Krucha jak lód - Jodi Picoult - ebook
Opis

Rodzice oczekujący narodzin dziecka mają tylko jedno życzenie: żeby było zdrowe. Nie musi być idealne. Charlotte i Sean O’Keefe – małżeństwo z kilkuletnim stażem – także wybraliby zdrowie dla swojego dziecka. Niestety, kiedy na świat przychodzi ich młodsza córka Willow, okazuje się, że cierpi na rzadką chorobę genetyczną objawiającą się niezwykłą łamliwością kości. Ich życie staje się pasmem bezsennych nocy, rosnących długów, współczujących spojrzeń innych rodziców i, co może najgorsze, nieustannego rozpamiętywania: co by było gdyby? Gdyby o chorobie Willow było wiadomo odpowiednio wcześnie? Gdyby urodziła się zdrowa?

Ciążę Charlotte prowadziła jej najlepsza przyjaciółka – Piper. Po jednym z niewinnych upadków Willow, który kończy się złamaniem obu kości udowych, Charlotte i Sean szukają pomocy u prawnika. Ten doradza im wytoczenie Piper procesu o błąd w sztuce lekarskiej… Wygranie sprawy gwarantowałoby rodzinie odszkodowanie, a co za tym idzie, lepszą opiekę nad córką. Jest tylko jedno ale – matka musi przyznać, że usunęłaby ciążę, gdyby wiedziała o chorobie córki. Czy zdecyduje się na taki krok? Jak wiele poświęci z miłości do dziecka?

Głęboko poruszająca powieść Jodi Picoult ukazuje rodzinę żyjącą z nieprawdopodobnym ciężarem, walkę o utrzymanie rodzinnych więzi oraz potężną siłę miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 733

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JodiPicoult

Krucha jak lód

Przełożył Michał Juszkiewicz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Dla Marjorie Rose,która sprawia, że scena rozkwita kwiatami,śle mi plotki, kiedy jestem pół świata daleji wie, że bez ekologicznej torbynigdy nie jest się w pełni ubraną.

NPTiNZ

PODZIĘKOWANIA

Być może to zabrzmi banalnie, gdy powiem, że nie pracowałam sama, ale tak właśnie było. Przede wszystkim pragnę podziękować rodzicom dzieci chorych na osteogenesis imperfecta, czyli wrodzoną łamliwość kości, którzy pokazali mi, jak wygląda życie z tą chorobą, oraz ich pociechom, pełnym humoru, potrafiącym codziennie udowodnić mi, że siła to o wiele więcej niż tylko miara fizycznej wytrzymałości. Dziękuję zatem Laurie Blaisdell i jej córeczce Rachel, Taryn Macliver i jej synowi Matthew, Tony’emu i Stacey Moss oraz ich córce Hope, a także Amy Phelps i jej synowi Jonathanowi. Dziękuję mojej drużynie lekarzy wyborowych w składzie: Mark Brezinski, David Toub, John Femino, E. Rebecca Schirrer, Emily Baker, Michele Lauria, Karen George i Steve Sargent, jak również moim orłom Temidy: Jen Sternick, Lise Iwon, Chrisowi Keatingowi i Jennifer Sargent. Bardzo wiele zawdzięczam Debbie Bernstein, która opowiedziała mi, jak to jest być adoptowanym dzieckiem (i pozwoliła podkraść wiele wątków z tejże opowieści). Podobnie jestem dłużniczką Donny Branki, która dla mnie przywołała z pamięci bolesne wspomnienia i z całą wspaniałomyślnością odpowiadała szczerze na wszystkie moje pytania. Dziękuję Jeffowi Fleury, Nickowi Giaccone i Frankowi Moranowi za pomoc w opisaniu policyjnej pracy Seana. Nie mogę też zapomnieć o innych ekspertach; dziękuję Michaelowi Goldmanowi (który pozwolił mi też wykorzystać fantastyczne hasło ze swojej koszulki), Steve’owi Alspachowi, Stefanie Ryan, Kathy Hemenway, Jan Scheiner, Fonsace Malyan, Kevinowi Lavigne, Ellen Wilber, Sindy Buzzell oraz Fredowi Clowowi. Dopuściłabym się ciężkiego niedopatrzenia, gdybym nie wspomniała, że powodzenie moich książek to w olbrzymiej mierze zasługa wydawnictwa Atria Books. Wyrazy mojej wdzięczności zechcą przyjąć Carolyn Reidy, Judith Curr, David Brown, Kathleen Schmidt, Mellony Torres, Sarah Branham, Laura Stern, Gary Urda, Lisa Keim, Christine Duplessis, Michael Selleck, cały rewelacyjny dział sprzedaży oraz wszyscy, którzy swoją ciężką pracą sprawili, że moje książki wprost z księgarnianych półek trafiły do rąk i serc czytelników. Specjalne podziękowania należą się Camille McDuffie, mojej tajnej broni vel reklamowej cudotwórczyni. Dziękuję Emily Bestler, dzięki której zawsze czuję się jak gwiazda (a jeśli wszyscy dookoła widzą we mnie gwiazdę, to także dzięki niej). Dziękuję Laurze Gross – w tym roku obchodziłyśmy dwudziestolecie współpracy, którą stawiam na najwyższej półce razem z moim małżeństwem. Jane Picoult, mojej mamie, dziękuję natomiast za to, że pierwsza we mnie uwierzyła, a także za to, że zawsze umiała się roześmiać i rozpłakać, kiedy trzeba.

Gwoli ścisłości muszę wspomnieć, że zmieniłam datę zjazdu chorych na OI, który jednak rzeczywiście odbył się w Omaha. Podobnie kompletowanie składu ławy przysięgłych odbywa się w New Hampshire w nieco inny sposób niż to opisałam – ławników nie wybiera się pojedynczo, lecz w ten sposób o ileż ciekawiej się to czyta!

Dwóm osobom chcę podziękować w sposób szczególny. Pierwsza z nich nazywa się Katie Desmond i jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam; jej autorstwa są wszystkie przepisy Charlotte O’Keefe z niniejszej książki. Jeśli kiedyś spotka was to szczęście i otrzymacie od niej zaproszenie na kolację – niech nic was nie zatrzyma. Druga to Kara Sheridan, jedna z najbardziej inspirujących kobiet, jakie dane było mi poznać: studiuje zagadnienia związane z cielesnym ego i poczuciem własnej wartości u niepełnosprawnej młodzieży, czynnie uprawia sport, bijąc pływackie rekordy, a już wkrótce będzie miała cudownego męża. A propos, jest też chora na osteogenesis imperfecta typu III. Karo, dziękuję ci za to, że pokazałaś światu po pierwsze: że ograniczenia są po to, aby je przełamywać, po drugie: że upośledzenie z nikogo nie czyni kaleki, i po trzecie: że nie ma rzeczy niemożliwych.

Na koniec muszę po raz kolejny podziękować Kyle’owi, Jake’owi i Sammy – za to, że tak cudownie do nich wracać, a także Timowi, który jest moim happy endem.

A czy dostałeś od tego życia

To ostatecznie, czego chciałeś?

Dostałem.

A czego chciałeś?

Wiedzieć, że jestem kochany, czuć, że ktoś

Na tej ziemi mnie kocha.

RAYMOND CARVER, „Urywek późnego dzieła”

Prolog

Charlotte

14 lutego 2002 r.

Wciąż coś się łamie, coś pęka. Pękają szyby, napięte liny, naciągnięte struny. Pękają pąki na drzewach. Można złamać przepis, szyfr i słowo. Przełamać pierwsze lody. Można łamać sobie język i głowę. Słyszy się złamane głosy, widzi złamane barwy. Pękają okowy, ale także ludzie, kiedy złamać ich opór.

Ostatnie dwa miesiące ciąży upłynęły mi pod znakiem notowania tych wszystkich rzeczy. Miałam nadzieję, że w ten sposób będzie mi łatwiej cię urodzić.

Złamana przysięga.

Złamane serce.

A ostatniej nocy przed twoim przyjściem na świat obudziłam się, siadając na posłaniu. Przyszło mi do głowy, że koniecznie trzeba coś dodać do tej listy. Zaczęłam grzebać w szufladzie szafki nocnej, szukając papieru i ołówka, ale po chwili poczułam na udzie ciepłą dłoń.

– Charlotte – zapytał Sean – wszystko w porządku?

I nie czekając na odpowiedź, przygarnął mnie do siebie, ciało do ciała, a ja zasnęłam w poczuciu bezpieczeństwa, zapominając zapisać to, co mi się przyśniło.

Dopiero kilka tygodni później, gdy byłaś już z nami, przypomniałam sobie, co takiego obudziło mnie tamtej nocy. Śniłam o uskokach tektonicznych. O miejscach, gdzie pęka ziemia, ogniskach wstrząsów sejsmicznych, kolebkach wulkanów. Innymi słowy: śniłam o tym, że świat rozpada się pod nami; twarda ziemia, o którą opieramy stopy, jest tylko złudzeniem.

Przyszłaś na świat podczas burzy śnieżnej, której nikt nie przewidział. Przywiał ją północno-wschodni wiatr znad Atlantyku; później podano, że wichura, wbrew oczekiwaniom, zamiast pognać na północ, do Kanady, uderzyła z całą wściekłością w wybrzeże Nowej Anglii. Serwisy telewizyjne przerwały obowiązkowe walentynkowe reportaże o starszych panach, których w domu opieki los zetknął z niegdysiejszą licealną ukochaną (co musiało skończyć się ślubem) i zaczęły nadawać systematyczne doniesienia o sile wiatru oraz wyliczać miejscowości, gdzie opady śniegu odcięły mieszkańcom prąd. Amelia siedziała wtedy przy stole w kuchni i wycinała walentynki, a ja wyglądałam przez drzwi na taras, patrząc, jak wiatr usypuje dwumetrowe zaspy. W telewizji pokazywali samochody, które w zamieci wypadły z drogi.

Zmrużyłam oczy, kiedy za jednym z nich, leżącym na dachu, zatrzymał się radiowóz z migającym kogutem; chciałam zobaczyć, czy kierowca to może Sean.

Nagle coś walnęło o szybę, aż podskoczyłam.

– Mamo! – zawołała Amelia, tak samo wystraszona.

Odwróciwszy się, zdążyłam jeszcze zobaczyć, jak wicher ponownie ciska gradem prosto w tarasowe drzwi, zostawiając na szybie rysę maleńką jak paznokieć, która na naszych oczach rozsypała się w pajęczynę pęknięć wielkości pięści.

– Tata naprawi – powiedziałam.

I w tym momencie odeszły mi wody.

Amelia spojrzała na podłogę pomiędzy moim stopami.

– Coś ci się stało – zauważyła.

Potoczyłam się kaczym krokiem do telefonu, ale ponieważ Sean nie odbierał komórki, zadzwoniłam do dyspozytora policji.

– Jestem żoną sierżanta O’Keefe – poinformowałam go. – Właśnie zaczęłam rodzić.

Dyspozytor powiedział, że może wysłać po mnie karetkę, tylko że dojazd prawdopodobnie trochę potrwa, bo pogotowie ma pełne ręce roboty przy wypadkach drogowych.

– W porządku – uspokoiłam go, przypominając sobie, jak długo rodziła się twoja siostra. – Zdaje się, że mam czas.

Niespodziewany skurcz zgiął mnie wpół; był tak silny, że słuchawka wyfrunęła mi z dłoni. Amelia nie spuszczała ze mnie wzroku, a oczy miała coraz szersze.

– Nic mi nie jest – skłamałam, uśmiechając się tak szeroko, że aż zabolały mnie policzki. – To ten telefon taki śliski.

Podniosłam słuchawkę z powrotem i tym razem zadzwoniłam po pomoc do Piper. Ona nie mogła mnie zawieść. Wierzyłam w to bezgranicznie.

– Rodzisz? Niemożliwe – zdziwiła się, choć wiedziała, że owszem, to możliwe; była nie tylko moją najlepszą przyjaciółką, ale też położnikiem prowadzącym moją ciążę. – Cesarkę masz dopiero w poniedziałek.

– Dzidzia chyba o tym nie słyszała – wydyszałam, zgrzytając zębami, gdy targnął mną kolejny skurcz.

Piper nie powiedziała na głos tego, o czym obie w tamtej chwili myślałyśmy: nie było możliwości, żebyś urodziła się siłami natury.

– Gdzie jest Sean? – usłyszałam w słuchawce.

– Nie… nie wiem… Och, Piper!

– Oddychaj – powiedziała odruchowo. Zaczęłam dyszeć, tak jak mnie uczyła: ha-ha, hi-hi.

– Zadzwonię do Gianny i powiem jej, że już jedziemy.

Doktor Gianna Del Sol, perinatolog, prowadziła mnie przez ostatnich osiem tygodni; włączyła się na prośbę Piper.

– Jedziemy? – powtórzyłam. – Razem?

– A chciałaś prowadzić sama?

Kwadrans później byłam gotowa do wyjścia. Spacyfikowałam twoją siostrę, sadzając ją na kanapie i włączając telewizor; na Nickelodeonie akurat leciało „Śladem Blue”. Przycupnęłam obok niej, otulona zimowym płaszczem twojego taty – nic innego już na mnie nie pasowało.

Kiedy zaczynałam rodzić moje pierwsze dziecko, pod drzwiami czekała na mnie spakowana torba. Miałam plan porodu i nagraną taśmę z różnymi kawałkami do puszczania w sali porodowej. Wiedziałam, że będzie bolało, ale nagrodą za ból miało być to niesamowite, wyczekiwane od tylu miesięcy spotkanie z dzieckiem. Kiedy zaczynałam rodzić po raz pierwszy, byłam zachwycona.

A teraz paraliżował mnie potworny strach. W moim łonie byłaś bezpieczniejsza niż po przyjściu na świat.

I wtedy nagle drzwi stanęły otworem, a zanim zdążyłam się obejrzeć, wszędzie było pełno Piper. Jej różowa kurtka wypełniła cały pokój, a pewny siebie głos dobiegał ze wszystkich stron. Przyjechała z mężem; Rob wszedł za nią, niosąc na rękach Emmę, która trzymała w dłoni śnieżkę.

– „Śladem Blue”? – powiedział, przysiadając się do twojej siostry. – To mój ulubiony program… Zaraz po „Potyczkach Jerry’ego Springera”.

Amelia. Nawet nie pomyślałam o tym, kto z nią zostanie, kiedy ja pojadę do szpitala, żeby cię urodzić.

– Co ile? – zapytała mnie Piper.

Miałam skurcze co siedem minut. Czując kolejny, który szarpnął mną niczym potężna fala, chwyciłam się poręczy kanapy i zaczęłam liczyć do dwudziestu, koncentrując wzrok na pękniętej szybie w tarasowych drzwiach.

Siateczkę cienkich rys obrastały wąsy szronu; piękne, a jednocześnie straszne.

Piper usiadła obok i wzięła mnie za rękę.

– Wszystko będzie dobrze, Charlotte – obiecała, a ja byłam na tyle głupia, że jej uwierzyłam.

Szpitalny oddział ratunkowy pełen był ludzi poszkodowanych w wypadkach, do których doszło z powodu śnieżycy: młodych mężczyzn przyciskających do głów zakrwawione ręczniki, dzieci piszczących na noszach. Piper błyskawicznie przeprowadziła mnie pomiędzy nimi, prosto na porodówkę; doktor Del Sol czekała już tam na nas, krążąc po korytarzu. Dziesięć minut później byłam znieczulona i wieźli mnie na cesarkę.

Po drodze wróżyłam sobie w myśli: jeśli na suficie w korytarzu naliczę parzystą ilość lamp, to Sean zdąży do mnie dojechać; jeśli do windy wejdzie z nami więcej mężczyzn niż kobiet, to okaże się, że to wszystko był jeden wielki błąd lekarzy. Piper, nie czekając, aż ją o to poproszę, przebrała się w fartuch, aby zastąpić Seana; planowaliśmy poród rodzinny.

– Zdąży – zapewniła, spoglądając na mnie.

Sala operacyjna była jasna i sterylnie chłodna. Pielęgniarka o zielonych oczach – niczego więcej nie było widać pomiędzy maską a czapką chirurgiczną – rozchyliła mi szpitalną koszulę i przetarła brzuch betadyną. Kiedy zawiesili mi na wysokości pasa sterylną zasłonę, zaczęłam panikować. A może dostałam za mało środka znieczulającego i poczuję, jak skalpel mnie rozcina? A jeśli, wbrew wszystkim moim nadziejom, nie przeżyjesz porodu?

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Do sali wpadł Sean; wionęło od niego zimą, twarz zasłaniał maską, a jałową bluzę miał niedbale wetkniętą za pasek.

– Proszę zaczekać! – zawołał, podchodząc do stołu. Pogładził mnie po policzku. – Przepraszam, kochanie – powiedział. – Przyjechałem od razu, gdy tylko mi przekazali…

Piper poklepała go po ramieniu.

– We trójkę będzie nam ciasno – oznajmiła i wycofała się, lecz najpierw jeszcze ostatni raz ścisnęła moją dłoń.

A potem Sean zajął miejsce obok mnie. Jego dłonie ogrzewały moje ramiona, dźwięczny, donośny głos odwracał uwagę od doktor Del Sol, która stała nade mną ze skalpelem.

– Miałem przez was niezłą psychozę – powiedział mój mąż. – Same do szpitala, w taką pogodę? Zastanowiłyście się chociaż?

– Tak. I wyszło nam, że lepiej nie rodzić na podłodze w kuchni.

Sean potrząsnął głową.

– To się mogło skończyć nieszczęściem.

Poczułam szarpnięcie za białą zasłoną i wciągnęłam mocno powietrze, odwracając głowę. Przed oczami stanął mi jeden obraz: powiększone zdjęcie USG z dwudziestego siódmego tygodnia ciąży, na którym widać, że masz siedem złamanych kości, a rączki i nóżki wygięte łukowato, jak główka skrzypiec. „To się już skończyło nieszczęściem”, pomyślałam.

A potem usłyszałam, że płaczesz, choć przecież podnieśli cię delikatnie jak laleczkę z chińskiej porcelany. To nie był prosty, urywany płacz noworodka; krzyczałaś tak, jakby cię rozrywali na kawałki.

– Uważaj – doktor Del Sol ostrzegła pielęgniarkę. – Trzeba podtrzymywać całe…

Rozległ się trzask, jakby pękł balon; choć to wydawało się niemożliwe, krzyknęłaś jeszcze głośniej.

– O Boże – jęknęła pielęgniarka histerycznie zdławionym głosem. – Złamana? To przeze mnie?

Wyciągałam szyję, chcąc cię zobaczyć, ale udało mi się dostrzec tylko rozognione policzki i usta niczym cięta rana.

Otaczał cię cały zespół lekarzy i pielęgniarek, którzy nie umieli zrobić nic, żebyś przestała szlochać. Wydaje mi się, że dopóki nie usłyszałam twojego płaczu, gdzieś w głębi serca wciąż wierzyłam, że wszystkie USG i inne badania były spartaczone, a lekarze się pomylili. Dopóki nie usłyszałam twojego płaczu, martwiłam się, że nie będę wiedziała, jak mam cię kochać.

Sean zerknął doktorom przez ramię.

– Aniołek – oznajmił, odwracając się w moją stronę, ale głos miał niepewny jak szczeniak z podkulonym ogonem; czekał, żebym potwierdziła to, co powiedział.

Aniołek nie płacze tak głośno, że matce krwawi serce. Aniołek wygląda jak aniołek, a w środku wszystko ma tak, jak trzeba.

– Nie podnoś jej ręki – mruknęła któraś z pielęgniarek.

– To jak mam ją zawinąć bez dotykania? – odpowiedziała inna.

A wśród tego gwaru ty znowu krzyknęłaś, lecz tym razem na zupełnie nową nutę.

– Willow – wyszeptałam imię, które wybraliśmy razem z twoim ojcem. Zgodził się, chociaż musiałam go przekonać. Willow, wierzba. „Nie nazwę jej tak – mówił Sean – wierzby płaczą”. Ale ja chciałam, żeby twoje imię niosło ze sobą wróżbę, dlatego wybrałam to drzewo; wierzba gnie się tylko, lecz nigdy się nie łamie.

– Willow – powtórzyłam szeptem, a ty usłyszałaś mnie, choć salę wypełniał gwar głosów i szum aparatury medycznej.

– Willow – powiedziałam głośno, a ty nadstawiłaś ucha, jakby to słowo zawierało w sobie mój matczyny uścisk. – Willow – powiedziałam, a ty w jednej chwili przestałaś płakać.

Kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży, zadzwonili do mnie z restauracji, gdzie przedtem pracowałam. Matka szefa pracowni cukierniczej złamała sobie biodro, a wieczorem mamy gościć krytyka kulinarnego z „The Boston Globe”, więc czy nie mogłaby pani – oczywiście wiemy, że to na pewno nie w porę i w ogóle bezczelność z naszej strony – wpaść na chwilę i zrobić czekoladowe mille-feuille, takie jak to tylko pani potrafi, z lodami czekoladowymi doprawionymi na ostro, awokado i bananowym crème brûlée?

To było samolubne, przyznaję. Czułam się gruba i ciężka; chciałam sobie przypomnieć, że kiedyś byłam dobra w czymś nieco bardziej skomplikowanym niż gra w wojnę z twoją siostrą czy rozdzielanie prania na ciemne i jasne. Zostawiłam więc Amelię z opiekunką – jakąś nastolatką z agencji – i pojechałam do Capers.

Upłynęło już parę lat, ale kuchnia wyglądała tak samo jak za moich czasów, chociaż w spiżarni nowy szef wprowadził własny porządek. Od razu po przyjściu uprzątnęłam mój stół i zabrałam się do miksowania ciasta filo. Mniej więcej w połowie roboty upadło mi masło. Pochyliłam się, żeby je podnieść – ktoś mógł się przecież na nim poślizgnąć i przewrócić. Lecz nagle dotarło do mnie, że nie mogę już złożyć się wpół, tak jak kiedyś. Ucisnęłaś mnie od środka, zapierając dech w piersi; domyśliłam się, że sama musiałaś poczuć coś podobnego.

– Przepraszam, skarbie – powiedziałam, prostując się z powrotem.

Teraz zastanawiam się: czy to wtedy pękło ci te siedem kości? Czy zrobiłam ci krzywdę w momencie, gdy chciałam pomóc jakiejś innej, nieznanej osobie?

Urodziłaś się kilka minut po trzeciej, jednak zobaczyłam cię dopiero o ósmej wieczorem. Sean wychodził co pół godziny i przynosił najświeższe informacje: Robią jej prześwietlenie. Pobierają krew. Mówią, że chyba ma jeszcze złamaną nogę w kostce. Aż wreszcie, o szóstej, przyniósł mi najlepszą wiadomość z możliwych. Rozpoznali typ III, powiedział. Ma siedem zrastających się złamań i cztery świeże, ale oddycha bez trudności. Leżałam na łóżku i nie mogłam przestać się uśmiechać; z całą pewnością byłam jedyną matką w dziejach tego szpitala, której podobne wieści sprawiły radość.

Dwa miesiące wcześniej dowiedzieliśmy się, że jesteś chora na OI. Ten skrót, dwie litery, które miały odtąd być naszym drugim nazwiskiem, oznacza osteogenesis imperfecta. Jest to defekt kolagenu; w jego następstwie kości są tak kruche, że aby je złamać, wystarczy się potknąć, wykręcić albo kichnąć. Istnieje kilka odmian tej choroby, ale tylko dwa z nich dają objawy w postaci złamań wewnątrzmacicznych, takich, jakie widzieliśmy na USG. Lecz mimo wszystko radiolog nie umiał stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, czy masz typ II, który zabija po urodzeniu, czy typ III, o ostrym przebiegu, powodujący postępującą deformację. Teraz wiedziałam już, że czekają cię setki złamań, było to jednak dla mnie zupełnie nieważne, bo oprócz tych złamań czekało cię też życie.

Kiedy śnieżyca osłabła, Sean pojechał do domu po twoją siostrę, żeby mogła cię zobaczyć. Na kanale meteo pokazywali obraz z radaru dopplerowskiego, który śledził burzowe chmury podążające na południe, aby tam zrzucić lodowaty deszcz i na trzy dni sparaliżować wszystkie lotniska w Waszyngtonie. W pewnej chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Uniosłam się odrobinę na posłaniu, choć przyszło mi to z wielkim trudem, bo świeże szwy zapłonęły w odpowiedzi żywym ogniem.

– Hej – powiedziała Piper, wchodząc do środka i przysiadając na skraju mojego łóżka. – Słyszałam dobre wieści.

– Wiem. – Skinęłam głową. – Mamy wielkie szczęście.

Zawahała się na ułamek sekundy, ale potem przytaknęła z uśmiechem.

– Już ją tutaj wiozą… – zaczęła i właśnie w tym momencie do sali weszła pielęgniarka, pchając przed sobą łóżeczko dla noworodków.

– Tu jest mamusia! – zaszczebiotała.

Spałaś sobie w najlepsze, leżąc na pleckach w plastikowym pojemniku wyłożonym gąbką. Rączki i nóżki, w tym lewą kostkę, miałaś owinięte bandażami.

Z wiekiem twoja choroba miała stawać się coraz bardziej widoczna. Wystarczy wiedzieć, na co zwrócić uwagę, żeby od razu rozpoznać objawy osteogenesis imperfecta: łukowato wygięte ręce i nogi, trójkątna twarz, a do tego wzrost – najwyżej półtora metra, może z niedużym hakiem. Ale wtedy, nawet cała w bandażach, wyglądałaś jak marzenie. Skóra jaśniutka, brzoskwiniowa, usta jak malinka. Włoski miękkie i delikatne, złociutkie, rzęsy długie jak paznokieć najmniejszego palca u ręki. Wyciągnęłam dłoń, chcąc cię dotknąć, ale zaraz ją cofnęłam, przypominając sobie, jak wygląda sytuacja.

Tak zaprzątnęło mnie pragnienie, abyś przeżyła poród, że nie zawracałam sobie już głowy tym, ile wyzwań będzie oznaczać twoje życie. Oto miałam prześliczną córeczkę, lecz delikatną jak bańka mydlana. Jako matka miałam cię chronić – a jeśli mimo najlepszych intencji zrobię ci krzywdę?

Piper i pielęgniarka wymieniły spojrzenia.

– Chcesz ją potrzymać, prawda? – zapytała moja przyjaciółka i wyjęła gąbkową wkładkę z pojemnika; pielęgniarka podtrzymała ją na brzegach, żeby nie opadły ci rączki. Powoli ułożyły mi cały ten kram w zgięciu łokcia.

– Hej – szepnęłam, tuląc cię do siebie.

Szorstka gąbka ocierała ramię przygwożdżone twoim ciężarem. Próbowałam zgadnąć, kiedy będę mogła wziąć cię na ręce bez tego opakowania, netto, poczuć twoje dotknięcie. Przypomniałam sobie Amelię w wieku niemowlęcym; tak często płakała, a ja brałam ją wtedy do swojego łóżka, karmiłam i w końcu zasypiałam, trzymając ją w ramionach. Za każdym razem bałam się, że we śnie obrócę się z boku na bok i zrobię jej krzywdę. Ale ciebie mogłam skrzywdzić o wiele łatwiej: choćby przy wyjmowaniu z łóżeczka. Albo przy masowaniu plecków.

Spojrzałam na Piper.

– Może lepiej ty ją weź…

A ona usiadła na posłaniu obok mnie i przesunęła palcem po twojej główce, okrągłej i jasnej niczym wschodzący księżyc.

– Charlotte – powiedziała – ona nie jest ze szkła.

Obie wiedziałyśmy, że to nieprawda, ale zanim zdążyłam jej to wytknąć, do pokoju wpadła Amelia. Na czapce i rękawiczkach miała śnieg.

– Już jest, już jest! – zaśpiewała.

Kiedy jej powiedziałam, że będzie miała rodzeństwo – ciebie – zapytała, czy zdążysz na obiad; myślała, że pojawisz się jeszcze tego samego dnia. Uświadomiłam ją, że musi poczekać około pięciu miesięcy – a wtedy uznała, że to za długo, i zaczęła udawać, że już się urodziłaś: nosiła na rękach swoją ulubioną lalkę i mówiła do niej „siostrzyczko”. Czasami, gdy nudziła się zabawą albo była rozkojarzona, zdarzało jej się upuścić tę lalkę na podłogę, głową w dół. Twój tata śmiał się wtedy:

– Dobrze, że to tylko wersja do ćwiczeń.

Sean stanął w drzwiach, tymczasem Amelia zdążyła już się wdrapać na kolana Piper i wydała werdykt na temat siostry.

– Za mała, żeby jeździć ze mną na łyżwach – orzekła. – I dlaczego jest ubrana jak mumia?

– To wstążki – odpowiedziałam. – Jak na prezencie.

Wtedy właśnie po raz pierwszy skłamałam w twojej obronie, a ty, zupełnie jakbyś wyczuła, co się święci, wybrałaś sobie ten moment, żeby się obudzić. Nie płakałaś, nie zaczęłaś się wiercić.

– Co ona ma z oczami? – zachłysnęła się Amelia. Wszyscy zauważyliśmy wizytówkę twojej choroby: twardówka, normalnie biała, u ciebie lśniła jaskrawym błękitem.

W środku nocy na oddziale noworodków zmieniły się pielęgniarki. Kiedy do pokoju weszła tamta kobieta, obie spałyśmy twardo. Ocknęłam się powoli, zawieszając wzrok na jej fartuchu, identyfikatorze, kędzierzawych, rudych włosach.

– Chwileczkę – powiedziałam, widząc, że sięga po róg kocyka, którym byłaś owinięta. – Niech pani uważa.

Uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Spokojnie, proszę mamy. Nie pierwszy raz zmieniam maluchowi pieluchę.

Wtedy nie nauczyłam się jeszcze, że muszę być twoim rzecznikiem, a ona, rozwijając kocyk, pociągnęła go za mocno. Obróciłaś się na bok i zaczęłaś krzyczeć – nie kwilić, jak przedtem, kiedy byłaś głodna, tylko wyć, tak samo przenikliwie jak po urodzeniu.

– Ją to boli! – zawołałam.

– A gdzie tam, po prostu nie lubi wstawać w środku nocy…

Już sam twój krzyk był dla mnie najgorszym koszmarem z możliwych, lecz nagle cała zsiniałaś, a twój oddech zaczął się spazmatycznie rwać. Pielęgniarka pochyliła się nad tobą ze stetoskopem.

– Co się stało? Co jej jest? – dopytywałam się.

Osłuchała ci klatkę piersiową, marszcząc brwi. Nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, cała zwiotczałaś. Pielęgniarka sięgnęła do przycisku za moim łóżkiem.

– Reanimacja! – usłyszałam i naraz mój maleńki pokoik wypełnił się tłumem ludzi, choć był przecież środek nocy. W powietrzu, niczym rakiety, zaczęły śmigać informacje: hipoksemia… robimy gazometrię… saturacja: czterdzieści sześć procent… podłączamy tlen.

– Zaczynam masaż serca – powiedział ktoś.

– Ten dzieciak ma OI.

– Przeżyje tych kilka złamań, a bez tego umrze.

– Potrzebne prześwietlenie klatki piersiowej, natychmiast…

– Kiedy to się zaczęło, po lewej stronie nie było szmeru oddechowego…

– Nie ma sensu czekać na prześwietlenie. To może być odma prężna…

Pośród tej ludzkiej gęstwiny złowiłam okiem błysk igły wbijanej pomiędzy twoje żebra, a chwilę później tuż poniżej przesunął się skalpel, zaperliła kropla krwi, ktoś podał zacisk, ktoś wsunął długą rurkę wprost do twojej klatki piersiowej. Patrzyłam, jak ją przyszywają do skóry; wiła się obok ciebie niczym wąż.

Kiedy do pokoju wpadł Sean, oszalały ze strachu i z obłędem w oczach, już cię nie było; pojechałaś na oddział intensywnej opieki noworodków.

– Pocięli ją – załkałam; to były jedyne słowa, jakie przyszły mi do głowy. Sean mnie przytulił, a wtedy pękła tama przerażenia, za którą aż do tej chwili trzymały się wszystkie moje łzy.

Do pokoju zajrzał facet o wyglądzie licealisty.

– Państwo O’Keefe? Jestem doktor Rhodes.

Sean chwycił mnie mocno za rękę.

– Co się dzieje z Willow? – zapytał.

– Możemy ją zobaczyć? – dodałam.

– Jak najbardziej, już niedługo – przytaknął lekarz, a mój ściśnięty żołądek rozluźnił się nieco. – Prześwietlenie klatki piersiowej potwierdziło złamanie żebra. Przez kilka minut państwa córka była w hipoksemii z powodu narastającej odmy prężnej, co w rezultacie doprowadziło do przemieszczenia śródpiersia, ucisku na narządy klatki piersiowej i zatrzymania krążenia.

– Boże jedyny… – warknął Sean. – Niech pan mówi po ludzku.

– Przez kilka minut pana córka nie otrzymywała tlenu. Klatka piersiowa wypełniła się powietrzem, przepychając serce, tchawicę i płuca na przeciwną stronę ciała. Założony drenaż opłucnowy umożliwi im powrót na właściwe miejsce.

– Nie otrzymywała tlenu – powtórzył Sean, a słowa zamierały mu w gardle. – Czyli to uszkodziło jej mózg?

– Niewykluczone. Na razie nie możemy tego stwierdzić.

Sean zgiął się wpół, zaciskając pięści tak mocno, że pod zbielałą skórą wystąpiły kostki.

– Ale serce… – wyjąkał.

– W obecnej chwili państwa córka jest stabilna, jednak istnieje możliwość ponownego zatrzymania krążenia. Nie wiemy jeszcze, jak zareaguje na to, co zrobiliśmy.

Wybuchnęłam płaczem.

– Nie chcę, żeby ona znów musiała tak się męczyć. Nie mogę im na to pozwolić, Sean.

Lekarz spojrzał na nas przygnębionym wzrokiem.

– Może warto zastanowić się nad podpisaniem zakazu reanimacji. Jest to formularz, który dołączy się do akt medycznych państwa córki. Zasadniczo mówi on o niepodejmowaniu żadnych wyjątkowych środków, aby utrzymać Willow przy życiu, jeśli taka sytuacja się powtórzy.

Przez ostatnie tygodnie ciąży szykowałam się na najgorsze; teraz okazało się jednak, że wyobraźnia zawiodła mnie na całej linii.

– Niech państwo się namyślą – powiedział doktor Rhodes.

Być może, powiedział Sean, nie byliśmy jej przeznaczeni. Być może Bóg tak chciał.

A jeśli ja, ja chciałam inaczej, zapytałam. Co wtedy? Bo ja chcę, żeby z nami była. Od samego początku tego chciałam.

Przez okno mojego pokoju widać było trawnik przed szpitalem, pochyły stok zasypany oślepiająco białym śniegiem. Dzień był jasny, słońce raziło w oczy; kto by pomyślał, że jeszcze kilka godzin wcześniej szalała tutaj śnieżna zamieć. Jakiś pełen inwencji ojciec, chcąc zająć czymś swojego syna, zabrał go na dwór i dał mu tacę ze stołówki, żeby zjechał sobie z górki na pazurki. Chłopiec piał z radości, spod tacy tryskała fontanna białego puchu. Gdy był już na dole, skoczył na równe nogi, machając w stronę szpitalnych okien; w jednym z nich, takim samym jak moje, zapewne ktoś stał i patrzył na niego. Ciekawe, pomyślałam, czy to jego mama tutaj leży, czekając na poród? A może jest już po? Może stoi tuż obok, za ścianą i patrzy przez okno, jak jej syn zjeżdża sobie z górki?

Moja córka, pomyślałam mimowolnie, nigdy nie będzie mogła tego robić.

Kiedy stałyśmy nad twoim łóżeczkiem na oddziale intensywnej opieki noworodków, Piper z całej siły ściskała mnie za rękę. Spomiędzy twoich posiniaczonych żeber wciąż jeszcze wystawał dren, a ręce i nogi miałaś ciasno owinięte bandażami. Zachwiałam się lekko.

– Dobrze się czujesz? – zapytała Piper.

– Mną się nie przejmuj. – Spojrzałam na nią. – Zapytali nas, czy chcemy podpisać zakaz reanimacji.

Piper wytrzeszczyła oczy.

– Kto was o to pytał?

– Doktor Rhodes…

– Doktor Rhodes to stażysta. – To ostatnie słowo wymówiła z pełnym niesmaku naciskiem, jakby „stażysta” miało znaczyć tyle samo, co „degenerat”. – Nie wie nawet jeszcze, gdzie jest stołówka, a co dopiero mówić o obchodzeniu się z matką, która przed chwilą widziała, jak serce jej dziecka przestało bić. Żaden pediatra nie proponowałby rodzicom podpisania zakazu reanimacji, dopóki badanie mózgu nie wykaże nieodwracalnych uszkodzeń…

– Rozcięli ją na moich oczach – powiedziałam drżącym głosem. – A kiedy próbowali przywrócić akcję serca, słyszałam, jak pękają jej żebra.

– Charlotte…

– Podpisałabyś?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, przeszłam na drugą stronę łóżeczka; znalazłaś się pomiędzy nami, niczym sekret, o którym nikt trzeci nie ma prawa wiedzieć.

– Czy tak właśnie ma odtąd wyglądać moje życie? – zapytałam.

Przez długi czas Piper milczała. Stałyśmy wsłuchane w otaczającą cię symfonię szmerów i sygnałów aparatury medycznej. Patrzyłam, jak drżysz przez sen, kuląc paluszki u stóp i rozkładając szeroko rączki.

– Twoje życie? – powtórzyła Piper. – Nie. Jej życie – owszem.

Jeszcze tego samego dnia, gdy jej słowa wciąż dźwięczały mi w uszach, podpisałam zakaz reanimacji. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na błaganie o litość, lecz pomiędzy wierszami widać było wyraźnie co innego: tego dnia po raz pierwszy skłamałam, mówiąc, że wolałabym, abyś nigdy nie przyszła na świat.

I

Złamać można praktycznie wszystko, nawet serce.

Lekcje, których udziela nam życie, nie przynoszą

mądrości, lecz blizny i zrosty.

WALLACE STEGNER, „Ptak-obserwator”

Hartować:podgrzewać powoli i stopniowo.

W kuchni, podobnie jak w kuźni, hartowanie odbywa się metodycznie i bez pośpiechu. Żółtka hartujemy, zalewając je małymi ilościami gorącego płynu. Chodzi o to, żeby je podgrzać, ale tak, żeby się nie ścięły. W ten właśnie sposób robi się custard, słodki sos, który może służyć jako polewa albo też składnik bardziej złożonego deseru.

Ciekawostka: konsystencja gotowej mieszaniny nie zależy od tego, jakim płynem ją podgrzejemy. Im więcej jajek, tym będzie ona gęstsza i bardziej kaloryczna.

Innymi słowy – wynik określają składniki wyjściowe.

CRÈME PÂTISSERIE

2 szklanki pełnotłustego mleka

6 żółtek (w temp. pokojowej)

140 g cukru

40 g mąki kukurydzianej

1 łyżeczka wanilii

W rondlu z nierdzewnej stali podgrzać mleko prawie do temperatury wrzenia. Ubić żółtka z cukrem i mąką kukurydzianą w nierdzewnym naczyniu, a następnie zahartować gorącym mlekiem. Tak przygotowaną mieszaninę podgrzewać, bez przerwy ubijając, aż się zagotuje; potem zdjąć z ognia. Dodać wanilię i przelać do naczynia z nierdzewnej stali. Delikatnie posypać cukrem i szczelnie przykryć folią. Przechowywać w lodówce. Podawać schłodzone. Crème pâtisserie jest używany do tart owocowych, napoleonek, ptysiów, eklerów itp.

Amelia

Luty 2007 r.

Nigdy w życiu nie byłam nigdzie na wakacjach. Nigdy nie wyjechałam nawet z New Hampshire, chyba że liczyć ten raz, jak mama zawiozła cię do Nebraski, a ja zabrałam się z wami – i chyba nawet ty przyznasz, że trzy dni siedzenia w szpitalnym pokoju i oglądania starych jak świat odcinków „Toma i Jerry’ego”, żeby przeczekać twoje badania, trudno porównać z wczasami na plaży albo wycieczką do Wielkiego Kanionu. Łatwo więc sobie wyobrazić moje emocje, kiedy dowiedziałam się, że na ferie w lutym rodzice planują zabrać nas do Disneylandu. Mieliśmy mieszkać w hotelu, przez który jeździła kolej jednotorowa.

Mama zaczęła spisywać atrakcje, które obejrzymy: „Mały ten świat”, „Dumbo, latający słonik”, „Lot z Piotrusiem Panem”.

– To dla dzieci – burknęłam.

– Ale bezpieczne – przypomniała.

– „Kosmiczna Góra” – zaproponowałam.

– „Piraci z Karaibów” – odpowiedziała.

– No super! – wrzasnęłam. – Pierwszy raz w życiu jadę gdzieś na wakacje i nie będę nawet mogła robić nic fajnego.

Pobiegłam do naszego pokoju, na górę. Wiedziałam dobrze, co teraz mówią rodzice: „Znowu problem z Amelią”.

Zabawne jest to, że w takich sytuacjach (które powtarzają się praktycznie cały czas) mama nigdy nie próbuje przywrócić zaburzonego porządku. Ona przecież musi pilnować, żeby tobie nic się nie stało, więc obowiązki rozjemcy spadają na tatę. No tak, o to też jestem zazdrosna: dla ciebie on jest tatą, dla mnie tylko ojczymem. Nie znam mojego prawdziwego taty. Mama rozstała się z nim, jeszcze zanim się urodziłam i teraz zapewnia mnie, że to najlepszy prezent, jaki mogła mi dać w życiu. Sean mnie adoptował i zachowuje się tak, jakby kochał nas obie dokładnie tak samo – ale ja nie mogę zapomnieć, że to absolutnie niemożliwe; ta myśl jest jak ostra, czarna drzazga tkwiąca głęboko w głowie.

– Melciu – powiedział, stając w drzwiach (nikomu innemu nigdy, przenigdy nie pozwolę tak do siebie powiedzieć; to zdrobnienie kojarzy mi się z tymi robakami, co lęgną się w mące, ale nie wtedy, kiedy on tak mówi). – Wiem, że jesteś już duża i możesz jeździć na tych większych karuzelach i kolejkach. Ale chcemy, żeby Willow też się dobrze bawiła.

Bo kiedy Willow jest dobrze, wszystkim nam jest dobrze, pomyślałam. Nie musiał tego mówić; zrozumiałam go bez słów.

– Chcielibyśmy pojechać na wakacje jak zwyczajna rodzina – dodał jeszcze tata.

Po chwili wahania usłyszałam własny głos:

– Karuzela z filiżankami.

Tata obiecał, że spróbuje namówić mamę, i chociaż broniła się rękami i nogami (a co będzie, jak uderzysz się o grubą, gipsową ścianę filiżanki?), udało mu się ją jednak przekonać, że możemy wziąć cię pomiędzy siebie i wtedy będziesz bezpieczna. Kiedy mama uległa, uśmiechnął się do mnie szeroko, pękając z dumy; za nic w świecie nie umiałabym mu powiedzieć, że mam w nosie tę całą karuzelę z filiżankami.

Zaproponowałam ją tylko dlatego, że przypomniała mi się reklamówka Disneylandu, stara, sprzed kilku lat. Pokazywali tam Czarodziejskie Królestwo, gdzie Dzwoneczek śmigała jak komar nad głowami uśmiechniętych zwiedzających. Była wśród nich rodzina z dwoma córkami dokładnie w naszym wieku; cała czwórka kręciła się w filiżankach na Karuzeli Szalonego Kapelusznika. Nie mogłam oderwać wzroku od tych ludzi – starsza dziewczyna miała nawet brązowe włosy jak ja, a gdy zmrużyć oczy, ich ojciec robił się bardzo podobny do naszego. Wszyscy byli tacy szczęśliwi, że aż brzuch bolał od patrzenia. Wiedziałam, że pewnie to w ogóle nie jest prawdziwa rodzina, że mama i tata to aktorzy, ona niezamężna, on nieżonaty, a swoje niby-córki zobaczyli pierwszy raz na planie zdjęciowym, kiedy rano przyszli kręcić tę reklamówkę – ale chciałam, żeby było inaczej. Chciałam uwierzyć, że chociaż wciąga ich ten dziki, nieokiełznany wir, ich radość, ich uśmiechy są prawdziwe.

Zbierzcie dziesięć osób nieznających się nawzajem, posadźcie je w jednym pokoju i zapytajcie, komu bardziej współczują: tobie czy mnie. Wiadomo, kogo wybiorą. Trudno zamknąć oczy na to, że wciąż nosisz gips, masz wzrost dwulatki, chociaż skończyłaś już pięć lat i śmiesznie zarzucasz biodrami przy chodzeniu – oczywiście kiedy jesteś na tyle zdrowa, żeby chodzić o własnych siłach. Nie mówię, że masz łatwo. Po prostu ja mam jeszcze gorzej, bo za każdym razem, kiedy sobie myślę, że moje życie jest do bani, przyglądam się tobie i mam siebie jeszcze bardziej dość za takie myśli.

Jak to jest być mną? Proszę, oto parę migawek:

„Amelia, nie skacz po łóżku, bo zrobisz Willow krzywdę”.

„Amelia, ile razy ci mówiliśmy, że nie wolno zostawiać skarpetek na podłodze? Przecież Willow może się przewrócić”.

„Amelia, wyłącz ten telewizor” (chociaż włączyłam go dopiero pół godziny temu, a ty siedziałaś przed nim pięć godzin bez przerwy, wgapiona jak jakieś zombi).

Wiem – wychodzę na samoluba, ale to, że ktoś ma rację, nie znaczy, że nie może mi być przykro. Mam dopiero dwanaście lat, zgoda, ale zapewniam was: więcej nie trzeba, żeby zakapować, że nasza rodzina nie jest i nigdy nie będzie taka jak inne rodziny. Przykład: kto „na wszelki wypadek” zabiera na wakacje całą walizkę pełną bandaży elastycznych i wodoodpornych gipsów? Która mama całymi dniami zbiera informacje o wszystkich szpitalach w Orlando?

Przed samym wyjazdem, kiedy tata pakował bagaże do samochodu, usiadłyśmy razem w kuchni, żeby zagrać sobie w „papier, nożyczki, kamień”.

– Trzy, cztery – powiedziałam i obie pokazałyśmy nożyczki. To było do przewidzenia: zawsze pokazywałaś nożyczki. – Jeszcze raz. Trzy cztery… – powtórzyłam, tym razem pokazując kamień. – Kamień tępi nożyczki. – Stuknęłam cię pięścią w wierzch dłoni.

– Uważaj – powiedziała mama, chociaż stała odwrócona w zupełnie inną stronę.

– Wygrałam!

– Zawsze wygrywasz – mruknęłaś.

Roześmiałam ci się prosto w nos.

– Bo ty zawsze pokazujesz nożyczki.

– Nożyczki wynalazł Leonardo da Vinci.

O każdej porze miałaś pod ręką jakąś ciekawostkę, jakiś fakt, o którym nikt nigdy nie słyszał, a jeśli słyszał, to zaraz zapomniał. Było tak, ponieważ wciąż czytałaś książki, siedziałaś w Internecie albo oglądałaś History Channel, który mnie z reguły usypiał. Ludzie robili wielkie oczy, dowiadując się od pięciolatki, że woda w ubikacji spływa w tonacji es albo że town to najstarsze słowo w języku angielskim, ale według mamy wiele dzieci chorych na OI wcześnie zaczyna czytać i ma dar wymowy. Dla mnie to było tak jak z treningiem mięśni: używałaś mózgu częściej niż innych części ciała, które wciąż ci się psuło, nic więc dziwnego, że nawijałaś jak młody Einstein.

– Czy wszystko wzięłam? – zapytała mama, ale to było do siebie. Sprawdziła swoją listę chyba po raz tysięczny. – Zaświadczenie – przypomniała sobie i spojrzała na mnie. – Amelia, musimy zabrać zaświadczenie lekarskie dla Willow.

Ten dokument, wypisany przez doktora Rosenblada, zawierał garść oczywistych informacji: jesteś chora na osteogenesis imperfecta, leczysz się u niego w Children’s Hospital – wszystko na wypadek, gdybyś niespodziewanie coś sobie zrobiła. Szczerze mówiąc, śmieszne to było, bo tych niespodziewanych wypadków zawsze miałaś mnóstwo, złamanie goniło złamanie. Zaświadczenie było w naszym samochodzie, w schowku, razem z dowodem rejestracyjnym, instrukcją obsługi vana marki Toyota, podartą mapą Massachusetts, paragonem ze stacji wymiany oleju i listkiem gumy do żucia, który obrósł futrzastym brudem, bo nie miał papierka. Zrobiłam raz remanent w schowku, kiedy mama płaciła za benzynę.

– Jest w samochodzie – poinformowałam mamę. – Nie możesz go wyjąć po drodze na lotnisko?

– Nie, bo zapomnę – odpowiedziała i w tym momencie wszedł tata.

– Wszystko załadowane – zameldował. – No co, Willow? Jedziemy zobaczyć Myszkę Miki?

Uśmiechnęłaś się do niego promiennie, zupełnie jakby w Disneylandzie można było zobaczyć prawdziwą Myszkę Miki, a nie jakąś nastolatkę, która paraduje w przebraniu i z wielką plastikową głową, bo taką pracę udało jej się złapać na lato.

– Miki ma urodziny osiemnastego listopada – poinformowałaś tatę, kiedy pomagał ci zsunąć się z krzesła. – Amelia wygrała ze mną w „papier, nożyczki, kamień”.

– Bo zawsze pokazujesz nożyczki – odpowiedział.

Mama, marszcząc brwi, ostatni raz sprawdziła listę.

– Sean, zabrałeś ibuprofen?

– Dwa duże opakowania.

– A aparat?

– Kurka wodna… Wyjąłem go i został na komodzie na górze… – Tata spojrzał na mnie. – Kotku, przyniesiesz? Ja usadzę Willow w samochodzie.

Skinęłam głową i pobiegłam na górę. Wróciwszy z aparatem, zobaczyłam mamę, która stała sama na środku kuchni, obracając się powoli, jakby nie wiedziała, co robić, kiedy nie ma cię przy sobie. Zgasiła światło i zamknęła dom na klucz, a ja pobiegłam w podskokach do naszego vana. Oddałam aparat tacie, usiadłam obok twojego fotelika, zapięłam pas i pozwoliłam sobie na chwilę szczerości: otóż kręcił mnie ten wyjazd, chociaż to straszny obciach mieć dwanaście lat i podniecać się Disneylandem. Myślałam o słońcu, piosenkach z filmów Disneya i jednotorowej kolejce w hotelu, a nie o zaświadczeniu od doktora Rosenblada.

Co oznacza, że to wszystko była moja wina.

Nawet nie zobaczyliśmy tej głupiej karuzeli z filiżankami. Po wylądowaniu, zanim udało nam się dotrzeć do hotelu, było już późne popołudnie. Pojechaliśmy do parku i ledwie postawiliśmy stopę na głównej ulicy – prowadzącej jak strzelił do zamku Kopciuszka – zaczęło lać jak z cebra. Powiedziałaś, że jesteś głodna, więc weszliśmy do lodziarni o staromodnym wystroju. Tata stanął w kolejce, trzymając cię za rękę, ja wybrałam stolik, a mama przyniosła serwetki.

– Patrz – powiedziałam, pokazując palcem Goofy’ego, który ściskał dłoń jakiemuś rozwrzeszczanemu bobasowi. I dokładnie w tym samym momencie mamie upadła jedna serwetka, tata puścił twoją rękę, sięgając po portfel, a ty podskoczyłaś do okna, żeby zobaczyć to, co pokazałam, i poślizgnęłaś się na tym maleńkim strzępku papieru.

Oglądaliśmy to wszystko w zwolnionym tempie: nogi po prostu wyjechały spod ciebie, tak że klapnęłaś ciężko na tyłek. Białka oczu, które podniosłaś na nas, błysnęły błękitem, jak zawsze, kiedy coś w tobie pękało.

Można by pomyśleć, że obsługa Disneylandu tylko na to czekała. Wystarczyło, żeby mama powiedziała facetowi w stoisku z lodami, że złamałaś nogę, a zaraz pojawiło się dwóch ratowników z miejscowego punktu medycznego. Przynieśli nosze i pod jej nadzorem (komenderowała nimi tak samo jak każdym lekarzem) ułożyli cię na nich, choć nie bez trudności. Nie płakałaś, chociaż w sumie rzadko widywałam u ciebie łzy, kiedy coś sobie złamałaś. Sama raz miałam złamany mały palec u ręki: dostałam piłką od tenisa, taką na uwięzi. Spuchł mi cały i poczerwieniał, a ja świrowałam jak nie wiem co. Ty jednak nie płakałaś nawet przy otwartym złamaniu ręki.

– Boli cię? – zapytałam szeptem, kiedy ratownicy podnieśli nosze, którym nagle wyrosły nogi z kółkami.

Kiwnęłaś głową, zagryzając dolną wargę.

Przy głównej bramie czekał już na nas ambulans. Obejrzałam się jeszcze ostatni raz na główną ulicę parku, łowiąc wzrokiem stożkowaty metalowy dach Kosmicznej Góry i dzieciaki, które właśnie tam wchodziły, zamiast wychodzić, tak jak my; potem wsiadłam razem z tatą do podstawionego dla nas samochodu i ruszyliśmy za tobą i mamą do szpitala.

W izbie przyjęć było dziwnie, zupełnie inaczej niż w naszym szpitalu. Tam wszyscy cię znali, a każdy lekarz słuchał mamy. Tutaj nikt nie zwracał na nią uwagi. Powiedzieli, że druga kość udowa też może być złamana, i że istnieje ryzyko krwotoku wewnętrznego. Mama poszła z tobą na prześwietlenie, a my z tatą zostaliśmy w poczekalni, przycupnięci na zielonych plastikowych krzesłach.

– Przykro mi, Melciu – powiedział, a ja tylko wzruszyłam ramionami. – Może to nie jest nic bardzo poważnego i jutro będziemy mogli tam wrócić.

Słyszałam, jak w Disneylandzie rozmawiał z nim jakiś facet w czarnym garniturze, który mówił, że gdybyśmy chcieli przyjść innego dnia, dostaniemy gratisowe bilety (chociaż nie wiedziałam za bardzo, co to znaczy gratisowy).

Stał tam telewizor, ale w sobotę wieczorem pacjenci z izby przyjęć to o wiele ciekawszy widok niż jakiś program. Było na przykład dwóch chłopaków w wieku mniej więcej studenckim. Każdy z nich miał rozciętą skórę na czole, dokładnie w tym samym miejscu co ten drugi; wystarczyło, że spojrzeli na siebie i od razu zaczynali się śmiać. Był też starszy pan w spodniach wyszywanych cekinami, ściskający się kurczowo za prawy bok, i dziewczyna, która mówiła tylko po hiszpańsku i trzymała na rękach rozwrzeszczane bliźnięta.

Nagle drzwi po prawej stronie otworzyły się z hukiem i do poczekalni wpadła mama, a za nią pielęgniarka i jeszcze jakaś kobieta w obcisłej spódnicy w cieniutkie paski i czerwonych szpilkach.

– Zaświadczenie! – zawołała mama. – Sean, co z nim zrobiłeś?

– Z czym? – zapytał tata, ale ja już wiedziałam, o co jej chodzi. Ni stąd, ni zowąd zrobiło mi się niedobrze, a żołądek podjechał do gardła.

– Pani O’Keefe – powiedziała kobieta w szpilkach – bardzo panią proszę, załatwmy to gdzieś na osobności.

Musnęła palcami rękę mamy, a ona – inaczej nie umiem tego opisać – złożyła się wpół. Poszliśmy do jakiegoś pokoju, gdzie stała obszarpana czerwona kanapa i nieduży owalny stolik, a na nim wazon sztucznych kwiatów. Na ścianie wisiało zdjęcie przedstawiające dwa misie panda. Oglądałam je sobie, a tymczasem kobieta w obcisłej spódnicy – przedstawiła się jako Donna Roman z Wydziału ds. Rodzin i Opieki nad Dziećmi – rozmawiała z rodzicami.

– Wezwał nas doktor Rice, ponieważ zaniepokoiły go obrażenia państwa córki – wyjaśniła. – Łukowaty kształt rąk oraz zdjęcia rentgenowskie wskazują, że nie było to jej pierwsze złamanie, czy to prawda?

– Willow jest chora na osteogenesis imperfecta – powiedział tata.

– Pani już o tym wie. – Mama skrzywiła się w odpowiedzi. – Nie chciała mnie słuchać.

– Ponieważ nie przedstawili państwo zaświadczenia lekarskiego, mamy obowiązek zbadać tę sprawę. Takie są zasady, dzieci trzeba chronić…

– Toteż ja właśnie chcę chronić moje dziecko – przerwała jej mama tonem ostrym jak brzytwa. – Proszę mi tylko nie przeszkadzać, a Willow będzie pod najlepszą opieką.

– Doktor Rice jest specjalistą…

– Gdyby faktycznie nim był, wiedziałby, że mówię prawdę – odparowała mama.

– Jak rozumiem, doktor próbuje się obecnie skontaktować z lekarzem, który prowadzi państwa córkę – powiedziała Donna Roman – ale ponieważ jest sobota wieczór, nie może się dodzwonić. Tymczasem więc proponuję, żeby podpisali państwo zgodę na szczegółowe badanie Willow, czyli pełną scyntygrafię kości oraz testy neurologiczne, a dopóki lekarze nie skończą, możemy sobie porozmawiać.

– Willow nie potrzebuje już żadnych nowych badań… – zaczęła mama.

– Proszę pani – wpadł jej w słowo tata – jestem policjantem. Nie sądzi pani chyba, że próbuję panią oszukać?

– Rozmawiałam już z pańską żoną, panie O’Keefe, i będę chciała zamienić kilka słów także z panem… Ale najpierw poproszę na rozmowę siostrę Willow.

Otworzyłam usta i zamknęłam je z powrotem, nie mówiąc ani słowa. Mama wbiła we mnie wzrok, jakby usiłowała czytać mi w myślach; spuściłam głowę. Po chwili na podłodze tuż pod moim nosem pokazały się tamte czerwone szpilki.

– Domyślam się, że ty jesteś Amelia – powiedziała ich właścicielka. Przytaknęłam. – Przejdziemy się?

W drzwiach minęłyśmy policjanta, który wyglądał prawie tak samo jak tata, kiedy wychodzi do pracy.

– Proszę rozdzielić tych państwa – poleciła Donna Roman, na co on skinął głową. Zaprowadziła mnie do automatu ze słodyczami stojącego na końcu korytarza. – Na co masz ochotę? Osobiście przepadam za czekoladą, ale może wolisz chipsy?

Gdy rodzice zniknęli z pola widzenia, zrobiła się dla mnie przesympatyczna, a ja bez chwili wahania pokazałam palcem snickersa, uznając, że trzeba korzystać z okazji.

– Pewnie inaczej wyobrażałaś sobie te wakacje? – zapytała, ale potrząsnęłam przecząco głową. – Czy to znaczy, że Willow miała już takie wypadki?

– Jasne. Często sobie coś łamie.

– W jaki sposób?

Inteligencją ta pani raczej nie błyszczała. W jaki sposób można sobie coś złamać?

– Przewraca się. Albo czymś dostanie.

– „Czymś” dostanie? – powtórzyła Donna Roman. – A może „od kogoś”?

Raz w przedszkolu, na placu zabaw, wpadła na ciebie jedna koleżanka. Generalnie miałaś spory talent do uników, ale tego dnia wyszło ci trochę za wolno.

– Czasami i tak się dzieje – przyznałam.

– Z kim była Willow tym razem?

Przypomniałam sobie lodziarnię i tatę trzymającego cię za rękę.

– Z tatą.

Donna Roman zacisnęła usta. Wrzuciła kilka monet do innego automatu, z którego wypadła butelka wody. Odkręciła ją. Chciałam, żeby mnie poczęstowała, ale wstydziłam się poprosić.

– Był zdenerwowany? – padło pytanie.

Zobaczyłam w myślach jego twarz, kiedy pędziliśmy do szpitala w ślad za karetką. Zaciśnięte, wsparte na udach pięści, gdy czekaliśmy, żeby nam powiedzieli, co tym razem Willow sobie złamała.

– Tak – odpowiedziałam. – Bardzo się denerwował.

– Czyli twoim zdaniem zrobił to, bo pogniewał się na Willow?

– Jak to? Co zrobił?

Donna Roman przyklękła przede mną i zajrzała mi w oczy.

– Amelio – odezwała się – możesz mi powiedzieć, co naprawdę się stało. On już nic ci nie zrobi, dopilnuję tego.

Nagle dotarło do mnie, jak ta kobieta zrozumiała moje słowa.

– Tata nie gniewał się na Willow. – Pokręciłam głową. – Nie uderzył jej. To był wypadek!

– Takie wypadki nie powinny się zdarzać.

– Nie… Pani nie rozumie… To wszystko dlatego, że Willow…

– Zachowanie dziecka nigdy nie usprawiedliwia przemocy – mruknęła Donna Roman pod nosem, ale i tak wszystko usłyszałam. Szła już z powrotem do pokoju, gdzie zostali moi rodzice, i nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, chociaż krzyczałam za nią na całe gardło.

– Obejmujemy państwa dzieci opieką urzędową – zakomunikowała mamie i tacie.

– Pan pozwoli ze mną na posterunek. Musimy porozmawiać – powiedział policjant do taty.

Mama przygarnęła mnie do siebie.

– Opieka urzędowa? Co to znaczy?

Donna Roman chwyciła mnie mocno z drugiej strony, próbując od niej oderwać; nie obyło się zresztą bez pomocy policjanta.

– Musimy zapewnić państwa dzieciom bezpieczeństwo, dopóki ta sprawa się nie wyjaśni – oświadczyła. – Willow spędzi noc tutaj. – Chciała mnie wyprowadzić, ale zaparłam się w drzwiach.

– Amelia – zapytała mama, cała w nerwach – co ty powiedziałaś tej pani?

– Mówiłam, jak było!

– Dokąd pani zabiera moją córkę?!

– Mamo! – wrzasnęłam, wyciągając do niej ręce.

– Chodź, skarbie. – Donna Roman złapała moją dłoń i musiałam jej ulec. Wyciągnęła mnie z tego szpitala, chociaż kopałam i darłam się wniebogłosy. Trwało to pięć minut, a potem popadłam w całkowite otępienie. Zrozumiałam wtedy, dlaczego nie płaczesz, chociaż bardzo boli: czasem o bólu trzeba milczeć, bo nie da się go wypowiedzieć.

Spotkałam się już nieraz z wyrażeniem „dom zastępczy” w książkach i programach telewizyjnych. Wydawało mi się, że jest to miejsce dla sierot i dzieci handlarzy narkotyków z dzielnic nędzy, a nie dla takich dziewczyn jak ja, które mają gdzie mieszkać, dostają mnóstwo prezentów pod choinkę i nigdy nie kładą się spać o pustym żołądku. Okazało się jednak, że pani Ward, prowadząca tymczasowy dom zastępczy, do którego trafiłam, wygląda zupełnie jak zwyczajna mama; przypuszczalnie nawet nią była, sądząc po zdjęciach, którymi wytapetowano wszystkie ściany. Otworzyła drzwi, ubrana w czerwony szlafrok i różowe kapcie w kształcie świnek.

– Ty pewnie jesteś Amelia – powiedziała, uchylając je odrobinę szerzej.

Spodziewałam się zastać tam gromadę dzieciaków, ale akurat nikt u niej nie mieszkał. Zaprowadziła mnie do kuchni, pachnącej płynem do naczyń i ugotowanymi kluskami. Postawiła przede mną szklankę mleka i talerzyk pełen czekoladowych markiz.

– Musisz być strasznie głodna – powiedziała, ale zaprzeczyłam, chociaż rzeczywiście aż mnie skręcało. Nie chciałam od niej niczego przyjąć, bo to by oznaczało kapitulację.

W moim pokoju stała komoda i wąskie łóżko nakryte kołdrą w wisienki. Był tam też telewizor z pilotem. Rodzice nigdy w życiu by mi nie pozwolili mieć telewizora w pokoju; mama mówiła, że telewizja to samo zło. Powiedziałam to pani Ward, a ona się roześmiała.

– Być może – zgodziła się – ale czasem nic tak dobrze nie robi, jak obejrzeć sobie odcinek „Simpsonów”.

Otworzyła szufladę w komodzie, wyciągając czysty ręcznik i koszulę nocną, o kilka numerów na mnie za dużą. Ciekawe, zastanowiłam się, skąd się tu wzięła ta koszula. Ile nocy przespała w tym łóżku ostatnia dziewczyna, która miała ją na sobie.

– W razie czego jestem w pokoju na końcu korytarza – powiedziała pani Ward. – A może czegoś byś chciała?

Chcę do mamy.

Chcę do taty.

Do ciebie.

Do domu.

– Jak długo – zapytałam, odzywając się po raz pierwszy w tym domu – mam tutaj zostać?

Pani Ward uśmiechnęła się smutno.

– Tego nie wiem, Amelio.

– A czy rodzice… też są w jakimś domu zastępczym?

Chwila wahania.

– Można tak powiedzieć.

– Chcę się zobaczyć z Willow.

– Jutro, z samego rana – obiecała mi. – Zawiozę cię do szpitala. Może być?

Skinęłam głową. Bardzo, bardzo chciałam jej uwierzyć. Po takiej obietnicy mogłam zasnąć, jakbym miała ze sobą ulubionego pluszowego łosia, który został w domu. Po takiej obietnicy mogłam sobie wmówić, że będzie lepiej, bo musi i już.

Położyłam się, próbując przypomnieć sobie te twoje nikomu niepotrzebne ciekawostki, które zawsze nadajesz przed snem, tak że muszę cię uciszać, żebyś się wreszcie zamknęła. Żaba, kiedy chce przełknąć, musi zamknąć oczy. Jednym ołówkiem można narysować linię długości pięćdziesięciu sześciu kilometrów. „Skok” i „trop” to „koks” i „port” pisane wspak.

Powoli zrozumiałam, dlaczego obnosisz się z tymi głupimi informacjami, tak jak inne dzieciaki ciągną wszędzie ze sobą przytulanki albo ulubione kocyki; kiedy sama zaczęłam je sobie powtarzać, to nawet mi to trochę pomogło. Nie wiedziałam tylko, czy dlatego, że dobrze jest coś wiedzieć, gdy całe życie to jeden wielki znak zapytania, czy może dlatego, że przypominały mi ciebie.

Wciąż ściskało mnie w środku, ale nie umiałabym powiedzieć, czy to z głodu, czy z dojmującego poczucia pustki. Kiedy pani Ward poszła do swojej sypialni, zsunęłam się po cichu z łóżka, zapaliłam światło w korytarzu i zeszłam na dół, do kuchni. Po otworzeniu drzwi lodówki zalało mnie światło, a na bose stopy spłynął chłód. Wodziłam wzrokiem po plastikowych paczkach wędliny, po brzuchatych jabłkach i brzoskwiniach wrzuconych do jednego pojemnika, po kartonach soku i mleka stojących rządkiem jak żołnierze na zbiórce. Nagle wydało mi się, że na piętrze coś skrzypnęło, więc złapałam, co wpadło mi w ręce – bochenek chleba, plastikowy pojemnik do żywności pełen spaghetti, garść tamtych czekoladowych markiz – i pognałam z powrotem do pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i rozłożyłam moje skarby na posłaniu.

Zaczęło się od ciastek, ale potem zaburczało mi w brzuchu i zjadłam spaghetti, do ostatniej kluski – palcami, bo nie miałam widelca. Do tego kromka chleba, i jeszcze jedna, i następna… Zanim się obejrzałam, po bochenku zostało plastikowe opakowanie. Co się ze mną dzieje, pomyślałam, spoglądając w lustro. Kto zjada naraz cały chleb? Wyglądałam ohydnie – nijakie brązowe włosy, kręcące się same z siebie w kiepską pogodę, oczy rozstawione zbyt szeroko, krzywy ząb na przodzie i opona tłuszczu wylewającego się ze spodni – ale wnętrze miałam jeszcze gorsze. Wyobrażałam je sobie jak czarną dziurę, która wsysa wszystko, co ją otacza. W zeszłym roku uczyliśmy się o czarnych dziurach na fizyce. „Próżnia nicości”, tak mówił o nich nauczyciel.

Moje dobre strony, wszystko to, co widzieli we mnie inni ludzie, zatruł ten cichy głos, który w najciemniejszej godzinie nocy szeptał: „Chcę mieć inną rodzinę”. Prawdziwa ja to podła świnia, która umiała wyobrazić sobie, jak by to było, gdyby cię nie było. Prawdziwa ja patrzyła, jak cię pakują do karetki i przez ułamek sekundy żałowała, że nie może zostać w Disneylandzie. Prawdziwa ja była duszą bez dna; potrafiła w dziesięć minut pochłonąć cały bochenek chleba i znalazłaby jeszcze miejsce na więcej.

Nienawidziłam siebie.

Nie mam pojęcia, co mnie popchnęło, żeby pójść do łazienki (mój pokój miał własną łazienkę: tapeta w różyczki, mydełka w różnych kształtach leżące na mydelniczkach obok umywalki) i wepchnąć sobie palec do gardła. Może czułam, jak do krwi sączy mi się trucizna, i chciałam się jej pozbyć. Może to miała być kara. A może chciałam zapanować nad tym, co było we mnie nieposkromione, tak żeby podporządkować swojej woli całą siebie. „Szczury nie umieją rzygać”, powiedziałaś mi kiedyś i teraz to sobie przypomniałam. Jedną ręką odgarnęłam włosy i zwymiotowałam do ubikacji, nie przestając, dopóki, poczerwieniała na twarzy, spocona i opróżniona ze wszystkiego, nie poczułam ulgi na myśl, że tak, potrafię coś zrobić jak należy, nawet jeśli jest mi potem jeszcze gorzej. Ból ściśniętego żołądka i gardło palące od żółci – to było okropne, ale przynajmniej miałam wreszcie fizyczny powód, żeby czuć się źle.

Osłabiona, potoczyłam się na miękkich nogach do wypożyczonego mi łóżka i sięgnęłam po pilota do telewizora. Oczy mnie piekły jak zasypane piaskiem, gardło bolało, ale nie mogłam sobie pozwolić na sen, więc skakałam po kanałach, zamieniając programy o dekoracji wnętrz na kreskówki, a te na nocne talk-show i turniej kucharski „Iron Chef”, aż wreszcie na Nickelodeonie, w dwudziestej drugiej minucie któregoś tam odcinka programu Dicka Van Dyke’a, trafiłam na tę starą reklamówkę Disneylandu. To było jak kpina, jak szyderstwo, ostrzeżenie. Poczułam się tak, jakbym oberwała pięścią w brzuch: proszę, tutaj Dzwoneczek, a tu szczęśliwa rodzinka na karuzeli z filiżankami. To mogliśmy być my.

A jeśli rodzice już nigdy nie wrócą?

A jeśli ty nie wyzdrowiejesz?

A jeśli zostanę tutaj na zawsze?

Kiedy zaczęłam płakać, wepchnęłam sobie róg poduszki głęboko do ust, żeby pani Ward nie usłyszała. Wyłączyłam dźwięk w telewizorze i patrzyłam, jak rodzina w Disneylandzie kręci się w kółko na karuzeli.

Sean

Zabawne, jak człowiek potrafi być stuprocentowo pewien, że wie, co ma myśleć o tym czy o tamtym – dopóki sam nie znajdzie się w takiej sytuacji. Na przykład aresztowanie: ludzi, którzy nie pracują w policji, zawsze bulwersuje fakt, że dochodzi do pomyłek przy zatrzymaniach, nawet jeśli są one usprawiedliwione. Kiedy tak się stanie, zwalnia się aresztanta, tłumacząc, że to było konieczne. Ostatecznie lepiej aresztować niewinną osobę niż pozwolić kryminaliście robić, co chce. Zawsze tak uważałem: do diabła ze wszystkimi, którzy głoszą libertarianizm, a nie mają zielonego pojęcia, jak wygląda prawdziwy przestępca. Wierzyłem w to święcie, dopóki nie trafiłem na komisariat w Lake Buena Vista, podejrzany o to, że znęcam się nad własnym dzieckiem. Kiedy lekarze zobaczyli na twoich prześwietleniach dziesiątki zaleczonych złamań, a do tego zauważyli, że prawe przedramię jest łukowate, a powinno być proste – momentalnie dostali małpiego rozumu; jeden telefon i już o wszystkim wiedział Wydział ds. Rodziny i Opieki nad Dziećmi. Już dawno dostaliśmy od doktora Rosenblada zaświadczenie, które miało nas chronić przed aresztem, dokąd podobno trafia wielu rodziców dzieci cierpiących na OI; kiedy nie mogą udokumentować choroby, automatycznie zarzuca im się przemoc domową. Charlotte na wszelki wypadek zawsze woziła je w naszym minivanie, ale dziś musieliśmy spakować tyle rzeczy na wyjazd, że o tej jednej już nikt nie pamiętał, dzięki czemu mogliśmy sobie zobaczyć, jak wygląda komisariat i przesłuchanie.

– Zacznijcie wreszcie myśleć! – krzyknąłem. – Moja córka się przewróciła. W miejscu publicznym. Widziało to co najmniej dziesięć osób. Dlaczego ich tutaj nie ma? Nudzi wam się, że ciągacie ludzi po komendach?

Grałem na przemian dobrego i złego gliniarza, ale okazało się, że ani jedno, ani drugie nie działa na policjanta z innego stanu. Była sobota, a w dodatku dochodziła już północ; doktor Rosenblad mógł być nieuchwytny nawet do poniedziałku. Nie widziałem Charlotte, odkąd przywieźli nas na przesłuchanie – w takich wypadkach rozdzielamy rodziców, żeby nie mogli ustalić między sobą fałszywych zeznań. Problem w tym, że nawet gdy mówiliśmy prawdę, brzmiało to jak głupia bajeczka. Dziewczynka trafiła do szpitala z połamanymi nogami, bo poślizgnęła się na serwetce? Nie potrzeba moich dziewiętnastu lat stażu w policji, żeby coś takiego wyglądało podejrzanie.

Byłem pewny, że Charlotte odchodzi od zmysłów, nie mogąc być przy tobie, kiedy cię boli; jeszcze straszniejsza była świadomość, że ktoś zabrał Amelię i wywiózł Bóg wie dokąd. Przypomniało mi się, że kiedyś bardzo nie lubiła spać przy wyłączonym świetle, a ja musiałem w środku nocy zakradać się do jej pokoju, żeby zgasić lampkę, kiedy już zasnęła. „Boisz się? ”, zapytałem kiedyś. „Nie – odpowiedziała – tylko nie chcę niczego przegapić”. Mieszkaliśmy w New Hampshire, w Bankton, małym miasteczku, gdzie ludzie rozpoznają się w samochodach i trąbią na powitanie, a ekspedientka w sklepie spożywczym, kiedy zapomni się karty kredytowej, pozwala wziąć jedzenie i zapłacić przy następnych zakupach. Co bynajmniej nie oznacza, że brudna strona życia jest tam czymś nieznanym: policjanci wiedzą, że za białymi parkanami i lśniącymi drzwiami czają się wszelkie wyobrażalne okropieństwa: powszechnie szanowani obywatele maltretują swoje żony, szkolni prymusi ćpają na potęgę, nauczyciele ściągają z sieci dziecięcą pornografię. Ale ja swoją pracę w policji rozumiałem po części tak, że cały ten syf zostawiam w komendzie, żebyście wy – ty i Amelia – mogły sobie rosnąć w błogiej niewiedzy. A tymczasem co się stało? Na Florydzie policja zabrała wam rodziców ze szpitala, tak jak stali. Amelia trafiła do jakiegoś ośrodka opiekuńczego. Ile złych wspomnień miały was kosztować te głupie, poronione wakacje?

Po dwóch rundach przesłuchania detektyw dał mi spokój. Znałem tę metodę: zostawić gościa, niech zmięknie. Tylko najpierw musiał wyciągnąć ze mnie tyle, żebym potem dał się zastraszyć i przyznał się, że to ja połamałem ci nogi.

Bardzo chciałem wiedzieć, czy Charlotte jest w tym budynku, na przesłuchaniu czy może już w areszcie. Musieli nas aresztować, żeby zatrzymać na noc, a podstaw do tego bynajmniej nie brakowało. Świeże obrażenia odniesione tutaj, na Florydzie, w połączeniu ze starymi, które uwidoczniło prześwietlenie – to już było dość, aby domniemywać przestępstwo. Żeby nas wypuścili, ktoś musiał potwierdzić wyjaśnienia, których udzieliliśmy. A, do diabła z tym, pomyślałem. Mam dość tego czekania. Jestem wam potrzebny – tobie i twojej siostrze.

Wstałem i walnąłem pięścią w lustro, zza którego – byłem tego pewien – obserwował mnie przesłuchujący.

Detektyw wrócił do salki. Był chuderlawy, miał rude włosy i pryszcze; na pewno nie skończył jeszcze trzydziestu lat. Ja ważyłem sto dwa kilo – same mięśnie – przy wzroście metr dziewięćdziesiąt. Od trzech lat regularnie wygrywałem nieoficjalne zawody w podnoszeniu ciężarów, które urządzaliśmy w wydziale przy okazji dorocznych testów sprawnościowych. Gdybym tylko zechciał, mógłbym połamać tego gościa na kawałki; ta myśl przypomniała mi, z jakiego powodu mnie tu przesłuchują.

– Zacznijmy jeszcze raz od początku, panie O’Keefe – powiedział detektyw.

– Chcę się zobaczyć z żoną.

– W tej chwili to niemożliwe.

– A może mi pan chociaż powiedzieć, jak ona się czuje?

Głos mi się załamał na tych ostatnich słowach; słysząc to, facet momentalnie zmiękł.

– W porządku – uspokoił mnie. – Jest na przesłuchaniu.

– Chcę zadzwonić.

– Nie został pan aresztowany – padła odpowiedź.

– Widzę – zaśmiałem się ironicznie.

Detektyw wskazał mi telefon stojący na środku biurka.

– Na miasto kręcimy przez dziewięć.

Rozsiadł się na krześle, krzyżując ręce na piersi – żeby było jasne, że nie mam co liczyć na prywatność.

– Zna pan numer do szpitala, gdzie leży moja córka?

– Nie może pan do niej zadzwonić.

– Dlaczego? Przecież nie jestem aresztowany – powtórzyłem jego własne słowa.

– Jest już późno. Dobry ojciec nie budzi córki po nocy. Ale pan nie jest dobrym ojcem, prawda?

– Dobry ojciec nie zostawia córki samej w szpitalu, kiedy wie, że jest przerażona i bardzo ją boli – odparowałem.

– Dokończmy nasze sprawy, to może zdąży pan jeszcze się do niej dodzwonić, zanim zaśnie.

– Nie powiem ani słowa, dopóki z nią nie porozmawiam. – Spróbowałem targu. – Ale jak poda mi pan ten numer, opiszę dokładnie, co się naprawdę dzisiaj stało.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Tę technikę też znałem. Kto robi w tym fachu tak długo jak ja, widzi po oczach, co jest prawdą, a co nie. Ciekawe, pomyślałem, co ten facet dostrzega we mnie. Może rozczarowanie sobą samym? Tatuś policjant, a nie umiał nawet zapewnić ci bezpieczeństwa.

Detektyw podniósł słuchawkę i wykręcił numer. Poprosił o połączenie z twoim pokojem i przez chwilę rozmawiał cicho z pielęgniarką, która odebrała. Potem podał mi słuchawkę.

– Ma pan minutę.

Byłaś półprzytomna, bo pielęgniarka wyrwała cię ze snu. Szeptałaś cichutko jak skrzacik, który zmieściłby mi się do kieszeni.

– Willow – powiedziałem – to ja, tata.

– Gdzie jesteś? A mama?

– Przyjedziemy po ciebie, kotku. Jutro z samego rana będziemy w szpitalu. – Wiedziałem, że to się dopiero okaże, ale za nic w świecie nie pozwoliłbym, żebyś pomyślała, że cię zostawiliśmy. – Jeden czy dziesięć? – zapytałem.

To była nasza własna gra: kiedy coś sobie złamałaś, wymyślałem skalę bólu, żebyś mogła mi pokazać, jaka jesteś dzielna.

– Zero – szepnęłaś. Ten szept był jak cios pięścią.

Powiem teraz o sobie coś, co trzeba wiedzieć: ja nigdy nie płaczę. Ostatni raz zdarzyło mi się płakać po śmierci ojca. Miałem wtedy dziesięć lat. Przyznam, że kilka razy byłem bliski łez. Na przykład kiedy się urodziłaś – i o mały włos zaraz nie umarłaś. Albo dwa lata później, kiedy musiałem patrzeć, jak od nowa uczysz się chodzić, bo złamałaś sobie biodro i przez pięć miesięcy nosiłaś gips. Albo dziś, kiedy odrywali Amelię od matki. Dobrze wiem, jak to jest, kiedy łzy ściskają za gardło, ale ktoś musi mieć siłę, żeby wam wszystkim było lżej.

Tak więc wziąłem się w garść i przełknąłem łzy.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem, skarbie – poprosiłem.