Wydawca: Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 359 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroniki. Tom I - Bob Dylan

Z posłowiem Andrzeja Stasiuka

Kiedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zaczynał swoją przygodę, amerykańska scena muzyczna była dosyć monotonna. Popularne stacje radiowe nadawały piosenki łatwe i przyjemne. Słuchacze dopiero czekali na rewolucję, nową energię i nowe życie. Dylan nie chciał być rewolucjonistą, ale i nie wpisywał się w promowany przez radio nurt muzyki popularnej. Robił swoje, nie przejmując się, że – jak mu się zdawało – nie ma szans na komercyjny sukces. Muzykę folkową uważano wtedy za coś gorszego: trochę prostacka, trochę wstydliwa. Ale Dylan chciał ją grać – i żeby grać, porzucił dom, rodzinę i wyruszył do Nowego Jorku – miasta legendy i mekki artystów.

Kroniki to zapis pierwszych muzycznych doświadczeń i niezwykłych spotkań, które zapoczątkowały karierę jednego z najważniejszych artystów XX wieku.

Fotosynteza byłaby niemożliwa bez chlorofilu. Bez fotosyntezy nie mielibyśmy tlenu. Bez chlorofilu pod nazwą „Bob Dylan” nie do pomyślenia jest muzyka, która śpiewa O CZYMŚ – tlen dla ludzi wrażliwych. A najbardziej niezwykłe, że jego pojawienia się nie wymusiła żadna logika dziejowa. Niewytłumaczalnie zstąpił z zadupia w Minnesocie, czasy się zmieniły i już kto inny stał na wieży strażniczej. Wielu z nas do dziś słucha jego starego, mądrego głosu. Ale można go także poczytać. Z Kronik dowiadujemy się, skąd naprawdę do nas przyszedł.

Filip Łobodziński

Słucham go od tamtej pory, od 1976 roku. Żaden inny muzyk nie towarzyszy mi tak długo. Kupuję płyty w sklepie. Jestem staroświecki. Wyobrażam sobie, że pomagam mu utrzymywać byłe żony, kobiety, dzieci, wnuki, posiadłości, że dzięki mnie ma spokojniejszą starość. Zgrywam płyty do odtwarzacza w samochodzie i słucham podczas długich, samotnych tras. Słucham, jak jego głos matowieje, traci dźwięczność, lecz nie traci siły.

Andrzej Stasiuk, fragment Posłowia

Opinie o ebooku Kroniki. Tom I - Bob Dylan

Fragment ebooka Kroniki. Tom I - Bob Dylan

W Serii Amerykańskiej ukażą się m.in.:

William S. Burroughs, Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Już w księgarniach:

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci Jack Kerouac, Allen Ginsberg Listy Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki Johnny Cash Cash. Autobiografia Allen Ginsberg Listy

BOB DYLAN

KRONIKI

Tom pierwszy Z posłowiem Andrzeja Stasiuka

Przełożył Marcin Szuster

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Chronicles: Volume 1

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © Bettmann / Corbis / Fotochannels

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Original English language edition

Copyright © by Bob Dylan, 2004

All rights reserved

Excerpt from Scratch by Archibald MacLeish.

Copyright © 1971 by Archibald MacLeish, renewed 1999 by William MacLeish. Reprinted permission of Houghton Mifflin Company.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2014

Copyright © for the Polish translation by Marcin Szuster, 2014

Copyright © for Dylan by Andrzej Stasiuk, 2014

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Anna Strożek / d2d.pl i Magdalena Mrożek / d2d.pl

Skład Zuzanna Szatanik / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-879-6

1. ODCISNĄĆ SWÓJ ŚLAD

Lou Levy, szef firmy publishingowej Leeds Music, zabrał mnie taksówką do Pythian Temple przy Siedemdziesiątej Zachodniej, żeby pokazać mi maleńkie studio, w którym Bill Haley and His Comets nagrali Rock Around the Clock, a potem do restauracji Jacka Dempseya u zbiegu Pięćdziesiątej Ósmej i Broadwayu, gdzie usiedliśmy w obitym czerwoną skórą boksie naprzeciwko okna.

Lou przedstawił mnie Dempseyowi, wielkiemu bokserowi. Ten pogroził mi pięścią.

– Jesteś za drobny na wagę ciężką, musisz nabrać masy. Zacznij się lepiej ubierać, trochę o siebie zadbaj. Nie żebyś musiał się jakoś szczególnie stroić przed wyjściem na ring. I nie bój się, że uderzysz za mocno.

– On nie jest bokserem, Jack. Pisze piosenki, a my będziemy je promować.

– A, no to mam nadzieję, że je kiedyś usłyszę. Powodzenia, ­chłopcze.

Wiatr gnał po niebie strzępy chmur, płatki śniegu wirowały w czerwonym świetle latarni, po ulicy kręciły się okutane postacie – krzykliwi handlarze w nausznikach z króliczego futra, sprzedawcy kasztanów. Ze studzienek buchała para.

Wszystko to wydawało się nieistotne. Właśnie podpisałem kontrakt dający Leeds Music prawo do publikowania moich piosenek, chociaż właściwie nie było czego publikować. Jak na razie niewiele napisałem. Lou wypłacił mi sto dolarów zaliczki na poczet przyszłych tantiem i miałem uczucie, że złapałem Pana Boga za nogi.

John Hammond, który ściągnął mnie do Columbii, poprosił Lou, żeby się mną zajął. Hammond słyszał tylko dwie moje kompozycje, ale przeczuwał, że będzie ich więcej.

Kiedy wróciliśmy z Lou do biura, otworzyłem futerał, wyjąłem gitarę i zacząłem brzdąkać. Jego pokój przypominał rupieciarnię: piętrzące się pudła z papierem nutowym, przyszpilone karteczki z datami sesji nagraniowych, czarne płyty, płyty acetatowe z białymi naklejkami, błyszczące fotosy gwiazd z autografami – Jerry’ego Vale’a, Ala Martino, sióstr Andrews (Lou był mężem jednej z nich), Nata King Cole’a, Patti Page, The Crew Cuts, dwa magnetofony szpulowe z konsolą, duże ciemnobrązowe biurko zawalone śmieciami. Lou ustawił mikrofon na blacie i podłączył kabel do jednego z magnetofonów, cały czas międląc w ustach wielkie cygaro.

– John pokłada w tobie wielkie nadzieje – powiedział.

Miał na myśli Johna Hammonda, słynnego łowcę talentów, odkrywcę wspaniałych artystów, największych postaci w dziejach przemysłu nagraniowego: Billie Holiday, Teddy’ego Wilsona, Charliego Christiana, Caba Callowaya, Benny’ego Goodmana, Counta Basiego, Lionela Hamptona. Ludzie ci tworzyli muzykę, którą rozbrzmiewało życie Ameryki. To właśnie John odkrył ją dla szerokiej publiczności. Zorganizował nawet ostatnią sesję nagraniową Bessie Smith. Był legendą, prawdziwym amerykańskim arystokratą. Jego matka pochodziła z Vanderbiltów. John wychował się w wyższych sferach, w komforcie i dostatku, ale poświęcił życie swojej ukochanej muzyce, a szczególnie dźwięcznym rytmom tradycyjnego jazzu, spiritualsów i bluesa, gatunków, które promował i których był gotów bronić do upadłego. Parł do przodu jak taran i nie tracił ani chwili. Kiedy siedzieliśmy w jego gabinecie i John podpisywał ze mną kontrakt w imieniu Columbia Records, myślałem, że śnię. Czułem się jak w bajce.

Columbia to jedna z najważniejszych wytwórni płytowych w kraju i sam fakt, że przestąpiłem jej progi, był dla mnie wielkim wydarzeniem. Muzykę folkową uważano za coś gorszego, za towar podlejszego sortu, wydawały ją tylko małe wytwórnie. Wielkie firmy płytowe były dla elity, produkowały muzykę sterylną i pasteryzowaną. Tacy jak ja nie mieli tam wstępu, chyba że w wyjątkowych okolicznościach. Ale John był wyjątkowym człowiekiem. Nie robił płyt dla smarkaterii – i smarkaczy nie nagrywał. Miał wizję i zdolność przewidywania, zobaczył mnie i usłyszał, zrozumiał mój sposób myślenia i uwierzył we mnie. Powiedział, że uważa mnie za kolejne ogniwo długiej tradycji, tradycji bluesa, jazzu i folku, a nie za cudowne dziecko, które wyznacza nowe trendy. Zresztą w tamtych czasach żadne nowe trendy się nie pojawiały. Amerykańska scena muzyczna przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych była dosyć senna. Popularne stacje radiowe tkwiły w martwym punkcie, czas antenowy wypełniały rzeczy puste, łatwe i przyjemne. Musiało minąć ładnych parę lat, zanim The Beatles, The Who i The Rolling Stones tchnęli w branżę nową energię i nowe życie. Ja śpiewałem gniewne folkowe pieśni i nawet bez badania rynku wiadomo było, że nie pasują one do repertuaru, który dominuje w radiu, i nie odniosą komercyjnego sukcesu. Ale John powiedział, że takie rzeczy nie mają dla niego większego znaczenia i że jest świadom wszystkich konsekwencji tego, co robię.

– Przemawia do mnie szczerość – tak się wyraził.

Miał szorstki sposób bycia, ale po błysku w jego oczach widać było, że mnie docenia.

Niedawno ściągnął do wytwórni Pete’a Seegera. Nie można jednak powiedzieć, że go odkrył. Pete był znany od lat. Występował w popularnej grupie folkowej The Weavers, w okresie maccartyzmu trafił na czarną listę i miał naprawdę pod górkę, ale nigdy nie przestał pracować. Hammonda trafiał szlag, ilekroć mówił o tym, co spotkało Seegera, przecież przodkowie Pete’a przypłynęli tu na pokładzie Mayflower, a jego krewni walczyli pod Bunker Hill.

– Czy ty sobie wyobrażasz, że te skurwysyny wpisały go na czarną listę? Powinno się ich zanurzyć w smole i posypać pierzem. Powiem ci, na czym stoimy – powiedział John. – Jesteś utalentowanym młodym człowiekiem. Jeżeli się skupisz i wykorzystasz swój talent, wszystko będzie dobrze. Wejdziemy do studia i zrobimy nagrania. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Niczego więcej nie chciałem. Położył przede mną standardowy kontrakt, a ja podpisałem go od razu, nie wdając się w szczegóły. Nie potrzebowałem prawnika, doradcy ani kogokolwiek, kto zerkałby mi przez ramię. Z radością podpisałbym wszystko, co John przede mną położy.

Zajrzał do kalendarza, wybrał i zakreślił datę sesji, powiedział, o której mam się zjawić, i poprosił, żebym się zastanowił, co chcę nagrać. Potem zawołał Billy’ego Jamesa, szefa działu promocji, i poprosił go, żeby napisał coś na mój temat, przygotował materiały dla prasy.

Billy nosił się jak absolwent elitarnego uniwersytetu, jakby właśnie opuścił mury Yale. Średni wzrost, czarne kręcone włosy. Sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie był na haju i nigdy nie popadł w tarapaty. Wszedłem do jego gabinetu, usiadłem naprzeciwko, a Billy próbował mnie nakłonić, żebym wykrztusił coś na swój temat, przy czym prosił o szczerość. Wyjął notes, ołówek i spytał, skąd pochodzę. Powiedziałem, że z Illinois, a on to zanotował. Spytał, czy wykonywałem jakieś inne prace, a ja odpowiedziałem, że owszem, kilkanaście, raz rozwoziłem nawet pieczywo ciężarówką. Zapisał to i spytał, czy robiłem coś jeszcze. Odparłem, że pracowałem na budowie, a on zapytał gdzie.

– W Detroit.

– Podróżowałeś?

– Tak.

Zapytał o moją rodzinę – gdzie ona teraz jest. Powiedziałem, że nie mam pojęcia, dawno jej nie widziałem.

– Jak wyglądało wasze życie?

Powiedziałem, że starzy wykopali mnie z domu.

– Kim był twój ojciec?

– Elektrykiem.

– A matka?

– Zajmowała się domem.

– Jaką muzykę grasz?

– Folkową.

– A co to za gatunek, ten folk?

Powiedziałem, że to pieśni przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nienawidziłem takich pytań. Czułem, że mogę je zlekceważyć. Billy nie wiedział, co o mnie myśleć, i bardzo dobrze. Nie miałem ochoty odpowiadać, nie czułem potrzeby tłumaczenia się przed kimkolwiek.

– Jak tu dotarłeś?

– Pociągiem towarowym.

– Chyba pasażerskim?

– Nie, towarowym.

– Znaczy co, bydlęcym wagonem?

– Coś w tym rodzaju. Pociągiem towarowym.

– Okej, pociągiem towarowym.

Moje spojrzenie prześlizgnęło się po Billym i jego fotelu i powędrowało w kierunku biurowca po drugiej stronie ulicy, w którym zobaczyłem piękną sekretarkę – zamyślona pisała coś przy biurku. Była bardzo poważna. Żałowałem, że nie mam lunety. Billy zapytał, do kogo na współczesnej scenie mógłbym się porównać. Powiedziałem, że do nikogo. To akurat była prawda, rzeczywiście nie czułem się do nikogo podobny. Ale pozostałe moje odpowiedzi to były banialuki, mówiłem, co mi ślina na język przyniosła.

Nie przyjechałem do Nowego Jorku pociągiem towarowym. W rzeczywistości przyjechałem ze Środkowego Zachodu, stopem, czterodrzwiowym chevroletem impalą rocznik ’57, prosto z Chicago, byle dalej, przez zamglone miasta, krętymi drogami wśród pól pokrytych śniegiem, prosto przed siebie, na wschód, przez granice kolejnych stanów, Ohio, Indiany, Pensylwanii, dwadzieścia cztery godziny jazdy, z których większość przedrzemałem na tylnym siedzeniu, a część przegadałem. Mój umysł był zaprzątnięty czym innym, w końcu znalazłem się na moście Waszyngtona.

Samochód zatrzymał się na drugim brzegu rzeki, a ja wysiadłem. Zatrzasnąłem drzwi, pomachałem na pożegnanie i ruszyłem po ubitym śniegu. W twarz uderzył mnie podmuch lodowatego wiatru. Nareszcie byłem w Nowym Jorku, mieście przypominającym sieć tak misterną, że nie sposób jej zrozumieć. Ja nie zamierzałem nawet próbować.

Przybyłem tu w poszukiwaniu pieśniarzy, których znałem z płyt, takich jak Dave Van Ronk, Peggy Seeger, Ed McCurdy, Brownie McGhee, Sonny Terry, Josh White, The New Lost City Ramblers, wielebny Gary Davis i kilkoro innych – a przede wszystkim w poszukiwaniu Woody’ego Guthrie. Nowy Jork, miasto, które miało przesądzić o moim losie. Współczesna Gomora. Byłem na początku drogi, lecz nie można było uznać mnie za neofitę.

Przyjechałem w środku zimy. Panował przenikliwy ziąb i ulice były zasypane śniegiem, ale ja przybywałem z lodowatego zakątka o nazwie North Country, więc zamarznięte lasy i oblodzone drogi nie robiły na mnie wrażenia. Byłem zahartowany. Nie szukałem pieniędzy ani miłości. Miałem jasny umysł, wiedziałem, czego chcę, byłem niepraktycznym wizjonerem. Trwałem w żelaznym postanowieniu i nikt nie musiał mnie w nim utwierdzać. Zresztą nie znałem w tej mrocznej, lodowatej metropolii nikogo, ale to się miało zmienić – już wkrótce.

Café Wha? to był klub przy MacDougal Street w sercu Greenwich Village. Przypominał kazamaty, nie prowadził wyszynku, był słabo oświetlony, miał niski strop, wyglądał jak wielki refektarz i był otwierany w południe, a zamykany o czwartej nad ranem. Ktoś mi poradził, żebym tam poszedł i zapytał o piosenkarza Freddy’ego Neila, który sprawował pieczę nad dziennym programem artystycznym.

Znalazłem klub, powiedziano mi, że Freddy jest w piwnicy, koło szatni, i rzeczywiście go tam spotkałem. Neil był konferansjerem i odpowiadał za dobór artystów. Niesłychanie miły człowiek. Zapytał, czym się zajmuję, a ja odpowiedziałem, że śpiewam i gram na gitarze i harmonijce. Poprosił, żebym coś zagrał. Po minucie powiedział, że mógłbym akompaniować mu na harmonijce podczas występów na żywo. Byłem wniebowzięty. Przynajmniej miałem się gdzie schronić przed zimnem. To już było coś.

Fred grał przez dwadzieścia minut, a potem zapowiadał kolejnych wykonawców. Jeśli sala była pełna, a on miał ochotę, wychodził na scenę ponownie. Występowały tu różne dziwadła, sprawiające wrażenie, jakby właśnie zeszły z planu Godziny dla amatorów, popularnego programu telewizyjnego Teda Macka. Publiczność składała się głównie ze studentów, mieszkańców przedmieść, sekretarek na przerwie obiadowej, marynarzy oraz turystów. Każdy występ zajmował od dziesięciu do piętnastu minut. Fred grał tak długo, jak chciał, jak długo trwało natchnienie. Był dobrym gawędziarzem, ubierał się konserwatywnie, miał posępne oblicze, tajemnicze wejrzenie, brzoskwiniową cerę, lekko kręcone włosy oraz gniewny baryton, którym trafiał w bluesowe nuty, niosąc je pod niebo bez względu na to, czy śpiewał z mikrofonem czy bez. Freddy panował niepodzielnie, miał nawet swój harem, stadko wielbicielek. Był nietykalny. Wszystko kręciło się wokół niego. Parę lat później napisał przebój Everybody’s Talkin’. Jeśli o mnie chodzi, nie występowałem solo. Po prostu akompaniowałem Neilowi i tak zaczęły się moje regularne występy w Nowym Jorku.

Dzienny program artystyczny Café Wha? to było istne mydło i powidło: komik, brzuchomówca, zespół grający na stalowych bębnach, poeta, facet udający kobietę, duet śpiewający szlagiery z Broadwayu, magik z królikiem w kapeluszu, hipnotyzer w turbanie, człowiek strojący miny – występował tu każdy, kto chciał się przebić. Za żadne skarby nie wziąłbym chałtury Freda.

Koło ósmej wieczorem cała ta menażeria znikała i rozpoczynał się profesjonalny show. Na scenę wychodzili komicy, tacy jak Richard Pryor, Woody Allen, Joan Rivers czy Lenny Bruce, albo komercyjne grupy folkowe w rodzaju The Journeymen. Wszyscy, którzy byli tam w ciągu dnia, zwijali manatki. Jednym z tych, którzy występowali popołudniami, był mówiący falsetem Tiny Tim. Grał na ukulele i śpiewał dziewczęcym głosem standardy z lat dwudziestych. Kiedy spytałem go, gdzie tu jeszcze można popracować, powiedział, że grywa przy Times Square w klubie o nazwie Hubert’s Flea Circus Museum. Poznałem to miejsce jakiś czas później.

Freda nękali rozmaici nudziarze, którzy chcieli wystąpić z takim czy innym numerem. Najsmutniejszy był gość o ksywce Billy the Butcher. Wyglądał jak postać z koszmarnego snu. Grał tylko jeden kawałek, High Heel Sneakers, i był od niego uzależniony jak od narkotyku. Fred zwykle pozwalał mu wyjść na scenę za dnia, gdy klub świecił pustkami. Billy zawsze zapowiadał swoją piosenkę słowami: „To dla was, dziewczyny”. Nosił przyciasny płaszcz, który z trudem dopinał na klatce piersiowej. Był nerwowy, kiedyś wylądował w szpitalu Bellevue w kaftanie bezpieczeństwa, spalił też materac w celi więziennej. Billy’emu przytrafiały się różne niefajne rzeczy. Wszyscy unikali go jak ognia. Ten jeden kawałek śpiewał jednak naprawdę dobrze.

Inny popularny osobnik nosił sutannę, czerwone półbuty z dzwo­­neczkami i opowiadał zniekształcone wersje przypowieści biblijnych. Występował tam też niejaki Moondog. Moondog był niewidomym poetą, który przez większość czasu mieszkał na ulicy. Nosił hełm wikinga, pelerynę i wysokie futrzane buty. Wygłaszał monologi i grał na bambusowych piszczałkach. Najczęściej przy Czterdziestej Drugiej Ulicy.

Moją ulubioną wokalistką z tego klubu była Karen Dalton. Biała wysoka pieśniarka i gitarzystka bluesowa, ekscentryczna, szczupła, powabna. Poznałem ją wcześniej, spotkaliśmy się poprzedniego lata nieopodal Denver w klubie folkowym w jakimś miasteczku na przełęczy. Karen miała głos jak Billie Holiday, grała na gitarze jak Jimmy Reed i naprawdę potrafiła dać czadu. Parę razy z nią zaśpiewałem.

Fred starał się znaleźć miejsce dla jak największej liczby wykonawców i wspinał się na szczyty dyplomacji. Czasem z niewyjaśnionych przyczyn klub świecił pustkami, czasem był wypełniony w połowie, po czym nagle, bez wyraźnego powodu zapełniał się do ostatniego miejsca, a przed wejściem tworzyła się kolejka. Fred był główną atrakcją i to jego nazwisko widniało na afiszu, więc niewykluczone, że wiele osób przychodziło tam specjalnie dla niego. Nie wiem zresztą. Grał na dużej gitarze z pudłem typu dreadnought, wykorzystywał efekty perkusyjne, wybijał przeszywający rytm – człowiek orkiestra o zaskakująco śpiewnym głosie. Wykonywał dzikie wersje pieśni więziennych, wprawiając publikę w trans. Słyszałem o nim różne historie: że jest zabłąkanym marynarzem i trzyma skiffa na Florydzie, że jest gliną w przebraniu, że przyjaźni się z prostytutkami i ma szemraną przeszłość. Że jeździł do Nashville, podrzucał tam swoje piosenki, po czym wracał do Nowego Jorku i siedział jak mysz pod miotłą, czekając, aż jakiś jego kawałek zostanie hitem i będzie mógł napchać sobie kieszenie forsą. Żadna z tych opowieści nie była dla mnie specjalnie szokująca. Fred sprawiał wrażenie pozbawionego aspiracji. Pasowaliśmy do siebie, nigdy nie rozmawialiśmy na tematy osobiste. Był do mnie bardzo podobny, uprzejmy, choć zdystansowany, pod koniec dnia wręczał mi trochę drobnych i mówił: „Masz, nie pakuj się w tarapaty”.

Ale główna korzyść ze współpracy z Fredem miała charakter gastronomiczny – dostawałem tyle frytek i hamburgerów, ile byłem w stanie zjeść. O określonej porze Tiny Tim i ja udawaliśmy się do kuchni. Kucharz imieniem Norbert zwykle czekał na nas z tłustymi hamburgerami. Jeśli akurat nie miał hamburgerów, pozwalał nam podsmażyć na patelni wieprzowinę z fasolą albo spaghetti. Był malowniczy. Nosił fartuch upaćkany sosem pomidorowym, miał pobrużdżoną twarz, wydatne policzki pokryte bliznami, które przypominały ślady pazurów; uważał się za bożyszcze kobiet. Zbierał na wyjazd do Werony, bo chciał zobaczyć grób Romea i Julii. Kuchnia przypominała jaskinię wydrążoną w skale.

Któregoś popołudnia, nalewając sobie coli z dzbanka na mleko, usłyszałem głos dochodzący z radia. Ricky Nelson śpiewał swój nowy kawałek Travelin’ Man. Ricky to był prawdziwy galant, mam na myśli ten jego aksamitny zaśpiew, jedwabistą barwę głosu. Różnił się od innych młodzieżowych idoli, miał świetnego gitarzystę, krzyżówkę knajpianego wirtuoza i skrzypka z wiejskiej potańcówy. W odróżnieniu od wielu starszych wokalistów, którzy zawsze brzmieli tak, jakby sterowali płonącym statkiem, Nelson nie był śmiałym nowatorem. Nie miał tej desperacji w głosie, nie rozrabiał i raczej nie można było wziąć go za szamana. Odnosiło się wrażenie, że nigdy nie dostał porządnie w kość, ale to nie przeszkadzało. Na scenie był spokojny i opanowany, jak gdyby stał w oku cyklonu, który miota ludźmi na wszystkie strony. Jego głos miał tajemnicze brzmienie i wprawiał słuchacza w szczególny nastrój.

Kiedyś byłem wielkim fanem Ricky’ego, zresztą nadal go lubiłem, ale ten rodzaj muzyki był już w odwrocie. Nie mógł mieć większego znaczenia. W przyszłości takie rzeczy nie będą miały przyszłości. Były pomyłką. Co nią nie było? Duch Billy’ego Lyonsa, rycie korytarzy pod górą, włóczęga po wschodnim Kairze, Black Betty (bam-ba-lam)[1]. Wszystko to pomyłką nie było. Było aktualne. Mogło sprawić, że człowiek zaczynał kwestionować to, co uznawał za oczywiste, mogło łamać serca, miało w sobie duchową potęgę. Teksty, które śpiewał Ricky, były na ogół dość bezbarwne. Przypuszczalnie pisano je specjalnie dla niego. Mimo wszystko zawsze widziałem w nim bratnią duszę. Byliśmy w tym samym wieku, lubiliśmy chyba podobne rzeczy, należeliśmy do jednej generacji, choć nasze doświadczenia bardzo się różniły – Ricky dorastał na Zachodzie, na planie serialu familijnego. Można powiedzieć, że on urodził się i wychował nad jeziorem Walden, gdzie wszystko było na tip-top, ja natomiast wylazłem z ciemnego boru – las ten sam, ogląd rzeczy zupełnie inny. To, co robił Ricky, bardzo do mnie przemawiało. Czułem, że wiele nas łączy. W ciągu następnych lat nagrał parę moich piosenek, które w jego wykonaniu zabrzmiały tak, jakby sam był ich autorem. W końcu rzeczywiście napisał własną piosenkę i wymienił w niej moje imię. Dziesięć lat później Ricky’ego wygwizdano, bo zaczął grać inaczej niż kiedyś. Jak widać, naprawdę wiele nas łączyło.

Ale stojąc w kuchni Café Wha? i słuchając jego monotonnego, aksamitnego głosu, jeszcze o tym nie wiedziałem. W każdym razie Ricky nagrywał płyty i ja też chciałem to robić. Wyobrażałem sobie, że nagrywam dla Folkways Records, wytwórni, z którą chciałem się związać. To ona wydawała te wszystkie wspaniałe płyty.

Piosenka Ricky’ego się skończyła, oddałem resztę frytek Tiny Timowi i wróciłem do klubu, żeby sprawdzić, co u Freda. Kiedy zapytałem go, czy wydał jakąś płytę, odpowiedział:

– Nie moja działka.

Fred potrafił wykorzystać ciemność do spotęgowania efektu muzycznego, był sprawnym i sugestywnym wykonawcą, ale czegoś mu brakowało. Nie mogłem dojść czego. Kiedy zobaczyłem Dave’a Van Ronka, już wiedziałem.

Van Ronk występował w Gaslight, klubie, który przypominał kryptę, miał dominującą pozycję i prestiż wyższy niż jakiekolwiek inne miejsce. Gaslight otaczała mistyczna aura, przed wejściem wisiał wielki kolorowy banner, a wykonawcom płacono tygodniówki. Klub mieścił się w podziemiu obok baru o nazwie Kettle of Fish, nie miał koncesji na alkohol, ale wolno było wnieść do środka butelkę w papierowej torbie. W ciągu dnia był zamknięty, otwierano go pod wieczór. Przez całą noc występowało na zmianę sześcioro wykonawców, stanowiących zamknięty krąg, do którego nie mógł się wedrzeć nikt obcy. Przesłuchań nie organizowano. Chciałem grać w tym klubie, potrzebowałem tego.

Właśnie tam grał Van Ronk. Słuchałem jego płyt jeszcze na Środkowym Zachodzie, cholernie mi się podobał, kopiowałem niektóre jego nagrania fraza po frazie. Miał przejmujący głos, śpiewał jak żołnierz fortuny, który wszystkiego doświadczył na własnej skórze. Potrafił szeptać i krzyczeć, przerobić bluesa na balladę i balladę na bluesa. Uwielbiałem jego styl. Van Ronk uosabiał wszystko, co najlepsze w Nowym Jorku. W Greenwich Village był królem ulicy, panował niepodzielnie.

Pewnego mroźnego dnia u zbiegu Thompson i Trzeciej, w prószącym śniegu i wątłych promieniach słońca zobaczyłem, jak idzie naprzeciw mnie w zimowej ciszy. Zupełnie jakby wiatr pchał go w moją stronę. Chciałem go zaczepić, ale mnie zatkało. Patrzyłem, jak przechodzi obok, dojrzałem błysk w jego oku. To była ulotna chwila i szybko o niej zapomniałem. Ale chciałem dla niego zagrać. Prawdę mówiąc, chciałem grać dla kogokolwiek. Nigdy nie potrafiłem siedzieć w pokoju i grać tylko dla siebie. Chciałem grać dla ludzi, i to cały czas. Można powiedzieć, że ćwiczyłem przed publicznością i te ćwiczenia stały się moim życiem. Ciągle miałem w głowie Gaslight. Czy mogło być inaczej? Inne miejsca robiły wrażenie podrzędnych i anonimowych, wszystkie te kluby i kafejki, w których zbierało się co łaska do koszyka albo do kapelusza. Grałem, gdzie popadło. Nie miałem wyjścia. Wąskie uliczki były pełne knajpek. Ciasnych, różnokształtnych, hałaśliwych, dostosowanych do potrzeb turystów, którzy nocami wylegali na miasto. Za knajpę mogło robić wszystko: lokalik z dwuskrzydłowymi drzwiami, witryna sklepowa, dziupla na pięterku, suterena, byle wnęka.

Przy Trzeciej Ulicy, w dawnych stajniach Aarona Burra, mieściła się nietypowa piwiarnia i winiarnia o nazwie Café Bizarre. Klientelę stanowili głównie robotnicy, którzy śmiali się, głośno przeklinali, jedli czerwone mięso i gadali o dupach. W głębi była mała scenka i raz czy dwa na niej zagrałem. Grałem chyba we wszystkich tych knajpach. Większość była otwarta do rana – lampy naftowe, trociny na podłodze, czasem drewniane ławy, wykidajło przy wejściu. Opłat za wstęp nie pobierano, a właściciele starali się opchnąć jak najwięcej kawy. Wykonawcy siedzieli bądź stali w oknie, widoczni z ulicy, albo zajmowali miejsce w przeciwległym końcu sali, twarzą do wejścia, i darli się na całe gardło. Nie było mikrofonów ani nagłośnienia.

Łowcy talentów nie odwiedzali tych nor. Były ciemne i obskurne, panował w nich chaos. Wykonawcy śpiewali i puszczali wkoło kapelusz lub przypatrywali się turystom z nadzieją, że ktoś wrzuci monetę do koszyka albo do futerału. W weekendy, jeśli człowiek grał od zmierzchu do świtu, mógł zarobić dwadzieścia dolarów. W dni powszednie – trudno powiedzieć. Czasami niewiele, bo konkurencja była naprawdę duża. Żeby przetrwać, należało znać parę trików.

Richie Havens, wokalista, na którego przy różnych okazjach często wpadałem, przyprowadzał ze sobą ładną dziewczynę, która chodziła z kapeluszem po sali, i zauważyłem, że zawsze sporo zarabiał. Czasami chodziła nawet z dwoma kapeluszami. Jeśli nie miało się w zanadrzu jakiejś sztuczki, człowiek stawał się niewidoczny. Parę razy spiknąłem się z atrakcyjną kelnerką z Café Wha? Chodziliśmy od knajpy do knajpy, ja grałem, ona zbierała kasę. Miała śmieszny czepek, mocno umalowane rzęsy i gorset z głębokim dekoltem – wyglądała, jakby pod pelerynką była od pasa w górę prawie zupełnie naga. Później dzieliłem się z nią pieniędzmi, lecz wszystko to wymagało zachodu i nie zawsze dawało się zorganizować. Ale kiedy była ze mną, zarabiałem lepiej niż wtedy, gdy pracowałem sam.

Tym, co mnie w owym czasie wyróżniało, był repertuar. Przedstawiał się okazalej niż u innych grajków, a moją specjalnością były stare pieśni folkowe z głośnym akompaniamentem na gitarze. Ludzie albo uciekali, albo podchodzili bliżej, żeby się przekonać, o co w tym wszystkim chodzi. Stany pośrednie nie istniały. W knajpach grało wielu lepszych ode mnie wokalistów i muzyków, ale nikt nie robił tego, co ja. Pieśni folkowe były dla mnie sposobem poznawania świata, były obrazami, a te obrazy były cenniejsze niż wszystko, co mógłbym powiedzieć. Rozumiałem ich istotę. Składały mi się w całość. Śpiewałem takie kawałki jak Columbus Stockade, Pastures of Plenty, A Brother in Korea i If I Lose, Let Me Lose, płynnie przechodząc od jednego do drugiego, zupełnie jakby to była jedna długa pieśń. Większość wykonawców starała się wypromować siebie, a nie piosenkę, ze mną było inaczej. Dla mnie najważniejsza była piosenka.

Przestałem chodzić popołudniami do Café Wha? Nigdy więcej tam nie wróciłem. Straciłem kontakt z Freddym Neilem. Zacząłem natomiast spędzać czas w Folklore Center, bastionie amerykańskiej muzyki folkowej. On także mieścił się przy MacDougal Street, między Bleecker a Trzecią. Był to mały sklep na piętrze, przypominający klimatem antykwariat. Coś w rodzaju starej kaplicy, instytucja rozmiarów pudełka po butach. W Folklore Center można było kupić płyty i uzyskać informacje o wszystkim, co miało związek z folkiem. Sklep miał przestronną witrynę, w której wystawiano płyty i instrumenty.

Któregoś dnia wszedłem na górę. Rozejrzałem się i zobaczyłem właściciela, Izzy’ego Younga. Należał do entuzjastów tradycyjnego folku, miał sardoniczne usposobienie, okulary w ciężkiej rogowej oprawie, mówił brooklyńskim dialektem, nosił wełniane spodnie, cienki pasek, robocze buty i niedbale zawiązany krawat. Jego głos przypominał warkot buldożera i w małym pomieszczeniu zawsze brzmiał za głośno. Izzy wiecznie był czymś zaabsorbowany. Pogodny flejtuch. W głębi duszy romantyk. Muzyka folk lśniła dla niego jak góra złota. Dla mnie też. W sklepie spotykali się wszyscy ludzie w jakikolwiek sposób związani ze sceną folkową i można było poznać prawdziwych folkowych pieśniarzy. Niektórzy z nich odbierali tam pocztę.

Young od czasu do czasu organizował koncerty autentycznych artystów folkowych i bluesowych. Sprowadzał ich do miasta, żeby zagrali w ratuszu albo na uniwersytecie. Widywałem u niego Clarence’a Ashleya, Gusa Cannona, Mance’a Lipscomba, Toma Paleya, Erika Darlinga. Było tam również mnóstwo ezoterycznych płyt folkowych – wszystkie, których chciałem posłuchać. Rozmaite stare śpiewniki (szanty, pieśni z okresu wojny secesyjnej, piosenki kowbojskie, pieśni żałobne, kościelne, pieśni protestu przeciw segregacji rasowej, pieśni związkowe), archaiczne przypowieści ludowe, dzienniki robotników, ulotki propagandowe na różne tematy, od praw kobiet po groźne skutki pijaństwa (jedną z nich napisał Daniel Defoe, autor Moll Flanders). Trochę instrumentów na sprzedaż: dulcimery, pięciostrunowe bandżo, mirlitony, flażolety, gitary akustyczne, mandoliny. Jeżeli ktoś był ciekaw, czym jest muzyka folkowa, tu mógł zyskać o niej nie najgorsze pojęcie.

Izzy miał na zapleczu pękaty żeliwny piecyk, w którym paliło się drewnem, koślawo powieszone obrazki i rozchwiane krzesła, wizerunki starych patriotów i bohaterów, ceramikę we wzorek udający haft krzyżykowy, lakierowane na czarno świeczniki, dużo przedmiotów wyglądających na rękodzieło. W małym pomieszczeniu był gramofon i mnóstwo amerykańskich płyt. Izzy pozwalał mi tam siedzieć i ich słuchać. Słuchałem, ile wlezie, wertowałem nawet przedpotopowe materiały źródłowe dotyczące folkloru. Obłędnie skomplikowany współczesny świat nie bardzo mnie interesował. Nie miał znaczenia. Nie pociągał mnie. Ekscytujące, istotne i aktualne wydawały mi się takie sprawy, jak zatonięcie Titanica, powódź w Galveston, kujący skałę John Henry, zabójstwo popełnione przez Johna Hardy’ego, robotnika kolejowego z Wirginii Zachodniej[2]. Wszystko to było teraźniejsze, dostępne, żywe. Oto rzeczy, którymi się interesowałem i które śledziłem, bo chciałem być na bieżąco.

Skoro już mowa o byciu na bieżąco, to Izzy prowadził dziennik. Używał w tym celu czegoś w rodzaju księgi rachunkowej, którą zawsze trzymał otwartą na biurku. Wypytywał mnie o różne rzeczy, na przykład gdzie się wychowałem, w jakich okolicznościach zainteresowałem się folkiem, jak go odkryłem i tak dalej. Potem pisał o mnie w swoim dzienniku. Nie miałem pojęcia, czemu to robi. Jego pytania były irytujące, ale lubiłem go, bo był dla mnie życzliwy, i starałem się nie okazywać zniecierpliwienia. Podczas rozmów z obcymi zachowywałem najwyższą ostrożność, ale Izzy był w porządku i gadałem z nim swobodnie.

Zapytał mnie o rodzinę. Opowiedziałem o mojej babce po kądzieli, która z nami mieszkała. Była osobą szlachetną i dobrą, powiedziała mi kiedyś, że szczęście nie leży na drodze do czegokolwiek, ale jest samą drogą. Uczyła mnie, że trzeba być dobrym dla innych, ponieważ każdy napotkany przez nas człowiek toczy ciężką walkę.

Nie miałem pojęcia, jaką walkę toczył Izzy. Wewnętrzną, zewnętrzną, kto wie? Martwiły go niesprawiedliwość społeczna, głód, bezdomność i wcale tego nie ukrywał. Jego bohaterami byli Abraham Lincoln i Frederick Douglass. Ulubioną opowieścią – Moby Dick, najsławniejsza bajka o rybaku i rybce. Young był nękany przez inkasentów i właściciela kamienicy, który domagał się zaległego czynszu. Wierzyciele ścigali go, ale niespecjalnie się tym przejmował. Miał silny charakter, poszedł nawet na udry z ratuszem, domagając się, by pozwolono grać folk w parku przy placu Waszyngtona. Wszyscy mu sprzyjali.

Young podsuwał mi różne płyty. Dał mi nagrania zespołu The Country Gentlemen i powiedział, że powinienem posłuchać Girl behind the Bar. Puścił mi White House Blues Charliego Poole’a, powiedział, że to kawałek w sam raz dla mnie i że identyczną wersję wykonywali The Ramblers. Puścił piosenkę Big Billa Broonzy’ego Somebody’s Got to Go i ona też mi podeszła. Lubiłem przesiadywać u Izzy’ego. W piecyku zawsze trzaskał ogień.

Pewnego zimowego dnia do sklepu wszedł zwalisty jegomość. Wyglądał jak pracownik radzieckiej ambasady, otrzepał rękawy ze śniegu, zdjął rękawiczki, położył je na ladzie i poprosił o gibsona, który wisiał na ceglastej ścianie. Był to Dave Van Ronk. Borsuk z nastroszonymi kudłami i wyrazem całkowitej obojętności na twarzy, pewny siebie myśliwy. Zacząłem gorączkowo kombinować. Był w zasięgu ręki. Izzy zdjął gitarę z wieszaka. Dave chwilę na niej pobrzdąkał, zagrał jakiś jazzujący walczyk i położył gitarę na ladzie. Wtedy podszedłem do niego, położyłem dłonie na instrumencie i zapytałem, jak można dostać robotę w Gaslight, kogo trzeba znać. Nie próbowałem się spoufalać, po prostu chciałem wiedzieć.

Van Ronk spojrzał na mnie z ciekawością i spytał oschle, czy pracowałem kiedyś jako stróż.

Odparłem, że nie, żeby zapomniał o sprawie, i zapytałem, czy mogę mu coś zagrać.

– Jasne – powiedział.

Zagrałem Nobody Knows You When You’re Down and Out. Dave’owi spodobało się to, co usłyszał. Spytał, jak się nazywam i od kiedy jestem w mieście, a potem powiedział, że mogę przyjść do Gaslight koło ósmej czy dziewiątej wieczorem i zagrać parę kawałków w trakcie jego występu. Tak poznałem Dave’a Van Ronka.

Wyszedłem na mróz. Pod wieczór zjawiłem się w Mills Tavern przy Bleecker Street, gdzie zbierali się przed występami „koszykarze” i „kapelusznicy”. Znajomy gitarzysta flamenco Juan Moreno powiedział mi o nowej kawiarni o nazwie Outré, którą właśnie otwarto przy Trzeciej Ulicy, ale słuchałem go jednym uchem. Wargi Juana poruszały się, ale robiły to prawie bezdźwięcznie. Nigdy nie zagrałem w Outré, nie musiałem. Wkrótce dostałem angaż w Gaslight i miałem już nigdy nie oglądać knajp, w których zbiera się datki do koszyka. Termometr przed Mills Tavern wskazywał minus dziesięć. Oddech zamarzał w powietrzu, ale nie czułem zimna. Zmierzałem w stronę wspaniałych świateł. Nie miałem co do tego wątpliwości. Czy mogłem się łudzić? Raczej nie. Brakowało mi wyobraźni, by się łudzić. Nie żywiłem też żadnych fałszywych nadziei. Przybyłem z daleka i zacząłem na samym dole. Teraz przeznaczenie dało o sobie znać. Czułem, że patrzy na mnie i tylko na mnie.

2. KRAJ UTRACONY

Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się. Łóżkiem była sofa w salonie, od żeliwnego grzejnika biło ciepło. Z portretu nad kominkiem spoglądał na mnie urzędnik kolonialny w peruce, przy sofie stał drewniany kredens na rzeźbionych nóżkach, obok niego owalny stół z szufladami, fotel przypominający taczkę, sekretera o szufladkach z opadającymi frontami, pokryta fornirem z fiołkowego drewna, kanapa, czyli sprężynujące, obite materiałem tylne siedzenie samochodowe, niski fotel o profilowanym oparciu i zaokrąglonych podłokietnikach; na podłodze leżał gruby francuski dywan, przez żaluzje przenikało srebrne światło, malowane deski podkreślały linię dachu.

W pokoju unosił się zapach dżinu z tonikiem, alkoholu metylowego i kwiatów. Mieszkanie mieściło się na ostatnim piętrze budynku w stylu federalnym nieopodal Vestry Street poniżej Canal w pobliżu rzeki Hudson. W tym samym kwartale działała piwniczna tawerna Bull’s Head, w której lubił pić John Wilkes Booth, amerykański Brutus[3]. Kiedyś tam poszedłem i zobaczyłem w lustrze jego ducha – złośliwe widmo. Lokatorom mieszkania, Rayowi Goochowi i Chloe Kiel, przedstawił mnie Paul Clayton, pieśniarz folkowy, znajomy Van Ronka, dobroduszny melancholik, który nagrał ze trzydzieści płyt, ale mimo to pozostawał nieznany: intelektualista, uczony i romantyk, chodząca encyklopedia ballady. Podszedłem do okna i spojrzałem na białoszare ulice i dalej, w stronę rzeki. Panował przenikliwy ziąb, poniżej minus dwudziestu, ale mój umysł pracował gorączkowo, niczym wirujący nieustannie wiatrowskaz. Był środek popołudnia, Ray i Chloe gdzieś poszli.

Ray był o jakieś dziesięć lat starszy ode mnie, przyjechał z Wirginii, przypominał starego wilka, chudego i pokrytego bliznami, pochodził ze znanego rodu, wśród jego przodków byli biskupi, generałowie, nawet gubernator kolonii. Był nonkonformistą, nacjonalistą z Południa, przeciwnikiem integracji z Północą. On i Chloe traktowali to mieszkanie jak swój azyl. Ray przypominał postać z piosenek, które śpiewałem: zrobił i przeżył swoje, zjeździł kraj i znał go jak własną kieszeń. Choć wyczuwało się narastający niepokój społeczny i za kilka lat amerykańskie miasta miały zadrżeć w posadach, Ray niespecjalnie się tym interesował. Mawiał, że naprawdę ciekawe rzeczy „dzieją się w Kongo”.

Chloe miała rudozłote włosy, piwne oczy, zagadkowy uśmiech, twarz laleczki, jeszcze lepszą figurę i paznokcie pomalowane na czarno. Pracowała jako szatniarka w Egyptian Gardens, restauracji przy Ósmej Alei, gdzie klientów raczono tańcem brzucha, i pozowała jako modelka do czasopisma dla mężczyzn „Cavalier”. „Pracuję, odkąd pamiętam” – mówiła. Żyli ze sobą jak mąż i żona albo jak brat i siostra, albo jak kuzyni, trudno powiedzieć, w każdym razie mieszkali razem. Chloe miała swój prymitywny ogląd świata, plotła różne osobliwe, acz sugestywne dyrdymały, raz oświadczyła, że powinienem używać cieni do powiek, bo to odpędza złe oko. Kiedy zapytałem, kto nim straszy, odparła: „Joe Blow albo Joe Śmo”. Uważała, że światem rządzi Drakula, który jest synem Gutenberga, wynalazcy prasy drukarskiej.

Jako spadkobierca kultury lat czterdziestych i pięćdziesiątych nie miałem nic przeciwko takim tekstom. Gutenberg też mógłby być postacią z jakiejś starej folkowej piosenki. Praktycznie rzecz biorąc, kultura lat pięćdziesiątych przypominała sędziego w ostatnich dniach urzędowania. Zbierała się do odejścia. Za dziesięć lat będzie próbowała wstać i runie na ziemię. Ale ponieważ folkowe pieśni tkwiły w mojej głowie jak dogmaty religijne, nie miało to dla mnie znaczenia. Pieśni folkowe wyrastały ponad bieżącą rzeczywistość.

Zanim znalazłem własny kąt, pomieszkiwałem w różnych miejscach na terenie Village. Czasem przez noc lub dwie, czasem tygodniami albo dłużej. Często zatrzymywałem się u Van Ronka. Przy Vestry Street mieszkałem, z przerwami, dłużej niż gdziekolwiek indziej. Ray i Chloe przypadli mi do gustu. Dobrze się u nich czułem. Ray wywodził się z elity, studiował nawet w Camden Military Academy w Karolinie Południowej i opuścił mury tej uczelni z uczuciem „otwartej i niezmąconej nienawiści”. Swego czasu relegowano go „z wdzięcznością” z seminarium duchownego, Wake Forest School of Divinity. Znał na pamięć duże fragmenty Don Juana Byrona i piękny poemat Longfellowa Evangeline. Był ślusarzem na Brooklynie, ale przedtem imał się różnych zajęć, pracował w fabryce Studebakera w South Bend i w jakiejś ubojni w Omaha. Zapytałem go kiedyś, jak tam było. „Słyszałeś o Auschwitz?” Pewnie, że słyszałem, kto nie słyszał? Adolf Eichmann, gestapowiec, który koordynował funkcjonowanie obozów śmierci, stanął właśnie przed sądem w Jerozolimie. Po wojnie uciekł za granicę, a niedawno został schwytany przez Izraelczyków na przystanku autobusowym w Argentynie. Jego proces odbił się szerokim echem. Eichmann zeznał przed sądem, że po prostu wykonywał rozkazy, ale prokuratorzy bez trudu dowiedli, że realizował swoją misję z potworną gorliwością i upodobaniem. Uznano go za winnego i właśnie ważyły się jego losy. Mówiono, że powinno się darować mu życie, a nawet odesłać z powrotem do Argentyny, ale to byłoby niemądre. Gdyby został uwolniony, nie przeżyłby nawet godziny. Państwo Izrael rościło sobie prawo do występowania w roli spadkobiercy i wykonawcy testamentu wszystkich ofiar „ostatecznego rozwiązania”. Proces Eichmanna przypominał światu, dlaczego powstało.

Urodziłem się wiosną 1941 roku. W Europie szalała druga wojna światowa, do której wkrótce miała przystąpić także Ameryka. Świat rozpadał się na części i chaos uderzał każdego nowego przybysza pięścią w twarz. Kto urodził się w tamtym czasie albo był na świecie i dane mu było przeżyć, mógł poczuć, że stary świat odchodzi w przeszłość i wyłania się nowy. To było jak cofnięcie wskazówek zegara do chwili, w której p.n.e. przechodziło w n.e. Wszyscy moi rówieśnicy należeli zarówno do jednej, jak i do drugiej epoki. Hitler, Churchill, Mussolini, Stalin, Roosevelt – postacie, jakich świat miał już nigdy nie zobaczyć, polegające na własnej determinacji, gotowe działać samotnie, obojętne na aprobatę, pieniądze i miłość, kierujące losami ludzkości, obracające świat w ruinę. Ci potomkowie długiej linii Aleksandrów, Juliuszów Cezarów, Czyngis-chanów, Karolów Wielkich i Napoleonów dzielili świat jak smakowite danie. Bez względu na to, czy mieli na głowie przedziałek czy hełm wikinga, nie znosili sprzeciwu i sami byli nie do zniesienia – barbarzyńcy, którzy gnali przed siebie na oślep, wykuwając własne wyobrażenia o geografii.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.