Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krucjata Starka - Jack Campbell

Sierżant Stark został wysłany w kosmos, by chronić amerykańską kolonię na księżycu. Jednakże rozkazy, które otrzymał skazywały ludzi na pewną śmierć. Dlatego sierżant stanął na czele buntu i walczy o coś więcej niż zwykłe przetrwanie.

Stark i jego żołnierze muszą zmagać się ze zautomatyzowanym wrogiem, niebezpiecznymi atakami na ich najsłabsze pozycje i podjąć ostateczną decyzję czy zaryzykować wszystko na rzecz walki z oponentem.

Ani księżycowa kolonia, ani ich przeciwnicy nie są w stanie kontynuować dłużej wojny... Któraś ze stron musi zwyciężyć.

Mocne zamknięcie doskonałej trylogii napisanej przez byłego oficera US Army

Opinie o ebooku Krucjata Starka - Jack Campbell

Fragment ebooka Krucjata Starka - Jack Campbell

Wszystkim znakomitym żołnierzom i przedstawicielom personelu cywilnego, z którymi miałem zaszczyt pracować przez tak wiele lat, a w szczególności starszemu bosmanowi sztabowemu Milamowi, komandorowi Barchi i Mike’owi Fitzmorrisowi, których nie ma już między nami.  

CZĘŚĆ PIERWSZA Użyteczność metod walki

Dlaczego miałbym przejmować się tym, co gadają jakieś zbuntowane szumowiny? Dlaczego miałbym słuchać tego, co chce mi powiedzieć ktoś taki jak ty?

Sierżant Ethan Stark, pełniący obowiązki dowódcy zbuntowanych jednostek amerykańskich na Księżycu, z trudem pohamował gniew.

– Generale, dowodzi pan wrogimi oddziałami okupującymi część terytorium leżącego poza naszym perymetrem. Ja natomiast dowodzę obroną amerykańskiej kolonii. Nie jesteśmy szumowinami. Próbuję właśnie...

– Chętnie rozważę propozycję waszej kapitulacji, jeśli o tym mówisz.

– Nie zamierzamy się poddawać. Ani panu, ani nikomu innemu. Wyraził pan zgodę, by na kontrolowanej przez pana powierzchni Księżyca zmagazynowano sprzęt i amunicję do walki z nami. Nie możemy na to pozwolić.

– Czy to groźba? Ośmielacie się mi grozić?

– Ja tylko uprzedzam, że nie będziemy siedzieli bezczynnie, przyglądając się przygotowaniom do ataku na nasze pozycje.

Ta wypowiedź Starka rozbawiła generała.

– Rozumiem. Udzieliłeś mi przyjacielskiej rady, jak sądzę? Dlaczego miałbym słuchać kogoś takiego jak ty, a nie przedstawicieli legalnych władz Stanów Zjednoczonych? Oni płacą sowicie za korzystanie z naszych baz. Cóż takiego możesz mi zaproponować, abym chciał odrzucić ich szczodrą propozycję?

– Nie zaoferuję panu niczego.

– Niczego? To marna kontrpropozycja. Czyżbyś „wypadł z tej ligi”, że zacytuję jedno z waszych amerykańskich powiedzeń?

– Dowodzę najlepszymi żołnierzami stacjonującymi na Księżycu. Jesteśmy o niebo lepsi w te klocki od pańskich chłopców, generale, co udowodniliśmy już, i to nie raz. – Uśmiech zniknął z twarzy rozmówcy. – Wtykanie kija w mrowisko nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza dla kogoś znajdującego się na pańskim miejscu. Dlatego rozsądniej byłoby, gdyby posłuchał pan mojej rady.

– Mam słuchać kogoś takiego? A jeśli nie posłucham, to... co mi zrobisz? Dlaczego uważasz, że mógłbym być zainteresowany twoimi radami? Sugestiami szumowiny, która nie może mi nic zrobić?

– Powtórzę raz jeszcze, nie jesteśmy szumowinami. Powiedzmy, że chwilowo nie wykonujemy rozkazów z Ziemi, ale to nie znaczy jeszcze, że przestaliśmy być w pełni sprawnymi jednostkami bojowymi, których zadaniem jest obrona zamieszkujących tę kolonię amerykańskich obywateli. Zapewniam pana także, że możemy przeprowadzić atak w dowolnym miejscu i czasie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.

– Tak, jasne. Będziecie szturmować nasze linie, przeciwstawiając bezprzykładne męstwo moim okopanym i uzbrojonym po zęby żołnierzom. Tak jak zrobili wasi przyjaciele. Która to była jednostka? Ta, którą rozpieprzyliśmy w drzazgi? Trzecia dywizja, jeśli dobrze pamiętam. Zebraliście w końcu ciała poległych czy nadal to robicie?

Starkowi pociemniało w oczach, gdy dowódca wroga zaczął kpić ze śmierci tysięcy jego kolegów. Dywizja została zdziesiątkowana podczas źle zaplanowanej i równie marnie dowodzonej ofensywy, po której doszło do buntu stacjonujących na Księżycu podoficerów. Ta klęska była kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Żołnierze powiedzieli zdecydowane „nie” niekompetencji ziemskiego dowództwa i niekończącym się walkom na Srebrnym Globie. Podoficerowie dowodzący oddziałami, które przetrwały tę rzeź, uznali, że nie mogą ufać nikomu oprócz siebie. Zaryzykowałem wszystkim, próbując uratować choć kilku małpoludów z trzeciej dywizji, więc choćby dlatego nie będę słuchał, jak jakiś naburmuszony dupek kpi z ich poświęcenia.

Stark podniósł dłoń, jakby mierzył do rozmówcy z pistoletu, a następnie opuścił wyprostowane palce na klawiaturę konsoli, przerywając połączenie. Generał zniknął z ekranu, a w centrum dowodzenia zapanowała grobowa cisza.

Sierżant Vic Reynolds, przyjaciółka Starka i jego szef sztabu, spoglądała przez chwilę na pociemniałe wyświetlacze, a potem rzuciła zwięźle:

– Przerzedźmy mu te ząbki.

– O tak. Zróbmy to.

Na tle nieskończonej czerni kosmosu przesuwały się niewyraźne kształty. W obłych kadłubach przewożono ludzi i sprzęt. Spore zgrupowanie wahadłowców, pilnowanych przez dwa okręty wojenne, zmierzało luźną formacją w kierunku lądowiska, na którym już go oczekiwano. Wśród gwiazd kryły się także wilki czekające w odwiecznym mroku na powolne i łatwe cele, jakimi mogły być ciężkie transportowce.

Na pokładach okrętów wojennych zawyły wszystkie syreny alarmowe, gdy czujniki dalekiego zasięgu wykryły obiekty, które wystartowały z powierzchni Księżyca, kierując się prosto na konwój. Uzbrojone wahadłowce niewielkiej floty Starka zaatakowały transportowce, mimo że okręty eskorty natychmiast ruszyły kursem na ich przejęcie. Na czarnym niebie rozbłysły nowe gwiazdy, gdy obie strony otworzyły ogień.

Wachtowi, stojący wokół Starka w półmroku dawnego centrum dowodzenia amerykańskich sił księżycowych, pracowali cicho i efektywnie, segregując i przesyłając dane na otaczające ich wielkie ekrany. Kolorowe symbole przesuwały się po wyświetlaczach niczym elektroniczne insekty: czerwone oznaczały wroga, niebieskie własne jednostki. Wokół większych ikon, jakimi opisano okręty wojenne i wahadłowce, pojawiały się i znikały mniejsze – te z kolei niosły informacje o odpalanych pociskach. Giganty wydawały się dziwnie nieporadne i powolne w porównaniu z trajektoriami wystrzeliwanych rakiet. Stark miał problemy z uwierzeniem, że te potwory są w stanie pokonać wiele mil w ciągu sekundy, co dla niego, zwykłego żołnierza piechoty, wydawało się niewyobrażalne.

– Komendancie Stark? – Jeden z wachtowych podświetlił tekst przesuwający się po skraju wielkiego ekranu. – Odbieramy transmisję z okrętu wojennego. Nadają na otwartej częstotliwości floty handlowej.

Stark zmrużył oczy, próbując odczytać tekst.

– Charlie Foxtrot Bravo Dwa? Co to znaczy?

– To zapis z taktycznego kodeksu sygnałowego dla konwojów. Chyba nie zmieniano go ostatnimi czasy. Sygnał mówi: „Do wszystkich jednostek. Utrzymać dotychczasowy szyk”. Powtórzyli ten sygnał już kilkakrotnie.

Stark przeniósł wzrok na główny wyświetlacz. Jeśli wierzyć trajektoriom poszczególnych ikonek, kolejne wahadłowce opuszczały formację, odlatując w przypadkowych kierunkach.

– Zdaje się, że konwój niespecjalnie zwraca uwagę na rozkazy.

– Zgadza się, sir. Załogi okrętów wojennych muszą być bardzo wkurzone.

– Jeśli wierzyć Wiseman, powinny spodziewać się podobnej reakcji. Uprzedzała, że ci piloci tak właśnie zareagują na nasz ruch.

W przestrzeni oddawano kolejne salwy, rozsiewając wokół obłoki rozgrzanych do białości odłamków, tym sposobem toczące pojedynek okręty wojenne usiłowały oszukać komputery taktyczne wroga, jego radary, czujniki podczerwieni i wszystko inne, co pozwala namierzyć cel. Stark utracił już z pola widzenia większość umykających frachtowców, domniemane wektory ich lotu znikały kolejno we wciąż powiększającej się strefie tymczasowego mroku.

Okręty eskorty, mimo ogromnej przewagi ogniowej, także się wycofały, tworząc parasol ochronny nad rozformowanym konwojem, gotowe wszakże do ostrzelania każdej jednostki, jaką rzucą przeciwko niemu siły Starka.

– Sierżancie... – Ethan wywołał dowódcę floty buntowników. W rogu wyświetlacza otworzyło się natychmiast nowe okienko, w którym zobaczył znajomą twarz Wiseman siedzącej na mostku opancerzonego wahadłowca. – Co te okręty wyprawiają?

– Dokładnie to, czego się po nich spodziewałam. Próbują bronić transportowców przewożących zaopatrzenie. Ich dowódcy nie mają pojęcia, gdzie znajdują się teraz wahadłowce z konwoju, dlatego próbują stanąć nam na drodze.

– Czy nie powinny ruszyć na was i zaatakować wszystkim, co mają? Nie zdołałabyś utrzymać pozycji pod tak dużą presją. Odgoniliby was bez dwóch zdań.

– Hej, komendancie, zostaw sprawy floty tym, którzy się na nich lepiej znają. Od tego masz tutaj mnie. A teraz słuchaj, utytłany błotem piechurze: te okręty nie mogą mnie zaatakować z bardzo prostego powodu. Fizyka im na to nie pozwala. Studiowałeś kiedyś taktykę floty, ale morskiej?

– Gdy byłem dzieckiem, napatrzyłem się wystarczająco na stare vidy. Wiesz, galery pełne niewolników, żaglowce i tego typu sprawy. Nie przypuszczałem, że tak stare reguły mogą mieć coś wspólnego z tym, co teraz robicie.

– I tu się mylisz. Obowiązują nas te same zasady, którymi kierowano się na wiosłowych galerach. Wszystko sprowadza się do ograniczeń napędu i impetu. Okręty przestrzenne, wliczając mój wahadłowiec, są wielkie. To ogromna masa. Rozpędzają się bardzo wolno, zwłaszcza w porównaniu do prędkości wystrzeliwanych pocisków, a gdy wejdą na jakiś kurs, nie da się ich ot, tak zawrócić. Masa nie lubi zmieniać kierunku, a tutaj, w odróżnieniu od Ziemi, nie mamy nawet wody, która by nas wyhamowywała. – Wiseman wcisnęła kilka klawiszy, otwierając kolejne trójwymiarowe okienko w rogu ekranu komunikatora. – Widzisz? To konwój opuszczający jedną z baz orbitalnych, który wykonuje standardowe podejście do powierzchni Księżyca. Mówiąc: standardowe, mam na myśli takie, przy którym zużywa się najmniej paliwa i czasu. – Szeroka strzałka przesunęła się z orbity Ziemi i łagodnym łukiem dotarła nad Srebrny Glob. – To fizyka ustala trasę, jaką te wahadłowce muszą pokonać, aby potem wylądować. My też ją znamy, wiemy więc doskonale, gdzie możemy je znaleźć. – Od powierzchni satelity oderwała się znacznie krótsza czerwona strzałka celująca prosto w wektor podejścia konwoju. – Mamy tutaj coś, co mógłbyś nazwać oknem, rejon przestrzeni chronionej naszymi systemami broni przeciworbitalnej. Wykorzystujemy je, by podejść do konwoju. Okręty wojenne robią co mogą, abyśmy nie znaleźli się zbyt blisko chronionej trasy, ale piloci transportowców i tak panikują i wyłamują się z szyku, ponieważ to cywilbanda wynajęta do przewiezienia ładunku i żaden z nich nie chce zaliczyć kulki. W tym czasie załogi okrętów wystrzeliwują kupę śmiecia, które ma zmylić nasze systemy namierzania, jak na przykład te miniaturowe wabiki udające transpondery wahadłowców. Za jakiś czas te wszystkie przeszkody odlecą zbyt daleko albo przestaną działać, ale w chwili obecnej mamy tu taki burdel, że nie sposób niczego ustalić.

Stark przyjął do wiadomości słowa Wiseman, sprawdzając raz jeszcze chaos na ekranach centrum dowodzenia, a potem studiując uważnie wyświetlony przez nią trójwymiarowy panel.

– Świetnie, to jednak nie tłumaczy, dlaczego okręty nie zaatakowały twojej eskadry. Tylko tam mogłyby zmusić was do ucieczki.

Wiseman wyszczerzyła zęby.

– Moglibyśmy uciec w wielu kierunkach. Na przykład ominąć przeciwników na dopalaczach. To ryzykowne posunięcie, aczkolwiek musieliby się bardzo postarać, żeby trafić w tak niewielki obiekt przy tak dużej prędkości. Zastanawiasz się, czy mogliby polecieć za nami? Owszem, ale gdyby choć jedna z moich jednostek przedarła się przez ich linie, mieliby cholerny problem z zawróceniem i podjęciem pogoni. Straciliby na to masę czasu. Wpadlibyśmy między transportowce, zanim zdążyliby wrócić.

Stojąca obok Ethana Vic Reynolds skinęła głową.

– Powiadasz zatem, że dowódcy tych okrętów, mając jakieś szanse na odniesienie zwycięstwa, zawsze wybiorą pewność uniknięcia przegranej?

– Cóż, na tym przecież polega ich robota. Niszczenie moich wahadłowców dostarczyłoby im nielichej rozrywki, ale nie po to zostali tutaj wysłani. Wolą więc trzymać mnie z dala od jednostek, które kazano im chronić. Niestety, w wirze walki i tworzenia zasłony dymnej potracili z oczu większość transportowców i nie mają bladego pojęcia, gdzie one teraz mogą być.

– Zatem wszystko idzie zgodnie z twoimi przewidywaniami. – W czasie planowania tej operacji Wiseman była pewna swego. „Chcecie zrobić wypad na wroga? Nie ma sprawy. Problem jednak w tym, że nie przebijecie się do konwoju. Jedyną szansą na pokonanie obrony jest stworzenie maksymalnego zamieszania, czyli ogłupienie eskorty. Pozwólcie mi to zrobić, a wróg po kilku minutach straci całkowicie orientację”. Tak mówiła. – Uważasz zatem, że dywersja się udała?

– Za chwilę się o tym przekonamy. Jedno jest pewne: narobiliśmy tutaj takiego bałaganu, że nikt nie dostrzeże jednostki zachowującej całkowitą ciszę, dopóki ta nie zdecyduje się na opuszczenie zagrożonego sektora. Trzymajcie za nas kciuki.

Z chaosu powstałego podczas wymiany ognia i odpalania wabików wynurzały się kolejne masywne transportowce opadające wolno na powierzchnię Księżyca. W eter szły błagalne komunikaty skierowane do znajdujących się najbliżej lądowisk. Jedna z opancerzonych maszyn Wiseman wykonała nieudaną próbę przechwycenia tej grupy. Pilot wycofał się jednak, gdy został namierzony przez systemy obrony. Zawrócił tuż przed wejściem w pole rażenia baterii wroga. Wahadłowce z zaopatrzeniem opadały teraz szybciej. Nieprzyjaciel obserwował w kompletnej ciszy, jak maszyny zaczynają hamować pełnym ciągiem, by wykonać manewr awaryjnego lądowania poza wyznaczonym terenem.

Nad kosmoportem zawisły chmury drobniutkiego księżycowego pyłu. Lądowiska były czyszczone systematycznie, ale to cholerstwo zawsze powracało, opadając z przestrzeni albo unosząc się z gruntu na skutek działań człowieka operującego w pobliżu portu. Na tle oślepiającego blasku i czarnych cieni obłoki pyłu wyglądały jak pasemka ulotnej mgiełki.

W tym momencie, jak zawsze zresztą, zakłóciły też pracę multispektralnych czujników próbujących dokonać identyfikacji nadlatujących frachtowców.

– Niezidentyfikowane wahadłowce! – zawołał ktoś z wieży kontroli lotów. – Podajcie kody identyfikacyjne i numery zezwoleń na lądowanie.

– Słucham? – Głos odpowiadającego pilota kipiał z wściekłości, aczkolwiek dało się w nim też wyczuć nutę strachu. Mówił zbyt szybko i chaotycznie. – Nie zrozumiałem. Powtórz. Kim ty w ogóle jesteś?

– Tu kontroler lądowiska, na którym chcecie usiąść. Proszę podać numery identyfikacyjne jednostki. Natychmiast. Gdzie mieliście lądować?

– No... chyba właśnie tutaj. Tak. Na tym lądowisku. Mieliśmy lądować u was.

– Mylicie się. Nie mamy informacji o żadnych dostawach w dniu dzisiejszym. Podajcie natychmiast numer identyfikacyjny i cel lotu.

