Kroniki Żaru. Miasto żaru - Jeanne DuPrau - ebook

Kroniki Żaru. Miasto żaru ebook

Jeanne DuPrau

5,0
32,90 zł

lub
Opis

Wspaniała opowieść o dwójce przyjaciół, która za wszelką cenę pragnie ocalić upadające miasto.

Żar to podziemne miasto o jednym przeznaczeniu - ocalić ludzkość. I spełniło swoją rolę, ale dwa stulecia później niezawodne dotychczas systemy zaczynają szwankować. Lina, młoda dziewczyna nieszczęśliwa ze swojego przydziału do pracy, odkrywa starożytny przekaz, który może ocalić miasto. Tylko czy zdąży, nim zgaśnie ostatnia żarówka w Żarze i ludzkość pochłonie mrok?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 268

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Jeanne DuPrau Miasto żaru. Kroniki Żaru tom 1 ISBN Text copyright © 2003 by Jeanne DuPrau Permission for this edition was arranged through the Gallt and Zacker Literary Agency LLC Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2019Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadząca Marta Ziegler Redakcja Maria Kąkol Projekt typograficzny i łamanieJarosław Szumski Ilustracja na okładce Paul Sullivan Projekt typografii i aranżacji okładki Tobiasz Zysk Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125 faks 61 852 63 26www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.
Chciałabym podziękować moim przyjaciółkom i przyjaciołom, którzy czytali manuskrypt tej powieści i udzielali pożytecznych uwag na jego temat: Susie Mader, Patrickowi Daly’emu, Andrew Ramerowi, Charlotte Muse, Sarze Jenkins, Mary Dederer i Patowi Carrowi. Dziękuję mojej agentce, Nancy Gallt, która rzuciła światło na Miasto żaru, i redaktorowi, Jimowi Thomasowi, który sprawił, że książka ta istnieje teraz w najlepszej możliwej formie. Wyrazy miłości i podziękowania składam również mojej matce, pierwszej i niedoścignionej nauczycielce pisania.

Instrukcje

Wkrótce po ukończeniu budowy miasta Żar, ale jeszcze przed jego zasiedleniem, główny budowniczy usiadł ze swoim asystentem — obaj bardzo zmęczeni — by porozmawiać o przyszłości.

— Ludzie nie będą mogli opuścić miasta przez co najmniej dwieście lat — stwierdził główny budowniczy. — A może nawet przez dwieście dwadzieścia.

— Czy to aby na pewno wystarczy? — pragnął wiedzieć asystent.

— Powinno. Ale nie możemy być pewni.

— A kiedy nadejdzie już pora — powiedział asystent — skąd będą wiedzieli, co mają robić?

— Zapewnimy im odpowiednie instrukcje, ma się rozumieć — odrzekł główny budowniczy.

— Ale kto się zajmie instrukcjami? Komu możemy zaufać, że będą u niego bezpieczne przez cały ten czas?

— To robota dla pani burmistrz — stwierdził główny budowniczy. — Złożymy instrukcje do pudełka z zamkiem ustawionym tak, by otworzyło się o właściwej porze.

— I powiemy jej, co jest w tym pudle? — dopytywał asystent.

— Nie, będzie wiedziała jedynie, że zawiera ono informacje, których ona i obywatele miasta nie będą potrzebowali do czasu, aż samo się otworzy.

— A więc musimy mieć nadzieję, że pani burmistrz przekaże je swojemu następcy, ten z kolei osobie wybranej po nim i tak dalej całymi latami, a wszyscy będą dochowywać tajemnicy?

— Widzisz jakieś lepsze wyjście? — zapytał główny budowniczy. — Nie mamy żadnej gwarancji, że to się powiedzie. Być może w mieście nie będzie już do tego czasu żywej duszy albo też po prostu nie będzie dokąd wracać.

A zatem przekazano pudełko pierwszej pani burmistrz Żaru i polecono jej chronić go jak oka w głowie, a także przysiąc, że zachowa fakt jego istnienia w tajemnicy. Kiedy się zestarzała i dobiegał koniec jej służby na tym stanowisku, wyjaśniła swojemu następcy, co należy z nim zrobić. On również dochował sekretu, podobnie jak kolejny burmistrz. Przez wiele lat wszystko szło wedle planu. Jednak siódmy burmistrz Żaru nie był tak honorowy jak jego poprzednicy i poprzedniczki, był za to bardziej zdesperowany. Chorował — podobnie jak wielu obywateli miasta męczył go przewlekły kaszel — i sądził, że pudło może zawierać jakąś tajemnicę, która uratuje mu życie. Wyjął je ze skrytki z piwnicy pod Salą Zgromadzeń i zaniósł do domu, gdzie potraktował je młotkiem.

Był już słabowity, dlatego udało mu się jedynie wygiąć odrobinę wieczko; a zanim udało mu się odnieść pudełko z powrotem do kryjówki albo opowiedzieć o nim swojemu następcy — zmarł. Z tej przyczyny pudełko wylądowało w głębi szafy, upchnięte między stare pakunki i zawiniątka. Przeleżało tam niezauważone przez wiele lat, aż wreszcie nadszedł jego czas i zamek otworzył się z cichym kliknięciem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Dzień Przydziału

W Żarze niebo zawsze było ciemne. Jedyne światło dobiegało z istnego roju żarówek wkręconych w ściany budynków i na szczyty słupów stojących pośrodku większych placów. Po włączeniu żarówki oblewały okoliczne ulice żółtawym blaskiem, a poruszający się ludzie rzucali za sobą cienie, które to się wydłużały, to się skracały. Kiedy zaś światła gasły, a działo się tak pomiędzy dziewiątą wieczorem a szóstą rano, miasto pogrążało się w takiej ciemności, że chodzący po nim ludzie równie dobrze mogliby nosić opaski na oczach.

Niekiedy ciemność zapadała w środku dnia. Żar miał już swoje lata i wszystko, co znajdowało się na jego terenie, wymagało naprawy. Dotyczyło to, rzecz jasna, także linii energetycznych — dlatego raz po raz dochodziło do spięć, w wyniku których światło gasło. Dla mieszkańców Żaru były to straszliwe chwile. Zatrzymywali się na środku ulicy albo zastygali w pół gestu we własnych domach, nie chcąc poruszać się w zupełnych ciemnościach. Uświadamiali sobie w takich chwilach coś, o czym woleliby nie myśleć — mianowicie to, że któregoś dnia światła całego miasta mogą zgasnąć i już nigdy nie zapalić się z powrotem.

Jednak zazwyczaj życie płynęło bez zmian. Dorośli wykonywali swoją pracę, a młodsi do dwunastego roku życia uczęszczali do szkoły. Podczas ostatniego dnia finalnego roku nauki, zwanego Dniem Przydziału, przypisywano ich do odpowiednich profesji.

Przyszli absolwenci szkoły zajmowali pokój numer 8 w Szkole Żaru. Podczas Dnia Przydziału w 241 roku w tej zwykle hałaśliwej od samego rana klasie zapadła zupełna cisza. Cała klasa — dwadzieścioro czworo uczniów i uczennic — siedziała wyprostowana przy biurkach, od dawna już za małych dla kogokolwiek z tej grupy. Wszyscy czekali na dalszy rozwój wypadków.  

Biurka ustawiono w cztery rzędy, jedno za drugim; w każdym rzędzie było sześć miejsc, dla sześciu osób. W ostatnim rzędzie siedziała szczupła dziewczyna, Lina Mayfleet. Owijała na palcu kosmyk długich, ciemnych włosów, po czym rozwijała go, owijała go raz jeszcze — i tak w kółko. Niekiedy wyciągała nitkę ze swojej poszarpanej peleryny albo schylała się, by podciągnąć skarpety, które zjeżdżały jej do samych kostek. Stopą delikatnie uderzała w podłogę.  

Z kolei w drugim rzędzie siedział chłopiec, który nazywał się Doon Harrow. Ramiona miał zgarbione, oczy zmrużone i skoncentrowane, a dłonie ciasno założone. Był rozczochrany i wyglądał, jakby nie czesał się od wielu tygodni. Miał ciemne, krzaczaste brwi i przy odrobinie dobrej woli mógł uchodzić za bardzo poważnego; gdy był zły albo zniecierpliwiony, na jego czole pojawiała się długa zmarszczka. Jego sztruksowa kurtka, w kolorze brązowym, była tak stara, że miała spłaszczone zgrubienia w miejscach szwów.

Zarówno dziewczynka, jak i chłopiec snuli marzenia, które chcieli jak najszybciej spełnić. Życzenie Doona było dość niecodzienne. Powtarzał je w nieskończoność niemo poruszającymi się wargami, jak gdyby powtórzenie czegoś tysiące razy mogło sprawić, że stanie się to prawdą. Z kolei pragnienie Liny miało charakter raczej wizualny i wolała je sobie wyobrażać, zamiast ubierać je w słowa. Oczyma wyobraźni oglądała mianowicie, jak biega ulicami miasta w czerwonej kurtce. Bardzo często dokładała starań, by wizja ta była tak wyraźna, jak to tylko możliwe.

Dziewczyna uniosła wzrok i rozejrzała się po klasie. Pożegnała się bez słów ze wszystkim, co od tak dawna było jej bliskie. Z mapą Żaru w pokrytej szramami drewnianej ramie i z gablotą, na której półkach stały Księga numerów, Księga liter oraz Kronika Żaru. Żegnała szuflady gabloty oznaczone napisami „nowy papier” i „stary papier”. Pożegnała trzy elektryczne lampy na suficie, które chyba niezależnie od tego, w którym miejscu usiadłeś, rzucały na kartkę, na której akurat pisałeś, cień w kształcie głowy. Żegnała się również z nauczycielką, panną Thorn, która dokończyła właśnie swoje przemówienie z okazji Ostatniego Dnia Szkoły i życzyła im szczęśliwego życia, które, jak twierdziła, właśnie zaczęło się dla nich na dobre. Nauczycielce powoli kończyły się pomysły na to, co jeszcze powinna w takiej chwili powiedzieć, i stała tak obok biurka w swojej postrzępionej chuście owiniętej wokół ramion. Gość honorowy, czyli burmistrz, nadal się nie pojawił.

Czyjaś stopa zaszurała po podłodze. Panna Thorn westchnęła. Po chwili drzwi otwarły się z łoskotem i do środka wszedł burmistrz. Wyglądał na poirytowanego — jakby spóźnili się ci, do których przyszedł.

— Witamy, burmistrzu Cole — zaczęła panna Thorn. Wyciągnęła dłoń w jego stronę.

Mężczyzna rozciągnął usta w uśmiechu.

— Panno Thorn — powiedział, ściskając jej dłoń. — Uszanowanie. Za nami jeszcze jeden rok. — Był to spory, przysadzisty mężczyzna, obszerny szczególnie w środkowych partiach, przez co jego ręce wyglądały niczym zwisające maleństwa. W jednej z nich trzymał małą, płócienną torbę.

Poczłapał na środek klasy i stanął przodem do uczniów. Jego szara, obwisła twarz wyglądała, jakby zrobiono ją z materiału sztywniejszego od przeciętnej skóry. Miał tak ubogą mimikę, że na jego twarzy rzadko kiedy było widać jakiekolwiek emocje, za wyjątkiem tego właśnie uśmiechu.

— Droga młodzieży z Ostatniej Klasy — zaczął burmistrz. Zrobił przerwę i powiódł spojrzeniem po całej klasie. Jego oczy sprawiały wrażenie, jakby patrzyły na nich z bardzo daleka. Skinął powoli głową. — Mamy dziś Dzień Przydziału, nieprawdaż? Tak. Najpierw trzeba się wyedukować. A potem służyć naszemu miastu. — Jego oczy ponownie przesunęły się w tę i z powrotem po rzędach uczniów i jeszcze raz pokiwał głową, tak jakby ktoś przyznał mu właśnie rację. Postawił małą torbę na biurku panny Thorn i położył na niej dłoń. — Co to może być za rodzaj służby, hę? Być może niektórzy z was się nad tym teraz zastanawiają. — Uśmiechnął się ponownie, a jego grube policzki zmarszczyły się niczym zasłony.

Dłonie Liny były zimne. Owinęła się peleryną i wsunęła je między kolana. — Proszę, niech się pan burmistrz pospieszy — wyszeptała w myślach. — Proszę pozwolić nam wybrać i niech to się już skończy. Doon pomyślał dokładnie to samo, z tym że on nie zamierzał prosić.

— Należy pamiętać o kilku sprawach — stwierdził burmistrz, unosząc palec. — Zostaniecie przypisani do pracy, którą dzisiaj wylosujecie, na trzy lata. Potem przeprowadzimy Kontrolę. Będziecie swoją pracę dobrze wykonywali? Wtedy pozwolimy ją wam zatrzymać. A jeżeli wyniki będą rozczarowujące? Albo jeśli będzie potrzeba więcej sił przerobowych przy innym zajęciu? Wtedy zostaniecie przydzieleni do innej pracy. To sprawa najwyższej wagi — dodał, dźgając powietrze palcem skierowanym w stronę uczniów — żeby cała… praca… potrzebna Żarowi… została wykonana. I to porządnie.

Uniósł torbę i rozwiązał sznurek, którym ją związano.

— A zatem. Możemy zaczynać. Procedura jest dość prosta. Podchodzicie do mnie pojedynczo. Każdy, kto podejdzie, wkłada rękę do tej torby. Wyciąga jeden papierek. I czyta na głos. — Uśmiechnął się i ukłonił się lekko. Skóra pod jego podbródkiem nadęła się i oklapła z powrotem. — Kto zechce zacząć?

Nikt się nie poruszył. Lina wpatrywała się w blat biurka. Nastąpiła długa cisza. Po chwili Lizzie Bisco, jedna z najlepszych koleżanek Liny, zerwała się na równe nogi.

— Chętnie będę pierwsza — rzuciła swoim wysokim głosem.

— W porządku. Podejdź.

Lizzie podeszła do burmistrza. Jej pomarańczowe włosy sprawiały, że wyglądała przy nim niczym iskierka.

— A teraz wybieraj. — Burmistrz wyciągnął w jej stronę torbę, trzymaną w jednej dłoni; drugą rękę schował za siebie, jak gdyby chciał w ten sposób pokazać, że nie zamierza wtrącać się w proces wyboru.

Lizzie sięgnęła do worka i wyciągnęła skrzętnie złożony papierowy kwadracik. Rozwinęła go ostrożnie. Lina nie była w stanie dojrzeć wyrazu twarzy Lizzie, ale słyszała w jej głosie rozczarowanie, kiedy ta przeczytała na głos:

— Ekspedient w składnicy towarów.

— Bardzo dobrze — stwierdził burmistrz. — Ważne zajęcie.

Lizzie poczłapała z powrotem do ławki. Lina uśmiechnęła się do niej, ale ta w odpowiedzi zrobiła jedynie skwaszoną minę. Robota ekspedienta w składnicy towarów nie była zła, była za to nudna. Tacy ekspedienci przesiadywali godzinami za długą ladą, przyjmując zamówienia od właścicieli działających w Żarze sklepów, po czym posyłali na dół kurierów, by przywieźli z obszernych magazynów pod ulicami Żaru na górę to, co akurat było potrzebne. Magazyny te zawierały zapasy różnego asortymentu — konserwy z jedzeniem, ubrania, meble, koce, żarówki, lekarstwa, garnki i patelnie, ryzy papieru, mydło i jeszcze trochę żarówek — czyli wszystko, czego mogli potrzebować obywatele Żaru. Ekspedienci siedzieli całymi dniami ze swoimi księgami i rejestrowali zamówienia na wydawane dobra. Lizzie zaś nie lubiła siedzieć w miejscu. Pasowałaby bardziej do innej pracy, Lina widziała ją raczej na stanowisku posłańca, choć takiej pracy najbardziej chciała też dla siebie. Posłańcy uganiali się przez cały dzień po mieście i docierali we wszystkie jego zakamarki, dzięki czemu widzieli wszystko.

— Następny — powiedział burmistrz.

Tym razem jednocześnie zerwały się dwie osoby, Orly Gordon i Chet Noam. Orly jednak szybko usiadła z powrotem na miejsce i do burmistrza podszedł Chet.

— Wybieraj, młodzieńcze — rzekł burmistrz.

Chet usłuchał, po czym rozwinął swój zwitek papieru.

— Pomocnik elektryka — przeczytał, po czym na jego szeroką twarz wstąpił szeroki uśmiech. Lina usłyszała, jak ktoś nabiera powietrza. Obróciła się za siebie i zobaczyła, że Doon zasłania usta dłonią.

Każdego roku zakres przydzielanych zawodów był owiany tajemnicą. Niekiedy w danym roku zdarzało się kilka dobrych stanowisk, jak pomocnik w szklarni, asystent opiekuna czasu albo posłaniec, i wtedy brakowało kiepskich prac. Innym razem z kolei można było liczyć jedynie na zawód pracownika Rurociągu, zajęcie w sortowni śmieci albo fuchę przy zdrapywaniu pleśni — ale zawsze gdzieś w tej puli znajdowało się jedno czy dwa stanowiska pomocnika elektryka. Naprawianie układów elektrycznych było najważniejszym zajęciem w Żarze i właśnie temu zajęciu oddawało się więcej ludzi niż jakiemukolwiek innemu.

Następna była Orly Gordon. Dostało jej się stanowisko asystentki przy pracach naprawczych infrastruktury, co było dla niej dobrą pracą. Orly była silną dziewczyną i lubiła ciężką pracę. Z kolei Vindie Chance miała pomagać w szklarni. Wracając na swoje miejsce, posłała Linie szeroki uśmiech. — Będzie mogła pracować z Clary — pomyślała Lina. — Szczęściara. Jak do tej pory nikomu nie dostał się żaden kiepski zawód. Być może w tym roku czekają ich same dobre.

Myśl ta dodała jej odwagi. Poza tym napięcie sprawiało już, że rozbolał ją brzuch. Dlatego kiedy tylko Vindie usiadła — jeszcze zanim burmistrz zdążył wywołać kolejną osobę — wstała z miejsca i wyszła przed resztę klasy.

Nieduża torba uszyta była z wyblakłego, zielonego materiału i związana u góry czarnym sznurkiem. Lina zawahała się przez chwilę, po czym włożyła do środka dłoń i poszukała palcami pośród kawałków papieru. Wybierając, czuła się, jakby robiła krok przed siebie na krawędzi wysokiego budynku.

Rozwinęła wybrany zwitek. Słowa napisano czarnym tuszem, druk był mały i starannie odbity. Litery układały się w słowa „Pracownik Rurociągu”. Wpatrywała się w nie bez słowa.

— Proszę na głos — ponaglił burmistrz.

— Pracownik Rurociągu — wyrzuciła z siebie zduszonym szeptem.

— Głośniej — burmistrz nalegał.

— Pracownik Rurociągu — powtórzyła Lina głośnym, acz łamiącym się głosem. Po klasie poniosło się współczujące westchnienie. Wróciła do ławki ze wzrokiem wbitym w ziemię i usiadła.

Pracownicy Rurociągu pracowali pod powierzchnią sklepów, głęboko w labiryncie tuneli, w których mieściły się zapasy wody Żaru i cała kanalizacja. Ich głównym zajęciem było uszczelnianie i wymiana złączy rur. Była to wilgotna i zimna robota, chwilami wręcz niebezpieczna. Przez Rurociąg biegł wartki podziemny strumień, do którego raz po raz ktoś wpadał i nigdy już z niego nie wychodził. Czasami ludzie gubili się także w tunelach, jeśli zawędrowali za daleko.

Lina wpatrywała się żałośnie w literę B, którą dawno temu ktoś wydrapał na blacie jej ławki. Prawie wszystko byłoby lepsze od żywota pracownicy Rurociągu. Stanowisko pomocnicy w szklarni było u niej na drugim miejscu najlepszych zawodów. Wyobrażała sobie z utęsknieniem ciepłą ziemię i jej zapach w szklarni, gdzie mogłaby pracować z Clary, kierowniczką szklarni, którą znała przez całe swoje życie. Nie miałaby też nic przeciwko pracy asystentki lekarza — pracy, w której radziłaby sobie z różnymi rozcięciami i złamaniami. Wolałaby nawet zamiatać ulicę albo ciągnąć wózki z towarami. Wtedy przynajmniej mogłaby zostać na powierzchni ziemi, gdzie wokół jest dużo przestrzeni i ludzi. Sądziła, że zejście do Rurociągu w dużej mierze przypomina zakopanie kogoś żywcem.

Reszta uczniów, jeden po drugim, wybrała swoje profesje. Nikt inny nie dostał tak pożałowania godnego zadania jak ona. Wreszcie ostatnia osoba wstała z krzesła i wyszła na środek.

Był to Doon. Zmarszczył swoje ciemne brwi w skupieniu. Lina zwróciła uwagę, że dłonie zacisnął po bokach ciała w pięści.

Doon sięgnął do torby i wyciągnął ostatni zwitek papieru. Przez chwilę stał bez ruchu i ściskał go mocno w dłoni.

— No dalej — ponaglił burmistrz. — Przeczytaj, co tam masz.

Doon rozwinął papierek i przeczytał:

— Posłaniec.

Na jego twarzy wykwitł grymas niezadowolenia, po czym chłopiec pogniótł kawałek papieru i rzucił go na podłogę.

Lina wydała z siebie zduszony krzyk. Po klasie poniósł się szmer zaskoczenia. Dlaczego ktoś miałby nie chcieć zostać posłańcem?

— Co za naganne zachowanie! — krzyknął burmistrz. Oczy prawie wyszły mu na wierzch, a twarz wyraźnie pociemniała. — Natychmiast wracaj na miejsce!

Doon kopnął zwitek papieru w róg pomieszczenia. Następnie podszedł do swojego krzesła i opadł na nie gwałtownie.

Burmistrz westchnął krótko i gniewnie zamrugał.

— Co za wstyd — powiedział, patrząc w kierunku Doona. — Dziecinna pokazówka! Uczniowie powinni się cieszyć z pracy na rzecz miasta. Żar będzie miał się dobrze, jeśli tylko… jego obywatele… dadzą… z siebie… wszystko. — Mówiąc te słowa, trzymał uniesiony palec i przesuwał spojrzenie od twarzy do twarzy.

Nagle Doon się odezwał.

— Ale Żar nie ma się dobrze! — krzyknął. — Wszystko po kolei bierze w łeb!

— Zamilcz! — wrzasnął burmistrz.

— Zaniki światła! — odkrzyknął Doon. Poderwał się z miejsca. — Teraz już co chwila robi się ciemno! Do tego dochodzą ciągłe braki, a brakuje wszystkiego! Jeśli nikt z tym nic nie zrobi, wreszcie stanie się coś złego!

Lina słuchała jego słów z bijącym sercem. Co było z tym chłopakiem nie tak? Dlaczego się tak złościł? Jak zawsze brał wszystko zbyt poważnie.

Panna Thorn podeszła do Doona i położyła dłoń na jego ramieniu.

— Usiądź już — poprosiła cicho. Ale Doon nadal stał wyprostowany.

Burmistrz spiorunował go spojrzeniem. Przez kilka chwil nawet się nie odzywał. Następnie uśmiechnął się, ukazując równy rząd szarych zębów.

— Panno Thorn — zaczął. — Kim jest ten młody człowiek?

— Nazywam się Doon Harrow — odrzekł Doon.

— Zapamiętam twoją twarz — obiecał burmistrz. Posłał Doonowi przeciągłe spojrzenie, po czym zwrócił się do reszty klasy i przybrał na powrót swój charakterystyczny uśmiech.

— Gratuluję wam wszystkim — powiedział. — I witam was w szeregach siły roboczej Żaru. Panno Thorn, uczniowie — żegnam się z wami. I dziękuję za uwagę.

Następnie burmistrz uścisnął dłoń panny Thorn i wyszedł. Uczniowie zabrali swoje kurtki i czapki, a następnie opuścili klasę. Lina szła Szerokim Korytarzem z Lizzie, która wciąż narzekała:

— Biedactwo! A już myślałam, że to ja miałam pecha, no ale ty przebiłaś wszystkich. Serio, w porównaniu z tobą jestem szczęściarą. — Kiedy już wyszły, Lizzie pożegnała się i szybko udała się w swoją stronę, jakby pech Liny był zaraźliwy i mógł na nią przeskoczyć.

Lina stała przez chwilę na stopniach i patrzyła na plac Harken, przez który ludzie przechodzili dziarsko, owinięci szczelnie w płaszcze i szaliki albo rozmawiali ze sobą, stojąc w snopach światła pod wielkimi ulicznymi latarniami. Jakiś chłopiec w czerwonej kurtce posłańca biegł w stronę Sali Zgromadzeń. Na ulicy Otterwill mężczyzna ciągnął wózek obłożony workami z ziemniakami. W budynkach wokół całego placu rzędy okien lśniły jasną żółcią i intensywnym złotem.

Lina westchnęła. Właśnie tutaj chciała pracować, na górze, gdzie tętniło życie, a nie pod ziemią.

Ktoś dotknął jej ramienia. Podskoczyła jak poparzona; odwróciła się i dostrzegła stojącego za nią Doona. Jego szczupła twarz była teraz bardzo blada.

— Zamienisz się ze mną? — zapytał.

— Na co miałabym się zamienić?

— Na stanowiska pracy. Nie chcę marnować czasu jako posłaniec. Wolę pomóc ratować miasto, a nie zajmować się przekazywaniem jakichś plotek.

Lina rozdziawiła usta.

— Wolałbyś siedzieć w Rurociągu?

— Najbardziej chciałem zostać pomocnikiem elektryka — stwierdził Doon. — Ale Chet się ze mną oczywiście nie zamieni. Rurociąg to, moim zdaniem, drugi najlepszy wybór.

— Ale dlaczego?

— Bo właśnie tam mieści się generator — wyjaśnił Doon.

Lina wiedziała, rzecz jasna, o generatorze. W tajemniczy sposób urządzenie to wykorzystywało strumień rzeki i przerabiało go na energię dla miasta. Stojąc na placu Plummer, można było poczuć jego silny turkot.

— Muszę zobaczyć ten generator — powiedział Doon. — Wydaje mi się… Sądzę, że mam pomysł co do jego działania. — Wcisnął dłonie w kieszenie. — To co — podjął — zamienisz się ze mną?

— Tak! — zawołała Lina. — Najbardziej chciałam zostać właśnie posłańcem! — Nie uważała również, żeby był to bezużyteczny zawód. Ludzie nie zawsze mogli przedzierać się przez całe miasto, ilekroć chcieli zawiadomić kogoś w jakiejś sprawie. Posłańcy stanowili żywe połączenie między ludźmi. W każdym razie, niezależnie od tego, jakiej wagi był to zawód, Linie wydawało się, że profesja posłańca jest idealna. Uwielbiała biegać, mogła to robić bez końca. Poza tym kochała odkrywać różne zakamarki miasta, a właśnie tym trudnili się posłańcy.

— No i dobrze — rzekł Doon. Podał dziewczynie złożony skrawek papieru, który musiał wcześniej podnieść z podłogi. Lina sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła swój zwitek i podała go chłopakowi.

— Dziękuję — powiedział.

— Nie ma za co — odrzekła Lina. Poczuła wszechogarniające szczęście, a to zawsze sprawiało, że nabierała ochoty na przebieżkę. Przeskoczyła po trzy stopnie w dół i popędziła wzdłuż ulicy Szerokiej w stronę domu.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki