Kroniki Nicka 2. Niezwyciężony - Sherrilyn Kenyon - ebook
Opis

Ten dzień w życiu Nicka Gautiera chyba nigdy się nie skończy. Owszem, udało mu się przeżyć liczne ataki zombie, ale teraz obudził się w świecie zmiennokształtnych i demonów czyhających na jego duszę. Nowy dyrektor jego szkoły ma o nim jeszcze gorsze zdanie niż poprzedni, a dziewczyna, z którą nie chodzi, chociaż jakby chodzi, jest pełna tajemnic, które go przerażają. Co więcej upatrzyły go sobie najmroczniejsze moce i jeśli do końca tygodnia Nick nie nauczy się ożywiać zmarłych, to sam trafi w ich szeregi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Chronicles of Nick. Invincible.

Redakcja: Paweł Gabryś- Kurowski

Korekta: Kinga Szafruga

Skład i łamanie: EKART

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Zdjęcie na okładce: © Oleg Gekman | Dreamstime.com

Copyright © 2011 by Sherrilyn Kenyon. All rights reserved

Polish language translation copyright © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ISBN 978-83-7686-443-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla moich Synów – marzących o książce, którą mogliby podzielić się z kolegami.

Dla mojego Męża, który od zawsze jest jak wiatr wiejący w moje żagle.

I, jak zawsze, dla Ciebie, Czytelniku, za to, że wraz ze mną wyruszasz w te wspaniałe podróże.

Wszystkim moim Znajomym i Przyjaciołom, którzy zajmują się badaniem zjawisk paranormalnych, dziękuję za wspólną zabawę i wspomnienia. A szczególne podziękowania kieruję do Ciebie, Mamo Liso, oraz do Ciebie, Tish, dwóch najlepszych egzorcystek i mediów, jakie znam. Pozostańcie po stronie światła, siostry. Pozostańcie po stronie światła.

ROZDZIAŁ 1

Ludzie mówią, że tuż przed śmiercią przelatuje czło wiekowi przed oczami całe życie. To kłamstwo.

Nickowi Gautierowi przed oczami mignęły jedynie kły Kyriana Huntera, naprawdę godne wampira. Widok ten był tak przerażający, że chłopak zamarł bez ruchu na eleganckich mahoniowych schodach w przedniej częściej obszernej posiadłości Kyriana, pamiętającej czasy sprzed wojny secesyjnej.

Czeka mnie śmierć…

Znowu.

No tak, odkąd jakieś dwadzieścia dwie godziny temu wybrał się do szkoły, gdzie okazało się, że dyrektora zjadło zombie, siedziały mu na ogonie chyba wszystkie monstra pod słońcem.

A teraz się na dodatek okazało, że jego cholerny szef jest wampirem.

Ha, i to by było na tyle w kwestii wypłaty. Nick nagle nabrał pewności, że nie zobaczy ani grosza. No, chyba że czek będzie można zrealizować w banku w samym piekle.

Czy ten dzień się kiedyś wreszcie skończy?

Stary, to ty się zaraz skończysz. Ta myśl w końcu go otrzeźwiła i wyrwała z pełnego przerażenia stuporu.

Uciekaj, stary! Nogi za pas!

Nie mógł jednak zbiec na dół, bo tam właśnie stał Kyrian. Jedyna wolna droga prowadziła na górę, do matki, która poszła już do sypialni przydzielonej im na tę noc. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo i że zaraz popłynie ich krew. Odwrócił się, żeby ją ostrzec.

– Nick! Poczekaj!

Poczekaj? Akurat! Temu wampirowi brakuje chyba kilku litrów krwi, jeśli mu się zdaje, że Nick nie będzie próbował dać nogi.

Jestem za młody, zbyt inteligentny i zbyt przystojny, by umrzeć. Ha, ha, ha, dobre sobie. Przecież świat potrzebuje go do ulepszenia genotypu. Nie wspominając o tym, że jako czternastolatek nie zaliczył jeszcze pierwszej randki. A debiutanckiego pocałunku doczekał się całkiem niedawno, bo ubiegłej nocy. Powinien był się domyślić, że to zapowiedź apokalipsy i nieuniknionej śmierci.

Gdy Nick dobiegał do szczytu schodów, Kyrian wybił się z podłogi sześć metrów poniżej niego, przeskoczył przez lśniącą barierkę i wylądował z wdziękiem akurat przed chłopakiem, odcinając mu drogę ucieczki. Czarne oczy Huntera błysnęły w ciemnościach. Odziany w czerń od stóp do głów, wysoki na ponad metr osiemdziesiąt, emanował groźną mocą. Nie zmieniały tego nawet jego chłopięce jasne loki.

Nick nie miał jak go wyminąć.

Dupa blada…

Stanął jak wryty. Co powinien teraz zrobić? Matka była w sypialni kilka kroków za plecami Kyriana. Miał ochotę do niej krzyknąć, ale bał się, że i ona wtedy zginie. Może, jeśli będzie siedział cicho, Kyrian wypije tylko jego krew?

– To nie to, co myślisz, Nick.

Akurat.

– Myślę, że jesteś żądnym krwi, demonicznym wampirem, który mnie zabije. Tak właśnie myślę.

Zanim Nick zdażył choćby mrugnąć, Kyrian wyciągnął rękę i złapał go za szyję, stosując coś w rodzaju wolkańskiego ucisku na nerwy. Chłopak chciał mu się przeciwstawić, ale był bezradny jak szczeniak, którego ktoś trzyma za kark. Z nieludzką siłą, której można się było spodziewać po nieumarłym, Kyrian przeciągnął Nicka obok tymczasowej sypialni jego matki, prosto do swojego gabinetu.

Podobnie jak w całym domu, sięgające od sufitu do podłogi zasłony były szczelnie zaciągnięte, by do środka nie wdarł się ani jeden promień wschodzącego słońca. Już na tej podstawie, zaraz po przekroczeniu progów tego domostwa, Nick powinien był się domyślić, że Kyrian jest ghulem. Ciemne drewno biurka zlewało się z ciemnozielonymi ścianami. Nie zwalniając kroku, Kyrian rzucił Nicka na fotel obity skórą w kolorze głębokiego bordo.

Chłopak zerwał się do ucieczki, ale Kyrian popchnął go z powrotem na fotel.

– Siedź przez chwilę spokojnie. Wiem, że oczekuję od ciebie niemożliwego, ale choć raz w życiu zamknij się i słuchaj.

– Przecież nic nie mówię.

Kyrian wydał z siebie charkot.

– Tylko mi się tu nie wymądrzaj.

– Mam być głupi?

– Nick…

Chłopak podniósł ręce do góry, jakby się poddawał.

– Niech ci będzie, tylko nie pożryj mojej mamy, dobrze? Miała ciężkie życie, jeszcze jej tego potrzeba, by została narzeczoną Drakuli.

– Ja nie piję krwi.

Uniósł brew w odpowiedzi.

– Akurat.

– Owszem. Nie piję. Nie jestem wampirem.

I to mówi gość wyposażony w kły?

– No to o co chodzi z tym twoim stomatologicznym problemem, co? Tylko mi nie próbuj wcisnąć, że zęby są fałszywe. Nosisz garnitury od Armaniego, jeździsz super-brykami. Podróby to nie twój styl. Zresztą masz dość kasy, by rozwiązać kwestię zębów, gdybyś chciał. No i jeszcze ten drobiazg, że nie wychodzisz na światło dzienne. I jakim niby sposobem wykonałeś właśnie ten skok ninjy, jeśli nie jesteś nieumarłym?

– Jestem uzdolniony.

– A ja jestem trupem.

Nick próbował mu się wymknąć, ale Kyrian znowu popchnął go mocno na fotel.

– O Acheronie wiesz i zaakceptowałeś go. A mnie czemu nie chcesz zaufać?

Acheron Partenopajos był wielkim, nieśmiertelnym… czymś. W stosunku do Nicka i jego matki zachowywał się jednak w przemiły sposób. A co najważniejsze…

– On nie ma kłów.

– Owszem, ma. Tylko lepiej je ukrywa niż ja. To mój szef.

Nick miał ochotę powiedzieć, że to stek bzdur, ale to wytłumaczenie właściwie nie było pozbawione sensu. Ash liczył sobie ponad jedenaście tysięcy lat. Wydawał się dziwnym kolegą dla Kyriana. Ale skoro był jego szefem… Nieśmiertelny olbrzym…

Wszystko nabierało sensu.

Nick nie był głupcem i tak łatwo nie łykał byle bujd. Może Kyrian zwyczajnie próbuje uśpić jego czujność?

– A czym wy się właściwie zajmujecie?

– Opieką nad ludźmi.

– Na przykład ratowaniem gówniarzy przed śmiertelnym pobiciem z rąk tych, którzy rzekomo są ich przyjaciółmi?

Czyli ratowaniem mnie przed postrzeleniem przez Alana i wdeptaniem w ziemię przez Tyree i Mike’a kilka tygodni temu. To właśnie w ten sposób się poznali. Potem Nick zaczął pracować dla Kyriana po szkole.

Hunter kiwnął głową.

– Właśnie.

Nick nieco się rozluźnił, przypomniawszy sobie, ile zawdzięcza Kyrianowi. Gdyby nie on, już by nie żył.

– Czyli nie masz zamiaru zaatakować mojej matki ani wypić mojej krwi?

– Za nic w świecie. Nie mam ochoty nabawić się niestrawności. Już dość miałem przez ciebie kłopotów, jak na jedną noc. Wystarczy mi.

Nick siedział w fotelu, wpatrując się w swojego rozmówcę. Gdyby Kyrian chciał go zabić, mógł to zrobić wiele razy. Zamiast tego ochraniał i Nicka, i jego matkę. I pozwolił im zostać u siebie na noc.

– Jeśli chcesz wiedzieć, kim tak naprawdę jestem, to właściwe określenie brzmi „Mroczny Łowca”.

Nick wolno trawił te słowa.

– A co to dokładnie znaczy? Tropisz ciemności?

– Tak, Nick. Tym właśnie się zajmuję. Żeby mi się nie nudziło.

Sarkazm w jego głosie był tak wyraźny, wręcz gęsty, że można by go kroić nożem.

Nicka jakoś to jednak nie rozbawiło.

– Wytłumaczysz mi to czy nie?

– Jesteśmy nieśmiertelnymi wojownikami, którzy zaprzedali swoje dusze bogini Artemidzie. Dla niej walczymy i chronimy ludzkość przed tym, co na nią czyha nocą i co próbuje na niej żerować. W większości przypadków oznacza to, że tropimy i zabijamy Daimony.

– Które są?

– Ujmując to w słowa, które będzie ci łatwo zrozumieć, są wampirami, żywiącymi się ludzkimi duszami. Zamiast krwi pochłaniają twoją duszę, a gdy już ją pochłoną, zaczyna się ona kurczyć i obumiera. Daimona trzeba zabić, zanim dusza się kompletnie zużyje.

– Nie rozumiem. Czemu dusze?

Kyrian wzruszył ramionami.

– Karmią się nimi. Muszą mieć w sobie żywą duszę, w przeciwnym wypadku umierają.

Niezła jazda. Zwłaszcza dla osoby, którą zabijają, by zdobyć jej duszę.

– A jak one pożerają te dusze? – zapytał Nick.

– Nie mam pojęcia. Zapytałem o to kiedyś Acherona, ale nie chciał mi powiedzieć. A zna się na tym.

– A, to od niego się tego nauczyłeś, co?

Kyrian się uśmiechnął, nie z zaciśniętymi wargami, jak wcześniej, lecz szeroko, pokazując kły.

– W rzeczy samej.

– A więc masz ode mnie piątkę z plusem.

Kyrian przechylił głowę i przyglądał się Nickowi, jakby się spodziewał, że chłopak znowu zerwie się do ucieczki.

– No, to sprawa między nami wyjaśniona?

Nick zastanowił się nad tym. Pewnie powinien być przerażony, powinien brać nogi za pas, ale dziś w nocy Kyrian mu pomógł. Walczył z zombie i ochraniał jego przyjaciół. Otworzył drzwi swojego domu przed matką Nicka.

Chyba jest w porządku…

Możesz mu ufać. Po raz pierwszy Nick wiedział, do kogo należy ten głęboki głos, rozlegający się w jego głowie.

Do Ambrose’a, jego szurniętego wujka, który zarzekał się, że chce mu pomóc. Dziwne, jak oni wszyscy to w kółko deklarują. Ale…

– Nick?

Obaj aż podskoczyli na dźwięk głosu matki Nicka. Dochodził z korytarza.

Kyrian podeszedł do drzwi i otworzył je.

– Tutaj jesteśmy, pani Gautier.

Weszła do pokoju, rozejrzała się podejrzliwie dookoła, jakby spodziewała się znaleźć tu coś nielegalnego, niemoralnego lub nienaturalnego. Niska, drobna i piękna, o jasnoniebieskich oczach. Matka zawsze kojarzyła się Nickowi z aniołem, zwłaszcza gdy nie była umalowana, bo makijażu u niej nie znosił. Jej jasne włosy były teraz potargane. Miała na sobie czarny T-shirt, który sięgał jej aż do kolan. Pewnie pożyczyła go od Kyriana, żeby mieć w czym spać. Miała dwadzieścia osiem lat, była bardzo młoda jak na matkę dzieciaka w wieku Nicka. Ale to się nigdy nie liczyło. W obliczu wrogiego świata zawsze mieli tylko siebie nawzajem.

– Nick? Wszystko w porządku?

– Wszystko dobrze, mamo.

Posłała pytające spojrzenie w stronę Kyriana. Było jasne, że nie uwierzyła w słowa syna.

– Na pewno, Misiu?

– Na pewno. Pan Hunter mówił mi właśnie, że jutro mam wolne, bo dziś pracowałem do późna. Prawda, panie Hunter?

W oczach Kyriana błysnęło rozbawienie, gdy do niego dotarło, jak zręcznie jego podopieczny wykorzystał sytuację.

– Tak, zgadza się. – Kyrian zacisnął wargi. Starał się nie uśmiechnąć i nie odsłonić zębów. – Nick tu przyszedł, żeby się zalogować do Internetu i trochę pograć. Właśnie mu mówiłem, że powinien iść spać.

A niech to…

Zagrał kartą cenzury rodzicielskiej? Jak mógł! Gdyby nie to, że to on padł ofiarą jego zagrania, Nick pochwaliłby go za refleks. Ale nie chciał dać matce jeszcze jednego powodu, by dała mu szlaban.

Wbiła w niego rozgniewane spojrzenie.

– Nicky…

Nick podniósł ręce do góry, jakby się poddawał.

– Mamo…

– Ty mi tu nie „mamuj”, młody człowieku. W głowie mi się nie mieści, że coś takiego zrobiłeś. Marsz do łóżka. I to natychmiast. No, już!

Nick podniósł się z fotela i burknął coś pod nosem. Posłał zabójcze spojrzenie Kyrianowi. Jeszcze mu się za to odpłaci…

Kiedyś.

Kyrian zaśmiał się złośliwie, nie otwierając przy tym ust.

– Odprowadzę cię do pokoju.

To z kolei nie spodobało się jego matce. Zatarasowała drzwi.

– Może spać w moim pokoju. Ze mną.

Kyrian westchnął ze zmęczeniem.

– A ja się zastanawiałem, po kim Nick odziedziczył podejrzliwość. Nieźle go pani wyszkoliła.

Jego mama odgarnęła sobie kosmyk jasnych włosów z twarzy i wsunęła go za lewe ucho.

– No, tak. Wystarczająco często widziałam, jak okropni potrafią być ludzie. Bez urazy, panie Hunter.

– Zapewniam panią, że widziałem na własne oczy gorsze okropieństwa niż pani. I to nie raz. I proszę mi mówić Kyrian.

Chyba ją to zawstydziło. Wyciągnęła rękę do Nicka.

– No, chodź, skarbie. Słońce już wzeszło. Musisz się trochę przespać. Przecież nie doszedłeś jeszcze do siebie po postrzale.

Nie wiedziała, że już zupełnie wyzdrowiał. Stało się to dzięki mocom, których istnienie wolał przed nią zataić. Bo gdyby się dowiedziała, znając jego szczęście, pewnie by to komuś zgłosiła i skończyłby w jakimś laboratorium, golusieńki, w charakterze królika doświadczalnego.

– Muszę iść do szkoły?

– Nie, bo zaczyna się za niecałe dwie godziny.

– Zresztą dziś szkoła będzie zamknięta – oświadczył Kyrian, znów ściągając na siebie ich uwagę. – Policja nadal prowadzi tam śledztwo.

Matka Nicka zmarszczyła brwi.

– Skąd pan to wie?

– Rozmawiałem z jednym z nauczycieli Nicka.

– Z którym?

Nick chciał wiedzieć, kogo z grona nauczycielskiego powinien unikać, by nie narazić się na donos złożony jego pracodawcy wyposażonemu w kły.

– Z panią Pantall.

Super. Po prostu super. Nigdy go nie lubiła. Była jednym z nauczycieli, którzy domagali się wyrzucenia Nicka ze szkoły. No, ale w tej sprawie nic się dzisiaj nie dało zrobić.

Nick ziewnął. Zmęczenie w końcu go dopadło.

Jego matka aż cmoknęła z dezaprobatą.

– Widzisz, jaki jesteś zmęczony?

Nie znosił, gdy zadawała głupie pytania. Wiele go kosztowało, by nie odgryźć się z sarkazmem. Ubiegłej nocy omal nie dostał szlabanu, nie chciał teraz pogorszyć sytuacji.

Ugryzł się więc w język i poszedł za nią do sypialni. Podobnie jak gabinet Kyriana, pomieszczenie było ogromne, większe niż całe ich mikroskopijne mieszkanko, którego nie znosił. Łoże miało gigantyczne rozmiary. Przynajmniej matka nie będzie go kopać, bo zwykle rzucała się przez sen niczym kurczak na rożnie. To dlatego nie znosił, gdy musieli spać w jednym łóżku.

Tak wielkie łoże z baldachimem pomieściłoby jednak chyba całą dziesięcioosobową rodzinę. A najbardziej podobało mu się to, że niebiesko-złota narzuta była dobrana do tapet, włącznie ze złoconą folią, która wyglądała na ścianach naprawdę wspaniale. Coś takiego widział tylko w telewizji… i w horrorach.

Matka odwróciła się do niego.

– Jak ramię? Musisz wziąć jakieś leki?

Nick siłą woli nie zareagował na jej pytanie. Znowu o tym zapomniał. A niech to. Jeśli nie będzie uważał, wszyscy zaczną się dziwić, że tak szybko doszedł do siebie.

– Nie, w porządku.

– To dobrze. No, kładź się.

Nick obszedł łóżko i wślizgnął się pod kołdrę. Gdy tylko się ułożył, przyciągnęła go do siebie i zaczęła się bawić jego krótkimi, ciemnymi włosami. Aż się wzdrygnął i zaczął się wiercić, żeby się jej wyrwać. Niestety, była niczym ruchome piaski. Jeśli ktoś lekkomyślnie znalazł się zbyt blisko, nie miał już szans na ratunek.

– Mamo! Co ty wyprawiasz?

– Nie mogę cię już przytulić?

Skrzywił się z odrazą.

– Nie wiem, czemu martwisz się panem Hunterem, skoro to ty mnie zawsze molestujesz seksualnie. Rany, nie mogę się nawet położyć spać, żebyś mnie nie zaczęła obściskiwać?

Dała mu klapsa w tyłek. Nie tak, żeby zabolało, lecz by zwrócić jego uwagę.

– Przestań to powtarzać. Okazanie swojemu synkowi uczuć uściskiem to nie molestowanie. Wiesz, na świecie jest wiele mam, które w ogóle nie mają instynktu macierzyńskiego. – Takie matki wyrzucają dzieci z domu na ulicę za jedną pomyłkę, na przykład za to, że nie pozbyły się ciąży.

Matka Nicka o tym nie mówiła, ale wiedział, że gdy wygłaszała kazanie na ten temat, myślała tak naprawdę o swoich rodzicach, którzy wyrzucili ją z domu, gdy była w jego wieku.

– Ciesz się, że masz matkę, która cię kocha. – dodała.

Cieszył się. Nawet bardzo. Ostatecznie poza nią nie kochał go nikt inny pod słońcem. Teraz jednak, gdy był od niej o głowę wyższy, dziwnie się czuł, gdy próbowała go utulić, jakby był nadal małym dzieckiem. Pewnie usiłowałaby go sobie posadzić na kolanach, nawet gdyby jak Acheron miał dwa metry wzrostu.

– Przepraszam, mamo. Jestem po prostu zmęczony.

– Wiem, skarbie. – Odgarnęła mu włosy z twarzy i cmoknęła go w policzek. – Dobranoc. Słodkich snów.

– Tobie też.

Odwróciła się bez słowa, po czym przesunęła się, by wtulić w niego swoje lodowate stopy. Miał ochotę zaprotestować, ale nie chciał znowu urazić jej uczuć.

Już się nie mogę doczekać, aż będę dorosły, i będę miał swój własny dom…

Nick, wiem, że tego teraz nie znosisz, ale ciesz się tym. Mówię ci, nadejdą czasy, gdy będziesz marzył o tym, by znowu się z nią zobaczyć.

Nick zmarszczył czoło w odpowiedzi na natarczywy głos Ambrose’a, który rozległ się w jego głowie. Jak to możliwe, że cię słyszę?

Pewnego dnia nauczę cię tej sztuczki. Będziesz w stanie przekazywać swoje myśli innym, tak jak ja teraz.

I będę też umiał czytać w czyichś myślach?

Owszem.

Super. Chciałby wiedzieć, co myślą inni ludzie. To przydatna umiejętność, na przykład gdy się chce zaprosić dziewczynę na randkę. Lepiej z góry wiedzieć, że ma cię za totalnego lamusa.

Kiedy mnie tego nauczysz?

Ambrose roześmiał mu się w głowie. Cierpliwości, chłopcze. Jeszcze nie nauczyłeś się tego, co powinieneś wiedzieć o kontrolowaniu zmarłych. A to ci będzie potrzebne. Naukę opanowania tej mocy musieliśmy przyspieszyć przez twojego kolegę. I chociaż przeżyłeś, nie nauczyłeś się zbyt wiele poza tym, jak uciekać przed istotami, które chcą cię zabić. Myślę, że nie powinniśmy ryzykować i że trzeba trochę zwolnić tempo. Najpierw nauczysz się pełzać, a dopiero potem latać. Dosłownie.

Oczy Nicka zrobiły się wielkie jak spodki. Nauczę się latać? Poważnie?

Mały, nie masz pojęcia, jakie moce w tobie drzemią. Ani o tym, czego cię jeszcze nauczę. Ale ostrzegam cię, będziesz miał wielu wrogów. Jednym z nich będzie Partenopajos.

Nick znowu się zafrasował. Ash?

Tak. Nie jest tym, za kogo go bierzesz. Jeśli masz choć trochę oleju w głowie – a wiem, że masz – będziesz się od niego trzymać z daleka.

Zanim będzie za późno.

Ale on naprawdę polubił Acherona. Przecież ktoś tak fajny, odnoszący się z takim szacunkiem do jego matki, nie mógł być zły. Każdy ma jakieś problemy. Jego i jego matkę ludzie nieraz niesprawiedliwie oceniali. Nick nie chciał tak postępować. Wierzył w sens okazywania ludziom sympatii, nawet jeśli nie do końca im ufał. No, chyba że ktoś dawał mu konkretne powody, by zmienić do niego stosunek.

Na przykład gdy ktoś do mnie strzela, bo postanowiłem nie zejść na ścieżkę zbrodni.

Jego wujek westchnął z irytacją. Idź spać, mały. Jutro zacznie się twoje nowe życie. Nawet go sobie nie wyobrażasz.

I ludzie będą próbowali mnie zabić?

Owszem. Między innymi.

ROZDZIAŁ 2

Nick obudził się, czując, że matka go dusi. Miała na sobie czarny T-shirt, w którym spała, oraz dżinsy. Klęczała obok niego i ściskała go za szyję.

– Mamo! Co ty wyprawiasz?

Zacisnęła mocniej ręce.

– Zabijam cię! Rozumiesz? Jesteś martwy. Martwy. Martwy!

Zakaszlał. po czym spróbował jej się wyrwać.

– Co takiego zrobiłem?

Zawarczała, puściła go i cofnęła się, po czym wymierzyła mu klapsa w siedzenie.

– Przez numer, który wykręciłeś wczoraj razem ze swoim kolegami idiotami, straciłam pracę! Mam nadzieję, że jesteś zadowolony! I tak ledwo mi wystarczało na dach nad głową dla nas i coś do jedzenia! Jak dam radę bez pracy?! Nie skończyłam szkoły średniej, nie mam żadnego doświadczenia poza tańcem. – Spojrzała na niego, jakby zaraz zamierzała się rozpłakać. – Nie wiesz, jak okropnie traktuje się ludzi w niektórych klubach! Owszem, nie znosiłam tego, ale to była jedyna robota powyżej płacy minimalnej dla kogoś, kto nie ma żadnego wykształcenia ani doświadczenia. Nie mogę nawet pracować przy kasie, nie wspominając o komputerze czy czymkolwiek innym. Peter nie chce słuchać moich przeprosin. Mówi, że nie obchodzi go, co się stało i jak do tego doszło. Już tam nie pracuję i mam nawet nie wracać po ostatni czek. Przyśle mi go pocztą, bo nie chce mnie więcej widzieć na oczy. Boże, co ja pocznę?!

– Pani Gautier, podobno przez Internet można sprzedać dzieci za całkiem przyzwoite pieniądze. Nick jest jeszcze dość młody. Powinna pani dostać tyle, żeby wystarczyło na jakiś czas.

Nickowi aż szczęka opadła na dźwięk głosu Rosy, która właśnie przechodziła koło ich pokoju. Zazwyczaj uwielbiał słuchać jej mocnego akcentu, ale teraz…

– Dzięki, pani Roso. Jestem zobowiązany.

– De nada, m‘ijo1.

Nick odskoczył za łóżko, jak najdalej od matki, żeby nie zaczęła go znowu dusić.

– Kyrian zna kogoś, kto mógłby dać ci pracę.

Spojrzała na niego tak, jakby naprawdę była gotowa go zabić.

– Jeszcze z tobą nie skończyłam, młody człowieku. A jak dostanę nową pracę, to co? Może znowu wpadniecie z Bubbą i mnie ogłuszycie, żebym straciła przez was kolejną posadę? Wiesz, większość pracodawców nie przepada za wizytami synów podwładnych w towarzystwie brutali, którzy przerzucają sobie pracowników przez ramię i wynoszą ich stamtąd w godzinach pracy.

– Ale to było dla twojego dobra.

– Podobnie jak lanie, które zaraz ci sprawię.

Nick wskoczył z powrotem na łóżko, przeturlał się po nim, a potem rzucił się biegiem do drzwi i na korytarz. Miał nadzieję, że tam będzie bezpieczniejszy.

– Jestem za duży na lanie.

– Żaden kłopot. Zamiast lania masz szlaban do czasu, aż twoje wnuki się zestarzeją!

– Trudne do wykonania. Jak mam się dorobić wnuków, skoro mam szlaban?

– I właśnie o to chodzi, ty odnogo od piekła! Ten szlaban nigdy ci się nie skończy! Nigdy, przenigdy!

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się i stanął w nich poirytowany Kyrian. Ubrany był tylko w czarne spodnie od piżamy. Patrzył na nich spode łba. Miał potargane włosy i wyraźny cień zarostu na twarzy. Nick dałby się pokroić, by być tak zbudowany jak on. Rany, nikt w szkole by mu nie podskoczył, gdyby miał taką muskulaturę.

Kyrian spojrzał na nich z rozdrażnieniem.

– Ludzie, ja naprawdę muszę się wyspać. Może byście wydzierali się na siebie na dole, co? A jeszcze lepiej na zewnątrz, w ogrodzie?

Jego matka natychmiast się uspokoiła.

– Przepraszam pana, panie Hunter. Nie pomyśleliśmy, że możemy przeszkadzać.

Kyrian przeczesał sobie ręką jasne włosy i mocno je przy tym zmierzwił. Nick by się z tego zaśmiał albo rzucił jakąś kpiącą uwagę, ale ostatecznie Kyrian nie był do niego tak przywiązany jak jego matka. Szef mógłby go rzeczywiście zabić.

– Nie ma sprawy. Przestańcie się kłócić. I niech pani daruje życie Nickowi, przynajmniej do czasu, aż spłaci swój dług wobec mnie. A tymczasem może pani zadzwonić do Sanctuary na Ursulines i poprosić Nicolette Peltier. To właścicielka, już z nią o pani rozmawiałem. Powiedziała, żeby do niej zadzwonić; bardzo chętnie panią zatrudnią.

– Ale…

Podniósł rękę do góry władczym gestem i uciszył matkę Nicka. Rany, to była prawdziwa mentalna sztuczka Jedi. Gdyby Nick coś takiego zrobił, mama by mu spuściła lanie. I to porządne.

– Żadnych „ale”. Niech pani do niej zadzwoni. Zapewniam panią, że praca dla nich spodoba się pani.

I wrócił do swojego totalnie zaciemnionego pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Nick odetchnął z ulgą. Może nawet uda mu się przeżyć ten poranek.

– Och, nawet nie zaczynaj… – Matka zwróciła znowu do niego swoją wredną twarz Gorgony. – Nie myśl, że ci się upiekło. Ubieraj się. Masz pięć minut.

– Czemu?

– Nie odszczekuj mi się. I nie kłóć się ze mną. Chyba że nie chcesz dożyć południa. Pod prysznic, i to biegiem. Ale już!

Przynieś. Waruj. Szczekaj, Burek, szczekaj. Nie znosił, gdy mówiła do niego jak do psa, którego jedynym zadaniem jest posłuszne wykonywanie jej rozkazów.

– Mamo, nie jestem idiotą. Rozumiem, co do mnie mówisz.

– Najwyraźniej nie, skoro zostało ci już tylko cztery i pół minuty, zanim zaczną grać twój marsz pogrzebowy, a ty nadal tu siedzisz.

Walcząc z dziecinnym impulsem, by pokazać jej język, wrócił do pokoju i poszedł prosto do przylegającej do niego łazienki. Jeśli wykona jej polecenia, to może dostanie mniejszy wymiar kary.

Z drugiej strony, wyglądało na to, że matka tylko szuka pretekstu, żeby mu dać szlaban.

Cóż, boi się momentu, gdy Nick wyjdzie z domu, więc kurczowo się go trzyma. Syndrom opuszczonego gniazda. No dobrze, pewnie to nie jest właściwa nazwa dla tego zjawiska, ale on tak to określał.

Westchnął, rozebrał się i puścił wodę pod prysznicem.

Oczywiście, zanim skończył i się ubrał, minęło więcej niż pięć minut. Gdy otworzył drzwi prowadzące z łazienki do sypialni, matka siedziała na łóżku, wpatrując się w niego z wściekłością.

– No co? Śpieszyłem się.

– Co ty nie powiesz?! – Zsunęła się z łóżka. – Nawet się nie ogoliłeś.

– Kazałaś mi się pośpieszyć, więc darowałem sobie szukanie golarki. Zresztą mam raptem trzy włoski. Poza tobą nikt ich nawet nie dostrzega.

Liczył na to, że jeszcze urosną i rozmnożą się, ale na razie…

Pozbawiały go męskości, a jednocześnie wkurzały. A mama miała tylko kolejny powód do gderania.

Prychnęła z irytacją. Ten dźwięk zawsze mu się kojarzył z czajnikiem, który wypuszcza z siebie parę.

– No, chodźże. Musimy złapać tramwaj.

– Dokąd jedziemy?

– Słyszałeś, co powiedział pan Hunter. Musimy jechać do Sanctuary.

– Powiedział, żeby zadzwonić.

Przewróciła oczami. Gdyby on coś takiego zrobił, dostałby szlaban.

– Tak się nie składa podania o pracę, Nick.

– Ale…

– Ruszaj się!

Nie miał ochoty jechać przez całe miasto z byle powodu. No bo po co miał jechać? Żeby się przyglądać, jak ona prosi o pracę? Już lepiej niech mu oczy wyłupią niżby miał się nudzić jak mops i gapić na migoczące jarzeniówki.

– Nie mogę tu zostać?

– Nie możesz. Nie przyjmujemy datków dobroczynnych, dobrze o tym wiesz. Miło ze strony pana Huntera, że przygarnął nas do siebie na noc, ale trzeba zawsze uważać, by nie zostać z wizytą za długo.

– Ale przecież…

– Nick, rób, co ci każę!

Zagryzł zęby i ruszył w stronę schodów. Chyba powinien pozbyć się słowa „ale” ze swojego słownika, bo wyglądało na to, że działa ono na nią jak płachta na byka.

Gdy tylko zszedł na dół, jego nozdrza podrażnił zapach czegoś przepysznego… Pachniało jak prawdziwy, soczysty, smaczny bekon, od którego ślinka aż cieknie, a tętnice twardnieją. Nie jakieś tam skrawki bekonu, takie jak jego matka dodawała do jajek w proszku, które przygotowywała mu na śniadanie.

Mniam, mniam!

Niewiele myśląc, ruszył prosto do kuchni.

Matka złapała go za rękę.

– A ty dokąd?

– Jedzenie. Podążam za zapachami.

Gna mnie burczący brzuch.

– Nie – szepnęła. – Przecież ci mówiłam, że nie przyjmujemy datków dobroczynnych. Nie słyszałeś?

To co, ma chodzić głodny?

Wiedział jednak, że lepiej się z nią teraz nie kłócić, zwłaszcza gdy ma taką minę.

– No dobra.

I ruszył w stronę drzwi.

Zza rogu wychynęła Rosa i spojrzała na nich marszcząc brwi.

– Nick? Pani Gautier? Nie zjecie śniadania przed wyjściem?

Spojrzał na matkę, licząc na to, że zmieni zdanie.

– Bardzo pani dziękuję, Roso, ale jesteśmy umówieni i musimy już iść.

Zmarszczki na czole Rosy zniknęły, a usta ułożyły się w przemiły uśmiech. Była tego samego wzrostu co matka Nicka. Piękna kobieta o czarnych włosach ściągniętych w kok i promiennych, brązowych oczach.

– W takim razie przygotuję wam śniadanie na wynos.

Matka puściła rękę Nicka.

– Nie, dziękujemy. Nie chcemy pani kłopotać.

– To żaden kłopot – uspokoiła ją Rosa. – Jedzenie dla was jest już przygotowane. Ja już zjadłam, a pan Kyrian jeszcze długo nie wstanie. Jeśli nie zjecie, wszystko powędruje do kosza.

Nick spojrzał na matkę błagalnie i wydął wargi. W ten sposób często udawało mu się przeforsować wiele spraw, dopóki nie wiązał się z nimi żaden dylemat moralny.

Dostrzegł w jej oczach wahanie. Naprawdę, ale to naprawdę nie cierpiała od nikogo niczego przyjmować. Ludzie zawsze oczekują czegoś w zamian. Nick, nic w życiu nie jest za darmo. Nie bierz, to nikt nie będzie oczekiwał od ciebie rewanżu. Znał tę litanię na pamięć.

Ale dla niego to nie było to samo.

– Mamo, zawsze powtarzasz, że jedzenia nie wolno marnować.

Westchnęła głęboko, po czym poddała się.

– No dobrze. Dziękuję pani, Roso.

– Cała przyjemność po mojej stronie. To mam zapakować…

– Zjemy przy stole. Nie chcemy sprawiać dodatkowego kłopotu.

Nick dotarł do kuchni prawie biegiem. Dwa talerze przygotowane przez Rosę już stały na środku wyspy. Żołądek mu się ścisnął jeszcze bardziej, gdy poczuł zapach ciepłego jedzenia.

– Boże! Naleśniki i bekon?

Pachniało tak smakowicie, że aż mu ślinka ciekła.

Rosa roześmiała się, widząc jego zapał. Nie miała pojęcia, jaką rzadkością był dla niego taki posiłek.

– Nie chcesz syropu klonowego? – zapytała, gdy złapał jeden naleśnik i wgryzł się w niego. Pycha!

Nick przełknął kęs.

– To syrop też jest?

Wskazała na blat za jego plecami, gdzie czekała wielka butla syropu marki Log Cabin. Ojej, po prostu bosko…

Złapał ją, otworzył i chlusnął sobie na talerz.

Jego matka była dużo bardziej powściągliwa.

– Nick, nie lej tyle. Zabijesz smak jedzenia.

I o to chodziło.

– Mamo, to naprawę dobry syrop, nie taki rozwodniony.

Ona – gdy w ogóle mogli sobie pozwolić na syrop klonowy – rozcieńczała go, by wystarczył im na dłużej.

Zrobiła się teraz czerwona jak burak.

Rosa poklepała ją po dłoni.

– Niech się pani nie przejmuje, pani Gautier. Doskonale rozumiem, jak to jest, gdy z trudem przychodzi człowiekowi wykarmić syna. Miguel i ja mamy za sobą wiele chudych lat. Jeszcze zanim zaczęłam pracować dla pana Kyriana. Jedzcie, ile chcecie. Pan Kyrian stosuje zasadę, że w tym domu nikt nie może chodzić głodny.

– Dziękuję.

Rosa przechyliła głowę, a potem podsunęła Nickowi talerz naleśników.

– Ale zwolnij trochę i zostaw coś dla mamy. No i jak zjesz ich zbyt dużo, to cię rozboli żołądek.

– No tak, ale te naleśniki są tego warte. Przepyszne są. Bardzo pani dziękuję, że je pani usmażyła.

Uśmiechnęła się i podała mu serwetkę.

– Cieszę się, że ci smakują.

– Smakują to mało powiedziane. Czuję się tak, jakby mi wszystkie kubki smakowe śpiewały i tańczyły. Założę się, że jakby pani dobrze nadstawiła ucha, to by je pani usłyszała.

Sytuacja uległa dalszej poprawie, gdy Rosa podała mu szklankę świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. Och, niebo w gębie!

Matka zjadła swoją porcję, podczas gdy on pochłonął większość naleśników.

Potrząsnęła głową, wzięła go za „zdrową” rękę i odciągnęła od pustego talerza.

– No, chodź, Misiu. Musimy się zbierać.

Zlizał sobie syrop klonowy z palców.

Matka skrzywiła się z odrazą.

– Nick, masz serwetkę. Użyj jej, bardzo cię proszę.

– No tak, ale nie chcę, żeby się zmarnowało. Za dobre jest.

Westchnęła rozdrażniona i spojrzała na Rosę.

– Roso, zapewniam panią, że staram się go wychować lepiej. Ale na razie nie przynosi to efektów. Co nie znaczy, że nie wkładam w to sporo wysiłku.

Rosa się roześmiała.

– Wiem. Niech mi pani wierzy, mój Miguel jest taki sam.

Nick nie przejął się ich uwagami, ugryzł ostatni kęs i poszedł za matką. Po wyjściu z domu ruszyli w kierunku przystanku. Niewiele się odzywali w drodze z eleganckiego, luksusowego Garden District, gdzie mieszkał Kyrian, na drugą stronę Dzielnicy Francuskiej, gdzie, pod numerem 688 przy Ursulines, mieściły się bar i restauracja Sanctuary. Aby się tam dostać, musieli pojechać tramwajem do Jackson Brewery, a potem przejść pieszo parę przecznic w stronę konwentu urszulanek, od którego ulica brała swoją nazwę. Sanctuary było położone o przecznicę od klasztoru, niedaleko szkoły Nicka.

Przechodził obok tego miejsca wiele razy. Kiedyś matka mu powiedziała, że kręci się tam nieciekawa klientela. Bała się, że coś mu się może przydarzyć, więc w zasadzie nie wolno mu było tam chodzić. Zawsze się zastanawiał, skąd ona wie, kogo można tam spotkać, skoro, o ile mu wiadomo, sama ani razu tam nie była. Nigdy jej jednak o to nie zapytał.

Ta sprawa należała do kategorii: „lepiej nie pytaj, bo możesz otrzymać tylko głupią odpowiedź rodzicielską”. Gdyby wszyscy twoi koledzy skoczyli z mostu… Bo tak ci mówię… Tak długo, jak mieszkasz pod moim dachem… I tak dalej.

Pomijając samo Sanctuary, Nick zawsze lubił kręcić się po Dzielnicy Francuskiej. Uciekał tu z ich bylejakiego mieszkanka oraz dzielnicy, w której żyli. Kryło się tu coś, co działało kojąco na każdą kroplę cajuńskiej krwi płynącej w jego żyłach: historia, piękno, mieszanina kultur, zapachy, jedzenie, no i ludzie. Nie było na świecie drugiego takiego miejsca. Fakt, nie miał wielkiego porównania, bo odwiedził tylko Laurel i Jackson w stanie Mississippi, dokąd ewakuowali się podczas huraganów. A i tam widział parkingi przed centrami handlowymi, gdzie zostawiali swoje przerdzewiałe yugo i rozbijali tymczasowy obóz.

Przerwał, bo właśnie zrównali się z Café Du Monde, położonym na skraju targu francuskiego. W nozdrza uderzył go aromat kawy zbożowej i orleańskich pączków. Po raz pierwszy w życiu ten słodki zapach nie wywołał u niego skurczów żołądka z głodu. Dziś, najedzony do syta, rozkoszował się tylko tym zapachem.

Aż dotarło do niego, że został w tyle.

Choć był wyższy od matki, musiał nieźle wyciągać nogi, żeby za nią nadążyć. Jak na taką niską kobietę potrafiła czasem narzucić niezłe tempo.

Na szczęście była bardzo skupiona na celu swojej wyprawy i nie zauważyła nawet, iż Nick został z tyłu.

Szła Dumaine Street, po czym skręciła w Chartres Street. Gdy dotarli do rogu Chartres i Ursulines, w końcu zwolniła, jakby nagle ogarnęły ją wątpliwości. Wcale jej się nie dziwił. Sanctuary zajmowało prawie całą przecznicę. Było nie tylko ogromne, lecz także owiane legendą. Każdy w Nowym Orleanie znał to miejsce, otwarte od ósmej rano do trzeciej nad ranem. Mówiło się, że tylko w kilku miejscach na świecie podaje się równie dobre jedzenie i że niektórzy klienci to zbiry, jakich mało.

Nad drzwiami wahadłowymi, takimi jak w saloonie, prowadzącymi do trzypiętrowego budynku z czerwonej cegły, wisiał ogromny szyld. Czarna tablica z wizerunkiem motocykla zaparkowanego na wzgórzu, którego kształt odcinał się na tle księżyca w pełni. Słowo SANCTUARY wypisane było białymi literami z fioletowym, mglistym konturem. W prawym dolnym rogu szyldu mniejsze litery tworzyły slogan „Tu mieszkają The Howlers”.

Nie z tego jednak powodu Nick się zawahał. O ścianę zaraz przy drzwiach opierał się ogromny jak góra typ. Był wyższy nawet od Kyriana, ramiona miał jak dwa pnie drzewa, a długie, kręcone jasne włosy ściągnął w kucyk. Na jego widok Nickowi przeleciała przez głowę myśl, że ochroniarz przybierze zaraz postać wielkiego rozzłoszczonego niedźwiedzia.

To był jeden ze zmiennokształtnych, o których mówił mu wczoraj Alex Peltier…

Nick nie miał pojęcia, skąd to wie, ale wiedział.

Matka przeciągnęła go na drugą stronę ulicy, gdzie stał niedźwiedziołak.

Jakby wyczuwając, że Nick rozpoznał jego nadprzyrodzoną moc, wbił w nich lodowato niebieskie oczy.

– Zgubiliście się?

Matka Nicka przełknęła głośno ślinę.

– Eee… Kyrian Hunter powiedział mi, że mam się zgłosić do Nicolette Peltier? Ona, zdaje się, jest właścicielką tego przybytku.

Ich rozmówca spojrzał Nickowi prosto w oczy z zaciekawioną miną, po czym wyciągnął krótkofalówkę zza pasa i nacisnął jakiś guzik.

– Aimee? Maman u siebie w biurze?

– Tak, a bo co?

– Ludzie przyszli się z nią zobaczyć. Dwoje. Kyrian ich przysłał.

Jego dobór słów rozbawił Nicka. Matka pewnie wzięłaby to tylko za drobną ekstrawagancję, ale on wiedział lepiej. Gość stojący przed nimi ostrzegał resztę rodziny, że do środka wchodzą ludzie. Niezły kod: dosłowny, a jednocześnie na tyle niewinny, by większość osób się nie zorientowała.

– Bądź dla nich miły, Rémi. Nie odgryź im głów. Mamam zaraz zejdzie – powiedziała kobieta przez krótkofalówkę.

Rémi otworzył przed nimi drzwi wahadłowe.

– Wejdźcie do środka i poczekajcie…

Matka Nicka się uśmiechnęła.

– Dziękujemy.

Nick zawahał się i zerknął na niedźwiedzia.

– Jest Alex?

Rémi spojrzał na niego uważnie.

– Skąd znasz Alexa?

Jego głos chyba nie mógł kryć w sobie więcej podejrzliwości ani być bardziej wyzywający. – Chodzimy razem do szkoły.

– Aha…

Nie powiedział nic więcej.

No dobrze… Najwyraźniej niedźwiedź nie należał do rannych ptaszków i nie miał zamiaru powiedzieć Nickowi, gdzie może tak wcześnie znaleźć kolegę z klasy. Chłopak uznał, że lepiej będzie nie złościć kogoś, kto nie jest człowiekiem i kto pewnie byłby w stanie złamać mu kręgosłup na pół jak zapałkę. Wszedł do środka i dołączył do matki, która stała przed okrągłym stołem otoczonym czterema krzesłami. Do lunchu zostało jeszcze półtorej godziny, w pomieszczeniu było więc pustawo. Za barem stało dwóch mężczyzn… a właściwie panterołak i jastrzębiołak. Byli zajęci uzupełnianiem zapasów i sprzątaniem. Przy jednym ze stolików siedział ktoś nad laptopem i filiżanką kawy. Dwie kobiety jadły późne śniadanie, a jakiś starszy mężczyzna czytał gazetę i robił notatki.

Mama podała Nickowi dolara.

– Idź zagraj w jakąś grę komputerową, kiedy pójdę porozmawiać z właścicielką.

Nick zdziwił się, ale jednocześnie ogarnęła go wdzięczność, bo rzadko miał pieniądze, które mógł po prostu przepuścić. Poszedł na tyły restauracji, gdzie stały stoły bilardowe i automaty do gry pod ścianami. Zbliżając się do nich, kątem oka dostrzegł chłopaka starszego od siebie o parę lat. Był zajęty wycieraniem stolików. Uwagę Nicka zwróciły nie tyle zmatowiałe, jasne dredy chłopaka, ile niewielka małpka, którą miał na ramieniu. Zajęta jedzeniem banana, wyszczerzyła zęby na Nicka, po czym zawarczała. Chłopak z dredami wyciągnął rękę, żeby uspokoić zwierzaka.

Nick miał ochotę podejść i przyjrzeć się małpce z bliska, ale intuicja podpowiadała mu, że lepiej trzymać się z daleka od jej właściciela.

To nie był zwykły chłopak.

Tygrysołak. Bardzo agresywny i aspołeczny.

Skąd ja to wiem? Przecież tylko na niego spojrzałem?

Jeszcze wczoraj był normalny.

A dziś…

Dziwadło, któremu przez głowę przelatywały obrazy ukazujące zmiennokształtnych. Nie wiedział, jak się nazywają, ale wiedział, czym są, nawet jeśli podszywali się pod ludzi.

Co się dzieje?

Od nadmiaru bodźców kręciło mu się w głowie. Jednak wraz z tym doznaniem pojawiło się poczucie bezpieczeństwa. Nie czuł zagrożenia ze strony otaczających go zwierząt. Jakby były swego rodzaju strażnikami. Opiekunami, a nie drapieżnikami.

Niesamowite, był w barze prowadzonym przez rodzinę zmiennokształtnych.

Ambrose? W milczeniu wezwał swojego wujka. Potrzebował kogoś, kto by mu pomógł zrozumieć sytuację. Co się dzieje? Widzę różne przerażające rzeczy. Ludzi, którzy nie są ludźmi…

Mały, pamiętaj, co ci mówiłem. Masz moc widzenia. Dostrzegasz to, co ukryte.

Czyli nikt nigdy nie będzie mógł mnie już okłamać?

Nie. To, co innego. Moc widzenia pozwala ci dostrzec większość istot nadprzyrodzonych, które próbują wtopić się w ludzki świat.

Jak to „większość”?

Niektóre demony są wystarczająco potężne, by się skutecznie ukryć. Podobnie jak bogowie wyższego rzędu i opętani. Z czasem ich też zaczniesz dostrzegać, ale do tego będziesz potrzebował intensywnego treningu i samodyscypliny.

Tymczasem zaś… Jego życie zmieniło się w jakąś koszmarną, psychodeliczną halucynację.

Wyluzuj, Nick. Idź w coś zagrać.

Wyczuł, że Ambrose znowu go opuścił. Nie miał nic lepszego do roboty, podszedł więc do konsoli Galaga. Rany, całe wieki takiej nie widział. To musi być ulubiona gra jakiegoś weterana. Wyjął dolara, zamienił go na żetony, wrzucił jednego do automatu i usłyszał charakterystyczną muzykę. Zaczął grać, gdy nagle padł na niego jakiś cień.

Podniósł głowę i natychmiast zamarł. Jasna cholera…

Ten gość musiał mieć dobrze ponad dwa metry wzrostu. Wyglądał jak starsze wcielenie faceta przy wejściu. Nick w życiu nie widział nikogo z równie bezlitosną miną.

Już jestem trupem…

– Kto ci pozwolił grać na moim automacie?

Nick wiedział, że te słowa wypowiedział człowiek, ale oczami wyobraźni zobaczył ogromnego niedźwiedzia z nabiegłymi krwią oczami.

– Eee…

Facet roześmiał się i żartobliwie klepnął go w ramię.

– Wyluzuj, młody. Tylko mi tu nie nasikaj na podłogę. Tak się z tobą droczę.

Serce Nicka waliło tak szybko, jakby był samochodem Richarda Perry’ego podczas Daytony.

Facet pokręcił głową.

– Jestem Papa Niedźwiedź Peltier. A ty masz jakieś imię?

– N-n-nick.

– Miło cię poznać, N-n-nick. – Wyjął żeton z kieszeni i podał go chłopakowi. – Przepraszam, że ci zmarnowałem grę. Ale uwielbiam zszokowane miny ludzi, gdy spotykają mnie po raz pierwszy. Piękna sprawa.

Nick wziął żeton, ale nadal nie był pewien, co o tym wszystkim myśleć.

On jest w porządku, młody. Podziękuj mu za żeton.

– Eee… Dzięki.

Papa Niedźwiedź klepnął go w ramię, po czym ruszył w stronę sceny, gdzie razem z innym mężczyzną, który wyglądał jak klon Rémiego, układali kable elektryczne na podłodze.

– Zamknij buzię, skarbie. Papa gryzie tylko tych, którzy pierwsi wyszczerzą zęby.

Odwrócił się na dźwięk cichego głosu z lekkim akcentem. Zobaczył przed sobą najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek oglądały jego oczy. Wysoka blondynka z krągłościami, o jakich marzą mężczyźni. Miała na sobie T-shirt Sanctuary na tyle opięty, że Nick poczuł się nieswojo.

– Jestem Aimee Peltier. A ty musisz być Nick.

Rany, jest lepsza od niego.

– Skąd wiesz, jak się nazywam?

Nachyliła się, żeby mu szepnąć prosto do ucha, jakby dzieliła się z nim jakąś wielką tajemnicą.

– Twoja mama mi powiedziała na zapleczu.

Ach, no tak, oczywiście. Poczuł się jak ostatni idiota.

– No chodź, przedstawię cię członkom ekipy, którzy teraz nie śpią i są na nogach.

Nick nie był przekonany, zawahał się przez chwilę.

– Niby czemu?

Czy ona zamierza wydać go na pożarcie niedźwiedziom, czy coś w tym rodzaju?

– Twoja mama będzie tu pracować, a twoja szkoła jest rzut kamieniem stąd, więc pewnie będziesz tu w przyszłości sporo przesiadywał.

– Aha.

W końcu się rozluźnił. Poszedł za nią w stronę chłopaka z małpką.

– Wren, przywitaj się z Nickiem.

Chłopak nie odpowiedział, tylko spojrzał na Nicka spod szopy gruzłowatych włosów.

Aimee się tym nie przejęła.

– Wren właściwie nie mówi. Ale to miły gość. Mieszka obok, u nas w domu. Będziesz go często widywał, bo on nie ma własnego życia ani żadnych zainteresowań. Pracuje praktycznie non stop. A ten mały kudłacz to Marvin. Marvin, przywitaj się z Nickiem.

Małpka dała susa z ramienia Wrena na ramię Nicka, co go zaskoczyło. Nick ją złapał i przytrzymał. Marvin potargał chłopakowi włosy i wsadził mu pokryty skórzastą skórą mały palec do ucha. Błe!

– Marvin lubi się bawić włosami. – Aimee wyciągnęła rękę, a małpka pozwoliła jej wziąć się w ramiona i przytulić. – to mały żebrak. Jeśli będziesz miał dla niego jakieś przekąski pod ręką, zostanie twoim najlepszym przyjacielem.

Trąciła nos małpki, po czym oddała ją Wrenowi.

Gdy Marvin sadowił mu się z powrotem na ramieniu, Wren nie odezwał się ani słowem. Po prostu wrócił do wycierania blatów.

Aimee poprowadziła Nicka dalej.

– Rémiego poznałeś już przy wejściu. Jeśli mogę ci coś poradzić, naucz się szybko, który to z czworaczków.

– Czworaczków?

Wskazała ręką na scenę, gdzie pracowali Papa i klon Rémiego.

– Mam czterech braci, którzy są indentycznymi czworaczkami. Quinn! – zawołała.

Młodszy niedźwiedziołak podniósł głowę.

Uśmiechnęła się, po czym machnęła do niego, by wrócił do pracy.