– Przecież lecimy do was, ile razy mam to powtarzać?! Słuchaj, człowieku, przed chwilą o mało nas nie rozwalili na kawałki, a ty pieprzysz jak potłuczony! Wrzuć na luz, gościu! Pozwól nam wyładować ten szmelc, a spieprzymy na orbitę Ziemi tak szybko, jak to tylko możliwe!

– Wahadłowiec, bez autoryzacji nie wyładujecie niczego na naszym lądowisku. Nie mamy tu ciężkiego transportu, który mógłby przewieźć ładunek.

– Nie będzie takiej potrzeby. Nasz ładunek przemieści się sam. Zaczynamy procedurę.

Moment później włazy ładowni zostały otwarte i wysypały się z nich postacie w skafandrach.

– Co się tam dzieje? Kim są ci ludzie?

– To nasz ładunek, koleś! Mówiłem ci przecież.

– Nie mamy... Czy to żołnierze? Wysadzacie desant?

– Tak. Przewoziliśmy żołnierzy. Kazano nam dostarczyć ich tutaj. Tak mam napisane w planie lotu.

Podczas gdy pilot i kontroler kontynuowali tę wymianę zdań, żołnierze uformowali sprawnie kolumnę marszową i ruszyli przez lądowisko. Wyglądali na tej gigantycznej platformie jak sznur mrówek. Gdzieś w oddali inna maszyna wypuszczała ze swojego wnętrza cztery masywne czarne kształty.

– Nie wiem nic o przylocie nowych jednostek. Zabierajcie ich na pokład, i to już!

– Nie ma mowy. Omal mnie nie zabito, gdy ich tutaj dostarczałem, a wy chcecie, żebym ich zabrał? Słuchaj, wydano mi rozkaz zrzucenia tutaj tych opancerzonych palantów, ponieważ mają... zaraz... coś zabezpieczyć. Macie tutaj coś wartego pilnowania?

– Mamy spore magazyny sprzętu składowanego przez Amerykanów na potrzeby ofensywy przeciw zbuntowanej kolonii. Nikt nas jednak nie poinformował, że przyślą tutaj też... A to co takiego? – Pierwszy z czarnych kształtów zjechał po pochylni, wynurzając się z ładowni innego wahadłowca. Matowa powierzchnia jego pancerza była ledwie widoczna, gdy pancerny kolos podążał śladem piechoty. – Czy to czołg?

– Jeśli wierzyć manifestowi pokładowemu, tak.

„Wyślijcie z nimi kilku moich pancerniaków” – nalegał sierżant Lamont.

„Przecież to szaleństwo – kontrowała sierżant Reynolds. – Nie wysyła się broni pancernej na takie podjazdy”.

„Owszem, wszyscy o tym wiedzą i dlatego nikt nie będzie się ich tam spodziewał. Ile aktywnej broni przeciwpancernej trzyma się na głębokich tyłach? Moim zdaniem nie ma jej tam wcale. A skoro zamierzacie posadzić kilka ptaszków na tym lądowisku, w jednym z nich mogą polecieć moje wieprzki. Totalne zaskoczenie, kapujecie? Narobię cholernego zamieszania, zanim ktokolwiek zdoła zareagować”.

„To może się udać – przyznał Stark. – Ale nadal uważam, że to szaleństwo”.

„Skąd. To klasyczne metody działania pancerniaków”.

– Zatrzymajcie je! Zatrzymajcie tych żołnierzy i czołgi. Wszyscy mają się natychmiast zatrzymać. Muszę wyjaśnić tę sprawę z dowództwem.

– Hej. – Do rozmowy wtrącił się sierżant Lamont siedzący w pierwszym z rozładowanych czołgów. – Nie mogę zostawić swojego cacka na otwartej przestrzeni.

Stark, śledząc postępy akcji przez systemy kontroli i dowodzenia wozu bojowego, zmienił kanał, by mieć podgląd na zidentyfikowane przez systemy czołgu stanowiska obrony otaczające ogromne lądowisko. Mimo że nie siedział nigdy we wnętrzu czołgu, wielokrotnie oglądał świat przez wizjery transporterów opancerzonych, a ten widok przypominał, i to bardzo, tamte obrazy.

– Rozkazano mi rozstawić czołgi wokół lądowiska – kontynuował tymczasem Lamont.

– Nie widziałem rozkazu, który by o tym mówił.

– W takim razie skontaktuj się z kontrolerem nadzorującym to lądowisko.

– Ja jestem kontrolerem!

– W takim razie musisz mieć kopię rozkazu.

– Nie mam niczego takiego w komputerze. Kto wydał ten rozkaz?

– Twój przełożony.

– Mój... – Kontroler zawahał się, a tymczasem rozładowane czołgi i piechota docierały już do końca lądowiska. – Jaki jest kod rozkazu uprawniającego do waszego lądowania?

– Kod rozkazu uprawniającego do naszego lądowania?

– Tak.

– KRUDL.

– Zaraz, niech sprawdzą. Gdzie on jest?

– W nagłówku rozkazu! Jeśli nie zatrzymacie się natychmiast, każę... każę, żeby zatrzymała was nasza ochrona!

– Hej, hej, człowieku. Wyluzuj.

Stark zerknął w kierunku Reynolds, która uśmiechała się pod nosem pomimo napięcia widocznego w jej oczach.

– Lamont umie wciskać kit jak nikt inny – zauważył Ethan – ale za bardzo przegina, Vic. Musimy strzelać pierwsi, jeśli nie chcemy, by systemy obrony lądowiska przerobiły naszą piechotę na miazgę.

– Masz rację, zwłaszcza że dopóki chłopcy maszerują w szyku paradnym, nikomu nie przyjdzie do głowy, że mogą zaatakować. A potem będzie już za późno. Rozkażesz Lamontowi otworzyć ogień?

– Tego bym nie chciał, Vic. Niech decyduje ten, kto jest na miejscu. Czy nie o to właśnie walczyliśmy?

– Jak zwykle masz rację. Zbyt często dowodzili nami kretyni siedzący setki kilometrów od linii frontu. Ale prowadzenie takiej operacji z tego miejsca wydaje mi się bardzo kuszące. – Machnęła ręką, wskazując centrum dowodzenia wypełnione wyświetlaczami i terminalami komunikatorów, przy których kiedyś siedzieli oficerowie. – Dzięki takiemu sprzętowi człowiek odnosi wrażenie, że jest na polu walki.

– Owszem. Problem polega tylko na tym, że nie jest, więc nie może wiedzieć tego, co wiedzą ludzie znajdujący się na miejscu. Nie będziemy wydawali idiotycznych rozkazów, przez które zginą nasi chłopcy i przegramy tę bitwę. A tak właśnie postępowali oficerowie, których zastąpiliśmy. Lamont jednak za bardzo przegina. Bawi go wkurzanie tego kontrolera.

– Racja. Za bardzo się wczuwa w rolę. Ktoś, kto ogarnia szerszą perspektywę, musi mu to uświadomić.

– Dobra, rozumiem. A tym kimś mam być ja? Domyślam się, że to jest właśnie rola tych, którzy siedzą w centrach dowodzenia. Lamont, mówi Stark.

– Cześć, szefie. Świetnie nam idzie.

– Lamont, przestań wkurzać tego faceta. Otwieraj ogień, gdy tylko będziesz gotowy.

– Znaczy już teraz?

– Znaczy za chwilę. Ty decydujesz, ale nie pozwól, żeby to oni przejęli inicjatywę. Jeśli wróg odda pierwszy strzał, łeb ci urwę, gdy wrócicie do kolonii.

– Przyjąłem. Szykujcie się na fajerwerki.

Po kilku kolejnych wymianach zdań z Lamontem coraz bardziej wściekły kontroler dotarł w końcu do kresu wytrzymałości.

– Zatrzymajcie się albo uaktywnię nasze systemy obrony.

– Zaczekaj. Czy prosiłeś o podanie numeru KRUDL?

– Tak, idioto!

– No widzisz, kolego, już ci go podaję.

Na wyświetlaczu Starka pojawiła się nowa ikonka, gdy lufa czołgu wypluła pocisk, zanim wieżyczka skończyła się obracać.

Moment później zapadła kompletna cisza – pocisk trafił w powierzchniowe centrum komunikacyjne, posyłając w czarne niebo chmury metalowych odłamków i kamieni. Pozostałe czołgi Lamonta także otworzyły ogień, niszcząc kolejne stanowiska obrony, których obsady bezskutecznie próbowały wymyślić sposób, jak unieszkodliwić naziemne cele za pomocą rakiet przeznaczonych do zwalczania lotnictwa.

Równe szeregi piechoty złamały się w jednym momencie, opancerzeni żołnierze ruszyli tyralierami, zwinnie i szybko posuwając się w kierunku wyznaczonych celów. Stark przełączył się natychmiast na kamerę zamontowaną na hełmie dowódcy drużyny, aby widzieć, jak prowadzi swoich ludzi w kierunku najbliższych fortyfikacji. Ikonki na wyświetlaczu taktycznym wskazywały pozycje wykrywanych przeciwników, systemy namierzania podświetlały każde trafienie, gdy oddział posuwał się do przodu, przystając tylko po to, by namierzyć i ostrzelać kolejnego wroga.

Wolałbym być tam z nimi, zamiast siedzieć w tym fotelu. Dlaczego pozostali podoficerowie nie wybrali sobie innego dowódcy i nie pozwolili mi zostać z drużyną? Niestety, teraz mam co innego do roboty.

Drużyna obserwowana przez Starka opanowała fortyfikacje, pozostali namierzeni wrogowie poddawali się w popłochu. Teraz na wyświetlaczu HUD-a dowódcy pojawiły się symbole wskazujące miejsca rozmieszczenia ładunków wybuchowych. Drużyna została podzielona na dwuosobowe zespoły, kilku żołnierzy pilnowało jeńców, pozostali zajęli się zaminowaniem magazynów z bronią i amunicją. Wszystko idzie zgodnie z planem, mimo że to nie ja kazałem strzelać. Tak powinno się postępować. Z doświadczenia wiem, że lepiej, gdy dowódca trzyma język za zębami i pozwala ludziom robić swoje. Przynajmniej do chwili, gdy czegoś nie spieprzą. Ale trzeba przyznać, że to cholernie frustrujące.

Czegoś mu tu brakowało. Miał tak silne przekonanie, że czegoś nie zauważa, iż natychmiast spojrzał w róg wyświetlacza dowódcy drużyny, szukając tam tego, czego nie było. Timer. Sprawdzanie zaplanowanego czasu misji, informującego każdego żołnierza o opóźnieniu względem sztywnego harmonogramu ustalonego przez planistów, którzy zapewne nigdy nie byli osobiście na polu walki. Radośnie zielony, gdy żołnierz wykonywał zadania zgodnie z planem, choć większość małpoludów widziała z reguły wyłącznie jadowitą żółć sygnalizującą opóźnienie, a potem oskarżycielski pomarańcz i w końcu czerwień. Właśnie opóźnienia były jedną z największych plag ludzi walczących na pierwszej linii. To one rozpraszały ich do tego stopnia, że Stark i jego sztab postanowili sprawdzić, co będzie, gdy wyślą ludzi w teren, nie włączając im timerów. Jak na razie nie widział oznak końca świata.

– Według odczytów zniszczyliśmy wszystkie instalacje obronne – zameldował Lamont. – Co ty na to, Milheim?

Sierżant Milheim, dowodzący uczestniczącą w tym wypadzie piechotą z czwartego batalionu, potrzebował dłuższej chwili na odpowiedź.

– To chyba prawda. W każdym razie nikt do nas nie strzela.

– A zatem najwyższy czas wysadzić ten burdel!

– Popieram. Czwarty batalion, rozmieścić ładunki w miejscach oznaczonych na takach. Ale miejcie oko na przeciwnika, gdy będziecie to robić.

Żołnierze rozproszyli się jeszcze bardziej, ruszając w kierunku obiektów mieszczących – zdaniem systemów taktycznych – centra komunikacyjne oraz składy broni i sprzętu.

Stark przełączył się ponownie, by zyskać szerszy ogląd sprawy. Przebiegł wzrokiem po wyświetlaczach, szukając śladów kontrataku wroga. System sprzęgał czujniki każdego skafandra, czołgu i wahadłowca, tworząc z napływających danych idealną symulację pola walki. Niebieskie ikonki, oznaczające żołnierzy Starka, roiły się na lądowisku jak mrówki na porzuconym koszu piknikowym.

Czerwone symbole zgromadzone w kilka grupek pozostawały nieruchome, obok nich pojawiły się dodatkowe oznaczenia mówiące jednoznacznie, że są to jeńcy. Na skraju pola widzenia można było zauważyć też pewną liczbę zielonych ikonek, zapewne byli to cywilni pracownicy, którzy uciekali teraz na złamanie karku, ratując życie. Stark pokręcił głową.

– Nie widzę niczego podejrzanego.

Reynolds także wpatrywała się w te dane.

– I to cię niepokoi – stwierdziła raczej, niż zapytała.

– Jak cholera. Takie lądowisko musi mieć więcej zabezpieczeń. Lamont! Milheim!

– Ta?

– Zgłaszam się.

– Słuchajcie. Tam jest coś jeszcze. Miejcie oczy otwarte.

– Nic nie widzę – zapewnił go dowódca piechoty.

– Ja też – przyznał Ethan. – Gdzie więc mogą być siły szybkiego reagowania, skoro żaden z nas ich nie dostrzega?

– Może w magazynach – rzucił Lamont. – To przytulne, wygodne i ciepłe kryjówki, w których można czekać na ewentualne wezwanie. Co wy na to?

Vic Reynolds przytaknęła, dorzucając zaraz swoje trzy grosze:

– Tak. Chyba tak. Mieliby tam wystarczające osłony, a my nie moglibyśmy ich wykryć, dopóki się nie ruszą.

– W takim razie przemieszczę tam swoje wieprzki. Milheim, byłbym wdzięczny, gdybyś oddelegował do tej akcji kilku chłopców albo dziewczynek.

– Przyjąłem – odparł dowódca piechoty. – Przydzielam dwa najbliższe plutony do osłony twoich czołgów.

Stark odchylił się w fotelu, kiwając głową z aprobatą, gdy na ekranach taktycznych pojawiły się krótkie rozkazy, a jednostki rozmieszczone na lądowisku zareagowały na nie natychmiast. Po chwili wahania zerknął na Reynolds.

– Czy nie zachowałem się głupio? Nie narobiłem zadymy o nic?

– Nie. Możesz mieć rację w kwestii ukrytych oddziałów szybkiego reagowania albo i nie, ale reagujesz prawidłowo. A myślenie o takich rzeczach powinno należeć do obowiązków osób nadzorujących podobne operacje. Wiesz, jak jest na polu walki. Zbyt wiele dzieje się za szybko. Sądzę, że nasi ludzie doceniają fakt, iż myślisz o rzeczach, na które oni nie mają czasu.

– Może... – zaczął Stark, ale cokolwiek jeszcze chciał powiedzieć, jego słowa utonęły w dźwiękach kolejnych alarmów.

Dwa prujące małokalibrowymi pociskami wozy opancerzone wjechały na płytę lądowiska, opuszczając parów znajdujący się obok magazynów. Za nimi sunęło kilka plutonów ostrzeliwującej się piechoty. Problem polegał jednak na tym, że zamiast na rozproszonego przeciwnika, trafili na połączone siły Lamonta i Milheima.

Lekkie kule rykoszetowały od pancerzy czołgów obracających spokojnie wieżyczki, by odpowiedzieć ogniem. Jeden pocisk wystarczał, by zdekapitować wóz pancerny. Trafiony tuż pod wieżyczką pojazd eksplodował, rozsadzając górną część kadłuba. W niskiej grawitacji szczątki szybowały łagodnym łukiem nad polem walki.

Wieżyczka pierwszego pojazdu wciąż wznosiła się ku połyskującym w górze gwiazdom, a drużyny piechoty Milheima już rozpoczęły ostrzał drugiej maszyny.

Z tak niewielkiej odległości nawet lekkie pociski z karabinów przebijały pancerz wrogiego pojazdu, i to na wylot. Wóz zadrżał pod tak mocnym ostrzałem. Jego działko umilkło, lufa opadła wolno, przestając wirować. Strumyczki powietrza uchodziły w próżnię przez dziesiątki otworów w pancerzu. Jedyny ocalały członek załogi wypadł na zewnątrz, od razu podnosząc ręce.

Zaskoczona piechota wroga wzięła na cel czołgi Lamonta. Nie mieli zbyt wielkiego wyboru, uznał Stark, jedyną szansę na przetrwanie widzieli w szybkim wyeliminowaniu tych kolosów. To im się jednak nie mogło udać, gdy mieli na karku ludzi Milheima. Pojedynczy pocisk przeciwpancerny eksplodował daleko przed celem, zestrzelony w porę przez zintegrowany system obrony wozu. Moment później drużyny dysponujące wyrzutniami rakiet zostały rozbite w pył nawałą ognia chłopców Milheima. Wróg zmienił więc podejście, koncentrując uwagę na piechocie, ale było już za późno. Czołgi włączyły się do walki, używając małokalibrowych działek. Ostrzał ze strony nieprzyjaciela słabł szybko i wkrótce umilkł całkowicie. Moment później nadano pierwsze prośby o przyjęcie kapitulacji, a tu i ówdzie wstawali żołnierze, rzucając broń i podnosząc ręce.

– Komendancie Stark, mamy problem – zameldował Milheim.

– Słucham.

– Poddało nam się kilka plutonów piechoty wroga.

– Więc w czym ten problem?

– Chce pan ich?

– O nie!

Wahadłowce były załadowane do pełna, nie zmieści się w nich nawet jeden jeniec.

– Tak przypuszczałem. Co mam z nimi zrobić?

Stark zerknął na Vic w chwili, gdy włączała się do rozmowy.

– Milheim, tu Reynolds. Każ wrogowi rzucić broń i uciekać. Kto będzie się ociągał, zostanie zastrzelony.

– Przyjąłem. A niech to.

– Co znowu?

– Właśnie dostałem wiadomość od jednej z moich drużyn. Trafiła na amerykańskich techników. To chyba prywatni kontrahenci. Zabierzemy ich ze sobą?

– Połącz mnie z tą drużyną. – Stark naciskał pospiesznie kolejne klawisze, przenosząc na ekrany obraz z kamery dowódcy wybranego oddziału. Zobaczył przed sobą dwóch ludzi w kombinezonach powierzchniowych, opancerzonych tylko w takim stopniu, aby ich właściciele mogli bezpiecznie poruszać się po okolicach bazy. Na piersiach z lewej strony połyskiwały oślepiająco znaki logo którejś z korporacji. Wyglądały dziwnie nienaturalnie na tle czerni, bieli i szarości księżycowego krajobrazu. – Wyglądają jak cywilbanda – rzucił w kierunku Vic. – Mogą wiedzieć o kilku interesujących nas kwestiach, nie sądzisz?

– Owszem. Pamiętaj jednak, Ethan, że możemy stracić któryś z wahadłowców w drodze powrotnej. Lepiej, żeby nie było ich na pokładzie takiej maszyny, ponieważ korporacje z pewnością oskarżą nas o zabijanie Amerykanów. A przynajmniej cywilbandy. Na razie udało nam się zachować czyste konto. Lepiej, żeby tak zostało.

– Tak. Dobra myśl, Vic. Milheim? Wypuśćcie ich. Każcie im spieprzać stamtąd w podskokach. Lepiej, żeby nie było ich na lądowisku, gdy wysadzimy wszystko w powietrze.

– Ty tu rządzisz.

– Hej! – w obwodzie dowodzenia pojawił się nowy głos. – Tutaj kapral Yuin. Jestem na tej kupie złomu w południowo-wschodnim narożniku lądowiska. Niech nikt nie waży się strzelać w tym kierunku!

Stark otagował ikonkę Yuina.

– W czym problem, kapralu?

– To nie racje żywnościowe i koce, jak przypuszczaliśmy, sir! To skład amunicji. Są tu tego całe tony. Przykryte zwykłymi metalizowanymi plandekami.

– Leżą na powierzchni? Niczym nie chronione? Jezu. Dzięki, kapralu. – Stark rozłączył się, a potem powiódł wzrokiem po centrum dowodzenia. – Jest tutaj ktoś z wojsk inżynieryjnych?

Sierżant Tran, odpowiedzialna za działanie centrum dowodzenia od chwili śmierci poprzedniczki, sierżant Tanaki, zrobiła przepisowy w tył zwrot i wskazała na wachtowego, który nieśmiało podnosił rękę. Masywna i przysadzista, przypominała budową buldożer.

– Tam jest jeden, sir.

– Znaleźliśmy na powierzchni wielki skład amunicji. Słyszałeś, co mówił Yuin?

– Tajest.

– Czy to tak głupie posunięcie, jak mi się wydaje? Przecież to wszystko może wylecieć w powietrze, jeśli spadnie tam choć jeden mikrometeoryt.

– Raczej nie, sir. Materiały wybuchowe, których używamy dzisiaj, są wyjątkowo stabilne. Eksplodują wyłącznie po uruchomieniu detonatorów. Taki kamyk musiałby trafić dokładnie w zapalnik, a i w takim wypadku prawdopodobieństwo wybuchu nie byłoby zbyt wielkie. Wzmocnione plandeki, jakich użyto, są w stanie powstrzymać mikroodłamki, a przynajmniej zredukować ich prędkość na tyle, by nie stanowiły realnego zagrożenia. Ja bym tego nie zrobił, ale nie widzę niczego dziwnego w chwilowym składowaniu amunicji na powierzchni, jeśli nie ma w pobliżu odpowiedniego miejsca na jej ukrycie.

Vic pochyliła się nad konsolą.

– Jak wysadzimy to świństwo, skoro materiały wybuchowe są tak stabilne?

– Przecież to proste. Wystarczy podłożyć kilka ładunków. One zainicjują reakcję zapalników i wszystko wyleci w powietrze... – Żołnierz z jednostek inżynieryjnych przerwał. – Wolałbym nie być w pobliżu tego miejsca, gdy zdetonujemy ładunki. To będzie piekielna eksplozja.

– O, tak – przyznał Stark. – Dziękuję, kapralu. Milheim, każ podłożyć ludziom ładunki na tej kupie amunicji i spieprzajcie stamtąd w podskokach. Lamont!

– No? – Czołgista odezwał się z taką werwą, jakby się bawił w najlepsze.

– Wokół lądowiska leży pełno amunicji. Podświetlam ci miejsca jej składowania. Masz? Jeden poważniejszy wybuch może doprowadzić do detonacji wszystkiego, przekaż więc swoim chłopcom, żeby nie odpalali w tamtym kierunku niczego ciężkiego. Wolałbym, aby te składy nie dotarły na orbitę Ziemi, zanim stąd odlecimy.

– To sama amunicja? Przyjąłem. Zablokowałem wektory ostrzałów tych kierunków we wszystkich maszynach. Jeśli któryś cwaniak spróbuje obejść te blokady, zastrzelę go z głównego działa.

Stark spojrzał na Reynolds.

– Zostawili tony amunicji na powierzchni? Całkiem ich porąbało?

– Bardziej prawdopodobne, że napchali do okolicznych magazynów innych środków, a na to nie wystarczyło miejsca.

– A gdyby spadł tam jakiś większy meteoryt?

– Domyślam się, że liczyli na to, iż obrona przeciwlotnicza lądowiska nie dopuści do podobnego incydentu. Mieli tam sprzęt, który zmieniłby trajektorię lotu każdego wielkiego kamienia.

– Też racja. Pewnie spuściliby go na koszary najbliższej jednostki piechoty. Ciekawe, skąd nasi byli przełożeni wytrzasnęli takie góry zaopatrzenia? Do tej pory bez przerwy borykaliśmy się z niedoborami.

Do tej pory, czyli czasach, gdy wykonywali każdy rozkaz oficerów prowadzących tę niekończącą się księżycową wojnę. Zanim zbuntowali się i odcięli od systemu, któremu wiecznie brakowało pieniędzy na amunicję i części zamienne, choć dysponował wystarczającymi funduszami, by posyłać oddziały wszędzie tam, gdzie trzeba było strzelać.

Vic wzruszyła ramionami.

– Część pochodzi zapewne z rezerw strategicznych. Z drugiej strony, nasz bunt trwa już wystarczająco długo, by rząd zdołał zwiększyć produkcję amunicji.

– Fakt. Zawsze jednak twierdzono, że nie stać nas na zamawianie większej ilości. Z czego więc nasz rząd płaci za te dostawy?

– Ethan? Jak brzmi pierwsza zasada dotycząca zadawania pytań?

Stark uśmiechnął się pomimo sporego napięcia.

– Nie zadawaj pytań, jeśli nie chcesz poznać odpowiedzi – wyrecytował. – Zachowuję się jak rekrut. – Skupił się ponownie na przekazie z pola misji. – Okay. Widzisz coś, czym powinniśmy się przejmować?

Potrząsnęła głową.

– Do tej pory rozpoznawałeś bezbłędnie wszystkie zagrożenia.

– Mhm. Ale nadal jesteś w tym lepsza ode mnie. – Stark wskazał na ikonki rozproszone po wyświetlaczu. – Co sądzisz o tym?

– Sądzę, że gdyby kontratak nastąpił teraz, dostalibyśmy niezły wpieprz. Nasze siły są za bardzo rozproszone.

– Muszą zająć cały teren lądowiska jednocześnie, jeśli chcemy wysadzić wszystkie cele.

– Wiem, ale... Ethan! – Vic wskazała palcem na własny ekran, po którym przemykały dane dotyczące wykrywanych zagrożeń. – Jesteśmy ostrzeliwani od strony magazynów. I to celnie.

– Celnie... – Strzelał ktoś, kto nie spanikował, i do tego był dobrze ukryty.

– Kolejne oddziały szybkiego reagowania?

– Nie. Raczej posiłki.

– Skąd możesz to wiedzieć? Jeśli spieprzymy stamtąd za wcześnie, nie zniszczymy wszystkich celów.

Reynolds spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek, dźgając palcem w ekran wyświetlacza.

– Ze sposobu, w jaki zostaliśmy zaatakowani przez oddziały szybkiego reagowania, można wywnioskować, że ich dowódca postawił wszystko na jedną kartę, czyli na błyskawiczną konfrontację. Nikt nie osłaniał atakujących oddziałów, gdy odpowiedzieliśmy ogniem. Zatem to musi być ktoś nowy. A za tymi ludźmi podąża kompania albo nawet cały batalion. Tamte skały osłaniają wektor podejścia, dlatego nie mogliśmy wykryć ich wcześniej.

– Wiedzieliśmy o tym. Ale...

– Nie ma żadnego ale, Ethan. Co byś zrobił, gdybyś miał uderzyć na nasze oddziały od tamtej strony?

Stark gapił się na ekrany z coraz bardziej ponurą miną.

– Tak. Podejście za osłoną terenu. Czołgi Lamonta i przydzielona do nich kompania piechoty wciąż są na miejscu. Może oni powstrzymają ten atak choć przez kilka minut?

– Do licha! Wiesz równie dobrze jak ja, że to zależy wyłącznie od sił, jakimi dysponuje przeciwnik! Jeśli za tymi skałami znajdują się czołgi i zmechanizowana piechota...

– Jasne. Masz rację. – Stark zmrużył oczy, a potem przeniósł wzrok na jeden z ekranów. Zrobił maksymalne powiększenie, by dostrzec szczegóły terenu za polem lądowiska. Za bardzo się rozproszyłem. Obserwowanie rozpieprzanego sprzętu i uciekającego wroga potrafi rozbawić człowieka. – Dzięki, Vic. Milheim, Lamont, wokół was robi się gorąco.

– Przyjąłem – odparł dowódca piechoty. – Nie podoba mi się sytuacja przy tych magazynach. Osiągnęliśmy większość zakładanych celów, co znaczy, że możemy już stąd spieprzać.

– Wciąż mamy czas na zaatakowanie pozostałych zabudowań – protestował Lamont. – Załatwimy to w kilka minut.

Stark zawahał się, porównując to, co widział i czuł, z odczytami systemów dowodzenia. Doświadczenie podpowiada mi właściwą odpowiedź. Może jestem przesadnie ostrożny, ale...

– Nie. Pozostałe cele nie są warte takiego ryzyka. Wycofujcie się do wahadłowców. Czas wracać do domu.

– Moje czołgi mogą dokończyć robotę, a potem... – zaczął Lamont.

– Odmawiam. Wycofajcie się. Natychmiast. – Stark zaczął wydawać bardziej konkretne rozkazy, ale zaraz zamilkł. Powiedziałem im, co mają robić. Teraz muszę obserwować i odzywać się tylko wtedy, gdy będzie problem.

– Tajest, tajest, trzy worki pełne.

Rozproszone niebieskie ikonki zatrzymały się, gdy dotarł do nich kolejny rozkaz, a potem zaczęły wycofywać się w jeszcze szybszym tempie, zmierzając prosto do wahadłowców. Zostawiały za sobą mrowie migających ostrzegawczo znaków. Ładunki wybuchowe zostały podłożone na każdym kontenerze ze sprzętem, jaki umieszczono wokół lądowiska. Im dalej wycofywali się Amerykanie, tym mocniejszy stawał się ostrzał od strony magazynów. Po chwili do kul karabinowych dołączyły też pociski większego kalibru. Wróg przestawił w końcu działa z pierwszej linii, kierując ich ogień na własne zaplecze.

– Milheim – rozkazała Vic. – Walcie w te magazyny. Zmuście strzelców do ukrycia się. Lamont, czy twoje czołgi mogą zdjąć któreś z tych dział?

– Jeśli wyliczymy prawidłowo kąt i kierunek – odparł dowódca pancerniaków. – Ale uprzedzam, kończy mi się amunicja.

Stark sprawdził na wyświetlaczu stan komór magazynowych wszystkich czołgów. Skrzywił się, widząc, jaki procent amunicji został już wystrzelony. Zastanawiał się, ale tylko przez moment, czy nie uzupełnić jej w którymś ze składów, ale natychmiast odrzucił ten pomysł. Jeśli dobrze znam życie, odpowiedni kaliber będzie leżał na samym spodzie. Lepiej, żeby nasi chłopcy nie rozgrzebywali takiej góry materiałów wybuchowych, zwłaszcza teraz, gdy są ostrzeliwani przez wrogą artylerię. – Zrozumiałem. Jeśli nie wycofacie się teraz, durne małpoludy, nie pomoże wam cała amunicja świata.

– Dobra, będziemy się ostrzeliwali, dopóki nie wrócimy na wahadłowce. Mam nadzieję, że nie wkurzymy tym harmidrem pilotów tych ptaszków.

Stark się uśmiechnął. Piloci mieli już pewnie pełne gacie z powodu ostrzału artyleryjskiego.

– Kto monitoruje wahadłowce? – zapytał wachtowych. – Jaki jest ich status?

– Gotowe do startu – odparł jeden z szeregowych. – Nie ma raportów o szkodach prócz kilku zarysowań pancerza od odłamków.

Stark wrócił do nieustannego przełączania się na kolejne kanały. Nawała ogniowa od strony magazynów wciąż się nasilała. Do tej pory jednak nie padł z tamtego kierunku ani jeden wystrzał sugerujący obecność wrogich czołgów, co jednak wkrótce mogło ulec zmianie. Niebieskie symbole tłoczyły się obok ikonek wahadłowców. Piechota kończyła właśnie ewakuację. Stark z trudem powstrzymał się od rzucenia rozkazu ponownego rozproszenia oddziałów. Ta koncentracja była wszakże konieczna, jeśli ludzie Milheima mają się wycofać w wystarczająco szybkim tempie. Liczba symboli malała w szybkim tempie, gdy żołnierze grupkami wracali na miejsca, rosły za to liczby pokazujące, ilu ich jest na pokładach wahadłowców. Ruchy! Ruchy! Ruchy! Wynoście się stamtąd!

– Widzę jakiś problem – odezwała się Vic. – Wahadłowiec Bravo, co jest powodem opóźnienia?

– Czołg zablokował nam trap – zameldował pilot maszyny. – Już to naprawiamy.

– Ile czasu potrzebujecie na udrożnienie tego przejścia?

– Nie wiem. Może pięć sekund, a może pięć minut. Albo jeszcze dłużej. Ten sprzęt to cholerny złom.

Vic spojrzała na Starka, który pokręcił tylko głową.

– Wahadłowiec Bravo, zapomnijcie o czołgach. Bierzcie załogi na pokład razem z piechotą.

– Przyjąłem. Mam zostawić pojazdy i zabrać cały personel.

Trudno było powiedzieć, czy pilot poczuł ulgę, czy raczej był wkurzony, że musi porzucić na pastwę losu kilka maszyn bojowych. Za to Lamont dał jasny pokaz swoich uczuć.

– Stark! Nie możesz porzucić tutaj jednego z moich wieprzków!

– Nie mam wyboru – odparł Ethan. – Nie możemy pozwolić sobie na dalsze opóźnienia. – Żołnierze wroga, jakby dla podkreślenia wagi tych słów, zaczęli wysypywać się spomiędzy zabudowań, wkraczając na płytę lądowiska. Było jasne, że spróbują uziemić przynajmniej jeden z wahadłowców. – Nie możecie ustawić tego czołgu na tryb automatyczny, żeby opóźnił atak nieprzyjaciela?

– Możemy. – Lamont powiedział to takim tonem, jakby stracił przyjaciela. – Okay, włączam sekwencję automatycznej obrony i autodestrukcji. Rozpętam tu piekło, dzięki któremu zdołamy się ewakuować. Potem dojdzie do zdetonowania pozostałej amunicji, paliwa i tlenu. Wybacz, stary. – Ostatnie słowa skierował do porzucanej maszyny, która oddaliła się natychmiast od wahadłowca, ostrzeliwując nacierające oddziały.

Ostatni żołnierze Starka wgramolili się do ładowni, także strzelając, dopóki włazy nie przesłoniły im nieprzyjaciela.

– Pozostałe czołgi zabezpieczone!

Po chwili ścigane seriami pocisków promy wystartowały na pełnym ciągu, wznosząc się pionowo w górę. Porzucony czołg Lamonta zbierał ostre cięgi, zachwiał się mocno, gdy kilka pocisków przeciwpancernych wybuchło w opróżnionej kabinie załogowej, a potem eksplodował, siejąc odłamkami po całym lądowisku i w górę. Stark, starając się nie myśleć, jak cenny dla jego wojsk jest każdy wóz bojowy, obserwował przewidywane trajektorie największych odłamków mknących w kierunku odlatujących wahadłowców, a potem parsknął wymuszonym śmiechem.

– Wygląda na to, że Lamont wyniósł właśnie jedną ze swoich maszyn na niską orbitę.

– A w każdym razie kilka jej kawałków. – Vic sprawdziła czas na wyświetlaczu. – Chłopcy ustawili minimalne opóźnienie ładunków, aby wróg nie zdołał ich dezaktywować. Za kilka sekund zobaczymy znacznie więcej odłamków zmierzających w kierunku orbity.

– Nasze wahadłowce są wciąż zbyt blisko. Szkoda, że nie można odpalić tych ładunków zdalnie.

– Tego rodzaju sygnały łatwo zagłuszyć – przypomniała mu Reynolds. – A światłowody trudno rozwijać z ładowni lecącego na dopalaczach wahadłowca. Trzymaj się.

Zanim dokończyła ostatnie słowa, ładunki pozostawione przez ludzi Milheima zaczęły eksplodować. Stark, obserwując wybuchy przez tylną kamerę jednej z odlatujących maszyn, dostrzegł w pewnym momencie, jak cała połać księżycowego gruntu unosi się po tym, jak mrowie mikroeksplozji zlało się w jedną gigantyczną detonację składu amunicji. Błysk był tak oślepiający, że czujniki zablokowały pasma widzialne i podczerwone.

– A niech mnie – jęknęła Vic. – Ile oni tam tego mieli?

– Nie mam pojęcia, ale cieszę się, że nie było mnie przy tym lądowisku. Na moje oko mogliśmy darować sobie podkładanie innych ładunków. Zrobił się tam piękny krater.

– Może powinni nazwać go twoim imieniem.

– Dzięki. Czy wahadłowce wyszły już z pola rażenia?

– Wyjdą za chwilę – zameldowała sierżant Tran. – Za dużo tam odłamków, aby je wszystkie namierzyć.

– Wahadłowce oddalają się na dopalaczach – odezwał się wachtowy, z którym Stark rozmawiał chwilę wcześniej. – Ale lecą prosto na sektor chroniony bateriami przeciwlotniczymi wroga.

– Amerykańskie i wrogie okręty zmierzają kursem na przechwycenie naszych maszyn – dodał inny wachtowy.

Stark potarł dłonią czoło, próbując zwalczyć narastające mdłości. Teraz najtrudniejsza część misji. Ucieczka.

– Gdzie Wiseman i jej bojowe ptaszki?

– Idą prosto na okręty wojenne.

– Czy ona oszalała?

– Nie – uspokoiła go Vic. – Robi kolejną zadymę. Chce przekonać załogi tych jednostek, że nasi wycofają się inną suborbitalną trasą.

– Jasne. Gdy więc nasze wahadłowce zmienią kurs... – Stark przerwał, widząc, że biorące udział w wypadzie maszyny obracają się wokół własnej osi. Silniki pomocnicze podniosły ich ogony ku czerni kosmosu, opuszczając dzioby w kierunku martwej powierzchni Księżyca.

– Okay. Czekajcie na wsparcie artyleryjskie.

Sprawdził pozycje maszyn Wiseman, które także wykonały podobny manewr, kierując się dziobami w dół. Wyświetlacze zmieniały nieustannie przewidywane wektory lotu i jeśli im wierzyć, obie grupy zmierzały prosto na siebie. Maszyny Wiseman oddalały się po łuku od amerykańskiej enklawy, nadlatując nad linie obrony wroga, a wahadłowce transportowe zbliżały się do tego samego miejsca z przeciwległej strony.

– Mam nadzieję, że to zadziała – szepnęła Vic.

– To jest nas dwoje. Artyleria. Sierżant Grace? Rozpocznijcie zaplanowany ostrzał Bravo Foxtrot.

– Przyjęłam. Rozpoczynam zaplanowany ostrzał Bravo Foxtrot.

Wielkie działa spoczywały daleko za pierwszą linią, ukryte w oddzielnych bunkrach. Były to gargantuiczne bestie przystosowane do wystrzeliwania pocisków na ogromne odległości. A na Księżycu, gdzie panowało sześciokrotnie mniejsze ciążenie, ładunki mogły być maleńkie, za to głowice wielkie. Na oczach Starka ikonki zagrożenia oderwały się od stanowisk artyleryjskich i poszybowały w rejon, do którego zbliżały się wahadłowce.

– Wiecie – rzuciła sierżant Tran – gdybym była na miejscu żołnierzy siedzących na tamtym odcinku frontu, zaczęłabym się zastanawiać, co takiego szykujemy.

– I o to chodzi – mruknął Stark. – Wiseman, jak to wygląda?

– Trzymamy się z dala od tych okrętów wojennych. – Jej twarz wyglądała dziwnie płasko przy tak wielkim przyspieszeniu. Ekrany pokazywały, że wielkie okręty zbliżyły się już do granic pola rażenia kolonialnych rakiet przeciworbitalnych. Od ich kadłubów oderwało się kilka czerwonych symboli świadczących o desperackich próbach dopadnięcia oddalających się z maksymalną szybkością obiektów.

– Tak między nami – dodała Wiseman. – Nienawidzę lotów na dopalaczach ku powierzchni planet i księżyców. Zrozumiano?

– Wydawało mi się, że zechcecie wyrównać, zanim uderzycie w powierzchnię.

– Zakładając, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jeśli nie, to wkurzę się na maksa.

I zginiesz. Stark sprawdził zbiegające się wciąż trajektorie wahadłowców bojowych, transportowych i spadających pocisków. Okay. Artyleria uderzy pierwsza. Narobi zamieszania na powierzchni, zanim Wiseman nadleci od linii frontu, a wahadłowce transportowe od zaplecza. Wszystkie systemy obronne skupią się na naszych maszynach bojowych, bo tylko one będą nadlatywały od strony naszych pozycji. Wycofujące się wahadłowce otrzymają status celów drugorzędnych. Na nasze szczęście żaden z obrońców nie zdaje sobie sprawy, co planujemy, a to oznacza, że wszyscy przejdą na celowanie ręczne. Transportowce są o połowę mniej wytrzymałe niż opancerzone ptaszki Wiseman.

– Trzymaj kciuki, Vic – poprosił.

– Trzymam. U rąk i nóg – zapewniła go.

Systemy obrony wroga wystrzeliły rakiety mające przejąć nadlatujące pociski artyleryjskie, ale ta nawała ogniowa była zbyt gęsta, by udało się ją powstrzymać. Stark zbyt często widział skutki takich ostrzałów, by nie wiedzieć, co zrobią żołnierze wroga, gdy pierwsze głowice trafią w cel. Znajdujące się na powierzchni sensory i broń zostaną natychmiast osłonięte, a żołnierze powciskają się w najgłębsze zakamarki bunkrów. W przypadku piechoty było to całkowicie irracjonalne zachowanie, bowiem każde bezpośrednie trafienie oznaczało natychmiastową śmierć wszystkich ludzi, tych stojących i tych leżących. Czasem jednak takie reakcje pozwalały żołnierzom czuć się lepiej, pewniej i przetrzymać strach przed tonami lecącej z nieba stali i materiałów wybuchowych.

Opancerzone wahadłowce Wiseman wykonały kolejny zwrot, przerywając pionowy lot w kierunku powierzchni i próbując wyrównać nad liniami wroga. Transportowce zrobiły to samo, drżąc i wibrując przeraźliwie od pracujących z pełną mocą silników odrzutowych, które spychały je na nowy kurs.

Symbole zmieniały się jak w kalejdoskopie. Stark powstrzymał się jednak od przejścia na tryb wizualny, nie chciał widzieć tego, co pociski robią z pozycjami wroga. Napatrzył się na to wcześniej, i to tysiące razy, nie cieszyły go więc myśli o ludziach kulących się ze strachu podczas bombardowań. Wahadłowce Wiseman także odblokowały broń pokładową oraz systemy aktywnej obrony, wystrzeliwujące flary i wabiki, by uniknąć trafienia odpalanymi chaotycznie rakietami. Na moment przed tym, jak obie formacje przeszły obok siebie, kilka wyrzutni wypaliło w kierunku nadlatujących transportowców. Mgnienie oka później opancerzone maszyny wykonały kolejny ciasny zwrot, kierując się dziobami ku górze i ruszając na pełnym przyspieszeniu, by jak najszybciej znaleźć się za własnymi liniami.

Stark zdał sobie nagle sprawę, że od dłuższego czasu wstrzymuje oddech, zaczerpnął więc łapczywie powietrza, nie spuszczając wzroku z ikonek transportowców mknących ku amerykańskim pozycjom pierwszej linii. Szlag. Udało się? Wycofaliśmy wszystkie maszyny?

– Zarejestrowano trafienie – zameldował wachtowy podniesionym głosem. – Wahadłowiec Alfa.

– Jak poważne?

– Rozszczelnienie pancerza, uszkodzenie systemów stabilizacyjnych. Maszyna traci wysokość. Jest zbyt blisko powierzchni, by wyrównać.

– O, nie. – Stark, zaciskając zęby, połączył się z wahadłowcem i wstrząsnął się mimowolnie, gdy zobaczył rozedrgany obraz. Trafienie i wtórne eksplozje zepchnęły maszynę z kursu. Powierzchnia Księżyca migała oślepiającą bielą i szarością, ustępując co chwilę idealnej czerni kosmosu.

– Gutierrez! – darła się Wiseman do pilota strąconej maszyny. – Jesteś zbyt nisko na automat. Przejdź na sterowanie ręczne!

– Przyjęłam! – odparła Gutierrez drżącym głosem. Jej ciało podskakiwało nieustannie trzymane w fotelu tylko pasami uprzęży.

Stark zamrugał nerwowo, gdy Vic przerwała z rozmysłem połączenie, przechodząc na inny obwód. Teraz mogli zobaczyć wahadłowiec od zewnątrz, z perspektywy naziemnych sensorów. Maszyna leciała nad powierzchnią Księżyca w kierunku amerykańskich linii, wirując wokół własnej osi. Strzelające z jej bocznych dysz strumienie ognia sugerowały, że Gutierrez próbuje ustabilizować pojazd, ale przypadkowość tych erupcji mówiła także, że robi to na wyczucie.

– Czy to zadziała? – zapytała w pewnym momencie Reynolds.

– Trudno powiedzieć. Czekaj... – Mocniejszy ciąg z dwóch stabilizatorów sprawił, że maszyna przeszła z niekontrolowanego wirowania w klasyczny, choć nadal groźnie wyglądający korkociąg, jej dziób zataczał wciąż szerokie kręgi. – To cholernie dobry pilot.

– Tak. Ale nie zdoła ocalić tej maszyny. Jest już za nisko i ma zbyt wielką prędkość. Gdy uderzy...

Zanim Reynolds zdążyła dokończyć, stabilizatory czołowe odpaliły raz jeszcze, obracając wahadłowiec w pionie, tak by jego napęd znalazł się na miejscu dziobu. Silniki ożyły, zmiatając chmury pyłu ze skał, nad którymi przelatywała maszyna. Prom zaczął zwalniać, drżąc, jakby ktoś nim potrząsał, tracił też wysokość. Po chwili uderzył spodnią częścią kadłuba w powierzchnię i sypiąc fragmentami poszycia, przekoziołkował, jakby znów wyrwał się spod kontroli pilota.

– Gutierrez! – wrzasnęła Wiseman. – Zrobiłaś co w twojej mocy! Katapultuj się! Nakaż ewakuację załogi!

– Nie! Mam ludzi na pokładzie! Mogę jeszcze...

Pilot zamilkł raptownie, gdy wahadłowiec uderzył jeszcze mocniej, roztrącając na wszystkie strony głazy i fragmenty konstrukcji. Moment później wzniósł się nieco, aby rąbnąć w powierzchnię po raz ostatni. Sunął przez szary krajobraz, odbijając się od większych skał i przeskakując nad mniejszymi.

– Medyczny! – wydarła się sierżant Tran. – Wyślijcie na miejsce zdarzenia zespół ratunkowy. Natychmiast.

– Już jedziemy – odparł wachtowy z działu medycznego.

Tran wskazała palcem ekran.

– Cztery karetki. Za minutę poślę tam następne.

– Świetnie – ucieszył się Stark, choć głos wciąż drżał mu z wściekłości. – Świetnie – powtórzył nieco pewniejszym tonem. – Wcześniejsze postawienie jednostek ratunkowych w stan pogotowia było dobrym pomysłem. Vic, czy pozostali są cali i zdrowi?

Sprawdziła odczyty na ekranach, przygryzając dolną wargę, a potem skinęła głową.

– Na to wygląda. Pozostałe wahadłowce hamują już, by podejść do lądowania. Eskadra Wiseman wraca właśnie pod parasol ochronny. Chcesz tam jechać?

– Tak. – Raz jeszcze odgadła jego myśli. A może znała go lepiej niż pozostali. – Powiadom załogę transportera dowodzenia.

– Będą na ciebie czekali.

Tym razem pobiegł do hangaru, nie dbając o pozory. Plotki o strąconym wahadłowcu rozchodziły się lotem błyskawicy jak każda zła wiadomość, nikt więc nie dziwił się, że komendant biegnie do swojego transportera. Po wejściu na pokład Ethan wskoczył na fotel dowodzenia i natychmiast zapiął pasy.

– Masz namiar na miejsce katastrofy? – zapytał kierowcę

– Tajest.

– W takim razie zawieź mnie tam, i to szybko!

– Tajest.

Kierowca zamilkł, skupiając całą uwagę na prowadzeniu. Stark także siedział cicho i choć patrzył w kierunku ekranów, nie widział ani tego, jak pozostałe wahadłowce transportowe zawisają nad lądowiskiem amerykańskiej kolonii, ani wyhamowującej ostro eskadry Wiseman. Starał się nie myśleć, nie bać, wiedział bowiem, że te obawy nie pomogą załodze i żołnierzom uwięzionym w rozbitej maszynie. Pomodlił się za to – szybko, cicho, ale gorąco.

Transporter zatrzymał się obok kilku karetek pozostawionych przy miejscu katastrofy. Stark sprawdził szczelność pancerza, zanim otworzył właz przedziału osobowego, by wyskoczyć na powierzchnię.

Jak zwykle w takich wypadkach czas zdawał się zwalniać bieg. Ethan opadał powoli, jego stopy wylądowały łagodnie, wzbijając niewielkie chmurki szarego pyłu. Wokół pełno było kamyków, tylko gdzieniegdzie trafiały się większe głazy, wszystkie ostre na krawędziach jak brzytwy. Tutaj, przy braku atmosfery, nic nie mogło ich wygładzić, więc zachowały oryginalne kształty.

Wokół wraku i pojazdów krzątało się wielu ludzi przeskakujących z gracją z miejsca w miejsce. HUD Starka otagował je automatycznie – część z nich ikonkami służb medycznych, część wojskowymi, a reszcie nadał status rannych. Medycy byli łatwi do zauważenia. W odróżnieniu od żołnierzy piechoty nie nosili ciężkich pancerzy, lecz zwykłe kombinezony próżniowe, bo tylko w nich mogli mieć wystarczająco dużo swobody ruchów, by zajmować się tkwiącymi w zbrojach bojowych rannymi. Medycy nie potrzebowali dodatkowych osłon, ponieważ – przynajmniej w założeniu – nikt nie powinien do nich strzelać. Wróg jednak łamał czasami tę niepisaną zasadę, dlatego chłopcy z medycznego uczyli się metod maskowania na polu walki i jednoczesnego opatrywania rannych.

Nieco dalej, z boku, leżał stos opancerzonych ciał, nad którymi unosiły się najbardziej znienawidzone ikonki oznaczające zabitych.

Stark ruszył przed siebie, próbując zaangażować się w akcję ratunkową, ale nie wchodzić przy okazji w drogę medykom, którzy nie potrzebowali, by ktoś z dowództwa patrzył im na ręce.

– Doktorze Asad. Pan tutaj dowodzi?

Postać oznaczona na HUD-zie tym nazwiskiem odwróciła się i skinęła lekko głową.

– Zgadza się.

– Jak wygląda sytuacja?

Nie sposób wzruszyć ramionami w ciężkim skafandrze, ale Asadowi udało się jakoś wykonać ten gest.

– Mogło być gorzej. Tam mamy ciała ofiar. Na szczęście nie jest ich zbyt wiele. A nawet bardzo mało, zważywszy na zniszczenia tej maszyny. Pozostali cierpią na stłuczenia, złamania i tym podobne dolegliwości. Nie będziemy mieli większego problemu z poskładaniem ich do kupy.

Stark zerknął raz jeszcze w kierunku ciał zabitych, zliczając je tym razem, a potem przeniósł wzrok na rozpruty wrak wahadłowca. Tylko pięć ofiar. To naprawdę niewiele. To jakiś pieprzony cud.

– Niesamowite.

– Mhm. Zasługa pilota i załogi, jak sądzę. Udało im się wytracić sporą część prędkości przed uderzeniem.

– Gdzie oni są? – Stark rozejrzał się, szukając na wyświetlaczu ikonek sił lotniczych. – Gdzie jest załoga?

– Gdzie? – Asad wskazał głową wrak. – Nadal w środku. Maszyna leży na ich kabinie. Nie mogliśmy zająć się wydobyciem ciał. Mamy za dużo roboty z żywymi. Poza tym trzeba będzie kogoś z działu inżynieryjnego, żeby tam się dostać... – zamilkł na moment. – Chyba nie zdążyli katapultować kabiny. Szkoda.

– Mieli na to czas, doktorze.

– Dlaczego więc tego nie zrobili?

– Próbowali ocalić pasażerów.

Doktor Asad milczał dłuższą chwilę.

– I udało im się. Zaraz ich stamtąd wyciągniemy, komendancie. Zajmiemy się nimi jak trzeba, obiecuję.

– Dzięki. Trzeba wam jeszcze czegoś? Więcej ludzi, więcej sprzętu, więcej karetek?

– Możecie przysłać tu jakieś pojazdy dla żołnierzy, którzy chodzą o własnych siłach?

Stark sprawdził dane na wyświetlaczu systemu dowodzenia, zanim odpowiedział.

– Oczywiście. Kilka transporterów już jedzie. Będą na miejscu za kilka minut.

– W takim razie to wszystko. Ci, którzy potrzebują pomocy, na pewno ją otrzymają.

– Zatem nic tu po mnie. Dobra robota, doktorze. Pańscy ludzie spisali się na medal. Proszę podziękować im w imieniu moim i wszystkich żołnierzy.

Asad raz jeszcze powtórzył niemożliwy gest.

– Na tym polega nasza praca. Ale przekażę pańskie słowa moim ludziom. Wiedza o tym, że są doceniani, z pewnością im nie zaszkodzi.

Stark wrócił wolnym krokiem do transportera, odwrócił się tylko raz, tuż przy włazie. Gutierrez. I cała załoga wahadłowca. Dzięki za uratowanie tych żołnierzy. Zadbam o to, by wasze poświęcenie nie zostało zapomniane. Podciągnął się do przedziału osobowego, zamknął szczelnie właz, a potem opadł ciężko na fotel. Zapinając pasy, poczuł na barkach ogromny ciężar odpowiedzialności.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ DRUGA Tarcia

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ TRZECIA Cele i środki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT©BYJohn G. HemryCOPYRIGHT©BYFabryka Słów sp. zo.o., LUBLIN 2014COPYRIGHT©FOR TRANSLATION BYRobert J. Szmidt, 2014

TYTUŁ ORYGINAŁUStark’s Crusade

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-902-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani wjakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana wśrodkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKIPaweł Zaręba

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE© Homeriscool | Dreamstime.com

REDAKCJARafał Dębski

KOREKTAKatarzyna Bagier

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJDariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl