Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 366 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krüger I. Szakal - Marcin Ciszewski

Marcin Ciszewski, autor bestsellerowego cyklu Wojna.pl (WWW) przedstawia Wilhelma Krügera.

 

Stworzono go, by zadziwiał Świat, lecz on ten Świat postanowił podbić.

Inteligentny, bezwzględny, drapieżny. Złodziej. Doskonale przystosowany do czasów,

w których przyszło mu żyć.

 

Wszystko zaczęło się w ponury październikowy ranek 1918 roku...

W roku, w którym narodziła się Polska i jeden z jej największych bezimiennych obrońców.

Krüger.

 

Krüger odrzucił karabin precz, przeturlał się w bok, by zejść napastnikom z linii ognia, klęknął, jednocześnie sięgając pod płaszcz. Płynnym ruchem wyciągnął Mausera, odbezpieczył go kciukiem, po czym w ciągu dwóch sekund wystrzelił cztery pociski.Dwa pierwsze, przeszywszy na wylot najbliższego z żołnierzy, pozbawiły go życia, nim jeszcze bezwładne ciało dotknęło ziemi. Niemal identyczny los spotkał drugiego Ukraińca: jedna z kul przeszła gładko przez lewą komorę serca, w ciągu sekundy zatrzymując jego pracę. Ciało żołnierza upadło niemal u stóp Krügera, który właśnie przesuwał lufę w prawo, ku ostatniemu z napastników...

Opinie o ebooku Krüger I. Szakal - Marcin Ciszewski

Fragment ebooka Krüger I. Szakal - Marcin Ciszewski

MARCIN CISZEWSKI

Krüger I Szakal

 

 

© 2016 Marcin Ciszewski

© 2016 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-64523-66-3

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Rozdział I

– Krüger jest…

Za­wa­ha­łem się. Ogni­sko ema­no­wa­ło ła­god­nym cie­płem. Noc była roz­gwież­dżo­na i ci­cha.

Sta­rzec cze­kał.

– Nie. Prze­pra­szam, ale w ten spo­sób chy­ba nie po­tra­fię – po­wie­dzia­łem nie­pew­nie.

– W ta­kim ra­zie wy­bierz spo­sób, któ­ry ci od­po­wia­da.

– Nie mogę opo­wie­dzieć o nim bez się­gnię­cia wstecz, do prze­szło­ści.

– To zro­zu­mia­łe.

– By w peł­ni po­jąć, kim jest, mu­szę wy­ja­śnić, kim był. Się­gnąć do głę­bo­ko za­ko­pa­nych frag­men­tów jego ży­cio­ry­su, któ­rych czę­ści na­wet ja – choć są­dzę, że na­praw­dę do­brze go znam – tyl­ko się do­my­ślam.

– Mamy spo­ro cza­su. A to dla mnie waż­ne – od­parł Sta­rzec i oparł się wy­god­nie o drze­wo, pod któ­rym sie­dział.

Po­pra­wi­łem się i ja. Na­dal nie mo­głem przy­zwy­cza­ić się do jego obec­no­ści. Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że zdo­łam zro­zu­mieć jej cel. Na ra­zie nie mo­głem na­wet ja­sno my­śleć. Zbyt szyb­ko bie­gły ostat­nie wy­da­rze­nia.

– Star­to­wał z wy­so­kie­go c – za­czą­łem. – Z domu opły­wa­ją­ce­go w do­stat­ki i sza­cu­nek rodu, po­tem spadł ni­sko, tak ni­sko, że nie­mal ni­żej się nie da; w koń­cu stał się tym, kim jest dzi­siaj. By po­jąć, jak do tego do­szło, mu­szę opo­wie­dzieć wy­da­rze­nia, któ­re po­pchnę­ły go do dłu­gie­go, usia­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa­mi mar­szu. O tym wła­śnie bę­dzie ta opo­wieść: o dro­dze. Wszyst­ko za­czę­ło się w paź­dzier­ni­ko­wy, po­nu­ry ra­nek ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­ste­go roku…

Sta­rzec po­ru­szył się. Pło­mień ogni­ska oświe­tlał jego po­dłuż­ną, jak­by wy­ku­tą z ka­mie­nia twarz o pro­stym no­sie i nie­bie­skich prze­ni­kli­wych oczach.

– Za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go wte­dy? Że prze­cież to nie jest po­czą­tek hi­sto­rii? – za­py­ta­łem.

Ski­nął gło­wą.

– Oczy­wi­ście. Peł­na zgo­da. Krüger uro­dził się osiem­na­ście lat wcze­śniej i przez te bli­sko dwie de­ka­dy jego ży­cie ob­fi­to­wa­ło w taką ilość dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, że moż­na by nimi ob­dzie­lić kil­ka ży­cio­ry­sów po brze­gi wy­peł­nio­nych emo­cja­mi. Więc dla­cze­go wte­dy? Już od­po­wia­dam. Po­nie­waż w tam­ten mgli­sty po­ra­nek na uli­cach za­wie­szo­nej po­mię­dzy woj­ną a po­ko­jem nie­gdy­siej­szej sto­li­cy Rzecz­po­spo­li­tej po raz pierw­szy skrzy­żo­wa­ły się dro­gi dwóch śmier­tel­nych wro­gów. Tam­te­go wła­śnie dnia roz­po­czę­li oni wza­jem­ne mor­der­cze, wy­nisz­cza­ją­ce po­lo­wa­nie, trwa­ją­ce z prze­rwa­mi przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. O pierw­szym z tych lu­dzi wspo­mnia­łem: to wła­śnie Krüger, zwa­ny jesz­cze wte­dy po pro­stu Wi­lek, co sta­no­wi­ło skrzy­żo­wa­nie zdrob­nie­nia imie­nia Wil­helm i pseu­do­ni­mu Wilk i było dla nie­go, od­kąd pa­mię­tał, czymś w ro­dza­ju nom de gu­er­re.

Dru­gi z bo­ha­te­rów tego nie­zwy­kłe­go spek­ta­klu na­zy­wał się Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow.

Tak oto za­czy­na się ta hi­sto­ria…

30 paź­dzier­ni­ka 1918, War­sza­wa

Nie­miec­ki gar­ni­zon War­sza­wy na ra­zie miał się do­brze, ale już wie­dział.

Jesz­cze ofi­ce­ro­wie tę­sk­nym okiem wy­glą­da­li za Ord­nung i wzdy­cha­li do Di­szi­plin, jesz­cze wro­dzo­ne, sil­ne w dal­szym cią­gu po­czu­cie obo­wiąz­ku spa­ja­ło sze­re­gi li­czą­cej nie­mal trzy­dzie­ści ty­się­cy żoł­nie­rzy za­ło­gi mia­sta; bro­ni i amu­ni­cji star­czy­ło­by do ro­ze­gra­nia du­żej bi­twy, a wszech­wład­ny ge­ne­rał-gu­ber­na­tor Hans Har­twig von Be­se­ler po­dej­mo­wał na Zam­ku wy­so­kich no­ta­bli oku­pa­cyj­nej ad­mi­ni­stra­cji oraz przed­sta­wi­cie­li co­raz śmie­lej pod­no­szą­cych gło­wę Po­la­ków, pró­bu­jąc umknąć przed to­czą­cym się nie­ubła­ga­nie wal­cem hi­sto­rii.

Jesz­cze.

Gar­ni­zon jed­nak już wie­dział.

Że cie­pły wiatr ze Wscho­du przy­wiał nie tyl­ko trak­tat brze­ski, któ­ry po­zwo­lił za­jąć Ukra­inę bez wal­ki i słać do wy­gło­dzo­nej He­imat całe esze­lo­ny z żyw­no­ścią oraz za­pew­nił świę­ty spo­kój po tej stro­nie kon­ty­nen­tu, a tak­że po­zwo­lił woj­skom Ober-Ostu bez na­ra­ża­nia się na nie­bez­pie­czeń­stwa wy­glą­dać koń­ca woj­ny, ale przy­niósł rów­nież Ideę, wiel­ką, pod­nie­ca­ją­cą Ideę, obie­cu­ją­cą za­pro­wa­dze­nie wszech­świa­to­wej spra­wie­dli­wo­ści i wol­no­ści od wszel­kiej ty­ra­nii. Gar­ni­zon chęt­nie więc nad­sta­wiał ucha, wy­chwy­ty­wał z Idei atrak­cyj­ne, po­wab­ne nuty, tak wiel­ką nio­są­ce na­dzie­ję i bę­dą­ce w tak ja­skra­wej sprzecz­no­ści z do­tych­cza­so­wym po­rząd­kiem świa­ta.

Z dru­giej stro­ny Eu­ro­py zaś na­pły­wa­ły hio­bo­we wie­ści. Niem­cy, przez całą pra­wie woj­nę zwy­cię­skie, te­raz prze­gry­wa­ły, okry­wa­jąc się hań­bą. Kraj był wy­czer­pa­ny; duch wiel­kie­go nie­miec­kie­go po­słan­nic­twa gasł, by w koń­cu roz­paść się na drob­ne ka­wał­ki. Cel wal­ki, od po­cząt­ku nie­zbyt dla pro­ste­go żoł­nie­rza ja­sny, znik­nął zu­peł­nie. Gar­ni­zon był roz­go­ry­czo­ny i sfru­stro­wa­ny, na jego oczach bo­wiem wa­lił się do­tych­cza­so­wy ład. Spon­ta­nicz­nie po­wsta­wa­ły więc ko­mi­te­ty rad żoł­nier­skich i przej­mo­wa­ły wła­dzę. Były nową siłą, z któ­rą na­le­ża­ło się li­czyć. Rady wie­dzia­ły, że sza­ry gar­ni­zo­no­wy tłum nie może kar­mić się wy­łącz­nie Ideą: żoł­nie­rze i więk­szość ofi­ce­rów nade wszyst­ko pra­gnę­li wró­cić do domu.

Nie­ja­ko w od­po­wie­dzi obu­dzi­li się miesz­kań­cy sto­li­cy. Uli­ce gę­ściej niż wcze­śniej za­lud­ni­ły się grup­ka­mi pa­trio­tycz­nej mło­dzie­ży, ła­ko­mym wzro­kiem pa­trzą­cej na but­nych do tej pory oku­pan­tów. Two­rzo­no ko­mi­te­ty i sto­wa­rzy­sze­nia; spon­ta­nicz­nie or­ga­ni­zo­wa­no broń i spo­rzą­dza­no pla­ny na naj­bliż­sze dni. Lu­dzie uświa­da­mia­li so­bie, że Niem­cy co­raz mniej my­ślą o oku­pa­cji i utrzy­my­wa­niu po­rząd­ku, a co­raz bar­dziej za­czy­na­ją się krzą­tać wo­kół wła­snych spraw.

Nie­wo­la szyb­kim kro­kiem zmie­rza­ła ku koń­co­wi. Nad­cho­dził czas zmian.

