Opis

Kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy? Piękna poetycka proza o poszukiwaniu korzeni.

Po śmierci mamy kilkunastoletnia Vanja postanawia wyjechać z Rio de Janeiro do Stanów, gdzie się urodziła, aby odnaleźć ojca. W towarzystwie byłego męża mamy Fernanda i sympatycznego chłopca z Salwadoru zanurza się w cudze wspomnienia, aby z ich okruchów ułożyć własną historię. Podczas tej podróży Vanja poznaje także niedawną burzliwą przeszłość Brazylii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziękowania

Uniwersytetowi w Nowym Meksyku, przede wszystkim prof. Davidowi Richardowi Jonesowi, i Uniwersytetowi Teksańskiemu w Austin, przede wszystkim prof. Soni Roncador. Za dom poza domem i za pomoc w pracy Leili Lehnen, Jeremy’emu Lehnenowi, Malcolmowi McNee i Erô Silvie. Również Taís Morais, Celinie Portocarrero, Cristinie Brayner i Giulii Gurevitz. I mojej agentce Nicole Witt.

wszyscy jesteśmy obcy

w tym mieście

w tym budzącym się ciele

Heitor Ferraz

Periplaneta americana

Rok rozpoczął się w lipcu. Miejsce było obce i dziwne. Pot spływał w środku, pod skórą – pociłam się, a ciało cały czas było suche. Zupełnie jakby powietrze stwardniało, zestaliło się, powietrze ze skały. Piłam wodę szklankami, aż miałam pełny i ciężki brzuch, ale ciągle było tak samo, suchy pot i kanciaste powietrze, i słońce z żądłami w każdym promieniu. Ani jednego podmuchu wiatru, żadnego tchnienia przynoszącego choć odrobinę ulgi, wciskającego się przez rozcięcia bluzki, podnoszącego rąbek spódniczki albo muskającego włosy obietnicą ocalenia.

W zamian nie zobaczyłam ani jednego karalucha.

Przybyszki amerykańskiej: Periplaneta americana. Czytałam kiedyś, że posiadły one zdolność samoregeneracji, w zależności od tego, jak bardzo zostały uszkodzone. Poznałam je z bardzo bliska, dzięki wspólnemu życiu i ich sławie (jedyne zdolne przetrwać nuklearną hekatombę itd.), dzięki niespodziewanym spotkaniom w kuchni i w korytarzu przy windzie towarowej. Na Copacabanie były wszędzie. Tam jednak karaluchów nie widziałam. Może nawet istniały i nauczyły się znosić kompletny brak wilgotności oraz surowość zimy, kiedy w końcu przychodziła. Były jednak znacznie bardziej dyskretne.

Miałam trzynaście lat. Mieć trzynaście lat, to jakby znaleźć się w zawieszeniu. W moim wypadku jeszcze bardziej podkreślał to fakt, że rzeczywiście znalazłam się w zawieszeniu. W domu, który nie należał do mnie, w nie swoim kraju, w rodzinie człowieka samotnego, która mimo punktów przecięcia i dobrych chęci wcale nie była moja.

Bielały mi kostki palców, chciało się je drapać. To było dziwne. Wydawało się, że z wolna się przemieniam, jakbym przechodziła jakąś powolną mutację.

Może przepoczwarzałam się w jaszczurkę albo którąś z tych roślin, co to potrafią się plenić na pustyni. Może się zmineralizuję i stanę rzeką okresową, znikającą w popękanym łożysku podczas suszy, a potem wzbierającą i płynącą zupełnie niegroźnie, w zadowoleniu. Jakby jej własne życie nie było sezonowe i kruche.

Przez pierwsze miesiące zdarzało mi się myśleć, że to nie jest miejsce stworzone dla ludzi, nie bardziej niż dla karaluchów. A przecież już od trzynastu tysiącleci ludzie tam żyli, zmagając się z tym miejscem, na długo przed kopalniami złota czy srebra z dziewiętnastego wieku. Na długo przed Buffalo Billem.

Tamtego lipca, pierwszego miesiąca nowego roku, Fernando zabrał mnie na miejską pływalnię. Ludzie o jasnej skórze wylegiwali się na leżakach w nadziei na opaleniznę, która jakoś nie przychodziła, a kiedy już się zjawiała, jej zaczerwienienie było nazbyt oczywiste, była nazbyt rumiana.

Jak u innych Latynosów i jak u Indian, moja dość brązowa skóra już po godzinie na słońcu robiła się jeszcze bardziej brązowa. Nie wiedziałam, co robić z tą całą łatwą melaniną, frywolną, która całym sercem oddawała się słońcu, jakby była ochotniczką w egzotycznym rytuale ofiarnym.

Jakaś kobieta odezwała się do mnie, przechodząc obok mojego leżaka; powiedziała, że jestem bardzo ładnie opalona. Kiedy się uśmiechnęła, jej oczy zapadły się w fałdach tłuszczu na twarzy. Pomyślałam: ona wygląda jak puchowa poduszka. Miała jednoczęściowy strój kąpielowy ze spódniczką i drobne dłonie na końcu otłuszczonych rąk, ale kurczyła stopy, stąpając, jakby bała się nimi dotknąć ziemi. Chodziła, jakby ziemia ją raniła.

Pomyślałam o elegancji. To nie była elegancja. Może raczej niepewność w akcie chodzenia. Może tamta kobieta przypominała nam, że świat należy celebrować, że to nie jest żadna zabawa, że to bardzo poważna i niebezpieczna sprawa i że już samo deptanie ziemi nakłada na ciebie niewyobrażalną odpowiedzialność. A może po prostu tak chodziła i nie miało to nic wspólnego z odpowiedzialnością, i nikt zresztą nie miał z tym nic wspólnego.

Na basenie wynurzyłam się obok przystojnego mężczyzny z grubymi postronkami mięśni skręconymi na silnych ramionach, spojrzałam na niego z bliska i zauważyłam, że ma jasne rzęsy. Nie wiedziałam, że są ludzie o blond rzęsach. Piękny mężczyzna wymieniał uśmiechy i słowa (uśmiechów więcej niż słów) ze zgrabną dziewczyną o wymodelowanych brwiach.

Znowu zanurkowałam i otworzyłam oczy pod wodą, i zobaczyłam gąszcz nóg różnych kształtów, rozmiarów, odcieni i grubości. Macki lewiatana chlorowanej wody, falujące to tu, to tam, bez zamysłu ani synchronizacji.

Wcześniej, na Copacabanie, były: maciupeńkie bikini. Wystające pośladki. Ta czy owa kobieta polewająca sobie nogi wodą utlenioną, żeby mieć jasne włoski. W zależności od miejsca – dużo dzieciaków. W zależności od miejsca – trochę prostytutek. Muskularne ciała biegające w słońcu. Sflaczałe ciała biegające w słońcu. Obcisłe kąpielówki zarysowujące męską mosznę i zdradzające, po której stronie jest penis. Kiedy nie miałam nic lepszego do roboty, zabawiałam się tworzeniem statystyk – czy jest więcej mężczyzn z penisem po lewej czy może jednak po prawej.

Teraz, w Lakewood, były: wielkie bikini i jednoczęściowe stroje kąpielowe z materiałów, które czasem wybrzuszały się na tyłku. Mężczyźni w bermudach. Na skraju basenu ludzie jedli hamburgery z frytkami i popijali piwo i napoje w papierowych kubkach king size.

Wielkość rzeczy mnie zaskakiwała.

Bardzo są drogie? zapytałam Fernanda.

Nie, odpowiedział. Chcesz?

Powiedziałam, że nie. I podziękowałam, tak jak nauczyła mnie mama.

Rok rozpoczął się w lipcu. Niezupełnie wtedy, gdy funkcjonariusz biura emigracyjnego sprawdził mój amerykański paszport (który mnie identyfikował, ale z którym ja się jeszcze nie identyfikowałam). Rok rozpoczął się tydzień wcześniej, kiedy zadzwonił Fernando.

Tamtego dnia miałam już spakowaną swoją jedyną walizkę. Zebrałam w niej wszystko, co było ważne, a pakując się, odkryłam, że kategoria Ważne jest nieostra. Nie utrzymuje się. Wspomnienie obranej cebuli. Człowiek tak sobie wyobraża cebulę, choć naprawdę niekoniecznie musi ona mieć coś wspólnego z prawdziwą cebulą. Łzy przy krojeniu cebuli pojawiają się na samym końcu skomplikowanego łańcucha enzymów, gazów, zakończeń nerwów i gruczołów, jak Mrs. Mojo wyjaśniła w swoim czasie w szkole (tego samego dnia, kiedy Mrs. Mitchell ujawniła, że pizza została wynaleziona w Chicago).

Niemal wszystko, co było ważne, przestawało takie być w konfrontacji z ostrym spojrzeniem, spojrzeniem rzucanym na serio.

Patrzyłam na swoje rzeczy.

Na te już przeczytane książki: przecież nie będę ich znowu czytać, nie? Czy miałoby sens wlec ze sobą tę kolekcję papierowych równoległościanów w kolorowych okładkach, jakby były zwierzątkami domowymi, głupawymi szczeniaczkami, jeszcze trochę ślepymi, którymi trzeba się opiekować do końca życia?

Te dwie pary tenisówek: jedna obcierała mi piętę, były ładniejsze od tych drugich, ale mnie obcierały. Konfrontacja piękna z przydatnością może być przytłaczająca. I użyteczność niewygodnych tenisówek, coś dobrze ukrywanego i nietrwałego. Poza tym zawsze jest na świecie ktoś ze stopami trochę innymi od moich – delikatniejszymi, bez tej kości wystającej z boku. Ta osoba byłaby Kopciuszkiem pary moich najśliczniejszych tenisówek i musiałabym tylko pożegnać się z nimi, i życzyć im, żeby żyły długo i szczęśliwie.

Te cztery pary kolczyków, z których tak naprawdę lubiłam tylko trzy, ale używałam dwóch, a nawet nie potrzebowałam tylu, bo mam przecież tylko jedną parę uszu: lepiej oddać trzy z czterech par kolczyków komuś próżniejszemu niż ja w czasie i przestrzeni i z planami mniej migracyjnymi niż moje. Choćby dlatego, że im mniej ma się kolczyków, tym mniej ich człowiek gubi. Gdybym zostawiła tę parę w uszach przez dzień i noc, byłaby duża szansa, że towarzyszyłyby mi przez długi czas, wszak na szczęście uszy to nie nogi, a kolczyki to nie buty.

Pluszaki? Są naprawdę głupie, bezużyteczne wylęgarnie roztoczy. Mogłabym je ofiarować jakiemuś głupawemu dziecku, bezużytecznemu, więc roztocza byłyby dla niego jak znalazł.

I tak dalej.

Lekkie ubrania, dziewięćdziesiąt procent mojej szafy, mogłyby się przydać tylko przez część roku. Zimowa odzież byłaby niewystarczająca zimą: dres na temperatury poniżej zera?

No ale jakie tak naprawdę są temperatury poniżej zera? Otwierałam zamrażalnik w lodówce Elisy, zamykałam oczy i wdychałam świat frost free, starałam się to sobie wyobrazić. Minus dwadzieścia? Odczuwanie ciepła w minus trzydziestu? Czy to prawda, że nos i uszy mogą zamarznąć i odpaść? A czubki palców? (Ostatnio, wiele lat po tej osobistej refleksji o tajemnicy temperatur poniżej zera, odkryłam w plotkarskim czasopiśmie „Papo de Homem”, że są rzeczy znacznie gorsze i że ludzie wspinający się na Everest muszą stawić czoło minus siedemdziesięciu stopniom. Dowiedziałam się tego z kolumny podpisanej przez człowieka, który określa siebie jako zagorzały kibic Flamengo, który gra na perkusji, kocha piwo i kobiety – w tej kolejności – a w wolnych chwilach jest lekarzem. W innych działach „Papo de Homem” mogłam też przeczytać: Koniec sporu: dlaczego kobiety zawsze chodzą do toalety parami. Rady, jak dobierać wino na sylwestra. Jak inwestować w nieruchomości szybciej, niż wydawało ci się możliwe).

Ile masz par butów? zapytała Elisa.

Dwie, te dwie pary tenisówek, ale jedne mnie obcierają.

Elisa westchnęła. Jaki masz numer buta?

Trzydzieści sześć.

Poszła do pokoju i wróciła z parą butów ze sztucznej skóry, na całkiem wysokim obcasie.

Weź te, to numer trzydzieści siedem, ale będą ci pasować. Na wypadek gdyby ci się przytrafiła jakaś okazja i nie wypadałoby iść w tenisówkach.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakąż to okazję mogłabym mieć. Fernando pracował jako ochroniarz w bibliotece publicznej. W wolnym czasie dorabiał sprzątaniem. Nie był żonaty i nie miał dzieci. Nie potrafiłam wymyślić żadnej specjalnej okazji, która mogłaby zaburzyć jego rutynę. Mimo to Elisa, przyrodnia siostra mojej mamy, chciała, żebym zabrała buty na obcasie.

Nigdy nic nie wiadomo, powiedziała.

Rok skończył się w lipcu i następny rozpoczął się w lipcu, ale nie łączyły się z sobą. Pomiędzy jednym i drugim było dwanaście miesięcy poza kalendarzem. Mniej więcej tak jak te dziesięć dni – wyrwanych z października przez papieża Grzegorza XIII przy tworzeniu kalendarza, którym wszyscy się teraz posługujemy – przynajmniej my: ja, Elisa, moja mama, kiedy jeszcze żyła, i funkcjonariusz biura imigracyjnego na lotnisku w Atlancie, i kobieta w stroju kąpielowym ze spódniczką na basenie w Lakewood, a także mężczyzna z jasnymi rzęsami oraz jego zgrabna towarzyszka i ich uśmiechy pełne wyczuwalnej seksualnej treści, i ich kolana dotykające się pod wodą. Uczyłam się o Grzegorzu XIII i jego kalendarzu w szkole, zaliczał się do tej serii wiadomości, które mnie wydawały się przypadkowe, a które oni przekazywali podczas wlokących się godzin zmieniających się w tygodnie, które przechodziły w miesiące, te zaś stawały się kolejnym rokiem szkolnym. Nie wiem, co takiego zrobił papież z tymi dziesięcioma ukradzionymi dniami. Być może trafiły do tego samego niemiejsca, dokąd udało się tych dwanaście miesięcy, podczas których mieszkałam z Elisą, zwieńczonych pakowaniem walizek, albo raczej walizki, i likwidowaniem pozostałości. W pewnej chwili, pod koniec tych dwunastu miesięcy, włożyłam do walizki najważniejsze rzeczy, już niewiele wybranych, i czekałam na telefon od Fernanda.

Nigdy nie włożyłam butów, które dała mi Elisa. Tak naprawdę wcale mi się nie podobały, złota sprzączka w rogu. Poza tym były na mnie naprawdę za duże, gdy przysuwałam palce do przodu, pomiędzy piętą i napiętkiem tworzyło się puste miejsce długości centymetra. Kiedy chodziłam, stopa się unosiła i obcas podążał za nią z pewnym przesunięciem, jak w kapciach.

A na dodatek nie było dla mnie wcale ważne, żeby mieć buty na obcasie. Nie było to dla mnie ważne w wieku trzynastu lat, a i teraz, w wieku dwudziestu dwóch też nie, tak więc buty Elisy wciąż stoją w szafie nietknięte. No i w wieku dwudziestu dwóch lat nadal noszę rozmiar trzydzieści sześć.

Lakewood, Kolorado. Dziwne miejsce. Ale mnie nie przeszkadzała jego dziwność, dlatego że te przedmieścia Denver dla mnie miały znaczenie czysto użytkowe. Były czymś, czym się posługiwałam, żeby osiągnąć cel. Mostem, rytuałem, hasłem, które podaje się przy drzwiach i czeka, aż się otworzą, stukając butami o chodnik, rozglądając się dla samego tylko rozglądania. Bycie tam było tranzytowe i jedno nie miało żadnego znaczenia dla życia drugiego: ani ja dla Lakewood, ani ono dla mnie.

Sama w domu w pierwsze popołudnia patrzyłam przez okno i widziałam ogrom nieba postrzępionego górami na zachodzie. Było trochę zieleni, owszem, ale tak mało, że dla mnie się nie liczyła. W moim rozumieniu zieleń albo jest bujna i gęsta, albo nie jest zielenią. Ignorowałam te rachityczne roślinki z pustyni. Drzewa na ulicy wydawały się niepotrzebne, były wynikiem jakiejś nieudanej próby udowodnienia czegoś nieudowadnialnego albo też połykało je powietrze, przestrzeń je połykała.

Wcześniej byłam przyzwyczajona do spacerowania pod drzewami. Przechodziłam wąskimi i brudnymi uliczkami Copacabany i wybrzuszonymi chodnikami pod całorocznymi dachami drzew. Teraz, w tym półpustynnym mieście, ulice były szerokie i czyste, i bez cienia.

Wcześniej panowało rozpasanie tropików, około osiemdziesięciu procent wilgotności powietrza. Doskonałe dla karaluchów. Karaluchy były bardzo szczęśliwe w Rio de Janeiro, to przytulne i łatwe do życia miejsce. Teraz ta wartość wynosiła mniej więcej trzydzieści procent.

Panował też upał, bez wody, sterylny, wysuszający ciało, więc moja skóra wyglądała jak papier. Używaj dużo kremu, powiedziała mi jakaś kobieta w samolocie. Kremowałam się trzy, cztery razy dziennie. Całe ciało, twarz i usta. W nocy oddychanie sprawiało ból.

Człowiek w końcu się przyzwyczaja, zauważył Fernando.

Fernando się na tym znał. Na tym, że w końcu się przyzwyczajasz. Po jakimś czasie mogłam patrzeć na niego i widzieć człowieka-który-się-przyzwyczaja.

Dawał radę pracować w polu w São João do Araguaia, w stanie Pará, potrafił przeżyć nawet za barem w londyńskim pubie i w suchym powietrzu Lakewood w stanie Kolorado. Mógł przeżyć całe armie i połowiczne miłości. Kobiety, które znikały. Kobiety, dla których on musiał zniknąć. Przechodzenie przez granice i ideologie. Potrafił nawet przeżyć mnie i moje nagłe zmartwychwstanie, wyskoczenie z pudełka-niespodzianki, jak te pajace ze sprężyną przyczepioną do szyi. I umiał powiedzieć nie ma problemu, tak jak powiedział. Na tym zasadzała się ta odrobina jego heroizmu.

Zauważyłam też, że suche powietrze przynosi również pewne korzyści. Mogłam na przykład rzucić zwinięty ręcznik w kąt po kąpieli i jak w Rio de Janeiro wilgoć przez jakiś czas by się utrzymywała, żeby potem zmienić się w brzydki zapach i na koniec pleśń, w tym lubieżnym kompromisie z życiem, w tej przytłaczającej eksplozji płodności i męskości tropików (jak w słowach hymnu: niż ziemia strojna nasze uśmiechnięte pola mają więcej kwiatów, nasze lasy mają więcej życia, a nasze życie więcej miłości), w Kolorado wilgoć nagle ulatywała do nieba, już jej nie było, i ręcznik wysychał i sztywniał w pozycji, w jakiej został rzucony, udawał posąg.

W Copacabanie, Rio de Janeiro, były karaluchy, migdałowce, komary, przypływy, gołębie. Kościoły. Supermarket Mundial. McDonald’s. W Lakewood, Kolorado, były króliki, pieski preriowe, kruki. Kościoły. SuperTarget. McDonald’s.

Postanowiłam być absolutnie odważna, niepokonana. Jakie stanie się moje życie, szczęśliwe bądź nieszczęśliwe albo nieznane, zależało wyłącznie ode mnie. Poza tym te kategorie wydawały się tak mało godne zaufania jak rozlazła idea rzeczy ważnych, z którą się zetknęłam, pakując walizkę. Miałam zrobić to, co należało zrobić i, cokolwiek by mówić, suchy nos w nocy nie mógł wzbudzić we mnie czarnych myśli. Zupełnie nie. Moja sytuacja była kostna, była z gatunku strukturalnych, bez ciała, bez lukru. Mieściłam się w ciele trzynastolatki, a wszystkie moje dobra materialne mieściły się teraz w jednej dwudziestokilogramowej walizce. I wszystko działo się pod wpływem rzekomego cienia przeszłości – cienia w południe, którego nie widzisz, ale można go przechowywać w tajemnicy, w gotowości, żeby zaczął się prześlizgiwać po ziemi, gdy tylko planeta troszeczkę obróci swój profil.

Ogólnie niewiele robiłam podczas tych swoich pierwszych dni w Kolorado. Gapiłam się przez okno na ulicę, a ulica gapiła się na mnie, bez zainteresowania. Obie ziewałyśmy. Unikałam patrzenia w lustro. Kopał mnie prąd, gdy dotykałam klamek. Sprzątałam, co można było posprzątać w domu, i uważałam to za swego rodzaju odwzajemnienie, choć niewystarczające, za przyjęcie mnie, jak wtedy, gdy z łaski mieszkałam kątem u Elisy.

Zostałam poinstruowana, jak używać pralki, suszarki, zmywarki do naczyń, kuchenki mikrofalowej i kuchenki elektrycznej (trzeba BARDZO uważać, używając kuchenki elektrycznej, Fernando powtórzył to trzy razy, a ja w myślach powiedziałam ja pierdolę Fernando, nie jestem głucha ani durna).

W jakimś kącie leżały używane wrotki i kiedy na niebie pojawiały się strzępy chmur, i żar nie był tak ostry, wychodziłam pojeździć po okolicy. Codziennie o jedną przecznicę dalej. Poszerzałam swój krąg wpływu. Zaznaczałam swoje terytorium, które do mnie nie należało, jak pełne dobrych intencji, pomylone zwierzę znaczyłoby teren swoimi płynami ustrojowymi. Robiąc to tylko po to, żeby robić. I drzew ciągle mało, zawsze niskich i rachitycznych, nawet jeśli takie nie były, bo szerokie ulice i puste przestrzenie, i niebo, to aroganccy bogowie zmuszali je wyciągniętym palcem do zwiędnięcia.

Po raz pierwszy w życiu zdałam sobie sprawę ze względnej wielkości rzeczy. W tym miejscu wszystko stawało się małe. Nawet kiedy Fernando zabrał mnie na spacer po bogatych przedmieściach na południe od Denver. Ogromne domy o dwóch, trzech kondygnacjach były pomalowane na neutralne kolory i stały spokojnie i sennie jak ciasta wystawione na ladzie ogromnej cukierni. Po jakimś czasie wydało mi się to trochę niebezpieczne, było jak powtarzający się koszmar, w którym nic się nie dzieje naprawdę, ale gdzie w nieruchomym powietrzu wisi coś makabrycznego, w braku przechodniów, w konformizmie trawników, które były jak fałszywe uśmiechy, w krzakach w kształcie żołędzia, udomowionych, cyrkowych.

Minął nas człowiek na rowerze w koszulce o krzykliwych kolorach. Mięśnie jego ud uginały się pod obcisłym materiałem czarnych spodenek z wkładką ochronną na tyłku. Miał spiczasty kask z malutkim lusterkiem wstecznym. Nigdy nie widziałam kasku z lusterkiem wstecznym.

Wydało mi się dziwne, że nikt nie chodzi po ulicy. Pomyślałam o świecie postapokaliptycznym, gdzie powietrze jest niezdrowe i ludzie muszą się chronić, przeskakują szybko jak piłeczki pingpongowe pomiędzy wnętrzami domów, samochodów i centrów handlowych.

Wydało mi się dziwne, że sklepy, wszystkie ogromne, są odwrócone plecami do ulic (być może to wyjaśnia, dlaczego ludzie tam nie wchodzili) i otwierają brzuchy parkingów z zaznaczonymi wolnymi miejscami i mnóstwem samochodów sportowo-użytkowych.

Starałam się policzyć pomieszczenia w domu, kierując się liczbą okien – te domy miały pewnie po sześć, siedem, osiem pokojów.

Ale nawet tam za dużo było nieba rozciągającego się ponad człowiekiem i zasadniczo płaską ziemią, która na zachodzie wpadała na alpejskie partie Gór Skalistych, wznoszące się na ponad cztery tysiące metrów, a reszta róży wiatrów rozciągała się monotonnie przez pozostałą część stanu do Nebraski i Kansas albo Oklahomy, na południe do Nowego Meksyku, a na północy do Wyoming. Niesłychane nazwy, których historię i znaczenie starałam się wyssać ze wspólnej pamięci.

Płaska, gładka, sucha, nudna, pylista, jednorodna, ciągła, nieprzerwana, męcząca, bez sensu: takie było moje pierwsze wrażenie na temat tej równiny w następnych miesiącach. Dyktatura przestrzeni, nieskończoność ziemi na prawo, nieskończoność gór na lewo, przykrywająca wszystko nieskończoność nieba.

Rezydencji bogatych przedmieść Denver nie można było nie uznać za żałosne w ich pragnieniu konkurowania z przestrzenią. Te siedem pokojów czy ile ich tam było, dziesięć, dwadzieścia, nic nie znaczyło. Patrząc z wysoka, w swojej części zachodniej, góry umierały ze śmiechu na to wszystko. Góry umierały ze śmiechu nawet na widok budynków w centrum Denver. Kiedy wysiadasz na lotnisku międzynarodowym, centrum miasta jest niewielką grudką o wielkości szklanej kulki. W środku ginęły drapacze chmur, które nie drapały żadnych chmur, bo niebo Kolorado jeszcze nie pozwoliło się podrapać ludzkimi rękami z betonu: 56 pięter Republic Plaza, 52 wieżowca Qwest (gdzie na szczycie można było zobaczyć napis: Qwest), 50 budynku w kształcie kasy fiskalnej. Żadne z nich nie miały najmniejszego znaczenia. Nawet rezydencje ani budynki, ani pola golfowe sztucznie zieleniejące pośród niemal pustynnej jałowości. Rzeczywistość posługiwała się zupełnie inną skalą.

Może dlatego wrażenie, obecne u mnie od pierwszego dnia, że tam niebo jest znacznie niższe – a mimo to tak odległe od drapaczy chmur, istniejących i tych z przyszłości. Gdy tylko wychodziłam z grzecznej gęstości śródmieścia Denver, zaraz pojawiała się ta ogromna samotność i deptała wszystko, co istnieje, ciało, metal, liść, pień, kamień. Samotność narzucona przez przestrzeń. Samotność rozproszonych atomów, rzeczy brakujących na półce w supermarkecie.

Tracisz trochę pewność siebie, kiedy stajesz z tym oko w oko. A przez kilka pierwszych tygodni, kiedy wychodziłam z domu, żeby jeździć na wrotkach, małe domki wydawały mi się skromniejsze i bardziej odpowiednie, jakby kłoniły głowy, i tam wydawało się, że ludzie, gdy się do mnie uśmiechają i pozdrawiają mnie, dzielą ze mną odrobinę tę samotność. Jakby ich uśmiechy mówiły: naprawdę, no nie?

W tamtych dniach, żądna informacji, przeczytałam, że cały stan Kolorado ma mniej ludzi niż miasto Rio de Janeiro. Wiedziałam jednak, że góry w Rio de Janeiro, chociaż z innych powodów, także śmieją się ze swojego miasta. Tamte tropikalne góry, gdzie wycięto już całe lasy. Góry wyrwane z ziemi nad samym morzem, po których wspina się miasto, wciąż wyżej i wyżej, i gdzie się buduje jak się da, z materiału, który akurat jest pod ręką, od czasu do czasu zawalało się coś od deszczu, ale odbudowywano to w miarę możliwości.

Góry nie dyskryminowały. Relacje tam były inne: miasto rosło na ich zboczach, zrzucało w dół kamienie. Przywodziło to na myśl historię opowiedzianą przez mamę, o greckim nieszczęśniku Syzyfie, który przez jakieś kłopoty (Grecy z mitologii ciągle coś wywijali: byli zadziornymi megalomanami) dostał od bogów taką karę, że musiał ciągle toczyć pod górę kamień, który potem spadał i trzeba go było wtaczać od nowa. Wyobrażałam sobie tych sadystycznych greckich bogów, jak przez wieki przyglądają się pracy Syzyfa; wyglądali jak grupka pań siedzących przy herbatce, śmierdzących słodkimi perfumami i przerzucających się komentarzami pełnymi lubieżności i gorzkiej frustracji na temat grzesznych zwyczajów młodego pokolenia. Z kawałkami ciasta przylepionego do zębów i nazbyt cienkimi brwiami.

Z gór Rio de Janeiro ludzie: skakali na lotniach, strzelali, patrzyli na resztę Rio de Janeiro w dole i na rozbijające się fale, które wyglądały jak równa wstęga białej piany.

Góry Rio de Janeiro śmiały się w swoim głębokim, intymnym związku z ziemią i skałami, i korzeniami, materią organiczną liści i martwych robaków, i porzuconych trupów, śmiały się z tego ludzkiego dramatu pełnego pożądania: kochają jedni drugich, zabijają jedni drugich, zrzucają kamienie, a przy smażeniu jajek to wszystko nie ma większego znaczenia. Czas gór jest inny, jego parametry też.

Może to wszystko zaczęło się przed trzynastoma tysiącami lat. A może tylko trzynaście lat temu. Skąd mogę to wiedzieć? Kto potrafi wsadzić palec w ranę, która w zasadzie nie jest raną (a wszyscy mają ważniejsze problemy). Kto potrafi porozmawiać z duchem Williama F. Cody’ego, starego Buffalo Billa – odwiedzając jego grób, ludzie mogli poczuć wietrzyk wiejący od wysokich szczytów, poczuć zapach sosen i obserwować dzikie zwierzęta w górach, wszystko to zaledwie o trzydzieści minut od centrum Denver. Coś widziałaś? Słyszałaś coś? Kto potrafi odczytać wiadomość z garści magicznego piasku w sanktuarium Chimayo, podczas gdy kobieta lamentowała pomóż mi, proszę, chociaż jednego dolara (to był jej biznes, tak jak tego mężczyzny, który ściągał koszulę i wybijał sobie bark, i szedł żebrać o pieniądze w środku nerwowego centrum Rio de Janeiro, na rogu Evaristo da Veiga i Rio Branco: ludzie odruchowo krzywili się, widząc jego kalectwo. Dawali mu drobne. Potem mężczyzna szedł na tyły Teatru Miejskiego i wstawiał bark na swoje miejsce). Dałabym tego dolara, o którego prosiła kobieta, a Fernando wzruszyłby ramionami, pytając cicho, jak mogę dać się na to nabierać, ale pieniądze były moje i problem też.

Świat nie był mi nic winien, to mi jednak nie przeszkadzało kroczyć źle i niechlujnie po drodze źle i niechlujnie wytyczonej, która nie miała żadnego znaczenia dla niczyjego życia i która mogła przebiegać, jak rzeczywiście przebiegała: na uboczu wszystkiego. Niemal niepostrzeżenie.

Ale powiedzmy, dla celów opowiadania, że wszystko się zaczęło na niej. Trzynaście lat wcześniej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Azul-corvo

Copyright © Adriana Lisboa, 2010.

By arrangement with Literarische Agentur Mertin Inh. Nicole Witt e. K., Frankfurt am Main, Germany and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Michał Pawłowski / www.kreskaikropka.pl

Fotografia na okładce: Jennifer Martin on Unsplash

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Kruczogranatowe, wyd. I, Poznań 2019)

ISBN 978-83-8062-713-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer