgnęło. Dostrzegł swoją szansę. Czuł, że to, co chce jej zaoferować, stoi ponad nieśmiałością. Oby tylko nie odmówiła. Dobrze wiedział, że w wypadku odmowy źle by się poczuł i nie byłby zdolny zapytać powtórnie o to samo.

Podczas ostatniej lekcji przemógł się i zaryzykował. Delikatnie pociągnął za długi, ciemny warkocz. Leciutko odwróciwszy głowę, odchyliła się nieco do tyłu. Najpierw dostrzegł jej pąsowe usta i duże, ciemne oczy.  Potem usłyszał szept:

– Co chciałeś?

– Znam się na radiach – odszepnął. – Jak chcesz, to mogę naprawić. Chcesz?

Bez słowa, lekko skinęła głową i znów patrzyła przed siebie. Poczuł się wyróżniony. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo mu poszło. Błogie ciepło rozeszło się po nim. Przestał interesować go temat lekcji.

Razem wyszli ze szkoły. I chociaż jesień przywdziewała złociste szaty, miał wrażenie, że wszystko zakwitło. Niby nic takiego nie zaszło, a jednak na co spojrzał, było inne niż w czasie ostatniej przerwy, cudowne i wyjątkowe. Szumiało mu w głowie. Coś mówił. Czuł potrzebę mówienia, odpowiadał na pytania, lecz czas uszczuplił pamięć o to wszystko. Pozostawił tylko niespotykane dotąd przeżycie, szczegóły ubioru przemiłej koleżanki, brzmienie głosu, kolor oczu zbliżony do świeżego owocu kasztana, oraz ust kojarzonych do dzisiaj z owocem maliny, choć bliżej im było do koloru różu pompejańskiego.

W