Pa­sa­że­ro­wie czar­ne­go luk­su­so­we­go ad­le­ra za­par­ko­wa­ne­go przy kra­węż­ni­ku uli­cy Fre­dry od stro­ny par­ku Sa­skie­go nie za­przą­ta­li so­bie gło­wy bun­tow­ni­czy­mi na­stro­ja­mi war­sza­wia­ków ani kło­po­ta­mi nie­miec­kie­go gar­ni­zo­nu. Ich uwa­gi w naj­mniej­szym stop­niu nie zaj­mo­wa­ły re­wo­lu­cyj­ne idee, spi­ski, kno­wa­nia ani pa­trio­tycz­ne unie­sie­nia. Za sobą mie­li kil­ku­ty­go­dnio­wy okres in­ten­syw­nych przy­go­to­wań i pla­no­wa­nia wy­zna­czo­nej na dzi­siej­szy po­ra­nek ak­cji, przed sobą zaś wy­ma­ga­ją­ce pre­cy­zji, od­wa­gi i szyb­ko­ści jej wy­ko­na­nie. Ich cel znaj­do­wał się sto me­trów da­lej, od daw­na wrósł w kra­jo­braz sto­li­cy i no­sił na­zwę Ban­ku Za­chod­nie­go.

Było ich czte­rech: kie­row­ca, star­szy pan i dwóch mło­dzi­ków. Wszy­scy z uwa­gą ob­ser­wo­wa­li ruch ulicz­ny oraz sam bu­dy­nek. Wła­śnie wy­bi­ła dzie­wią­ta; o tej po­rze w oko­li­cy moż­na było do­li­czyć się tyl­ko po­je­dyn­czych prze­chod­niów. Sią­pią­ca od dwóch go­dzin zim­na, prze­ni­ka­ją­ca do szpi­ku ko­ści mżaw­ka sta­ła się nie­ocze­ki­wa­nym, ale na­der efek­tyw­nym so­jusz­ni­kiem: nikt, kto na­praw­dę nie mu­siał, nie wy­chy­lał nosa z domu.

Szpa­ko­wa­ty, do­stoj­ny pan, zwa­ny przez swych współ­pra­cow­ni­ków Men­to­rem, po­pa­trzył na kie­szon­ko­wy ze­ga­rek.

– Te­raz – mruk­nął, gdy wska­zów­ka se­kund­ni­ka do­szła do go­dzi­ny dwu­na­stej i po­kry­ła się do­kład­nie ze wska­zów­ką mi­nu­to­wą.

Kie­row­ca i Men­tor zo­sta­li w środ­ku, mło­dzień­cy wy­sie­dli. Obaj no­si­li czar­ne trzy­czę­ścio­we gar­ni­tu­ry i dłu­gie, rów­nież czar­ne płasz­cze. Ubiór do­peł­nia­ły me­lo­ni­ki na gło­wach. W dło­niach trzy­ma­li duże skó­rza­ne tecz­ki. Wy­pie­lę­gno­wa­ne wąsy i bro­dy sta­ran­nie skry­wa­ły rysy twa­rzy. Je­dy­nym nie­pa­su­ją­cym do ich em­ploi ele­men­tem były dłu­gie ja­sne ko­smy­ki wło­sów, wy­su­wa­ją­ce się spod me­lo­ni­ków. Mimo tego dy­so­nan­su wy­glą­da­li na sza­cow­nych, mło­dych lu­dzi in­te­re­su.

W isto­cie: w pe­wien spo­sób byli nimi.

Wi­lek Krüger, niż­szy, o ja­snej ce­rze i czar­nych jak wę­giel oczach, uśmiech­nął się nie­znacz­nie, ener­gicz­nym ru­chem roz­ło­żył pa­ra­sol, ge­stem za­chę­cił swe­go to­wa­rzy­sza, by sko­rzy­stał z wy­two­rzo­nej w ten spo­sób osło­ny, po czym obaj lek­kim kro­kiem ru­szy­li w stro­nę wej­ścia do ban­ku. Je­że­li w oko­li­cy, mimo wcze­snej pory i fa­tal­nej po­go­dy, zna­la­zł­by się ja­kiś prze­cho­dzień ob­da­rzo­ny zmy­słem ob­ser­wa­cji, za­uwa­żył­by, że po­ru­sza­ją się w spo­sób zdra­dza­ją­cy lu­dzi ener­gicz­nych, na­wy­kłych do wy­sił­ku fi­zycz­ne­go, a ich wzrok uważ­nie omia­ta oko­li­cę.

Gdy od­da­li­li się nie­co, au­to­mo­bil ru­szył, wy­prze­dził ich, po czym skrę­cił w lewo, za­trzy­mu­jąc się przed bra­mą sta­no­wią­cą dru­gie, tak zwa­ne wjaz­do­we wej­ście do ban­ku. Zdo­bio­ne sta­lo­wy­mi ele­men­ta­mi wro­ta były za­mknię­te. Kie­row­ca za­trą­bił. Szpa­ko­wa­ty pan sie­dzą­cy z tyłu, wspar­ty na czar­nej la­sce za­koń­czo­nej głów­ką ze szcze­re­go zło­ta, obo­jęt­nym wzro­kiem prze­biegł prze­strzeń do­oko­ła. Na ra­zie wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem. Stróż, w dzień peł­nią­cy funk­cję odźwier­ne­go, otwo­rzył ju­dasz i wyj­rzał na ze­wnątrz.

– Pa­no­wie do kogo? – za­py­tał ochry­płym gło­sem.

– Pan Sta­ni­sław Rusz­czyc ma umó­wio­ną wi­zy­tę u pana Ro­twan­da – od­parł kie­row­ca przez uchy­lo­ne okno, po czym wzdry­gnął się. Wiatr we­pchnął do wnę­trza auta prze­ni­kli­wy chłód i eska­drę lo­do­wa­tych kro­pel desz­czu.

– U pana pre­ze­sa Ro­twan­da? – upew­nił się odźwier­ny.

– Tak – po­twier­dził nie­cier­pli­wie kie­row­ca.

Zgrzyt­nę­ła za­su­wa i bra­ma z hur­go­tem za­czę­ła otwie­rać po­dwo­je. Men­tor po­my­ślał, że to ba­nal­nie ła­twe: odźwier­ny nie kwa­pił się do spraw­dza­nia cze­go­kol­wiek, na­wet nie za­dał so­bie py­ta­nia, czy spo­tka­nie fak­tycz­nie bę­dzie mia­ło miej­sce. Za prze­ko­nu­ją­cy do­wód wy­star­czy­ła mu po pro­stu wzmian­ka do­ty­czą­ca wszech­moc­ne­go pre­ze­sa ban­ku.

Au­to­mo­bil po­wo­li wje­chał w bra­mę, by po kil­ku me­trach za­trzy­mać się do­kład­nie na­prze­ciw ob­ra­mo­wa­ne­go ka­mien­nym por­ta­lem wej­ścia. Star­szy pan na­chy­lił się w stro­nę kie­row­cy.

– Wjedź na dzie­dzi­niec i za­wróć. Nie wy­łą­czaj sil­ni­ka.

– Dłu­go to po­trwa? – za­py­tał kie­row­ca. Na­zy­wał się Ba­rań­ski. Po­cił się.

Men­tor po­my­ślał, że za­trud­nie­nie tego czło­wie­ka było błę­dem. Wszyst­ko przez to, że sta­ły współ­pra­cow­nik, rze­tel­ny i god­ny za­ufa­nia Sta­ni­sław Bo­gu­szew­ski, le­żał w łóż­ku, zło­żo­ny świn­ką. Tak, cho­ro­bą prze­cho­dzo­ną przez małe dzie­ci bez spe­cjal­nych kom­pli­ka­cji, nie­ja­ko ru­ty­no­wo, a któ­ra stu­ki­lo­gra­mo­we­go, twar­de­go jak ska­ła męż­czy­znę zwa­li­ła z nóg i spo­wo­do­wa­ła, że czuł się co­raz bliż­szy przej­ścia na tam­ten świat. Do dzi­siej­szej ak­cji kie­row­ca był jed­nak nie­zbęd­ny, Men­tor zwró­cił się więc do jed­ne­go ze swych war­szaw­skich przy­ja­ciół, by po­le­cił mu ko­goś god­ne­go za­ufa­nia, fa­cho­we­go i dys­kret­ne­go. Ów zna­jo­my za­re­ko­men­do­wał mu Ba­rań­skie­go, chwa­ląc go jako so­lid­ne­go współ­pra­cow­ni­ka, zna­ją­ce­go do­sko­na­le War­sza­wę i po­tra­fią­ce­go ob­słu­gi­wać naj­róż­niej­sze ro­dza­je au­to­mo­bi­li. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że nowo po­zy­ska­ny współ­pra­cow­nik War­sza­wę może i znał, ale kie­row­cą był co naj­wy­żej za­do­wa­la­ją­cym, a jego ner­wy były w strzę­pach, o czym uprzej­my zna­jo­my nie ra­czył już po­in­for­mo­wać Men­to­ra.

– Nie­zbyt. Nie de­ner­wuj się – od­parł Men­tor naj­ła­god­niej­szym to­nem ze swe­go bo­ga­te­go re­per­tu­aru.

– Odźwier­ny wy­glą­da na wścib­skie­go – wark­nął Ba­rań­ski.

– Po pro­stu nie roz­ma­wiaj z nim – per­swa­do­wał Men­tor. – Nie gaś sil­ni­ka i bądź go­tów. Jak wyj­dzie­my, bę­dzie nam się spie­szy­ło.

– On za­mknął za nami bra­mę.

– Nie martw się o to.

Men­tor klep­nął kie­row­cę w ra­mię i wy­siadł. Był w sa­mym gar­ni­tu­rze, bez płasz­cza. Tecz­ka, któ­rą trzy­mał w ręku, wy­ko­na­na zo­sta­ła ze świń­skiej skó­ry i od­zna­cza­ła się naj­wyż­szą ja­ko­ścią. La­ska ze zło­tą głów­ką zo­sta­ła w sa­mo­cho­dzie.

– Tra­fię – rzu­cił pod ad­re­sem odźwier­ne­go, któ­ry za­mknąw­szy bra­mę, oka­zy­wał go­to­wość do wska­zy­wa­nia dal­szej dro­gi, po czym pchnął drzwi.

Men­tor zna­lazł się w nie­wiel­kim, bo­ga­to zdo­bio­nym holu. Wszedł po kil­ku wy­ło­żo­nych mar­mu­rem scho­dach. Bez sło­wa skrę­cił w lewo, po czym sta­nął w pro­gu re­pre­zen­ta­cyj­nej, lśnią­cej prze­py­chem sali ope­ra­cyj­nej ban­ku. Ką­tem oka za­uwa­żył obu swo­ich mło­dych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy wła­śnie wkro­czy­li do niej od stro­ny głów­ne­go wej­ścia. Naj­mniej­szym ge­stem nie dał po so­bie po­znać, że z tymi dwo­ma co­kol­wiek go łą­czy. Za­czął wspi­nać się na wyż­szą kon­dy­gna­cję. Scho­dy mia­ły pa­ła­co­we wy­mia­ry i mu­sia­ły kosz­to­wać for­tu­nę.

