Krüger III. Lew - Marcin Ciszewski - ebook

Krüger III. Lew ebook

Marcin Ciszewski

4,5

Opis

Marcin Ciszewski, autor bestsellerowego cyklu Wojna.pl (WWW) przedstawia Wilhelma Krügera.

 

  

Stworzono go, by zadziwiał Świat, lecz on ten Świat postanowił podbić.

 

Inteligentny, bezwzględny, drapieżny. Złodziej.

 

Doskonale przystosowany do czasów, w których przyszło mu żyć.

 

Dostawszy się w ręce Czeka, Krüger unika śmierci tylko za cenę wyrzeczenia się ideałów. Musi współpracować, by przeżyć. Nie porzuca jednak myśli o uwolnieniu siostry z rąk śmiertelnego wroga – Iwana Piotrowicza Kolcowa, który wciąż wyprzedza go o krok...


W sierpniu 1920 roku, w kluczowej fazie Bitwy Warszawskiej, jeden z nich stara się przeniknąć tajemnice polskiego Sztabu Generalnego. Drugi – udowodnić, że jest odważnym, ideowym żołnierzem.


Obaj, by odzyskać szacunek do samych siebie, muszą uporać się z własną przeszłością.  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (85 ocen)
47
31
7
0
0

Popularność




MARCIN CISZEWSKI

Krüger III Lew

 

 

© 2017 Marcin Ciszewski

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, [email protected]

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-645-2372-4

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Prolog

Sły­szę wil­ka.

Po­wol­ne, prze­cią­głe wy­cie o zmien­nej to­na­cji i na­tę­że­niu. Do gło­su do­łą­cza dru­gi, nie­co wyż­szy i jak­by bar­dziej od­da­lo­ny. Po­tem kil­ka na­stęp­nych. Wa­ta­ha jest da­le­ko, ale góry nio­są dźwięk, zwie­lo­krot­nia­ją go, zmie­nia­ją w sym­fo­nię.

Sie­dzę, słu­cham, wil­cza aria przy­kry­wa trza­ska­nie ogni­sko­wych po­lan, otu­la mnie, okry­wa ni­czym koł­drą. De­lek­tu­ję się, sma­ku­ję ja­kość nut, któ­rych nikt nie pla­no­wał ani nie ukła­dał w żad­ną me­lo­dię. Gdy wil­ki za­czy­na­ją wyć, zwy­kle zwia­stu­ją tra­ge­dię, wal­kę, nie­szczę­ście. Tym ra­zem jest ina­czej. Mu­zy­ka brzmi bli­sko i da­le­ko jed­no­cze­śnie, skła­nia do za­du­my, do re­ka­pi­tu­la­cji, do wy­rzu­tów su­mie­nia.

Sta­rzec nie zwra­ca uwa­gi na wil­ki. Wsta­je, prze­cią­ga się, strze­la­ją za­sta­łe ko­ści. Od­cho­dzi kil­ka kro­ków w mrok, cze­goś szu­ka, mru­cząc do sie­bie, po­tem wra­ca, nio­sąc na­rę­cze drew. Do­kła­da do ognia, wznie­ca­jąc sno­py iskier idą­ce ku gwiaz­dom. Spo­glą­dam w nie­bo. Jest czar­ne ak­sa­mit­ną, szczel­nie otu­la­ją­cą czer­nią, któ­ra wy­da­je mi się zna­jo­ma, a za­ra­zem obca, może na­wet nie­ziem­ska.

Sta­rzec po­dob­nie; jest re­al­ny, jak wie­lu lu­dzi, któ­rych zna­łem. Wiatr roz­wie­wa mu wło­sy, a on śmie­je się, uka­zu­jąc nie­zbyt rów­ne zęby, mru­ga oczy­ma, dra­pie się po rę­kach i bro­dzie. Do­py­tu­je o szcze­gó­ły z mo­je­go ży­cia, choć wła­ści­wie roz­ma­wia­my o nas wszyst­kich: Krüge­rze, jego sio­strze, Cy­ga­nie… Po­wo­du­je nim cie­ka­wość, ale w jego gło­sie nie wy­czu­wam wścib­stwa. Cza­sem mam wra­że­nie, że py­ta­nia są nie­po­trzeb­ne, bo mój roz­mów­ca ma kom­plet in­for­ma­cji na każ­dy te­mat i bar­dzo do­brą orien­ta­cję za­rów­no w za­kre­sie fak­tów, jak rów­nież mo­ty­wa­cji czy naj­głę­biej skry­wa­nych my­śli. Nie tyl­ko mo­ich. Wszyst­kich. Każ­de­go uczest­ni­ka opo­wia­da­nej prze­ze mnie hi­sto­rii.

Nie py­tam, kim jest. In­te­re­su­je mnie to, ale mam ja­kieś dziw­ne prze­świad­cze­nie, że do­wiem się tego wkrót­ce. Do­pro­wa­dzę opo­wieść do koń­ca, a po­tem on zdra­dzi mi, w ja­kim celu opo­wia­dam to wszyst­ko. Czy się boję? I tak, i nie. Nie wiem, jak się tu zna­la­złem, choć oczy­wi­ście pa­mię­tam, co wy­da­rzy­ło się przed­tem. Czu­ję się bez­piecz­nie, czu­ję spo­kój, ni­g­dzie mi się nie spie­szy. Po raz pierw­szy w ży­ciu nie dzia­łam pod pre­sją cza­su albo oko­licz­no­ści. Mogę bez po­śpie­chu za­sta­no­wić się nad każ­dym py­ta­niem Star­ca.

I wła­śnie to ro­bię.

Wil­cza me­lo­dia wy­ga­sa. ■

Część 1

MIASTO

A więc tak sma­ku­je wol­ność.

Ma za­pach ku­rzu i snu­ją­ce­go się w po­wie­trzu pro­cho­we­go dymu. Pul­su­je brzmie­niem roz­go­rącz­ko­wa­nych roz­mów lu­dzi, któ­rzy jesz­cze nie wie­rzą, że kosz­mar się skoń­czył, drże­niem nie­śmia­łej ra­do­ści i po­tęż­nie­ją­cej z każ­dą se­kun­dą na­dziei. Ma w so­bie sło­dycz i czar. Po­wab po­tęż­nej obiet­ni­cy zmia­ny losu.

A jed­no­cze­śnie jest nie­zna­nym do­tych­czas za­gro­że­niem. Dy­go­tem roz­huś­ta­nych emo­cji. Groź­bą klę­ski czy­ha­ją­cej za naj­bliż­szym ro­giem. Ewe­li­na Krüger prze­ko­na­ła się o tym kwa­drans po opusz­cze­niu miesz­ka­nia, przy pierw­szym kon­tak­cie z obcą oso­bą.

Trzy pię­tra po­ko­na­ła pew­nie, ba­zu­jąc na do­świad­cze­niu ostat­nich kil­ku mie­się­cy. Kie­dy Iwan Kol­cow jesz­cze re­gu­lar­nie by­wał w domu, cha­dza­li na spa­ce­ry przy­naj­mniej trzy razy w ty­go­dniu. Nie tyl­ko za­pa­mię­ta­ła, jaki układ ma klat­ka scho­do­wa, ale zna­ła na­wet licz­bę stop­ni dzie­lą­cych pię­tro od po­zio­mu po­dwó­rza. Wie­dzia­ła, gdzie są drzwi wej­ścio­we, że w cią­gu dnia nikt nie za­my­ka ich na klucz, a straż­nik (któ­re­go mun­dur śmier­dział bru­dem i ty­to­niem naj­gor­sze­go sor­tu) pil­nu­je wej­ścia na po­dwó­rze z umiesz­czo­nej obok bra­my bud­ki, któ­rej, je­śli nie wy­cią­ga­ła go na ze­wnątrz ja­kaś nad­zwy­czaj­na oko­licz­ność, nie chce mu się opusz­czać.

Gdy z dzier­żo­ną w le­wym ręku, wy­cią­gnię­tą do przo­du i prze­szu­ku­ją­cą prze­strzeń la­ską opu­ści­ła miesz­ka­nie, usły­sza­ła, że cały dom, do nie­daw­na po brze­gi wy­peł­nio­ny gwa­rem roz­mów, na­wo­ły­wa­nia­mi, śmie­cha­mi i plot­ka­mi cze­ki­stow­skich żon, jest ci­chy jak cmen­tar­na noc. Ze­szła więc pew­nie na dół, nie spo­dzie­wa­jąc się spo­tkać ni­ko­go. Prze­czu­cie nie my­li­ło jej. Drzwi oka­za­ły się otwar­te, straż­ni­cza bud­ka – pu­sta. La­ska stu­ka­ła gło­śno o bruk, a echo, od­bi­te od ścian czte­ro­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy, po­wta­rza­ło stu­kot z mo­no­ton­ną re­gu­lar­no­ścią.

Zna­la­zła się na uli­cy. Ścia­na dźwię­ku ude­rzy­ła ni­czym pięść bok­se­ra.

Ewe­li­nę z miej­sca ogar­nę­ło prze­ra­że­nie. Krzy­ki, śmie­chy, ryk prze­jeż­dża­ją­cych au­to­mo­bi­li, kwik po­ga­nia­nych przez woź­ni­ców koni, na­wo­ły­wa­nia, prze­kleń­stwa, strza­ły do­bie­ga­ją­ce gdzieś z od­da­li… Gwar na­si­lił się do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów, bły­ska­wicz­nie przy­brał po­stać rwą­cej rze­ki, a ona, ludz­ka dro­bin­ka, sta­ła na brze­gu, my­śląc z roz­pa­czą, że gdy po­stą­pi choć je­den krok do przo­du, nurt po­rwie ją, a ona uto­nie w nim, bez choć­by jed­nej dło­ni wy­cią­gnię­tej w ge­ście po­mo­cy.

Za­czę­ła drżeć. Myśl, by wy­co­fać się do miesz­ka­nia, jej nie­daw­ne­go wię­zie­nia, wy­da­ła jej się na­gle nie­zwy­kle atrak­cyj­na. Cof­nie się, wej­dzie na górę i nie­bez­pie­czeń­stwo mi­nie jak zły sen. W miesz­ka­niu są jesz­cze za­pa­sy je­dze­nia i wody. Bez więk­sze­go wy­sił­ku prze­ży­je kil­ka dni, może na­wet ty­dzień. Za­mknie drzwi od środ­ka i bę­dzie bez­piecz­na.

Być może. I co da­lej?

Czy sy­tu­acja się zmie­ni? Nie. Lu­dzie na­dal będą cho­dzić po uli­cach, a ucie­ki­nier­ka i tak w pew­nej chwi­li zo­sta­nie zmu­szo­na do opusz­cze­nia azy­lu. Czy wcze­śniej o pu­ste miesz­ka­nie nie upo­mni się daw­ny wła­ści­ciel? Nie za­anek­tu­ją go wy­rzu­ce­ni na bruk i po­zba­wie­ni da­chu nad gło­wą bez­dom­ni? Tak czy ina­czej oko­licz­no­ści zmu­szą ją do sta­wie­nia czo­ła wy­zwa­niu. Je­śli ma ją spo­tkać coś złe­go, spo­tka ją w miesz­ka­niu czy na uli­cy, dziś, ju­tro lub za ty­dzień.

Sta­ra­ła się zwol­nić od­dech i ze wszyst­kich sił za­cząć my­śleć ra­cjo­nal­nie.

Czy ten rwą­cy do przo­du ludz­ki nurt na­praw­dę sta­no­wi za­gro­że­nie? Czy rze­czy­wi­ście chce po­rwać nie­wi­do­me­go zbie­ga bez do­ku­men­tów?

Czy kto­kol­wiek w ogó­le za­uwa­żył sa­mot­ną dziew­czy­nę z la­ską w ręku i bez­rad­no­ścią wy­pi­sa­ną na twa­rzy? Nic na to nie wska­zy­wa­ło.

Ucie­ki­nier­ka sta­ła na brze­gu, a po­tok pły­nął, nie zwra­ca­jąc na nią naj­mniej­szej uwa­gi.

Uspo­ko­iła się i za­czę­ła wsłu­chi­wać w gwar. Gdy wy­ostrzy­ła zmy­sły, a zmi­ni­ma­li­zo­wa­ła emo­cje, krzy­ki zmie­ni­ły się w roz­mo­wy, na­wo­ły­wa­nia w przy­ja­ciel­skie po­gwar­ki czy po­zba­wio­ne agre­sji żar­to­bli­we za­czep­ki. Au­to­mo­bi­le już nie ry­cza­ły, tyl­ko wy­da­wa­ły po­mru­ki wła­ści­we na­pę­dza­nym ga­zo­li­ną sil­ni­kom. Dud­nią­cy stu­kot koń­skich ko­pyt oka­zał się nor­mal­nym, ba­nal­nym dźwię­kiem. Uli­ca na­gle prze­isto­czy­ła się ze śmier­tel­nie groź­nej rze­ki w zwy­kłe ludz­kie zbio­ro­wi­sko, ja­kich dzie­siąt­ki i set­ki w każ­dym du­żym mie­ście.

Ewe­li­na ob­ró­ci­ła się w lewo. Jej uwa­gę przy­cią­gnął tembr gło­su. Je­den ze sto­ją­cych nie­opo­dal męż­czyzn roz­ma­wiał ze star­szą ko­bie­tą.

Po­czu­ła, że to czło­wiek, któ­ry ma w ser­cu ra­dość. I chce się nią dzie­lić.

Ta myśl na­tchnę­ła ją otu­chą. Mu­sia­ła za­ry­zy­ko­wać, a w tym wy­pad­ku ry­zy­ko wy­da­ło jej się nie­wiel­kie.

Ostroż­nie ru­szy­ła w kie­run­ku męż­czy­zny. Umia­ła wy­czu­wać prze­szko­dy i ruch po­wie­trza wy­twa­rza­ny przez prze­chod­niów, mimo to wpa­dła na tłu­stą ko­bie­tę w płasz­czu pach­ną­cym naf­ta­li­ną, a po­tem po­tknę­ła się o wy­sta­ją­cy z chod­ni­ka ka­mień.

A jed­nak, wy­cią­gnąw­szy nie­co ręce do przo­du, szła da­lej. Gdy roz­mo­wa męż­czy­zny z ko­bie­tą sta­ła się cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­ła i gło­śna, Ewe­li­na za­trzy­ma­ła się.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła po pol­sku. – Czy mogę pro­sić pana o po­moc?

Męż­czy­zna prze­rwał roz­mo­wę w pół sło­wa. Ewe­li­na rzecz ja­sna nie do­strze­gła wy­ra­zu zdu­mie­nia wy­ma­lo­wa­ne­go na jego twa­rzy, ale do­sko­na­le wy­czu­ła za­sko­cze­nie, a tak­że ro­sną­ce zdu­mie­nie jego to­wa­rzysz­ki.

Po­my­śla­ła, że zro­bi­ła błąd, że po­my­li­ła się sro­dze, ufa­jąc ob­ce­mu czło­wie­ko­wi tyl­ko dla­te­go, że mó­wił po pol­sku i miał miły głos. Prze­cież to ab­surd. W mie­ście jest kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy Po­la­ków, cał­kiem róż­nych prze­cież, wśród lu­dzi do­brych i skłon­nych do po­mo­cy nie bra­ku­je z pew­no­ścią ło­trów, po­tra­fią­cych w taki czy inny spo­sób wy­ko­rzy­stać sa­mot­ną, bez­bron­ną dziew­czy­nę.

Nie, szep­nął w jej gło­wie ja­kiś dziw­ny, sta­now­czy głos. On ci po­mo­że. Ta ko­bie­ta, jego to­wa­rzysz­ka, też. Wiem to na pew­no. Tra­fi­łaś do­brze.

Usły­sza­ła, że męż­czy­zna pod­cho­dzi bli­żej. Jej we­wnętrz­ny ho­ry­zont za­czął się ko­ły­sać, co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Czu­ła, że za chwi­lę upad­nie.

– Dro­gie dziec­ko, czy pani do­brze się czu­je? – za­py­tał. Rze­czy­wi­ście, mó­wił bar­dzo przy­jem­nym ba­ry­to­nem, zna­mio­nu­ją­cym spo­kój i życz­li­wość.

– Tak – od­rze­kła, sły­sząc samą sie­bie jak­by przez ścia­nę. – Nie. Nie bar­dzo.

– Zo­bacz, jak ona po­bla­dła – włą­czył się do roz­mo­wy ko­bie­cy głos. – Gu­sta­wie, nie stój tak. To dziew­czy­na za­raz ze­mdle­je. Chwyć ją z dru­giej stro­ny, o tak. Ona musi od­po­cząć. Po­sadź ją na ław­ce, a po­tem pój­dzie­my do na­sze­go miesz­ka­nia. No już, szyb­ko, nie stój tak!

***

Co za dia­bel­ska dziu­ra, po­my­ślał Kol­cow. Do Ki­jo­wa na­wet się nie umy­wa. Do­pie­ro paź­dzier­nik, a zim­no jak na An­tark­ty­dzie.

– Pięk­ne mia­sto, praw­da? – za­py­tał roz­mów­ca. Na­zy­wał się Rut­kow­ski i na­le­żał do naj­bar­dziej ak­tyw­nych człon­ków pol­skiej spo­łecz­no­ści mia­sta. Oka­zał się jed­nym z naj­cen­niej­szych agen­tu­ral­nych na­byt­ków Iwa­na. Choć for­mal­nie zaj­mo­wał tyl­ko sta­no­wi­sko skrom­ne­go kie­row­ni­ka za­opa­trze­nia w odzie­dzi­czo­nym po czer­wo­nych rzą­dach ma­ga­zy­nie żyw­no­ści, miał sze­ro­kie kon­tak­ty i po­tra­fił zdo­by­wać naj­pil­niej strze­żo­ne in­for­ma­cje. Umiał do­trzeć do każ­de­go i w każ­dym wzbu­dzić za­ufa­nie. Był dia­bel­nie sku­tecz­ny, choć jego wy­gląd i spo­sób za­cho­wa­nia w naj­mniej­szym stop­niu na to nie wska­zy­wa­ły. Oty­ły i ły­sie­ją­cy sta­no­wił uoso­bie­nie po­god­nej sa­fan­du­ło­wa­to­ści; Czer­wo­ni i Bia­li mo­gli po­dej­rze­wać go o wszyst­ko z wy­jąt­kiem pra­cy na rzecz pol­skie­go wy­wia­du.

Kol­cow uśmiech­nął się uprzej­mie.

– Bar­dzo przy­jem­ne – od­rzekł. – Lu­bię Char­ków.

Rut­kow­ski roz­pro­mie­nił się jesz­cze bar­dziej. Był lo­kal­nym pa­trio­tą. Roz­szy­fro­wa­nie jego cha­rak­te­ru za­bra­ło Kol­co­wo­wi pięć mi­nut. Mógł nim po­wo­do­wać ła­twiej, niż do­świad­czo­ny woź­ni­ca kie­ru­je parą koni za­przę­gnię­tą do ko­la­ski.

Ci Po­la­cy wszę­dzie się wci­sną, my­ślał za każ­dym ra­zem Iwan. Gdzie się czło­wiek nie ob­ró­ci, czy na Ukra­inie, czy w Ro­sji, czy na Sy­be­rii, wszę­dzie to samo.

Sie­dzie­li na ław­ce w par­ku i byli sami. Nic dziw­ne­go; po­go­da znie­chę­ca­ła do spa­ce­rów na­wet naj­bar­dziej spra­gnio­nych ama­to­rów świe­że­go po­wie­trza. Chwy­cił mróz, wiatr niósł dro­bin­ki śnie­gu po­mie­sza­ne z opa­dły­mi li­ść­mi. Kol­cow spoj­rzał na ze­ga­rek. Do na­stęp­ne­go spo­tka­nia po­zo­sta­wał kwa­drans. Gra­tu­lo­wał so­bie, że za­pla­no­wał je w po­bli­skiej ka­wiar­ni. Przy­sła­na z cen­tra­li łącz­nicz­ka na po­le­ce­nie sze­fo­stwa ze­chce go prze­eg­za­mi­no­wać z po­stę­pów. Bar­dzo do­brze. Niech eg­za­mi­nu­je. Miał się czym po­chwa­lić.

Rut­kow­ski wstał.

– Na­stęp­ne spo­tka­nie we czwar­tek? – za­py­tał.

– Chy­ba że zmie­nią się oko­licz­no­ści. – Kol­cow rów­nież się pod­niósł.

– Oczy­wi­ście. My­ślę, że będę w sta­nie przy­nieść panu roz­kład jaz­dy trans­por­tów woj­sko­wych. Oraz… – Rut­kow­ski za­wie­sił głos dla wzmoc­nie­nia efek­tu – pla­nów bol­sze­wi­ków.

– Cze­kam – od­parł Iwan, sta­ra­jąc się nie po­ka­zać po so­bie za­sko­cze­nia. Je­śli pol­skie wtycz­ki się­ga­ją na­wet od­da­lo­nych o dzie­siąt­ki ki­lo­me­trów czer­wo­nych szta­bów i ro­bią to z mia­sta opa­no­wa­ne­go przez De­ni­ki­na, zna­czy­ło­by, że Kol­cow zbu­do­wał znacz­nie efek­tyw­niej­szą or­ga­ni­za­cję, niż pla­no­wał. Nie ta­kie były prze­cież in­ten­cje An­drie­je­wa: nie chciał, by Po­la­cy pe­ne­tro­wa­li naj­głę­biej skry­wa­ne ta­jem­ni­ce.

Mu­szę o tym za­mel­do­wać, po­my­ślał.

Rut­kow­ski pod­niósł dłoń do skro­ni, jak­by sa­lu­tu­jąc, od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł szyb­kim kro­kiem.

Kol­cow ru­szył w stro­nę prze­ciw­ną. Do­tarł do skrzy­żo­wa­nia Mo­skiew­skiej i Pie­trow­skiej, po czym skrę­cił w pra­wo. Po dru­giej stro­nie uli­cy do­strzegł od daw­na nie­my­ty szyld jed­ne­go z naj­świet­niej­szych nie­gdyś lo­ka­li mia­sta. Po­przed­ni wła­ści­ciel nie żył już od roku. Spół­dziel­nia obec­nie wła­da­ją­ca ka­wiar­nią Po­bie­da zna­ko­mi­cie wpa­so­wa­ła się w obo­wią­zu­ją­cą modę, za­bra­nia­ją­cą ja­kiej­kol­wiek osten­ta­cji i stwa­rza­nia wra­że­nia luk­su­su.

Iwan wszedł do środ­ka, w po­wie­trze sine od pa­pie­ro­so­we­go dymu. Wśród go­ści do­mi­no­wa­li męż­czyź­ni. Nikt nie zwró­cił uwa­gi na przy­by­sza. Łącz­nicz­ki jesz­cze nie było. Żad­na z sie­dzą­cych na sali ko­biet nie była agen­tem pol­skie­go wy­wia­du, mógł się o to za­ło­żyć.

Kol­cow do­strzegł wol­ny sto­lik. Za­jął miej­sce pod oknem. Miał stąd wi­dok za­rów­no na salę, jak i na uli­cę. Ide­al­nie. Jesz­cze pięć mi­nut.

***

Ma­ria Czer­ska ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła męż­czy­zny, od któ­re­go mia­ła ode­brać ra­port, mimo to roz­po­zna­ła go od razu. Za­wsze sta­ra­ła się przy­by­wać na spo­tka­nie z kon­tak­tem ope­ra­cyj­nym dwa­dzie­ścia mi­nut przed cza­sem i ob­ser­wo­wać z ukry­te­go miej­sca, czy czło­wie­ka, od któ­re­go w du­żej mie­rze za­le­ża­ło jej bez­pie­czeń­stwo, nikt nie śle­dzi. Po roku pra­cy kon­spi­ra­cyj­nej, prze­ry­wa­nej tyl­ko krót­ki­mi wi­zy­ta­mi w Pia­skach, czu­ła się do­świad­czo­nym żoł­nie­rzem taj­ne­go fron­tu. Po­tra­fi­ła wy­łu­skać z tłu­mu po­dej­rza­ne oso­by. Umia­ła do­strzec czy­jeś nie­na­tu­ral­ne za­cho­wa­nie, zbyt czę­ste roz­glą­da­nie się na boki, nie­ocze­ki­wa­ne zmia­ny tem­pa i kie­run­ku mar­szu. Tym ra­zem nie do­strze­gła ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. Kon­takt wszedł do ka­wiar­ni Po­bie­da kil­ka mi­nut przed spo­tka­niem przez ni­ko­go nie­śle­dzo­ny. Ist­nia­ło nie­bez­pie­czeń­stwo, że ja­kiś agent Cze­ka lub kontr­wy­wia­dow­ca Bia­łych może zaj­mo­wać miej­sce w środ­ku, ale uzna­ła je za mało praw­do­po­dob­ne. Spo­tka­nie zo­sta­ło umó­wio­ne po­przez wie­lo­krot­nie spraw­dzo­ny ka­nał kon­tak­to­wy, do tej pory nie­za­wod­ny.

No cóż, pora.

Ma­ria prze­szła na dru­gą stro­nę uli­cy, po­now­nie dys­kret­nie się ro­zej­rza­ła, po czym pchnę­ła drzwi do lo­ka­lu.

***

Iwan roz­po­znał ją od razu. I na­tych­miast po­czuł od daw­na nie­obec­ny ścisk w żo­łąd­ku.

– Nie­zły ką­sek – szep­nął zza ucha Po­moc­nik.

– Odejdź.

– Ide­al­nie w two­im ty­pie. Mło­da, pięk­na, z błysz­czą­cy­mi oczy­ma. Dzie­wi­ca z pew­no­ścią. Sam wiesz, że w dzi­siej­szych cza­sach o dzie­wi­ce nie­ła­two. Go­rą­cy to­war, jak ra­ry­tas ze skle­pu ko­lo­nial­ne­go.

– Odejdź – mruk­nął Iwan z nie­sma­kiem. Myśl o trak­to­wa­niu tej dziew­czy­ny ni­czym fig lub mig­da­łów była sur­re­ali­stycz­na. – Nie czas na to.

– Na to jest za­wsze czas, mój dro­gi. Zwłasz­cza w two­jej sy­tua­cji, czło­wie­ka po­szczą­ce­go od wie­lu mie­się­cy.

Iwan skrzy­wił się. Po­moc­nik jak zwy­kle miał spo­ro ra­cji. Sie­dzą­ca na­prze­ciw nie­go dziew­czy­na rze­czy­wi­ście za­fa­scy­no­wa­ła go od pierw­sze­go spoj­rze­nia. Była inna niż ko­bie­ty, któ­re spo­ty­kał w ostat­nim cza­sie. Ład­na, na­wet wię­cej niż ład­na, o wy­ra­zi­stych oczach i fa­lu­ją­cych wło­sach opa­da­ją­cych na ra­mio­na nie­sfor­ny­mi ka­ska­da­mi. Iwan na­brał już pew­ne­go do­świad­cze­nia w kon­tak­tach z mło­dy­mi pol­ski­mi kon­spi­ra­tor­ka­mi i zda­wał so­bie spra­wę, że dziew­czy­na (przed­sta­wi­ła mu się jako „Wła­dy­sła­wa”; wie­dział, że imię to nie ma nic wspól­ne­go z tym, któ­re wy­bra­li jej ro­dzi­ce na chrzcie) zro­bi­ła bar­dzo wie­le, by ukryć swą uro­dę i gra­cję ru­chów pod sto­sow­nym ka­mu­fla­żem skła­da­ją­cym się z bar­dzo zno­szo­ne­go, pro­sto uszy­te­go ubra­nia, brud­nych rąk i wszech­obec­ne­go za­pa­chu czosn­ku. Iwan sły­szał, że Po­lki zwa­ły go „re­wo­lu­cyj­ny­mi per­fu­ma­mi”. Okre­śle­nie po­do­ba­ło mu się. Do­strzegł w nim po­my­sło­wość i prze­ko­rę, tak cha­rak­te­ry­stycz­ną dla Po­la­ków.

– Pan Wik­tor? – za­py­ta­ła. Jej głos brzmiał me­lo­dyj­nie.

– Ow­szem – od­parł. – Przy­je­cha­łem z Ki­jo­wa.

– Przez Po­łta­wę?

– Nie. Przez Łub­nie i Ach­tyr­kę.

„Wła­dy­sła­wa” ode­tchnę­ła z wi­docz­ną ulgą. Mimo ostroż­no­ści i sto­so­wa­nia pro­ce­dur wy­mia­na ha­seł była za­wsze peł­nym na­pię­cia mo­men­tem.

– Wi­dzę, że cze­kał pan na mnie – po­wie­dzia­ła.

– Ma zmy­sło­wy głos. I na­praw­dę pięk­ne usta – szep­nął Po­moc­nik.

– Po­wi­nie­neś zo­stać su­biek­tem – mruk­nął w od­po­wie­dzi Iwan. – Umiesz za­chwa­lać to­war.

– Po­sta­no­wi­łeś oślep­nąć, więc przy­wra­cam ci wzrok. Taka moja rola.

– Nie zno­szę spóź­nień – po­wie­dział na głos Iwan. – Może dla­te­go sta­ram się za­wsze być przed cza­sem.

Łącz­nicz­ka uśmiech­nę­ła się lek­ko.

Te­stu­je mnie, po­my­ślał Kol­cow. Przy­jeż­dża z cen­tra­li, może wy­da­wać mi po­le­ce­nia. Wie, że ma nade mną wła­dzę.

Ogar­nę­ła go złość. W dole brzu­cha w miej­sce ści­sku po­ja­wi­ło się zna­jo­me mro­wie­nie. Co dziw­ne, nie tli­ło się po sta­re­mu, roz­sze­rza­jąc się z wol­na, jak ogień, któ­ry po­trze­bu­je cza­su, by za­pło­nąć peł­nym bla­skiem, lecz wy­bu­chło ni­czym ar­ty­le­ryj­ski po­cisk. Jesz­cze nad sobą pa­no­wał, choć czuł, że za­raz ogar­nie go sza­leń­stwo.

– Po pro­stu wy­pro­wadź ją stąd, za­wiedź w ciem­ny za­ułek i spraw się w koń­cu jak na­le­ży – do­ra­dzał Po­moc­nik. Jego rze­czo­wy ton do­pro­wa­dzał Iwa­na do sza­łu.

– Idio­ta – burk­nął Kol­cow. – Na­kry­je mnie pierw­szy z brze­gu pa­trol woj­ska albo po­li­cji.

– Och, prze­cież nie je­steś zwy­kłym Iwa­nem Kol­co­wem. Je­steś funk­cjo­na­riu­szem Cze­ka i czo­ło­wym agen­tem pol­skie­go wy­wia­du. Wy­śli­zgniesz się, jak w War­sza­wie za sta­rych do­brych cza­sów. Za­wsze ci się uda­wa­ło, nie ma po­wo­du, by nie uda­ło się te­raz.

– Zna­ko­mi­cie – po­wie­dzia­ła „Wła­dy­sła­wa”. – Bar­dzo ce­nię punk­tu­al­ność. Uwa­żam, że na­szej pra­cy nie moż­na wy­ko­nać wła­ści­wie, je­śli się jest nie­punk­tu­al­nym.

– Mam po­dob­ne zda­nie – stwier­dził „Wik­tor”. Sta­rał się nadać gło­so­wi moż­li­we neu­tral­ne brzmie­nie. Nie był pe­wien, czy jego wy­sił­ki przy­no­szą ja­ki­kol­wiek efekt.

– Ko­men­da jest za­do­wo­lo­na z pań­skiej pra­cy. – Dziew­czy­na zda­wa­ła się nie zwra­cać uwa­gi na wtręt Kol­co­wa ani na jego stan. – In­for­ma­cje są nie tyl­ko do­kład­ne, ale rów­nież bar­dzo ak­tu­al­ne.

Iwan uśmiech­nął się w du­chu. Moc­no pra­co­wał nad tym, by stwa­rza­ły wra­że­nie do­kład­nych i ak­tu­al­nych. Przy­sła­ny przez An­drie­je­wa ofi­cer pro­wa­dzą­cy znał się na rze­czy. Pod­su­wał mu na­praw­dę sma­ko­wi­te ką­ski. Iwan mógł­by się za­ło­żyć, że za po­przed­nie­go re­żi­mu pra­co­wał dla ochra­ny. Je­śli to praw­da, był wro­giem kla­so­wym, ale uży­tecz­nym. Za­pew­ne, wy­ko­naw­szy za­da­nie, zo­sta­nie zli­kwi­do­wa­ny. I tak po­win­no być. Re­wo­lu­cja wy­cho­wa wła­sne, kom­pe­tent­ne ka­dry.

Ja­koś nie przy­szło mu do gło­wy, że on też pew­ne­go dnia może oka­zać się wro­giem ludu obar­czo­nym nie­wła­ści­wym po­cho­dze­niem.

– Miło to sły­szeć – od­parł. – Sta­ra­my się, jak mo­że­my.

– Ma pan wia­do­mo­ści na te­mat dal­szych ru­chów De­ni­ki­na?

– Ow­szem. Bra­ku­je mu lo­ko­mo­tyw, wa­go­nów, na­wet ko­le­ja­rzy. Nie może szyb­ko prze­rzu­cać woj­ska. Po­niósł duże stra­ty w wal­kach, a jesz­cze do tego tra­ci mo­bil­ność.

Łącz­nicz­ka za­my­śli­ła się. Nie zwra­ca­ła uwa­gi na Iwa­na, cięż­kie od pa­pie­ro­so­we­go dymu po­wie­trze, pe­łen prze­kleństw gwar. Kol­cow dał­by wie­le, by od­gad­nąć jej my­śli.

– Są­dzi pan, że nie bę­dzie kon­ty­nu­ował ofen­sy­wy? – za­py­ta­ła w koń­cu, ock­nąw­szy się z za­du­my.

– Ra­czej nie. Nie ma sił.

– Na ra­zie idzie do przo­du.

– Idzie. Siłą roz­pę­du i sła­bo­ści prze­ciw­ni­ka.

Cie­ka­wa opi­nia, bio­rąc pod uwa­gę, że Ar­mia Czer­wo­na wła­ści­wie nie­ustan­nie się co­fa­ła, od­da­jąc jed­no mia­sto po dru­gim. Ale łącz­nicz­ka po­wstrzy­ma­ła się od ko­men­ta­rza.

– A bol­sze­wi­cy? – za­py­ta­ła.

– No cóż, wal­czą ze wszyst­kich sił, ale są słab­si niż kil­ka mie­się­cy temu. Mam wia­ry­god­ne in­for­ma­cje, że po­par­cie dla nich ma­le­je. Wszę­dzie wy­bu­cha­ją chłop­skie po­wsta­nia prze­ciw nim. Wal­ki w gu­ber­ni tam­bow­skiej to tyl­ko po­czą­tek. Ukra­ina wkrót­ce za­pło­nie, jak dłu­ga i sze­ro­ka.

Dziew­czy­na mia­ła nie­prze­nik­nio­ną minę, ale Kol­cow był pe­wien, że dia­gno­za tra­fi­ła jej do prze­ko­na­nia. Po­ru­szał się po pew­nym grun­cie. Więk­szość z tego, co mó­wił, było praw­dą, ła­twą do spraw­dze­nia. A in­ter­pre­ta­cja? No cóż, to wła­śnie jego rola: prze­ko­nu­ją­co za­su­ge­ro­wać, że fak­ty mó­wią co in­ne­go niż w rze­czy­wi­sto­ści. Tak wła­śnie jest naj­le­piej: dzie­więć­dzie­siąt pro­cent praw­dy i dzie­sięć pro­cent zręcz­nie ukry­te­go kłam­stwa. Do jego za­dań mię­dzy in­ny­mi na­le­ża­ło wpo­je­nie Po­la­kom prze­ko­na­nia, że Ar­mia Czer­wo­na jest bli­ska wy­da­nia ostat­nie­go tchnie­nia. Tym więk­sze bę­dzie ich roz­cza­ro­wa­nie.

– Ja­kie będą ich na­stęp­ne ru­chy?

Kol­cow fuk­nął z uda­nym znie­cier­pli­wie­niem.

– Dro­ga ko­le­żan­ko, nie mam swo­ich agen­tów w ich szta­bie. Je­stem bli­sko nich, ale nie w środ­ku.

„Wła­dy­sła­wa” przyj­rza­ła mu się z uwa­gą. Kol­cow po­czuł, że żar pły­ną­cy w ży­łach – co zda­wa­ło się wła­ści­wie nie­moż­li­we – zro­bił się jesz­cze go­ręt­szy. Z co­raz więk­szym tru­dem przy­cho­dzi­ło mu za­cho­wy­wa­nie po­zo­rów nor­mal­no­ści. W in­nych oko­licz­no­ściach był­by dum­ny ze swej sil­nej woli.

– A co pan my­śli?

– My­ślę, że cze­ka­ją nas szyb­kie zmia­ny sy­tu­acji – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co. Chrząk­nął, by po­zbyć się nie­zno­śnej su­cho­ści ob­le­pia­ją­cej gar­dło. Bez re­zul­ta­tu. – Naj­bliż­sze mie­sią­ce przy­nio­są prze­łom. Mimo wszyst­kich kło­po­tów De­ni­ki­na uwa­żam, że Ar­mia Ochot­ni­cza zdo­bę­dzie Mo­skwę. I to bę­dzie ko­niec Le­ni­na.

– Bol­sze­wi­cy upad­ną? – za­py­ta­ła.

– To może się wy­da­wać nie­praw­do­po­dob­ne, ale tak wła­śnie są­dzę.

– I jaka bę­dzie ta nowa Ro­sja?

– Re­ak­cyj­na i im­pe­rial­na – od­rzekł bez wa­ha­nia. Tym ra­zem głę­bo­ko wie­rzył w to, co mówi. Je­śli De­ni­kin oba­li Le­ni­na, wró­ci sta­ry po­rzą­dek, ten sam, któ­ry po­rzu­cił Iwa­na w po­trze­bie. Ta­kiej Ro­sji nie chciał na pew­no. I za­le­ża­ło mu na tym, by sie­dzą­ca przed nim pa­nien­ka uwie­rzy­ła, że bia­ła Ro­sja sta­no­wić bę­dzie dla jej oj­czy­zny znacz­nie więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo niż po­zor­nie sła­bi i skon­cen­tro­wa­ni na ide­olo­gii bol­sze­wi­cy. Nie zda­wał so­bie spra­wy, że jego wy­sił­ki idą zgod­nym to­rem z prze­my­śle­nia­mi i za­mie­rze­nia­mi naj­bar­dziej wpły­wo­we­go czło­wie­ka w Pol­sce. – Groź­na dla na­szej oj­czy­zny, bo od­ma­wia­ją­ca jej pra­wa do ist­nie­nia.

To ostat­nie nie było praw­dą. De­ni­kin do­pusz­czał moż­li­wość, by w ja­kiejś bar­dzo ogra­ni­czo­nej for­mie Pol­ska ist­nia­ła. Ka­dłu­bo­we, koń­czą­ce się na Bugu, za­leż­ne od wschod­nie­go są­sia­da pań­stew­ko bez do­stę­pu do mo­rza, po­dat­na na naj­lżej­szy po­dmuch mię­dzy­na­ro­do­wej ko­niunk­tu­ry wy­dmusz­ka. Funk­cjo­nu­ją­ca tyl­ko dla­te­go, że chwi­lo­wo nie stoi na dro­dze in­te­re­som Ro­sji i Nie­miec.

Dziew­czy­na mia­ła ka­mien­ną twarz.

Jest do­brą ak­tor­ką, po­my­ślał Iwan. Ile ma lat? Osiem­na­ście? Dwa­dzie­ścia?

– Ide­al­na – szep­nął Po­moc­nik.

Plan po­wstał w jed­nej chwi­li.

Iwan ro­zej­rzał się dys­kret­nie, jak­by chcąc upew­nić się, czy w po­bli­żu nie ma ja­kie­goś wścib­skie­go ucha. Żad­ne­go się nie do­pa­trzył.

– Zo­sta­je pani w Char­ko­wie? – za­py­tał.

– Mam roz­kaz nie­zwłocz­ne­go po­wro­tu do Ki­jo­wa.

Iwan na­chy­lił się ku niej.

– Mam szan­sę umie­ścić swo­je­go czło­wie­ka w szta­bie bol­sze­wic­kiej Pią­tej Ar­mii – po­wie­dział, ści­sza­jąc głos. – Ale będę po­trze­bo­wał pani po­mo­cy.

„Wła­dy­sła­wa” utkwi­ła wzrok w jego twa­rzy.

– Taka oka­zja może się nie po­wtó­rzyć – do­dał.

Roz­ter­ki dziew­czy­ny trwa­ły krót­ko.

– Słu­cham – za­py­ta­ła.

Kol­cow wsłu­chał się w brzmie­nie jej gło­su i już wie­dział, że ją za­in­try­go­wał.

Przy­nę­ta zo­sta­ła po­łknię­ta.

***

Hen­ryk Szum­ski czuł się źle. Cier­piał na prze­wle­kłe, na­si­la­ją­ce się bóle żo­łąd­ka, ata­ku­ją­ce co­raz bar­dziej upo­rczy­wie, nie­ustan­ny­mi, sze­ro­ki­mi fa­la­mi. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, kie­dy się za­czę­ły: czy wte­dy, gdy owej fe­ral­nej nocy pa­trol bol­sze­wic­kiej mi­li­cji aresz­to­wał Cy­ga­na, a on pa­trzył w bez­sil­nej zło­ści, jak przy­ja­ciel, pod­opiecz­ny i wspól­nik nik­nie wraz z pa­tro­lem w ciem­no­ści, czy wcze­śniej, gdy zdał so­bie spra­wę, że zo­stał przez or­ga­ni­za­cję wła­ści­wie od­sta­wio­ny na bocz­ny tor, a szef wy­wia­du przy­dzie­la mu trze­cio­rzęd­ne za­da­nia, zu­peł­nie nie­ade­kwat­ne do wie­dzy i umie­jęt­no­ści sta­re­go kon­spi­ra­to­ra. Fakt po­zo­sta­wał fak­tem; nie­je­den wie­czór prze­le­żał na po­sła­niu, nie da­jąc so­bie rady z na­tło­kiem po­nu­rych my­śli i z po­wo­du prze­wle­kłe­go bólu nie mo­gąc się ru­szyć z miej­sca.

Mia­łem wszyst­ko i wszyst­ko znisz­czy­łem, my­ślał. Do­pu­ści­łem do bun­tu Wil­ka. Co gor­sza, nie prze­wi­dzia­łem go. Gdy­bym wte­dy umie­jęt­nie zga­sił ten głu­pi, am­bi­cjo­nal­ny zryw, chło­pak nie zo­stał­by ran­ny, a Kol­cow ni­g­dy by nas nie zna­lazł. Wal­czy­li­by­śmy w obro­nie Lwo­wa albo wy­je­cha­li. Gru­pa ist­nia­ła­by na­dal.

W ta­kich chwi­lach miał ocho­tę umrzeć. Czuł się win­ny, on, Men­tor, czło­wiek, któ­ry umiał prze­wi­dzieć wszyst­ko, uni­kać pu­ła­pek za­sta­wia­nych przez los i trzy­mać się z dala od kło­po­tów. Ni­ko­go już nie ob­cho­dził i ni­ko­mu nie był po­trzeb­ny. Miał pew­ność, że już ni­g­dy nie zo­ba­czy żad­ne­go ze swo­ich nie­gdy­siej­szych wspól­ni­ków. Zo­stał sam.

Po­cząt­ko­wo nie zwró­cił uwa­gi na kro­ki na scho­dach, a po­tem pu­ka­nie. Przyj­mo­wa­nie go­ści było ostat­nim, cze­go chciał. Pu­ka­nie jed­nak po­wtó­rzy­ło się, bar­dziej na­tar­czy­we, nie­mal im­per­ty­nenc­kie.

– Kto tam? – za­py­tał.

Drzwi uchy­li­ły się. W szpa­rze uka­za­ła się nie­zbyt czy­sta, po­kry­ta prysz­cza­mi wą­ska twarz pięt­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Ozda­biał ją wiel­ki orli nos.

– Mogę wejść, pro­szę pana? – za­py­tał chło­pak.

Men­tor, igno­ru­jąc strzyk­nię­cie bólu pły­ną­ce z sa­me­go dna żo­łąd­ka, usiadł. Tego go­ścia się nie spo­dzie­wał, ale ra­czej nie zwia­sto­wał on żad­nych no­wych kło­po­tów. Był zwy­kłym pol­skim dzie­cia­kiem i zo­stał kil­ka mie­się­cy temu obar­czo­ny jed­nym, bar­dzo pro­stym za­da­niem.

– Wska­kuj.

Chło­pak wszedł i za­mknął za sobą drzwi. W po­ko­ju pa­no­wał pół­mrok roz­świe­tla­ny tyl­ko wą­skim pło­my­kiem przy­krę­co­nej do mi­ni­mum lam­py naf­to­wej, mimo to przy­by­szo­wi naj­wy­raź­niej bar­dzo nie po­do­ba­ło się to, co zo­ba­czył.

– Źle się pan czu­je?

– Nic mi nie jest.

– Jest pan bla­dy jak trup. I chy­ba daw­no się pan nie go­lił.

– Nic mi nie jest – po­wtó­rzył Szum­ski. Ból za nic nie chciał się wy­co­fać. Opty­mi­stycz­ny ton kosz­to­wał co­raz wię­cej. – Cze­go chcesz, Jó­ziu?

Jó­zio uśmiech­nął się chy­trze.

– Chy­ba coś mam, pro­szę pana – po­wie­dział z na­masz­cze­niem. Czuł się na­praw­dę waż­ny. – Zaj­rza­łem na pocz­tę…

– Tak? – Men­tor oprzy­tom­niał w jed­nej chwi­li. Jak mógł być ta­kim dur­niem? Jak mógł za­po­mnieć, co zle­cił temu chłop­cu?

– I zna­la­złem to. – Jó­zio wy­cią­gnął trzy­ma­ną do tej pory za ple­ca­mi rękę.

Dłoń, chy­ba na­wet brud­niej­sza niż twarz, ści­ska­ła zło­żo­ną na pół wy­mię­tą kar­tecz­kę, wy­rwa­ną naj­wy­raź­niej z ja­kie­goś ze­szy­tu.

Men­tor wziął kart­kę do ręki, pod­szedł do lam­py i pod­krę­cił ją nie­co.

„Do pana Ma­ło­wiej­skie­go. Pań­ska ku­zyn­ka miesz­ka te­raz na Lwow­skiej osiem pod szes­na­stym”.

Po­czuł falę ulgi tak wiel­kiej, że nie­mal obez­wład­nia­ją­cej. Jest! Ewe­li­na żyje i cze­ka na nie­go. Stał się cud.

Szum­ski od­wró­cił się gwał­tow­nie. Uśmiech Jó­zia zgasł jak zdmuch­nię­ty.

– Kie­dy to zna­la­złeś? – za­py­tał.

– Dziś, przed pół­go­dzi­ną. Od razu do pana przy­le­cia­łem.

– Jak to się sta­ło?

– Nor­mal­nie. – Chło­pak wzru­szył ra­mio­na­mi. Już się uspo­ko­ił. Do­my­ślił się, że gwał­tow­na zmia­na na­stro­ju go­spo­da­rza nie ma związ­ku z oso­bą po­słań­ca. – Tak jak pan po­wie­dział. Po­sze­dłem na pocz­tę, żeby spraw­dzić, czy cze­goś nie ma. Po­my­śla­łem so­bie, że jak bol­sze­wi­ków dia­bli wzię­li, to może i pocz­ta za­cznie dzia­łać nor­mal­nie. Mia­łem ra­cję. Było masę lu­dzi, mu­sia­łem od­stać dwie go­dzi­ny. Za­py­ta­łem, czy jest coś dla pana Ma­ło­wiej­skie­go. I było. Od razu przy­le­cia­łem.

– Czy… – Men­tor za­wa­hał się. – Czy nikt za tobą nie szedł?

Chło­pak skrzy­wił się z wy­stu­dio­wa­ną non­sza­lan­cją. Już cał­kiem do­szedł do sie­bie.

– Eee, pro­szę pana, czy ja się wczo­raj uro­dzi­łem? Bol­sze­wi­ki mnie dwa razy chcia­ły do pusz­ki wsa­dzić i się nie da­łem. Szu­ka­li, szu­ka­li i nie zna­leź­li. Ja umiem łap­sa na ki­lo­metr wy­czuć. Nie, nie, nikt za mną nie szedł. I na po­czcie nikt na mnie nie zwró­cił uwa­gi. Niech pan się nie mar­twi. O tej kart­ce wie­my tyl­ko pan i ja.

– Otwie­ra­łeś ją? – za­py­tał Szum­ski, wsta­jąc.

– Ja? – obu­rzył się Jó­zio. – Jak mat­kę ko­cham, ni­g­dy!

– Po­słu­chaj mnie uważ­nie. – Men­tor pod­szedł do chłop­ca i spoj­rzał mu pro­sto w twarz. Był wyż­szy i po­tęż­niej­szy. Gó­ro­wał nad nim jak kot nad my­szą. – Dla wła­sne­go do­bra za­po­mnij, co tam czy­ta­łeś. Ro­zu­miesz? Ni­cze­go nie pa­mię­tasz. Ani tam­te­go ad­re­su, ani tego, ani mnie. Na­sze kon­tak­ty w tym mo­men­cie się koń­czą.

– Ja nie…

– Za­le­ży od tego two­je ży­cie – po­wie­dział Men­tor z na­ci­skiem. – Trzy­masz ję­zyk za zę­ba­mi, ży­jesz. Nie trzy­masz...

Chło­pak cof­nął się. Nie ro­zu­miał, co tu się dzie­je. Gdzie się po­dział ten miły star­szy pan, z któ­rym utrzy­my­wał kon­takt w cią­gu ostat­nich mie­się­cy?

Szum­ski pod­szedł do sza­fy, schy­lił się i po­grze­bał w jej wnę­trzu. Gdy się wy­pro­sto­wał, w jego dło­ni za­lśni­ło coś zło­tym bla­skiem.

– Czer­wo­niec? – Jó­zio nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom. Ten czło­wiek przed chwi­lą mu gro­ził, a te­raz ofia­ro­wu­je for­tu­nę.

– Bierz i zni­kaj. Na do­bre. By­ło­by naj­le­piej, gdy­byś wy­je­chał z mia­sta.

Chło­pak po­sta­no­wił nie ku­sić losu i nie cze­kać, aż go­spo­darz się roz­my­śli. Wziął mo­ne­tę, ukło­nił się nie­zgrab­nie i nie­mal wy­biegł z po­ko­ju.

***

Kol­cow od­wró­cił się. Nikt za nim nie szedł. Na ci­chej i pu­stej uli­cy krę­cił się tyl­ko zbłą­ka­ny pies, szu­ka­ją­cy resz­tek je­dze­nia wśród nie­wiel­kie­go wzgór­ka wy­rzu­co­nych przed bra­mę ka­mie­ni­cy śmie­ci. Gdzieś w od­da­li stu­ka­ły koń­skie ko­py­ta.

Był sam, mimo to się wzdry­gnął. Nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że ktoś go śle­dzi – te­raz i za­wsze. Że jest pod­da­ny per­ma­nent­nej in­wi­gi­la­cji.

Za­czy­nam po­pa­dać w pa­ra­no­ję, po­my­ślał.

Sama myśl ucie­szy­ła go, bo prze­cież świad­czy­ła o zdro­wych zmy­słach. Pa­ra­no­ik ni­g­dy nie my­śli o so­bie jako o pa­ra­no­iku. Nie­mniej wnio­ski nie na­stra­ja­ły opty­mi­stycz­nie. Miał ner­wy na­pię­te jak po­stron­ki. Pro­wa­dził grę, w któ­rej gra­ni­ca od­dzie­la­ją­ca ru­ty­nę i roz­wa­gę od śmier­tel­ne­go błę­du była nie­mal nie­zau­wa­żal­na. Co wię­cej, za­mie­rzał wyjść poza ramy wy­zna­czo­ne przez swo­ich praw­dzi­wych mo­co­daw­ców – a to już była ru­let­ka w naj­czyst­szej po­sta­ci.

Ukrył się w mro­ku bra­my. Blask da­le­kiej la­tar­ni nie się­gał na­wet od­le­głe­go o kil­ka­na­ście kro­ków na­roż­ni­ka uli­cy.

Usły­szał kro­ki. Czło­wiek, na któ­re­go cze­kał, nie spóź­nił się. Jak za­wsze.

Kol­cow da­ro­wał so­bie po­wi­ta­nia. Obaj dba­li, by spo­tka­nia trwa­ły naj­kró­cej, jak moż­na.

– In­for­ma­cje na te­mat no­wych człon­ków struk­tu­ry zo­sta­wi­łem w skrzyn­ce nu­mer czte­ry – po­wie­dział. Ofi­cer pro­wa­dzą­cy ski­nął gło­wą. Mimo wzro­stu o gło­wę prze­wyż­sza­ją­ce­go Kol­co­wa po­siadł nie­zwy­kłą umie­jęt­ność wta­pia­nia się w tłum. Sza­re ubra­nie, twarz o trud­nych do za­pa­mię­ta­nia ry­sach i ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­cy się chód czy­ni­ły z nie­go agen­ta do­sko­na­łe­go. Ochra­na czy bol­sze­wi­cy – dla tego czło­wie­ka nie mia­ło zna­cze­nia, kim jest jego pan. Kol­cow czuł do nie­go obrzy­dze­nie – i za­ra­zem nie mógł uwol­nić się od po­dzi­wu.

– Mimo to chcie­li­ście się spo­tkać – od­parł przy­by­ły obo­jęt­nym to­nem. Mó­wił twar­dą rusz­czy­zną, któ­rej sta­rał się nadać pro­le­ta­riac­ki ak­cent. Był jak ka­me­le­on, szyb­ko i umie­jęt­nie do­sto­so­wu­ją­cy bar­wy do oto­cze­nia.

– Po­trze­bu­ję in­for­ma­cji ze szta­bu Pią­tej Ar­mii – oświad­czył Iwan. – Drob­nych, ale praw­dzi­wych. In­te­re­su­ją mnie pla­ny ofen­sy­wy. Skład i dys­lo­ka­cja jed­no­stek.

– Ro­zu­miem.

– To pil­ne.

– Mu­szę uzgod­nić.

– Uzgad­niaj­cie. Byle szyb­ko.

– Mu­szę wie­dzieć, po co wam są po­trzeb­ne te in­for­ma­cje.

Kol­cow za­sta­no­wił się. Od tego miej­sca nie bę­dzie już od­wro­tu.

– Jest szan­sa roz­pra­co­wa­nia łącz­ni­ka z War­sza­wy.

Ofi­cer pro­wa­dzą­cy drgnął. Ta­kie oka­zje nie zda­rza­ły się czę­sto. A każ­dy agent wy­wia­du ma­rzy o wiel­kiej zdo­by­czy.

Kol­cow wie­dział, że łącz­nicz­ka nie przy­je­cha­ła z War­sza­wy, ale roz­mów­ca nie miał szans zwe­ry­fi­ko­wa­nia tego fak­tu. To aku­rat kłam­stwo było nie do wy­kry­cia.

– W jaki spo­sób? – za­py­tał wy­so­ki męż­czy­zna.

– Po­wiem, że mam in­for­ma­cje, któ­re mogę prze­ka­zać tyl­ko ko­muś z cen­tra­li. Wiem, że ktoś taki wkrót­ce bę­dzie w Char­ko­wie. Do­pro­wa­dzę do spo­tka­nia. Dam wam znać, kie­dy i gdzie. Wy­śle­dzi­cie go. Do­trze­my do jego kon­tak­tów. Roz­pra­cu­je­my całą or­ga­ni­za­cję. Bę­dzie moż­na ich wszyst­kich hur­tem aresz­to­wać.

Męż­czy­zna za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Won­ny dym owio­nął twarz Kol­co­wa. Wiatr ata­ko­wał twarz i dło­nie, nie­mal wci­skał z po­wro­tem w usta przed chwi­lą wy­po­wie­dzia­ne sło­wa.

– Cie­ka­we – rzekł. – Choć ry­zy­kow­ne. In­wi­gi­la­cja łącz­ni­ka może zo­stać wy­kry­ta.

– Je­ste­ście fa­chow­cem – prze­ko­ny­wał Kol­cow, sta­ra­jąc się nadać swe­mu gło­so­wi spo­koj­ne brzmie­nie. Ogień w ży­łach przy­gasł może nie­co, ale nie da­wał o so­bie za­po­mnieć. Przed oczy­ma co rusz sta­wa­ła mło­dziut­ka twarz „Wła­dy­sła­wy”. Chciał, by jego plan do­szedł do skut­ku jak naj­szyb­ciej. – Umie­cie prze­cież śle­dzić tak, by obiekt na­wet się nie zo­rien­to­wał.

– Gra jest war­ta ry­zy­ka – przy­tak­nął męż­czy­zna. Kom­ple­ment nie zro­bił na nim wra­że­nia. – Ale mu­si­my przy­go­to­wać się do tego bar­dzo sta­ran­nie. Nie mo­że­cie zo­stać zde­kon­spi­ro­wa­ni. Wa­sze bez­pie­czeń­stwo jest na pierw­szym miej­scu.

– Uwa­żam na sie­bie. Mo­że­cie być spo­koj­ni.

Ofi­cer pro­wa­dzą­cy wy­rzu­cił nie­do­pa­łek.

– Ro­ze­gra­my to stop­nio­wo, krok po kro­ku, ma­ły­mi par­tia­mi – po­wie­dział, po czym pod­niósł koł­nierz płasz­cza. Wy­jąt­ko­wo zło­śli­wy po­dmuch wia­tru za­ata­ko­wał z nie­po­wstrzy­ma­ną ener­gią. Ze wscho­du, gdzieś ze ste­pów, szedł po­tęż­ny mróz. – Skon­tak­tuj­my się za trzy dni. Do­star­czę pierw­szą par­tię in­for­ma­cji ze szta­bu Pią­tej Ar­mii.

Od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł, tak samo ci­cho, jak się zja­wił. Kol­cow pa­trzył przez chwi­lę za zni­ka­ją­cą w ciem­no­ściach syl­wet­ką i za­sta­na­wiał się, co wła­ści­wie czu­je. Czło­wiek ten był mu obo­jęt­ny, sta­no­wił tyl­ko punkt na za­wo­do­wej ma­pie, sta­cję, przy któ­rej re­gu­lar­nie się za­trzy­my­wał, po czym ru­szał da­lej, nie ana­li­zu­jąc szcze­gó­łów. Tam­ten z pew­no­ścią nie był bol­sze­wi­kiem, nie wie­rzył w mark­sizm i na­uki to­wa­rzy­sza Le­ni­na. Dla­cze­go słu­żył? Ze stra­chu? Z po­trze­by emo­cjo­nu­ją­ce­go ży­cia? Dla pie­nię­dzy? Wsku­tek szan­ta­żu?

Iwan do­szedł do wnio­sku, że nie ob­cho­dzą go mo­ty­wy ofi­ce­ra, in­te­re­su­je go na­to­miast jego spo­sób funk­cjo­no­wa­nia w śro­do­wi­sku, w któ­rym po­dejrz­li­wość i tro­pie­nie spi­sków we wła­snym gro­nie na­le­ży do co­dzien­nych obo­wiąz­ków każ­de­go praw­dzi­we­go bol­sze­wi­ka. Czy to tyl­ko kwe­stia ma­ski, do­brze przy­le­ga­ją­cej i ni­g­dy nie­zdej­mo­wa­nej? Czy au­ten­tycz­nej zmia­ny po­glą­dów? Wie­dział po so­bie, że cał­ko­wi­ta zmia­na po­glą­dów jest moż­li­wa może u czło­wie­ka po­zba­wio­ne­go krę­go­słu­pa mo­ral­ne­go; u nie­go taki przy­pa­dek nie za­cho­dził. Wie­rzył w Ro­sję, wie­rzył w ko­niecz­ność wy­ku­cia no­we­go ustro­ju, ale nie był śle­py na to, co wy­pra­wia­li Czer­wo­ni na te­re­nach, któ­re chcie­li so­bie pod­po­rząd­ko­wać. Nie wzbu­dza­ło to w nim obrzy­dze­nia, ale po­tra­fił przyj­mo­wać do wia­do­mo­ści fak­ty. Nowa wła­dza na­wet na wła­snym te­ry­to­rium za­cho­wy­wa­ła się jak w kra­ju oku­po­wa­nym.

Po­tem uznał, że tra­ci czas na ja­ło­we roz­wa­ża­nia.

– Ge­niusz – wark­nął Po­moc­nik. Szedł obok. Jego ka­pe­lusz po­zo­sta­wał w ja­skra­wym kon­tra­ście z pa­nu­ją­cym zim­nem, ale czar­no odzia­ny męż­czy­zna nie zwra­cał uwa­gi na tem­pe­ra­tu­rę. – Pew­nie, że są ja­ło­we. Je­steś dwu­li­co­wy, je­steś naj­bar­dziej za­kła­ma­nym czło­wie­kiem, jaki cho­dzi po zie­mi. Wie­rzysz w spra­wie­dli­wość spo­łecz­ną, a je­steś gwał­ci­cie­lem i mor­der­cą. Słu­żysz bol­sze­wi­kom, ale pro­wa­dzisz wła­sną grę.

– Hi­po­kry­to – wark­nął Iwan. – Sam mnie na­ma­wiasz, że­bym za­jął się tą dziew­czy­ną.

– Pew­nie. – Wzru­szył ra­mio­na­mi Po­moc­nik. – Bo tego ci po­trze­ba. Ale nie do­ra­biaj ide­olo­gii do swo­ich chu­ci. Nie uda­waj świę­tosz­ka.

– Da­le­ko mi do tego.

– Czyż­by? Może mam skle­ro­zę, może za dużo z tobą prze­by­wam i głu­pie­ję na sta­rość. Ale czy przy­pad­kiem nie za­ta­iłeś przed ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym in­for­ma­cji o tym, że Rut­kow­ski naj­praw­do­po­dob­niej ma wtycz­kę gdzieś wy­so­ko u Czer­wo­nych? Jak on to po­wie­dział: „My­ślę, że będę w sta­nie przy­nieść panu roz­kład jaz­dy trans­por­tów woj­sko­wych. Oraz pla­nów bol­sze­wi­ków”. Nie za­py­ta­łeś, ja­kich pla­nów i jak on ma za­miar je zdo­być. Dla­cze­go?

– Bo… – za­wa­hał się Iwan.

– Mój dro­gi, mu­sisz być ze mną cał­ko­wi­cie szcze­ry.

– Bo być może pew­ne­go dnia taka kar­ta może ura­to­wać mi ży­cie.

Po­moc­nik roz­pro­mie­nił się.

– Wła­śnie o tym mó­wię. Grasz na kil­ku for­te­pia­nach, ale na żad­nym do­brze. Za­ta­jasz in­for­ma­cje, bo chcesz ich użyć jako po­li­sy ubez­pie­cze­nio­wej, w ra­zie gdy­by An­drie­jew od­krył two­ją pry­wa­tę. Albo, gdy­by pa­li­ło ci się pod sto­pa­mi, mo­żesz uciec do Po­la­ków i sprze­dać im wszyst­ko, co wiesz, mó­wiąc: mo­głem spo­wo­do­wać wpad­kę ca­łej siat­ki, a nie zro­bi­łem tego, bo nade wszyst­ko ko­cham Pol­skę i Po­la­ków. Pro­szę, oto ja, skru­szo­ny bol­sze­wic­ki szpieg, któ­ry przej­rzał na oczy. Rut­kow­ski i wszy­scy inni po­prą cię, bo dla nich je­steś bo­ha­te­rem. Więc sze­fo­stwo Trze­ciej Ko­men­dy ci uwie­rzy, bo to są ro­man­tycz­ni głup­cy. Mam ra­cję?

Kol­cow za­sta­no­wił się. Nie zno­sił tych ana­li­tycz­nych se­an­sów, uzna­jąc jed­no­cze­śnie, że są ko­niecz­ne. Po­ma­ga­ją oczy­ścić umysł i upo­rząd­ko­wać my­śli. Praw­da o so­bie za­wsze boli naj­bar­dziej, wie­dział o tym od daw­na.

– Masz – przy­znał nie­chęt­nie. – I na ra­zie ko­niec na tym. Precz. Mu­szę się sku­pić.

***

– Wiesz, Cy­gan, wpa­dli­śmy jak śliw­ki w gów­no – po­wie­dział po raz ko­lej­ny Krüger, a Cy­gan po raz ko­lej­ny po­ki­wał gło­wą. – Dwie pach­ną­ce śli­wecz­ki za­nur­ko­wa­ły w wiel­ki kro­wi pla­cek.

– Po­wta­rzasz się.

– Ale to praw­da.

– Już nie­dłu­go.

– Po­boż­ne ży­cze­nia.

– Ana­li­za sy­tu­acji.

– Też się po­wta­rzasz.

Roz­ma­wia­li tak od kil­ku mie­się­cy, od­kąd opu­ści­li Ki­jów, choć wła­ści­wie trud­no to było, zwłasz­cza w pierw­szym okre­sie, na­zwać roz­mo­wą. Ot, kil­ka słów wy­po­wie­dzia­nych ner­wo­wym, zdu­szo­nym szep­tem, po­dob­nym ra­czej do sy­cze­nia węża niż do nor­mal­nej wy­mia­ny zdań. Byli więź­nia­mi, tak przed­sta­wia­ła się praw­da. Dziw­ny­mi, z pew­ną dozą swo­bo­dy, do­brze kar­mio­ny­mi – ale więź­nia­mi. Po aresz­to­wa­niu, pod­czas trans­por­tu z Ki­jo­wa do Mo­skwy, wie­zio­no ich w osob­nych gru­pach, w sto­li­cy Ro­sji miesz­ka­li w po­je­dyn­czych ce­lach w le­wym skrzy­dle na­bie­ra­ją­ce­go sła­wy gma­chu na Łu­bian­ce. Byli izo­lo­wa­ni od resz­ty osa­dzo­nych. W za­sa­dzie po­zo­sta­wio­no ich sa­mym so­bie. Wi­zy­ty śled­czych były rzad­kie i nie wno­si­ły ni­cze­go no­we­go. An­drie­jew od­wie­dził ich dwa razy i za każ­dym ra­zem roz­mo­wa nie trwa­ła dłu­żej niż kwa­drans.

Po mie­sią­cu dziw­nej nie­wo­li Krüger na­dal nie był w sta­nie po­wie­dzieć, jaki cze­ka ich los. Żył, ale jak­by w za­wie­sze­niu, w ocze­ki­wa­niu cio­su, któ­ry może spaść w każ­dej chwi­li. Za­czy­nał się na­wet do tego przy­zwy­cza­jać, co uznał za oso­bli­we; czy czło­wiek na­praw­dę może przy­zwy­cza­ić się do śmier­tel­ne­go za­gro­że­nia? Czy może po­zo­stać obo­jęt­nym na gro­zę kro­ków na ko­ry­ta­rzu, szczęk klu­czy, da­le­kie huk­nię­cie drzwi, ja­kiś zbli­ża­ją­cy się frag­ment roz­mo­wy, w któ­rej każ­de sło­wo wy­da­je się wy­ro­kiem śmier­ci?

Wi­dać może.

Od­kąd ostat­nie­go dnia po­by­tu w sto­li­cy Ukra­iny Krüger zo­ba­czył Cy­ga­na sie­dzą­ce­go na krze­śle w znaj­du­ją­cym się obok ga­bi­ne­tu An­drie­je­wa po­ko­ju prze­słu­chań, miał wra­że­nie, że jest świad­kiem sur­re­ali­stycz­ne­go snu, choć za­ra­zem wy­stę­pu­je w nim jako głów­ny ak­tor. W jed­nym mo­men­cie za­czął cier­pieć na roz­dwo­je­nie jaź­ni – i miał tego peł­ną świa­do­mość. Był w środ­ku, jed­no­cze­śnie sto­jąc z boku. Ob­ser­wa­tor z za­cie­ka­wie­niem chło­nął każ­dą se­kun­dę spek­ta­klu. Uczest­nik drżał i wal­czył z ca­łych sił, by…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Ka­siu, bez Cie­bie ta książ­ka za­pew­ne nie uj­rza­ła­by świa­tła dzien­ne­go. Ser­decz­nie dzię­ku­ję za wy­si­łek, któ­ry wło­ży­łaś w ten tom.

Dzię­ku­ję rów­nież re­dak­tor Ka­ri­nie Stem­pel za cier­pli­wość i skru­pu­lat­ne spoj­rze­nie na tekst oraz wy­daw­cy, Sław­ko­wi Brud­ne­mu, za ela­stycz­ność w po­dej­ściu do pro­ce­su wy­daw­ni­cze­go.

Au­tor