Opis

Marcin Ciszewski, autor bestsellerowego cyklu Wojna.pl (WWW) przedstawia Wilhelma Krügera.

 

Stworzono go, by zadziwiał Świat, lecz on ten Świat postanowił podbić.

Inteligentny, bezwzględny, drapieżny. Złodziej. Doskonale przystosowany do czasów,

w których przyszło mu żyć.

 

Wszystko zaczęło się w ponury październikowy ranek 1918 roku...

W roku, w którym narodziła się Polska i jeden z jej największych bezimiennych obrońców.

Krüger.

 

Krüger odrzucił karabin precz, przeturlał się w bok, by zejść napastnikom z linii ognia, klęknął, jednocześnie sięgając pod płaszcz. Płynnym ruchem wyciągnął Mausera, odbezpieczył go kciukiem, po czym w ciągu dwóch sekund wystrzelił cztery pociski.Dwa pierwsze, przeszywszy na wylot najbliższego z żołnierzy, pozbawiły go życia, nim jeszcze bezwładne ciało dotknęło ziemi. Niemal identyczny los spotkał drugiego Ukraińca: jedna z kul przeszła gładko przez lewą komorę serca, w ciągu sekundy zatrzymując jego pracę. Ciało żołnierza upadło niemal u stóp Krügera, który właśnie przesuwał lufę w prawo, ku ostatniemu z napastników...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MARCIN CISZEWSKI

Krüger I Szakal

 

 

© 2016 Marcin Ciszewski

© 2016 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, [email protected]

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-64523-66-3

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Rozdział I

– Krüger jest…

Za­wa­ha­łem się. Ogni­sko ema­no­wa­ło ła­god­nym cie­płem. Noc była roz­gwież­dżo­na i ci­cha.

Sta­rzec cze­kał.

– Nie. Prze­pra­szam, ale w ten spo­sób chy­ba nie po­tra­fię – po­wie­dzia­łem nie­pew­nie.

– W ta­kim ra­zie wy­bierz spo­sób, któ­ry ci od­po­wia­da.

– Nie mogę opo­wie­dzieć o nim bez się­gnię­cia wstecz, do prze­szło­ści.

– To zro­zu­mia­łe.

– By w peł­ni po­jąć, kim jest, mu­szę wy­ja­śnić, kim był. Się­gnąć do głę­bo­ko za­ko­pa­nych frag­men­tów jego ży­cio­ry­su, któ­rych czę­ści na­wet ja – choć są­dzę, że na­praw­dę do­brze go znam – tyl­ko się do­my­ślam.

– Mamy spo­ro cza­su. A to dla mnie waż­ne – od­parł Sta­rzec i oparł się wy­god­nie o drze­wo, pod któ­rym sie­dział.

Po­pra­wi­łem się i ja. Na­dal nie mo­głem przy­zwy­cza­ić się do jego obec­no­ści. Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że zdo­łam zro­zu­mieć jej cel. Na ra­zie nie mo­głem na­wet ja­sno my­śleć. Zbyt szyb­ko bie­gły ostat­nie wy­da­rze­nia.

– Star­to­wał z wy­so­kie­go c – za­czą­łem. – Z domu opły­wa­ją­ce­go w do­stat­ki i sza­cu­nek rodu, po­tem spadł ni­sko, tak ni­sko, że nie­mal ni­żej się nie da; w koń­cu stał się tym, kim jest dzi­siaj. By po­jąć, jak do tego do­szło, mu­szę opo­wie­dzieć wy­da­rze­nia, któ­re po­pchnę­ły go do dłu­gie­go, usia­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa­mi mar­szu. O tym wła­śnie bę­dzie ta opo­wieść: o dro­dze. Wszyst­ko za­czę­ło się w paź­dzier­ni­ko­wy, po­nu­ry ra­nek ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­ste­go roku…

Sta­rzec po­ru­szył się. Pło­mień ogni­ska oświe­tlał jego po­dłuż­ną, jak­by wy­ku­tą z ka­mie­nia twarz o pro­stym no­sie i nie­bie­skich prze­ni­kli­wych oczach.

– Za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go wte­dy? Że prze­cież to nie jest po­czą­tek hi­sto­rii? – za­py­ta­łem.

Ski­nął gło­wą.

– Oczy­wi­ście. Peł­na zgo­da. Krüger uro­dził się osiem­na­ście lat wcze­śniej i przez te bli­sko dwie de­ka­dy jego ży­cie ob­fi­to­wa­ło w taką ilość dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, że moż­na by nimi ob­dzie­lić kil­ka ży­cio­ry­sów po brze­gi wy­peł­nio­nych emo­cja­mi. Więc dla­cze­go wte­dy? Już od­po­wia­dam. Po­nie­waż w tam­ten mgli­sty po­ra­nek na uli­cach za­wie­szo­nej po­mię­dzy woj­ną a po­ko­jem nie­gdy­siej­szej sto­li­cy Rzecz­po­spo­li­tej po raz pierw­szy skrzy­żo­wa­ły się dro­gi dwóch śmier­tel­nych wro­gów. Tam­te­go wła­śnie dnia roz­po­czę­li oni wza­jem­ne mor­der­cze, wy­nisz­cza­ją­ce po­lo­wa­nie, trwa­ją­ce z prze­rwa­mi przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. O pierw­szym z tych lu­dzi wspo­mnia­łem: to wła­śnie Krüger, zwa­ny jesz­cze wte­dy po pro­stu Wi­lek, co sta­no­wi­ło skrzy­żo­wa­nie zdrob­nie­nia imie­nia Wil­helm i pseu­do­ni­mu Wilk i było dla nie­go, od­kąd pa­mię­tał, czymś w ro­dza­ju nom de gu­er­re.

Dru­gi z bo­ha­te­rów tego nie­zwy­kłe­go spek­ta­klu na­zy­wał się Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow.

Tak oto za­czy­na się ta hi­sto­ria…

30 paź­dzier­ni­ka 1918, War­sza­wa

Nie­miec­ki gar­ni­zon War­sza­wy na ra­zie miał się do­brze, ale już wie­dział.

Jesz­cze ofi­ce­ro­wie tę­sk­nym okiem wy­glą­da­li za Ord­nung i wzdy­cha­li do Di­szi­plin, jesz­cze wro­dzo­ne, sil­ne w dal­szym cią­gu po­czu­cie obo­wiąz­ku spa­ja­ło sze­re­gi li­czą­cej nie­mal trzy­dzie­ści ty­się­cy żoł­nie­rzy za­ło­gi mia­sta; bro­ni i amu­ni­cji star­czy­ło­by do ro­ze­gra­nia du­żej bi­twy, a wszech­wład­ny ge­ne­rał-gu­ber­na­tor Hans Har­twig von Be­se­ler po­dej­mo­wał na Zam­ku wy­so­kich no­ta­bli oku­pa­cyj­nej ad­mi­ni­stra­cji oraz przed­sta­wi­cie­li co­raz śmie­lej pod­no­szą­cych gło­wę Po­la­ków, pró­bu­jąc umknąć przed to­czą­cym się nie­ubła­ga­nie wal­cem hi­sto­rii.

Jesz­cze.

Gar­ni­zon jed­nak już wie­dział.

Że cie­pły wiatr ze Wscho­du przy­wiał nie tyl­ko trak­tat brze­ski, któ­ry po­zwo­lił za­jąć Ukra­inę bez wal­ki i słać do wy­gło­dzo­nej He­imat całe esze­lo­ny z żyw­no­ścią oraz za­pew­nił świę­ty spo­kój po tej stro­nie kon­ty­nen­tu, a tak­że po­zwo­lił woj­skom Ober-Ostu bez na­ra­ża­nia się na nie­bez­pie­czeń­stwa wy­glą­dać koń­ca woj­ny, ale przy­niósł rów­nież Ideę, wiel­ką, pod­nie­ca­ją­cą Ideę, obie­cu­ją­cą za­pro­wa­dze­nie wszech­świa­to­wej spra­wie­dli­wo­ści i wol­no­ści od wszel­kiej ty­ra­nii. Gar­ni­zon chęt­nie więc nad­sta­wiał ucha, wy­chwy­ty­wał z Idei atrak­cyj­ne, po­wab­ne nuty, tak wiel­ką nio­są­ce na­dzie­ję i bę­dą­ce w tak ja­skra­wej sprzecz­no­ści z do­tych­cza­so­wym po­rząd­kiem świa­ta.

Z dru­giej stro­ny Eu­ro­py zaś na­pły­wa­ły hio­bo­we wie­ści. Niem­cy, przez całą pra­wie woj­nę zwy­cię­skie, te­raz prze­gry­wa­ły, okry­wa­jąc się hań­bą. Kraj był wy­czer­pa­ny; duch wiel­kie­go nie­miec­kie­go po­słan­nic­twa gasł, by w koń­cu roz­paść się na drob­ne ka­wał­ki. Cel wal­ki, od po­cząt­ku nie­zbyt dla pro­ste­go żoł­nie­rza ja­sny, znik­nął zu­peł­nie. Gar­ni­zon był roz­go­ry­czo­ny i sfru­stro­wa­ny, na jego oczach bo­wiem wa­lił się do­tych­cza­so­wy ład. Spon­ta­nicz­nie po­wsta­wa­ły więc ko­mi­te­ty rad żoł­nier­skich i przej­mo­wa­ły wła­dzę. Były nową siłą, z któ­rą na­le­ża­ło się li­czyć. Rady wie­dzia­ły, że sza­ry gar­ni­zo­no­wy tłum nie może kar­mić się wy­łącz­nie Ideą: żoł­nie­rze i więk­szość ofi­ce­rów nade wszyst­ko pra­gnę­li wró­cić do domu.

Nie­ja­ko w od­po­wie­dzi obu­dzi­li się miesz­kań­cy sto­li­cy. Uli­ce gę­ściej niż wcze­śniej za­lud­ni­ły się grup­ka­mi pa­trio­tycz­nej mło­dzie­ży, ła­ko­mym wzro­kiem pa­trzą­cej na but­nych do tej pory oku­pan­tów. Two­rzo­no ko­mi­te­ty i sto­wa­rzy­sze­nia; spon­ta­nicz­nie or­ga­ni­zo­wa­no broń i spo­rzą­dza­no pla­ny na naj­bliż­sze dni. Lu­dzie uświa­da­mia­li so­bie, że Niem­cy co­raz mniej my­ślą o oku­pa­cji i utrzy­my­wa­niu po­rząd­ku, a co­raz bar­dziej za­czy­na­ją się krzą­tać wo­kół wła­snych spraw.

Nie­wo­la szyb­kim kro­kiem zmie­rza­ła ku koń­co­wi. Nad­cho­dził czas zmian.

Pa­sa­że­ro­wie czar­ne­go luk­su­so­we­go ad­le­ra za­par­ko­wa­ne­go przy kra­węż­ni­ku uli­cy Fre­dry od stro­ny par­ku Sa­skie­go nie za­przą­ta­li so­bie gło­wy bun­tow­ni­czy­mi na­stro­ja­mi war­sza­wia­ków ani kło­po­ta­mi nie­miec­kie­go gar­ni­zo­nu. Ich uwa­gi w naj­mniej­szym stop­niu nie zaj­mo­wa­ły re­wo­lu­cyj­ne idee, spi­ski, kno­wa­nia ani pa­trio­tycz­ne unie­sie­nia. Za sobą mie­li kil­ku­ty­go­dnio­wy okres in­ten­syw­nych przy­go­to­wań i pla­no­wa­nia wy­zna­czo­nej na dzi­siej­szy po­ra­nek ak­cji, przed sobą zaś wy­ma­ga­ją­ce pre­cy­zji, od­wa­gi i szyb­ko­ści jej wy­ko­na­nie. Ich cel znaj­do­wał się sto me­trów da­lej, od daw­na wrósł w kra­jo­braz sto­li­cy i no­sił na­zwę Ban­ku Za­chod­nie­go.

Było ich czte­rech: kie­row­ca, star­szy pan i dwóch mło­dzi­ków. Wszy­scy z uwa­gą ob­ser­wo­wa­li ruch ulicz­ny oraz sam bu­dy­nek. Wła­śnie wy­bi­ła dzie­wią­ta; o tej po­rze w oko­li­cy moż­na było do­li­czyć się tyl­ko po­je­dyn­czych prze­chod­niów. Sią­pią­ca od dwóch go­dzin zim­na, prze­ni­ka­ją­ca do szpi­ku ko­ści mżaw­ka sta­ła się nie­ocze­ki­wa­nym, ale na­der efek­tyw­nym so­jusz­ni­kiem: nikt, kto na­praw­dę nie mu­siał, nie wy­chy­lał nosa z domu.

Szpa­ko­wa­ty, do­stoj­ny pan, zwa­ny przez swych współ­pra­cow­ni­ków Men­to­rem, po­pa­trzył na kie­szon­ko­wy ze­ga­rek.

– Te­raz – mruk­nął, gdy wska­zów­ka se­kund­ni­ka do­szła do go­dzi­ny dwu­na­stej i po­kry­ła się do­kład­nie ze wska­zów­ką mi­nu­to­wą.

Kie­row­ca i Men­tor zo­sta­li w środ­ku, mło­dzień­cy wy­sie­dli. Obaj no­si­li czar­ne trzy­czę­ścio­we gar­ni­tu­ry i dłu­gie, rów­nież czar­ne płasz­cze. Ubiór do­peł­nia­ły me­lo­ni­ki na gło­wach. W dło­niach trzy­ma­li duże skó­rza­ne tecz­ki. Wy­pie­lę­gno­wa­ne wąsy i bro­dy sta­ran­nie skry­wa­ły rysy twa­rzy. Je­dy­nym nie­pa­su­ją­cym do ich em­ploi ele­men­tem były dłu­gie ja­sne ko­smy­ki wło­sów, wy­su­wa­ją­ce się spod me­lo­ni­ków. Mimo tego dy­so­nan­su wy­glą­da­li na sza­cow­nych, mło­dych lu­dzi in­te­re­su.

W isto­cie: w pe­wien spo­sób byli nimi.

Wi­lek Krüger, niż­szy, o ja­snej ce­rze i czar­nych jak wę­giel oczach, uśmiech­nął się nie­znacz­nie, ener­gicz­nym ru­chem roz­ło­żył pa­ra­sol, ge­stem za­chę­cił swe­go to­wa­rzy­sza, by sko­rzy­stał z wy­two­rzo­nej w ten spo­sób osło­ny, po czym obaj lek­kim kro­kiem ru­szy­li w stro­nę wej­ścia do ban­ku. Je­że­li w oko­li­cy, mimo wcze­snej pory i fa­tal­nej po­go­dy, zna­la­zł­by się ja­kiś prze­cho­dzień ob­da­rzo­ny zmy­słem ob­ser­wa­cji, za­uwa­żył­by, że po­ru­sza­ją się w spo­sób zdra­dza­ją­cy lu­dzi ener­gicz­nych, na­wy­kłych do wy­sił­ku fi­zycz­ne­go, a ich wzrok uważ­nie omia­ta oko­li­cę.

Gdy od­da­li­li się nie­co, au­to­mo­bil ru­szył, wy­prze­dził ich, po czym skrę­cił w lewo, za­trzy­mu­jąc się przed bra­mą sta­no­wią­cą dru­gie, tak zwa­ne wjaz­do­we wej­ście do ban­ku. Zdo­bio­ne sta­lo­wy­mi ele­men­ta­mi wro­ta były za­mknię­te. Kie­row­ca za­trą­bił. Szpa­ko­wa­ty pan sie­dzą­cy z tyłu, wspar­ty na czar­nej la­sce za­koń­czo­nej głów­ką ze szcze­re­go zło­ta, obo­jęt­nym wzro­kiem prze­biegł prze­strzeń do­oko­ła. Na ra­zie wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem. Stróż, w dzień peł­nią­cy funk­cję odźwier­ne­go, otwo­rzył ju­dasz i wyj­rzał na ze­wnątrz.

– Pa­no­wie do kogo? – za­py­tał ochry­płym gło­sem.

– Pan Sta­ni­sław Rusz­czyc ma umó­wio­ną wi­zy­tę u pana Ro­twan­da – od­parł kie­row­ca przez uchy­lo­ne okno, po czym wzdry­gnął się. Wiatr we­pchnął do wnę­trza auta prze­ni­kli­wy chłód i eska­drę lo­do­wa­tych kro­pel desz­czu.

– U pana pre­ze­sa Ro­twan­da? – upew­nił się odźwier­ny.

– Tak – po­twier­dził nie­cier­pli­wie kie­row­ca.

Zgrzyt­nę­ła za­su­wa i bra­ma z hur­go­tem za­czę­ła otwie­rać po­dwo­je. Men­tor po­my­ślał, że to ba­nal­nie ła­twe: odźwier­ny nie kwa­pił się do spraw­dza­nia cze­go­kol­wiek, na­wet nie za­dał so­bie py­ta­nia, czy spo­tka­nie fak­tycz­nie bę­dzie mia­ło miej­sce. Za prze­ko­nu­ją­cy do­wód wy­star­czy­ła mu po pro­stu wzmian­ka do­ty­czą­ca wszech­moc­ne­go pre­ze­sa ban­ku.

Au­to­mo­bil po­wo­li wje­chał w bra­mę, by po kil­ku me­trach za­trzy­mać się do­kład­nie na­prze­ciw ob­ra­mo­wa­ne­go ka­mien­nym por­ta­lem wej­ścia. Star­szy pan na­chy­lił się w stro­nę kie­row­cy.

– Wjedź na dzie­dzi­niec i za­wróć. Nie wy­łą­czaj sil­ni­ka.

– Dłu­go to po­trwa? – za­py­tał kie­row­ca. Na­zy­wał się Ba­rań­ski. Po­cił się.

Men­tor po­my­ślał, że za­trud­nie­nie tego czło­wie­ka było błę­dem. Wszyst­ko przez to, że sta­ły współ­pra­cow­nik, rze­tel­ny i god­ny za­ufa­nia Sta­ni­sław Bo­gu­szew­ski, le­żał w łóż­ku, zło­żo­ny świn­ką. Tak, cho­ro­bą prze­cho­dzo­ną przez małe dzie­ci bez spe­cjal­nych kom­pli­ka­cji, nie­ja­ko ru­ty­no­wo, a któ­ra stu­ki­lo­gra­mo­we­go, twar­de­go jak ska­ła męż­czy­znę zwa­li­ła z nóg i spo­wo­do­wa­ła, że czuł się co­raz bliż­szy przej­ścia na tam­ten świat. Do dzi­siej­szej ak­cji kie­row­ca był jed­nak nie­zbęd­ny, Men­tor zwró­cił się więc do jed­ne­go ze swych war­szaw­skich przy­ja­ciół, by po­le­cił mu ko­goś god­ne­go za­ufa­nia, fa­cho­we­go i dys­kret­ne­go. Ów zna­jo­my za­re­ko­men­do­wał mu Ba­rań­skie­go, chwa­ląc go jako so­lid­ne­go współ­pra­cow­ni­ka, zna­ją­ce­go do­sko­na­le War­sza­wę i po­tra­fią­ce­go ob­słu­gi­wać naj­róż­niej­sze ro­dza­je au­to­mo­bi­li. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że nowo po­zy­ska­ny współ­pra­cow­nik War­sza­wę może i znał, ale kie­row­cą był co naj­wy­żej za­do­wa­la­ją­cym, a jego ner­wy były w strzę­pach, o czym uprzej­my zna­jo­my nie ra­czył już po­in­for­mo­wać Men­to­ra.

– Nie­zbyt. Nie de­ner­wuj się – od­parł Men­tor naj­ła­god­niej­szym to­nem ze swe­go bo­ga­te­go re­per­tu­aru.

– Odźwier­ny wy­glą­da na wścib­skie­go – wark­nął Ba­rań­ski.

– Po pro­stu nie roz­ma­wiaj z nim – per­swa­do­wał Men­tor. – Nie gaś sil­ni­ka i bądź go­tów. Jak wyj­dzie­my, bę­dzie nam się spie­szy­ło.

– On za­mknął za nami bra­mę.

– Nie martw się o to.

Men­tor klep­nął kie­row­cę w ra­mię i wy­siadł. Był w sa­mym gar­ni­tu­rze, bez płasz­cza. Tecz­ka, któ­rą trzy­mał w ręku, wy­ko­na­na zo­sta­ła ze świń­skiej skó­ry i od­zna­cza­ła się naj­wyż­szą ja­ko­ścią. La­ska ze zło­tą głów­ką zo­sta­ła w sa­mo­cho­dzie.

– Tra­fię – rzu­cił pod ad­re­sem odźwier­ne­go, któ­ry za­mknąw­szy bra­mę, oka­zy­wał go­to­wość do wska­zy­wa­nia dal­szej dro­gi, po czym pchnął drzwi.

Men­tor zna­lazł się w nie­wiel­kim, bo­ga­to zdo­bio­nym holu. Wszedł po kil­ku wy­ło­żo­nych mar­mu­rem scho­dach. Bez sło­wa skrę­cił w lewo, po czym sta­nął w pro­gu re­pre­zen­ta­cyj­nej, lśnią­cej prze­py­chem sali ope­ra­cyj­nej ban­ku. Ką­tem oka za­uwa­żył obu swo­ich mło­dych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy wła­śnie wkro­czy­li do niej od stro­ny głów­ne­go wej­ścia. Naj­mniej­szym ge­stem nie dał po so­bie po­znać, że z tymi dwo­ma co­kol­wiek go łą­czy. Za­czął wspi­nać się na wyż­szą kon­dy­gna­cję. Scho­dy mia­ły pa­ła­co­we wy­mia­ry i mu­sia­ły kosz­to­wać for­tu­nę.

Men­tor wszedł na pierw­sze pię­tro. Ob­szer­ny hol cią­gnął się nie­mal przez cały bu­dy­nek. Pro­wa­dzi­ły z nie­go drzwi do ga­bi­ne­tów za­rzą­du ban­ku oraz po­miesz­czeń re­pre­zen­ta­cyj­nych. Mniej wię­cej w dwóch trze­cich ko­ry­ta­rza, bli­żej le­wej ścia­ny, sta­ło biur­ko, do­rów­nu­ją­ce splen­do­rem resz­cie wy­stro­ju wnę­trza. Sie­dzia­ła za nim ko­bie­ta o sta­ran­nej fry­zu­rze, ubra­na w skrom­ną, pro­stą suk­nię. Men­tor ener­gicz­nym kro­kiem pod­szedł do biur­ka. Echo od­bi­ja­ło dźwięk stu­ka­ją­cych o par­kiet ob­ca­sów.

– Dzień do­bry – po­wie­dział i uśmiech­nął się cie­pło.

Ko­bie­ta unio­sła gło­wę i uśmiech­nę­ła się rów­nież. Lu­bi­ła taki typ męż­czyzn. Po pięć­dzie­siąt­ce, świet­nie ubra­nych, sta­ran­nie ostrzy­żo­nych, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach, uprzej­mych i mi­łych. Gdy­by nie czar­na dłu­ga bro­da i za­krę­co­ne do góry wąsy, zda­niem nie­wia­sty zu­peł­nie nie­pa­su­ją­ce ani do twa­rzy, ani do resz­ty syl­wet­ki, przy­bysz sta­no­wił­by bli­ski jej ser­cu ide­ał mę­skiej uro­dy.

– Dzień do­bry. Czym mogę słu­żyć? – za­py­ta­ła mięk­ko.

– Moje na­zwi­sko Rusz­czyc. Sta­ni­sław Rusz­czyc. Je­stem umó­wio­ny na go­dzi­nę dzie­wią­tą z pa­nem pre­ze­sem An­drze­jem Ro­twan­dem. Spóź­ni­łem się o dwie mi­nu­ty, za co naj­moc­niej prze­pra­szam.

Ko­bie­ta zer­k­nę­ła do le­żą­ce­go przed nią no­tat­ni­ka. Po chwi­li uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej.

– Tak, oczy­wi­ście. Pa­mię­tam pań­ski te­le­fon. W spra­wie po­ra­dy przy za­ku­pie ak­cji. Pan pre­zes ocze­ku­je pań­skiej wi­zy­ty.

Ko­bie­ta wsta­ła i po­de­szła do znaj­du­ją­cych się w głę­bi ko­ry­ta­rza drzwi. Za­pu­ka­ła, po czym, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, na­ci­snę­ła klam­kę, ge­stem po­ka­zu­jąc go­ścio­wi, by po­dą­żał za nią.

Men­tor wszedł do ga­bi­ne­tu. W pierw­szej chwi­li, choć wi­dział w ży­ciu nie­jed­no i zda­wał so­bie spra­wę, że bo­gac­two na­der czę­sto bywa rze­czą złud­ną, a przede wszyst­kim prze­mi­ja­ją­cą, po­czuł się przy­tło­czo­ny. Po­kój był ogrom­ny, miał po­wierzch­nię co naj­mniej osiem­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych. Łuki że­bro­we­go skle­pie­nia wy­ra­sta­ły z po­kry­tych ma­lo­wi­dła­mi ścian, by wspie­rać bo­ga­to ozdo­bio­ny neo­ro­ko­ko­wy­mi sztu­ka­te­ria­mi su­fit. Bli­żej wy­so­kie­go okna sta­ło biur­ko, o dzi­wo skrom­ne i sto­sun­ko­wo nie­du­żych roz­mia­rów. Po­de­rwał się zza nie­go męż­czy­zna oko­ło czter­dziest­ki, moc­no zbu­do­wa­ny, o peł­nych gra­cji ru­chach. Miał twarz czło­wie­ka do­świad­czo­ne­go i ob­da­rzo­ne­go dużą in­te­li­gen­cją. Pod­szedł do Men­to­ra ener­gicz­nym kro­kiem.

– Dzień do­bry – po­wie­dział mi­łym dla ucha ba­ry­to­nem. – Je­stem An­drzej Ro­twand.

Men­tor uści­snął wy­cią­gnię­tą dłoń. Za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób pre­zes za­re­agu­je na gwał­tow­ną zmia­nę sce­na­riu­sza spo­tka­nia, któ­ra za chwi­lę na­stą­pi. Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry nie­ła­two pod­da­je się woli in­nych.

– Sta­ni­sław Rusz­czyc – od­parł. Usły­szał, że ko­bie­ta wy­co­fa­ła się i za­mknę­ła za sobą drzwi. Miał na­dzie­ję, że po­now­nie za­ję­ła sta­no­wi­sko przy biur­ku. To by mu bar­dzo od­po­wia­da­ło.

– Kawy? – za­py­tał go­spo­darz ga­bi­ne­tu.

– Dzię­ku­ję. Zbyt wcze­śnie na kawę – od­parł Men­tor.

Nim pre­zes Ban­ku Za­chod­nie­go, po­wszech­nie sza­no­wa­ny w War­sza­wie fi­nan­si­sta, zdo­łał za­sta­no­wić się nad tymi sło­wa­mi, zdą­żył już o nich za­po­mnieć. Zo­ba­czył bo­wiem dwie rze­czy: nie­zwy­kły w tych oko­licz­no­ściach przed­miot trzy­ma­ny w pra­wej dło­ni go­ścia oraz cał­ko­wi­tą zmia­nę jego wy­ra­zu twa­rzy. Miał nie­od­par­te wra­że­nie, że ta dru­ga łą­czy się bez­po­śred­nio z pierw­szą, i ży­wił reszt­ki na­dziei, że obie są złym snem.

– Ma pan cał­ko­wi­tą traf­ność – oznaj­mił Men­tor. Mó­wił spo­koj­nie, ale w jego gło­sie w miej­scu uprzej­mo­ści po­ja­wi­ła się do­brze sko­re­lo­wa­na z trzy­ma­nym w ręku przed­mio­tem sta­lo­wa nuta. – Trzy­mam w ręku re­wol­wer Na­gant. Sied­mio­strza­ło­wy. Ni­g­dy mnie jesz­cze nie za­wiódł i ufam, że tak bę­dzie rów­nież i tym ra­zem. Obec­ność tej bro­ni w mym ręku ozna­cza, że wła­śnie za­czął się na­pad na pań­ski bank. Uprzej­mie pro­szę, by pan udał się ze mną. Bez krzy­ku, bez oglą­da­nia się na pra­cow­ni­ków, bez da­wa­nia zna­ków straż­ni­kom. Wte­dy obej­dzie się bez prze­mo­cy i za kwa­drans lub dwa roz­sta­nie­my się, wszy­scy w do­brym zdro­wiu.

***

Nie­co wcze­śniej Krüger spoj­rzał na swe­go to­wa­rzy­sza. Cy­gan sta­rał się nie zwra­cać uwa­gi na co­raz bar­dziej do­kucz­li­wą mżaw­kę. Obaj sta­li przed głów­nym wej­ściem do ban­ku. Jak na ko­men­dę ro­zej­rze­li się dys­kret­nie. W od­da­li ktoś szedł szyb­kim kro­kiem w prze­ciw­nym kie­run­ku, w stro­nę Te­atru Wiel­kie­go. Prze­cho­dzień nie spra­wiał wra­że­nia czło­wie­ka in­te­re­su­ją­ce­go się czym­kol­wiek in­nym niż uciecz­ką przed desz­czem i zim­nym wia­trem.

Krüger za­mknął pa­ra­sol i prze­ło­żył go do pra­wej ręki. Cy­gan na­ci­snął klam­kę drew­nia­nych, bo­ga­to zdo­bio­nych drzwi. We­szli. Mo­kre po­de­szwy z cmo­ka­niem od­ry­wa­ły się od gład­kie­go jak lu­stro mar­mu­ru scho­dów. Na wi­dok go­ści szat­niarz ukło­nił się ni­sko.

– Wi­tam sza­now­nych pa­nów. Ze­chcą pa­no­wie zo­sta­wić płasz­cze? – za­py­tał pro­fe­sjo­nal­nie uni­żo­nym to­nem, okra­szo­nym pro­fe­sjo­nal­nie życz­li­wym uśmie­chem.

– Nie ma po­trze­by.

– Oczy­wi­ście. Pa­no­wie do któ­re­goś z kan­to­rów?

– Mię­dzy in­ny­mi – od­parł Krüger przy­jaź­nie. Nie miał za­mia­ru dać się wy­prze­dzić w oka­zy­wa­niu uprzej­mo­ści ja­kie­muś szat­nia­rzo­wi.

Jego to­wa­rzysz nie cze­kał na za­koń­cze­nie roz­mo­wy. Prze­ciął przed­sio­nek z urzę­du­ją­cym w nim uprzej­mym szat­nia­rzem i sta­nął u pro­gu sali ope­ra­cyj­nej. Po­miesz­cze­nie zaj­mo­wa­ło nie­mal cały par­ter bu­dyn­ku i mia­ło pół­to­ra pię­tra wy­so­ko­ści. Ka­se­to­no­wy, bo­ga­to zdo­bio­ny su­fit wspie­rał się na trzech rzę­dach ka­mien­nych ko­lumn. Jako że okna wpusz­cza­ły nie­wie­le świa­tła, po­miesz­cze­nie elek­trycz­nym bla­skiem roz­ja­śnia­ły czte­ry gi­gan­tycz­ne krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le.

Cy­gan omiótł salę spoj­rze­niem. Przy jed­nym z kan­to­rów tkwił męż­czy­zna w me­lo­ni­ku, ob­słu­gi­wa­ny przez naj­wy­raź­niej nie do koń­ca jesz­cze roz­bu­dzo­ne­go ka­sje­ra. Przy na­stęp­nym kan­to­rze pa­no­wa­ły pust­ki. Przy ko­lej­nych dwóch – tak­że. Do­pie­ro przy ostat­nim nie­mło­de mał­żeń­stwo za­ta­pia­ło wzrok w kil­ku kart­kach pa­pie­ru, naj­wy­raź­niej za­ję­te stu­dio­wa­niem liczb fi­gu­ru­ją­cych na wy­cią­gu ban­ko­wym.

Bar­dziej ko­rzyst­nej sy­tu­acji nie moż­na się było spo­dzie­wać.

Krüger, któ­ry naj­wy­raź­niej za­koń­czył już kon­wer­sa­cję z szat­nia­rzem, mi­nął sto­ją­ce­go w pro­gu sali to­wa­rzy­sza, prze­ciął salę w po­przek i do­szedł do po­miesz­cze­nia zaj­mo­wa­ne­go przez war­tow­nię. Na­ci­snął klam­kę. Drzwi nie sta­wi­ły opo­ru. Gdy Krüger znik­nął w środ­ku, Cy­gan cof­nął się, bez sło­wa mi­nął ob­ser­wu­ją­ce­go go z ro­sną­cym zdu­mie­niem szat­nia­rza, zszedł po scho­dach, po czym wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­syw­ny drew­nia­ny klin. Schy­lił się. We­pchnął klin po­mię­dzy dol­ną ramę drzwi wej­ścio­wych a pod­ło­gę, a po­tem wbił go głę­biej dwo­ma moc­ny­mi ude­rze­nia­mi ob­ca­sa. Dłu­gi­mi su­sa­mi po­ko­nał scho­dy i nim szkar­łat­ny na twa­rzy szat­niarz zdą­żył otwo­rzyć usta, przy­sta­wił mu do twa­rzy wy­ję­ty z dru­giej kie­sze­ni re­wol­wer.

– Cof­nij się – po­wie­dział ci­cho. – Nie ga­daj i nie na­ci­skaj żad­nych ta­jem­nych przy­ci­sków.

Szkar­łat od­szedł w nie­byt: nie­ja­ko dla od­mia­ny szat­niarz zbladł jak ścia­na. Cy­gan po­my­ślał, że przej­ście w cią­gu kil­ku se­kund od czer­wie­ni do upior­nej bie­li sta­no­wi­ło nie lada za­gad­kę na­tu­ry. Cóż, ludz­ki or­ga­nizm był czymś, co nie­ustan­nie go za­dzi­wia­ło.

– Co, co, co…? – beł­ko­tał tam­ten.

– Nic. Ci­sza.

Szat­niarz za­milkł, uzna­jąc naj­wy­raź­niej, że naj­bar­dziej roz­sąd­nym wyj­ściem z sy­tu­acji bę­dzie za­sto­so­wa­nie się do po­le­ce­nia. Cy­gan jed­nym su­sem prze­sko­czył kon­tu­ar od­dzie­la­ją­cy przed­sio­nek od szat­ni, wy­ko­nał krót­ki za­mach i ude­rzył szat­nia­rza kol­bą re­wol­we­ru w skroń. Opię­te w cia­sny uni­form, po­tęż­ne cia­ło ru­nę­ło na zie­mię. Cy­gan oce­nił, że męż­czy­zna bę­dzie nie­przy­tom­ny przez co naj­mniej dwa­dzie­ścia mi­nut. Do­kład­nie tyle, ile po­trze­bo­wał.

Krüger był w tym cza­sie rów­nie za­ję­ty co jego star­szy o rok ko­le­ga. Gdy na­ci­skał klam­kę drzwi war­tow­ni, roz­piął płaszcz. Pod dło­nią po­czuł zna­jo­my, uspo­ka­ja­ją­cy chłód. Z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy wszedł do ja­sno oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia. Je­den ze straż­ni­ków jadł śnia­da­nie. Dru­gi cze­sał się, od­wró­co­ny ty­łem od wej­ścia.

– Za­wo­łaj­cie trze­cie­go – po­wie­dział Krüger, jed­no­cze­śnie za­my­ka­jąc za sobą drzwi i po omac­ku prze­krę­ca­jąc klucz w zam­ku. W cią­gu naj­bliż­szych dwóch mi­nut nie ży­czył so­bie żad­nych do­dat­ko­wych go­ści.

Ten z grze­bie­niem za­re­ago­wał jako pierw­szy. Od­wró­cił się szyb­ko, ale na tym skoń­czy­ła się jego ak­tyw­ność. Męż­czy­zna je­dzą­cy śnia­da­nie pod­niósł wzrok znad ta­le­rza, po czym, po­dob­nie jak ko­le­ga, za­stygł w cał­ko­wi­tym, zdu­mio­nym i prze­ra­żo­nym bez­ru­chu, uka­zu­jąc kęs trzy­ma­nej w ustach ka­nap­ki z kieł­ba­są.

Za­sko­cze­niu i prze­stra­cho­wi straż­ni­ków Krüger nie­spe­cjal­nie się dzi­wił. On też był­by prze­stra­szo­ny, pa­trząc pro­sto w dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­wy otwór lufy pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go Berg­mann. Czuł pod pa­chą twar­dą, do­brze wy­mo­de­lo­wa­ną kol­bę. Cię­żar bro­ni uspo­ka­jał go. Trzy­dzie­ści dwa na­bo­je skry­te w śli­ma­ko­wa­tym, ster­czą­cym z boku ma­ga­zyn­ku za­pew­nia­ły mu cał­ko­wi­tą kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

– Za­wo­łaj­cie trze­cie­go ko­le­gę – po­wtó­rzył. Wy­ko­nał przy tym nie­znacz­ny ruch lufą. Nie miał zbyt wie­le cza­su. Plan był wy­li­czo­ny co do se­kun­dy.

– Jó­zek! – krzyk­nął ten z grze­bie­niem. Miał małe czar­ne oczy i od­zy­skał re­zon jako pierw­szy. Wy­ko­nał po­le­ce­nie, ale Krüger zbyt do­brze znał ta­kich lu­dzi jak on: męż­czy­zna nie miał za­mia­ru pod­dać się bez wal­ki.

– No? – roz­le­gło się gdzieś z góry, od stro­ny wą­skich że­la­znych scho­dów bie­gną­cych na an­tre­so­lę.

– Złaź.

– Po co? Do­pie­ro wla­złem.

– Złaź, mó­wię. Kawa jest.

– Fra­nek, co ty…

Krüger już wie­dział. Sko­czył do przo­du ni­czym pan­te­ra, uniósł broń, kol­ba Berg­man­na za­to­czy­ła krót­ki łuk i ude­rzy­ła w bok szczę­ki straż­ni­ka na­zwa­ne­go przez kom­pa­na Fran­kiem. Męż­czy­zna po­le­ciał w tył z bo­le­snym kwik­nię­ciem, po czym ude­rzył gło­wą w ścia­nę. Na całe szczę­ście ak­tyw­ność dru­gie­go straż­ni­ka ogra­ni­czy­ła się do roz­pacz­li­wych prób prze­łknię­cia kęsa ka­nap­ki, naj­wy­raź­niej za­kli­no­wa­ne­go w na­gle wy­schnię­tym gar­dle.

Krüger ob­ró­cił się, ma­jąc w polu wi­dze­nia za­rów­no sie­dzą­ce­go za sto­łem straż­ni­ka, jak i scho­dy.

– Rzuć pi­sto­let na dół. A po­tem schodź. Po­wo­li! – krzyk­nął w stro­nę otwo­ru pro­wa­dzą­ce­go na an­tre­so­lę.

Ci­sza. Trze­ci straż­nik pró­bo­wał zro­zu­mieć i oce­nić sy­tu­ację. Być może za­sta­na­wiał się rów­nież nad swo­imi szan­sa­mi. Krüger nie miał cza­su na dłu­gie ne­go­cja­cje.

– Je­że­li za dzie­sięć se­kund nie zo­ba­czę na dole pi­sto­le­tu, a za na­stęp­ne dzie­sięć cie­bie, strze­lam do Fran­ka i tego dru­gie­go – po­wie­dział nie­co gło­śniej. By do­dać swym sło­wom na­leż­nej po­wa­gi, gło­śno trza­snął zam­kiem pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go.

Na­wet nie mu­siał li­czyć wy­zna­czo­ne­go straż­ni­ko­wi cza­su. Lu­ger nie­mal od razu zle­ciał z trza­skiem po sta­lo­wych stop­niach. Krüger schy­lił się po broń i wsa­dził ją do kie­sze­ni. Chwi­lę póź­niej uj­rzał scho­dzą­ce­go po­wo­li na dół straż­ni­ka.

Zwią­za­nie wszyst­kich trzech męż­czyzn za­ję­ło mu dwie mi­nu­ty, sześć­dzie­siąt se­kund po­nad prze­wi­dzia­ny har­mo­no­gram. Nie cho­wa­jąc bro­ni, wy­szedł i za­mknął za sobą drzwi na klucz. Cy­gan stał po­środ­ku sali ope­ra­cyj­nej z re­wol­we­rem w ręce; za­czął sam, co było zro­zu­mia­łe. W po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła głę­bo­ka ci­sza, na tyle przej­mu­ją­ca, by dać dojść do gło­su prze­ni­ka­ją­ce­mu przez gru­be mury szu­mo­wi wiel­kie­go mia­sta. Za­rów­no ka­sje­rzy sie­dzą­cy w kan­to­rach, jak i trój­ka klien­tów trzy­ma­li ręce w gó­rze, za wszel­ką cenę sta­ra­jąc się nie de­ner­wo­wać czło­wie­ka z bro­nią.

– Spóź­ni­łeś się – po­wie­dział Cy­gan. Czar­na bro­da, wąsy i me­lo­nik nada­wa­ły mu po­waż­ny, wręcz uro­czy­sty wy­gląd, któ­ry psu­ły gro­te­sko­we blond loki wy­su­wa­ją­ce się spod na­kry­cia gło­wy. Był to ce­lo­wy za­bieg; nie­pa­su­ją­cy do resz­ty szcze­gół miał od­cią­gnąć uwa­gę ster­ro­ry­zo­wa­nych lu­dzi od bar­dziej istot­nych de­ta­li.

Krüger nie od­po­wie­dział. Sta­nął po­środ­ku sali i uniósł ku gó­rze pi­sto­let ma­szy­no­wy, by wszy­scy mo­gli go zo­ba­czyć. Cy­gan szyb­kim kro­kiem ru­szył w głąb bu­dyn­ku.

Ku skarb­co­wi.

***

– Spóź­ni­łeś się – po­wie­dział ła­god­nie Men­tor, gdy zo­ba­czył scho­dzą­ce­go po scho­dach Cy­ga­na. Chło­pak miał obo­jęt­ną minę. Jego opa­no­wa­nie było god­ne po­dzi­wu.

– Prze­pra­szam.

Men­tor ski­nął gło­wą, po czym od­wró­cił się w stro­nę sto­ją­ce­go bez ru­chu pre­ze­sa ban­ku.

– Je­ste­śmy w kom­ple­cie. Mo­że­my za­czy­nać.

– Cóż ta­kie­go chce pan za­czy­nać? – za­py­tał Ro­twand i skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

Naj­wy­raź­niej ochło­nął już z pierw­sze­go szo­ku. Przy­glą­dał się uważ­nie czło­wie­ko­wi, któ­ry go tu przy­wiódł. Sta­rał się go roz­gryźć, zna­leźć sła­by punkt, wy­szu­kać oka­zję do kontr­ata­ku. Men­tor nie miał za­mia­ru da­wać mu ku temu naj­mniej­szej na­wet oka­zji.

– Sza­now­ny pa­nie, jak wspo­mnia­łem, ma pan do czy­nie­nia z na­pa­dem na bank. Pro­szę otwo­rzyć skar­biec – po­wie­dział.

– Nie ma mowy. Zresz­tą na­wet nie mogę. Nie mam klu­cza.

– Och, pa­nie pre­ze­sie. – Men­tor uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le, jak czło­wiek, któ­ry co praw­da nie ma nic prze­ciw­ko pró­bom sta­wia­nia opo­ru, ale w grun­cie rze­czy uwa­ża je za zwy­kłą, utrud­nia­ją­cą ży­cie stra­tę cza­su. – Obaj do­sko­na­le wie­my, że ma pan klucz do skarb­ca. Usil­nie na­le­gam na speł­nie­nie mo­jej proś­by. Na ra­zie ni­ko­mu nie sta­ła się naj­mniej­sza krzyw­da i na­szym za­da­niem jest dba­nie, by ten stan rze­czy utrzy­mał się do sa­me­go koń­ca. Czyż nie?

Pre­zes za­sta­no­wił się, spoj­rzał prze­lot­nie na mil­czą­ce­go, sto­ją­ce­go bez ru­chu Cy­ga­na i coś w po­sta­wie mło­de­go czło­wie­ka mu­sia­ło go prze­ko­nać do speł­nie­nia po­le­ce­nia, bo bez sło­wa się­gnął do kie­sze­ni i wy­jął z niej dłu­gi klucz o skom­pli­ko­wa­nej bu­do­wie.

– W środ­ku jest straż­nik – rzu­cił.

– Oczy­wi­ście. – Men­tor ski­nął gło­wą. – Miej­my na­dzie­ję, że nie bę­dzie ro­bił głupstw. Gdy drzwi sta­ną otwo­rem, musi pan ja­sno przed­sta­wić mu sy­tu­ację. Na tyle ja­sno, by uznał, że je­dy­nym roz­sąd­nym wyj­ściem jest za­nie­cha­nie ja­kie­go­kol­wiek opo­ru.

Ro­twand wziął te sło­wa za do­brą mo­ne­tę. Wsa­dził klucz do zam­ka i prze­krę­cił go z nie­przy­jem­nym, prze­cią­głym zgrzy­tem. Szarp­nął za za­mo­co­wa­ne po­środ­ku sta­lo­wych drzwi koło. Coś trza­snę­ło gło­śno i cięż­kie wro­ta sta­nę­ły otwo­rem. Pre­zes ban­ku na­bie­rał wła­śnie po­wie­trza w płu­ca, gdy Cy­gan sko­czył jak na sprę­ży­nie. Straż­nik w środ­ku za­re­ago­wał zbyt póź­no: naj­pierw zo­ba­czył sto­ją­ce­go za drzwia­mi pre­ze­sa, a do­pie­ro póź­niej na­past­ni­ka. Moc­ny cios w pod­bró­dek od­rzu­cił go o metr. Utrzy­mał się na no­gach i chciał się­gnąć do ka­bu­ry, ale zre­zy­gno­wał. Każ­dy re­zy­gnu­je, gdy wi­dzi przed no­sem lufę Na­gan­ta.

– Wyj­mij broń i po­daj mi ją – po­wie­dział Cy­gan.

Pół mi­nu­ty póź­niej straż­nik stał twa­rzą do ścia­ny z rę­ko­ma sple­cio­ny­mi na kar­ku.

Men­tor ro­zej­rzał się. Gdy trzy ty­go­dnie temu za­kła­dał w tym ban­ku ra­chu­nek i umiesz­czał w skryt­ce nie­wiel­ki de­po­zyt, do skarb­ca, co oczy­wi­ste, nie do­pusz­czo­no go, sala ob­słu­gi mie­ści­ła się bo­wiem pię­tro wy­żej, na par­te­rze. Nie na dar­mo jed­nak, przy­go­to­wu­jąc się do sko­ku, ślę­czał dłu­gie go­dzi­ny nad pla­na­mi bu­dyn­ku. Jego wy­obraź­nia, pod­par­ta so­lid­ną wie­dzą na te­mat ar­chi­tek­tu­ry i kon­struk­cji roz­ma­itych bu­dow­li, po­zwo­li­ła mu dość do­kład­nie uj­rzeć wnę­trze, za­nim jesz­cze się w nim zna­lazł. Mimo wszyst­ko roz­mach i po­my­sło­wość, z ja­ki­mi zbu­do­wa­no po­miesz­cze­nie, za­sko­czy­ły go. Stu­me­tro­wy, wy­so­ki na prze­szło czte­ry me­try i po­zba­wio­ny okien skar­biec spra­wiał wra­że­nie for­te­cy nie do zdo­by­cia. Trzy ścia­ny z czte­rech były po su­fit za­sta­wio­ne ka­se­ta­mi de­po­zy­to­wy­mi. Więk­szość po­zo­sta­wa­ła za­mknię­ta, co bar­dzo Men­to­ra cie­szy­ło. Cel zna­lazł się w za­się­gu ręki.

– Straż­nik ma klucz do ka­set, praw­da? – za­py­tał Men­tor.

– Tak jest. Ale jak pan wi­dzi, każ­da ma dwa zam­ki. Dru­gi klucz ma klient. Nie otwo­rzy pan ani jed­nej ka­se­ty.

– Och, prze­ciw­nie. Są­dzę, że w pań­skiej kie­sze­ni tkwi jesz­cze je­den klucz, uni­wer­sal­ny.

– Nie.

– Jed­nak tak.

– Może mnie pan prze­szu­kać.

Men­tor od­su­nął się o krok. Uśmiech znik­nął z jego warg.

– Szko­da cza­su – po­wie­dział, po czym od­wró­cił się i strze­lił szyb­ko, pra­wie bez ce­lo­wa­nia.

Tra­fił do­kład­nie tam, gdzie pla­no­wał: w tyl­ną część sta­wu ko­la­no­we­go straż­ni­ka. Męż­czy­zna krzyk­nął gło­śno i upadł na zie­mię, trzy­ma­jąc się za zra­nio­ną nogę. Krew prze­pły­wa­ła mię­dzy pal­ca­mi ob­fi­tym stru­mie­niem.

Men­tor od­wró­cił się w stro­nę po­bla­dłe­go Ro­twan­da.

– Po­pro­szę klucz – po­wie­dział, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc jęki straż­ni­ka.

Pre­zes sen­nym ru­chem się­gnął pod ma­ry­nar­kę i wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni żą­da­ny przez Men­to­ra przed­miot. Men­tor rzu­cił go Cy­ga­no­wi.

– Za­bierz straż­ni­ko­wi jego klucz i do ro­bo­ty.

Ża­den z nich nie do­my­ślił się, że huk strza­łu wy­do­stał się przez otwar­te drzwi i do­tarł na par­ter, a jego sła­be echo usły­szał ktoś, kto umiał bez­błęd­nie zi­den­ty­fi­ko­wać dźwięk wy­da­wa­ny przez re­wol­wer Na­gant.

***

Nie­co wcze­śniej po dru­giej stro­nie uli­cy Anna Kol­co­wa roz­tar­ła na mo­krym od desz­czu po­licz­ku łzę. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać od pła­czu, choć pró­bo­wa­ła na­praw­dę z ca­łych sił. Ostat­nia rzecz, ja­kiej pra­gnę­ła, to po­ka­za­nie smut­ku czy zwąt­pie­nia i spra­wie­nie sa­tys­fak­cji mę­żo­wi. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du jej płacz nie­odmien­nie wpra­wiał go w do­bry hu­mor.

Tak było i dziś. Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow szedł obok niej rów­nym kro­kiem. Miał po­god­ną, ja­sną twarz. Deszcz zda­wał się mu kom­plet­nie nie prze­szka­dzać.

– Anno, tyle razy tłu­ma­czy­łem ci, że isto­tą do­bre­go mał­żeń­stwa jest po­ro­zu­mie­nie, praw­da? – po­wie­dział ła­god­nym to­nem, ni­czym do dziec­ka. – Że róż­ni­ce tyl­ko za­bu­rza­ją usta­lo­ny po­rzą­dek. Zna­my się wie­le lat, po­win­naś do­sko­na­le wie­dzieć, iż po­ro­zu­mie­nie, po­rzą­dek i or­ga­ni­za­cję ce­nię nade wszyst­ko. Za­tem na­praw­dę nie ro­zu­miem twe­go za­cho­wa­nia.

– Prze­cież ni­cze­go nie zro­bi­łam – od­par­ła Anna Kol­co­wa sła­bym, ła­mią­cym się gło­sem. Wal­czy­ła ze sobą, ale przy­no­si­ło to sku­tek od­wrot­ny do za­mie­rzo­ne­go: mia­ła ocho­tę szlo­chać, ile tchu w płu­cach.

– Prze­ciw­nie. Prze­cież na­sza re­la­cja skła­da się nie tyl­ko z uczuć, ale i za­sad. To one rzą­dzą na­szym ży­ciem. Bez nich nikt nie był­by w sta­nie osią­gnąć ni­cze­go, przy­naj­mniej ni­cze­go war­to­ścio­we­go. Zro­zum: pod­wa­ża­jąc za­sa­dy, nisz­czysz wszyst­ko, co ra­zem zbu­do­wa­li­śmy.

Wo­bec ogar­nia­ją­cej ją roz­pa­czy Anna nie mo­gła zna­leźć ja­kie­go­kol­wiek ar­gu­men­tu prze­ciw­sta­wia­ją­ce­go się tej lo­gi­ce.

Kol­cow ujął dłoń żony.

– Anno – po­wie­dział ła­god­nie, to­nem, któ­ry za­wsze dzia­łał na nią ko­ją­co. – Mu­sisz mi za­ufać. Chcę two­je­go szczę­ścia, na­praw­dę. Z ca­łe­go ser­ca pra­gnę, byś mnie ko­cha­ła i była szczę­śli­wa. Ale nie po­win­naś przy tym zmu­szać mnie, bym ak­cep­to­wał roz­ma­ite głup­stew­ka, któ­re przy­cho­dzą ci do gło­wy.

– Głup­stew­ka? – za­py­ta­ła Anna Kol­co­wa. Jej drob­ną twarz o re­gu­lar­nych ry­sach oka­la­ły ciem­ne fa­lu­ją­ce wło­sy. Wy­glą­da­ła na mło­dziut­ką dziew­czy­nę, choć nie­daw­no ob­cho­dzi­ła dwu­dzie­ste siód­me uro­dzi­ny. – Od­wie­dzi­ny mo­ich ro­dzi­ców na­zy­wasz głup­stew­ka­mi?

Kol­cow chciał za­re­pli­ko­wać, ale w tym mo­men­cie obo­je do­szli do drzwi Ban­ku Za­chod­nie­go. Kol­cow po­ło­żył rękę na klam­ce.

– Do­koń­czy­my tę roz­mo­wę póź­niej, do­brze? – po­wie­dział. – Obie­cu­ję, że wy­słu­cham wszyst­kich two­ich ar­gu­men­tów, je­śli ty obie­casz mi, że wy­słu­chasz mo­ich.

Anna po­my­śla­ła, że wy­po­wie­dzia­ne przed chwi­lą sło­wa nie mają żad­ne­go zna­cze­nia. Jej mąż na­wet nie do­pusz­czał moż­li­wo­ści, by co­kol­wiek po­szło nie po jego my­śli. Wie­dzia­ła jed­nak, że ten etap roz­mo­wy musi uznać za za­koń­czo­ny.

Kol­cow kiw­nął gło­wą, uzna­jąc umo­wę za przy­pie­czę­to­wa­ną, po czym na­ci­snął klam­kę. Ku jego za­sko­cze­niu drzwi sta­wi­ły opór. Spró­bo­wał jesz­cze raz. Nic. Wej­ście do ban­ku było za­mknię­te na głu­cho.

– Dziw­ne. Drzwi są za­mknię­te, choć we­wnątrz palą się świa­tła – po­wie­dział, po czym wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szon­ki ka­mi­zel­ki ze­ga­rek z de­wiz­ką. Było dwa­na­ście po dzie­wią­tej. – Prze­cież za­wsze otwie­ra­ją punk­tu­al­nie.

W tym mo­men­cie z wnę­trza bu­dyn­ku roz­legł się dziw­ny, stłu­mio­ny stuk. Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow od­wró­cił gło­wę i za­czął uważ­nie przy­glą­dać się bo­ga­to in­kru­sto­wa­nym, za­mknię­tym na głu­cho drzwiom, jak­by mo­gły mu one od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, co dzie­je się w środ­ku.

– Sły­sza­łaś? – za­py­tał.

– Coś trza­snę­ło – od­par­ła Anna.

– Nie, ko­cha­nie. To był strzał. I je­śli miał­bym zga­dy­wać, po­wie­dział­bym, że to był strzał z Na­gan­ta. Tego dźwię­ku nie spo­sób po­my­lić z żad­nym in­nym.

– Kto mógł strze­lać z re­wol­we­ru w ban­ku?

– No wła­śnie. Też je­stem cie­kaw.

Kol­cow przy­tknął twarz do szy­by drzwi. Wi­dział tyl­ko scho­dy i kon­tu­ar szat­ni. W środ­ku pa­no­wał roz­świe­tlo­ny bla­skiem ży­ran­do­li mar­twy bez­ruch.

– Dziw­ne. Szat­niarz za­wsze jest na po­ste­run­ku – mruk­nął.

– Może przyj­dzie­my kie­dy in­dziej.

Kol­cow po­krę­cił gło­wą. Zbyt wie­le rze­czy mu się nie po­do­ba­ło, by miał te­raz odejść.

– Ko­cha­nie, idź jak naj­szyb­ciej w stro­nę Te­atru Wiel­kie­go. Tam z pew­no­ścią spo­tkasz pa­trol po­li­cji. Opo­wiedz funk­cjo­na­riu­szom o strza­le i za­mknię­tych drzwiach. Po­wiedz im, żeby tu na­tych­miast przy­bie­gli.

– Ale…

– Idź, pro­szę. Jak naj­prę­dzej.

Anna Kol­co­wa nie dys­ku­to­wa­ła wię­cej. Od­wró­ci­ła się i nie­mal po­bie­gła. Kol­cow na­wet za nią nie spoj­rzał. Jesz­cze raz zlu­stro­wał wi­docz­ne przez szy­bę scho­dy i frag­ment szat­ni. Nie za­uwa­żył ni­cze­go szcze­gól­ne­go.

Od­szedł kil­ka kro­ków i przyj­rzał się fa­sa­dzie. Trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek wy­glą­dał cał­kiem zwy­czaj­nie. Na wy­so­kim par­te­rze oraz w kil­ku oknach pierw­sze­go pię­tra pa­li­ły się świa­tła. Kol­cow prze­szedł chod­ni­kiem kil­ka­na­ście me­trów i za­pu­kał do bra­my. Po chwi­li ju­dasz uchy­lił się i uka­za­ła się w nim twarz odźwier­ne­go.

– Słu­cham?

– Dla­cze­go głów­ne drzwi do ban­ku są za­mknię­te?

– Za­mknię­te? – Odźwier­ny przy­bli­żył twarz do otwo­ru i za­czął się uważ­niej przy­glą­dać Kol­co­wo­wi. – Nie­moż­li­we.

– Za­mknię­te – po­wtó­rzył Kol­cow. Nie miał zwy­cza­ju tłu­ma­czyć się odźwier­nym. Uwa­żał, że świat upo­rząd­ko­wa­ny jest we­dług pew­nej, ści­śle okre­ślo­nej hie­rar­chii. We­dle tego po­rząd­ku czło­wiek o jego po­zy­cji nie miał po­trze­by ani ko­niecz­no­ści dys­ku­to­wa­nia z bliź­ni­mi sto­ją­cy­mi ni­żej. – Pro­szę otwo­rzyć. Chcę wejść do ban­ku.

– Sza­now­ny pan po­cze­ka – od­parł odźwier­ny, nie zdra­dza­jąc chę­ci wy­ko­na­nia po­le­ce­nia. – Spraw­dzę.

Po czym z roz­ma­chem za­mknął ju­dasz.

Kol­cow za­klął.

***

– Nie­zmier­nie się cie­szę, że oby­ło się bez dal­szych kło­po­tów – po­wie­dział Men­tor.

Pre­zes ban­ku uśmiech­nął się bla­do. Stał pod ścia­ną tuż obok le­żą­ce­go na pod­ło­dze ję­czą­ce­go straż­ni­ka i pa­trzył z bez­sil­ną wście­kło­ścią, jak mło­dy po­moc­nik szpa­ko­wa­te­go męż­czy­zny wkła­da do tecz­ki kosz­tow­no­ści wy­ję­te ze skry­tek. Iden­tycz­na tecz­ka, wy­pcha­na po brze­gi, sta­ła pod drzwia­mi, jak­by nie mo­gła się do­cze­kać, by opu­ścić to nie­for­tun­ne po­miesz­cze­nie.

– Za­pła­ci pan za to – wy­ce­dził Ro­twand. – Mam zna­jo­mo­ści w po­li­cji. Nie zdo­ła pan umknąć.

Men­tor ro­ze­śmiał się we­so­ło. Ro­zu­miał fru­stra­cję pre­ze­sa. Nie dzi­wił się jej. Gdy­by był na jego miej­scu, za­pew­ne re­ago­wał­by po­dob­nie. Moż­li­we, że klął­by na czym świat stoi.

– Ży­czę suk­ce­sów, i mó­wię to bez zło­śli­wo­ści. Pierw­sza run­da na­le­ża­ła do mnie, dru­giej go­spo­da­rzem bę­dzie pan i pań­scy umun­du­ro­wa­ni przy­ja­cie­le – od­parł.

– To nie jest żad­na gra, pro­szę pana – wark­nął Ro­twand. – Gra za­kła­da uczci­we za­sa­dy. A pan i pań­ska ban­da je­ste­ście tyl­ko zwy­kły­mi kry­mi­na­li­sta­mi.

Men­tor nie za­re­ago­wał. Nie miał zwy­cza­ju od­po­wia­dać na obe­lgi, kie­dy nie przy­no­si­ło to żad­ne­go zy­sku. Cy­gan za­trza­snął tecz­kę, po czym wy­pro­sto­wał się.

– Go­to­we – mruk­nął.

– Do­sko­na­le – od­parł Men­tor, po czym po­now­nie ode­zwał się do pre­ze­sa: – Mu­si­my już iść. Bar­dzo panu dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas.

Ro­twand prych­nął. Uznał sło­wa swe­go ad­wer­sa­rza za osten­ta­cyj­ną iro­nię i nie za­mie­rzał wda­wać się w nie­mą­dre po­le­mi­ki. Nie miał po­ję­cia, że źle oce­nił sy­tu­ację: Men­tor mó­wił szcze­rze.

Cy­gan wziął obie tecz­ki w ręce, stęk­nął ci­cho pod ich cię­ża­rem, po czym opu­ścił po­miesz­cze­nie skarb­ca. Men­tor wy­cią­gnął z kie­sze­ni klucz.

– Z oczy­wi­stych przy­czyn nie mó­wię do wi­dze­nia, pa­nie pre­ze­sie – rzekł, po czym wy­szedł.

Za­trza­snął drzwi i za­mknął je na klucz, któ­ry na­stęp­nie scho­wał do kie­sze­ni. Po kil­ku kro­kach do­go­nił Cy­ga­na. Obaj we­szli po scho­dach i zna­leź­li się na par­te­rze.

Krüger stał na­dal po­środ­ku sali ope­ra­cyj­nej, sy­tu­acja zmie­ni­ła się jed­nak o tyle, że w po­miesz­cze­niu przy­był je­den czło­wiek. Odźwier­ny le­żał na mar­mu­ro­wych pły­tach pod­ło­gi i krwa­wił ob­fi­cie z roz­cię­te­go czo­ła. Men­tor ob­rzu­cił go szyb­kim spoj­rze­niem. Pra­cow­nik ban­ku naj­wy­raź­niej mu­siał wsa­dzić nos w nie swo­je spra­wy. No cóż, jego pro­blem: si­niak bę­dzie wi­docz­ny co naj­mniej przez dwa ty­go­dnie, a bóle gło­wy ustą­pią tyl­ko tro­chę wcze­śniej. Bywa i tak.

– Go­to­we? – za­py­tał Krüger.

– Tak. Po­że­gnaj się i ucie­ka­my – od­parł Men­tor.

– Pa­mię­ta­cie, co po­wie­dzia­łem? – krzyk­nął Krüger, ad­re­su­jąc py­ta­nie do per­so­ne­lu i klien­tów. – Pięć mi­nut bez ru­chu. Po­tem mo­że­cie wzy­wać po­mo­cy.

Żad­na z ze­bra­nych w sali osób nie tyl­ko nie od­po­wie­dzia­ła, ale na­wet nie drgnę­ła.

Krüger ru­szył ty­łem. Mi­nął drzwi sali ope­ra­cyj­nej i za­mknął je od ze­wnątrz na za­su­wę, po czym od­wró­cił się i po­biegł śla­dem to­wa­rzy­szy. Kil­ko­ma sko­ka­mi po­ko­nał scho­dy. Men­tor wrzu­cał wła­śnie tecz­ki do sa­mo­cho­du, a Cy­gan za­bie­rał się do otwie­ra­nia bra­my. Krüger opu­ścił pi­sto­let ma­szy­no­wy na pa­sek, ale nie tra­cił cza­su na cho­wa­nie go pod płasz­czem. Pod­biegł do wrót, po czym przy akom­pa­nia­men­cie za­rdze­wia­łe­go zgrzy­ta­nia od­cią­gnął so­lid­ne sta­lo­we za­su­wy. Rów­no­cze­śnie szarp­nę­li za rę­ko­je­ści. Po­tęż­ne, trzy­me­tro­wej wy­so­ko­ści odrzwia uchy­li­ły się z hur­go­tem. Cy­gan wyj­rzał na uli­cę i w cią­gu ułam­ka se­kun­dy zro­zu­miał, że ak­cja nie za­koń­czy się zgod­nie z pla­nem.

– Stać! – usły­szał.

Pierw­szy po­li­cjant był nie da­lej jak o dzie­sięć kro­ków i ce­lo­wał do nie­go z re­wol­we­ru. Po­zo­sta­li dwaj bie­gli nie­co z tyłu, ale rów­nież mie­li w rę­kach broń.

Sto­ją­cy w bra­mie Krüger nie usły­szał do­kład­nie tre­ści okrzy­ku, ale wro­dzo­ny in­stynkt dra­pież­ni­ka pod­po­wie­dział mu, że po­ja­wi­ło się nie­bez­pie­czeń­stwo i jest bar­dzo bli­sko. Opadł na czwo­ra­ki i wyj­rzał ostroż­nie na uli­cę, metr po­ni­żej li­nii wzro­ku ewen­tu­al­ne­go na­past­ni­ka. Zo­ba­czył pierw­sze­go po­li­cjan­ta oraz jego dwóch bieg­ną­cych pod ścia­ną bu­dyn­ku ko­le­gów, do­strzegł, że Cy­gan, choć spo­koj­ny jak za­wsze, po­bladł moc­no, pew­ny, że w żad­nym wy­pad­ku nie zdą­ży się­gnąć ani po re­wol­wer, ani po broń, któ­rą po­słu­gi­wał się po sto­kroć wpraw­niej niż re­wol­we­rem – nóż o pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wym ostrzu, tkwią­cy w skó­rza­nej ka­bu­rze przy pa­sku.

Krüge­ro­wi prze­mknę­ła przez gło­wę myśl, że je­śli spóź­ni się z in­ter­wen­cją o se­kun­dę lub dwie, tra­pią­cy go od wie­lu lat dy­le­mat zo­sta­nie roz­wią­za­ny. Men­tor z pew­no­ścią nie bę­dzie miał do nie­go pre­ten­sji: trzej uzbro­je­ni, go­to­wi do ak­cji prze­ciw­ni­cy mie­li prze­wa­gę li­czeb­ną, więk­szą siłę ognia i dzia­ła­li z za­sko­cze­nia.

Wszyst­ko ro­ze­gra się w cią­gu kil­ku se­kund i nikt ich po­tem nie od­two­rzy w praw­dzi­wym kształ­cie. Cy­gan z pew­no­ścią nie pod­da się bez wal­ki. Się­gnie po nóż i choć jest ar­ty­stą, nie zdą­ży. Po­li­cjant na­to­miast na­ci­śnie spust i, o ile nie po­nio­są go emo­cje, tra­fi. Krüger nie mar­twił się o sie­bie. Miał dość cza­su, by cof­nąć się nie­co, się­gnąć po Berg­man­na i spra­wie­dli­wą se­rią ob­dzie­lić wszyst­kich trzech po­li­cjan­tów. Po­nie­wcza­sie. Wie­dział, że nie spu­dłu­je: w prze­ci­wień­stwie do Cy­ga­na strze­lał co naj­mniej na po­zio­mie, na ja­kim Cy­gan po­słu­gi­wał się no­żem. Pod tym wzglę­dem ide­al­nie się uzu­peł­nia­li, pa­so­wa­li do sie­bie jak pięść do rę­ka­wi­cy bok­ser­skiej, za­mek do ka­ra­bi­nu, pił­ka do ra­kie­ty te­ni­so­wej.

Pod in­ny­mi…

20 lip­ca 1907, oko­li­ce Wy­szko­wa nad Bu­giem

Krüger ba­wił się nad brze­giem rze­ki, ubra­ny wy­łącz­nie w krót­kie lnia­ne por­t­ki, któ­re co chwi­la pod­cią­gał nie­cier­pli­wym ru­chem. Miał po­dra­pa­ne ko­la­na i po­si­nia­czo­ne ręce, ale cie­szył się – na­resz­cie nie­dzie­la, dzień wol­ny od mor­der­cze­go, wie­lo­go­dzin­ne­go tre­nin­gu, któ­re­mu był pod­da­wa­ny w cią­gu po­zo­sta­łych dni ty­go­dnia. Jego wy­ma­ga­ją­cy na­uczy­ciel, sta­ry Zda­now­ski, nie miał wła­snych dzie­ci, a swo­ich uczniów zwykł trak­to­wać ostro. Oszczęd­nie chwa­lił suk­ce­sy, ni­g­dy nie pusz­czał pła­zem po­ra­żek, a nie­po­słu­szeń­stwo czy nie­sub­or­dy­na­cję ka­rał bar­dzo su­ro­wo. Krüger bał się go jak ognia i po­dzi­wiał jed­no­cze­śnie. Gdy ty­dzień miał się ku koń­co­wi, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał wol­ne­go dnia. Po mor­der­czym wy­sił­ku czuł każ­de ścię­gno i każ­dy mię­sień, całe cia­ło bo­la­ło go, wo­ła­jąc o od­po­czy­nek. Nie­dzie­la była inna: nie mu­siał zry­wać się sko­ro świt, a po­tem mógł ro­bić, co du­sza za­pra­gnie.

Krüger spał jed­nak nie­wie­le dłu­żej niż nor­mal­nie: nie prze­pa­dał za wy­le­gi­wa­niem się w łóż­ku. Więk­szość cza­su spę­dzał nad rze­ką. Tam mógł po­my­śleć o róż­nych spra­wach i przy­go­to­wać się do tru­dów nad­cho­dzą­ce­go ty­go­dnia albo, co lu­bił jesz­cze bar­dziej, po­roz­ma­wiać z Ewe­li­ną z dala od wścib­skich oczu Cy­ga­na.

Te­raz po­chło­nię­ty był ob­ser­wa­cją ma­łe­go drew­nia­ne­go sta­tecz­ku, któ­ry ro­bił przez ostat­nie dwa ty­go­dnie. Wy­sta­rał się o dłu­gi na kil­ka me­trów moc­ny sznu­rek, przy­wią­zał do nie­go mały ka­dłub, po czym pu­ścił go na wodę. Sta­te­czek miał ten­den­cję do prze­chy­la­nia się w pra­wo, ale poza tym pły­nął bar­dzo do­brze na­pę­dza­ny le­ni­wym prą­dem za­ko­la rze­ki. Krüger tak bar­dzo za­jął się spra­wo­wa­niem kon­tro­li nad swym dzie­łem, któ­rym za­mie­rzał po­chwa­lić się przy­ja­ciół­ce, że nie usły­szał do­bie­ga­ją­cych zza ple­ców lek­kich, jak­by nie­pew­nych kro­ków.

Ślicz­na jak ob­ra­zek rów­no­lat­ka Krüge­ra, o za­dar­tym no­sku, por­ce­la­no­wej skó­rze i wło­sach opa­da­ją­cych wzbu­rzo­ny­mi ka­ska­da­mi nie­mal do pasa, szła ostroż­nie wy­dep­ta­ną ścież­ką w stro­nę rze­ki. Dróż­ka do­cho­dzi­ła do wody, po czym za­krę­ca­ła gwał­tow­nie, by za chwi­lę ła­god­nie opaść na nie­wiel­ką piasz­czy­stą pla­żę, na któ­rej Ewe­li­na zwy­kła była pod­czas nie­dziel­nych po­po­łu­dni do­trzy­my­wać Krüge­ro­wi to­wa­rzy­stwa.

Nie wy­czu­ła nie­bez­pie­czeń­stwa – jej in­stynkt, któ­ry póź­niej roz­wi­nę­ła w nad­zwy­czaj­ny spo­sób, wte­dy nie był jesz­cze zbyt sil­ny – i po­tknę­ła się o gru­bą, le­żą­cą w po­przek ścież­ki ga­łąź. Mach­nę­ła w po­wie­trzu rę­ko­ma, ale nie uda­ło jej się utrzy­mać rów­no­wa­gi. Krzyk­nę­ła, kil­ka­krot­nie prze­ko­zioł­ko­wa­ła, ra­niąc się bo­le­śnie o ude­rza­ją­ce po od­sło­nię­tych rę­kach krza­ki, po czym z gło­śnym plu­skiem wpa­dła do wody.

Bug za­krę­cał w tym miej­scu, two­rząc ro­dzaj sze­ro­kiej za­to­ki. Głów­ny nurt biegł da­lej: przy brze­gu woda pły­nę­ła wol­no, nie­mal le­ni­wie, z wy­star­cza­ją­cą jed­nak pręd­ko­ścią, by wy­żło­bić ko­ry­to do głę­bo­ko­ści pół­to­ra me­tra, co dla nie­umie­ją­cej pły­wać nie­speł­na sied­mio­let­niej dziew­czyn­ki sta­no­wi­ło nie­mal śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Krüger usły­szał roz­pacz­li­wy krzyk, a za­raz po­tem gło­śny plusk wpa­da­ją­ce­go do wody cia­ła. Od­wró­cił się gwał­tow­nie, pusz­cza­jąc sznu­rek przy­mo­co­wa­ny do stat­ku. Pięt­na­ście me­trów da­lej, nie­co w górę rze­ki, zo­ba­czył ko­tłu­ją­cy się kłąb ma­cha­ją­cych w po­wie­trzu rąk i ciem­nych wło­sów, któ­ry nim Krüger zdo­łał choć­by mru­gnąć, znik­nął pod po­wierzch­nią wody.

Ewe­li­na!

Krüger po­jął wszyst­ko w ułam­ku se­kun­dy. Bez wa­ha­nia od­bił się z obu nóg i wsko­czył do rze­ki. Szyb­ki­mi ru­cha­mi rąk wy­do­był się na po­wierzch­nię i za­czął pły­nąć pod prąd, ku miej­scu, gdzie znik­nę­ła dziew­czyn­ka. Bi­jąc z wście­kło­ścią wodę dłu­gi­mi, szczu­pły­mi ra­mio­na­mi, czuł na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę. Miał wra­że­nie, że po­su­wa się o wie­le za wol­no, w jego zmro­żo­nym przez strach mó­zgu czas roz­cią­gnął się do mon­stru­al­nych roz­mia­rów.

Zo­ba­czył ją chwi­lę póź­niej, na pra­wo, od­da­lo­ną o kil­ka me­trów. Wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię i wal­czy­ła. Ma­cha­ła rę­ko­ma, ale zno­wu na­pi­ła się wody. Krüger rzu­cił się w jej stro­nę. Kil­ko­ma sil­ny­mi ru­cha­mi nadał swe­mu wy­spor­to­wa­ne­mu cia­łu mak­sy­mal­ną pręd­kość i po chwi­li do­tarł do to­ną­cej. Nie miał po­my­słu, jak jej po­móc – był tyl­ko nie­speł­na sied­mio­let­nim chłop­cem. Usi­ło­wał zła­pać ją wpół, ale w tym sa­mym mo­men­cie po­czuł sil­ny cios w twarz. Ewe­li­na nie była już w sta­nie od­róż­nić za­gro­że­nia od po­mo­cy. Krüger za­chły­snął się rów­nież, ma­jąc roz­pacz­li­wą świa­do­mość, że nie może so­bie po­zwo­lić na­wet na se­kun­dę sła­bo­ści. Ewe­li­na go po­trze­bo­wa­ła, to był dla nie­go naj­sil­niej­szy im­pe­ra­tyw, ale jak mógł jej po­móc, gdy wal­czy­ła nie tyl­ko z ży­wio­łem, ale rów­nież z nim, trak­tu­jąc wro­go wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się wo­kół?

Mimo ca­łej siły i zręcz­no­ści Krüge­ra po­szli­by na dno obo­je, gdy­by do ak­cji nie wkro­czył ktoś jesz­cze.

Krüger usły­szał plusk, a za­raz po­tem chlu­pot wody prze­ci­na­nej przez pły­wa­ka. Zo­ba­czył przed sobą siwą gło­wę Zda­now­skie­go. Sil­ne mę­skie ra­mio­na szyb­kim ru­chem zła­pa­ły Ewe­li­nę w pa­sie. Dziew­czyn­ka nie bro­ni­ła się już. Zda­now­ski prze­wró­cił się na ple­cy, ob­jął moc­no szczu­płe cia­ło i szyb­ko pod­pły­nął do brze­gu. Wy­szedł na pla­żę, po czym po­ło­żył Ewe­li­nę na pia­sku. Nim Krüger do­pły­nął do brze­gu, dziew­czyn­ka zdą­ży­ła już otwo­rzyć oczy, klęk­nąć i za­cząć gwał­tow­nie kasz­leć, wy­plu­wa­jąc z sie­bie wodę.

Krüger opadł na ko­la­na tuż obok.

– Już do­brze – po­wie­dział. Po­gła­dził ją po ra­mie­niu. – Już do­brze.

Dziew­czyn­ka po­trzą­snę­ła gło­wą. Kro­ple wody na jej twa­rzy lśni­ły w bla­sku słoń­ca.

– Po­tknę­łam się – od­par­ła. – Je­stem taka nie­zdar­na.

– Nie je­steś – za­re­pli­ko­wał. A po­tem coś przy­szło mu do gło­wy. – Po­tknę­łaś się?

– Tak. Coś le­ża­ło w po­przek ścież­ki. Jesz­cze wczo­raj tego nie było.

Chło­piec pod­niósł wzrok. Gdzieś na gó­rze po­ru­szy­ły się krza­ki. Krüger mógł­by przy­siąc, że mi­gnę­ła w nich gib­ka syl­wet­ka Cy­ga­na. Wstał i chciał rzu­cić się w po­goń, ale Zda­now­ski zła­pał go za rękę.

– Zo­staw – po­wie­dział. – Sam się tym zaj­mę.

– Ja go za­bi­ję – po­wie­dział Krüger. Był w grun­cie rze­czy ma­łym dziec­kiem, ale to nie mia­ło zna­cze­nia. Ogar­nął go ka­mien­ny spo­kój i pew­ność sie­bie. Po­czuł ucisk w pier­siach. I dziw­ny, na­praw­dę dziw­ny chłód.

– Ni­ko­go nie za­bi­jesz.

– Za­bi­ję. Wbi­ję mu nóż w ser­ce.

– Nie. – Zda­now­ski wstał. Ewe­li­na na­dal klę­cza­ła na pia­sku. Ko­lo­ry po­wo­li wra­ca­ły jej na po­licz­ki.

– Zo­staw, Wi­lek – po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem. – Po pro­stu się po­tknę­łam.

– On to zro­bił – upie­rał się Krüger. – Po­ło­żył ga­łąź w po­przek ścież­ki, że­byś wpa­dła do wody. Spe­cjal­nie. I to nie pierw­szy raz. Za­bi­ję go.

– Na­praw­dę do­brze się czu­jesz? – za­py­tał Zda­now­ski Ewe­li­nę.

Dziew­czyn­ka kiw­nę­ła gło­wą. Chcia­ła się pod­nieść, ale po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu.

– Po­siedź jesz­cze chwi­lę – po­pro­sił. – A my z Wil­kiem pój­dzie­my na krót­ki spa­cer.

Krüger spoj­rzał na Zda­now­skie­go w zdu­mie­niu. Od­kąd pa­mię­tał, jego na­uczy­ciel i opie­kun ni­g­dy nie za­pra­szał go na żad­ne prze­chadz­ki.

Prze­szli przez pla­żę, po czym ru­szy­li ścież­ką w stro­nę wi­docz­nych w od­da­li za­bu­do­wań mia­stecz­ka. Po kil­ku kro­kach Zda­now­ski schy­lił się i pod­niósł z zie­mi dłu­gą, cięż­ką ga­łąź. Rze­czy­wi­ście le­ża­ła w po­przek ścież­ki. Nie mo­gła się na niej zna­leźć w spo­sób na­tu­ral­ny: naj­bliż­sze drze­wa znaj­do­wa­ły się co naj­mniej sto me­trów da­lej.

Zda­now­ski za­mach­nął się i wrzu­cił ga­łąź w krza­ki.

– To tyl­ko głu­pi żart – po­wie­dział w po­wie­trze.

Krüger po­krę­cił gło­wą. W pier­siach czuł co­raz więk­szy ucisk. I dziw­nie zna­jo­my, lo­do­wa­ty chłód.

– Nie – od­parł. – On to cią­gle robi. Nie­na­wi­dzi jej. Uwa­ża, że jest nie­zda­rą i tyl­ko nam prze­szka­dza. Za­bi­ję go.

– Ty nic nie zro­bisz – po­wie­dział Zda­now­ski ła­god­nie. – Ja z nim po­roz­ma­wiam. To do­bry chło­pak. Zro­zu­mie.

Krüger upar­cie po­krę­cił gło­wą. Miał za­ci­śnię­te usta, a w oczach coś, cze­go Zda­now­ski nie wi­dział ni­g­dy wcze­śniej. Sta­nął i zmu­sił Krüge­ra do za­trzy­ma­nia się. Spoj­rzał pro­sto w czar­ne, zim­ne oczy chłop­ca.

– Po­słu­chaj – po­wie­dział spo­koj­nie. – Zo­sta­wisz tę spra­wę…

– Nie…

– Po­słu­chaj i nie mów nic – po­wtó­rzył z na­ci­skiem Zda­now­ski. – Zo­sta­wisz Cy­ga­na w spo­ko­ju. Nie tyl­ko dla­te­go, że je­ste­ście ze­spo­łem i szko­lę was jako ze­spół. I nie tyl­ko dla­te­go, że tak ci każę. Daję ci jeść i dach nad gło­wą, a moja żona trosz­czy się o was. To mógł­by być wy­star­cza­ją­cy po­wód, byś bez dal­sze­go ga­da­nia speł­nił moje po­le­ce­nie. I nie dla­te­go rów­nież, że je­śli bę­dziesz pró­bo­wał ze­mścić się na Cy­ga­nie, będę cię mu­siał od­dać w ręce władz. Chcę, by­ście byli naj­lep­szy­mi akro­ba­ta­mi na świe­cie. Obaj. Jako ze­spół osią­gnie­cie wie­le i zwró­ci­cie mi kosz­ty, ja­kie w was pa­ku­ję. Jed­nak nie cho­dzi tyl­ko o pie­nią­dze.

Krüger ochło­nął nie­co. Sło­wa na­uczy­cie­la za­sta­no­wi­ły go. Zda­now­ski był obec­ny w jego ży­ciu, od­kąd pa­mię­tał, i ni­g­dy się nie za­cho­wy­wał w ten spo­sób. Sto­so­wał me­to­dy pro­ste i su­ro­we: krót­kie, tre­ści­we po­le­ce­nia i bez­względ­na eg­ze­ku­cja ich wy­ko­na­nia. Do­tkli­we kary i bar­dzo oszczęd­ne po­chwa­ły. I mor­der­cze ćwi­cze­nia, dzień w dzień. „Ma­cie ta­lent i grze­chem by­ło­by go zmar­no­wać” – ma­wiał, wy­ci­ska­jąc z nich siód­me poty.

– Więc dla­cze­go? – za­py­tał Krüger.

– Czy ro­zu­miesz, że nie jest winą Ewe­li­ny, że uro­dzi­ła się nie­wi­do­ma?

Zmia­na te­ma­tu była tak nie­spo­dzie­wa­na, że Krüger zdu­miał się, po raz ko­lej­ny tego dnia.

– Oczy­wi­ście – bąk­nął. Cóż tu było do ro­zu­mie­nia? Ona była inna i już. Ale to tym bar­dziej zna­czy­ło, że na­le­ża­ło ją trak­to­wać ina­czej niż wszyst­kich. Le­piej.

– Ona nie wy­glą­da na śle­pą, to lu­dzi myli – cią­gnął Zda­now­ski. – Wy­glą­da jak ślicz­na, nor­mal­na dziew­czyn­ka, tyle że bar­dziej za­my­ślo­na niż inne. Ale na­uczy się wszyst­kie­go, co po­trzeb­ne w ży­ciu.

– Wiem – po­wie­dział Krüger, po czym do­dał: – Dla­cze­go pan o to pyta?

– Lu­dzie tego nie ro­zu­mie­ją, a ty ro­zu­miesz, choć nie masz jesz­cze sied­miu lat. – Zda­now­ski zni­żył głos. – Nie za­sta­no­wi­ło cię ni­g­dy, dla­cze­go tak jest?

– Bar­dzo ją lu­bię. Roz­ma­wiam z nią. Ona też lubi ze mną roz­ma­wiać.

– No wła­śnie. Ona lubi cie­bie, a ty lu­bisz ją. My­ślę, że czu­jesz się za nią od­po­wie­dzial­ny. A ona trak­tu­je cię jak opie­ku­na. I cał­kiem słusz­nie.

– Nie ro­zu­miem.

Zda­now­ski na­brał po­wie­trza w płu­ca.

– Po­nie­waż Ewe­li­na jest two­ją sio­strą, Wil­ku. A ty je­steś jej bra­tem.

– Bra­tem? Ewe­li­ny? Ja? – Krüger po­czuł się tak zdez­o­rien­to­wa­ny, że nie był w sta­nie za­py­tać o nic wię­cej.

– Tak. Je­ste­ście ro­dzeń­stwem. Ro­zu­miesz te­raz, dla­cze­go nie mogę do­pu­ścić, byś zro­bił krzyw­dę Cy­ga­no­wi? Taki czyn nie­sie ze sobą kon­se­kwen­cje, któ­re kosz­to­wa­ły­by cię zbyt dużo. Przed wami całe ży­cie, a Ewe­li­na ma tyl­ko cie­bie. Nie może cię stra­cić.