Men­tor wszedł na pierw­sze pię­tro. Ob­szer­ny hol cią­gnął się nie­mal przez cały bu­dy­nek. Pro­wa­dzi­ły z nie­go drzwi do ga­bi­ne­tów za­rzą­du ban­ku oraz po­miesz­czeń re­pre­zen­ta­cyj­nych. Mniej wię­cej w dwóch trze­cich ko­ry­ta­rza, bli­żej le­wej ścia­ny, sta­ło biur­ko, do­rów­nu­ją­ce splen­do­rem resz­cie wy­stro­ju wnę­trza. Sie­dzia­ła za nim ko­bie­ta o sta­ran­nej fry­zu­rze, ubra­na w skrom­ną, pro­stą suk­nię. Men­tor ener­gicz­nym kro­kiem pod­szedł do biur­ka. Echo od­bi­ja­ło dźwięk stu­ka­ją­cych o par­kiet ob­ca­sów.

– Dzień do­bry – po­wie­dział i uśmiech­nął się cie­pło.

Ko­bie­ta unio­sła gło­wę i uśmiech­nę­ła się rów­nież. Lu­bi­ła taki typ męż­czyzn. Po pięć­dzie­siąt­ce, świet­nie ubra­nych, sta­ran­nie ostrzy­żo­nych, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach, uprzej­mych i mi­łych. Gdy­by nie czar­na dłu­ga bro­da i za­krę­co­ne do góry wąsy, zda­niem nie­wia­sty zu­peł­nie nie­pa­su­ją­ce ani do twa­rzy, ani do resz­ty syl­wet­ki, przy­bysz sta­no­wił­by bli­ski jej ser­cu ide­ał mę­skiej uro­dy.

– Dzień do­bry. Czym mogę słu­żyć? – za­py­ta­ła mięk­ko.

– Moje na­zwi­sko Rusz­czyc. Sta­ni­sław Rusz­czyc. Je­stem umó­wio­ny na go­dzi­nę dzie­wią­tą z pa­nem pre­ze­sem An­drze­jem Ro­twan­dem. Spóź­ni­łem się o dwie mi­nu­ty, za co naj­moc­niej prze­pra­szam.

Ko­bie­ta zer­k­nę­ła do le­żą­ce­go przed nią no­tat­ni­ka. Po chwi­li uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej.

– Tak, oczy­wi­ście. Pa­mię­tam pań­ski te­le­fon. W spra­wie po­ra­dy przy za­ku­pie ak­cji. Pan pre­zes ocze­ku­je pań­skiej wi­zy­ty.

Ko­bie­ta wsta­ła i po­de­szła do znaj­du­ją­cych się w głę­bi ko­ry­ta­rza drzwi. Za­pu­ka­ła, po czym, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, na­ci­snę­ła klam­kę, ge­stem po­ka­zu­jąc go­ścio­wi, by po­dą­żał za nią.

Men­tor wszedł do ga­bi­ne­tu. W pierw­szej chwi­li, choć wi­dział w ży­ciu nie­jed­no i zda­wał so­bie spra­wę, że bo­gac­two na­der czę­sto bywa rze­czą złud­ną, a przede wszyst­kim prze­mi­ja­ją­cą, po­czuł się przy­tło­czo­ny. Po­kój był ogrom­ny, miał po­wierzch­nię co naj­mniej osiem­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych. Łuki że­bro­we­go skle­pie­nia wy­ra­sta­ły z po­kry­tych ma­lo­wi­dła­mi ścian, by wspie­rać bo­ga­to ozdo­bio­ny neo­ro­ko­ko­wy­mi sztu­ka­te­ria­mi su­fit. Bli­żej wy­so­kie­go okna sta­ło biur­ko, o dzi­wo skrom­ne i sto­sun­ko­wo nie­du­żych roz­mia­rów. Po­de­rwał się zza nie­go męż­czy­zna oko­ło czter­dziest­ki, moc­no zbu­do­wa­ny, o peł­nych gra­cji ru­chach. Miał twarz czło­wie­ka do­świad­czo­ne­go i ob­da­rzo­ne­go dużą in­te­li­gen­cją. Pod­szedł do Men­to­ra ener­gicz­nym kro­kiem.

– Dzień do­bry – po­wie­dział mi­łym dla ucha ba­ry­to­nem. – Je­stem An­drzej Ro­twand.

Men­tor uści­snął wy­cią­gnię­tą dłoń. Za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób pre­zes za­re­agu­je na gwał­tow­ną zmia­nę sce­na­riu­sza spo­tka­nia, któ­ra za chwi­lę na­stą­pi. Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry nie­ła­two pod­da­je się woli in­nych.

– Sta­ni­sław Rusz­czyc – od­parł. Usły­szał, że ko­bie­ta wy­co­fa­ła się i za­mknę­ła za sobą drzwi. Miał na­dzie­ję, że po­now­nie za­ję­ła sta­no­wi­sko przy biur­ku. To by mu bar­dzo od­po­wia­da­ło.

– Kawy? – za­py­tał go­spo­darz ga­bi­ne­tu.

– Dzię­ku­ję. Zbyt wcze­śnie na kawę – od­parł Men­tor.

Nim pre­zes Ban­ku Za­chod­nie­go, po­wszech­nie sza­no­wa­ny w War­sza­wie fi­nan­si­sta, zdo­łał za­sta­no­wić się nad tymi sło­wa­mi, zdą­żył już o nich za­po­mnieć. Zo­ba­czył bo­wiem dwie rze­czy: nie­zwy­kły w tych oko­licz­no­ściach przed­miot trzy­ma­ny w pra­wej dło­ni go­ścia oraz cał­ko­wi­tą zmia­nę jego wy­ra­zu twa­rzy. Miał nie­od­par­te wra­że­nie, że ta dru­ga łą­czy się bez­po­śred­nio z pierw­szą, i ży­wił reszt­ki na­dziei, że obie są złym snem.

– Ma pan cał­ko­wi­tą traf­ność – oznaj­mił Men­tor. Mó­wił spo­koj­nie, ale w jego gło­sie w miej­scu uprzej­mo­ści po­ja­wi­ła się do­brze sko­re­lo­wa­na z trzy­ma­nym w ręku przed­mio­tem sta­lo­wa nuta. – Trzy­mam w ręku re­wol­wer Na­gant. Sied­mio­strza­ło­wy. Ni­g­dy mnie jesz­cze nie za­wiódł i ufam, że tak bę­dzie rów­nież i tym ra­zem. Obec­ność tej bro­ni w mym ręku ozna­cza, że wła­śnie za­czął się na­pad na pań­ski bank. Uprzej­mie pro­szę, by pan udał się ze mną. Bez krzy­ku, bez oglą­da­nia się na pra­cow­ni­ków, bez da­wa­nia zna­ków straż­ni­kom. Wte­dy obej­dzie się bez prze­mo­cy i za kwa­drans lub dwa roz­sta­nie­my się, wszy­scy w do­brym zdro­wiu.

***

Nie­co wcze­śniej Krüger spoj­rzał na swe­go to­wa­rzy­sza. Cy­gan sta­rał się nie zwra­cać uwa­gi na co­raz bar­dziej do­kucz­li­wą mżaw­kę. Obaj sta­li przed głów­nym wej­ściem do ban­ku. Jak na ko­men­dę ro­zej­rze­li się dys­kret­nie. W od­da­li ktoś szedł szyb­kim kro­kiem w prze­ciw­nym kie­run­ku, w stro­nę Te­atru Wiel­kie­go. Prze­cho­dzień nie spra­wiał wra­że­nia czło­wie­ka in­te­re­su­ją­ce­go się czym­kol­wiek in­nym niż uciecz­ką przed desz­czem i zim­nym wia­trem.

Krüger za­mknął pa­ra­sol i prze­ło­żył go do pra­wej ręki. Cy­gan na­ci­snął klam­kę drew­nia­nych, bo­ga­to zdo­bio­nych drzwi. We­szli. Mo­kre po­de­szwy z cmo­ka­niem od­ry­wa­ły się od gład­kie­go jak lu­stro mar­mu­ru scho­dów. Na wi­dok go­ści szat­niarz ukło­nił się ni­sko.

– Wi­tam sza­now­nych pa­nów. Ze­chcą pa­no­wie zo­sta­wić płasz­cze? – za­py­tał pro­fe­sjo­nal­nie uni­żo­nym to­nem, okra­szo­nym pro­fe­sjo­nal­nie życz­li­wym uśmie­chem.

– Nie ma po­trze­by.

– Oczy­wi­ście. Pa­no­wie do któ­re­goś z kan­to­rów?

– Mię­dzy in­ny­mi – od­parł Krüger przy­jaź­nie. Nie miał za­mia­ru dać się wy­prze­dzić w oka­zy­wa­niu uprzej­mo­ści ja­kie­muś szat­nia­rzo­wi.

Jego to­wa­rzysz nie cze­kał na za­koń­cze­nie roz­mo­wy. Prze­ciął przed­sio­nek z urzę­du­ją­cym w nim uprzej­mym szat­nia­rzem i sta­nął u pro­gu sali ope­ra­cyj­nej. Po­miesz­cze­nie zaj­mo­wa­ło nie­mal cały par­ter bu­dyn­ku i mia­ło pół­to­ra pię­tra wy­so­ko­ści. Ka­se­to­no­wy, bo­ga­to zdo­bio­ny su­fit wspie­rał się na trzech rzę­dach ka­mien­nych ko­lumn. Jako że okna wpusz­cza­ły nie­wie­le świa­tła, po­miesz­cze­nie elek­trycz­nym bla­skiem roz­ja­śnia­ły czte­ry gi­gan­tycz­ne krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le.

Cy­gan omiótł salę spoj­rze­niem. Przy jed­nym z kan­to­rów tkwił męż­czy­zna w me­lo­ni­ku, ob­słu­gi­wa­ny przez naj­wy­raź­niej nie do koń­ca jesz­cze roz­bu­dzo­ne­go ka­sje­ra. Przy na­stęp­nym kan­to­rze pa­no­wa­ły pust­ki. Przy ko­lej­nych dwóch – tak­że. Do­pie­ro przy ostat­nim nie­mło­de mał­żeń­stwo za­ta­pia­ło wzrok w kil­ku kart­kach pa­pie­ru, naj­wy­raź­niej za­ję­te stu­dio­wa­niem liczb fi­gu­ru­ją­cych na wy­cią­gu ban­ko­wym.

Bar­dziej ko­rzyst­nej sy­tu­acji nie moż­na się było spo­dzie­wać.

Krüger, któ­ry naj­wy­raź­niej za­koń­czył już kon­wer­sa­cję z szat­nia­rzem, mi­nął sto­ją­ce­go w pro­gu sali to­wa­rzy­sza, prze­ciął salę w po­przek i do­szedł do po­miesz­cze­nia zaj­mo­wa­ne­go przez war­tow­nię. Na­ci­snął klam­kę. Drzwi nie sta­wi­ły opo­ru. Gdy Krüger znik­nął w środ­ku, Cy­gan cof­nął się, bez sło­wa mi­nął ob­ser­wu­ją­ce­go go z ro­sną­cym zdu­mie­niem szat­nia­rza, zszedł po scho­dach, po czym wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­syw­ny drew­nia­ny klin. Schy­lił się. We­pchnął klin po­mię­dzy dol­ną ramę drzwi wej­ścio­wych a pod­ło­gę, a po­tem wbił go głę­biej dwo­ma moc­ny­mi ude­rze­nia­mi ob­ca­sa. Dłu­gi­mi su­sa­mi po­ko­nał scho­dy i nim szkar­łat­ny na twa­rzy szat­niarz zdą­żył otwo­rzyć usta, przy­sta­wił mu do twa­rzy wy­ję­ty z dru­giej kie­sze­ni re­wol­wer.

– Cof­nij się – po­wie­dział ci­cho. – Nie ga­daj i nie na­ci­skaj żad­nych ta­jem­nych przy­ci­sków.

Szkar­łat od­szedł w nie­byt: nie­ja­ko dla od­mia­ny szat­niarz zbladł jak ścia­na. Cy­gan po­my­ślał, że przej­ście w cią­gu kil­ku se­kund od czer­wie­ni do upior­nej bie­li sta­no­wi­ło nie lada za­gad­kę na­tu­ry. Cóż, ludz­ki or­ga­nizm był czymś, co nie­ustan­nie go za­dzi­wia­ło.

– Co, co, co…? – beł­ko­tał tam­ten.

– Nic. Ci­sza.

Szat­niarz za­milkł, uzna­jąc naj­wy­raź­niej, że naj­bar­dziej roz­sąd­nym wyj­ściem z sy­tu­acji bę­dzie za­sto­so­wa­nie się do po­le­ce­nia. Cy­gan jed­nym su­sem prze­sko­czył kon­tu­ar od­dzie­la­ją­cy przed­sio­nek od szat­ni, wy­ko­nał krót­ki za­mach i ude­rzył szat­nia­rza kol­bą re­wol­we­ru w skroń. Opię­te w cia­sny uni­form, po­tęż­ne cia­ło ru­nę­ło na zie­mię. Cy­gan oce­nił, że męż­czy­zna bę­dzie nie­przy­tom­ny przez co naj­mniej dwa­dzie­ścia mi­nut. Do­kład­nie tyle, ile po­trze­bo­wał.

Krüger był w tym cza­sie rów­nie za­ję­ty co jego star­szy o rok ko­le­ga. Gdy na­ci­skał klam­kę drzwi war­tow­ni, roz­piął płaszcz. Pod dło­nią po­czuł zna­jo­my, uspo­ka­ja­ją­cy chłód. Z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy wszedł do ja­sno oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia. Je­den ze straż­ni­ków jadł śnia­da­nie. Dru­gi cze­sał się, od­wró­co­ny ty­łem od wej­ścia.

– Za­wo­łaj­cie trze­cie­go – po­wie­dział Krüger, jed­no­cze­śnie za­my­ka­jąc za sobą drzwi i po omac­ku prze­krę­ca­jąc klucz w zam­ku. W cią­gu naj­bliż­szych dwóch mi­nut nie ży­czył so­bie żad­nych do­dat­ko­wych go­ści.

Ten z grze­bie­niem za­re­ago­wał jako pierw­szy. Od­wró­cił się szyb­ko, ale na tym skoń­czy­ła się jego ak­tyw­ność. Męż­czy­zna je­dzą­cy śnia­da­nie pod­niósł wzrok znad ta­le­rza, po czym, po­dob­nie jak ko­le­ga, za­stygł w cał­ko­wi­tym, zdu­mio­nym i prze­ra­żo­nym bez­ru­chu, uka­zu­jąc kęs trzy­ma­nej w ustach ka­nap­ki z kieł­ba­są.

Za­sko­cze­niu i prze­stra­cho­wi straż­ni­ków Krüger nie­spe­cjal­nie się dzi­wił. On też był­by prze­stra­szo­ny, pa­trząc pro­sto w dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­wy otwór lufy pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go Berg­mann. Czuł pod pa­chą twar­dą, do­brze wy­mo­de­lo­wa­ną kol­bę. Cię­żar bro­ni uspo­ka­jał go. Trzy­dzie­ści dwa na­bo­je skry­te w śli­ma­ko­wa­tym, ster­czą­cym z boku ma­ga­zyn­ku za­pew­nia­ły mu cał­ko­wi­tą kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

– Za­wo­łaj­cie trze­cie­go ko­le­gę – po­wtó­rzył. Wy­ko­nał przy tym nie­znacz­ny ruch lufą. Nie miał zbyt wie­le cza­su. Plan był wy­li­czo­ny co do se­kun­dy.

– Jó­zek! – krzyk­nął ten z grze­bie­niem. Miał małe czar­ne oczy i od­zy­skał re­zon jako pierw­szy. Wy­ko­nał po­le­ce­nie, ale Krüger zbyt do­brze znał ta­kich lu­dzi jak on: męż­czy­zna nie miał za­mia­ru pod­dać się bez wal­ki.

– No? – roz­le­gło się gdzieś z góry, od stro­ny wą­skich że­la­znych scho­dów bie­gną­cych na an­tre­so­lę.

– Złaź.

– Po co? Do­pie­ro wla­złem.

– Złaź, mó­wię. Kawa jest.

– Fra­nek, co ty…

Krüger już wie­dział. Sko­czył do przo­du ni­czym pan­te­ra, uniósł broń, kol­ba Berg­man­na za­to­czy­ła krót­ki łuk i ude­rzy­ła w bok szczę­ki straż­ni­ka na­zwa­ne­go przez kom­pa­na Fran­kiem. Męż­czy­zna po­le­ciał w tył z bo­le­snym kwik­nię­ciem, po czym ude­rzył gło­wą w ścia­nę. Na całe szczę­ście ak­tyw­ność dru­gie­go straż­ni­ka ogra­ni­czy­ła się do roz­pacz­li­wych prób prze­łknię­cia kęsa ka­nap­ki, naj­wy­raź­niej za­kli­no­wa­ne­go w na­gle wy­schnię­tym gar­dle.

Krüger ob­ró­cił się, ma­jąc w polu wi­dze­nia za­rów­no sie­dzą­ce­go za sto­łem straż­ni­ka, jak i scho­dy.

– Rzuć pi­sto­let na dół. A po­tem schodź. Po­wo­li! – krzyk­nął w stro­nę otwo­ru pro­wa­dzą­ce­go na an­tre­so­lę.

Ci­sza. Trze­ci straż­nik pró­bo­wał zro­zu­mieć i oce­nić sy­tu­ację. Być może za­sta­na­wiał się rów­nież nad swo­imi szan­sa­mi. Krüger nie miał cza­su na dłu­gie ne­go­cja­cje.

– Je­że­li za dzie­sięć se­kund nie zo­ba­czę na dole pi­sto­le­tu, a za na­stęp­ne dzie­sięć cie­bie, strze­lam do Fran­ka i tego dru­gie­go – po­wie­dział nie­co gło­śniej. By do­dać swym sło­wom na­leż­nej po­wa­gi, gło­śno trza­snął zam­kiem pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go.

Na­wet nie mu­siał li­czyć wy­zna­czo­ne­go straż­ni­ko­wi cza­su. Lu­ger nie­mal od razu zle­ciał z trza­skiem po sta­lo­wych stop­niach. Krüger schy­lił się po broń i wsa­dził ją do kie­sze­ni. Chwi­lę póź­niej uj­rzał scho­dzą­ce­go po­wo­li na dół straż­ni­ka.

Zwią­za­nie wszyst­kich trzech męż­czyzn za­ję­ło mu dwie mi­nu­ty, sześć­dzie­siąt se­kund po­nad prze­wi­dzia­ny har­mo­no­gram. Nie cho­wa­jąc bro­ni, wy­szedł i za­mknął za sobą drzwi na klucz. Cy­gan stał po­środ­ku sali ope­ra­cyj­nej z re­wol­we­rem w ręce; za­czął sam, co było zro­zu­mia­łe. W po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła głę­bo­ka ci­sza, na tyle przej­mu­ją­ca, by dać dojść do gło­su prze­ni­ka­ją­ce­mu przez gru­be mury szu­mo­wi wiel­kie­go mia­sta. Za­rów­no ka­sje­rzy sie­dzą­cy w kan­to­rach, jak i trój­ka klien­tów trzy­ma­li ręce w gó­rze, za wszel­ką cenę sta­ra­jąc się nie de­ner­wo­wać czło­wie­ka z bro­nią.

– Spóź­ni­łeś się – po­wie­dział Cy­gan. Czar­na bro­da, wąsy i me­lo­nik nada­wa­ły mu po­waż­ny, wręcz uro­czy­sty wy­gląd, któ­ry psu­ły gro­te­sko­we blond loki wy­su­wa­ją­ce się spod na­kry­cia gło­wy. Był to ce­lo­wy za­bieg; nie­pa­su­ją­cy do resz­ty szcze­gół miał od­cią­gnąć uwa­gę ster­ro­ry­zo­wa­nych lu­dzi od bar­dziej istot­nych de­ta­li.

Krüger nie od­po­wie­dział. Sta­nął po­środ­ku sali i uniósł ku gó­rze pi­sto­let ma­szy­no­wy, by wszy­scy mo­gli go zo­ba­czyć. Cy­gan szyb­kim kro­kiem ru­szył w głąb bu­dyn­ku.

Ku skarb­co­wi.

***

– Spóź­ni­łeś się – po­wie­dział ła­god­nie Men­tor, gdy zo­ba­czył scho­dzą­ce­go po scho­dach Cy­ga­na. Chło­pak miał obo­jęt­ną minę. Jego opa­no­wa­nie było god­ne po­dzi­wu.

– Prze­pra­szam.

Men­tor ski­nął gło­wą, po czym od­wró­cił się w stro­nę sto­ją­ce­go bez ru­chu pre­ze­sa ban­ku.

– Je­ste­śmy w kom­ple­cie. Mo­że­my za­czy­nać.

– Cóż ta­kie­go chce pan za­czy­nać? – za­py­tał Ro­twand i skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

Naj­wy­raź­niej ochło­nął już z pierw­sze­go szo­ku. Przy­glą­dał się uważ­nie czło­wie­ko­wi, któ­ry go tu przy­wiódł. Sta­rał się go roz­gryźć, zna­leźć sła­by punkt, wy­szu­kać oka­zję do kontr­ata­ku. Men­tor nie miał za­mia­ru da­wać mu ku temu naj­mniej­szej na­wet oka­zji.

– Sza­now­ny pa­nie, jak wspo­mnia­łem, ma pan do czy­nie­nia z na­pa­dem na bank. Pro­szę otwo­rzyć skar­biec – po­wie­dział.

– Nie ma mowy. Zresz­tą na­wet nie mogę. Nie mam klu­cza.

– Och, pa­nie pre­ze­sie. – Men­tor uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le, jak czło­wiek, któ­ry co praw­da nie ma nic prze­ciw­ko pró­bom sta­wia­nia opo­ru, ale w grun­cie rze­czy uwa­ża je za zwy­kłą, utrud­nia­ją­cą ży­cie stra­tę cza­su. – Obaj do­sko­na­le wie­my, że ma pan klucz do skarb­ca. Usil­nie na­le­gam na speł­nie­nie mo­jej proś­by. Na ra­zie ni­ko­mu nie sta­ła się naj­mniej­sza krzyw­da i na­szym za­da­niem jest dba­nie, by ten stan rze­czy utrzy­mał się do sa­me­go koń­ca. Czyż nie?

Pre­zes za­sta­no­wił się, spoj­rzał prze­lot­nie na mil­czą­ce­go, sto­ją­ce­go bez ru­chu Cy­ga­na i coś w po­sta­wie mło­de­go czło­wie­ka mu­sia­ło go prze­ko­nać do speł­nie­nia po­le­ce­nia, bo bez sło­wa się­gnął do kie­sze­ni i wy­jął z niej dłu­gi klucz o skom­pli­ko­wa­nej bu­do­wie.

– W środ­ku jest straż­nik – rzu­cił.

– Oczy­wi­ście. – Men­tor ski­nął gło­wą. – Miej­my na­dzie­ję, że nie bę­dzie ro­bił głupstw. Gdy drzwi sta­ną otwo­rem, musi pan ja­sno przed­sta­wić mu sy­tu­ację. Na tyle ja­sno, by uznał, że je­dy­nym roz­sąd­nym wyj­ściem jest za­nie­cha­nie ja­kie­go­kol­wiek opo­ru.

Ro­twand wziął te sło­wa za do­brą mo­ne­tę. Wsa­dził klucz do zam­ka i prze­krę­cił go z nie­przy­jem­nym, prze­cią­głym zgrzy­tem. Szarp­nął za za­mo­co­wa­ne po­środ­ku sta­lo­wych drzwi koło. Coś trza­snę­ło gło­śno i cięż­kie wro­ta sta­nę­ły otwo­rem. Pre­zes ban­ku na­bie­rał wła­śnie po­wie­trza w płu­ca, gdy Cy­gan sko­czył jak na sprę­ży­nie. Straż­nik w środ­ku za­re­ago­wał zbyt póź­no: naj­pierw zo­ba­czył sto­ją­ce­go za drzwia­mi pre­ze­sa, a do­pie­ro póź­niej na­past­ni­ka. Moc­ny cios w pod­bró­dek od­rzu­cił go o metr. Utrzy­mał się na no­gach i chciał się­gnąć do ka­bu­ry, ale zre­zy­gno­wał. Każ­dy re­zy­gnu­je, gdy wi­dzi przed no­sem lufę Na­gan­ta.

– Wyj­mij broń i po­daj mi ją – po­wie­dział Cy­gan.

Pół mi­nu­ty póź­niej straż­nik stał twa­rzą do ścia­ny z rę­ko­ma sple­cio­ny­mi na kar­ku.

Men­tor ro­zej­rzał się. Gdy trzy ty­go­dnie temu za­kła­dał w tym ban­ku ra­chu­nek i umiesz­czał w skryt­ce nie­wiel­ki de­po­zyt, do skarb­ca, co oczy­wi­ste, nie do­pusz­czo­no go, sala ob­słu­gi mie­ści­ła się bo­wiem pię­tro wy­żej, na par­te­rze. Nie na dar­mo jed­nak, przy­go­to­wu­jąc się do sko­ku, ślę­czał dłu­gie go­dzi­ny nad pla­na­mi bu­dyn­ku. Jego wy­obraź­nia, pod­par­ta so­lid­ną wie­dzą na te­mat ar­chi­tek­tu­ry i kon­struk­cji roz­ma­itych bu­dow­li, po­zwo­li­ła mu dość do­kład­nie uj­rzeć wnę­trze, za­nim jesz­cze się w nim zna­lazł. Mimo wszyst­ko roz­mach i po­my­sło­wość, z ja­ki­mi zbu­do­wa­no po­miesz­cze­nie, za­sko­czy­ły go. Stu­me­tro­wy, wy­so­ki na prze­szło czte­ry me­try i po­zba­wio­ny okien skar­biec spra­wiał wra­że­nie for­te­cy nie do zdo­by­cia. Trzy ścia­ny z czte­rech były po su­fit za­sta­wio­ne ka­se­ta­mi de­po­zy­to­wy­mi. Więk­szość po­zo­sta­wa­ła za­mknię­ta, co bar­dzo Men­to­ra cie­szy­ło. Cel zna­lazł się w za­się­gu ręki.

– Straż­nik ma klucz do ka­set, praw­da? – za­py­tał Men­tor.

– Tak jest. Ale jak pan wi­dzi, każ­da ma dwa zam­ki. Dru­gi klucz ma klient. Nie otwo­rzy pan ani jed­nej ka­se­ty.

– Och, prze­ciw­nie. Są­dzę, że w pań­skiej kie­sze­ni tkwi jesz­cze je­den klucz, uni­wer­sal­ny.

– Nie.

– Jed­nak tak.

– Może mnie pan prze­szu­kać.

Men­tor od­su­nął się o krok. Uśmiech znik­nął z jego warg.

– Szko­da cza­su – po­wie­dział, po czym od­wró­cił się i strze­lił szyb­ko, pra­wie bez ce­lo­wa­nia.

Tra­fił do­kład­nie tam, gdzie pla­no­wał: w tyl­ną część sta­wu ko­la­no­we­go straż­ni­ka. Męż­czy­zna krzyk­nął gło­śno i upadł na zie­mię, trzy­ma­jąc się za zra­nio­ną nogę. Krew prze­pły­wa­ła mię­dzy pal­ca­mi ob­fi­tym stru­mie­niem.

Men­tor od­wró­cił się w stro­nę po­bla­dłe­go Ro­twan­da.

– Po­pro­szę klucz – po­wie­dział, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc jęki straż­ni­ka.

Pre­zes sen­nym ru­chem się­gnął pod ma­ry­nar­kę i wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni żą­da­ny przez Men­to­ra przed­miot. Men­tor rzu­cił go Cy­ga­no­wi.

– Za­bierz straż­ni­ko­wi jego klucz i do ro­bo­ty.

Ża­den z nich nie do­my­ślił się, że huk strza­łu wy­do­stał się przez otwar­te drzwi i do­tarł na par­ter, a jego sła­be echo usły­szał ktoś, kto umiał bez­błęd­nie zi­den­ty­fi­ko­wać dźwięk wy­da­wa­ny przez re­wol­wer Na­gant.

***

Nie­co wcze­śniej po dru­giej stro­nie uli­cy Anna Kol­co­wa roz­tar­ła na mo­krym od desz­czu po­licz­ku łzę. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać od pła­czu, choć pró­bo­wa­ła na­praw­dę z ca­łych sił. Ostat­nia rzecz, ja­kiej pra­gnę­ła, to po­ka­za­nie smut­ku czy zwąt­pie­nia i spra­wie­nie sa­tys­fak­cji mę­żo­wi. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du jej płacz nie­odmien­nie wpra­wiał go w do­bry hu­mor.

Tak było i dziś. Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow szedł obok niej rów­nym kro­kiem. Miał po­god­ną, ja­sną twarz. Deszcz zda­wał się mu kom­plet­nie nie prze­szka­dzać.

– Anno, tyle razy tłu­ma­czy­łem ci, że isto­tą do­bre­go mał­żeń­stwa jest po­ro­zu­mie­nie, praw­da? – po­wie­dział ła­god­nym to­nem, ni­czym do dziec­ka. – Że róż­ni­ce tyl­ko za­bu­rza­ją usta­lo­ny po­rzą­dek. Zna­my się wie­le lat, po­win­naś do­sko­na­le wie­dzieć, iż po­ro­zu­mie­nie, po­rzą­dek i or­ga­ni­za­cję ce­nię nade wszyst­ko. Za­tem na­praw­dę nie ro­zu­miem twe­go za­cho­wa­nia.

– Prze­cież ni­cze­go nie zro­bi­łam – od­par­ła Anna Kol­co­wa sła­bym, ła­mią­cym się gło­sem. Wal­czy­ła ze sobą, ale przy­no­si­ło to sku­tek od­wrot­ny do za­mie­rzo­ne­go: mia­ła ocho­tę szlo­chać, ile tchu w płu­cach.

– Prze­ciw­nie. Prze­cież na­sza re­la­cja skła­da się nie tyl­ko z uczuć, ale i za­sad. To one rzą­dzą na­szym ży­ciem. Bez nich nikt nie był­by w sta­nie osią­gnąć ni­cze­go, przy­naj­mniej ni­cze­go war­to­ścio­we­go. Zro­zum: pod­wa­ża­jąc za­sa­dy, nisz­czysz wszyst­ko, co ra­zem zbu­do­wa­li­śmy.

Wo­bec ogar­nia­ją­cej ją roz­pa­czy Anna nie mo­gła zna­leźć ja­kie­go­kol­wiek ar­gu­men­tu prze­ciw­sta­wia­ją­ce­go się tej lo­gi­ce.

Kol­cow ujął dłoń żony.

– Anno – po­wie­dział ła­god­nie, to­nem, któ­ry za­wsze dzia­łał na nią ko­ją­co. – Mu­sisz mi za­ufać. Chcę two­je­go szczę­ścia, na­praw­dę. Z ca­łe­go ser­ca pra­gnę, byś mnie ko­cha­ła i była szczę­śli­wa. Ale nie po­win­naś przy tym zmu­szać mnie, bym ak­cep­to­wał roz­ma­ite głup­stew­ka, któ­re przy­cho­dzą ci do gło­wy.

– Głup­stew­ka? – za­py­ta­ła Anna Kol­co­wa. Jej drob­ną twarz o re­gu­lar­nych ry­sach oka­la­ły ciem­ne fa­lu­ją­ce wło­sy. Wy­glą­da­ła na mło­dziut­ką dziew­czy­nę, choć nie­daw­no ob­cho­dzi­ła dwu­dzie­ste siód­me uro­dzi­ny. – Od­wie­dzi­ny mo­ich ro­dzi­ców na­zy­wasz głup­stew­ka­mi?

Kol­cow chciał za­re­pli­ko­wać, ale w tym mo­men­cie obo­je do­szli do drzwi Ban­ku Za­chod­nie­go. Kol­cow po­ło­żył rękę na klam­ce.

– Do­koń­czy­my tę roz­mo­wę póź­niej, do­brze? – po­wie­dział. – Obie­cu­ję, że wy­słu­cham wszyst­kich two­ich ar­gu­men­tów, je­śli ty obie­casz mi, że wy­słu­chasz mo­ich.

Anna po­my­śla­ła, że wy­po­wie­dzia­ne przed chwi­lą sło­wa nie mają żad­ne­go zna­cze­nia. Jej mąż na­wet nie do­pusz­czał moż­li­wo­ści, by co­kol­wiek po­szło nie po jego my­śli. Wie­dzia­ła jed­nak, że ten etap roz­mo­wy musi uznać za za­koń­czo­ny.

Kol­cow kiw­nął gło­wą, uzna­jąc umo­wę za przy­pie­czę­to­wa­ną, po czym na­ci­snął klam­kę. Ku jego za­sko­cze­niu drzwi sta­wi­ły opór. Spró­bo­wał jesz­cze raz. Nic. Wej­ście do ban­ku było za­mknię­te na głu­cho.

– Dziw­ne. Drzwi są za­mknię­te, choć we­wnątrz palą się świa­tła – po­wie­dział, po czym wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szon­ki ka­mi­zel­ki ze­ga­rek z de­wiz­ką. Było dwa­na­ście po dzie­wią­tej. – Prze­cież za­wsze otwie­ra­ją punk­tu­al­nie.

W tym mo­men­cie z wnę­trza bu­dyn­ku roz­legł się dziw­ny, stłu­mio­ny stuk. Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow od­wró­cił gło­wę i za­czął uważ­nie przy­glą­dać się bo­ga­to in­kru­sto­wa­nym, za­mknię­tym na głu­cho drzwiom, jak­by mo­gły mu one od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, co dzie­je się w środ­ku.

– Sły­sza­łaś? – za­py­tał.

– Coś trza­snę­ło – od­par­ła Anna.

– Nie, ko­cha­nie. To był strzał. I je­śli miał­bym zga­dy­wać, po­wie­dział­bym, że to był strzał z Na­gan­ta. Tego dźwię­ku nie spo­sób po­my­lić z żad­nym in­nym.

– Kto mógł strze­lać z re­wol­we­ru w ban­ku?

– No wła­śnie. Też je­stem cie­kaw.

Kol­cow przy­tknął twarz do szy­by drzwi. Wi­dział tyl­ko scho­dy i kon­tu­ar szat­ni. W środ­ku pa­no­wał roz­świe­tlo­ny bla­skiem ży­ran­do­li mar­twy bez­ruch.

– Dziw­ne. Szat­niarz za­wsze jest na po­ste­run­ku – mruk­nął.

– Może przyj­dzie­my kie­dy in­dziej.

Kol­cow po­krę­cił gło­wą. Zbyt wie­le rze­czy mu się nie po­do­ba­ło, by miał te­raz odejść.

– Ko­cha­nie, idź jak naj­szyb­ciej w stro­nę Te­atru Wiel­kie­go. Tam z pew­no­ścią spo­tkasz pa­trol po­li­cji. Opo­wiedz funk­cjo­na­riu­szom o strza­le i za­mknię­tych drzwiach. Po­wiedz im, żeby tu na­tych­miast przy­bie­gli.

– Ale…

– Idź, pro­szę. Jak naj­prę­dzej.

Anna Kol­co­wa nie dys­ku­to­wa­ła wię­cej. Od­wró­ci­ła się i nie­mal po­bie­gła. Kol­cow na­wet za nią nie spoj­rzał. Jesz­cze raz zlu­stro­wał wi­docz­ne przez szy­bę scho­dy i frag­ment szat­ni. Nie za­uwa­żył ni­cze­go szcze­gól­ne­go.

Od­szedł kil­ka kro­ków i przyj­rzał się fa­sa­dzie. Trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek wy­glą­dał cał­kiem zwy­czaj­nie. Na wy­so­kim par­te­rze oraz w kil­ku oknach pierw­sze­go pię­tra pa­li­ły się świa­tła. Kol­cow prze­szedł chod­ni­kiem kil­ka­na­ście me­trów i za­pu­kał do bra­my. Po chwi­li ju­dasz uchy­lił się i uka­za­ła się w nim twarz odźwier­ne­go.

– Słu­cham?

– Dla­cze­go głów­ne drzwi do ban­ku są za­mknię­te?

– Za­mknię­te? – Odźwier­ny przy­bli­żył twarz do otwo­ru i za­czął się uważ­niej przy­glą­dać Kol­co­wo­wi. – Nie­moż­li­we.

– Za­mknię­te – po­wtó­rzył Kol­cow. Nie miał zwy­cza­ju tłu­ma­czyć się odźwier­nym. Uwa­żał, że świat upo­rząd­ko­wa­ny jest we­dług pew­nej, ści­śle okre­ślo­nej hie­rar­chii. We­dle tego po­rząd­ku czło­wiek o jego po­zy­cji nie miał po­trze­by ani ko­niecz­no­ści dys­ku­to­wa­nia z bliź­ni­mi sto­ją­cy­mi ni­żej. – Pro­szę otwo­rzyć. Chcę wejść do ban­ku.

– Sza­now­ny pan po­cze­ka – od­parł odźwier­ny, nie zdra­dza­jąc chę­ci wy­ko­na­nia po­le­ce­nia. – Spraw­dzę.

Po czym z roz­ma­chem za­mknął ju­dasz.

Kol­cow za­klął.

***

– Nie­zmier­nie się cie­szę, że oby­ło się bez dal­szych kło­po­tów – po­wie­dział Men­tor.

Pre­zes ban­ku uśmiech­nął się bla­do. Stał pod ścia­ną tuż obok le­żą­ce­go na pod­ło­dze ję­czą­ce­go straż­ni­ka i pa­trzył z bez­sil­ną wście­kło­ścią, jak mło­dy po­moc­nik szpa­ko­wa­te­go męż­czy­zny wkła­da do tecz­ki kosz­tow­no­ści wy­ję­te ze skry­tek. Iden­tycz­na tecz­ka, wy­pcha­na po brze­gi, sta­ła pod drzwia­mi, jak­by nie mo­gła się do­cze­kać, by opu­ścić to nie­for­tun­ne po­miesz­cze­nie.

– Za­pła­ci pan za to – wy­ce­dził Ro­twand. – Mam zna­jo­mo­ści w po­li­cji. Nie zdo­ła pan umknąć.

Men­tor ro­ze­śmiał się we­so­ło. Ro­zu­miał fru­stra­cję pre­ze­sa. Nie dzi­wił się jej. Gdy­by był na jego miej­scu, za­pew­ne re­ago­wał­by po­dob­nie. Moż­li­we, że klął­by na czym świat stoi.

– Ży­czę suk­ce­sów, i mó­wię to bez zło­śli­wo­ści. Pierw­sza run­da na­le­ża­ła do mnie, dru­giej go­spo­da­rzem bę­dzie pan i pań­scy umun­du­ro­wa­ni przy­ja­cie­le – od­parł.

– To nie jest żad­na gra, pro­szę pana – wark­nął Ro­twand. – Gra za­kła­da uczci­we za­sa­dy. A pan i pań­ska ban­da je­ste­ście tyl­ko zwy­kły­mi kry­mi­na­li­sta­mi.

Men­tor nie za­re­ago­wał. Nie miał zwy­cza­ju od­po­wia­dać na obe­lgi, kie­dy nie przy­no­si­ło to żad­ne­go zy­sku. Cy­gan za­trza­snął tecz­kę, po czym wy­pro­sto­wał się.

– Go­to­we – mruk­nął.

– Do­sko­na­le – od­parł Men­tor, po czym po­now­nie ode­zwał się do pre­ze­sa: – Mu­si­my już iść. Bar­dzo panu dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas.

Ro­twand prych­nął. Uznał sło­wa swe­go ad­wer­sa­rza za osten­ta­cyj­ną iro­nię i nie za­mie­rzał wda­wać się w nie­mą­dre po­le­mi­ki. Nie miał po­ję­cia, że źle oce­nił sy­tu­ację: Men­tor mó­wił szcze­rze.

Cy­gan wziął obie tecz­ki w ręce, stęk­nął ci­cho pod ich cię­ża­rem, po czym opu­ścił po­miesz­cze­nie skarb­ca. Men­tor wy­cią­gnął z kie­sze­ni klucz.

– Z oczy­wi­stych przy­czyn nie mó­wię do wi­dze­nia, pa­nie pre­ze­sie – rzekł, po czym wy­szedł.

Za­trza­snął drzwi i za­mknął je na klucz, któ­ry na­stęp­nie scho­wał do kie­sze­ni. Po kil­ku kro­kach do­go­nił Cy­ga­na. Obaj we­szli po scho­dach i zna­leź­li się na par­te­rze.

Krüger stał na­dal po­środ­ku sali ope­ra­cyj­nej, sy­tu­acja zmie­ni­ła się jed­nak o tyle, że w po­miesz­cze­niu przy­był je­den czło­wiek. Odźwier­ny le­żał na mar­mu­ro­wych pły­tach pod­ło­gi i krwa­wił ob­fi­cie z roz­cię­te­go czo­ła. Men­tor ob­rzu­cił go szyb­kim spoj­rze­niem. Pra­cow­nik ban­ku naj­wy­raź­niej mu­siał wsa­dzić nos w nie swo­je spra­wy. No cóż, jego pro­blem: si­niak bę­dzie wi­docz­ny co naj­mniej przez dwa ty­go­dnie, a bóle gło­wy ustą­pią tyl­ko tro­chę wcze­śniej. Bywa i tak.

– Go­to­we? – za­py­tał Krüger.

– Tak. Po­że­gnaj się i ucie­ka­my – od­parł Men­tor.

– Pa­mię­ta­cie, co po­wie­dzia­łem? – krzyk­nął Krüger, ad­re­su­jąc py­ta­nie do per­so­ne­lu i klien­tów. – Pięć mi­nut bez ru­chu. Po­tem mo­że­cie wzy­wać po­mo­cy.

Żad­na z ze­bra­nych w sali osób nie tyl­ko nie od­po­wie­dzia­ła, ale na­wet nie drgnę­ła.

Krüger ru­szył ty­łem. Mi­nął drzwi sali ope­ra­cyj­nej i za­mknął je od ze­wnątrz na za­su­wę, po czym od­wró­cił się i po­biegł śla­dem to­wa­rzy­szy. Kil­ko­ma sko­ka­mi po­ko­nał scho­dy. Men­tor wrzu­cał wła­śnie tecz­ki do sa­mo­cho­du, a Cy­gan za­bie­rał się do otwie­ra­nia bra­my. Krüger opu­ścił pi­sto­let ma­szy­no­wy na pa­sek, ale nie tra­cił cza­su na cho­wa­nie go pod płasz­czem. Pod­biegł do wrót, po czym przy akom­pa­nia­men­cie za­rdze­wia­łe­go zgrzy­ta­nia od­cią­gnął so­lid­ne sta­lo­we za­su­wy. Rów­no­cze­śnie szarp­nę­li za rę­ko­je­ści. Po­tęż­ne, trzy­me­tro­wej wy­so­ko­ści odrzwia uchy­li­ły się z hur­go­tem. Cy­gan wyj­rzał na uli­cę i w cią­gu ułam­ka se­kun­dy zro­zu­miał, że ak­cja nie za­koń­czy się zgod­nie z pla­nem.

– Stać! – usły­szał.

Pierw­szy po­li­cjant był nie da­lej jak o dzie­sięć kro­ków i ce­lo­wał do nie­go z re­wol­we­ru. Po­zo­sta­li dwaj bie­gli nie­co z tyłu, ale rów­nież mie­li w rę­kach broń.

Sto­ją­cy w bra­mie Krüger nie usły­szał do­kład­nie tre­ści okrzy­ku, ale wro­dzo­ny in­stynkt dra­pież­ni­ka pod­po­wie­dział mu, że po­ja­wi­ło się nie­bez­pie­czeń­stwo i jest bar­dzo bli­sko. Opadł na czwo­ra­ki i wyj­rzał ostroż­nie na uli­cę, metr po­ni­żej li­nii wzro­ku ewen­tu­al­ne­go na­past­ni­ka. Zo­ba­czył pierw­sze­go po­li­cjan­ta oraz jego dwóch bieg­ną­cych pod ścia­ną bu­dyn­ku ko­le­gów, do­strzegł, że Cy­gan, choć spo­koj­ny jak za­wsze, po­bladł moc­no, pew­ny, że w żad­nym wy­pad­ku nie zdą­ży się­gnąć ani po re­wol­wer, ani po broń, któ­rą po­słu­gi­wał się po sto­kroć wpraw­niej niż re­wol­we­rem – nóż o pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wym ostrzu, tkwią­cy w skó­rza­nej ka­bu­rze przy pa­sku.

Krüge­ro­wi prze­mknę­ła przez gło­wę myśl, że je­śli spóź­ni się z in­ter­wen­cją o se­kun­dę lub dwie, tra­pią­cy go od wie­lu lat dy­le­mat zo­sta­nie roz­wią­za­ny. Men­tor z pew­no­ścią nie bę­dzie miał do nie­go pre­ten­sji: trzej uzbro­je­ni, go­to­wi do ak­cji prze­ciw­ni­cy mie­li prze­wa­gę li­czeb­ną, więk­szą siłę ognia i dzia­ła­li z za­sko­cze­nia.

Wszyst­ko ro­ze­gra się w cią­gu kil­ku se­kund i nikt ich po­tem nie od­two­rzy w praw­dzi­wym kształ­cie. Cy­gan z pew­no­ścią nie pod­da się bez wal­ki. Się­gnie po nóż i choć jest ar­ty­stą, nie zdą­ży. Po­li­cjant na­to­miast na­ci­śnie spust i, o ile nie po­nio­są go emo­cje, tra­fi. Krüger nie mar­twił się o sie­bie. Miał dość cza­su, by cof­nąć się nie­co, się­gnąć po Berg­man­na i spra­wie­dli­wą se­rią ob­dzie­lić wszyst­kich trzech po­li­cjan­tów. Po­nie­wcza­sie. Wie­dział, że nie spu­dłu­je: w prze­ci­wień­stwie do Cy­ga­na strze­lał co naj­mniej na po­zio­mie, na ja­kim Cy­gan po­słu­gi­wał się no­żem. Pod tym wzglę­dem ide­al­nie się uzu­peł­nia­li, pa­so­wa­li do sie­bie jak pięść do rę­ka­wi­cy bok­ser­skiej, za­mek do ka­ra­bi­nu, pił­ka do ra­kie­ty te­ni­so­wej.

Pod in­ny­mi…

20 lip­ca 1907, oko­li­ce Wy­szko­wa nad Bu­giem

Krüger ba­wił się nad brze­giem rze­ki, ubra­ny wy­łącz­nie w krót­kie lnia­ne por­t­ki, któ­re co chwi­la pod­cią­gał nie­cier­pli­wym ru­chem. Miał po­dra­pa­ne ko­la­na i po­si­nia­czo­ne ręce, ale cie­szył się – na­resz­cie nie­dzie­la, dzień wol­ny od mor­der­cze­go, wie­lo­go­dzin­ne­go tre­nin­gu, któ­re­mu był pod­da­wa­ny w cią­gu po­zo­sta­łych dni ty­go­dnia. Jego wy­ma­ga­ją­cy na­uczy­ciel, sta­ry Zda­now­ski, nie miał wła­snych dzie­ci, a swo­ich uczniów zwykł trak­to­wać ostro. Oszczęd­nie chwa­lił suk­ce­sy, ni­g­dy nie pusz­czał pła­zem po­ra­żek, a nie­po­słu­szeń­stwo czy nie­sub­or­dy­na­cję ka­rał bar­dzo su­ro­wo. Krüger bał się go jak ognia i po­dzi­wiał jed­no­cze­śnie. Gdy ty­dzień miał się ku koń­co­wi, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał wol­ne­go dnia. Po mor­der­czym wy­sił­ku czuł każ­de ścię­gno i każ­dy mię­sień, całe cia­ło bo­la­ło go, wo­ła­jąc o od­po­czy­nek. Nie­dzie­la była inna: nie mu­siał zry­wać się sko­ro świt, a po­tem mógł ro­bić, co du­sza za­pra­gnie.

Krüger spał jed­nak nie­wie­le dłu­żej niż nor­mal­nie: nie prze­pa­dał za wy­le­gi­wa­niem się w łóż­ku. Więk­szość cza­su spę­dzał nad rze­ką. Tam mógł po­my­śleć o róż­nych spra­wach i przy­go­to­wać się do tru­dów nad­cho­dzą­ce­go ty­go­dnia albo, co lu­bił jesz­cze bar­dziej, po­roz­ma­wiać z Ewe­li­ną z dala od wścib­skich oczu Cy­ga­na.

Te­raz po­chło­nię­ty był ob­ser­wa­cją ma­łe­go drew­nia­ne­go sta­tecz­ku, któ­ry ro­bił przez ostat­nie dwa ty­go­dnie. Wy­sta­rał się o dłu­gi na kil­ka me­trów moc­ny sznu­rek, przy­wią­zał do nie­go mały ka­dłub, po czym pu­ścił go na wodę. Sta­te­czek miał ten­den­cję do prze­chy­la­nia się w pra­wo, ale poza tym pły­nął bar­dzo do­brze na­pę­dza­ny le­ni­wym prą­dem za­ko­la rze­ki. Krüger tak bar­dzo za­jął się spra­wo­wa­niem kon­tro­li nad swym dzie­łem, któ­rym za­mie­rzał po­chwa­lić się przy­ja­ciół­ce, że nie usły­szał do­bie­ga­ją­cych zza ple­ców lek­kich, jak­by nie­pew­nych kro­ków.

Ślicz­na jak ob­ra­zek rów­no­lat­ka Krüge­ra, o za­dar­tym no­sku, por­ce­la­no­wej skó­rze i wło­sach opa­da­ją­cych wzbu­rzo­ny­mi ka­ska­da­mi nie­mal do pasa, szła ostroż­nie wy­dep­ta­ną ścież­ką w stro­nę rze­ki. Dróż­ka do­cho­dzi­ła do wody, po czym za­krę­ca­ła gwał­tow­nie, by za chwi­lę ła­god­nie opaść na nie­wiel­ką piasz­czy­stą pla­żę, na któ­rej Ewe­li­na zwy­kła była pod­czas nie­dziel­nych po­po­łu­dni do­trzy­my­wać Krüge­ro­wi to­wa­rzy­stwa.

Nie wy­czu­ła nie­bez­pie­czeń­stwa – jej in­stynkt, któ­ry póź­niej roz­wi­nę­ła w nad­zwy­czaj­ny spo­sób, wte­dy nie był jesz­cze zbyt sil­ny – i po­tknę­ła się o gru­bą, le­żą­cą w po­przek ścież­ki ga­łąź. Mach­nę­ła w po­wie­trzu rę­ko­ma, ale nie uda­ło jej się utrzy­mać rów­no­wa­gi. Krzyk­nę­ła, kil­ka­krot­nie prze­ko­zioł­ko­wa­ła, ra­niąc się bo­le­śnie o ude­rza­ją­ce po od­sło­nię­tych rę­kach krza­ki, po czym z gło­śnym plu­skiem wpa­dła do wody.

Bug za­krę­cał w tym miej­scu, two­rząc ro­dzaj sze­ro­kiej za­to­ki. Głów­ny nurt biegł da­lej: przy brze­gu woda pły­nę­ła wol­no, nie­mal le­ni­wie, z wy­star­cza­ją­cą jed­nak pręd­ko­ścią, by wy­żło­bić ko­ry­to do głę­bo­ko­ści pół­to­ra me­tra, co dla nie­umie­ją­cej pły­wać nie­speł­na sied­mio­let­niej dziew­czyn­ki sta­no­wi­ło nie­mal śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Krüger usły­szał roz­pacz­li­wy krzyk, a za­raz po­tem gło­śny plusk wpa­da­ją­ce­go do wody cia­ła. Od­wró­cił się gwał­tow­nie, pusz­cza­jąc sznu­rek przy­mo­co­wa­ny do stat­ku. Pięt­na­ście me­trów da­lej, nie­co w górę rze­ki, zo­ba­czył ko­tłu­ją­cy się kłąb ma­cha­ją­cych w po­wie­trzu rąk i ciem­nych wło­sów, któ­ry nim Krüger zdo­łał choć­by mru­gnąć, znik­nął pod po­wierzch­nią wody.

Ewe­li­na!

Krüger po­jął wszyst­ko w ułam­ku se­kun­dy. Bez wa­ha­nia od­bił się z obu nóg i wsko­czył do rze­ki. Szyb­ki­mi ru­cha­mi rąk wy­do­był się na po­wierzch­nię i za­czął pły­nąć pod prąd, ku miej­scu, gdzie znik­nę­ła dziew­czyn­ka. Bi­jąc z wście­kło­ścią wodę dłu­gi­mi, szczu­pły­mi ra­mio­na­mi, czuł na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę. Miał wra­że­nie, że po­su­wa się o wie­le za wol­no, w jego zmro­żo­nym przez strach mó­zgu czas roz­cią­gnął się do mon­stru­al­nych roz­mia­rów.

Zo­ba­czył ją chwi­lę póź­niej, na pra­wo, od­da­lo­ną o kil­ka me­trów. Wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię i wal­czy­ła. Ma­cha­ła rę­ko­ma, ale zno­wu na­pi­ła się wody. Krüger rzu­cił się w jej stro­nę. Kil­ko­ma sil­ny­mi ru­cha­mi nadał swe­mu wy­spor­to­wa­ne­mu cia­łu mak­sy­mal­ną pręd­kość i po chwi­li do­tarł do to­ną­cej. Nie miał po­my­słu, jak jej po­móc – był tyl­ko nie­speł­na sied­mio­let­nim chłop­cem. Usi­ło­wał zła­pać ją wpół, ale w tym sa­mym mo­men­cie po­czuł sil­ny cios w twarz. Ewe­li­na nie była już w sta­nie od­róż­nić za­gro­że­nia od po­mo­cy. Krüger za­chły­snął się rów­nież, ma­jąc roz­pacz­li­wą świa­do­mość, że nie może so­bie po­zwo­lić na­wet na se­kun­dę sła­bo­ści. Ewe­li­na go po­trze­bo­wa­ła, to był dla nie­go naj­sil­niej­szy im­pe­ra­tyw, ale jak mógł jej po­móc, gdy wal­czy­ła nie tyl­ko z ży­wio­łem, ale rów­nież z nim, trak­tu­jąc wro­go wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się wo­kół?

Mimo ca­łej siły i zręcz­no­ści Krüge­ra po­szli­by na dno obo­je, gdy­by do ak­cji nie wkro­czył ktoś jesz­cze.

Krüger usły­szał plusk, a za­raz po­tem chlu­pot wody prze­ci­na­nej przez pły­wa­ka. Zo­ba­czył przed sobą siwą gło­wę Zda­now­skie­go. Sil­ne mę­skie ra­mio­na szyb­kim ru­chem zła­pa­ły Ewe­li­nę w pa­sie. Dziew­czyn­ka nie bro­ni­ła się już. Zda­now­ski prze­wró­cił się na ple­cy, ob­jął moc­no szczu­płe cia­ło i szyb­ko pod­pły­nął do brze­gu. Wy­szedł na pla­żę, po czym po­ło­żył Ewe­li­nę na pia­sku. Nim Krüger do­pły­nął do brze­gu, dziew­czyn­ka zdą­ży­ła już otwo­rzyć oczy, klęk­nąć i za­cząć gwał­tow­nie kasz­leć, wy­plu­wa­jąc z sie­bie wodę.

Krüger opadł na ko­la­na tuż obok.

– Już do­brze – po­wie­dział. Po­gła­dził ją po ra­mie­niu. – Już do­brze.

Dziew­czyn­ka po­trzą­snę­ła gło­wą. Kro­ple wody na jej twa­rzy lśni­ły w bla­sku słoń­ca.

– Po­tknę­łam się – od­par­ła. – Je­stem taka nie­zdar­na.

– Nie je­steś – za­re­pli­ko­wał. A po­tem coś przy­szło mu do gło­wy. – Po­tknę­łaś się?

– Tak. Coś le­ża­ło w po­przek ścież­ki. Jesz­cze wczo­raj tego nie było.

Chło­piec pod­niósł wzrok. Gdzieś na gó­rze po­ru­szy­ły się krza­ki. Krüger mógł­by przy­siąc, że mi­gnę­ła w nich gib­ka syl­wet­ka Cy­ga­na. Wstał i chciał rzu­cić się w po­goń, ale Zda­now­ski zła­pał go za rękę.

– Zo­staw – po­wie­dział. – Sam się tym zaj­mę.

– Ja go za­bi­ję – po­wie­dział Krüger. Był w grun­cie rze­czy ma­łym dziec­kiem, ale to nie mia­ło zna­cze­nia. Ogar­nął go ka­mien­ny spo­kój i pew­ność sie­bie. Po­czuł ucisk w pier­siach. I dziw­ny, na­praw­dę dziw­ny chłód.

– Ni­ko­go nie za­bi­jesz.

– Za­bi­ję. Wbi­ję mu nóż w ser­ce.

– Nie. – Zda­now­ski wstał. Ewe­li­na na­dal klę­cza­ła na pia­sku. Ko­lo­ry po­wo­li wra­ca­ły jej na po­licz­ki.

– Zo­staw, Wi­lek – po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem. – Po pro­stu się po­tknę­łam.

– On to zro­bił – upie­rał się Krüger. – Po­ło­żył ga­łąź w po­przek ścież­ki, że­byś wpa­dła do wody. Spe­cjal­nie. I to nie pierw­szy raz. Za­bi­ję go.

– Na­praw­dę do­brze się czu­jesz? – za­py­tał Zda­now­ski Ewe­li­nę.

Dziew­czyn­ka kiw­nę­ła gło­wą. Chcia­ła się pod­nieść, ale po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu.

– Po­siedź jesz­cze chwi­lę – po­pro­sił. – A my z Wil­kiem pój­dzie­my na krót­ki spa­cer.

Krüger spoj­rzał na Zda­now­skie­go w zdu­mie­niu. Od­kąd pa­mię­tał, jego na­uczy­ciel i opie­kun ni­g­dy nie za­pra­szał go na żad­ne prze­chadz­ki.

Prze­szli przez pla­żę, po czym ru­szy­li ścież­ką w stro­nę wi­docz­nych w od­da­li za­bu­do­wań mia­stecz­ka. Po kil­ku kro­kach Zda­now­ski schy­lił się i pod­niósł z zie­mi dłu­gą, cięż­ką ga­łąź. Rze­czy­wi­ście le­ża­ła w po­przek ścież­ki. Nie mo­gła się na niej zna­leźć w spo­sób na­tu­ral­ny: naj­bliż­sze drze­wa znaj­do­wa­ły się co naj­mniej sto me­trów da­lej.

Zda­now­ski za­mach­nął się i wrzu­cił ga­łąź w krza­ki.

– To tyl­ko głu­pi żart – po­wie­dział w po­wie­trze.

Krüger po­krę­cił gło­wą. W pier­siach czuł co­raz więk­szy ucisk. I dziw­nie zna­jo­my, lo­do­wa­ty chłód.

– Nie – od­parł. – On to cią­gle robi. Nie­na­wi­dzi jej. Uwa­ża, że jest nie­zda­rą i tyl­ko nam prze­szka­dza. Za­bi­ję go.

– Ty nic nie zro­bisz – po­wie­dział Zda­now­ski ła­god­nie. – Ja z nim po­roz­ma­wiam. To do­bry chło­pak. Zro­zu­mie.

Krüger upar­cie po­krę­cił gło­wą. Miał za­ci­śnię­te usta, a w oczach coś, cze­go Zda­now­ski nie wi­dział ni­g­dy wcze­śniej. Sta­nął i zmu­sił Krüge­ra do za­trzy­ma­nia się. Spoj­rzał pro­sto w czar­ne, zim­ne oczy chłop­ca.

– Po­słu­chaj – po­wie­dział spo­koj­nie. – Zo­sta­wisz tę spra­wę…

– Nie…

– Po­słu­chaj i nie mów nic – po­wtó­rzył z na­ci­skiem Zda­now­ski. – Zo­sta­wisz Cy­ga­na w spo­ko­ju. Nie tyl­ko dla­te­go, że je­ste­ście ze­spo­łem i szko­lę was jako ze­spół. I nie tyl­ko dla­te­go, że tak ci każę. Daję ci jeść i dach nad gło­wą, a moja żona trosz­czy się o was. To mógł­by być wy­star­cza­ją­cy po­wód, byś bez dal­sze­go ga­da­nia speł­nił moje po­le­ce­nie. I nie dla­te­go rów­nież, że je­śli bę­dziesz pró­bo­wał ze­mścić się na Cy­ga­nie, będę cię mu­siał od­dać w ręce władz. Chcę, by­ście byli naj­lep­szy­mi akro­ba­ta­mi na świe­cie. Obaj. Jako ze­spół osią­gnie­cie wie­le i zwró­ci­cie mi kosz­ty, ja­kie w was pa­ku­ję. Jed­nak nie cho­dzi tyl­ko o pie­nią­dze.

Krüger ochło­nął nie­co. Sło­wa na­uczy­cie­la za­sta­no­wi­ły go. Zda­now­ski był obec­ny w jego ży­ciu, od­kąd pa­mię­tał, i ni­g­dy się nie za­cho­wy­wał w ten spo­sób. Sto­so­wał me­to­dy pro­ste i su­ro­we: krót­kie, tre­ści­we po­le­ce­nia i bez­względ­na eg­ze­ku­cja ich wy­ko­na­nia. Do­tkli­we kary i bar­dzo oszczęd­ne po­chwa­ły. I mor­der­cze ćwi­cze­nia, dzień w dzień. „Ma­cie ta­lent i grze­chem by­ło­by go zmar­no­wać” – ma­wiał, wy­ci­ska­jąc z nich siód­me poty.

– Więc dla­cze­go? – za­py­tał Krüger.

– Czy ro­zu­miesz, że nie jest winą Ewe­li­ny, że uro­dzi­ła się nie­wi­do­ma?

Zmia­na te­ma­tu była tak nie­spo­dzie­wa­na, że Krüger zdu­miał się, po raz ko­lej­ny tego dnia.

– Oczy­wi­ście – bąk­nął. Cóż tu było do ro­zu­mie­nia? Ona była inna i już. Ale to tym bar­dziej zna­czy­ło, że na­le­ża­ło ją trak­to­wać ina­czej niż wszyst­kich. Le­piej.

– Ona nie wy­glą­da na śle­pą, to lu­dzi myli – cią­gnął Zda­now­ski. – Wy­glą­da jak ślicz­na, nor­mal­na dziew­czyn­ka, tyle że bar­dziej za­my­ślo­na niż inne. Ale na­uczy się wszyst­kie­go, co po­trzeb­ne w ży­ciu.

– Wiem – po­wie­dział Krüger, po czym do­dał: – Dla­cze­go pan o to pyta?

– Lu­dzie tego nie ro­zu­mie­ją, a ty ro­zu­miesz, choć nie masz jesz­cze sied­miu lat. – Zda­now­ski zni­żył głos. – Nie za­sta­no­wi­ło cię ni­g­dy, dla­cze­go tak jest?

– Bar­dzo ją lu­bię. Roz­ma­wiam z nią. Ona też lubi ze mną roz­ma­wiać.

– No wła­śnie. Ona lubi cie­bie, a ty lu­bisz ją. My­ślę, że czu­jesz się za nią od­po­wie­dzial­ny. A ona trak­tu­je cię jak opie­ku­na. I cał­kiem słusz­nie.

– Nie ro­zu­miem.

Zda­now­ski na­brał po­wie­trza w płu­ca.

– Po­nie­waż Ewe­li­na jest two­ją sio­strą, Wil­ku. A ty je­steś jej bra­tem.

– Bra­tem? Ewe­li­ny? Ja? – Krüger po­czuł się tak zdez­o­rien­to­wa­ny, że nie był w sta­nie za­py­tać o nic wię­cej.

– Tak. Je­ste­ście ro­dzeń­stwem. Ro­zu­miesz te­raz, dla­cze­go nie mogę do­pu­ścić, byś zro­bił krzyw­dę Cy­ga­no­wi? Taki czyn nie­sie ze sobą kon­se­kwen­cje, któ­re kosz­to­wa­ły­by cię zbyt dużo. Przed wami całe ży­cie, a Ewe­li­na ma tyl­ko cie­bie. Nie może cię stra­cić.