Kruche życie. Historie życia i śmierci prosto z sali operacyjnej - Stephen Westaby - ebook
Opis

Jak to jest mieć w swoich rękach życie drugiego człowieka?

Praca kardiochirurga przypomina balansowanie na linie z nieustanną świadomością czyhającej tuż obok śmierci. Nie jest zajęciem dla ludzi o słabym sercu.

Kruche życie to emocjonująca, zdumiewająca i zapierająca dech opowieść cenionego profesora Stephena Westaby’ego, którego ścieżkę zawodową znaczyły geniusz i brawura. Wybitny kardiochirurg dzieli się najciekawszymi i najbardziej wzruszającymi przypadkami medycznymi, z jakimi się zetknął w swojej kilkudziesięcioletniej karierze.

Westaby opowiada między innymi, w jaki sposób ocalił niemowlę, które przeszło liczne ataki serca. Relacjonuje batalię z nowotworem, który życie młodej kobiety zmienił w trudne do opisania piekło. Opowiada o pionierskiej operacji wszczepienia sztucznego serca, w wyniku której powstał „człowiek na baterie”.

To ważna i poruszająca książka. Pozwala przesunąć własne granice i spojrzeć na życie z nowej perspektywy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Niniejszą książkę dedykuję moim wspaniałym dzieciom, Gemmie i Markowi, a także wnuczkom, Alice i Chloe.

Przedmowa

Woody Allen powiedział kiedyś: „Mózg to mój drugi ulubiony narząd”. Co do mnie, zawsze miałem taki sam stosunek do serca. Lubiłem je obserwować, zatrzymywać, naprawiać, znowu puszczać w ruch – niczym mechanik dłubiący przy silniku. Gdy tylko zrozumiałem, jak działa, reszta przyszła sama. Za młodu zajmowałem się malarstwem. W pewnym momencie zwyczajnie przerzuciłem się z muskania płótna pędzlem na krojenie ciała skalpelem. Traktowałem to bardziej jak hobby niż pracę – przyjemność, a nie obowiązek. Było to po prostu coś, w czym byłem dobry.

Ścieżka, którą obrałem, prowadziła dziwacznymi serpentynami: od nieśmiałego uczniaka po szalenie ekstrawertycznego studenta medycyny, od zabójczo ambitnego młodego lekarza po zamkniętego w sobie pioniera chirurgii i nauczyciela. Po drodze wielokrotnie pytano mnie, co jest tak fascynującego w chirurgii serca. Mam nadzieję, że lektura niniejszej książki uczyni sprawę jasną.

Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwólcie, że podzielę się paroma faktami na temat tego niesamowitego organu. Każde serce jest inne. Jedno otłuszczone, inne chude. Jedno ma grube ściany, inne cienkie. Jedno bije szybciej, inne wolniej. Ale dwóch identycznych się nie znajdzie. Spośród tych 12 000, nad którymi pracowałem, większość była w opłakanym stanie, co skutkowało cierpieniem, gniotącym bólem w piersi, bezustannym przemęczeniem i przerażającymi dusznościami.

Rzeczą najbardziej niezwykłą, jeśli chodzi o ludzkie serce, jest jego funkcjonowanie – jego rytm i wydajność. Dane przyprawiają o zawrót głowy. Aby przepompować pięć litrów krwi, serce uderza przeszło 60 razy na minutę. To daje 3600 uderzeń na godzinę, 86 400 na dobę. W ciągu roku łączna liczba uderzeń sięga 31 milionów, zaś w ciągu 80 lat – aż 2,5 miliarda. Każdego dnia prawa i lewa strona serca przetaczają przez płuca i resztę ciała ponad 6000 litrów krwi. To olbrzymia praca, wymagająca niebywałego wydatku energii. Właśnie dlatego kiedy serce zawodzi, konsekwencje są poważne. A gdy weźmiemy pod uwagę te przyprawiające o zawrót głowy liczby, nasuwa się pytanie: jak to w ogóle możliwe, że komuś przyszło do głowy zastąpić ten kluczowy narząd urządzeniem mechanicznym albo nawet „częścią zamienną” pozyskaną od zmarłej osoby?

Na lekcjach biologii nauczono mnie, że serce spoczywa pośrodku piersi i składa się z czterech części: dwóch jam wlotowych, zwanych prawym i lewym przedsionkiem, oraz dwóch jam pompujących, zwanych prawą i lewą komorą. Na ilustracjach w podręcznikach znajdują się one jedna przy drugiej jak w domu z dwoma sypialniami umiejscowionymi nad salonem i kuchnią. Gąbczaste, rozciągliwe płuca, które otaczają serce, przypominają zaś dach górskiej chaty, a ich zadaniem jest utrzymywanie stałego poziomu tlenu we krwi i wydalanie dwutlenku węgla do atmosfery. (Większość z nas wie także, że z oddechem mogą się ulatniać inne substancje chemiczne, na przykład alkohol, gdy jego stężenie przerośnie możliwości metaboliczne wątroby).

Dobrze natleniona krew opuszcza płuca i dostaje się do lewego przedsionka przez cztery oddzielne żyły, po dwie na każdą stronę. Podczas fazy rozkurczu serca, czyli diastole, krew napływa przez zastawkę dwudzielną – zwaną też mitralną ze względu na kształt przypominający mitrę biskupią – do silnej lewej komory. W czasie skurczu komorowego, inaczej systole, zastawka dwudzielna się zamyka. Zawartość lewej komory zostaje wyrzucona przez zastawkę aorty do samej aorty i dalej przez tętnice do tkanek ciała.

Co ciekawe, prawa komora działa zupełnie inaczej. Ma kształt półksiężyca i opiera się na ścianie lewej komory, zwanej przegrodą międzykomorową. Dzięki takiej formie działa niczym miech kowalski. A zatem obie komory są od siebie zależne. To właśnie rytm pracy serca zawładnął moją wyobraźnią, zupełnie jakbym przyglądał się dłoniom pianisty lub stopom tancerza.

Czy jednak to wszystko naprawdę jest takie proste?

Moja matka zwykła kupować u rzeźnika owcze serca. Były tanie i nie najgorsze w smaku, a przy tym doskonale nadawały się do tego, aby przeprowadzać na nich sekcje. Krojąc je, odkryłem, że w rzeczywistości serca są dużo bardziej złożone i trudniejsze do zrozumienia, niż sugerują ilustracje w książkach, ponieważ komory różnią się nie tylko kształtem, ale i strukturą mięśniową. Nie znajdują się też tak naprawdę po lewej i po prawej stronie, a raczej z tyłu i z przodu. Lewa komora, która ma grubsze ściany, cechuje się stożkowatym kształtem i opleciona jest włóknami mięśni okrężnych, które ją ściskają i obracają. Teraz możemy sobie wyobrazić, jak lewa komora działa w rzeczywistości. Gdy potężny mięsień kurczy się i napina, jama w jego wnętrzu zwęża się i skraca. W czasie rozkurczu – w fazie diastolicznej – lewa komora gwałtownie się rozszerza, a zastawka aorty zostaje zamknięta. Rozkurczająca się jama rozszerza się i wydłuża, wsysając krew z przedsionka przez zastawkę dwudzielną. W związku z tym każdy programowy cykl skurczu i rozkurczu wiąże się ze zwężaniem, skręcaniem i skracaniem, po którym następuje rozszerzanie, rozwijanie i wydłużanie. Prawdziwe tango argentyńskie… z dwoma istotnymi różnicami: cały proces trwa mniej niż sekundę, a taniec nigdy się nie kończy.

Komórki w ludzkim ciele potrzebują krwi i tlenu. Bez nich tkanki obumierają – w różnym tempie: mózg najpierw, kości na końcu. Wszystko zależy od tego, ile tlenu potrzebuje dana komórka. Gdy akcja serca ulega zatrzymaniu, mózg i układ nerwowy ulegają uszkodzeniu w niespełna pięć minut. Następuje śmierć mózgowa.

Teraz jesteście kardiologami. Wiecie, jak działają serce i układ krążenia. Ale jeśli chcecie pomóc swoim pacjentom, nadal będzie wam potrzebny chirurg.

1Eterowa kopuła

Wdzięcznym wam za zluzowanie, bom zziąbł i słabo mi na sercu.

William Szekspir, Hamlet, akt 1, scena 1, tłum. Józef Paszkowski

Granica między życiem a śmiercią, triumfem a porażką, nadzieją a bezradnością jest niezwykle cienka – wystarczy minimalnie większa liczba martwych komórek mięśniowych, odrobinę więcej kwasu mlekowego we krwi, nieco znaczniejszy obrzęk mózgu. Kostucha spogląda przez ramię każdego chirurga, a śmierć jest nieodwracalna. Nikt nie dostaje drugiej szansy.

Listopad 1966 roku. Miałem 18 lat i właśnie skończyłem pierwszy tydzień nauki w Charing Cross Hospital Medical School w centrum Londynu, dokładnie naprzeciwko szpitala Charing Cross. Chciałem zobaczyć żywe, bijące serce, a nie oślizły kawał martwego mięsa na stole w prosektorium. Szkolny portier powiedział mi, że operacje kardiochirurgiczne przeprowadza się w środy i że powinienem poszukać eterowej kopuły.

– Rozglądaj się za zielonymi drzwiami na ostatnim piętrze, na poddaszu, gdzie nikt nie łazi. Tylko nie daj się złapać – ostrzegł mnie. – Studentom, którzy jeszcze nie mają zajęć klinicznych, nie wolno tam wchodzić.

Było późne popołudnie, zapadł już zmrok, a nad Strandem mżyło, gdy wyruszyłem na poszukiwania eterowej kopuły, która okazała się zabytkową banią z szybek w ołowianej oprawie górującą nad salą operacyjną w starym szpitalu Charing Cross. Od czasu rozmowy wstępnej nie przekraczałem progów tego czcigodnego przybytku. Był to zaszczyt, na który my, studenci, musieliśmy zapracować, zdając egzaminy z anatomii, fizjologii i biochemii. Nie wszedłem więc głównym wejściem, przez klasycystyczny portyk, lecz przez skąpane w błękitnym świetle drzwi do izby przyjęć. Odszukałem windę – rozklekotaną przedpotopową klatkę, w której zwożono sprzęt i zwłoki z oddziałów do piwnicy.

Martwiłem się, że dotrę na miejsce zbyt późno, że może być już po operacji – jak również że zielone drzwi będą zamknięte. Ale nie były. Ciągnął się za nimi ciemny, brudny korytarz, składowisko przestarzałego sprzętu anestezjologicznego i porzuconych narzędzi chirurgicznych. W odległości 10 metrów widać było poblask świateł rozlewających się pod kopułą. Dostałem się na staromodną widownię oddzieloną jedynie cienką warstwą szkła od przedstawienia rozgrywającego się trzy metry niżej, na stole operacyjnym. Była tam poręcz, a także ustawione w półkole ławy wypolerowane tyłkami przyszłych chirurgów.

Zacisnąłem ręce na poręczy i usiadłem – samiuśki, jeśli nie liczyć wszędobylskiej Kostuchy – i spojrzałem w dół przez zaparowane szybki. Trwała właśnie operacja serca, a klatka piersiowa pacjenta stała otworem. Przesunąłem się, poszukując najlepszego punktu obserwacyjnego, i ostatecznie ulokowałem się dokładnie nad głową chirurga. Był to znany lekarz, przynajmniej w naszej szkole medycznej, wysoki, szczupły i budzący szacunek, obdarowany długimi, zręcznymi palcami. W latach 60. kardiochirurgia wciąż stanowiła ekscytujące novum, jej adepci zaś byli nieliczni i rozproszeni. Niewielu mogło się pochwalić prawdziwą specjalizacją. Przeważnie zajmowali się po prostu chirurgią ogólną, by pewnego dnia odwiedzić jedno z pionierskich centrów medycznych, a później zapoczątkować własny program. Musieli szybko się uczyć, przy czym cenę za pomyłki płacili w ludzkich żywotach.

Dwaj asystenci chirurga i instrumentariuszka stali nad ziejącą raną, pospiesznie przekazywali sobie instrumenty chirurgiczne. I wtedy właśnie ujrzałem to, co tak zaprzątało ich uwagę, mnie zaś przepełniało fascynacją: bijące ludzkie serce. Po prawdzie trzepotało raczej, niż biło, a liczne kaniule i rurki łączyły je z mechanicznym płucosercem. Cylindryczne dyski wirowały w pojemniku skąpanej w tlenie krwi, podczas gdy prymitywna pompa rolkowa ściskała rurki, wtłaczając życiodajny płyn z powrotem do ciała. Próbowałem przyjrzeć się lepiej, lecz widziałem tylko serce, gdyż pacjent był od stóp do głów okryty zielonymi serwetami, zupełnie anonimowy – ku uldze wszystkich zainteresowanych stron.

Chirurg przestąpił ciężko z nogi na nogę; miał na sobie wysokie białe buty, jakie niegdyś noszono w czasie operacji, aby uchronić skarpetki przed zaplamieniem krwią. Zespół wymienił już zastawkę dwudzielną operowanego, serce jednak miało trudności z odłączeniem się od zewnętrznego krwiobiegu. Widziałem wówczas ten niezwykły organ na żywo po raz pierwszy, ale nawet mnie wydał się on słabowity, rozdęty jak balon. Pulsował, lecz nie pompował.

Na ścianie za sobą znalazłem skrzynkę opisaną „Interkom”. Pstryknąłem włącznik, a przedstawienie zyskało dźwięk. Na tle wzmocnionego szumu tła usłyszałem, jak chirurg mówi:

– Spróbujmy ostatni raz. Zwiększyć adrenalinę. Wentylacja i próbujemy odłączać.

Zapadła cisza, kiedy wszyscy patrzyli, jak nieszczęsny narząd walczy o życie.

– Mamy powietrze w prawej tętnicy wieńcowej – powiedział pierwszy asystent. – Proszę igłę odpowietrzającą.

Wetknął igłę w aortę. Wypłynęła spieniona krew i ciśnienie pacjenta zaczęło się poprawiać.

Wyczuwając dobrą okazję, chirurg zwrócił się do perfuzjonisty.

– Odłączamy teraz! To ostatnia szansa.

– Jest bez bajpasu. – Było to raczej suche stwierdzenie faktu, nie usłyszałem w głosie nadziei.

Mechaniczne płucoserce zostało wyłączone i prawdziwe serce musiało radzić sobie samo – lewa komora powinna pompować krew do tkanek ciała, a prawa do płuc. Obie miały trudności. Anestezjolog patrzył z nadzieją w ekran, obserwując ciśnienie i tętno. Wiedząc, że była to ostatnia próba, chirurdzy w milczeniu wycofali kaniule i zaszyli otwory. Każdy siłą woli próbował zmusić świeżo zoperowany narząd do pracy. Serce przez chwilę słabo dygotało, lecz z czasem ciśnienie zaczęło powoli spadać. Wciąż dało się zaobserwować krwawienie – nieznaczne, ale nieustanne. Jego źródło znajdowało się gdzieś z tyłu. W miejscu, do którego nie dało się dostać.

Uniesienie serca spowodowało fibrylację. Trzepotało znów, podrygiwało jak worek pełen dżdżownic, lecz – zasilane nieskoordynowanymi impulsami elektrycznymi – się nie kurczyło. Marnowało energię. Anestezjolog potrzebował chwili, aby zauważyć na ekranie, co się dzieje.

– Migocze nam! – krzyknął. Niedługo miałem się dowiedzieć, że chodziło mu o migotanie komór. – Defibrylujcie.

Chirurg spodziewał się tego i przyciskał już elektrody we właściwych miejscach.

– Trzydzieści dżuli. – Kopnęło. Nic. – Dajcie sześćdziesiąt.

Kopnęło. Tym razem nastąpiła defibrylacja, serce jednak oklapło tylko, ogłuszone, i leżało pozbawione jakiejkolwiek aktywności elektrycznej niczym mokra papierowa torebka. Nazywamy to asystolią.

Krew nadal napływała do klatki piersiowej i chirurg przycisnął serce palcem. Komory odpowiedziały skurczem. Nacisnął znów, a rytm powrócił.

– Zbyt wolno. Adrenalinę proszę.

Bezceremonialnie wetknął igłę przez prawą komorę do lewej i wstrzyknął do niej przejrzysty płyn. Następnie pomasował serce swymi długimi palcami, aby wtłoczyć potężny środek stymulujący do tętnic wieńcowych.

Wdzięczny mięsień sercowy zareagował natychmiast. Podręcznikowo: tętno przyspieszyło, a ciśnienie krwi wystrzeliło w górę, wyżej i wyżej, aż szwy się niebezpiecznie napięły. Potem, jak gdyby w zwolnionym tempie, puściły w miejscu, w którym wcześniej wprowadzona była kaniula. W świetle lamp buchnęła karmazynowana fontanna, obryzgując chirurgów i momentalnie przesiąkając przez zielone obłożenie.

Ktoś mruknął:

– Kurwa…

Mało powiedziane. Było po bitwie.

Zanim ktokolwiek zdążył zatkać dziurę palcem, serce całkiem się opróżniło. Krew kapała z lamp, czerwone strużki biegły po marmurowej posadzce. Gumowe podeszwy przyklejały się do podłoża. Anestezjolog pospiesznie podawał kolejne transfuzje – na nic. Życie szybko wyciekało z ciała. Kiedy zastrzyk adrenaliny przestał działać, obrzmiałe serce zwyczajnie pękło niby balon i stanęło. Stanęło na zawsze.

Chirurdzy stali w cichej rozpaczy, musieli się z nią mierzyć tydzień po tygodniu. Główny operujący zniknął z mojego pola widzenia, a anestezjolog wyłączył respirator, czekając, aż elektrokardiogram wykaże zgon. Usunął rurę z tchawicy pacjenta, następnie również wyszedł. Mózg operowanego był już martwy.

Nad Strandem opadła mgła. Ludzie spieszyli na stację Charing Cross, by uciec przed chłodem, w restauracjach Simpson’s i Rules kończono obiady, w Waldorfie i Savoyu mieszano już koktajle. Tam trwało życie, podczas gdy tu zawitała śmierć. Samotna śmierć na stole operacyjnym. Koniec bólu, duszności, koniec miłości i nienawiści. Koniec wszystkiego.

Perfuzjonista wytaszczył swoją maszynę z sali operacyjnej. Rozłożenie jej, wyczyszczenie, sterylizacja i przygotowanie do następnego zabiegu miało mu zająć kilka godzin. Została tylko instrumentariuszka. Potem dołączyła do niej pielęgniarka anestezjologiczna, która przed operacją uspokajała pacjenta w poczekalni. Zdjęły maseczki i przez chwilę trwały w milczeniu, nieporuszone widokiem wszechobecnej krwi i wciąż rozpłatanej klatki piersiowej. Pielęgniarka wymacała dłoń zmarłego pod zieloną płachtą i trzymała ją przez jakiś czas. Tymczasem instrumentariuszka odwinęła przesiąkniętą karmazynem serwetę i delikatnie musnęła odsłoniętą w ten sposób twarz. Dopiero wtedy zobaczyłem, że na stole spoczywa młoda kobieta.

Żadna z nich nie wiedziała, że siedzę na górze, w eterowej kopule. Nikt nie zauważył mojej obecności. Nikt poza Kostuchą, która oddaliła się już, zabrawszy ze sobą duszę zmarłej. Ostrożnie przesunąłem się wzdłuż ławy, aby spojrzeć na twarz pacjentki. Szeroko otwartymi oczami patrzyła w górę, w światło kopuły. Była nieludzko blada, lecz wciąż piękna. Miała drobne kości policzkowe i kruczoczarne włosy.

Podobnie jak pielęgniarki nie mogłem odejść. Chciałem wiedzieć, co będzie dalej.

Pracownice szpitala zdjęły przesiąknięte krwią obłożenie z nagich zwłok. W duchu błagałem je, aby wyciągnęły odrażający rozwieracz rozpychający rozłupany mostek młodej kobiety i pozwoliły jej nieszczęsnemu sercu wrócić na miejsce. Kiedy wreszcie to uczyniły, żebra zbiegły się z powrotem, a biedny, pozbawiony życia narząd został zakryty. Schował się – próżny i pokonany – we własnym zakątku, pomiędzy obrzmiałymi piersiami zmarłej pozostała zaś już tylko głęboka, przerażająca rana.

Interkom był nadal włączony, gdy pielęgniarki zaczęły rozmawiać.

– Co się stanie z jej dzieckiem?

– Pewno pójdzie do adopcji. Biedaczka była niezamężna. Rodzice zginęli w bombardowaniu.

– Gdzie mieszkała?

– W Whitechapel, ale w Royal London nie robią chyba operacji serca. Rozchorowała się w czasie ciąży. Gorączka reumatyczna. O mały włos zmarłaby w czasie porodu. Może zresztą tak byłoby lepiej.

– Gdzie jest teraz dziecko?

– Zdaje mi się, że ciągle u nas. Oddziałowa będzie musiała się tym zająć.

– Wie już?

– Jeszcze nie. Idź jej poszukać. Poproszę kogoś, żeby pomógł mi tu skończyć.

W ich ustach brzmiało to tak rzeczowo. Młoda kobieta zmarła, jej dziecko pozostało bez żadnej bliskiej osoby na świecie. Żadnej miłości, żadnego ciepła, wszystko zginęło pośród ochlapanych krwią urządzeń na sali operacyjnej. Czy byłem na to gotów? Czy do tego właśnie dążyłem?

Dwie młode dziewczyny przyszły, żeby obmyć zwłoki. Rozpoznałem w nich uczennice poważanej szkoły pielęgniarskiej, które spotkałem na piątkowej imprezie otrzęsinowej. Przyniosły wiadro wody z mydłem oraz gąbki i przystąpiły do szorowania zmarłej. Usunęły wenflon i cewnik urologiczny, ale wyraźnie niepokoiła je rana operacyjna i to, co się za nią kryło. Z rozcięcia ciągle wypływała krew.

– Co jej robili? – zapytała ta, z którą tańczyłem.

– Operacja serca, ma się rozumieć – odpowiedziała druga dziewczyna. – Chyba wymiana zastawki. Bidula. Jest w naszym wieku. Jej mama musi być załamana.

Przykryły ranę gazą, aby zebrać krew, a następnie zakleiły ją plastrem. Instrumentariuszka wróciła i podziękowała dziewczętom za pomoc. Następnie zawołała jednego z chirurgów asystujących, aby zaszył rozcięcie przed przeniesieniem ciała do kostnicy. W przypadku każdej śmierci na stole operacyjnym konieczna jest autopsja – młoda kobieta miała zostać ponownie rozpłatana od szyi po krocze, więc nie było sensu zamykać mostka czy składać kolejnych warstw tworzących ścianę klatki piersiowej. Lekarz wziął dużą igłę i trochę grubej nici i zszył zmarłą, jakby była workiem na listy. Krawędzie rany nie przylegały ściśle i sączył się z nich płyn. W sumie worki na listy wyglądały o wiele porządniej.

Dochodziła 18.30 i miałem już o tej porze chlać z chłopakami z drużyny rugby w pobliskim pubie. Nadal nie mogłem jednak odejść. Czułem się w jakiś sposób związany z tą pustą skorupą, tą chudą, martwą dziewczyną. Choć nigdy nie miałem okazji jej poznać, nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że znam ją bardzo dobrze. Dzieliłem z nią najważniejszą chwilę jej życia.

Trzy pielęgniarki zawinęły zmarłą w nakrochmalony całun z kryzą wokół szyi. Następnie związały go za plecami młodej kobiety, a jej kostki dodatkowo unieruchomiły bandażami. Ciało zaczynało już zdradzać oznaki stężenia pośmiertnego.

Uczennice wykonały swoją robotę z szacunkiem i delikatnością. Wiedziałem, że jeszcze kiedyś je spotkam. Może mógłbym je nawet spytać, jak się czuły.

Zostaliśmy już tylko we dwoje – martwa kobieta i ja. Lampy oświetlały jej twarz. Patrzyła wprost na mnie. Dlaczego nikt nie zamknął jej oczu, jak to się robi na filmach? Poprzez rozszerzone źrenice widziałem ból wyryty w mózgu.

Na podstawie urywków podsłuchanych rozmów i odrobiny wiedzy medycznej byłem w stanie z grubsza odtworzyć historię życia pacjentki. Miała dwadzieścia kilka lat. Urodziła się w East Endzie. Musiała być bardzo mała, kiedy jej rodzice zginęli w czasie nalotu. Jako dziecko nosiła ze sobą pamięć tych obrazów i dźwięków, strach przed samotnością, podczas gdy wszystko wokół wali się w gruzy. Dorastając w biedzie, nabawiła się gorączki reumatycznej wywołanej przez paciorkowce – zwykła infekcja gardła przerodziła się w groźny stan zapalny. Gorączka reumatyczna zdarzała się często na przeludnionych, ubogich obszarach. Być może kobieta – wtedy jeszcze dziewczynka – przez kilka tygodni odczuwała ból w obrzękniętych stawach. Nie mogła wiedzieć, że choroba zaatakowała też zastawki. W tamtych czasach nie wykonywano jeszcze badań, które umożliwiłyby prawidłową diagnozę.

Nabawiła się przewlekłej choroby reumatycznej serca, co prawdopodobnie bagatelizowano stwierdzeniem, że jest po prostu słabowitym dzieckiem. Być może miała też objawy pląsawicy – mimowolne tiki, problemy z chodzeniem i zaburzenia emocjonalne. W końcu zaszła w ciążę – zdarza się. Ale to pogorszyło sytuację, gdyż jej serce musiało dużo ciężej pracować. Kobieta cierpiała z powodu duszności i obrzęków, lecz jakoś udało jej się dotrwać do rozwiązania. Niewykluczone, że w szpitalu Royal London w Whitechapel przeprowadzili ją przez poród, zdiagnozowali jednak niewydolność serca. Szmer. Niedomykalność zastawki dwudzielnej. Przepisali na wzmocnienie pracy serca lek zwany digoksyną. Nie brała go, gdyż robiło jej się po nim niedobrze. W końcu duszności i ciągłe przemęczenie sprawiły, że nie mogła się opiekować dzieckiem, nie mogła nawet leżeć na plecach. Przy narastającej niewydolności serca jej perspektywy były marne. Wysłali ją więc do miasta, do lekarza – prawdziwego dżentelmena w angielskim surducie i spodniach w paski. Był miły i współczujący. Orzekł, że pomóc może tylko operacja zastawki dwudzielnej. Niestety nie pomogła. I tak smutne życie pacjentki dobiegło końca, a na East Endzie przybyła jeszcze jedna sierota.

Kiedy noszowi przyszli po zmarłą, główne światła dawno były już zgaszone. Ustawili wózek prosektoryjny – blaszaną trumnę na kółkach – obok stołu operacyjnego. Ciało zdążyło już zesztywnieć. Ściągnęli je bezceremonialnie i upchnęli w tej monstrualnej puszce na sardynki. Głowa kobiety łupnęła o blachę, ale nic już nie mogło sprawić jej bólu. Odczułem ulgę, gdy wreszcie straciliśmy kontakt wzrokowy.

Wózek został okryty zielonym wełnianym kocem, tak że wyglądał teraz jak zwykłe łóżko szpitalne. Noszowi zabrali kobietę, aby wpakować ją do lodówki. Dziecko miało nigdy jej nie zobaczyć, będzie dorastać bez matki.

Witamy w świecie kardiochirurgii.

Siedziałem tam z łokciami na poręczy i podbródkiem wspartym na dłoniach, gapiąc się z wysokości eterowej kopuły na czarną gumę pokrywającą stół operacyjny – zupełnie jak całe pokolenia przyszłych chirurgów przede mną. Kopuła była rodzajem areny gladiatorskiej: ludzie siadywali tam, aby oglądać walkę na śmierć i życie. Być może gdybym nie był sam, gdybym mógł z kimś dzielić szok, jaki wywołała śmierć dziewczyny, a także żal na myśl o losie jej dziecka, to, co zobaczyłem, wydałoby mi się mniej okrutne.

Salowe wniosły mopy i wiadra wody, aby zmazać ostatnie ślady obecności zmarłej – jej zaschniętą krew z podłogi wokół stołu, krwawe odciski butów prowadzące w kierunku drzwi, krew z maszyny anestezjologicznej, krew z lamp. Krew była wszędzie, a teraz starannie ją uprzątano. Drobna dziewczyna, która sięgała akurat w górę, aby wyczyścić reflektor, ujrzała mnie na widowni. Moja pobladła twarz i pałające oczy wystraszyły ją, poczułem więc, że pora się zbierać. Zauważyłem jednak, że na obudowie jednej z lamp, w niedostępnym miejscu, pozostała ostatnia kropelka krwi. Poczerniała i zaschnięta zdawała się mówić: jakaś moja część jeszcze tu jest. Pamiętaj o mnie.

Zamknąwszy za sobą zielone drzwi, udałem się do rozklekotanej windy, którą wcześniej zwieziono ciało do kostnicy – miejsca, gdzie miało spocząć w chłodni.

Na tablicy przy wejściu do szkoły medycznej wywieszano zawiadomienia o autopsjach. Ciała należały zazwyczaj do starszych osób. Jeśli trafiali się młodzi, byli to narkomani, ofiary wypadków samochodowych, samobójcy z metra albo niefortunni pacjenci kardiochirurgiczni. Znalazłem zmarłą kobietę na liście autopsji zaplanowanych na piątkowy ranek. Nazywała się Beth. Nie Elizabeth, po prostu Beth. Miała 26 lat. To musiała być ona.

Kiedy przychodził właściwy termin, ciała wyciągano z mieszczącej się w piwnicy szpitala kostnicy, a następnie przewożono w wózku po biegnących pod jezdnią torach do szkoły, gdzie winda zabierała zwłoki do prosektorium. Czy powinienem iść? Czy powinienem zobaczyć, jak wycinają kobiecie mózg i flaki i tną jej martwe serce na plastry, a potem powiedzieć wszystkim o tym, jak naprawdę umarła, o karmazynowej fontannie?

Nie, nie mógłbym tego zrobić.

Tamtego dnia w eterowej kopule Beth nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego. Nie przywiązuj się – zdawała się mówić. – Gdy będzie po wszystkim, odejdź, tak jak to zrobili tamci chirurdzy, a następnego dnia spróbuj znowu. Sir Russell Brock, najsłynniejszy kardiochirurg tamtych czasów, znany był z bezceremonialnych wypowiedzi na temat śmierci w czasie operacji: „Mam dziś zapisanych trzech pacjentów. Ciekawe, który z nich przeżyje”. Może się to wydawać bezduszne, wręcz okrutne, lecz rozmyślanie o śmierci było wówczas – i jest nadal – niedopuszczalne. Musimy uczyć się na błędach i próbować ich unikać w przyszłości. Poddawanie się żalowi czy wyrzutom sumienia przynosi tylko rozpacz.

Musiałem zmierzyć się z tym problemem na późniejszym etapie kariery, kiedy moje zainteresowania zwróciły się ku sprawom trudnym: zabiegom chirurgicznym mającym na celu usuwanie skomplikowanych wrodzonych wad serca u niemowląt i małych dzieci. Niektóre maluchy wkraczały do szpitala radośnie, jedną rączką uczepione mamy, w drugiej taszcząc pluszowego misia. Miały sine usta, sapały jak miechy kowalskie, a ich krew konsystencją przypominała miód. Nie znały innego życia, a ja starałem się je im zapewnić. Chciałem, aby były rumiane i pełne energii, wolne od groźby śmierci. Działałem w dobrej wierze, ale czasem bez powodzenia. Jak miałem się zatem zachować? Siedzieć za każdym razem w ciemnej kostnicy z rozpaczającymi rodzicami, ściskając w garści zimne, pozbawione życia paluszki, i obwiniać się, że podjąłem ryzyko?

Operacje serca zawsze są ryzykowne. Ci z nas, którym udaje się zostać chirurgami, nie mogą bezustannie oglądać się za siebie. Zajmujemy się nowymi pacjentami, zawsze oczekując, że wynik będzie lepszy, i nigdy nie poddając się zwątpieniu.

2Skromne początki

Odwaga to czynienie tego, czego się boisz. Jeśli się nie boisz, nie ma mowy o odwadze.

Edward V. Rickenbacker, „New York Times”, 24 listopada 1963

Przyszedłem na świat na samym początku powojennego boomu demograficznego, 27 lipca 1948 roku, na oddziale położniczym szpitala Scunthorpe War Memorial, pod zodiakalnym znakiem lwa. Scunthorpe było przemysłowym miasteczkiem, z którego lubili się nabijać kabareciarze. Spędziłem tam pierwsze 18 lat życia.

Moja droga matka, wycieńczona długim i bolesnym porodem, ale szczęśliwa na widok swego pierworodnego, zabrała mnie z rzeźni, w którą przemieniła się porodówka, i przywiozła całego i zdrowego do domu. Oto ja: rumiany, silny chłopczyk, drący się z całą siłą świeżo nadmuchanych płuc.

Matka była inteligentną kobietą, troskliwą, czułą i powszechnie lubianą. W czasie wojny prowadziła niewielki bank w centrum, a gdy kasy opustoszały, starsi ludzie nadal ustawiali się w kolejce, by opowiadać jej o swoich problemach. Ojciec w wieku 16 lat wstąpił do RAF-u, bo chciał walczyć z Niemcami, po wojnie zaś otrzymał stanowisko w miejscowej spółdzielni spożywczej i ciężko pracował, aby poprawić naszą sytuację finansową. Nie żyło nam się lekko.

Mieszkaliśmy na osiedlu komunalnym, pod trzynastką. Nie wolno nam było wieszać obrazów na ścianach, gdyż kruszył się tynk. Toaleta była na zewnątrz, a w ogródku stał schron przeciwlotniczy z blachy falistej, w którym hodowano gęsi i kury.

Rodzice matki żyli dokładnie naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy. Babcia była miła i opiekuńcza, ale słabowita. Dziadek pracował w hucie; w czasie wojny należał do cywilnej obrony przeciwlotniczej. W dni wypłat chodziłem z nim do zakładu, gdzie odbierał pensję. Zawsze z fascynacją patrzyłem na rozgrzany do białości metal wtryskiwany do wlewek, spoconych mężczyzn – bez koszul, ale w kaszkietach – dorzucających do ognia w piecach, plujące ogniem parowozy, które sunęły w górę i dół między walcowniami i hałdami żużlu, oraz na strzelające kaskady iskier.

Dziadek z wielką cierpliwością uczył mnie rysować i malować. Siadał ze mną, kopcił woodbine’y, a ja malowałem czerwone zachody słońca ponad kominami, latarniami i pociągami pędzącymi po torach. Wypalał 20 papierosów dziennie, a do tego całe życie przepracował w dymie z huty. Nie najlepsze połączenie.

W 1955 roku kupiliśmy pierwszy telewizor, pudło o wymiarach 25 na 25 centymetrów, które wyświetlało ziarnisty, czarno-biały obraz i nadawało tylko jeden kanał, BBC. Telewizja radykalnie poszerzyła moją wiedzę o zewnętrznym świecie. W tamtym roku dwaj naukowcy z Cambridge, Crick i Watson, opisali molekularną strukturę DNA. W Oksfordzie Richard Doll dowiódł związku między paleniem a rakiem płuc. Później w audycji Your Life in Their Hands („Wasze życie w ich rękach”) usłyszałem o czymś, co miało ukształtować moje przyszłe losy. Chirurdzy ze Stanów Zjednoczonych załatali dziurę w sercu dzięki pomocy nowego urządzenia. Nazwali je płucosercem, ponieważ mogło zastąpić oba narządy. W telewizji lekarze nosili długie białe kitle – sięgające aż do podłogi – pielęgniarki ubrane były w wykrochmalone uniformy i czepki, a pacjenci siedzieli sztywno, jakby na baczność, przykryci prześcieradłami.

W programie opowiadano o operacjach na jednym z najważniejszych ludzkich organów i o tym, że chirurdzy ze szpitala Hammersmith zamierzają niedługo przeprowadzić tego rodzaju zabieg. Chcieli łatać dziury w sercach. A pewien siedmiolatek słuchał tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami, kompletnie zauroczony.

Wtedy właśnie postanowiłem, że zostanę kardiochirurgiem.

W wieku lat 10 zdałem egzamin do miejscowego gimnazjum. Byłem wówczas cichy, grzeczny i nieśmiały. Spodziewano się po mnie, że jako „obiecujący młody człowiek” będę ciężko pracował. Zdradzałem talent artystyczny, ale musiałem zrezygnować z plastyki na rzecz poważniejszych przedmiotów. Jedno zdawało się jednak jasne: miałem zręczne dłonie, a moje palce były dobrze skomunikowane z mózgiem.

Pewnego popołudnia, po szkole, wraz z dziadkiem zabraliśmy Whisky’ego, jego highland teriera, na spacer za miasto. Nagle na szczycie niewielkiego wzniesienia dziadek stanął. Zaciskał palce na kołnierzyku płóciennej koszuli. Głowa mu opadła, cera poszarzała. Dusząc się i pocąc, upadł na ziemię niczym ścięte drzewo. Nie mógł wydobyć z siebie głosu, lecz dostrzegłem w jego oczach strach. Chciałem biec po lekarza. Nie puścił mnie. Mimo że miał już 58 lat, nie mógł ryzykować zwolnienia. Podtrzymywałem mu więc głowę, dopóki ból nie popuścił. Zajęło to jakieś 30 minut. Kiedy dziadek doszedł do siebie, powoli ruszyliśmy z powrotem do domu.

Wiadomość o problemach zdrowotnych dziadka wcale nie zaskoczyła matki. Powiedziała mi, że od dawna męczy go „niestrawność”, kiedy jeździ do zakładu na rowerze. Starszy pan niechętnie zgodził się zrezygnować z tej formy transportu, ale nie zdało się to na wiele. Epizody duszności stały się częstsze, zwłaszcza kiedy wchodził po schodach, choć zdarzały się i wtedy, gdy unikał wysiłku. Chłód zdawał się mu szkodzić, ściągnęliśmy więc jego stare żelazne łóżko z piętra i ustawiliśmy je przed kominkiem. Wygódkę przenieśliśmy do wnętrza, aby nie musiał wychodzić na dwór.

Kostki i łydki dziadka były tak opuchnięte, że potrzebował większych butów. Samo wiązanie sznurowadeł stanowiło dla niego tytaniczny wysiłek i od tego czasu już niewiele wychodził; głównie dreptał pomiędzy łóżkiem a krzesłem ustawionym blisko ognia. Siedziałem przy nim i rysowałem, aby jakoś odwrócić jego uwagę od uciążliwych objawów.

Pamiętam tamto ponure listopadowe popołudnie, dzień przed tym, jak w Dallas zastrzelono prezydenta Kennedy’ego. Wróciwszy ze szkoły, zastałem na podwórku czarny samochód. Należał do doktora, a wiedziałem, co to oznacza. Zajrzałem przez zaparowane frontowe okno, ale zasłony były zaciągnięte, musiałem więc wejść cichutko tyłem, przez kuchnię. Usłyszałem łkanie i serce zamarło mi w piersi.

Drzwi do salonu były otwarte, sączyło się zza nich słabe światło. Zajrzałem do środka. Lekarz stał przy łóżku ze strzykawką w dłoni, a matka i babcia czekały nieopodal, wtulone w siebie nawzajem. Dziadek wyglądał widmowo, oddychał ciężko, głowę miał odchyloną, z jego posiniałych ust i nosa kapała spieniona, różowawa ciecz. Zaniósł się kaszlem, obryzgując pościel drobinami krwi. Potem skroń opadła mu na bok, spojrzenie wytrzeszczonych oczu padło na tabliczkę z napisem „Pokój temu domowi”. Doktor sprawdził puls.

 – Odszedł – szepnął.

Spłynęło na nas poczucie ulgi i ukojenia. Cierpienie dobiegło końca. Akt zgonu miał głosić: „Śmierć z powodu niewydolności serca”.

Wymknąłem się z domu. Wszedłem do starego schronu z kurczakami i rozkleiłem się w ciszy.

Niewiele później u babci zdiagnozowano guza tarczycy, który zaczął uciskać tchawicę. „Stridor” – tak brzmi termin medyczny określający świst, jaki wydaje z siebie człowiek, gdy żebra i przepona rozpaczliwie próbują przepchnąć powietrze przez zwężone drogi oddechowe. To właśnie słyszeliśmy.

Pojechała na radioterapię do oddalonego o 60 kilometrów Lincoln, ale w wyniku zabiegu miała podrażnioną skórę i trudności z przełykaniem. Zobaczyliśmy światełko w tunelu, kiedy zrodził się pomysł przeprowadzenia tracheostomii, chirurg jednak nie był w stanie wykonać otworu wystarczająco nisko w tchawicy, poniżej przewężenia. Nasze nadzieje legły w gruzach, a babcia została skazana na męczarnię trwającą aż do śmierci. Byłoby lepiej, gdyby pozwolono jej umrzeć w znieczuleniu. Każdego wieczoru, po szkole, siedziałem przy niej, próbując zapewnić jako taką wygodę. Pod wpływem środków przeciwbólowych na bazie opium oraz narkoz dwutlenkiem węgla powoli traciła świadomość, aż wreszcie pewnej nocy odeszła we śnie w wyniku poważnego krwotoku mózgu. Liczyła sobie raptem 63 lata, ale żadne inne z moich dziadków nie dożyło takiego wieku.

Gdy skończyłem 16 lat, złapałem wakacyjną robotę w hucie, ale po zderzeniu wywrotki z pociągiem przewożącym płynne żelazo postanowiono zrezygnować z moich usług. Dowiedziałem się, że w miejscowym szpitalu szukają noszowych, i udało mi się wynegocjować posadę tymczasowego pomocnika na sali operacyjnej. Było tam kilka stronnictw, z którymi musiałem nauczyć się dogadywać. Pacjenci – unieruchomieni, wystraszeni i zupełnie pozbawieni godności w szpitalnych koszulach – wymagali uczynności, poczucia bezpieczeństwa i szacunku. Młodsze pielęgniarki były wesołe i sympatyczne, z kolei starsze zadzierały nosa i traktowały mnie oschle – chciały tylko, abym siedział cicho i wypełniał polecenia. Anestezjolodzy nie lubili, kiedy się człowiek ociągał. Za to chirurdzy byli zwyczajnie aroganccy i udawali, że nie istnieję – przynajmniej z początku.

Do moich zadań należało przenoszenie znieczulonych pacjentów z łóżek szpitalnych na stół operacyjny. Wiedziałem, jaki rodzaj operacji czeka każdego z nich, gdyż miałem dostęp do list planowanych zabiegów, mogłem więc pomóc także przy ustawianiu górnych świateł, nakierowując je na punkt planowanego nacięcia (jako malarza fascynowała mnie anatomia i wiedziałem z grubsza, gdzie co leży). Chirurdzy stopniowo zaczęli zauważać moje zaangażowanie – niektórzy nawet pytali o jego źródło. Odpowiadałem, że pewnego dnia zostanę kardiochirurgiem. Poskutkowało to tym, że w niedługim czasie pozwolili mi przyglądać się operacjom.

Praca na nocki była ekscytująca z powodu nagłych przypadków: złamań, perforacji wrzodów i krwawiących tętniaków. Większość z tych ostatnich kończyła się śmiercią pacjenta. Pielęgniarki obmywały ciała i zawijały w całuny, ja zaś przerzucałem je ze stołu operacyjnego na wózek prosektoryjny – zawsze z głuchym hukiem. Następnie zawoziłem zwłoki do chłodni w kostnicy. Szybko do tego przywykłem.

Naturalnie moja pierwsza wizyta w budynku, w którym trzymano trupy, musiała mieć miejsce ciemną nocą. Stał on obok szpitala, nie miał okien, a pobudowany był z szarej cegły. Szczerze powiedziawszy, zgroza ogarniała mnie na myśl, co tam zastanę. Przekręciłem klucz w zamku ciężkich drewnianych drzwi prowadzących prosto do prosektorium, lecz gdy sięgnąłem do środka, nie mogłem wymacać włącznika światła. Dano mi latarkę; jej promień tańczył z boku na bok, gdy w końcu zebrałem się na odwagę, by wejść do pomieszczenia.

W mroku zalśniły plastikowe fartuchy, ostre narzędzia i blaty z błyszczącego marmuru. W powietrzu wisiała nieprzyjemna woń – wyobrażałem sobie, że tak właśnie pachnie śmierć. Po chwili światło latarki padło na kontakt i zapaliłem podwieszone pod sufitem neonowe świetlówki. Ich blask nie dodał mi otuchy. Ujrzałem rzędy stalowych drzwiczek od podłogi po strop. Chłodnia. Musiałem znaleźć miejsce na ciało, ale nie byłem pewien, które lodówki są wolne.

Na części drzwiczek widniały kartonowe plakietki opisane nazwiskami – domyśliłem się, że te miejsca są zajęte. Obróciłem więc klamkę, przy której nie było nazwiska. Moim oczom ukazało się ciało starej kobiety przykryte białym prześcieradłem. Anonimowe zwłoki. Zasrany los.

Spróbowałem piętro wyżej. Tym razem miałem szczęście; wyciągnąłem przesuwaną blaszaną płytę i pchnąłem rozklekotany mechaniczny podnośnik w kierunku mojego denata. Jak to zrobić, aby nie zwalić zwłok na podłogę? Trzeba polegać na paskach, dźwigniach i sile własnych mięśni. Jakoś dałem radę i po chwili wsunąłem płytę z powrotem do chłodni. Drzwi kostnicy nadal były otwarte na oścież – za nic nie dałbym się tam zamknąć. Wyszedłem pospiesznie i odholowałem łóżko prosektoryjne z powrotem do szpitala, gotów na przyjęcie kolejnego delikwenta. Po drodze zastanawiałem się, jak patologowie mogą spędzać połowę życia w takich warunkach, wycinając wnętrzności z trupów na marmurowych blatach.

Z czasem udało mi się namówić pewną starszą panią patolog, aby pozwoliła mi oglądać sekcje zwłok. Mimo że widziałem wcześniej kilka drastycznych operacji i niejedną ofiarę straszliwego wypadku, nieprędko oswoiłem się z tym widokiem: starzy i młodzi rozcinani od gardła po spojenie łonowe, wnętrzności usuwane, skóra głowy nacinana od ucha do ucha i ściągana do przodu, na twarz, jak skórka pomarańczy. Szczyt czaszki usuwa się za pomocą piły elektrycznej, odchodzi niczym skorupka jajka na miękko. A potem mózg ukazuje się w całej okazałości. Jak to jest, że ta miękka, szara, poskręcana masa rządzi naszym życiem? I jakim cudem chirurdzy są w stanie operować na takiej kuli drgającej galarety?

Wiele się nauczyłem w tamtym zapyziałym, ponurym prosektorium – o złożoności ludzkiej anatomii, o cienkiej granicy między życiem i śmiercią, o psychologii zobojętnienia. W badaniach patologicznych nie ma miejsca na sentymenty. Można sobie pozwolić na odrobinę współczucia, ale żeby się przywiązywać do zwłok? Co to, to nie. Osobiście żal mi było jednak młodych ludzi trafiających na prosektoryjny stół: niemowląt, kilkuletnich dzieci i nastolatków zmarłych z powodu raka bądź wad serca – wszystkich tych, których życie okazało się krótkie i pełne cierpienia lub kończyło się nagle w wyniku tragicznego wypadku. Ale dość o tym. Serce nie tętni miłością i oddaniem, a mózg to nie siedziba duszy. Bierz nóż i szatkuj.

Wkrótce umiałem już rozpoznać chorobę wieńcową, zawał mięśnia sercowego, zmiany reumatoidalne zastawki, rozwarstwienie aorty czy raka z przerzutami do wątroby i płuc. Zwykła rutyna. Zwęglone albo rozkładające się ciała cuchnęły tak niemiłosiernie, że jeśli ktoś chciał oszczędzić swoje receptory węchowe, musiał smarować nos od wewnątrz maścią Vicks. Samobójstwa wydawały mi się wyjątkowo przybijające, kiedy jednak o tym wspomniałem, usłyszałem, że muszę wziąć się w garść, jeśli chcę zostać chirurgiem, i że życie stanie się łatwiejsze, kiedy będę mógł legalnie pić. Przeczuwałem, że spożywanie alkoholu zajmuje poczesne miejsce na liście rozrywek chirurgów, co wydawało się dość oczywiste, zwłaszcza gdy musieli zjawiać się w szpitalu nocą. Ale czy miałem prawo ich oceniać?

Zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę uda mi się dostać do szkoły medycznej. Nie byłem typem naukowca, miałem problemy z matematyką i fizyką, a te dwa przedmioty stanowiły dla mnie prawdziwą miarę inteligencji. Świetnie radziłem sobie za to z biologią i nie najgorzej z chemią. Koniec końców zdałem egzaminy z przedmiotów, które miały mi się nigdy nie przydać, takich jak łacina, literatura francuska, rozszerzona matematyka czy religioznawstwo. Uważałem to bardziej za wynik wysiłku niż wyjątkowych możliwości intelektualnych, niemniej dzięki ciężkiej pracy udało mi się wyrwać z komunalnego osiedla. Ponadto czas spędzony w szpitalu rozszerzył moje horyzonty. Choć nigdy nie byłem poza Scunthorpe, wiedziałem już co nieco o życiu i śmierci.

Zacząłem się rozglądać za miejscem na uczelni medycznej, a w każde wakacje wracałem do szpitala. Z noszowego awansowałem na „asystenta oddziału chirurgicznego”, co równało się specjalizacji w uprzątaniu krwi, rzygów, pyłu kościanego i gówna. Skromne początki.

Wezwanie na rozmowę kwalifikacyjną do znamienitego college’u w Cambridge stanowiło dla mnie nie lada niespodziankę. Ktoś musiał szepnąć na mój temat dobre słowo, ale nigdy się nie dowiedziałem, kto to był. Ulicami przewalały się tłumy rozgadanych studentów w togach. Gadali głośno, a ich akcenty zdradzały wykształcenie zdobyte w prywatnych szkołach. Wszyscy wydawali się bystrzejsi ode mnie. Szacowni profesorowie w okularach i z biretami na głowach pedałowali po brukowanych uliczkach na akademickie obiadki popijane winem, a potem porto. Mnie zaś przypominali się brudni pracownicy huty w kaszkietach i chustach na szyjach, brnący wśród smogu do domów, gdzie czekały na nich ziemniaki z chlebem i może szklaneczka ciemnego piwa. Ogarnęła mnie beznadzieja. Nie pasowałem tam.

Rozmowę przeprowadzało dwóch dystyngowanych wykładowców. Siedzieliśmy w starych fotelach obitych skórą, w gabinecie, którego ściany pokrywała dębowa boazeria. Okna wychodziły na główny dziedziniec college’u. Atmosfera miała być swobodna i nikt nawet nie zająknął się na temat mojego pochodzenia. Wyczekiwane przeze mnie pytanie: „Dlaczego chcesz studiować medycynę?” w ogóle nie padło. Na próżno szykowałem odpowiedź. Zamiast tego musiałem wyjaśniać, czemu Stany właśnie zaatakowały Wietnam i na jakie tropikalne choroby mogą być narażeni amerykańscy żołnierze. Nie wiedziałem, czy w tamtej części świata występuje malaria, powiedziałem więc:

– Syfilis.

To pomogło przełamać lody, zwłaszcza kiedy zasugerowałem, że choroby weneryczne prawdopodobnie stanowią mniejsze zagrożenie dla zdrowia niż napalm i karabiny maszynowe. Następnie zapytano mnie, czy palenie cygar mogło się przyczynić do śmierci Winstona Churchilla (akurat niedawno zmarł). „Palenie” było słowem-kluczem, na które czekałem. Wyrzuciłem z siebie jak automat: rak, zapalenie oskrzeli, choroba wieńcowa, zawał mięśnia sercowego, niewydolność serca, stan ciał zmarłych palaczy w prosektorium…

– Oglądał pan kiedyś sekcję zwłok?

– Wielokrotnie.

A po każdej musiałem sprzątać mózg, flaki i rozmaite płyny ustrojowe.

– Dziękujemy. Odezwiemy się do pana w ciągu kilku tygodni.

Następnie zostałem wezwany do szpitala Charing Cross, znajdującego się pomiędzy Trafalgar Square a Covent Garden. Pierwotnie został postawiony, aby nieść pomoc biedakom z centralnego Londynu, odegrał też chlubną rolę w czasie wojny. Mimo że przyjechałem wcześnie, musiałem czekać – całe godziny, jak mi się zdawało – gdyż lista była ułożona alfabetycznie, a moje nazwisko zaczyna się na W. Sympatyczna oddziałowa częstowała kandydatów herbatą i ciastkami. Uciąłem sobie z nią grzeczną pogawędkę na temat wojennych losów placówki.

Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w sali konferencyjnej. Naprzeciw mnie, po drugiej stronie dużego stołu, siedział pewien zasłużony chirurg z Harley Street – ubrany w tak zwaną jaskółkę, czyli garnitur dzienny. Towarzyszył mu słynący z wybuchowego temperamentu szkocki profesor anatomii, który był źródłem inspiracji dla twórców serialu Doctor in the House.

Siedziałem na krześle wyprostowany, jakbym kij połknął – żadnego garbienia się. Na początek zapytano mnie, co wiem o szpitalu Charing Cross. Dzięki Bogu. Albo sympatycznej oddziałowej. Albo obojgu. Potem dwaj lekarze chcieli wiedzieć, jak sobie radzę z krykietem i czy umiem grać w rugby. I to było wszystko, koniec rozmowy. Byłem ostatnim kandydatem na ten dzień. Mieli już dość gadania i obiecali, że się odezwą.

Polazłem snuć się po Covent Garden, wzdłuż barwnych straganów i gwarnych pubów. Można tam było ujrzeć życie w całym jego bogactwie i różnorodności: dziady i dziwki, maklerzy i muzykanci, pacjenci szpitala Charing Cross, czarne taksówki i czerwone londyńskie autobusy śmigające Strandem tam i z powrotem. Lawirując pomiędzy stłoczonymi ludźmi i samochodami, dotarłem pod imponujące bramy hotelu Savoy. Zacząłem się zastanawiać, czy wypada mi wejść. Chyba wyglądałem wystarczająco elegancko w najlepszym garniturze i z włosami natartymi brylantyną? Decyzja została zaraz podjęta za mnie, gdy nienagannie odziany portier otworzył skrzydłowe drzwi ze słowami:

– Zapraszam, sir.

Uzyskałem więc oficjalne błogosławieństwo. I tak oto zawędrowałem ze Scunthorpe do Savoya.

Śmiałym krokiem przemierzyłem główny hol. Minąłem restaurację Savoy Grill, zwalniając tylko na chwilę, aby rzucić okiem na oprawione w pozłacaną ramę menu. Te ceny! Nie zatrzymywałem się. Zauważyłem znak z napisem American Bar i udałem się w tym kierunku. W korytarzu wisiały karykatury, fotografie i obrazy gwiazd z West Endu – wszystkie z autografami. Na miejscu nie było kolejki, bo ledwo minęła piąta po południu. Zasiadłszy na barowym stołku, cichaczem wcinałem darmowe zakąski, studiując przy tym kartę drinków. Jako że w ogóle się na rzeczy nie znałem – nigdy wcześniej nie piłem alkoholu – wybrałem na oślep.

– Singapore sling proszę.

W jednej chwili moje życie się zmieniło – jakby ktoś pstryknął przełącznik. Gdybym wtedy zamówił drugą kolejkę, pewno nigdy nie trafiłbym na stację King’s Cross.

W ciągu tygodnia otrzymałem list z Charing Cross Hospital Medical School. Otwierając go pod niespokojnym wejrzeniem rodziców, czułem się, jakbym rozbrajał bombę. Zaoferowano mi miejsce. Warunki? Musiałem zdać egzaminy z biologii, chemii i fizyki; o ocenach nie wspominano. Charing Cross było małą szkołą medyczną przyjmującą zaledwie 50 studentów rocznie, ale miałem szansę pójść w ślady słynnych absolwentów, takich jak zoolog Thomas Huxley czy odkrywca David Livingstone. Miałem się stać pierwszą osobą w rodzinie, która pójdzie na uniwersytet, pierwszą, która spróbuje zostać lekarzem i – na co liczyłem – kardiochirurgiem.

3Buty lorda Brocka

Od roku jest lekarzem i miał dotąd dwóch pacjentów. Nie, zaraz, może trzech. Tak, trzech. Byłem na ich pogrzebach.

Mark Twain

Najlepszym sposobem na przygotowanie się do egzaminów na członka Królewskiego Kolegium Chirurgów jest prowadzenie ćwiczeń z anatomii w szkolnym prosektorium – pokazywanie nieopierzonym medykusom najdrobniejszych szczegółów budowy ludzkiego ciała i prowadzenie ich za rączkę, gdy warstwa po warstwie rozbierają swego pierwszego trupa – najpierw skóra, potem tłuszcz, mięśnie, ścięgna, a wreszcie narządy. Na każde śliskie, zakonserwowane zwłoki złożone na blaszanym wózku prosektoryjnym przypadało sześcioro świeżo upieczonych, podatnych na wpływy studentów. Przychodzili w białych, nakrochmalonych kitlach, ściskając w dłoniach nowiutkie zestawy narzędzi: skalpel, nożyczki, szczypce i haki, wszystko zawinięte w kawałek płótna. Żółtodzioby jak się patrzy. Zupełnie jak ja na początku swojej drogi.

Zwykłem chodzić od grupy do grupy, aby zagrzewać ich do walki. Niektórzy sobie nie radzili. Spędzanie niezliczonych godzin na dłubaniu przy trupach nie współgrało z ich medycznymi marzeniami, udzielałem więc najlepszych porad, na jakie było mnie stać, aby im pomóc: używajcie silnych perfum, nie rezygnujcie ze śniadania i starajcie się myśleć o czymś innym – piłce nożnej, zakupach, seksie, wszystko jedno. Nauczcie się tyle, aby zaliczyć sesję, i nie dajcie się odstraszyć umarlakom. Na część z nich to działało. Innych pokrojone zwłoki odwiedzały w koszmarach.

Do pierwszego egzaminu chirurgicznego musiałem opanować anatomię, fizjologię i patologię – nie miało to nic wspólnego z operowaniem. W Londynie organizowano kursy, podczas których tłuczono ludziom do głów suche fakty. Prowadzili je byli egzaminatorzy, przekazujący informacje dokładnie tak, jak życzyło sobie Kolegium. Zapłać, a zdasz – takie było przesłanie. Chyba że jesteś idiotą. Mimo to dwóm trzecim jakoś udawało się oblać. Ja też zawaliłem przy pierwszym podejściu.

Wśród nudy akademickiego życia – pomiędzy własnymi przygotowaniami a prowadzeniem ćwiczeń – natrafiłem na ogłoszenie szpitala Royal Brompton, który szukał chirurgów rezydentów. Członkostwo w Królewskim Kolegium Chirurgów było „mile widziane, ale nie wymagane”. Czy powinienem się na to porywać? Dopiero co zaliczyłem pierwszy etap, miały minąć trzy lata, zanim dopuszczono by mnie do egzaminu końcowego. Z drugiej strony ubieganie się o posadę nic nie kosztuje.

Wbrew wszystkiemu zostałem przyjęty i zaledwie kilka tygodni później zacząłem pracę. Przydzielono mnie jako pomocnika panom Matthiasowi Panethowi – mierzącemu prawie dwa metry wzrostu Niemcowi – i Christopherowi Lincolnowi – świeżo mianowanemu kardiochirurgowi dziecięcemu, rozmiarami niewiele ustępującemu koledze. Mieli zupełnie odmienne charaktery, ale każdy z nich wydawał mi się na swój sposób straszny, dopóki nie poznałem ich lepiej. Zasuwając jak głupi jako młodszy rezydent w Charing Cross, nauczyłem się, że jedynym sposobem, aby się nie pogubić, jest wszystko zapisywać. Notować każdą prośbę czy polecenie słowo w słowo. Zapomnieć o czymś znaczyło wpaść w gówno po uszy, zawsze więc nosiłem ze sobą notes. Niezwykle bawiło to pana Panetha, który lubił powtarzać:

– Zanotowałeś, Westaby? Zanotowałeś?

Pracę chirurgiczną zainaugurowałem w sposób iście widowiskowy. Zespół Panetha dostał pacjentkę, którą miał się zająć po skończeniu pracy w przychodni przyszpitalnej – zasuszoną staruszkę z Walii wymagającą wymiany zastawki dwudzielnej. Szef zaproponował, żebym zaczął sam, podczas gdy on upora się z kilkoma ostatnimi prywatnymi wizytami. Z dumą przebrałem się w niebieski uniform, do tego w otwartej szafce znalazłem parę białych chirurgicznych gumiaków. Były znoszone i brudne. Mogłem założyć nowiuśkie chodaki, ale wolałem te używane kalosze. Dlaczego? Ano dlatego, że na niewielkiej metce z tyłu stało „Brock”. Miałem odziedziczyć buty lorda Brocka.

Russell Brock, pierwszy baron Wimbledonu, miał wówczas 70 lat i porzucił chirurgię znużony „bezustannym zawodem wynikającym z niemożności osiągnięcia wszechstronnej doskonałości”, jak sugerował Paneth. Niemniej, kiedy byłem na studiach, pełnił funkcję prezesa Królewskiego Kolegium Chirurgów, a później został dyrektorem Wydziału Nauk Chirurgicznych. Ja zaś miałem wejść w jego buty. Dosłownie.

Wyszedłem z przebieralni i pomaszerowałem do sali operacyjnej, aby się przedstawić.

Staruszka czekała na stole. Instrumentariuszka, która zdezynfekowała już skórę pacjentki jodyną i okryła jej nagie ciało spraną zieloną serwetą, niecierpliwie stukała obcasami drewniaków o marmurową posadzkę, zaś niestrudzony anestezjolog, doktor English, grał w szachy z perfuzjonistą przy maszynie anestezjologicznej. Wyczułem, że wszyscy czekają już od pewnego czasu. Nałożyłem maseczkę i szybko wyszorowałem ręce, ciesząc się, że wreszcie będę miał szansę pokazać, co umiem.

Ustaliłem położenie punktów orientacyjnych, wcięcie szyjne rękojeści mostka u podstawy szyi i wyrostka mieczykowatego na dolnym końcu mostka. Cięcie skalpela – prowadzone z góry na dół po idealnie prostej linii – miało połączyć te dwa miejsca. Staruszka była wychudzona z powodu niewydolności serca, a jej skórę oddzielała od kości tylko cieniuteńka warstwa tłuszczu, którą musiałem przeciąć za pomocą noża elektrochirurgicznego. Drugi chirurg asystujący ciągle się nie zjawiał, mimo to parłem naprzód, bo chciałem zaimponować pielęgniarkom.

Podniosłem piłę elektryczną i na próbę puściłem ostrze w ruch. Bzzz. Zabrzmiało drapieżnie. Śmiało przystąpiłem do cięcia, tym razem z dołu na górę, ku szyi. I wtedy wydarzyła się katastrofa. Po delikatnej mgiełce krwawego szpiku z samego środka nacięcia buchnęła nagle ciemnoczerwona krew. O kurwa… Oblał mnie zimny pot, lecz instrumentariuszka wiedziała, co jest grane. Bez wahania stanęła na pozycji pierwszego asystenta. Chwyciłem ssak, ale to ona wydawała rozkazy.

– Mocny ucisk na krwawienie.

Doktor English, niewiele sobie robiąc z zamieszania, leniwie oderwał wzrok od szachów.

– Jednostkę krwi proszę – polecił spokojnie pielęgniarce anestezjologicznej. – Potem niech pani wezwie pana Panetha z przychodni.

Wiedziałem, na czym polegał problem. Piła uszkodziła prawą komorę. Tylko jak? Za mostkiem powinna się znajdować wolna przestrzeń międzytkankowa i płyn wypełniający worek osierdziowy. Instrumentariuszka czytała mi w myślach, co zresztą miało jej się jeszcze zdarzyć nie raz w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

– Pan wie, że to operacja rewizyjna.

Stwierdzenie, które tak naprawdę było pytaniem.

– Nie, nie wiem – odparłem nerwowo. – Gdzie blizna, do cholery?

– Robili jej zamkniętą komisurotomię mitralną. Blizna znajduje się z boku klatki piersiowej. Widzi pan? Pod piersią. Pan Paneth nie wspomniał, że to rewizja?

Na tym etapie stwierdziłem, że lepiej będzie trzymać gębę na kłódkę. Trzeba było działać, a nie zastanawiać się, kto zawinił.

Przy operacjach rewizyjnych zrosty pozapalne prowadzą do sklejenia mięśnia sercowego z okolicznymi tkankami, skutkiem czego pomiędzy sercem a otaczającym je włóknistym workiem nie ma wolnej przestrzeni. W tym przypadku prawy przedsionek przywarł od dołu do mostka i wszystko stłoczyło się na kupę. Co gorsza, przedsionek ten był rozdęty, ponieważ reumatyczne zwężenie zastawki dwudzielnej spowodowało wzrost ciśnienia w pniu płucnym. Naszym zadaniem była wymiana wadliwej zastawki, ale spieprzyłem sprawę już na samym starcie. Pięknie.

Ucisk nie zmniejszał krwawienia. Z nadciętej kości nadal buchała czerwień, a mostek nie został do końca otwarty. Ciśnienie pacjentki zaczęło spadać. Jako że była drobnej budowy, nie miała w sobie za wiele krwi. Doktor English przystąpił do transfuzji, ale nie rozwiązywało to problemu – równie dobrze moglibyśmy lać wodę do rynny: jednym końcem wpada, drugim wylatuje. To ja byłem chirurgiem, do mnie należało zatamowanie krwotoku – w tym celu musiałem jednak widzieć jego źródło.

Pot kapał mi z czoła do otwartej rany i ściekał po nogach do butów lorda Brocka. Krew staruszki spływała z serwet chirurgicznych na brudną białą gumę. Jeszcze jedna pielęgniarka operacyjna wyszorowała ręce i dołączyła do nas przy stole. Już nie tak śmiało jak poprzednio uniosłem piłę i poprosiłem instrumentariuszkę, aby zabrała dłonie. Wśród karmazynowej powodzi poprowadziłem ostrze przez najtwardszą część mostka, tuż poniżej szyi. Później przywróciliśmy ucisk, a dalsza transfuzja nieco poprawiła ciśnienie.

Jednak w czasie, gdy było niskie, krwawienie osłabło. To dało mi szansę, by na tyle odsunąć serce od kości, żeby móc wcisnąć rozwieracz mostkowy i otworzyć klatkę piersiową. Wreszcie ujrzałem zranioną prawą komorę wypychającą swą zawartość na zewnątrz. Kiedy wszystko skleja się tak jak w tym przypadku, rozwarcie brzegów mostka może doprowadzić do rozdarcia mięśnia sercowego – nieraz nieodwracalnego. Miałem jednak szczęście, bo serce pacjentki było wciąż całe. No, prawie.

Puls dudnił mi w skroniach. Zobaczyłem, że źródło całych tarapatów stanowi pięciocentymetrowe, nierówne skaleczenie zewnętrznej ściany prawej komory – całe szczęście oddalone od głównych tętnic wieńcowych. Podczas gdy dokręcałem śrubę rozwieracza, instrumentariuszka odruchowo przytknęła pięść do rany i to wreszcie zatamowało krwotok. Doktor English puścił kolejną jednostkę krwi przez kroplówkę, dzięki czemu ciśnienie pacjentki ponownie podskoczyło do 80 mm Hg. Tymczasem wolna pielęgniarka rozplątała długie plastikowe rury płucoserca, abyśmy mogli użyć maszyny, gdy będziemy gotowi. Lecz serce pacjentki nie było jeszcze wystarczająco odsłonięte. W pierwszej kolejności musiałem załatać tę przeklętą dziurę. Jako stażysta na oddziale chirurgii zszywałem już skórę, naczynia krwionośne i wnętrzności. Serca – nigdy.

Instrumentariuszka wskazała nić, której powinienem użyć, i podpowiedziała, że lepiej użyć szwu ciągłego zamiast wielu pojedynczych. Tak było szybciej i pewniej.