Opis

Ostatni tom epickiej historii Krügera. Wielki finał, dramat człowieka w przededniu wybuchu największej wojny w historii świata.

 

25 sierpnia 1939. Berlin. Wilhelm Krüger jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w Niemczech. Powinien wyjechać, przedtem musi jednak doprowadzić do konfrontacji z Iwanem Kolcowem. W drodze do celu sprzymierza się z Walterem Schellenbergiem, szefem kontrwywiadu SS. Przełożony Schellenberga,Reinhard Heydrich, ma jednak wobec Krügera własne plany...

 

Stworzono go, by zadziwiał Świat, lecz on ten Świat postanowił podbić. Wilhelm Krüger. Złodziej. Inteligentny, bezwzględny, drapieżny. Doskonale przystosowany do czasów, w których przyszło mu żyć.

 

Strzał był nieco głośniejszy od poprzedniego, ale poziom hałasu nie miał już znaczenia. Powietrze przecięła bowiem nieodległa seria karabinu maszynowego, a zaraz potem następna, dłuższa. Towarzyszące im echo przez dłuższą chwilę dominowało nad okolicą. Dominowało nawet nad histerycznym krzykiem tłumu. Krüger wprowadził do komory kolejny pocisk, po czym złożył się do następnego strzału?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MARCIN CISZEWSKI

Krüger IV Lis

 

 

© 2017 Marcin Ciszewski

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, [email protected]

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-645-2374-8

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Czerń nocy jest nie­prze­nik­nio­na. Tem­pe­ra­tu­ra ma ide­al­ną wy­so­kość: nie czu­ję ani chło­du, ani cie­pła. Po­tęż­ne góry ota­cza­ją nas cia­sno, do­li­na z ko­lei zda­je się cią­gnąć w ot­chłan­ną nie­skoń­czo­ność. Po­tę­ga na­tu­ry nie przy­tła­cza jed­nak. Nie je­stem in­tru­zem, je­stem jej czę­ścią.

– To było dłu­gie dzie­więt­na­ście lat – mówi Sta­rzec. Nie od­czu­wa po­trze­by snu, pra­gnie­nia czy gło­du. Jesz­cze so­bie nie uświa­da­miam, że bio­rę z nie­go przy­kład. Że sta­ję się co­raz bar­dziej czę­ścią jego nie­re­al­nej, ale jak­że ma­te­rial­nej obec­no­ści.

– Bar­dzo wie­le się pod­czas nich wy­da­rzy­ło – stwier­dzam.

– Krüger ob­jął pro­wa­dze­nie gru­py.

– I już go nie od­dał. Jak­bym nie ta­so­wał kart, za­wsze na wierz­chu le­żał as pik.

– To na­tu­ral­ne. W sta­dzie przy­wódz­two przej­mu­je naj­sil­niej­szy osob­nik.

– Z ulgą od­da­łem mu tron – mó­wię lek­kim to­nem. – Ni­g­dy mi na nim nie za­le­ża­ło.

– Opo­wiedz mi o so­bie.

My­ślę. O czym tu mó­wić?

– Nie oże­ni­łem się, choć nie było to moim za­mie­rze­niem – szep­czę. – Była w moim ży­ciu ko­bie­ta. Z bar­dzo wy­so­kich sfer.

– Za wy­so­kich?

Śmie­ję się ser­decz­nie. Jak­że pięk­nie uda­je nie­wie­dzę ten mój nie­spo­dzie­wa­ny roz­mów­ca.

– Nie. – Krę­cę gło­wą. – Moja ro­dzi­na po­cho­dzi­ła z ga­li­cyj­skiej szlach­ty. Oj­ciec nie miał wiel­kich po­trzeb ma­te­rial­nych, ale umiał za­pew­nić do­stat­ni byt swo­im bli­skim. Ode­bra­łem sta­ran­ne wy­kształ­ce­nie. Ro­dzi­ce, za­rów­no moi, jak i tej… dziew­czy­ny… byli ca­łym ser­cem za mał­żeń­stwem. Ja jed­nak nie­co wcze­śniej wsią­kłem w dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­ną. Or­ga­ni­za­cje nie­pod­le­gło­ścio­we wy­ra­sta­ły we Lwo­wie jak grzy­by po desz­czu. Bar­dzo mnie to po­chło­nę­ło, do tego stop­nia, że uzna­łem wal­kę o Pol­skę za waż­niej­szą niż oso­bi­ste szczę­ście.

– Szla­chet­ne po­bud­ki.

– Tyle że szla­chet­ne po­bud­ki ozna­cza­ją czę­sto zła­ma­nie czy­je­goś ser­ca.

– Nie­kie­dy nie ma do­bre­go wy­bo­ru.

– Za­pew­ne – przy­ta­ku­ję gor­li­wie. – Or­ga­ni­za­cja uzna­ła, że moje ta­len­ty do­ty­czą­ce zmia­ny toż­sa­mo­ści i oszu­ki­wa­nia lu­dzi są na tyle wy­so­kiej mia­ry, iż może po­wie­rzyć mi za­da­nie za­opa­trze­nia w środ­ki fi­nan­so­we. Zdo­by­wa­ne nie­le­gal­ną dro­gą. Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że po­trze­bu­ję do po­mo­cy dwóch mło­dych lu­dzi, in­te­li­gent­nych i bez­względ­nych, naj­le­piej wy­ko­rze­nio­nych ze swo­ich śro­do­wisk, któ­rych ukształ­tu­ję tak, jak będę chciał. Ktoś po­le­cił mi Zda­now­skie­go. Tak tra­fi­łem na Krüge­ra. I po­my­li­łem się. On bar­dzo szyb­ko po­szedł wła­sną ścież­ką. ■

24 sierpnia 1939

BERLIN

8.00 – 10.00

– Jest pan zwy­kłym ban­dy­tą, Krüger.

– Nie, pa­nie dy­rek­to­rze. Je­śli w ogó­le, je­stem ban­dy­tą nie­zwy­kłym.

Kel­ler­mann uśmiech­nął się grzecz­nie. Był czło­wie­kiem uprzej­mym i do­brze wy­cho­wa­nym. Daw­no wpadł na to, że są to ce­chy, któ­re zu­peł­nie nie prze­szka­dza­ją mu w wy­ko­ny­wa­niu co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Prze­ciw­nie: nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wa­ły się bar­dzo po­moc­ne.

Na­tu­ral­nie, gdy­by Re­gie­rungs- und Kri­mi­nal­di­rek­tor Max Kel­ler­mann zo­stał wy­po­sa­żo­ny przez na­tu­rę wy­łącz­nie w uprzej­mość, a po­przez sta­ran­ne wy­cho­wa­nie – w nie­na­gan­ne ma­nie­ry, w spo­sób oczy­wi­sty nie nada­wał­by się na swo­je sta­no­wi­sko. Jed­nak o czym wie­lo­krot­nie, acz po­nie­wcza­sie, prze­ko­ny­wa­li się lu­dzie, któ­rych ści­gał, nada­wał się, i to wy­śmie­ni­cie. Jego ka­rie­ra za­wo­do­wa skła­da­ła się z ogro­mu suk­ce­sów, któ­re w licz­nych przy­pad­kach moż­na by na­zwać spek­ta­ku­lar­ny­mi, oraz z na­der rzad­kich, w do­dat­ku sta­ran­nie za­mie­cio­nych pod dy­wan, po­ra­żek.

– Pre­cy­zyj­nie rzecz uj­mu­jąc: czło­wiek, o któ­rym pan opo­wia­da, jest ban­dy­tą nie­zwy­kłym – po­wie­dział Wil­helm Krüger. – Nie­ste­ty, mnie to nie do­ty­czy, po­nie­waż nie je­stem tym czło­wie­kiem.

– Mam w tej ma­te­rii cał­ko­wi­cie od­mien­ne zda­nie – od­parł z po­waż­ną miną Kel­ler­mann.

– Mam na­dzie­ję, że nie umy­ka panu fakt, iż rzu­ca pan bar­dzo po­waż­ne oskar­że­nie. Zwłasz­cza w kon­tek­ście orze­cze­nia sądu, któ­re, je­stem prze­ko­na­ny, zna pan do­sko­na­le.

– Nie sta­wiam panu for­mal­nych za­rzu­tów. Jesz­cze nie.

Krüger ro­ze­śmiał się z nie­wy­mu­szo­ną we­so­ło­ścią. Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­re­go spo­tka­nie za­czy­na­ło na­praw­dę ba­wić.

Dy­rek­tor uważ­nie przyj­rzał się ubra­ne­mu z wy­stu­dio­wa­ną, ar­ty­stycz­ną nie­dba­ło­ścią go­ścio­wi. Bia­ła ko­szu­la bez kra­wa­ta. Lek­ki, ja­sny gar­ni­tur. Gu­stow­nie do­bra­ny szal, któ­re­go koń­ce spa­da­ły na ko­la­na sie­dzą­ce­go w fo­te­lu wła­ści­cie­la. Ogo­rza­ła cera, wą­si­ki, bród­ka, oku­la­ry w ro­go­wej opra­wie, gro­te­sko­wo osten­ta­cyj­ny sy­gnet na środ­ko­wym pal­cu pra­wej dło­ni i siwa, po­dob­na do lwiej grzy­wa sta­now­czo zbyt dłu­gich wło­sów nada­wa­ły mu wy­gląd czło­wie­ka, za ja­kie­go Krüger pra­gnął ucho­dzić: za­przy­jaź­nio­ne­go z eli­ta­mi III Rze­szy ma­la­rza por­tre­ci­sty, two­rzą­ce­go po­do­bi­zny wyż­szych ofi­ce­rów Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go i We­hr­mach­tu, do­stoj­ni­ków par­tii czy SS. Po mie­ście krą­ży­ły upo­rczy­wie po­wta­rza­ne plot­ki, ja­ko­by wiel­kim ma­rze­niem Krüge­ra było na­ma­lo­wa­nie por­tre­tu Wo­dza. I po­noć Füh­rer nie był temu pro­jek­to­wi nie­przy­chyl­ny.

Ma­ska­ra­da, po­my­ślał po­li­cjant. Sku­tecz­na, nie­ste­ty.

Kel­ler­mann wstał zza im­po­nu­ją­ce­go dę­bo­we­go biur­ka, bu­dzą­ce­go sza­cu­nek dzie­ła sły­ną­cych z pre­cy­zji i so­lid­ne­go kunsz­tu gdań­skich rze­mieśl­ni­ków. Pod­niósł z bla­tu kar­to­no­wą tecz­kę. Nie spie­sząc się, roz­wią­zał blo­ku­ją­cą do­stęp ko­kar­dę, po czym wziął do ręki gru­by plik gę­sto za­pi­sa­nych i opa­trzo­nych licz­ny­mi zdję­cia­mi kar­tek.

– To tyl­ko część do­ssier na pana te­mat – po­wie­dział, pa­trząc wprost w oczy go­ścia. – I za­le­d­wie uła­mek pań­skich wy­czy­nów.

Krüger wy­pu­ścił z płuc dym. Nim roz­mów­cy prze­szli do kon­kre­tów, pierw­sze dzie­sięć mi­nut spo­tka­nia upły­nę­ło na wy­szu­ka­nych uprzej­mo­ściach oraz czę­sto­wa­niu go­ścia cy­ga­rem i lamp­ką cu­rvo­isie­ra. Uwa­gi go­spo­da­rza nie umknął fakt, że sie­dzą­cy na­prze­ciw męż­czy­zna nie tknął al­ko­ho­lu, z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią de­lek­to­wał się na­to­miast won­nym dy­mem cy­ga­ra.

– Sza­le­nie cie­ka­we. Wręcz in­try­gu­ją­ce.

– Ma pan tu­pet. Ujmę to w ten spo­sób: za­war­te w tecz­ce dane do­ty­czą naj­bar­dziej zu­chwa­łe­go i bez­względ­ne­go prze­stęp­cy w Niem­czech. Jego sko­ki na ban­ki i kon­wo­je z pie­niędz­mi sta­ły się nie­mal le­gen­dar­ne, o ich prze­bie­gu uczą w szko­łach po­li­cyj­nych, a każ­dy sza­nu­ją­cy się funk­cjo­na­riusz sta­wia so­bie za punkt ho­no­ru zła­pać go na go­rą­cym uczyn­ku. Nie­ste­ty, po­mi­mo roz­licz­nych wy­sił­ków bar­dzo wie­lu lu­dzi, ni­ko­mu się do tej pory to nie uda­ło. Ban­dy­ta jest śli­ski jak wąż, na miej­scu prze­stęp­stwa ni­g­dy nie zo­sta­wia śla­dów, ewen­tu­al­ni świad­ko­wie giną bez wie­ści lub ze­zna­ją, że ni­cze­go nie wi­dzie­li, wspól­ni­cy prze­stępstw na­to­miast nie żyją albo po­zo­sta­ją nie­uchwyt­ni.

Krüger za­ło­żył nogę na nogę. Z uwa­gą śle­dził zmie­rza­ją­cy ku su­fi­to­wi, eso­wa­to wi­ją­cy się ob­ło­czek dymu. Zza okna do­cho­dził po­tęż­nie­ją­cy gwar wiel­kie­go mia­sta. Nic dziw­ne­go. No­wo­cze­sny, od­da­ny do użyt­ku do­słow­nie przed ty­go­dniem gmach pre­zy­dium ber­liń­skiej Kri­mi­nal­po­li­zei mie­ścił się przy Alek­san­der Platz, w ści­słym cen­trum sto­li­cy. Ber­liń­czy­cy zdą­ży­li już nadać temu mo­nu­men­tal­ne­mu bu­dyn­ko­wi mia­no „die Burg”. Twier­dza. Było w tym spo­ro oba­wy i sza­cun­ku za­ra­zem.

Go­spo­darz za­uwa­żył, że gość po­chy­lił się nie­co do przo­du.

– To już prze­sta­je być śmiesz­ne, pa­nie Kel­ler­mann – po­wie­dział Krüger, jak na za­wo­ła­nie po­zby­wa­jąc się z gło­su śla­dów roz­ba­wie­nia. Nie da­wał się zwieść po­zo­rom. Go­spo­darz ga­bi­ne­tu, do­bie­ga­ją­cy pięć­dzie­siąt­ki, nie­chluj­ny, spo­co­ny, oty­ły męż­czy­zna o na­la­nej twa­rzy i nie­ru­cho­mych oczach, był nie­zwy­kle spryt­nym czło­wie­kiem. I, z nie­ja­snych na ra­zie przy­czyn, wy­glą­dał na oso­bi­ście za­in­te­re­so­wa­ne­go uto­pie­niem go­ścia w od­le­głej o kil­ka­set me­trów rze­ce. – W swo­im do­ssier po­sia­da pan za­pew­ne wy­rok ber­liń­skie­go sądu, któ­ry nie­mal pół roku temu, tuż przed pięć­dzie­sią­ty­mi uro­dzi­na­mi Füh­re­ra, cał­ko­wi­cie oczy­ścił mnie z tych nie­do­rzecz­nych za­rzu­tów. Szcze­rze mó­wiąc, od­no­szę wra­że­nie, że ma pan na moim punk­cie ob­se­sję. Je­stem ma­la­rzem, człon­kiem Izby Kul­tu­ry Rze­szy, a tak­że sze­ro­ko zna­nym fi­lan­tro­pem. Sło­wem: z punk­tu wi­dze­nia pra­wa nie­win­nym oby­wa­te­lem.

Tym ra­zem uśmiech­nął się Max Kel­ler­mann. Jako po­li­cjant z bli­sko trzy­dzie­sto­let­nim sta­żem do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, jak względ­nym po­ję­ciem jest nie­win­ność. Zwłasz­cza z punk­tu wi­dze­nia pra­wa; zwłasz­cza w tych mu­rach.

– Oczy­wi­ście – mruk­nął, na­da­jąc swe­mu gło­so­wi pro­wo­ka­cyj­nie iro­nicz­ny od­cień.

Ale Krüger nie dał się spro­wo­ko­wać.

– Pro­szę za­się­gnąć opi­nii na mój te­mat u Adol­fa Zie­gle­ra.

Kel­ler­mann pod­niósł dłoń, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że re­ko­men­da­cja ulu­bień­ca dr. Go­eb­bel­sa jest mu zna­na, ale nie sta­no­wi przed­mio­tu roz­mo­wy.

– Re­spek­tu­ję wy­rok sądu – od­parł. – Jak pan za­pew­ne za­uwa­żył, nie zo­stał pan aresz­to­wa­ny, a je­dy­nie za­pro­szo­ny na spo­tka­nie. O prze­ka­za­nie za­pro­sze­nia po­pro­si­łem jed­ne­go z na­szych naj­grzecz­niej­szych i naj­le­piej wy­cho­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy. Chy­ba nie ma pan po­wo­du się na mnie uskar­żać. Ga­wę­dzi­my so­bie po pro­stu przy ko­nia­ku i cy­ga­rze. Jed­nak uwa­żam, że błą­dzić jest rze­czą ludz­ką...

– Ach tak? To stwier­dze­nie w pań­skich ustach brzmi jak obe­lga.

– Skąd­że. Jest do­kład­nie od­wrot­nie. Nie chcę pana ura­zić, w związ­ku z czym w dal­szej czę­ści na­szej roz­mo­wy po­słu­żę się pew­ną hi­po­te­zą. Pew­ną hi­po­te­tycz­ną kon­struk­cją. Przyj­mij­my, że mó­wi­my o czło­wie­ku, któ­re­go dane za­war­te są w tym oto do­ssier, ale nie wy­mie­nia­my jego na­zwi­ska. Czy mo­że­my się tak umó­wić?

Krüger de­mon­stra­cyj­nie spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Pod wa­run­kiem, że nie zaj­mie to zbyt dużo cza­su – od­parł.

Przez twarz Kel­ler­man­na prze­biegł cień. Dy­rek­tor z wi­docz­nym wy­sił­kiem sta­rał się za­pa­no­wać nad mi­mi­ką.

– Spie­szy się pan?

– Ow­szem. Mam za­pla­no­wa­nych kil­ka spo­tkań z no­wy­mi klien­ta­mi. Bar­dzo zna­czą­cy­mi klien­ta­mi. – Krüger nie ak­cen­to­wał spe­cjal­nie żad­ne­go z wy­po­wie­dzia­nych słów; nie mu­siał. Kon­tekst był oczy­wi­sty.

Dy­rek­tor cał­ko­wi­cie od­zy­skał pa­no­wa­nie nad sobą. Gra po­zo­rów, któ­rą obaj upra­wia­li, za­czy­na­ła być mę­czą­ca, bez­względ­nie jed­nak po­win­na zo­stać do­pro­wa­dzo­na do koń­ca.

– Po­sta­ram się stresz­czać.

– Słu­cham za­tem.

– Wy­obraź­my so­bie więc, że ów czło­wiek, ten groź­ny ban­dy­ta, pew­ny sie­bie, fa­cho­wy, spryt­ny i umie­ją­cy się ma­sko­wać, któ­ry jest w do­dat­ku męż­czy­zną nie­zwy­kle in­te­li­gent­nym, wie do­sko­na­le, że do­bra pas­sa nie może trwać wiecz­nie. Oczy­wi­ście, nie moż­na od­mó­wić mu pro­fe­sjo­na­li­zmu, co ja, jako za­wo­do­wiec z prze­ciw­nej stro­ny ba­ry­ka­dy, mu­szę z nie­chę­cią przy­znać. Ale tyle sko­ków, tyle lat dzia­łal­no­ści... – Dy­rek­tor te­atral­nie zer­k­nął do le­żą­cej przed nim tecz­ki, cze­goś przez chwi­lę w niej szu­kał, w koń­cu, od­na­la­zł­szy po­żą­da­ny do­ku­ment, rzu­cił nań okiem, a po­tem pod­niósł wzrok i spoj­rzał zza oku­la­rów na roz­mów­cę. Krüger mógł­by się za­ło­żyć, że cała ta pan­to­mi­ma była cał­ko­wi­cie zbęd­na. Kel­ler­mann wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry zna na pa­mięć każ­de sło­wo i każ­dą licz­bę z do­ssier. – ...Mój Boże, od ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go dru­gie­go... sie­dem­na­ście lat nie­ustan­ne­go ry­zy­ka i ner­wów. Do­mnie­my­wam, że ów prze­stęp­ca, ten praw­dzi­wy ar­ty­sta w swo­im fa­chu, ma już odło­żo­ną nie­złą sum­kę. Ra­por­ty mó­wią, że w oma­wia­nym okre­sie ukradł bli­sko sześć mi­lio­nów ma­rek. To praw­dzi­wa for­tu­na, na­wet je­śli się za­ło­ży, że czło­wiek ten mu­siał prze­cież po­no­sić nie­ma­łe kosz­ty dzia­łal­no­ści: za­ku­pu sa­mo­cho­dów, wy­naj­mu lo­ka­li, opła­ce­nia wspól­ni­ków i in­for­ma­to­rów, być może na­wet przed­sta­wi­cie­li władz...

Kel­ler­mann po­now­nie urwał, po czym wes­tchnął, jak­by ubo­le­wa­jąc, że są na tym świe­cie przed­sta­wi­cie­le władz tak bar­dzo nie­od­por­ni na po­ku­sy ma­te­rial­ne, i spoj­rzał prze­pra­sza­ją­co na wi­szą­cy na ścia­nie por­tret Bi­smarc­ka. Że­la­zny kanc­lerz su­ro­wym okiem pa­trzył na obec­ne­go przy­wód­cę na­ro­du, któ­re­go mo­nu­men­tal­na po­do­bi­zna zaj­mo­wa­ła miej­sce po prze­ciw­le­głej stro­nie, nie­mal do­kład­nie nad gło­wą go­spo­da­rza ga­bi­ne­tu.

– Sie­dem­na­ście lat. No, no…

– Praw­da? To tyl­ko w Niem­czech. Za­da­łem so­bie nie­co tru­du i za­się­gną­łem in­for­ma­cji za na­szą wschod­nią gra­ni­cą. Otóż czło­wiek ten ma rów­nież nie­złą kar­to­te­kę w Pol­sce. Za­czy­nał w cza­sach Wiel­kiej Woj­ny. Pol­ska po­li­cja chęt­nie by się z nim spo­tka­ła i po­ga­da­ła, na przy­kład o na­pa­dzie na Bank Za­chod­ni w War­sza­wie. O dwóch tru­pach, któ­re zo­sta­ły na jego dro­dze. I wie­lu in­nych prze­stęp­stwach.

Krüger wy­god­nie roz­siadł się na krze­śle. Nie spra­wiał wra­że­nia czło­wie­ka nad­mier­nie za­in­te­re­so­wa­ne­go te­ma­tem roz­mo­wy.

Zza okna do­bie­gał war­kot po­tęż­nych sil­ni­ków au­to­bu­so­wych oraz zgrzy­ta­nie kół wa­go­nów krzy­żu­ją­cych się na Alek­san­der Platz li­nii tram­wa­jo­wych.

Dy­rek­tor chrząk­nął. Mu­siał się sku­pić. Za­czy­na­ła go bo­leć gło­wa. Wie­dział, że je­śli mi­gre­na się roz­wi­nie, bę­dzie ozna­czać cał­ko­wi­cie zmar­no­wa­ny dzień. A dzi­siej­szy dzień nie mógł zo­stać zmar­no­wa­ny.

– Pew­ne jest więc, że po­sia­da for­tu­nę. Mógł­by już nie pra­co­wać do koń­ca ży­cia. Idę o za­kład, że za­czął się za­sta­na­wiać: czy aby na pew­no war­to jesz­cze ry­zy­ko­wać? Czy war­to na­ra­żać zdo­by­ty ma­ją­tek, wol­ność, a kto wie, czy nie ży­cie, dla jesz­cze jed­ne­go sko­ku, któ­ry prze­cież za­wsze może skoń­czyć się po­raż­ką? No do­brze, może uda się jesz­cze je­den. Ale na­stęp­ny? Nikt nie może prze­wi­dzieć, kie­dy wy­czer­pie się li­mit szczę­ścia. Py­ta­nie za­tem jest na­stę­pu­ją­ce: czy nie war­to przy­pad­kiem za­szyć się w ja­kimś spo­koj­nym, uro­czym miej­scu i po pro­stu ko­rzy­stać z owo­ców z ta­kim tru­dem zdo­by­tych pie­nię­dzy? Nie war­to?

Krüger po­ki­wał gło­wą. Roz­wa­ża­nia, istot­nie, czy­sto teo­re­tycz­ne, ale wnio­ski god­ne roz­wa­że­nia.

– Je­śli już ba­wi­my się w teo­re­ty­zo­wa­nie, są­dzę, że ta­kie po­my­sły w isto­cie mo­gły temu bez­względ­ne­mu ra­bu­sio­wi przyjść do gło­wy – przy­tak­nął.

– Sam pan wi­dzi. – Kel­ler­mann wy­glą­dał na au­ten­tycz­nie ucie­szo­ne­go. Za­bęb­nił pulch­ny­mi pal­ca­mi o blat biur­ka. – To są lo­gicz­ne wnio­ski. Je­dy­ne lo­gicz­ne, ośmie­lił­bym się na­wet po­wie­dzieć. Ale idź­my da­lej. Spójrz­my na spra­wę okiem przed­sta­wi­cie­li sił od­po­wie­dzial­nych w na­szym kra­ju za ład i po­rzą­dek. Nie mu­szę chy­ba spe­cjal­nie pod­kre­ślać, że siły te są głę­bo­ko za­nie­po­ko­jo­ne ist­nie­ją­cym sta­nem rze­czy. Tak osten­ta­cyj­ne ła­ma­nie pra­wa nie może być prze­cież to­le­ro­wa­ne. I wła­dze do­kła­da­ją wszel­kich wy­sił­ków, by ukró­cić dzia­łal­ność prze­stęp­cy. Prze­słu­chu­ją świad­ków, ba­da­ją śla­dy, in­wi­gi­lu­ją śro­do­wi­sko kry­mi­na­li­stów, nad­zo­ru­ją wzmoc­nie­nie ochro­ny kon­wo­jów prze­wo­żą­cych go­tów­kę i pla­có­wek ban­ko­wych. To są rze­czy, o czym za­pew­ne nie mu­szę panu mó­wić, sza­le­nie ab­sor­bu­ją­ce i nie­zwy­kle kosz­tow­ne. Po­chła­nia­ją­ce czas dzie­sią­tek i se­tek funk­cjo­na­riu­szy, a tak­że masę, na­praw­dę masę pie­nię­dzy.

– Do­my­ślam się. – Krüger po raz ostat­ni za­cią­gnął się cy­ga­rem, po czym sta­ran­nie zga­sił je w pod­su­nię­tej przez go­spo­da­rza po­piel­nicz­ce. – Im więk­sza ope­ra­cja, tym wię­cej kosz­tu­je. Jest to praw­da z ga­tun­ku tru­izmów. Może skoń­czy­my na dziś?

– Jesz­cze chwi­lecz­kę. – Kel­ler­man wład­czym ge­stem pod­niósł rękę. – Zmie­rzam do pu­en­ty, pro­szę się nie nie­po­ko­ić. Wo­bec po­wyż­szych wnio­sków mógł­bym za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że siły pra­wa i po­rząd­ku by­ły­by nie­zwy­kle za­in­te­re­so­wa­ne tym, by ów ban­dy­ta do­szedł do wnio­sku, iż dal­sze ry­zy­ko się nie opła­ci, w związ­ku z czym czło­wiek ten de­cy­du­je się za­koń­czyć ka­rie­rę wła­my­wa­cza i zło­dzie­ja. Na­by­wa nie­wiel­ki do­mek nad je­zio­rem Wan­n­see, za­trud­nia miłą star­szą pa­nią do sprzą­ta­nia oraz ogrod­ni­ka, któ­ry bę­dzie pie­lę­gno­wał szma­rag­do­wy traw­nik i przy­ci­nał won­ne róże, żeni się z ja­kąś uczci­wą pa­nien­ką z do­bre­go domu, pło­dzi dzie­ci... Cze­mu mi się pan tak przy­glą­da?

Kel­ler­mann, sku­pio­ny na swo­im ora­tor­skim po­pi­sie, do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że jego gość, prze­chy­liw­szy gło­wę i mru­żąc oczy, od dłuż­szej chwi­li wpa­tru­je się w nie­go z na­tę­żo­ną uwa­gą.

– My­ślę, że ta­kie świa­tło jest naj­lep­sze, by pana por­tret, pa­nie dy­rek­to­rze, naj­wier­niej od­zwier­cie­dlał rze­czy­wi­stość – w za­my­śle­niu od­po­wie­dział Krüger, nie prze­sta­jąc wni­kli­wie stu­dio­wać szcze­gó­łów twa­rzy Kel­ler­man­na. – Tak wła­śnie po­wi­nien pan sie­dzieć… a słoń­ce ko­niecz­nie musi pa­dać z le­wej stro­ny. Pań­ski pra­wy pro­fil ma nie­co, pro­szę wy­ba­czyć sfor­mu­ło­wa­nie, mniej szla­chet­ny wy­raz. Lewy jest znacz­nie lep­szy. Tak. Do­kład­nie o to cho­dzi. Lewy pół­pro­fil. I ko­niecz­nie po­zy­cja sie­dzą­ca, może na­wet za biur­kiem, tak jak te­raz. Nie­któ­rzy wolą stać, ale, szcze­rze po­wie­dziaw­szy, efek­ty po­tem są cza­sa­mi po­ża­ło­wa­nia god­ne. To...

– Żar­ty pan so­bie robi? – pod­niósł głos Kel­ler­mann. Z nie­sma­kiem stwier­dził, że od­kąd Krüger prze­kro­czył próg ga­bi­ne­tu, sko­czy­ło mu ci­śnie­nie, a żo­łą­dek po­brzmie­wał nie­przy­jem­nym bó­lem. Do tego do­szła cho­ler­na mi­gre­na. Po­żal się Boże ma­larz dzia­łał na nie­go jak płach­ta na byka. Jed­nak w naj­le­piej po­ję­tym in­te­re­sie dy­rek­to­ra kry­mi­nal­ne­go, SS-Stan­dar­ten­füh­re­ra Maxa Kel­ler­man­na oraz re­pre­zen­to­wa­nej przez nie­go in­sty­tu­cji było kon­se­kwent­ne do­pro­wa­dze­nie tej roz­mo­wy do koń­ca.

– Nie, pa­nie dy­rek­to­rze. – Krüger, sta­ran­nie ma­sku­jąc roz­ba­wie­nie, po­pra­wił się na krze­śle. – Po pro­stu oce­niam pana fi­zjo­no­mię z pro­fe­sjo­nal­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Ale pro­szę się nie nie­po­ko­ić, nie na­ma­wiam pana na za­mó­wie­nie por­tre­tu.

– Pro­szę?

– Skoń­czył pan na tym, że ży­czył­by pan so­bie, by ten hi­po­te­tycz­ny mistrz zło­dziej­skie­go fa­chu za­prze­stał dzia­łal­no­ści. To wła­śnie pan ostat­nio po­wie­dział.

Tak, ten po­ra­nek zde­cy­do­wa­nie wy­ma­gał od Kel­ler­man­na ogrom­nych po­kła­dów cier­pli­wo­ści. Dy­rek­tor pod­jął ko­lej­ny, nie­ma­ły wy­si­łek, by nie wy­buch­nąć.

– Rze­czy­wi­ście, tak po­wie­dzia­łem – wy­ce­dził przez zęby. Mimo wcze­snej pory dzień był dusz­ny i go­rą­cy. W ga­bi­ne­cie co­raz bar­dziej bra­ko­wa­ło po­wie­trza. Szef ber­liń­skiej po­li­cji otarł czo­ło wy­cią­gnię­tą z kie­sze­ni chu­s­tecz­ką. – Otóż mogę stwier­dzić, że gdy­by temu czło­wie­ko­wi przy­szło do gło­wy po­wstrzy­mać się od na­stęp­nych na­pa­dów, wła­dze mo­gły­by za­ak­cep­to­wać taki stan rze­czy. Przejść do po­rząd­ku dzien­ne­go nad tym, co się wy­da­rzy­ło, a do­ce­nić fakt, iż nie mu­szą być dłu­żej po­sta­wio­ne w stan naj­wyż­szej go­to­wo­ści. Umo­wa by­ła­by pro­sta: męż­czy­zna zni­ka, a do­ssier na jego te­mat lą­du­je na sa­mym dnie ar­chi­wum w ja­kiejś za­po­mnia­nej piw­ni­cy. Jak się panu po­do­ba taki sce­na­riusz?

Krüger spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry za­pa­lił­by jesz­cze jed­no cy­ga­ro. Naj­wy­raź­niej po­śpiech prze­stał być jego prio­ry­te­tem.

– Z pana punk­tu wi­dze­nia jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo ko­rzyst­ny – od­rzekł po­wo­li. Mó­wił sta­ran­ną, li­te­rac­ką niem­czy­zną. Ni­ski głos z lek­ką chry­pą brzmiał wy­raź­nie w wy­peł­nio­nym dy­mem ga­bi­ne­cie.

Ma trzy­dzie­ści dzie­więć lat, po­my­ślał Kel­ler­mann. Ale wy­glą­da na mniej. Przy­naj­mniej pięć lat mniej. Po­mi­mo si­wi­zny. Na pew­no po­do­ba się ko­bie­tom. I na pew­no nie po­do­ba się mnie.

– Praw­da? – od­rzekł dy­rek­tor. – My­ślę, że ko­rzyść by­ła­by obo­pól­na.

– Za­pew­ne. Nie za bar­dzo na­to­miast po­tra­fię wy­obra­zić so­bie po­wód, dla któ­re­go pan mi to opo­wia­da.

Ci­sza w ga­bi­ne­cie była tym ra­zem nie­co inna niż przed­tem. Jak­by bar­dziej po­god­na. Dy­rek­tor po raz pierw­szy szcze­rze się ro­ze­śmiał.

– Roz­wa­żam po pro­stu teo­re­tycz­ny sce­na­riusz roz­wo­ju sy­tua­cji – od­rzekł.

Krüger wstał. Nie cze­ka­jąc na re­ak­cję go­spo­da­rza, pod­szedł do wie­sza­ka i zdjął z nie­go dłu­gi, do­sko­na­le do­pa­so­wa­ny do gar­ni­tu­ru płaszcz, któ­ry nie­spiesz­nie za­ło­żył, nie­dba­le za­wią­zu­jąc pa­sek.

– Miło się ga­wę­dzi­ło – po­wie­dział, po­pra­wia­jąc na gło­wie ele­ganc­ki ka­pe­lusz. – Teo­re­tycz­ne roz­wa­ża­nia na pierw­szy rzut oka wy­da­ją się stra­tą cza­su, ale moim zda­niem sta­no­wią po­ży­tecz­ne ćwi­cze­nie umy­słu, o ile się do nich po­dej­dzie we wła­ści­wy spo­sób. Jed­nak są­dzę, że wy­star­czy na dziś.

– Cie­szę się, że nie uwa­ża pan na­szej po­ga­węd­ki za stra­co­ne chwi­le. – Kel­ler­mann rów­nież wstał i pod­szedł do go­ścia. Wy­ciąg­nął dłoń, któ­rą ten moc­no uści­snął.

– Jed­na rzecz przy­szła mi do gło­wy – po­wie­dział Krüger, gdy już nie­mal zna­lazł się za drzwia­mi. Od­wró­cił się i zmie­rzył po­li­cjan­ta za­my­ślo­nym spoj­rze­niem. – Są­dzę, oczy­wi­ście rów­nież czy­sto hi­po­te­tycz­nie, że gdy­by owe­mu czło­wie­ko­wi przy­szło jed­nak do gło­wy wy­ko­nać na­stęp­ny ruch, na­stęp­ny skok, jak pan to na­zy­wa, i spra­wy po­szły­by źle, czło­wiek ów żywy w ręce po­li­cji ni­g­dy się nie odda. Po pro­stu nie po­zwo­li się zła­pać, ro­zu­mie pan? Śmierć bę­dzie jego osta­tecz­nym zwy­cię­stwem, wię­zie­nie by­ło­by cał­ko­wi­tą po­raż­ką. Tak mi się wy­da­je. Usza­no­wa­nie, pa­nie dy­rek­to­rze.

***

Kel­ler­mann za­mknął drzwi, po czym pod­szedł szyb­kim kro­kiem do biur­ka. Pod­niósł słu­chaw­kę jed­ne­go ze sto­ją­cych na biur­ku te­le­fo­nów.

– So­phie? – po­wie­dział to­nem, z któ­re­go znik­nął ja­ki­kol­wiek ślad nie­pew­no­ści czy chę­ci za­war­cia kom­pro­mi­su. Ból gło­wy da się opa­no­wać, gdy ak­cja po­chło­nie my­śli. Dy­rek­tor wie­dział o tym z do­świad­cze­nia. Zresz­tą i tak nie za­mie­rzał mar­no­wać cza­su. Nie mógł so­bie na to po­zwo­lić. – We­zwij do mnie gru­pę spe­cjal­ną. Na­tych­miast.

– Tak jest, pa­nie dy­rek­to­rze, już za­wia­da­miam. – Głos So­phie Mer­ste­ger, trzy­dzie­sto­let­niej cho­dzą­cej do­sko­na­ło­ści, brzmiał jak zwy­kle chłod­no i pro­fe­sjo­nal­nie. Pan­na Mer­ste­ger ni­g­dy nie tra­ci­ła zim­nej krwi. Punk­tu­al­na, per­fek­cyj­nie zor­ga­ni­zo­wa­na, dys­po­no­wa­ła wprost nad­ludz­ką pa­mię­cią. Sta­no­wi­ła jed­no­oso­bo­we za­ple­cze lo­gi­stycz­no-or­ga­ni­za­cyj­ne Kel­ler­man­na, za­wsze przy­go­to­wa­ne do cze­ka­ją­cych je za­dań. Była nie­oce­nio­ną po­mo­cą.

A ostat­nio, co­raz czę­ściej, muzą uskrzy­dla­ją­cą do wzno­sze­nia się na wy­ży­ny pro­fe­sjo­nal­nej sku­tecz­no­ści. Oraz, nie­ste­ty, przy­czy­ną ro­sną­cej fru­stra­cji.

– I pro­szę przyjść rów­nież. Z no­te­sem – pod­kre­ślił dy­rek­tor. Cał­ko­wi­cie zby­tecz­nie. Pan­na Mer­ste­ger no­tes z pew­no­ścią trzy­ma­ła już w ręku. Od wie­lu mie­się­cy peł­ni­ła nie­for­mal­ną rolę se­kre­ta­rza gru­py.

– Oczy­wi­ście.

Kel­ler­man usiadł przy biur­ku i za­czął prze­glą­dać no­tat­ki. Po raz ko­lej­ny prze­biegł wzro­kiem li­stę bę­dą­cych do jego dys­po­zy­cji lu­dzi, ka­ta­log sprzę­tu, środ­ków łącz­no­ści, sa­mo­cho­dów.

Dzi­siej­szy dzień miał przy­nieść wiel­kie zwień­cze­nie za­kro­jo­nej na ogrom­ną ska­lę ope­ra­cji.

Chwi­lę póź­niej drzwi ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się bez­gło­śnie i do środ­ka we­szło kil­ka­na­ście osób, pro­wa­dzo­nych przez im­po­nu­ją­cą blon­dyn­kę o po­są­go­wej fi­gu­rze i chłod­nej, nor­dyc­kiej uro­dzie. Ko­bie­ta mia­ła nie­bie­skie oczy, pro­sty nos i nie­co zbyt wą­skie usta, któ­re tyl­ko do­da­wa­ły jej uro­ku. Kel­ler­mann już daw­no do­szedł do wnio­sku, że jego se­kre­tar­ka jest po­sta­cią ze snu – tak wy­jąt­ko­we isto­ty nie ist­nie­ją bo­wiem w rze­czy­wi­sto­ści.

Jak zwy­kle na jej wi­dok po­czuł de­li­kat­ne mro­wie­nie w dole krę­go­słu­pa. Za ja­kiś czas mro­wie­nie za­cznie prze­su­wać się wy­żej, aż w koń­cu się­gnie kar­ku. Kel­ler­mann znał już na tyle swo­je re­ak­cje, by wie­dzieć, że w tym mo­men­cie bę­dzie mu­siał szyb­ko za­koń­czyć spo­tka­nie. Nie mógł bo­wiem do­pu­ścić do utra­ty kon­tro­li nad wła­sny­mi po­czy­na­nia­mi. Na oka­zy­wa­nie emo­cji wo­bec współ­pra­cow­ni­ków po­zwa­lał so­bie tyl­ko wte­dy, gdy uwa­żał to za nie­zbęd­ne. I z całą pew­no­ścią nie cho­dzi­ło o ta­kie emo­cje.

Po­zo­sta­łą część gru­py sta­no­wi­li wy­łącz­nie męż­czyź­ni, wszy­scy bez wy­jąt­ku bę­dą­cy po­li­cjan­ta­mi z co naj­mniej dzie­się­cio­let­nim sta­żem i udo­ku­men­to­wa­ną li­stą suk­ce­sów za­wo­do­wych. Stwo­rze­nie ze­spo­łu zło­żo­ne­go ze spe­cja­li­stów ścią­gnię­tych z ca­łych Nie­miec kosz­to­wa­ło Kel­ler­man­na spo­ro za­cho­du i ner­wów. Ża­den bo­wiem sza­nu­ją­cy się prze­ło­żo­ny nie chce od­da­wać naj­lep­szych lu­dzi, zwłasz­cza aro­ganc­kie­mu sze­fo­wi aro­ganc­kiej ber­liń­skiej po­li­cji, któ­ra i bez tego uwa­ża się za pę­pek świa­ta. Kel­ler­man­no­wi jed­nak, czło­wie­ko­wi do­sko­na­le świa­do­me­mu, jak w rze­czy­wi­sto­ści prze­bie­ga­ją li­nie po­dzia­łu wła­dzy, praw­dzi­wej wła­dzy, uda­ło się prze­ko­nać Ar­thu­ra Nebe, swe­go zwierzch­ni­ka i naj­wyż­sze­go sze­fa Kri­po, że spra­wa jest z ga­tun­ku tych, któ­re ude­rza­ją w pre­stiż pań­stwa. Strzał był cel­ny: Nebe przej­rzał pod­su­nię­te przez Kel­ler­man­na do­ssier, z wy­jąt­ko­wą jak na sie­bie cier­pli­wo­ścią wy­słu­chał ar­gu­men­tów, po czym zgo­dził się, że plan za­pro­po­no­wa­ny przez za­stęp­cę ko­men­dan­ta ber­liń­skiej Kri­po ma szan­se po­wo­dze­nia; spra­wę na­le­ży jak naj­szyb­ciej i bez oglą­da­nia się na kosz­ty za­koń­czyć. Wy­dał więc po­le­ce­nie, by sze­fo­wie re­gio­nal­ni udo­stęp­ni­li Kel­ler­man­no­wi każ­de­go funk­cjo­na­riu­sza, któ­re­go ten za­żą­da, oraz słu­ży­li wszel­ką in­for­ma­cją i po­mo­cą, jaka oka­że się nie­zbęd­na. W ten oto spo­sób Kel­ler­mann zo­stał wy­po­sa­żo­ny w środ­ki umoż­li­wia­ją­ce prze­pro­wa­dze­nie naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nej ope­ra­cji po­li­cyj­nej w hi­sto­rii III Rze­szy.

Przed­ostat­nim eta­pem sta­ran­nie opra­co­wa­ne­go har­mo­no­gra­mu było dzi­siej­sze po­ran­ne spo­tka­nie z czło­wie­kiem przed­sta­wia­ją­cym się jako Wil­helm Krüger.

– Sia­daj­cie – po­wie­dział Kel­ler­mann. Funk­cjo­na­riu­sze za­ję­li miej­sca przy dłu­gim sto­le znaj­du­ją­cym się w dru­giej czę­ści ga­bi­ne­tu. So­phie Mer­ste­ger usia­dła na sa­mym koń­cu, otwo­rzy­ła no­tes i za­sty­gła w bez­ru­chu. Kel­ler­mann nie ru­szył się zza biur­ka. Sta­rał się nie pa­trzeć na je­dy­ną w tym gro­nie ko­bie­tę, choć nie było to pro­ste. Szcze­rze mó­wiąc, oka­za­ło się czyn­no­ścią wy­ma­ga­ją­cą wiel­kie­go wy­sił­ku. Mro­wie­nie w dole ple­ców na­si­li­ło się. Do­sko­na­le czuł, co się z nim dzie­je. Za­czę­ła w nim wzbie­rać fala fru­stra­cji.

– Spo­tka­nie od­by­ło się zgod­nie z pla­nem – po­wie­dział bez żad­nych wstę­pów. Wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze do­sko­na­le orien­to­wa­li się, o czym mówi. Wstęp sta­no­wił­by zbęd­ny ozdob­nik. – Ryb­ce spodo­ba­ła się przy­nę­ta za­wie­szo­na na ha­czy­ku. Jest wy­so­ce praw­do­po­dob­ne, że wkrót­ce ją po­łknie.

– Skąd taki wnio­sek? – za­py­tał Her­mann Fe­ge­le­in, naj­młod­szy w tym gro­nie. Kel­ler­mann nie lu­bił go, ale za­pro­sił do ze­spo­łu, po­nie­waż miał pew­ność, że ostry jak brzy­twa umysł dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go czło­wie­ka może oka­zać się przy­dat­ny. To przy­pusz­cze­nie było wię­cej niż traf­ne: Fe­ge­le­in szyb­ko stał się jed­ną z klu­czo­wych po­sta­ci śledz­twa. Rów­nie ry­chło wy­szło jed­nak na jaw, że po­sia­da jesz­cze jed­ną cen­ną, choć iry­tu­ją­cą ce­chę: ni­g­dy nie po­dą­ża za sta­dem, ma za­wsze wła­sny po­gląd na spra­wę, cał­ko­wi­cie też zda­je się igno­ro­wać py­ta­nie, czy po­gląd ów jest zgod­ny ze spo­so­bem my­śle­nia prze­ło­żo­nych. Nie przy­spa­rza­ło mu to po­pu­lar­no­ści. Kel­ler­mann po­tra­fił jed­nak wznieść się po­nad co­dzien­ne am­bi­cyj­ki i do­ce­nić nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób my­śle­nia mło­de­go po­li­cjan­ta.

– No cóż, ob­ser­wa­cja i zna­jo­mość ludz­kiej psy­chi­ki – od­parł dy­rek­tor.

W kil­ku zda­niach stre­ścił prze­bieg za­koń­czo­ne­go przed pię­cio­ma mi­nu­ta­mi spo­tka­nia.

– Jest bar­dzo pew­ny sie­bie, a ja w nim tyl­ko tę pew­ność wzmoc­ni­łem – za­koń­czył. – Da­łem do zro­zu­mie­nia, że je­ste­śmy jak dzie­ci we mgle: dużo po­dej­rze­wa­my, ale nie mamy ni­cze­go po­nad to, co od­rzu­cił sąd.

– Czy in­for­ma­tor już dzwo­nił? – za­py­tał je­den ze star­szych funk­cjo­na­riu­szy.

Kel­ler­mann po­słał mu osten­ta­cyj­nie złe spoj­rze­nie.

– Jak do­tąd nie. Być może nie zna jesz­cze szcze­gó­łów.

Za­pa­dła ci­sza. Po­li­cjan­ci spoj­rze­li po so­bie. Dez­orien­ta­cja więk­szo­ści była aż nad­to wi­docz­na. W koń­cu ode­zwał się Fe­ge­le­in.

– Mamy in­for­ma­to­ra bli­sko gru­py? – za­py­tał.

Kel­ler­mann udał, że się waha. W koń­cu pod­jął de­cy­zję.

– Mamy in­for­ma­to­ra we­wnątrz gru­py.

Mil­cze­nie sta­ło się jesz­cze bar­dziej wy­mow­ne niż przed­tem.

– Mamy in­for­ma­to­ra we­wnątrz gru­py? – upew­nił się Fe­ge­le­in.

– To wła­śnie po­wie­dzia­łem przed chwi­lą, mło­dy czło­wie­ku.

– Dla­cze­go nic o tym nie wie­my?

– Po­nie­waż ta­kie są re­gu­ły gry. Zresz­tą: te­raz już wie­cie.

Naj­wy­raź­niej była to ko­lej­na kwe­stia, jed­na z wie­lu, o któ­rej współ­pra­cow­ni­cy Kel­ler­man­na nie mie­li po­ję­cia. Taka za­sa­da obo­wią­zy­wa­ła od po­cząt­ku funk­cjo­no­wa­nia ze­spo­łu: jego po­szcze­gól­ni człon­ko­wie od­po­wie­dzial­ni byli tyl­ko za małe frag­men­ty śledz­twa. Ob­raz ca­ło­ści miał wy­łącz­nie szef oraz jego za­stęp­ca. A tak­że ktoś, o kim Kel­ler­mann my­ślał ostat­nio co­raz czę­ściej.

– Mimo wszyst­ko jed­nak jest to ma­te­ria, w któ­rej po­win­ni­śmy mieć przy­naj­mniej pod­sta­wo­wą orien­ta­cję. Uła­twi­ła­by nam pra­cę. Nie mu­sie­li­by­śmy bez sen­su spraw­dzać pew­nych tro­pów. – Fe­ge­le­in naj­wy­raź­niej wziął na sie­bie obo­wią­zek wy­po­wia­da­nia się w imie­niu resz­ty gru­py. Kil­ku funk­cjo­na­riu­szy kiw­nę­ło gło­wa­mi.

– No więc pod­sta­wo­wą orien­ta­cję już ma­cie. – Kel­ler­mann nie za­mie­rzał się tłu­ma­czyć ani Fe­ge­le­ino­wi, ani ko­mu­kol­wiek.

Na wi­dok wy­ra­zu twa­rzy sze­fa mło­dy po­li­cjant po­sta­no­wił od­pu­ścić. Na ra­zie nie po­trze­bo­wał spo­ru o pryn­cy­pia, zwłasz­cza że nie on je usta­lał. Trzy­mał się w ży­ciu że­la­znej za­sa­dy, by pod żad­nym po­zo­rem nie ata­ko­wać, nie bę­dąc pew­nym wy­gra­nej. Jak do­tąd za­sa­da ta oka­za­ła się sku­tecz­na: za­wio­dła go z za­po­mnia­ne­go przez Boga i lu­dzi ko­mi­sa­ria­tu w naj­gor­szej dziel­ni­cy Ham­bur­ga do sa­me­go cen­trum naj­więk­szej ope­ra­cji pro­wa­dzo­nej przez ber­liń­ską Kri­mi­nal­po­li­zei.

– Skąd pew­ność, że ak­cja od­bę­dzie się dzi­siaj? – za­py­tał ko­lej­ny z po­li­cjan­tów.

– Krüger wczo­raj za­rzą­dził go­to­wość gru­py. Ni­g­dy nie ro­bił tego wcze­śniej niż dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny przed sko­kiem.

Py­ta­ją­cy za­milkł. Dy­rek­tor chrząk­nął nie­znacz­nie, wy­cią­gnął z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę i po­wol­nym ru­chem otarł spo­co­ne czo­ło. Miał wra­że­nie, że za chwi­lę się udu­si. Nad­wa­ga, po­my­ślał. Za dużo jem, cały czas spę­dzam za biur­kiem i za bar­dzo się tym wszyst­kim przej­mu­ję.

– In­for­ma­cję do­sta­nie­my z wy­prze­dze­niem. Ni­niej­szym za­rzą­dzam stan naj­wyż­szej go­to­wo­ści. Ma­cie za­kaz wy­cho­dze­nia z bu­dyn­ku, kon­tak­to­wa­nia się z kim­kol­wiek spo­za ze­spo­łu, a zwłasz­cza z oso­ba­mi po­stron­ny­mi. – Kel­ler­mann po­ło­żył na ostat­nim sło­wie nie­znacz­ny ak­cent. – Sprawdź­cie broń i środ­ki łącz­no­ści.

Ze­bra­ni po­ki­wa­li gło­wa­mi. Przy­go­to­wy­wa­li się od tak dłu­gie­go cza­su, ana­li­zo­wa­li plan tyle razy, prze­dys­ku­to­wa­li tyle moż­li­wo­ści...

Po­zo­sta­ło ocze­ki­wa­nie.

Kel­ler­mann kiw­nął gło­wą, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że na ra­zie nie ma nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Funk­cjo­na­riu­sze wsta­li i skie­ro­wa­li się ku wyj­ściu. Rad­ca od­pro­wa­dził wzro­kiem mo­nu­men­tal­ne ple­cy i ku­szą­ce bio­dra So­phie.

Gdy drzwi za­mknę­ły się, mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, nim Kel­ler­mann po­czuł, że się uspo­ka­ja. Pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu.

– Strumph – usły­szał.

– Kel­ler­mann.

– Dzień do­bry, sze­fie. – Mę­ski głos po dru­giej stro­ny był mło­dy i nie­co prze­stra­szo­ny.

– Wy­ko­na­łeś za­da­nie?

– Tak jest, pa­nie dy­rek­to­rze. Wszy­scy mają za­ło­żo­ne pod­słu­chy w służ­bo­wych apa­ra­tach.

– A w do­mach pry­wat­nych?

– Ci z Ber­li­na. Resz­ta w ho­te­lu.

– I co?

– Na ra­zie nic. Wy­ko­ny­wa­li tyl­ko te­le­fo­ny zwią­za­ne ze śledz­twem.

– Po­pro­szę wy­kaz.

– Tak jest.

– A na­stęp­ne co pół go­dzi­ny.

– Oczy­wi­ście.

– Dzi­siej­szy dzień jest kry­tycz­ny, ro­zu­miesz? To się skoń­czy przed wie­czo­rem.

– Ro­zu­miem, sze­fie.

– Nie po­ża­łu­jesz. Umiem do­ce­nić lo­jal­ność.

Mło­dy czło­wiek po dru­giej stro­nie li­nii prze­łknął gło­śno śli­nę.

***

Po wyj­ściu z pre­zy­dium po­li­cji Krüger skrę­cił w pra­wo. Szyb­ko zna­lazł się na Frak­fur­ter Stras­se. Szedł mia­ro­wym kro­kiem i nie oglą­dał się za sie­bie. Choć miał obo­jęt­ną, na­wet nie­co zbla­zo­wa­ną minę, in­ten­syw­nie my­ślał.

Bia­ła fla­ga? Nie­wąt­pli­wie. Po kil­ku la­tach wy­sił­ków sfi­na­li­zo­wa­nych kom­pro­mi­ta­cją pod­czas pro­ce­su, co wię­cej, kom­pro­mi­ta­cją ma­ją­cą miej­sce w bla­sku fle­szy, a po­tem omó­wio­ną sze­ro­ko przez pra­sę, Kel­ler­mann da­wał do zro­zu­mie­nia, że po­sta­no­wił rzecz za­koń­czyć. Z jego punk­tu wi­dze­nia roz­sąd­ne po­su­nię­cie: kie­dy nie da się ugrać ca­łej puli, trze­ba wy­zna­czyć so­bie bar­dziej re­ali­stycz­ny cel, a z resz­ty się wy­co­fać.

Ale Krüger zbyt dłu­go żył i zbyt wie­lu Kel­ler­man­nów tego świa­ta po­znał, by wziąć dzi­siej­sze za­pro­sze­nie za do­brą mo­ne­tę. Ot, choć­by kon­se­kwen­cje praw­ne: prze­stęp­stwa za­war­te w do­ssier nie ule­gły przedaw­nie­niu i nie­pręd­ko ule­gną. Są ści­ga­ne z urzę­du. Za kil­ka mie­się­cy Ar­thur Nebe, prze­ło­żo­ny Kel­ler­man­na, za­py­ta, co da­lej z tą spra­wą. Je­że­li przy­jąć, że Nebe za­ak­cep­to­wał pro­po­zy­cję dy­rek­to­ra, ma prze­cież swo­je­go prze­ło­żo­ne­go, wszech­wład­ne­go Re­in­har­da Hey­dri­cha. Krüger wie­dział, że na­pa­dy, o któ­rych mó­wił Kel­ler­mann, były sze­ro­ko na­gła­śnia­nie i ko­men­to­wa­ne. In­te­re­so­wa­li się nimi naj­wyż­si po­li­cyj­ni dy­gni­ta­rze. Uję­cie spraw­cy sta­ło się rze­czy­wi­ście spra­wą wagi pań­stwo­wej, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie.

Więc co?

Pu­łap­ka, któ­rej na­le­ża­ło unik­nąć, nie tra­cąc z oczu głów­ne­go punk­tu dzi­siej­sze­go pro­gra­mu.

Krüger pod­szedł do bud­ki te­le­fo­nicz­nej, ro­zej­rzał się dys­kret­nie, po czym pod­niósł słu­chaw­kę. Wy­krę­cił nu­mer.

Po kil­ku sy­gna­łach ode­zwał się mięk­ki ko­bie­cy głos.

– Tu kwia­ciar­nia Ber­thel i Klug­man.

– Dzień do­bry. Dzwo­ni­łem wczo­raj. Moje na­zwi­sko Krüger.

– Ach tak, dzień do­bry. Przy­po­mi­nam so­bie.

– Skła­da­łem za­mó­wie­nie.

– Oczy­wi­ście.

– Chciał­bym po­twier­dzić do­star­cze­nie wią­zan­ki zna­jo­me­mu, o któ­rym roz­ma­wia­li­śmy.

– Miał pan dzwo­nić wcze­śniej.

– Za­szły pew­ne nie­prze­wi­dzia­ne oko­licz­no­ści.

– Ro­zu­miem. Jaka jest nowa go­dzi­na do­star­cze­nia wią­zan­ki?

– Dzie­wią­ta pięć­dzie­siąt.

– Tak jest. Za­mó­wie­nie zo­sta­nie zre­ali­zo­wa­ne.

– Pa­mię­ta pani ad­res?

– Sta­ran­nie go za­pi­sa­łam.

– Dzię­ku­ję.

– Do wi­dze­nia.

Krüger, nie od­kła­da­jąc słu­chaw­ki, na­ci­snął wi­deł­ki. Usły­szaw­szy cią­gły sy­gnał, wy­krę­cił na­stęp­ny nu­mer. Tym ra­zem po dru­giej stro­nie ktoś za­re­ago­wał nie­mal na­tych­miast.

– Tak?

Mę­ski, ostry, gar­dło­wy głos. Pew­ny sie­bie wła­ści­ciel. Wła­dza.

– Tu Krüger. Dzień do­bry.

– Wi­tam. Ma pan coś dla mnie?

– Ow­szem. Pro­po­nu­ję krót­kie spo­tka­nie.

– O czter­na­stej. W tym sa­mym miej­scu co ostat­nio.

– Będę.

Trzask.

Krüger za­klął bez­gło­śnie. Wła­ści­wie nie pa­mię­tał, kie­dy po raz ostat­ni po­peł­nił błąd tego ka­li­bru. Moż­li­we, że ni­g­dy.

Nie cho­dzi­ło o jego ostat­nie­go roz­mów­cę.

Po pro­stu Krüger uświa­do­mił so­bie – zbyt póź­no, nie­ste­ty – że jest ob­ser­wo­wa­ny.

***

Szef ze­spo­łu in­wi­gi­la­cyj­ne­go, sta­ry wyga na­zwi­skiem Klop­pe, za­czy­nał pra­cę w po­li­cji jesz­cze za cza­sów kaj­ze­ra Wil­hel­ma. Do wy­ko­na­nia na­ło­żo­ne­go na nie­go za­da­nia sfor­mo­wał gru­pę skła­da­ją­cą się, oprócz nie­go, z troj­ga funk­cjo­na­riu­szy: męż­czy­zny i dwóch ko­biet, któ­rych oso­bi­ście do­brał i wy­szko­lił. Pra­co­wał na bez­po­śred­nie zle­ce­nie Maxa Kel­ler­man­na i tyl­ko jemu skła­dał ra­por­ty, co sta­no­wi­ło fakt zgo­ła nie­zwy­kły, po­nie­waż zwy­kle pod­le­gał funk­cjo­na­riu­szo­wi sto­ją­ce­mu w po­li­cyj­nej hie­rar­chii dwa pię­tra ni­żej od dy­rek­to­ra. Klop­pe był jed­nak zbyt do­świad­czo­nym czło­wie­kiem, by py­tać o przy­czy­ny ta­kie­go sta­nu rze­czy. Sko­ro szef za­de­cy­do­wał o ra­dy­kal­nym skró­ce­niu zwy­kłej dro­gi służ­bo­wej, mu­siał za­pew­ne mieć wy­star­cza­ją­ce po­wo­dy.

Kie­dy siwy męż­czy­zna w sza­rym pro­chow­cu i ka­pe­lu­szu opu­ścił Twier­dzę, po­li­cjant nie ru­szył się z prze­ciw­le­głej stro­ny uli­cy, po­chło­nię­ty lek­tu­rą po­ran­ne­go wy­da­nia ga­ze­ty. Jed­na z jego współ­pra­cow­ni­czek szła tro­tu­arem, za­słu­cha­na w sło­wa to­wa­rzy­sza, ro­ze­śmia­ne­go męż­czy­zny po czter­dzie­st­ce. Para mi­nę­ła za­mknię­tą jesz­cze cu­kier­nię Me­in­la, nie zwra­ca­jąc na Krüge­ra naj­mniej­szej uwa­gi, po czym znik­nę­ła za ro­giem. Krüger oczy­wi­ście nie mógł mieć po­ję­cia, że obo­je na­tych­miast przy­spie­szy­li kro­ku, skrę­ci­li w naj­bliż­szą uli­cę i za­czę­li po­su­wać się rów­no­le­gle do śle­dzo­ne­go obiek­tu. Bez­po­śred­nio za Krüge­rem ru­szy­ła dru­ga z ko­biet, z po­zo­ru po­świę­ca­jąc znacz­nie wię­cej uwa­gi mi­ja­nym wy­sta­wom niż męż­czyź­nie w sza­rym płasz­czu.

W ten spo­sób człon­ko­wie ze­spo­łu do­tar­li do bud­ki te­le­fo­nicz­nej, po czym za­ję­li ukry­te po­zy­cje, bacz­nie ob­ser­wu­jąc roz­ma­wia­ją­ce­go przez te­le­fon męż­czy­znę, a przy tym zwra­ca­jąc bacz­ną uwa­gę na to, czy ma on ja­kie­kol­wiek szan­se za­uwa­żyć któ­reś z nich.

Nic na to nie wska­zy­wa­ło.

Po skoń­cze­niu roz­mo­wy Krüger za­czął szyb­kim kro­kiem od­da­lać się od bud­ki te­le­fo­nicz­nej. Obie ko­bie­ty i je­den z męż­czyzn po­dą­ży­li za nim w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Szef gru­py na­to­miast pod­szedł do apa­ra­tu, pod­niósł słu­chaw­kę i wy­krę­cił sze­ścio­cy­fro­wy nu­mer. Po chwi­li usły­szał głos Kel­ler­man­na.

– Tu Klop­pe. Je­stem w bud­ce te­le­fo­nicz­nej na skrzy­żo­wa­niu Frank­fur­ter i Schil­ling. Obiekt przed chwi­lą dwu­krot­nie dzwo­nił. War­to spraw­dzić do kogo.

– Do­bra ro­bo­ta, Klop­pe. Zle­cę spraw­dze­nie.

– Będę w kon­tak­cie, pa­nie dy­rek­to­rze.

Szef ze­spo­łu odło­żył słu­chaw­kę, po czym…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej