Opis

Książka „Krótka wędrówka” pokazuje wartość i piękno religii katolickiej. Skierowana jest do ludzi niewierzących oraz słabej wiary. Napisana została z okazji Roku Wiary na podstawie źródeł katolickich. Zapraszam do przeczytania.
Spróbuj otworzyć się na Boga. Nie udawaj, że Go nie ma. Uwierz! On jest najlepszym lekarzem.
Tytuł „Krótka wędrówka” nawiązuje do wędrówki człowieka po ziemi. Życie ludzkie jest bardzo krótkie i nie warto robić złych rzeczy, bo nie starcza później czasu na ich naprawę. Henryka z Heleną wybrały się na pielgrzymkę do Częstochowy. Nigdy nie przypuszczały, że przeżyją tyle wrażeń i emocji, najpiękniejsze jednak chwile były związane z nawracaniem się ludzi.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 575

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ma­rian­na Soł­tys

Krót­ka wę­drów­ka

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf, 2013

© Co­py­ri­ght by Ma­rian­na Soł­tys

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment nie może być pu­bli­ko­wa­ny ani re­pro­du­ko­wa­ny bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek, Mag­da­le­na Mu­szyń­ska

Ko­rek­ta: Klau­dia Dróżdż

Skład: Woj­ciech Ław­ski

ISBN: 978-83-63506-28-5

Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ul. Młyń­ska 38

55-093 Brze­zia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.Wy­daw­nic­two­Po­li­graf.pl

Książ­ka wy­da­na w Sys­te­mie Wy­daw­ni­czym For­tu­net™

www.for­tu­net.eu

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

To wszyst­ko wy­da­rzy­ło się po­nad 2000 lat temu w Na­za­re­cie, w Ga­li­lei, ma­lut­kim mia­stecz­ku w Zie­mi Świę­tej. Wte­dy to Ma­ry­ję na­wie­dził ar­cha­nioł Ga­briel. Naj­święt­sza Ma­ria Pan­na po­wie­dzia­ła wów­czas „tak”, dzię­ki cze­mu sta­ła się Mat­ką Me­sja­sza, Je­zu­sa Chry­stu­sa, za­po­wie­dzia­ne­go wszyst­kim na­ro­dom. Po tym wy­da­rze­niu, gdy mi­nę­ło 50 lat i wię­cej, czte­rech fe­no­me­nów: Ma­te­usz, Ma­rek, Łu­kasz i Jan pod na­tchnie­niem Du­cha Świę­te­go opi­sa­ło całe ży­cie Je­zu­sa, od na­ro­dzin aż do zmar­twych­wsta­nia. Zo­sta­ło to na­zwa­ne „do­brą no­wi­ną”, co w ję­zy­ku grec­kim ozna­cza ewan­ge­lię. Na­uki za­war­te w Ewan­ge­liach są wciąż ak­tu­al­ne, żywe, bo roz­cho­dzą się po ca­łym świe­cie każ­de­go dnia. Za­wie­ra­ją one pe­wien ko­deks praw stwo­rzo­ny dla istot ludz­kich, gdzie na pierw­szym miej­scu jest Pan Bóg. Rolą czło­wie­ka jest pod­po­rząd­ko­wa­nie się tym pra­wom. Spi­sa­ne są one w Bi­blii, aby za­cho­wa­ny był po­rzą­dek i ład mo­ral­ny tu­taj na zie­mi, a po śmier­ci, aby mógł czło­wiek osią­gnąć zba­wie­nie. Pan Bóg każ­dą isto­tę ludz­ką, któ­ra da się pro­wa­dzić za rękę oca­li i da mu wiecz­ną szczę­śli­wość. Tak zro­dzi­ło się chrze­ści­jań­stwo. Po­wsta­ła pięk­na re­li­gia, w któ­rej klu­czo­we miej­sce za­ję­ła obok Je­zu­sa, Jego Mat­ka Ma­ry­ja. W Na­za­re­cie zaś, w miej­scu, gdzie uro­dził się Je­zus, po­wsta­ło pierw­sze prze­pięk­ne sank­tu­arium ma­ryj­ne. Dzi­siaj nie ma kra­ju na świe­cie, w któ­rym nie by­ło­by cho­ciaż jed­ne­go sank­tu­arium po­świę­co­ne­go Mat­ce Bo­żej. Ma­ry­ja sta­ła się tak waż­na, że swo­ją obec­no­ścią wy­peł­nia świat na wszyst­kich kon­ty­nen­tach. Nie­któ­re miej­sca wiel­kie­go kul­tu ma­ryj­ne­go sta­ły się, po­przez ob­fi­tość łask, któ­ry­mi pro­mie­niu­ją, zna­ny­mi sank­tu­aria­mi mię­dzy­na­ro­do­wy­mi, od­wie­dza­ny­mi przez mi­lio­ny piel­grzy­mów każ­de­go roku. Sank­tu­ariów jest tak wie­le, że nie jest moż­li­wo­ścią na­wet wy­mie­nić wszyst­kich. War­to nad­mie­nić tyl­ko, że w Pol­sce, w jed­nym z kra­jów eu­ro­pej­skich, Po­la­cy szcze­gól­nie czczą Czar­ną Ma­don­nę w Czę­sto­cho­wie.

Rozdział 1

Hen­ry­ka, dzię­ki ko­ścio­ło­wi w swo­im mie­ście, sta­ła się po­boż­ną ko­bie­tą, po­dob­nie jak wie­le in­nych pa­ra­fia­nek. Była wdzięcz­na swo­je­mu ko­ścio­ło­wi, że od­pra­wiał prze­pięk­ne na­bo­żeń­stwa, któ­re tak wcią­ga­ły, że z cza­sem nie moż­na było bez nich żyć. Dzię­ki temu po­ko­cha­ła też mo­dli­twę. Naj­bar­dziej po­do­ba­ła się jej mo­dli­twa do Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej, któ­rej na­uczy­ła się na pa­mięć. Brzmi ona w ten spo­sób:

„O Ma­ry­jo, na­sza dro­ga Pani Czę­sto­chow­ska, spójrz ła­ska­wie na Two­je dzie­ci w tym udrę­czo­nym i grzesz­nym świe­cie. Obej­mij nas Swo­ją ko­cha­ją­cą i Ma­cie­rzyń­ską opie­ką. Broń na­szej mło­dzie­ży od bez­boż­nych ście­żek; po­móż na­szym dro­gim dzie­ciom do­żyć sę­dzi­we­go wie­ku, aby się przy­go­to­wa­ły do po­dró­ży do domu Ojca; osłoń na­sze bez­bron­ne, nie­na­ro­dzo­ne dzie­ci od hor­ro­ru abor­cji i bądź na­szą siłą prze­ciw wszyst­kim grze­chom. Za­cho­waj Two­je dzie­ci od wszel­kiej nie­na­wi­ści, dys­kry­mi­na­cji i woj­ny. Na­peł­nij na­sze ser­ca, na­sze domy i nasz świat tym po­ko­jem i mi­ło­ścią, któ­ra po­cho­dzi od Two­je­go Syna, któ­re­go Ty obej­mu­jesz tak czu­le. O, Kró­lo­wo i Mat­ko, bądź na­szą Po­cie­szy­ciel­ką i Siłą! W Imię Je­zu­sa my mo­dli­my się. Amen”.

W mło­do­ści Hen­ry­ka po­dró­żo­wa­ła tro­chę po świe­cie i mia­ła to szczę­ście, że wi­dzia­ła nie­któ­re miej­sca kul­tu re­li­gij­ne­go, po­świę­co­ne­go Naj­święt­szej Pa­nien­ce. Gdy­by ktoś ją za­py­tał, któ­re było naj­pięk­niej­sze z tych, co wi­dzia­ła, nie umia­ła­by dać jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Wszyst­kie były pięk­ne. Wszyst­kie były prze­bo­ga­te, do­stoj­ne i tchnę­ły swo­ją in­dy­wi­du­al­no­ścią. I wszyst­kie one stwo­rzo­ne były spe­cjal­nie dla Ma­ryi, Mat­ki Boga: pro­stej, pięk­nej i świę­tej nie­wia­sty, któ­ra ob­ja­wi­ła się wie­lu lu­dziom na zie­mi i ode­gra­ła wiel­ką rolę w zba­wie­niu czło­wie­ka.

Hen­ry­ka lu­bi­ła mo­dlić się w swo­im ko­ście­le pw. św. Lu­dwi­ka we Wło­da­wie. Przy­cho­dzi­ła do nie­go od dzie­ciń­stwa. Mia­ła swo­je sta­łe miej­sce w ław­ce na­prze­ciw oł­ta­rza. Po­grą­ża­jąc się w mo­dli­twie i uczest­ni­cząc we mszy świę­tej, wy­ci­sza­ła się we­wnętrz­nie. A tak na­praw­dę to ucie­ka­ła od ota­cza­ją­ce­go ją złe­go świa­ta. Ko­ściół był jej przy­sta­nią, w któ­rej czu­ła się bez­piecz­nie i gdzie było jej do­brze. Była wdzięcz­na ko­ścio­ło­wi, że ist­niał, że za­wsze był otwar­ty i za­wsze moż­na było tam wejść. Była szczę­śli­wa zwłasz­cza wte­dy, gdy nie mia­ła do­kąd pójść.

W roku 1992 ko­ściół we Wło­da­wie nad Bu­giem wró­cił w ręce bra­ci pau­li­nów, któ­rzy spro­wa­dzi­li do nie­go ko­pię ob­ra­zu ja­sno­gór­skie­go, przed­sta­wia­ją­ce­go Ma­ry­ję z dzie­ciąt­kiem na rę­kach. Od tego mo­men­tu Hen­ry­ka uwa­gę swą prze­nio­sła z ta­ber­na­ku­lum na ob­raz Pani Ja­sno­gór­skiej wid­nie­ją­ce­go nad nim. Uwiel­bia­ła spe­cjal­ne na­bo­żeń­stwa ma­ryj­ne. Mo­gła w nie­skoń­czo­ność przy­glą­dać się twa­rzy Ma­ryi, któ­ra w jej oczach była bar­dzo smut­na, za­tro­ska­na, peł­na bólu we­wnętrz­ne­go, ale jed­no­cze­śnie pięk­na i po­sia­da­ją­ca swój ma­je­stat.

Hen­ry­ka uro­dzi­ła się dzie­sięć lat po dru­giej woj­nie świa­to­wej w bar­dzo bied­nej ro­dzi­nie. Nie zna­ła na tyle Boga, aby móc zro­zu­mieć swo­je przyj­ście na świat. Nikt jej tego nie wy­ja­śnił. Po co się uro­dzi­ła, sama nie wie­dzia­ła, po­nie­waż w swo­im śro­do­wi­sku za­wsze było jej źle i czu­ła się bar­dzo nie­szczę­śli­wa. Nie raz prze­kli­na­ła Boga za to, że ją stwo­rzył. Mia­ła pre­ten­sje do Nie­go, że stwo­rzył złych lu­dzi i w tym świe­cie przy­szło jej żyć. Nie ro­zu­mia­ła, po co Pan Bóg zro­bił z niej świad­ka nie­mo­ral­nych wy­da­rzeń, gdzie zło go­ni­ło zło i nig­dy nie wia­do­mo było, gdzie jest po­czą­tek, a gdzie ko­niec. A w tym wszyst­kim bez­bron­ny, bied­ny czło­wiek ogar­nię­ty nie­mo­cą, bez­sil­ny.

Pa­nu­ją­cy sys­tem po­li­tycz­ny po­zba­wiał spo­łe­czeń­stwo war­to­ści mo­ral­nych, zmu­szał lu­dzi do dziw­nych rze­czy, do oso­bi­ste­go znie­wo­le­nia. Na przy­kład obo­wiąz­ko­we było uczest­nic­two w Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej czy przy­na­leż­ność do służb bez­pie­czeń­stwa, zmu­sza­no do wie­lu in­nych złych rze­czy, któ­re do­pro­wa­dza­ły lu­dzi do utra­ty god­no­ści oso­bi­stej. Lu­dzie czę­sto na­wet sami nie wie­dzie­li, byli nie­świa­do­mi, jak od­bie­ra­ło się im czło­wie­czeń­stwo, jak za­cie­ra­ły się róż­ni­ce mię­dzy do­brem a złem. Wie­lu z nich ucie­ka­ło za gra­ni­cę, je­śli tyl­ko mie­li taką moż­li­wość, a ci, co po­zo­sta­li w kra­ju mo­dli­li się bar­dzo go­rą­co, bo dla wie­lu z nich mo­dli­twa była osta­tecz­ną na­dzie­ją na prze­trwa­nie.

Było to 1.08.1995 roku. W tym dniu wy­ru­sza­ła pięt­na­sta z ko­lei pie­sza piel­grzym­ka z Wło­da­wy do Czę­sto­cho­wy. Piel­grzy­mi mie­li do po­ko­na­nia 450 ki­lo­me­trów. Hen­ry­ka za­wsze ma­rzy­ła o pój­ściu na piel­grzym­kę, ale w jej przy­pad­ku tyl­ko na ma­rze­niach się koń­czy­ło. Było jej po pro­stu bar­dzo trud­no wy­rwać się od obo­wiąz­ków dnia co­dzien­ne­go. Za­wsze coś wy­pa­da­ło. Jed­nak tym ra­zem chęć prze­ży­cia tak wiel­kiej przy­go­dy oka­za­ła się sil­niej­sza niż wszyst­ko inne. Sama oso­bi­ście wie­dzia­ła, że Ma­ry­ja ist­nie­je. Nie mo­gła za­po­mnieć, jak przy­szła do niej pew­nej nocy w szpi­ta­lu, gdy le­ża­ła w bó­lach po­ro­do­wych. Była w ko­lo­rze nie­ba, pro­mie­ni­sta i mia­ła wy­cią­gnię­te dło­nie. Przy­szła po jej dziec­ko, dziew­czyn­kę. Po kil­ku la­tach po tym wy­da­rze­niu, po za­go­jo­nych już w ser­cu ra­nach i gdy ból zo­stał lek­ko przy­ćmio­ny, na­stał w koń­cu ten pięk­ny dzień. Przy­szedł ten wy­ma­rzo­ny dzień, że ona rów­nież sta­ła się pąt­nicz­ką. Ostat­niej nocy przed wy­mar­szem źle spa­ła, po­nie­waż gło­wa jej peł­na była obaw i py­tań bez od­po­wie­dzi. Tłu­ma­czy­ła so­bie, że prze­cież jest zdro­wa, że nic jej nie do­le­ga i nie po­win­no być pro­ble­mów. Poza tym bała się, aby nie za­spać, bo całe jej przy­go­to­wa­nie po­szło­by na mar­ne.

Wy­szła z domu o go­dzi­nie 6.00, po­zo­sta­wia­jąc śpią­cych jesz­cze do­mow­ni­ków. Od­da­ła ba­gaż do sto­ją­ce­go przy ko­ście­le sa­mo­cho­du cię­ża­ro­we­go i we­szła do świą­ty­ni. Punk­tu­al­nie o go­dzi­nie 7.00 roz­po­czę­ła się msza świę­ta, ce­le­bro­wa­na przez prze­ora pa­ra­fii. Hen­ry­ka mia­ła mie­sza­ne uczu­cia. Tak na­praw­dę to nie lu­bi­ła sama sie­bie. Czu­ła się bar­dzo grzesz­na. Czu­ła, że jej du­sza jest bar­dzo ubo­ga i nie­świa­do­ma wie­lu rze­czy. Przy­szła jej na­wet do gło­wy myśl, że nie jest god­na, aby uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce. W ko­ście­le był tłum lu­dzi, po­nie­waż oprócz pąt­ni­ków byli ci, któ­rzy ich od­pro­wa­dza­li. Po­ran­na msza świę­ta, przy peł­nym oświe­tle­niu wnę­trza, była cu­dow­na. Hen­ry­ka była bar­dzo wzru­szo­na. W oczach krę­ci­ły się jej łzy szczę­ścia. Nie mo­gła uwie­rzyć, że zna­la­zła się w śro­do­wi­sku, któ­re czci­ło tak głę­bo­ko Ma­ry­ję. Że sta­ła się pew­ną jego cząst­ką. Że ra­zem z nimi bę­dzie iść tak da­le­ko, do Czę­sto­cho­wy, aby po­wie­rzyć Jej to wszyst­ko, co skry­wa­ła w ser­cu. Chcia­ła tak jak inni po­wie­rzyć Jej swo­je tro­ski, zmar­twie­nia, pro­ble­my dnia co­dzien­ne­go: aby Jej dzię­ko­wać, aby Ją czcić, uwiel­biać. – Jak bar­dzo je­steś wspa­nia­ła, Mat­ko – my­śla­ła Hen­ry­ka. – Ja­kim je­steś fe­no­me­nem, że przyj­mu­jesz wszyst­kich, któ­rzy do Cie­bie idą, któ­rzy się do Cie­bie zwra­ca­ją. Wy­tar­ła oczy chu­s­tecz­ką i po­sta­no­wi­ła skon­cen­tro­wać się na ka­za­niu.

Prze­or był wy­so­kim męż­czy­zną, do­brze zbu­do­wa­nym, o ja­snej ce­rze i uśmiech­nię­tym spoj­rze­niu. Na gło­wie była już wi­docz­na nie­znacz­na ły­si­na. W jego gło­sie brzmia­ło prze­ko­na­nie, że to, co mówi jest praw­dą.

– Ko­cha­ni piel­grzy­mi. Dzi­siaj jest szcze­gól­ny dzień. Dla­te­go chciał­bym po­wie­dzieć wam coś na te­mat na­szej wia­ry. – Na­stą­pi­ła dłuż­sza prze­rwa, a po na­my­śle kon­ty­nu­ował swój wy­wód.– Sta­ty­sty­ki po­da­ją, że chrze­ści­jań­stwo wy­zna­je 30% lud­no­ści świa­ta. Ozna­cza to, że oko­ło 2,7 mi­liar­da jest lu­dzi wie­rzą­cych. Więk­szość z nich sta­no­wią ka­to­li­cy – oko­ło 1,1 mi­liar­da. Ale chrze­ści­ja­na­mi są rów­nież ta­kie wy­zna­nia jak: pro­te­stan­ci, pra­wo­sław­ni, zie­lo­no­świąt­kow­cy, an­gli­ka­nie, świad­ko­wie Je­ho­wy, Ży­dzi me­sja­ni­stycz­ni. Chrze­ści­jań­stwo zlo­ka­li­zo­wa­ne jest szcze­gól­nie w Eu­ro­pie oraz na te­re­nach sko­lo­ni­zo­wa­nych przez Eu­ro­pej­czy­ków – Ame­ry­ce i Au­stra­lii. Oprócz chrze­ści­jań­stwa ist­nie­je też dru­ga wiel­ka na świe­cie re­li­gia sku­pia­ją­ca 1,2 mi­liar­da wy­znaw­ców. Na­zy­wa się is­lam i zlo­ka­li­zo­wa­na jest głów­nie na Bli­skim Wscho­dzie, w Azji i Afry­ce. Ist­nie­je rów­nież bud­dyzm, ju­da­izm i hin­du­izm. – Znów na­stą­pi­ła krót­ka prze­rwa. Prze­or prze­stą­pił z nogi na nogę, ode­tchnął głę­bo­ko i spo­koj­nie mó­wił: – Ko­cha­ni, zo­bacz­cie, ile mamy na świe­cie lu­dzi wie­rzą­cych w Boga. Je­śli spoj­rze­li­by­śmy na sta­ty­sty­ki, to we­dług nich po­win­ni­śmy mieć raj na zie­mi, po­nie­waż każ­da wia­ra jest czymś do­brym, pięk­nym. A co po­ka­zu­je ży­cie? Ży­cie po­ka­zu­je, że po­dzia­ły na re­li­gie utwo­rzo­ne zo­sta­ły przez lu­dzi. Mię­dzy re­li­gia­mi ist­nie­je nie­po­trzeb­na ry­wa­li­za­cja. Jed­na chce być lep­sza od dru­giej, co w re­zul­ta­cie pro­wa­dzi do prze­śla­do­wań, do ter­ro­ry­zmu, do znie­wa­la­nia czło­wie­ka i do wo­jen. Giną lu­dzie. W su­mie do zła. – Prze­or w tym mo­men­cie spu­ścił gło­wę i ści­szył głos, mó­wił bar­dzo prze­ko­ny­wa­ją­co. – To wszyst­ko jest nie­po­trzeb­ne, to wszyst­ko nie po­win­no mieć miej­sca mię­dzy ludź­mi tu­taj, na zie­mi. Uwa­żam, że nie­waż­ne jest, jak re­li­gia ma na imię. Każ­da po­win­na być do­bra jak chleb po­wsze­dni. Nie­waż­ne też jest, jak Bóg ma na imię w po­szcze­gól­nych re­li­giach. Czło­wiek wie­rzą­cy, a zwłasz­cza chrze­ści­ja­nin po­wi­nien wie­dzieć, że Bóg jest je­den dla wszyst­kich lu­dzi na ca­łym świe­cie, i tyl­ko w Bogu mie­ści się do­bro ca­łe­go świa­ta. W na­tu­rze czło­wie­ka od po­cząt­ku swe­go ist­nie­nia jest pra­gnie­nie re­li­gij­no­ści, czy­li szczę­ścia, spra­wie­dli­wo­ści, speł­nie­nia, peł­ni ży­cia. Czło­wiek ra­dy­kal­nie po­trze­bu­je Boga, bo sam z sie­bie ska­za­ny jest na klę­skę. To jest pro­ste i po­win­no być zro­zu­mia­łe dla każ­de­go. Nie bu­dzi żad­nej wąt­pli­wo­ści fakt, że po na­szej piel­grzym­ce tu, na zie­mi sta­nie­my twa­rzą w twarz z jed­nym Bo­giem nie­za­leż­nie od przy­na­leż­no­ści. Każ­dy umrze, a Pan Bóg cię za­py­ta: czło­wie­ku, po­każ swo­je ręce, czy są czy­ste, po­każ swo­je ser­ce, czy miesz­ka w nim mi­łość.

Prze­or za­milkł. Wier­ni byli wy­ci­sze­ni. Po chwi­li mó­wił da­lej:

– Ko­cha­ni piel­grzy­mi. Cie­szę się, że chce­cie iść śla­da­mi Boga i prze­żyć pięk­ną przy­go­dę w po­zna­niu Go. Wła­śnie na piel­grzym­ce jest ku temu naj­lep­sza oka­zja. – Na twa­rzy prze­ora co­raz czę­ściej po­ja­wiał się uśmiech. Jego twarz po­wo­li się roz­ja­śnia­ła. – Bo tak na­praw­dę, to wie­le jest dróg, któ­re pro­wa­dzą do Boga i do wspól­no­ty z Nim. Pod­czas praw­dzi­wie prze­ży­wa­nej wę­drów­ki zo­ba­czy­cie, jak ota­cza­ją­ca was przy­ro­da prze­mó­wi do wa­szych zmy­słów. Wa­sze ser­ca, gdy się otwo­rzą, od­czu­ją mi­łość i chwa­łę Bożą ob­ja­wio­ną w dzie­le Jego rąk, w pra­wach na­tu­ry. – W tym mo­men­cie mó­wią­cy za­czerp­nął po­wie­trza i da­lej cią­gnął swo­ją myśl: – To Bóg was za­pra­sza na piel­grzym­kę, by­ście po­pa­trzy­li na to, co stwo­rzył, i za­sta­no­wi­li się sami nad sobą, nad swo­im cha­rak­te­rem. By­ście mo­gli przyj­rzeć się temu, co ro­bi­cie, jak po­stę­pu­je­cie w swo­im ży­ciu i kim tak na­praw­dę je­ste­ście. Za­sta­nów­cie się przez chwi­lę i po­my­śl­cie, jak do­sko­na­le stwo­rzo­ny jest wszech­świat i wszyst­ko to, co w nim ist­nie­je. Każ­da gwiaz­decz­ka na nie­bie ma swo­je miej­sce i prze­zna­cze­nie. Tak samo jest z czło­wie­kiem. Bóg stwo­rzył isto­tę ludz­ką rów­nież do­sko­na­łą i wo­bec każ­dej ma swój plan. Każ­dy z nas jest więc taką gwiaz­decz­ką we wszech­świe­cie, któ­ra po­win­na świe­cić. Nie wol­no się więc bun­to­wać, lecz swo­je ży­cie za­wie­rzyć wła­śnie Jemu, temu Je­dy­ne­mu. Gdy­by lu­dzie głę­bo­ko wie­rzy­li w Boga, to ży­cie wie­lu z nich na pew­no nie by­ło­by ta­kie cięż­kie, zgorzk­nia­łe i peł­ne roz­cza­ro­wań. Bo dla Nie­go żad­ne tro­ski nie są kło­po­ta­mi ani cię­ża­rem. Gdy­by­ście tyl­ko po­tra­fi­li to zro­bić, to prze­ko­na­li­by­ście się, że du­sza wa­sza sta­ła­by się spo­koj­na jak nig­dy. Zro­zu­mie­li­by­ście rów­nież, jak cen­nym skar­bem jest spo­kój du­szy. Ko­cha­ni piel­grzy­mi – po­wie­dział na za­koń­cze­nie prze­or. – Bę­dzie­cie prze­ży­wać wa­szą dwu­ty­go­dnio­wą piel­grzym­kę wła­śnie z Bo­giem. To On prze­mó­wi do was po­przez sło­wo Boże, po­przez Ewan­ge­lię, po­przez mo­dli­twę, re­ko­lek­cje w dro­dze, po­jed­na­nie i ży­cie we wspól­no­cie. Tą dro­gą zaj­dzie­cie do Ma­ryi, do na­szej pol­skiej Czę­sto­cho­wy, gdzie za­nie­sie­cie swo­je ser­ca, w któ­rych ukry­ty jest nie­jed­no­krot­nie ból, udrę­ki i utra­pie­nia. Tam też otwo­rzy­cie swo­je ser­ca, bo prze­cież idzie­cie do tej naj­pięk­niej­szej i naj­lep­szej z Ma­tek, któ­ra zro­zu­mie każ­de­go. Ona na was już cze­ka, cze­ka na każ­de­go z was i żad­nej proś­by nie od­rzu­ci. Ży­czę wszyst­kim sze­ro­kiej i szczę­śli­wej dro­gi. Szczęść Boże.

Mszy świę­tej to­wa­rzy­szy­ła pięk­na mu­zy­ka or­ga­no­wa i wiel­ka ja­sność dzię­ki stu­pro­cen­to­we­mu oświe­tle­niu ko­ścio­ła, co pod­kre­śla­ło jej uro­czy­sty cha­rak­ter. We­wnątrz było dusz­no. Za­raz po za­koń­cze­niu mszy świę­tej po­nad stu piel­grzy­mów sta­ło już na pla­cu przed ko­ścio­łem. Plac ten na pierw­szy rzut oka nie wy­da­wał się duży, jed­nak po­mie­ścił wszyst­kich. Mimo że lu­dzie po­mię­dzy sobą roz­ma­wia­li sku­pie­ni w grup­kach, prze­ka­zu­jąc so­bie wza­jem­nie ostat­nie rady i wska­zów­ki, to pa­no­wa­ła ogól­na ci­sza. Po­wie­trze z rana było rześ­kie, a na błę­kit­nym nie­bie nie było wi­dać żad­nej chmur­ki, co za­po­wia­da­ło pięk­ny, sło­necz­ny dzień.

Hen­ry­ka była sama. My­śla­ła o od­pra­wio­nej mszy świę­tej. Do­szła do wnio­sku, że wie­le sły­sza­ła w ży­ciu pięk­nych ka­zań, do­zna­wa­ła wie­lu wzru­szeń, słu­cha­jąc ich, ale póź­niej nie­wie­le za­pa­mię­ty­wa­ła. Na­wet te­raz, gdy­by ktoś po­pro­sił ją, aby po­wtó­rzy­ła do­kład­nie to, co usły­sza­ła, to na pew­no mia­ła­by trud­no­ści. Sta­nę­ła z boku, aby ni­ko­mu nie prze­szka­dzać i przy­glą­da­ła się lu­dziom z cie­ka­wo­ścią. Wszy­scy byli ubra­ni zgod­nie z re­gu­la­mi­nem piel­grzym­ko­wym. Skrom­nie, zdro­wo i wy­god­nie. Spodnie za ko­la­na, a ko­szul­ki za­kry­wa­ją­ce ra­mio­na. Na­wet dzie­ci mu­sia­ły pod­po­rząd­ko­wać się re­gu­la­mi­no­wi. Obo­wiąz­ko­we też było na­kry­cie gło­wy oraz wy­god­ne, moc­ne i roz­cho­dzo­ne buty. W pod­ręcz­nym ba­ga­żu: pe­le­ry­na od desz­czu, mo­dli­tew­nik, kar­ta uczest­ni­ka piel­grzym­ki, śpiew­nik, no­tes, dłu­go­pis oraz ró­ża­niec.

Każ­dy uczest­nik piel­grzym­ki mu­siał być u spo­wie­dzi przed wyj­ściem w tra­sę. Gru­pa wło­daw­ska była sie­dem­na­stą z ko­lei gru­pą i cha­rak­te­ry­stycz­ne było to, że każ­dy jej uczest­nik po­sia­dał zna­czek oraz je­dwab­ną, po­ma­rań­czo­wą chu­s­tecz­kę. Ka­te­go­rycz­ny był za­kaz pa­le­nia ty­to­niu i spo­ży­wa­nia al­ko­ho­lu pod każ­dą po­sta­cią. Obo­wią­zy­wa­ło też od­po­wied­nie za­cho­wa­nie peł­ne życz­li­wo­ści, wza­jem­nej tro­ski i po­go­dy du­cha. Wszyst­ko to za­pi­sa­ne było w kar­cie uczest­ni­ka piel­grzym­ki, z któ­rą każ­dy pąt­nik miał obo­wią­zek za­po­znać się i wziąć so­bie do ser­ca.

Po­wo­li, w ci­szy usta­wia­ła się dłu­ga ko­lum­na. Na prze­dzie ja­kiś męż­czy­zna trzy­mał duży, drew­nia­ny krzyż. Za nim usta­wi­ło się dwóch mło­dych chłop­ców, z któ­rych je­den trzy­mał wi­ze­ru­nek Mat­ki Bo­żej, a dru­gi wi­ze­ru­nek Pana Je­zu­sa. Za nimi z ko­lei usta­wi­ły się dwie na­sto­lat­ki z dłu­gim, nie­bie­skim trans­pa­ren­tem, gdzie wid­niał na­pis: „Piel­grzym­ka wło­daw­ska, gru­pa sie­dem­na­sta”.

Wzdłuż ko­lum­ny z le­wej stro­ny przy­go­to­wa­ne były do nie­sie­nia czte­ry gło­śni­ki po­łą­czo­ne mię­dzy sobą bar­dzo dłu­gi­mi ka­bla­mi, któ­re sta­no­wi­ły jed­no­cze­śnie ba­rie­rę mię­dzy piel­grzy­ma­mi a lewą stro­ną jezd­ni. W mo­men­cie wy­ru­sze­nia gru­py ko­ściel­ne dzwo­ny gło­śno roz­brzmie­wa­ły na czte­ry stro­ny świa­ta, aby ogło­sić mia­stu, że ten dzień jest szcze­gól­ny dla jego miesz­kań­ców. W tym zaś mo­men­cie pąt­ni­cy zo­sta­wia­li za sobą, na naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie, całe swo­je cy­wi­li­zo­wa­ne ży­cie oso­bi­ste: miesz­ka­nia, domy, wy­go­dy, do­bre lub złe na­wy­ki i przy­zwy­cza­je­nia. Wszyst­ko tyl­ko po to, aby prze­żyć prze­pięk­ną wa­ka­cyj­ną przy­go­dę du­cho­wą. Ra­dio, te­le­wi­zja, prąd, lo­dów­ki, pral­ki, a tak­że nie­zręcz­ne czy przy­kre sy­tu­acje w pra­cy, w domu, być może ja­kieś kło­po­ty czy zmar­twie­nia – to wszyst­ko zo­sta­ło. Te­raz tyl­ko li­czył się trud na szla­ku, i waż­ne było, aby szczę­śli­wie dojść do Ma­ryi, do Czę­sto­cho­wy, aby dzię­ko­wać, pro­sić czy czy­nić po­ku­tę za prze­szłe, grzesz­ne ży­cie. Te­raz naj­waż­niej­si byli oni, któ­rzy mie­li sta­nąć twa­rzą w twarz z przy­ro­dą, mo­dli­twą i z Bo­giem. Czyż może być coś pięk­niej­sze­go w ży­ciu czło­wie­ka?

Wy­ru­szy­li z pie­śnią na ustach:

Jest za­ką­tek na tej zie­mi, Gdzie po­wra­cać każ­dy chce, Gdzie kró­lu­je Jej ob­li­cze, Na Nim cię­te rysy dwie. Wzrok ma smut­ny, za­tro­ska­ny, Jak­by chcia­ła pro­sić cię, Byś w mat­czy­ną Jej opie­kę od­dał się.

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

W Jej ra­mio­nach znaj­dziesz spo­kój I uchro­nisz się od zła, Bo dla wszyst­kich swo­ich dzie­ci Ona czu­łe ser­ce ma. I opie­ką cię oto­czy, Gdy Jej ser­ce od­dasz swe, Gdy po­wtó­rzysz Jej z ra­do­ścią sło­wa te:

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

Dziś, gdy wo­kół nas nie­po­kój, Gdzie się czło­wiek schro­nić ma, Gdzie ma pójść, jak nie do Mat­ki, Któ­ra uko­je­nie da. Więc bła­ga­my, o Ma­don­no, Skie­ruj wzrok na dzie­ci swe, I wy­słu­chaj jak śpie­wa­my, Pro­sząc Cię:

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

Rozdział 2

Miesz­kań­cy Wło­da­wy od­pro­wa­dzi­li piel­grzym­kę aż do po­bli­skie­go lasu, znaj­du­ją­ce­go się 5 ki­lo­me­trów za mia­stem. Mimo wcze­snej pory dnia, od­pro­wa­dza­ją­cych było wie­lu. Wśród po­boż­nych pie­śni wciąż po­wie­wa­ły w gó­rze po­ma­rań­czo­we chu­s­tecz­ki. Gdy od­pro­wa­dza­ją­cy go­ście wró­ci­li do swo­ich do­mów, je­den z bra­ci pau­li­nów na­tych­miast za­czął wpro­wa­dzać w gru­pie at­mos­fe­rę piel­grzym­ko­wą.

– Te­raz, gdy wy­ru­szy­li­śmy w tra­sę, mu­si­my za­jąć się sobą – mó­wił do mi­kro­fo­nu. – Naj­pierw po­mo­dli­my się wspól­nie, a na­stęp­nie bę­dzie­my za­po­zna­wać się w gru­pie. Mu­si­my mię­dzy nami utwo­rzyć pew­ną przy­ja­zną wspól­no­tę, aby­śmy byli jed­no­ścią. Nie może tak być, aby czło­wiek żył tyl­ko sam dla sie­bie, ale żył z in­ny­mi i dla in­nych – tłu­ma­czył. – Zdro­waś Ma­ry­jo – za­czął brat.

– Świę­ta Ma­ry­jo – od­po­wia­da­li wspól­nie piel­grzy­mi.

– Oto ja słu­żeb­ni­ca Pań­ska – za­śpie­wał pau­lin.

– Niech mi się sta­nie we­dług sło­wa Twe­go – od­po­wie­dzia­ła śpie­wa­ją­co gru­pa.

Brat pau­lin ubra­ny był w bia­ły ha­bit, a na gło­wie miał bia­łą cza­pecz­kę z dasz­kiem. Był mło­dy, przy­stoj­ny i wy­spor­to­wa­ny. Biła z nie­go pew­ność sie­bie, a gdy prze­ma­wiał, wy­da­wał się męż­czy­zną o wiel­kiej sile du­cha. Hen­ry­ce bia­ły ko­lor ko­ja­rzył się z nie­win­no­ścią. Przy­szło jej na­wet do gło­wy, że gdy­by miał przy­cze­pio­ne skrzy­dła, mógł­by być praw­dzi­wym anio­łem ze­sła­nym z nie­ba. Przy­glą­da­ła się jego po­sta­ci i zga­dy­wa­ła w my­ślach, kim mógł­by być na co dzień? – Jed­no jest pew­ne, że jest grzesz­nym czło­wie­kiem tak samo jak każ­dy z nas – roz­wa­ża­ła w my­ślach. – Może ma ko­bie­tę, może jest zbo­czeń­cem, może pali pa­pie­ro­sy i pije al­ko­hol, może pali traw­kę? Kto to wie? Tyle złych rze­czy sły­sza­ła o księ­żach i cho­ciaż ten wy­glą­dał na anio­ła, to oso­bi­ście nie wie­rzy­ła tak do koń­ca, że ta­kim jest.

– Mam na imię Ma­te­usz i je­stem prze­wod­ni­kiem gru­py sie­dem­na­stej. – przed­sta­wił się. Aby go le­piej mo­gli zo­ba­czyć ci, co szli z tyłu ko­lum­ny, od­wró­cił się do tyłu i po­ma­chał rę­ka­mi. Roz­le­gły się ser­decz­ne, nie­uda­wa­ne, en­tu­zja­stycz­ne bra­wa. – Na koń­cu ko­lum­ny jest mój za­stęp­ca, brat Mi­chał – po­wie­dział, śmie­jąc się bra­ci­szek – jest go­to­wy, aby spo­wia­dać, je­śli ktoś ma tyl­ko ocho­tę – wi­ta­my go ser­decz­nie okla­ska­mi. Za chwi­lę po­wie­dział: – Gdzieś tam w środ­ku ko­lum­ny po­wi­nien być nasz brat, kle­ryk Pa­weł. Po­wi­taj­my go rów­nież go­rą­co i po­dzię­kuj­my, że za­szczy­cił nas swo­ją obec­no­ścią. – znów roz­le­gły się okla­ski.

W na­stęp­nej ko­lej­no­ści brat Ma­te­usz wi­tał sio­stry i bra­ci z ze­spo­łów mu­zycz­nych, le­ka­rza i sio­stry pie­lę­gniar­ki z opa­ska­mi na ręku przed­sta­wia­ją­cy­mi czer­wo­ny krzyż. Po­dzię­ko­wał za ich przy­by­cie i pro­sił, aby w mia­rę moż­li­wo­ści ko­rzy­stać z ich po­mo­cy na po­sto­jach. Przy­wi­tał bra­ci po­rząd­ko­wych w zie­lo­nych ka­mi­zel­kach, znaj­du­ją­cych się na po­cząt­ku i na koń­cu ko­lum­ny. Kie­ro­wa­li oni ru­chem dro­go­wym i czu­wa­li nad bez­pie­czeń­stwem ca­łej gru­py. Brat Ma­te­usz aż do wzru­sze­nia pa­mię­tał o wszyst­kich. Wi­tał tych, któ­rzy szli pierw­szy raz, a tak­że tych, któ­rzy szli pięt­na­sty raz. Po­dzię­ko­wał za przy­by­cie oso­bom na wóz­kach in­wa­lidz­kich i pro­sił gru­pę, aby zro­bi­ła wszyst­ko, aby lu­dzie ci nie czu­li się cię­ża­rem, bę­dąc w gru­pie sie­dem­na­stej. Nie za­po­mniał rów­nież o dzie­ciach. Naj­młod­szy uczest­nik miał dwa lata.

Po pre­zen­ta­cji gru­pa szła w mil­cze­niu. Dzień był sło­necz­ny, taki nor­mal­ny. Nie za go­rą­cy i nie za zim­ny. Gdy we­szli głę­bo­ko w las, kie­row­nik gru­py za­rzą­dził wspól­ne za­po­zna­wa­nie się w gru­pie. Po­le­ga­ło to na tym, że każ­dy brat i każ­da sio­stra wy­cią­ga­li rękę do osób w naj­bliż­szym są­siedz­twie. Trze­ba było przed­sta­wić się swo­im imie­niem i wy­po­wie­dzieć sło­wa: „do­brze, że je­steś”. W tym cza­sie dziew­czę­ta z ze­spo­łu mu­zycz­ne­go śpie­wa­ły: „Do­brze, że je­steś, do­brze, że je­steś, do­brze, że je­steś. Co by to było, gdy­by Cię nie było, co by to było?”. Do śpie­wu do­łą­czy­ła się cała gru­pa. Gest za­po­zna­wa­nia był bar­dzo wzru­sza­ją­cy. Hen­ry­ce chcia­ło się pła­kać z emo­cji. Przy­kro jej się zro­bi­ło, że stra­ci­ła już ro­dzi­ców i bra­ci, i już ich nie było wśród ży­wych. W gło­wie pul­so­wa­ło jej krót­kie zda­nie: „do­brze, że je­steś”. We­dług niej tak wie­le zna­czy­ło: do­brze, że je­steś, do­brze, że ży­jesz, że ist­nie­jesz, że je­steś na piel­grzym­ce, że je­steś moim bra­tem, że je­steś obok mnie, że ko­chasz mnie ta­kim, ja­kim je­stem – więc mogę na to­bie po­le­gać. Nie­któ­rzy w tym ge­ście pod wpły­wem emo­cji ści­ska­li się ser­decz­nie, a na­wet ca­ło­wa­li w po­li­czek.

Pod­czas dal­sze­go mar­szu brat Ma­te­usz przy­po­mniał do­kąd idzie gru­pa.

– Mamy dziś do po­ko­na­nia 29 ki­lo­me­trów – mó­wił. – W Krzy­wo­wierz­bie za­pla­no­wa­ny mamy noc­leg. Mam na­dzie­ję, że wszy­scy mają wy­god­ne buty.

Hen­ry­ka, tak na­praw­dę, nie była do­brze przy­go­to­wa­na do piel­grzym­ki. Nie mia­ła wy­pró­bo­wa­nych, wy­god­nych bu­tów, o za­wy­żo­nej nu­me­ra­cji, ale nor­mal­ne, nowe adi­da­sy. Nie wzię­ła rów­nież na­mio­tu. Nie chcia­ła mieć z nim kło­po­tu. Po­cie­sza­ła się my­ślą, że ja­koś to bę­dzie.

Obok Hen­ry­ki cały czas, cał­kiem przy­pad­ko­wo, szła pew­na sio­stra. Ko­bie­ty bar­dzo szyb­ko po­ro­zu­mia­ły się mię­dzy sobą. Oka­za­ło się, że na imię ma He­le­na, że też nie ma na­mio­tu i idzie w piel­grzym­ce sama, bez ro­dzi­ny, rów­nież pierw­szy raz. Obie były bar­dzo za­do­wo­lo­ne ze swo­jej zna­jo­mo­ści. Od razu za­przy­jaź­ni­ły się i spra­wia­ły wra­że­nie, że zna­ły się od za­wsze. Śmia­ły się z fak­tu, że będą mu­sia­ły so­bie ja­koś ra­dzić w nocy. Hen­ry­ka była peł­na opty­mi­zmu. Wie­rzy­ła, że z po­mo­cą Bożą moż­na po­ko­nać wszel­kie trud­no­ści, choć­by po ludz­ku wy­da­wa­ły się nie do po­ko­na­nia. Uspo­ko­iła się we­wnętrz­nie. Na­bra­ła pew­no­ści, że szczę­śli­wie zaj­dzie do Pani Ja­sno­gór­skiej, do Czę­sto­cho­wy.

Mia­sto zo­sta­ło da­le­ko w tyle. Piel­grzy­mi szli cały czas w gę­stym, ciem­nym le­sie. Tyl­ko słoń­ce oświe­tla­ło sła­bo jezd­nię. Czu­ło się chłód. Aby nie było za nud­no, pau­lin za­pro­po­no­wał gru­pie na­ukę hym­nu piel­grzym­ko­we­go: Po­kor­na słu­żeb­ni­ca Pana. Każ­dy uczest­nik mu­siał się go na­uczyć na pa­mięć.

– Za ci­cho – krzy­czał do mi­kro­fo­nu brat Ma­te­usz. – To jest nasz hymn, więc śpie­waj­my go gło­śno i z ca­łe­go ser­ca.

Do­pie­ro za pią­tym czy szó­stym ra­zem wy­szło cał­kiem do­brze. W ten spo­sób, nie wia­do­mo kie­dy, prze­szli już spo­ry ka­wa­łek lasu.

– Za chwi­lę za­trzy­ma­my się na od­po­czy­nek, na dru­gie śnia­da­nie – in­for­mo­wał brat. – W związ­ku z tym przej­dzie­my przez jezd­nię na lewą stro­nę. Pro­szę to zro­bić bar­dzo spraw­nie, aby nie ha­mo­wać ru­chu na dro­dze. Tym­cza­sem pro­szę przy­go­to­wać kar­tecz­ki z in­ten­cja­mi na ró­ża­niec.

Miej­sce prze­zna­czo­ne na od­po­czy­nek było zwy­czaj­ną po­lan­ką, a ra­czej nie­sko­szo­ną łąką, gdzie po­śród tra­wy prze­bi­ja­ły dzi­kie czer­wo­ne maki, ja­kieś żół­te kwia­ty po­lne i błę­kit­ne cha­bry oraz dzwo­necz­ki okrą­gło­list­ne. Gdzie­nieg­dzie sta­ła kępa dzi­kiej róży. Przed po­łu­dniem nie było jesz­cze go­rą­co, więc piel­grzy­mi nie mu­sie­li szu­kać cie­nia. Po­sia­da­li w wy­so­kiej tra­wie jak po­pa­dło. Hen­ry­ka wciąż do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa He­le­nie. Wszę­dzie były ra­zem. Te­raz też usia­dły obok sie­bie. Hen­ry­ka przy­glą­da­ła się z bli­ska sio­strze, któ­rą Pan Bóg prze­zna­czył jej do to­wa­rzy­stwa (tak to ode­bra­ła). He­le­na nie była ład­na. Była bar­dzo wy­so­ka, chu­da, mia­ła dłu­gi nos i prysz­cze na twa­rzy. Ro­bi­ła jed­nak wra­że­nie mi­łej i bar­dzo sym­pa­tycz­nej. Lu­bi­ła żar­to­wać i śmiać się, co spodo­ba­ło się Hen­ry­ce. Nie zdą­ży­ły jesz­cze roz­wi­nąć ka­na­pek przy­nie­sio­nych z domu, gdy na łąkę nie­spo­dzie­wa­nie wje­cha­ły dwie fur­man­ki. Piel­grzy­mi sie­dzą­cy zbyt bli­sko dro­gi po­ucie­ka­li, aby ko­nie ich nie stra­to­wa­ły. Zro­bi­ło się za­mie­sza­nie. Fur­man­ki były wy­ko­na­ne z ma­syw­ne­go drew­na. Koła mia­ły gu­mo­we, a na nich przy­mo­co­wa­ne były drew­nia­ne bla­ty, przy­kry­te bia­ły­mi prze­ście­ra­dła­mi. Dwie pary pięk­nych, lśnią­cych koni po­słusz­nie za­trzy­ma­ły się na znak woź­ni­cy. – Co to ma zna­czyć? – nie kry­ła zdzi­wie­nia He­le­na.

– Coś mi się zda­je, że przy­je­cha­ło do nas śnia­da­nie – po­wie­dział gło­śno brat Ma­te­usz, zbli­ża­jąc się do jed­ne­go z wo­zów.

Męż­czy­zna miał we­so­łą twarz, przy­ozdo­bio­ną wą­sem i dwo­ma ru­mień­ca­mi. Ubra­ny był w dżin­so­we spodnie, bia­łą ko­szul­kę polo z krót­kim rę­ka­wem. Ener­gicz­nie ścią­gnął prze­ście­ra­dło z wozu. Tak samo uczy­nił dru­gi woź­ni­ca. Po­tem ra­zem za­pra­sza­li na wspól­ny po­czę­stu­nek. Fur­man­ki peł­ne były ja­dła. Na bia­łych ob­ru­sach przy­go­to­wa­no wie­le sma­ko­ły­ków, któ­rym nie spo­sób było się oprzeć. Na ta­ler­zach znaj­do­wa­ły się: prze­róż­na wę­dli­na, jaja na twar­do w ma­jo­ne­zie, miód, ma­sło, mar­mo­la­da, ser żół­ty w pla­ster­kach, twa­ro­żek, pu­szy­ste pącz­ki, ser­ni­ki, wy­ro­śnię­te bab­ki droż­dżo­we. Nie bra­ko­wa­ło też owo­ców: ja­błek, ba­na­nów, wi­śni. Były rów­nież ter­mo­sy z go­rą­cą wodą, kawą, her­ba­tą. Dużo wody mi­ne­ral­nej.

– Jaki to mu­siał być wiel­ki wy­da­tek dla tych lu­dzi, aby przy­go­to­wać taką ucztę. Czyż­by ta wio­ska była tak bo­ga­ta? – za­py­ta­ła Hen­ry­ka ko­le­żan­kę.

– Czy ja wiem?– prze­cią­gnę­ła He­le­na. – Nie wszyst­ko w ży­ciu prze­li­cza się na pie­nią­dze. Wio­ska jak każ­da inna, prze­cięt­na. Lu­dzie, co to przy­go­to­wa­li, nie są wca­le bo­ga­ci. Oni są po pro­stu go­ścin­ni. – Spoj­rza­ła w oczy Hen­ry­ki.

– Coś ta­kie­go? – od­po­wie­dzia­ła ta z nie­do­wie­rza­niem. – Nie chce mi się wie­rzyć, że tacy lu­dzie ist­nie­ją jesz­cze na tym świe­cie.

He­le­na po­pa­trzy­ła na sio­strę ja­koś dziw­nie i po­my­śla­ła, że jej ko­le­żan­ka nie do­świad­czy­ła wiel­kiej do­bro­ci od lu­dzi. Nic się nie ode­zwa­ła.

– Jedz­cie, jedz­cie, czę­stuj­cie się – mó­wił woź­ni­ca, śmie­jąc się do­bro­dusz­nie. – W za­mian pro­si­my o mo­dli­twy za nas i za miesz­kań­ców na­szej wio­ski.

– Obiet­ni­cy do­trzy­ma­my na pew­no. Bóg za­płać za go­ści­nę – za­pew­niał brat Ma­te­usz w imie­niu gru­py.

Sie­dząc na tra­wie i za­ja­da­jąc smacz­ne śnia­da­nie, Hen­ry­ka za­uwa­ży­ła mło­dą dziew­czy­nę, któ­ra sie­dzia­ła sa­mot­nie z boku gru­py i pa­trzy­ła gdzieś przed sie­bie, jak­by ko­goś ob­ser­wu­jąc. Po­szła za jej wzro­kiem i zro­zu­mia­ła, że ob­ser­wu­je ona trzech pau­li­nów: Ma­te­usza, Mi­cha­ła i Paw­ła. W tym cza­sie dwóch chłop­ców z wiel­ki­mi ta­ca­mi prze­cha­dza­ło się mię­dzy pąt­ni­ka­mi. Wy­glą­da­li uro­czo. Okrą­głe bu­zie, gę­ste czu­pry­ny, śmie­ją­ce się oczy i wy­pie­ki na twa­rzy. Ubra­ni byli w spodnie za ko­la­na na szel­kach i ko­lo­ro­we ko­szul­ki.

– Pro­szę, czę­stuj­cie się – za­pra­sza­li, pod­su­wa­jąc tacę pra­wie pod nos.

Ko­bie­ty, aby nie ro­bić przy­kro­ści chłop­com, wzię­ły po jed­nym cia­stecz­ku.

– Czy to wasz wła­sny wy­rób? – za­py­ta­ła Hen­ry­ka ta­jem­ni­czo, za­chwy­ca­jąc się cia­stecz­kiem. – Prze­pysz­ne.

– To na­sza bab­cia jest spe­cja­list­ką w tych spra­wach – od­po­wie­dział dum­nie je­den z nich, a na­stęp­nie obiej skie­ro­wa­li się do in­nych osób. – Ob­raz tych chłop­ców będę mia­ła w pa­mię­ci chy­ba do koń­ca ży­cia – po­my­śla­ła Hen­ry­ka. Spodo­bał się jej fakt, że ci mali chłop­cy już umie­li da­wać. Niby nic, ale w imie­niu swo­jej ro­dzi­ny czę­sto­wa­li piel­grzy­mów cia­stecz­ka­mi. Był to drob­ny, wzru­sza­ją­cy gest mi­ło­ści czło­wie­ka do czło­wie­ka i wła­śnie to wzru­szy­ło Hen­ry­kę. Piel­grzy­mi mo­gli zre­wan­żo­wać się tyl­ko mo­dli­twą. Po­si­le­ni, szczę­śli­wi usta­wi­li się spo­koj­nie na jezd­ni. Na­stą­pi­ła zmia­na bra­ci i sióstr nio­są­cych krzyż, wi­ze­run­ki Pana Je­zu­sa i Ma­ryi, trans­pa­rent, a tak­że gło­śni­ki. Gdy tyl­ko wy­ru­szy­li przed sie­bie, jed­na z sióstr szła od po­cząt­ku gru­py do koń­ca z ka­pe­lu­szem w ręce i zbie­ra­ła kar­tecz­ki z in­ten­cja­mi na ró­ża­niec.

– Po­mo­dli­my się te­raz za miesz­kań­ców wsi, któ­rzy nas ugo­ści­li po kró­lew­sku, aby do­bry Pan wy­słu­chał ich mo­dlitw i miał ich w swo­jej opie­ce – mó­wił prze­wod­nik gru­py.

Roz­le­gło się wspól­ne, gło­śne „Oj­cze nasz…”, „Zdro­waś Ma­ry­jo...”, „Świę­ta Ma­ry­jo…”. Na­stęp­nie roz­brzmia­ła pieśń pt. Mo­dli­twa do Mat­ki Boga. Kie­row­nik pro­sił chór o wspar­cie. Po­wo­li, co­raz śmie­lej wszy­scy włą­czy­li się do śpie­wu i szli krok po kro­ku jed­no­staj­nym ryt­mem. Pa­trzy­li przed sie­bie, upa­ja­li się le­śnym za­pa­chem i nie my­śle­li o prze­by­tej dro­dze. Nie my­śle­li też, co bę­dzie póź­niej. Każ­dy z nich prze­ży­wał na swój spo­sób obec­ną chwi­lę.

Rozdział 3

Po skoń­czo­nej pie­śni, gdy gru­pa się wy­ci­szy­ła, brat Ma­te­usz po­pro­sił kle­ry­ka Paw­ła, aby po­wie­dział kil­ka słów na te­mat ró­żań­ca. Za­chę­ca­ją­ce bra­wa, któ­re się roz­le­gły, spe­szy­ły pau­li­na. Ob­lał się ru­mień­cem, bo z na­tu­ry był wsty­dli­wy.

– Pro­sta mo­dli­twa ró­żań­co­wa – za­czął po dłuż­szej chwi­li nie­pew­nym gło­sem – jest pięk­nym bu­kie­tem róż ku czci Mat­ki Naj­święt­szej. Na pew­no wszy­scy umie­cie mo­dlić się na ró­żań­cu, ale… sko­ro brat Ma­te­usz pro­sił mnie, abym po­wie­dział to, co my­ślę na ten te­mat, więc nie wy­pa­da mi od­mó­wić. – Uśmiech­nął się nie­pew­nie. Piel­grzy­mi znów za­kla­ska­li w dło­nie, aby za­chę­cić go do dal­szych ob­ja­śnień. – Ró­ża­niec – kon­ty­nu­ował Pa­weł pew­niej­szym już gło­sem i mniej się ją­ka­jąc – skła­da się z po­wszech­nie zna­nych form mo­dli­tew­nych: „Oj­cze nasz…” – we­dług brzmie­nia po­da­ne­go nam przez sa­me­go Chry­stu­sa, „Zdro­waś Ma­ry­jo…” – czy­li frag­men­tu dia­lo­gu ze sce­ny zwia­sto­wa­nia. Chcę po­wie­dzieć, że zwia­sto­wa­nie to nic in­ne­go jak ob­ja­wie­nie się ar­cha­nio­ła Ga­brie­la Ma­ryi i jego za­po­wiedź na­ro­dze­nia Je­zu­sa. Do tego do­cho­dzi uzu­peł­nie­nie proś­ba­mi po­boż­no­ści chrze­ści­jań­skiej, „Chwa­ła Ojcu…” – a więc uwiel­bie­nia Trój­cy Prze­naj­święt­szej, oraz z wy­zna­nia wia­ry – „Wie­rzę w Boga…”. Pod­czas mo­dli­twy my­śli na­sze mu­si­my kie­ro­wać ku ta­jem­ni­com Od­ku­pie­nia, któ­re są naj­pięk­niej­szym ob­ra­zem mi­ło­sier­dzia Bo­że­go. Cho­dzi o naj­waż­niej­sze dzie­ło w hi­sto­rii ludz­ko­ści, o zbaw­czą mi­łość Boga do czło­wie­ka – brat pau­lin mó­wił te­raz bar­dzo spo­koj­nie, po­wo­li i płyn­nie. – Pierw­sza część ró­żań­ca obej­mu­je pięć ta­jem­nic ra­do­snych, dru­ga – pięć ta­jem­nic bo­le­snych, trze­cia – pięć ta­jem­nic chwa­leb­nych i wresz­cie ostat­nia – pięć ta­jem­nic świa­tła. Ró­ża­niec ma swo­ją bo­ga­tą tra­dy­cję w Ko­ście­le. Wier­ni od­ma­wia­ją go już od wie­lu wie­ków. Pa­cior­ki ró­żań­ca prze­su­wa­ją w swo­ich rę­kach lu­dzie mą­drzy i pro­ści, mło­dzi i sta­rzy, bo­ga­ci i bied­ni. W krąg mo­dli­twy ró­żań­co­wej włą­cza­ją się lu­dzie róż­nych na­ro­do­wo­ści, róż­nych warstw spo­łecz­nych, róż­nych ras i kon­ty­nen­tów. Z ró­żań­cem w ręku uka­zy­wa­ła się Nie­po­ka­la­na Ma­ry­ja wy­bra­nym dzie­ciom w Lo­ur­des, w Fa­ti­mie. Zna­cze­nie mo­dli­twy ró­żań­co­wej opie­wa­li pa­pie­że w wie­lu en­cy­kli­kach, a jej sku­tecz­ność po­twier­dza­ją sank­tu­aria ma­ryj­ne, nie­kie­dy w spo­sób cu­dow­ny. Nasz pa­pież Jan Pa­weł II rów­nież bar­dzo czę­sto od­ma­wiał ró­ża­niec, nie mó­wiąc już o in­nych świę­tych, któ­rzy z ró­żań­cem się nie roz­sta­wa­li. Każ­dy z nas, ma­ją­cy pie­tyzm do ró­żań­ca, może przy­to­czyć róż­ne fak­ty i prze­ży­cia, świad­czą­ce o war­to­ści tej mo­dli­twy. Sto­li­ca Apo­stol­ska, li­cząc na mi­ło­sier­dzie Boże, zwią­za­ła z ró­żań­cem roz­licz­ne ła­ski nad­przy­ro­dzo­ne. W związ­ku z tym, co po­wie­dzia­łem, na­ma­wiam wszyst­kich bar­dzo ser­decz­nie do jak naj­częst­sze­go od­ma­wia­nia ró­żań­ca, bo na­praw­dę war­to. Bóg za­płać.

– Bóg za­płać – od­po­wie­dział brat Ma­te­usz, a piel­grzy­mi po­dzię­ko­wa­li bra­wa­mi.

Gru­pa szła w mil­cze­niu. Hen­ry­ka za­my­śli­ła się. Przy­po­mi­na­ła so­bie, jak to było z tym ró­żań­cem w jej ży­ciu. Pierw­szy raz ze­tknę­ła się z nim przy Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej. Póź­niej od­ma­wia­ła go, ale tyl­ko dla­te­go, że bra­ła udział w mo­dli­twach zbio­ro­wych w ko­ście­le. Nie ro­zu­mia­ła sen­su ani mocy mo­dli­twy ró­żań­co­wej. Z bie­giem jed­nak lat sama na­uczy­ła się na nim mo­dlić i stwo­rzy­ła sama so­bie in­tym­ną roz­mo­wę z Bo­giem i Ma­ry­ją. To przy­szło jak­by samo. Prze­bie­ra­ła pa­cior­ka­mi co­raz czę­ściej i w ten spo­sób stwo­rzy­ła swój we­wnętrz­ny świat, w któ­rym było jej cał­kiem nie­źle. Z cza­sem ró­ża­niec stał się cząst­ką jej oso­bo­wo­ści, a Ma­ry­ja dro­gą ma­tecz­ką. Stwo­rzy­ła sama so­bie mo­dli­twę ró­żań­co­wą, któ­ra po­le­ga­ła na tym, że naj­pierw od­da­wa­ła cześć Trój­cy Świę­tej, póź­niej każ­dą pierw­szą dzie­siąt­ką dzię­ko­wa­ła za wszyst­ko, co do­sta­ła od ży­cia, a na­stęp­nie mo­dli­ła się za oso­by jej bli­skie, ko­cha­ne, po­wie­rza­jąc wszyst­kie ich spra­wy Panu Bogu za po­śred­nic­twem Ma­ryi. Jed­na dzie­siąt­ka ró­żań­ca po­świę­co­na była jed­nej oso­bie. Hen­ry­ka chcia­ła wy­pro­sić dla niej wie­le łask w da­nej dzie­siąt­ce. Na­stęp­nie w swo­jej wy­obraź­ni wy­sy­ła­ła swo­je­go Anio­ła Stró­ża, aby stał przy tej oso­bie, czu­wał nad nią i wspo­ma­gał ją w każ­dej po­trze­bie. Wie­dzia­ła, że Pan Bóg jest tak do­bry, że da jej na­stęp­ne­go Anio­ła Stró­ża, któ­re­go bę­dzie mo­gła zno­wu ko­muś ofia­ro­wać i tak aż do wy­czer­pa­nia…

Gru­pa za­czę­ła od­ma­wiać chwa­leb­ną część ró­żań­ca. Szli as­fal­to­wą jezd­nią zwar­tą ko­lum­ną. Po obu stro­nach w dal­szym cią­gu to­wa­rzy­szył im las. Było chłod­no, po­nie­waż pro­mie­nie sło­necz­ne za­trzy­my­wa­ły się wśród wy­so­kich, roz­ło­ży­stych ko­na­rów drzew. Twa­rze wę­dru­ją­cych były ra­do­sne. Pa­no­wa­ło ogól­ne sku­pie­nie i za­in­te­re­so­wa­nie tym, co dzia­ło się w gru­pie. Je­den z bra­ci idą­cych obok Hen­ry­ki pod­szedł do ko­bie­ty pcha­ją­cej wó­zek i za­stą­pił ją przy cho­rym. Obok bra­ta Ma­te­usza szła ruda dziew­czy­na, ta sama, któ­ra na przy­stan­ku sie­dzia­ła sa­mot­nie.

Pau­lin przy­stą­pił do roz­wa­ża­nia czę­ści pierw­szej ró­żań­ca – Zmar­twych­wsta­nie Pana Je­zu­sa.

– Ra­duj­my się wszy­scy z chwa­ły i zwy­cię­stwa Pana Je­zu­sa, bo oto On zwy­cię­żył grzech, gła­dząc go swo­ją krwią – mó­wił do mi­kro­fo­nu gło­śno i wy­raź­nie. – Zwy­cię­żył sza­ta­na, wy­ry­wa­jąc lu­dzi z jego mocy. Zwy­cię­żył śmierć, zmar­twych­wsta­jąc. Obudź więc w so­bie, piel­grzy­mie, wia­rę w Je­zu­sa i Jego Ob­ja­wie­nie. Dzię­kuj Mu, że swo­ją śmier­cią i zmar­twych­wsta­niem wy­słu­żył ci zmar­twych­wsta­nie do ży­cia wiecz­ne­go. I pa­mię­taj, że aby z Nim zmar­twych­wstać do ży­cia chwa­ły, trze­ba zmar­twych­wstać z grze­chu. Trze­ba być jak Je­zus po­słusz­nym Bogu aż do śmier­ci. Ra­duj się więc, dro­gi piel­grzy­mie, ra­zem z Ma­ry­ją i przez Jej ra­dość proś Ją, by Je­zus zmar­twych­wstał w to­bie przez ła­skę… i przy­go­to­wał cię do zmar­twych­wsta­nia cia­ła w dzień osta­tecz­ny.

Na­stą­pi­ła krót­ka chwi­la ci­szy na sku­pie­nie we­wnętrz­ne. Hen­ry­ka po­smut­nia­ła. Przy­po­mnia­ła so­bie dwóch mło­dych chłop­ców, któ­rych bar­dzo do­brze zna­ła i któ­rzy ode­szli z tego świa­ta sta­now­czo za wcze­śnie. Naj­smut­niej­sze było to, że żyli oni tu­taj, na zie­mi bez Boga. Po ja­kimś cza­sie, po ich śmier­ci przy­śni­li się Hen­ry­ce, że leżą w czar­nych pla­sti­ko­wych wor­kach, gdzieś pod pło­tem. Hen­ry­ka zro­zu­mia­ła, że po­trze­bu­ją mo­dli­twy. W związ­ku z tym za­mó­wi­ła za ich du­sze mszę świę­tą. Prócz tego mo­dli­ła się go­rą­co, aby do­bry Bóg zli­to­wał się nad nimi i wziął ich cho­ciaż do czyść­ca. W od­po­wie­dzi, na­stęp­nej nocy znów przy­śni­li się jej. Tym ra­zem wor­ki się po­ru­sza­ły, ale wciąż były za­mknię­te. Hen­ry­ka mia­ła ser­ce ści­śnię­te z prze­ra­że­nia, że nie może po­móc tym du­szom. Była zbyt grzesz­na, aby co­kol­wiek dla nich zro­bić. Bóg nie chciał jej wy­słu­chać. Nie było już ni­ko­go, kto mógł­by się za nich mo­dlić. Zro­zu­mia­ła, że oni… prze­pa­dli na za­wsze. Nie chcia­ła do­pu­ścić so­bie my­śli, że już nig­dy nie od­ży­ją, dla­te­go w swo­ich skrom­nych mo­dli­twach za­wsze o nich pa­mię­ta­ła.

Kie­row­nik gru­py przy­stą­pił do od­czy­ta­nia in­ten­cji ró­żań­co­wych, któ­re skie­ro­wa­ne były do Ma­ryi. Jed­ną ręką się­gał po kar­tecz­ki do ka­pe­lu­sza, nie­sio­ne­go przez rudą dziew­czy­nę, a w dru­giej trzy­mał mi­kro­fon i czy­tał:

Pro­szę o szczę­śli­we roz­wią­za­nie

dla

mo­jej cór­ki. Mat­ka.

Pro­szę Mat­kę Prze­naj­święt­szą o szczę­śli­we zda­nie ma­tu­ry i opie­kę

na

dal­szej dro­dze mo­je­go ży­cia. Pąt­nicz­ka.

Dzię­ku­ję

Pani

Ja­sno­gór­skiej za wszyst­ko, co mam tu na zie­mi. Po­kor­ny słu­ga.

Dzię­ku­ję Ci, Mat­ko Boża, za to, że mogę do Cie­bie iść pięt­na­sty już raz i za wszyst­kie ła­ski, któ­ry­mi ob­da­rzasz mnie i całą moją ro­dzi­nę. Pąt­nicz­ka.

Miej w opie­ce, Mat­ko Boża, wszyst­kich tych, któ­rzy nie mo­gli pójść z nami

na piel­grzym­kę. Sio­stra.

Pro­si­my o zdro­wie

dla

wszyst­kich piel­grzy­mów, aby szczę­śli­wie za­szli na Ja­sną Górę. Brat.

Na­stęp­nie wspól­nie zo­sta­ła od­mó­wio­na pierw­sza dzie­siąt­ka ró­żań­ca świę­te­go.

– Część dru­ga ró­żań­ca – kon­ty­nu­ował roz­wa­ża­nie kie­row­nik. – Wnie­bo­wstą­pie­nie Pana Je­zu­sa. Ra­duj się z Je­zu­sem, dro­gi piel­grzy­mie, któ­ry wra­cał do chwa­ły Ojca Swe­go. Je­zus wstę­pu­je do nie­ba dla nas, po to, by być nie­ustan­nie po­śred­ni­kiem na­szym, by przy­go­to­wać nam miej­sce wśród anio­łów i świę­tych. Obudź więc w so­bie, dro­gi piel­grzy­mie, pra­gnie­nie ży­cia z Je­zu­sem w Jego Chwa­le. Ciesz się, że Je­zus w nie­bie cze­ka na Cie­bie. Za­chę­caj się do gor­li­wo­ści w Jego służ­bie, do dźwi­ga­nia krzy­ża, bo ci będą z Nim kró­lo­wać, któ­rzy będą z Nim cier­pieć. Proś więc Je­zu­sa, by jako po­śred­nik pa­mię­tał za­wsze o to­bie. Ra­duj się z Ma­ry­ją, dro­gi piel­grzy­mie, i proś Ją, by pro­wa­dzi­ła Cię do nie­ba.

Na­stą­pi­ła kil­ku­na­sto­se­kun­do­wa ci­sza. Hen­ry­ka za­my­śli­ła się. My­śla­ła o swo­jej ma­mie, któ­ra ode­szła do nie­ba. Przy­po­mi­na­ła so­bie o swo­jej mi­ło­ści do niej. Była w niej bar­dzo za­wsze za­ko­cha­na, i pra­gnę­ła też od niej mi­ło­ści. Ale ona jako mat­ka mia­ła jesz­cze inne dzie­ci, któ­re też ko­cha­ła, a tak­że mnó­stwo pra­cy. Hen­ry­ka była za­wsze, od­kąd pa­mię­ta, za­zdro­sna o jej mi­łość, bo chcia­ła mieć mat­kę za­wsze bli­sko sie­bie. To było nie­moż­li­we, ale jej na­tu­ra do­ma­ga­ła się mi­ło­ści. Gdy mi­nę­ło ileś lat od śmier­ci mat­ki, pew­ne­go razu opo­wia­da­ła o swo­jej ko­cha­nej ma­mie ze łza­mi w oczach pew­nej ko­le­żan­ce. Zu­peł­nie przy­pad­ko­wo. Wte­dy w nocy przy­śni­ła się jej. Była uśmiech­nię­ta, ra­do­sna i ze łza­mi w oczach mó­wi­ła: – Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję. Hen­ry­ka była szczę­śli­wa, że przy­śni­ła się jej, ale słów po­dzię­ko­wań nie ro­zu­mia­ła. Zro­zu­mia­ła wte­dy rów­nież, że jest nie­bo.

Gru­pa od­ma­wia­ła ró­ża­niec w na­stę­pu­ją­cych in­ten­cjach: jed­na z có­rek pro­si­ła Ma­tecz­kę Ja­sno­gór­ską o zdro­wie dla swo­jej mat­ki, aby ta dziel­nie zno­si­ła swo­ją cho­ro­bę i mia­ła na­dzie­ję na wy­zdro­wie­nie; ja­kaś żona pro­si­ła Ma­ry­ję Prze­naj­święt­szą, aby uczy­ni­ła cud i wy­rwa­ła jej męża z na­ło­gu pi­jań­stwa; pew­na pąt­nicz­ka po­wie­rzy­ła ma­cie­rzyń­skiej opie­ce swo­ją ro­dzi­nę; Nie­zna­ny słu­ga Ma­ryi po­wie­rzył wszyst­kie swo­je spra­wy ziem­skie w Jej ręce, aby Ona je uświę­ca­ła i ofia­ro­wa­ła swo­je­mu sy­no­wi. Na za­koń­cze­nie je­den z pąt­ni­ków pro­sił, aby dro­ga Mat­ka oświe­ca­ła jego ścież­ki ży­cia, nie chce wię­cej błą­dzić, woli nieść krzyż Jej Syna; na­stęp­na in­ten­cja była o po­kój na świe­cie.

Na­stęp­nie gru­pa mo­dli­ła się wspól­nie, od­ma­wia­jąc dru­gą cząst­kę ró­żań­ca.

Póź­niej brat Ma­te­usz przy­stą­pił do roz­wa­żań trze­ciej czę­ści ró­żań­ca:

– Ze­sła­nie Du­cha Świę­te­go na apo­sto­łów. Dzię­kuj Je­zu­so­wi, dro­gi piel­grzy­mie, za to, że tak jak nam obie­cał, tak nam ze­słał Du­cha po­cie­szy­cie­la. Dzię­kuj Du­cho­wi Świę­te­mu, że zstą­pił na cały Ko­ściół, aby uświę­cać wier­nych i ze­spa­lać z Je­zu­sem. Proś Go o Jego dary. Bła­gaj, aby cię uświę­cał, po­cie­szał, umac­niał. Po­le­caj się Ma­ryi, piel­grzy­mie, i proś Ją, aby tak jak apo­sto­łom, tak i to­bie wy­jed­na­ła ob­fi­tość da­rów Du­cha Świę­te­go.

Znów na­stą­pi­ła ci­sza, aby moż­na było za­sta­no­wić się nad prze­czy­ta­nym tek­stem. Hen­ry­ka w tym cza­sie rów­nież my­śla­ła o Du­chu Świę­tym. Zro­zu­mia­ła, że dzię­ki ro­dzi­com, co ją ochrzci­li, za­miesz­kał On w niej, po­dob­nie jak w każ­dym in­nym czło­wie­ku za­miesz­ku­je, wła­śnie w mo­men­cie Chrztu Świę­te­go. Duch Świę­ty zo­stał dany jej po to, aby za­miesz­kał w jej wnę­trzu, aby wy­kształ­to­wał w niej Boży cha­rak­ter. Ta trze­cia oso­ba Bo­ska mia­ła zbu­do­wać w jej ży­ciu mi­łość, ra­dość, po­kój, cier­pli­wość, uprzej­mość, do­broć, wier­ność, ła­god­ność, opa­no­wa­nie. Póź­niej jako oso­ba do­ro­sła zo­sta­ła bierz­mo­wa­na, tak jak inni lu­dzie. Sa­kra­ment ten był do­peł­nie­niem i umoc­nie­niem tego, co zo­sta­ło za­po­cząt­ko­wa­ne Chrztem Świę­tym. Do­sta­ła wte­dy jak­by nowe ży­cie z wody i Du­cha. Ale za­da­ła sama so­bie py­ta­nie, czy te­raz On, Duch Świę­ty, rów­nież miesz­ka w niej? Czy po­przez swo­je nędz­ne ży­cie, któ­re pro­wa­dzi­ła do mo­men­tu piel­grzym­ki, nie wy­pę­dzi­ła Go ze swo­je­go ser­ca? Za­wsty­dzo­na spu­ści­ła gło­wę i po­wie­dzia­ła skru­szo­na: – Boże, pro­szę Cię, wy­bacz mi wszyst­ko.

Od­czy­ty­wa­ne były in­ten­cje do wspól­nej mo­dli­twy ró­żań­co­wej: pew­na sio­stra pro­si­ła o mo­dli­twę za zmar­łych z jej ro­dzi­ny, aby ich du­sze zna­la­zły wiecz­ny spo­kój w nie­bie; ktoś dru­gi pro­sił Ma­ry­ję, aby chro­ni­ła ją przed zły­mi ludź­mi, aby lek­ko scho­dzi­li z jej dro­gi ży­cia; pe­wien piel­grzym za­wie­rzył Ma­ryi swo­je dzie­ci, aby ży­cie ich po­do­ba­ło się Panu Bogu; na­stęp­ny piel­grzym pro­sił Ma­ry­ję, aby czu­wa­ła nad na­szym kra­jem i bro­ni­ła nasz na­ród przed wszel­kim złem; pąt­nicz­ka pro­si­ła o ła­skę po­ko­ry, a ja­kiś nie­zna­ny brat pro­sił, aby mógł mieć w ser­cu swo­im ukry­te rany Je­zu­sa.

Po wspól­nym od­mó­wie­niu trze­ciej dzie­siąt­ki ró­żań­ca Hen­ry­ka za­uwa­ży­ła, że czas na piel­grzym­ce biegł bar­dzo szyb­ko. Wy­star­czy­ło tyl­ko sku­pić się nad tym, co dzia­ło się w gru­pie, a zu­peł­nie gu­bi­ło się ra­chu­bę cza­su.

– Przy­stę­pu­je­my te­raz do czwar­tej czę­ści ró­żań­ca – mó­wił nie­stru­dzo­ny brat Ma­te­usz. – Wnie­bo­wzię­cie Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Ra­duj się, piel­grzy­mie, z chwa­ły Ma­ryi wzię­tej z du­szą i cia­łem do nie­ba. Dzię­kuj Je­zu­so­wi, że miał taką świę­tą mat­kę, któ­ra za­wsze za­chę­ca­ła nas do kro­cze­nia tu­taj po zie­mi z twa­rzą zwró­co­ną ku nie­bu. Proś więc Ma­ry­ję, dro­gi piel­grzy­mie, aby two­je my­śli, uczu­cia i pra­gnie­nia do nie­ba kie­ro­wa­ła.

Znów za­pa­dła ci­sza. Hen­ry­ka spoj­rza­ła na idą­cą obok sio­strę. He­le­na pła­ka­ła. Szła pro­sto przed sie­bie, a po twa­rzy cie­kły jej w ci­szy łzy. Zro­bi­ło się jej bar­dzo przy­kro.

– Czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, co się dzie­je? – Hen­ry­ka do­tknę­ła ją de­li­kat­nie za ło­kieć. – Pro­szę cię, po­wiedz mi, zo­ba­czysz, że bę­dzie ci lżej – na­le­ga­ła, bo w ten spo­sób chcia­ła po­móc ko­le­żan­ce. Tam­ta wes­tchnę­ła głę­bo­ko i po­wie­dzia­ła szep­tem:

– Ależ to nic ta­kie­go, wzru­szy­łam się, bo po­my­śla­łam o swo­im mężu, któ­ry żyje obok mnie bez Boga, bez Je­zu­sa, bez Ma­ryi.

– Nie przej­muj się – Hen­ry­ka pu­ści­ła do niej oczko – nie on je­den. W tym mo­men­cie zro­bi­ło się jej strasz­nie przy­kro. Po­my­śla­ła o lu­dziach, któ­rzy żyli bez Boga, i o ich strasz­nych we­wnętrz­nych cier­pie­niach. Nie­świa­do­mie nie wie­dzie­li, co tra­ci­li.

Brat Ma­te­usz znów wy­cią­gał kar­tecz­ki z ka­pe­lu­sza. Je­den z bra­ci pro­sił Mat­kę Prze­naj­święt­szą, aby przez swo­je znę­ka­ne ser­ce upro­si­ła mu cno­tę po­ko­ry i dar świę­tej bo­jaź­ni Bo­żej; ja­kiś piel­grzym pro­sił Mat­kę Bożą, aby po­mo­gła mu po­pra­wić oce­ny w nad­cho­dzą­cym roku szkol­nym; na­stęp­na pąt­nicz­ka pro­si­ła Ma­ry­ję, aby za­wsze z nią była i po­mo­gła jej nieść swój krzyż Je­zu­so­wy; pew­na sio­stra bła­ga­ła Ma­ry­ję, aby nie po­zwo­li­ła jej nig­dy stra­cić swo­jej oso­bo­wo­ści; pąt­nicz­ka dzię­ko­wa­ła Ma­ryi za dzie­ci, któ­re były jej je­dy­ną ra­do­ścią w ży­ciu; żona pro­si­ła o zdro­wie dla swo­je­go męża; ktoś pro­sił o mo­dli­twę za oj­czy­znę. Po chwi­li roz­brzmie­wa­ła wspól­na mo­dli­twa ró­żań­co­wa: „Oj­cze nasz…”, „Zdro­waś Ma­ry­jo… Świę­ta Ma­ry­jo…”, „Chwa­ła Ojcu i Sy­no­wi i Du­cho­wi…”.

– Część pią­ta ró­żań­ca – koń­czył już mo­dli­twę kie­row­nik. – Uko­ro­no­wa­nie Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny w nie­bie, oraz chwa­ła anio­łów i świę­tych. Ra­duj się więc, dro­gi piel­grzy­mie, z chwa­ły Ma­ryi, jako kró­lo­wej nie­ba i zie­mi. Lecz pa­mię­taj, że Je­zus uczcił tak Mat­kę Swo­ją, bo Ona z Nim współ­cier­pia­ła… Sta­ła pod Jego krzy­żem. Dla­te­go też i w chwa­le stoi obok Nie­go kró­la, jako kró­lo­wa… Je­zus, ko­ro­nu­jąc Ma­ry­ję, od­dał Jej wszel­kie skar­by nie­ba. Dla­te­go jest Ona na­szą po­śred­nicz­ką wszel­kich łask. Do niej się więc zwra­caj z uf­no­ścią w każ­dej po­trze­bie.

Po­wyż­sze czy­ta­nie prze­bie­ga­ło w zu­peł­nej ci­szy. W sku­pie­niu od­czy­ty­wa­ne były rów­nież in­ten­cje. W po­bli­żu bra­ta Ma­te­usza cią­gle prze­by­wa­ła ruda dziew­czy­na. Hen­ry­ka roz­po­zna­ła ją na­tych­miast. Była szczu­pła, wy­so­ka i ład­na. Wło­sy sple­cio­ne w gru­by war­kocz, a spod be­re­tu świe­ci­ły nie­bie­skie, duże oczy.

– Czy wiesz, kto to jest? – za­py­ta­ła He­le­nę.

– To jed­na z te­go­rocz­nych ma­tu­rzy­stek, pa­mię­tam ją z na­sze­go ko­ścio­ła.

In­ten­cje na ró­ża­niec były na­stę­pu­ją­ce: je­den z piel­grzy­mów dzię­ko­wał Mat­ce Bo­żej za swo­je uczest­nic­two w piel­grzym­ce; pe­wien po­kor­ny słu­ga pro­sił Ma­ry­ję, aby wy­ba­czy­ła mu wszel­kie uchy­bie­nia w jego ży­ciu; je­den z bra­ci prze­pra­szał Ma­ry­ję za wszel­kie wy­rzą­dzo­ne przez nie­go zło swo­im naj­bliż­szym oso­bom; ktoś na­stęp­ny dzię­ko­wał za sio­strę, któ­ra po­mo­gła mu uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce; ktoś jesz­cze pro­sił Ma­ry­ję o wsta­wien­nic­two do Boga, aby wy­pra­sza­ła u Nie­go ła­ski dla nie­go i ca­łej jego ro­dzi­ny. Gru­pa znów mo­dli­ła się wspól­nie, od­ma­wia­jąc ostat­nią cząst­kę ró­żań­ca, a na za­koń­cze­nie: „Pod Two­ją obro­nę…”. Po skoń­czo­nej mo­dli­twie He­le­na za­czę­ła roz­mo­wę na te­mat ru­dej dziew­czy­ny.

– Po­do­ba ci się ta sio­stra, co krę­ci się obok pau­li­nów? – za­py­ta­ła znie­nac­ka. – Nie wiem, na co ona li­czy, ale wy­raź­nie coś mi tu śmier­dzi – mó­wiąc to, zgor­szo­na wy­krzy­wi­ła usta.

– Co ty po­dej­rze­wasz? – Hen­ry­ka wzię­ła w obro­nę mło­dą sio­strę. – Prze­cież to jest nie­win­ne dziec­ko, a ja­sne, że taki Ma­te­usz może się po­do­bać. Ja sama je­stem pod jego uro­kiem. Wspa­nia­ły chło­pak. He­le­no, czy ty na­praw­dę nie ro­zu­miesz mi­ło­ści bra­ter­skiej, chrze­ści­jań­skiej? Mło­dzi na pew­no my­ślą in­a­czej, są wzglę­dem sie­bie otwar­ci, bar­dziej spon­ta­nicz­ni. Szyb­ciej się do­ga­du­ją i do­cho­dzą do po­ro­zu­mie­nia. My­ślę, że łą­czy ich tyl­ko i wy­łącz­nie przy­jaźń bra­ter­ska i wspól­ne spra­wy piel­grzym­ko­we. Sama po­wie­dzia­łaś, że znasz tę dziew­czy­nę z ko­ścio­ła.

He­le­na nic nie od­po­wie­dzia­ła.

Rozdział 4

Piel­grzy­mi szli ja­kiś czas w mil­cze­niu. Mie­li czas na prze­my­śle­nie swo­ich oso­bi­stych spraw. Nie wia­do­mo było, ile ki­lo­me­trów już po­ko­na­li, ale wie­dzie­li, że prze­szli już las. Na prze­dzie ko­lum­ny wy­raź­nie się roz­ja­śnia­ło. Na­resz­cie po­łu­dnio­we słoń­ce za­czę­ło ich ogrze­wać. Mi­ja­li ja­kąś wio­skę, w któ­rej gdzie­nieg­dzie sta­ły wol­no sto­ją­ce domy, a w dali wi­dać było pola upraw­ne. Lu­dzie po­wy­cho­dzi­li ca­ły­mi ro­dzi­na­mi przed swo­je domy i po­zdra­wia­li piel­grzy­mów. Przy jezd­ni przy­go­to­wa­ne były sto­li­ki z pi­ciem. Każ­dy, kto był spra­gnio­ny, mógł uga­sić pra­gnie­nie. Gdzieś w od­da­li sły­chać było bi­cie dzwo­nów na Anioł Pań­ski. Brat Ma­te­usz wy­śpie­wał pięk­nie tę mo­dli­twę, do któ­rej do­łą­czy­li tak­że inni. Na ko­niec po­mo­dli­li się za du­sze cier­pią­ce w czyść­cu, od­ma­wia­jąc wspól­nie: „Wiecz­ny od­po­czy­nek…”.

Po bar­dzo krót­kiej prze­rwie nie­stru­dzo­ny brat Ma­te­usz pa­trzał w nie­bo, roz­kła­da­jąc ręce i mó­wił en­tu­zja­stycz­nie:

– Zo­bacz­cie, ko­cha­ni, jaki mamy dzi­siaj wspa­nia­ły dzień: dzień pe­łen słoń­ca i ra­do­ści. Za­śpie­waj­my więc Panu.

W stru­ny gi­ta­ry ude­rza­ła moc­no jed­na z sióstr z chó­ru. Piel­grzy­mi po­wy­cią­ga­li swo­je śpiew­nicz­ki i wte­dy gdzieś po­nad po­la­mi roz­le­gła się pieśń mó­wią­ca o dniu, któ­ry stwo­rzył Pan Bóg dla czło­wie­ka. Dla­te­go po­win­ni oni cie­szyć się i ra­do­wać z tego po­wo­du. – Jesz­cze raz, jesz­cze raz – za­chę­cał we­so­ło prze­wod­nik. Dru­gi raz wy­szło le­piej, bar­dziej en­tu­zja­stycz­nie. Do­cho­dzi­ła go­dzi­na 13.00. Gru­pa zbli­ża­ła się na miej­sce wy­po­czyn­ku obia­do­we­go.

– Pro­si­my za­cho­wać po­rzą­dek i ci­szę. Prze­rwa po­trwa do godz. 14.00 – in­for­mo­wał brat Ma­te­usz.

Piel­grzy­mi po ko­lei szóst­ka­mi za­cho­dzi­li do pięk­ne­go sadu owo­co­we­go na­le­żą­ce­go do pry­wat­ne­go go­spo­dar­stwa. Tam na­kry­te już były bia­ły­mi ob­ru­sa­mi sto­ły z przy­go­to­wa­nym je­dze­niem. Zie­lo­na sko­szo­na tra­wa była niby-dy­wan spe­cjal­nie roz­ście­lo­ny dla za­pro­szo­nych go­ści. Taką samą so­czy­stą zie­leń mia­ły li­ście za­dba­nych drzew owo­co­wych. Doj­rze­wa­ją­ce brzo­skwi­nie, ja­bło­nie i gru­sze wy­da­wa­ły się zdzi­wio­ne przyj­ściem piel­grzy­mów, któ­rzy za­kłó­ca­li ich ci­szę. W tym za­cza­ro­wa­nym miej­scu było na­praw­dę bar­dzo przy­jem­nie. Gdzie­nieg­dzie sły­chać było wy­buch ra­do­sne­go śmie­chu. Uśmiech­nię­te i do­bro­dusz­ne ko­bie­ty z ca­łe­go ser­ca za­pra­sza­ły wszyst­kich na po­czę­stu­nek.

– To wszyst­ko jest dla was, moi ko­cha­ni, na­jedz­cie się wszy­scy do syta, aby­ście mie­li siłę iść da­lej do na­szej Pani – po­wie­dzia­ła jed­na z nich, a w oku za­krę­ci­ła się jej łza ze wzru­sze­nia.

– Zo­bacz, Hen­ry­ko – krzyk­nę­ła spon­ta­nicz­nie He­le­na – ile zno­wu jest je­dze­nia, a ja mia­łam na­dzie­ję, że będę po­ścić. Chcę schud­nąć.

He­le­na była wy­raź­nie za­wie­dzio­na.

– Ju­tro po­ści­my, bo jest pią­tek – od­po­wie­dzia­ła rze­czo­wo Hen­ry­ka. – A ty, sio­stro, wca­le nie mu­sisz się od­chu­dzać, i tak je­steś szczu­pła.

Część piel­grzy­mów za­sia­da­ła przy sto­le. Po­zo­sta­li z peł­ny­mi ta­le­rza­mi szli usiąść na tra­wie. He­le­na z Hen­ry­ką usia­dły z boku, aby roz­pro­sto­wać nogi i zdjąć cią­żą­ce buty.

Ko­bie­ty wiej­skie w ko­lo­ro­wych chu­s­tecz­kach na gło­wie i prze­pa­sa­ne far­tusz­ka­mi uwi­ja­ły się jak mo­gły, aby na­kła­dać na ta­le­rze pie­czo­ne kur­cza­ki, ko­tle­ty scha­bo­we, ziem­nia­ki i róż­ne przy­staw­ki wa­rzyw­ne. Był prze­pysz­ny, zim­ny kom­pot wi­śnio­wy. Nie bra­ko­wa­ło też róż­ne­go ro­dza­ju wy­pie­ków.

– Nie uwa­żasz, He­le­no, że mamy le­piej niż w domu? Wszyst­ko go­to­we i po­da­ne do sto­łu łącz­nie z de­se­rem, bez żad­ne­go wy­sił­ku. – Hen­ry­ka wy­raź­nie ma­ru­dzi­ła. – Źle się czu­ję w sy­tu­acji, gdzie jest prze­syt.

He­le­na wsta­ła w mil­cze­niu i od­nio­sła pu­ste ta­le­rze do kuch­ni. Hen­ry­ka mia­ła już sto­py lek­ko spuch­nię­te. Po­ło­ży­ła się na mo­ment. Wte­dy zno­wu uj­rza­ła rudą dziew­czy­nę o nie­zna­nym imie­niu, któ­ra sie­dzia­ła sa­mot­nie w tra­wie i wzrok utkwio­ny mia­ła… o rany – Hen­ry­ka zła­pa­ła się za gło­wę – w kie­row­ni­ku gru­py.

– O ma­tecz­ko – wy­rwa­ło się jej. – Czyż­by He­le­na mia­ła ra­cję? Ta dziew­czy­na na pew­no pod­ko­chu­je się w na­szym bra­cie Ma­te­uszu – my­śla­ła prze­ra­żo­na. – Cie­ka­wa je­stem, jak to się wszyst­ko po­to­czy.

He­le­na wró­ci­ła, zo­ba­czy­ła sio­strę bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ną, ale nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi. Hen­ry­ka chcia­ła tę spra­wę wy­ja­śnić. Po­ka­za­ła jej wzro­kiem rudą dziew­czy­nę. He­le­na w od­po­wie­dzi za­śmia­ła się iro­nicz­nie i ski­nę­ła gło­wą, jak­by chcia­ła po­twier­dzić, że się nie my­li­ła.

– Zo­bacz, ta ruda dziew­czy­na zo­sta­wi­ła pau­li­nów i usia­dła zu­peł­nie sama, z boku. – Pró­bo­wa­ła ją bro­nić. – A ty my­śla­łaś nie wia­do­mo o czym i po­dej­rze­wa­łaś ją o Bóg wie co.

– Chy­ba się po­my­li­łam – od­po­wie­dzia­ła ci­chut­ko skru­szo­na He­le­na.

Na­gle je­den z bra­ci po­rząd­ko­wych za­trą­bił gło­śno i krzyk­nął do mi­kro­fo­nu:

– Wsta­je­my. Jak dys­cy­pli­na, to dys­cy­pli­na.

Po­wo­li for­mo­wa­ła się ko­lum­na. Znów na­stą­pi­ła zmia­na osób nio­są­cych wi­ze­run­ki i gło­śni­ki. Po ser­decz­nym po­że­gna­niu go­spo­da­rzy piel­grzy­mi wy­ru­szy­li w dal­szą dro­gę z pie­śnią na ustach. Sło­wa pie­śni mó­wi­ły o pew­nym grzesz­ni­ku, któ­ry idąc przez ży­cie, upa­dał i pod­no­sił się. Zwra­cał się do Boga, mó­wiąc, że jest ubo­gi i ręce ma pu­ste, ale pro­si, aby Bóg przy­jął jego mi­łość, taką, jaką ma w swo­im ser­cu. Jest bez­rad­nym grzesz­ni­kiem, do­pó­ki nie po­wsta­nie. Na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmiech do­pie­ro wte­dy, gdy Pan Bóg go roz­grze­szy. W koń­cu grzesz­nik ro­zu­mie, co to zna­czy ko­chać Pana. Ko­chać to zna­czy zry­wać z grze­chem.

Po krót­kiej prze­rwie prze­wod­nik za­rzą­dził wspól­ną mo­dli­twę: „Oj­cze nasz…”; „Zdro­waś Ma­ry­jo…”; „Chwa­ła Ojcu…”, za miesz­kań­ców wio­ski, któ­ra ugo­ści­ła ich kró­lew­skim obia­dem. Oby do­bry Bóg wy­słu­chał ich proś­by i miał ich w swo­jej opie­ce.

Gru­pa mi­nę­ła już wio­skę i po­wo­li znów za­ta­pia­ła się w las. Pach­nia­ło ży­wi­cą, a po­wie­trze było wy­jąt­ko­wo rześ­kie. Przez pe­wien czas pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Punk­tu­al­nie o go­dzi­nie 15.00 brat Ma­te­usz za­brał głos mó­wiąc:

– 2000 lat temu ludz­kość z utę­sk­nie­niem spo­glą­da­ła w nie­bo, ocze­ku­jąc Me­sja­sza, któ­ry po­ło­żył­by kres jej nie­do­li. Dla­te­go Bóg w swym nie­zgłę­bio­nym mi­ło­sier­dziu dał świa­tu swe­go syna. Całe ziem­skie ży­cie Je­zu­sa było mi­ło­sier­dziem: uzdra­wiał cho­rych, kar­mił głod­nych, wskrze­szał umar­łych, po­cie­szał smut­nych, na­uczał szu­ka­ją­cych praw­dy… Jed­nak szczy­tem Jego mi­ło­sier­nej mi­ło­ści do lu­dzi było od­da­nie ży­cia na krzy­żu. Z Jego prze­bi­te­go ser­ca wy­pły­nę­ły zdro­je mi­ło­sier­dzia dla świa­ta. – Cóż no­we­go? – Mógł­by się ktoś za­py­tać. Tę praw­dę sły­sze­li­śmy już tyle razy, że nie robi już na nas więk­sze­go wra­że­nia. Przez po­nad 2000 lat lu­dzie omi­ja­li owo źró­dło, nie za­uwa­ża­jąc Go zu­peł­nie. Gdy dziś cier­pią­ca zie­mia wzno­si ku nie­bu bła­ga­nie o li­tość, Bóg przy­po­mi­na jej o swo­im otwar­tym na oścież mi­ło­sier­nym ser­cu. Ob­ja­wia­jąc się sio­strze Fau­sty­nie, mówi: „Po­wiedz zbo­la­łej ludz­ko­ści, niech się przy­tu­li do mi­ło­sier­ne­go Ser­ca Mo­je­go … Nie znaj­dzie ludz­kość uko­je­nia, do­pó­ki nie zwró­ci się z uf­no­ścią do Mi­ło­sier­dzia Mo­je­go”. Po­przez Ko­ron­kę do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go mamy oka­zję pro­sić o ła­skę mi­ło­sier­dzia dla każ­de­go z nas, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo je­ste­śmy grzesz­ni i kim je­ste­śmy.

Kie­row­nik mo­dlił się z ró­żań­cem, śpie­wa­jąc: „Oj­cze Przed­wiecz­ny…”. Śpie­wem też od­po­wia­da­ła gru­pa. Ta pięk­na mo­dli­twa za­koń­czy­ła się wspól­nym, gło­śnym: „Świę­ty Boże, Świę­ty Moc­ny, Świę­ty a Nie­śmier­tel­ny, zmi­łuj się nad nami i nad ca­łym świa­tem” (3 razy).

Rozdział 5

Hen­ry­ka my­śla­ła przez chwi­lę o prze­wod­ni­ku gru­py, Ma­te­uszu, i na­praw­dę była nim za­chwy­co­na. Za­uwa­ży­ła wiel­ką hoj­ność Boga, któ­ry stwo­rzył ta­kie­go wła­śnie czło­wie­ka. W swo­im śro­do­wi­sku, wśród lu­dzi świec­kich nie spo­tka­ła ni­ko­go ta­kie­go. Był przy­stoj­ny, uro­dzi­wy, mą­dry i wy­kształ­co­ny. Na­stęp­ną za­le­tą było to, że prze­pięk­nie śpie­wał. W bia­łym ha­bi­cie wy­glą­dał prze­uro­czo. Nic więc dziw­ne­go, że mło­de dziew­czy­ny pod­ko­chi­wa­ły się w nim skry­cie. He­le­na chy­ba się nie my­li­ła. Ruda dziew­czy­na wciąż była bli­sko pau­li­na.

Za­rzą­dzo­no pół­go­dzin­ną prze­rwę. Piel­grzy­mi ze­szli na pra­wą stro­nę jezd­ni i za­nu­rzy­li się w gę­stym le­sie. Więk­szość po­szła za wła­sną po­trze­bą. Po­zo­sta­li wy­po­czy­wa­li. Zdej­mo­wa­li buty i roz­kła­da­li się wy­god­nie na mięk­kiej ściół­ce le­śnej. Las szu­miał jed­no­staj­nie, mo­no­ton­nie. Lecz czas ta­kiej sie­lan­ki szyb­ko mi­nął. Po chwi­li piel­grzy­mi znów zna­leź­li się na jezd­ni. Szli przed sie­bie wsłu­cha­ni w to, co dzia­ło się w gru­pie. Pa­łecz­kę w pro­wa­dze­niu gru­py prze­jął te­raz brat Mi­chał. Przed­sta­wił się i na sa­mym po­cząt­ku za­gad­nął na te­mat ist­nie­nia Boga.

– Wszy­scy wie­my, praw­da, że Bóg jest. Że jest tyl­ko je­den Bóg. Ten, któ­ry stwo­rzył czło­wie­ka i wszyst­ko to, co we wszech­świe­cie. Spi­sa­ne jest to do­kład­nie w Sta­rym Te­sta­men­cie, a ści­ślej w Księ­dze Ro­dza­ju. – Chwi­la ci­szy. – Świat dzi­siaj wy­raź­nie pod­wa­ża ist­nie­nie Boga – mó­wił. – Świat, od­rzu­ca­jąc Boga, chce uspra­wie­dli­wić sa­me­go sie­bie ze swe­go złe­go po­stę­po­wa­nia i chce być pa­nem sa­me­go sie­bie. – Chwi­la ci­szy. Pau­lin kon­ty­nu­ował swój wy­kład. – Ale my, jako lu­dzie wie­rzą­cy, wie­my, że jest je­den Bóg. Je­den Bóg, ale wy­stę­pu­ją­cy w trzech oso­bach: Oj­ciec, ten któ­ry ist­niał za­wsze w nie­bie, Syn Boży – Je­zus Chry­stus, któ­ry uro­dził się po­nad 2000 lat temu, oraz Duch Świę­ty, ten, któ­ry miesz­ka w każ­dym czło­wie­ku od mo­men­tu Chrztu Świę­te­go. To od czło­wie­ka za­le­ży, czy ten Duch Świę­ty bę­dzie miesz­kał w nim cały czas, czy też opu­ści go, bo czło­wiek bę­dzie grze­szył i wo­lał żyć bez Boga. Te trzy oso­by bo­skie two­rzą ze sobą współ­ist­nie­nie, jed­ną ca­łość. W związ­ku z tym Bóg jest nie­śmier­tel­ny, wszech­mo­gą­cy i wszech­wie­dzą­cy. Ist­nie­ją­cy i wszech­obec­ny. Może nie­po­ję­ty na ludz­ki ro­zum, ale zna­ny, dzię­ki ob­ja­wie­niu sa­me­go sie­bie. Dla­te­go też jest On go­dzien wiecz­nej czci, chwa­ły i służ­by ca­łe­go ludz­kie­go stwo­rze­nia. – Pau­lin zro­bił krót­ką pau­zę. – Dzię­ki temu my, jako isto­ty za­miesz­ku­ją­ce kulę ziem­ską, po­win­ni­śmy za­wsze wiel­bić Boga. Bar­dzo czę­sto nie zda­je­my so­bie spra­wy, jak wie­le Bogu za­wdzię­cza­my, jak wie­lo­ma ła­ska­mi nas ob­da­rza. Czy my­śli­my o tym, że to wła­śnie Bóg spra­wia, że ży­je­my dzię­ki Nie­mu? – Ra­czej nie. Że co­dzien­nie bu­dzi­my się do ży­cia, do co­dzien­nych obo­wiąz­ków, a po każ­dym prze­ży­tym dniu idzie­my spać? Je­że­li cho­ciaż tro­chę zda­je­my so­bie spra­wę z tego, że ży­je­my, to dzię­kuj­my Mu. Dzię­kuj­my więc Bogu za każ­dy prze­ży­ty dzień. Dzię­kuj­my za to, że od­dy­cha­my i upa­ja­my się da­ra­mi na­tu­ry. Dzię­kuj­my, że mo­że­my po­ru­szać się, uśmie­chać się do sie­bie wza­jem­nie, że wi­dzi­my się i po­ro­zu­mie­wa­my się mię­dzy sobą. Dzię­kuj­my Panu na wy­so­ko­ściach, że w na­sze ser­ca wlał mi­łość i mo­że­my się nią ob­da­ro­wy­wać. Pa­mię­taj­cie, że każ­dy z nas jest in­dy­wi­du­al­no­ścią. W związ­ku z tym, każ­dy z nas ma ty­sią­ce spraw in­dy­wi­du­al­nych i bar­dzo oso­bi­stych, któ­ry­mi może uwiel­biać Boga. Pro­sił­bym te­raz, aby­ście ko­cha­ne sio­stry i bra­cia po­da­wa­li so­bie mi­kro­fon z rąk do rąk i swo­bod­nie mó­wi­li, za co chce­cie uwiel­biać Boga. Za­chę­cam wszyst­kich do otwo­rze­nia się. Na­praw­dę za­chę­cam wszyst­kich – po­wie­dział na za­koń­cze­nie, uśmie­cha­jąc się ser­decz­nie. – Nie krę­puj­cie się.

Roz­brzmia­ła pieśń pt. Uwiel­bie­nie, któ­ra wpro­wa­dzi­ła wszyst­kich w ten stan wła­śnie. Piel­grzy­mi tą prze­pięk­ną pie­śnią dzię­ko­wa­li za dar mi­ło­ści, za wol­ność oso­bi­stą, za praw­dę, za skarb wia­ry, dzię­ki któ­rym ży­cie na zie­mi sta­je się lep­sze, war­to­ściow­sze i pro­wa­dzi do zba­wie­nia.

– Chwal­my więc Pana Boga i dzię­kuj­my Mu, że mo­że­my iść ra­zem do Czę­sto­cho­wy, jako szczę­śli­wa, zwar­ta gru­pa – po­wie­dział ra­do­śnie kle­ryk Pa­weł, a gdy uci­chły okla­ski, do­dał: – Uwiel­biaj­my Pana za ten las, któ­ry mi­ja­my, za tych wspa­nia­łych lu­dzi, któ­rzy idą obok nas, i za to słoń­ce, któ­re świe­ci.

Ja­kaś pąt­nicz­ka po­wie­dzia­ła:

– Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za to, że mogę iść do Mat­ki Bo­żej i za to, że mam dzie­ci. Dzię­ki To­bie je­stem szczę­śli­wa.

Na­stęp­nie mi­kro­fon swo­bod­nie już prze­cho­dził z rąk do rąk i roz­brzmie­wa­ły się uwiel­bie­nia:

– Wiel­bię Cię, Boże, za żonę, któ­rą mi prze­zna­czy­łeś w piel­grzym­ce ziem­skiej, i za dzie­ci, któ­ry­mi mnie ob­da­ro­wa­ła.

– Wiel­bię Cię, Pa­nie Jezu, za to, że je­stem trzeź­wy, i je­stem tu­taj na piel­grzym­ce.

– Wiel­bię Cię, Boże, za to, że mam pra­cę i ro­dzi­nę.

– Uwiel­biaj­my Boga po­przez dziew­czę­ta z na­sze­go chó­ru, któ­re przy­czy­nia­ją się do tego, że za­po­mi­na­my o bólu nóg i przez to mo­że­my iść przed sie­bie.

– Uwiel­biaj­my Boga po­przez dzie­ci, któ­re idą z nami.

– Wiel­bię Cię, Boże, za to, że je­stem na wóz­ku in­wa­lidz­kim i mimo to mogę uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce na Ja­sną Górę.

– Wiel­bię Cię, Boże, za oso­by, dzię­ki któ­rym mo­głam pójść na piel­grzym­kę.

– Uwiel­biaj­my Pana Boga za to, że dał nam wspa­nia­łe­go prze­wod­ni­ka bra­ta Ma­te­usza.

– Uwiel­biam Cię, Boże, za to, że mogę nieść krzyż Twój na swo­ich ra­mio­nach po­przez ziem­skie ży­cie. Będę szczę­śli­wa, je­śli przy­czy­ni się on do czy­je­goś zba­wie­nia.

– Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za przy­ja­ciół, któ­rych po­sta­wi­łeś na mo­jej ścież­ce ży­cia.

– Chcę Cię uwiel­biać, Boże, za cho­ro­bę, któ­rą mi da­łeś i z któ­rą mu­szę żyć.

– Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za mo­ich ro­dzi­ców, dzię­ki któ­rym żyję.

– Uwiel­biam Cię, Pa­nie Jezu, za to, że stu­diu­ję.

– Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, że ob­da­rzasz mnie wszel­ki­mi ła­ska­mi.

– Uwiel­biam Cię, Boże, za to, że je­steś dla mnie do­bry i mi­ło­sier­ny.

– Uwiel­biaj­my Boga za na­szych bra­ci po­rząd­ko­wych, któ­rzy dba­ją o na­sze bez­pie­czeń­stwo na jezd­niach.

W gru­pie wy­two­rzy­ła się ra­do­sna, przy­ja­zna at­mos­fe­ra. Tyl­ko echo, gdzieś w od­da­li, wciąż po­wta­rza­ło: wiel­bię Cię, Boże, wiel­bię Cię, Boże, wiel­bię Cię… i po­wo­li ci­chło.

W dal­szej czę­ści mar­szu piel­grzy­mi śpie­wa­li pieśń o tym, aby Pan Bóg bło­go­sła­wił ich pra­gnie­niom, za­mia­rom i aby ży­cie ich nie było wy­peł­nio­ne ni­co­ścią, ale Ewan­ge­lią. „Niech wiel­bi Pana zie­mia cała, niech wiel­bią Pana lu­dzie nowi”. Słoń­ce było jesz­cze wy­so­ko na nie­bie, gdy zbli­ża­li się do koń­ca wę­dro­wa­nia tego dnia. Na miej­sce po­sto­ju wy­zna­czo­na była duża łąka przy­dzie­lo­na na pole na­mio­to­we. Stał już tam sa­mo­chód cię­ża­ro­wy z ba­ga­ża­mi. Brat Mi­chał za­pra­szał chęt­nych na ko­la­cję do kuch­ni po­lo­wej.

– Kto ma na­miot, ten nie ma pro­ble­mu z noc­le­giem – mó­wił pau­lin. – Je­śli zaś ktoś z was nie ma na­mio­tu, to może ko­rzy­stać z go­ścin­no­ści tu­tej­szych go­spo­da­rzy za­rów­no na kwa­te­rach, jak w sto­do­łach. Przy­po­mi­nam, że na polu na­mio­to­wym po­słu­gu­je­my się tyl­ko i wy­łącz­nie la­tar­ka­mi. Nie moż­na uży­wać ognia pod żad­nym po­zo­rem. O go­dzi­nie 22.00 obo­wią­zu­je ci­sza noc­na. Przy­po­mi­nam rów­nież, że sio­stry nie mogą spać ra­zem z brać­mi ani w na­mio­tach, ani w sto­do­łach. Za­pra­szam wszyst­kich bar­dzo ser­decz­nie na go­dzi­nę 19.00 na pa­so­wa­nie na piel­grzy­ma, a o 21.00 na Apel Ja­sno­gór­ski.