Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary - Nadia Szagdaj

Lipiec 1911, Danzig. Fotograf, który zaprosił Klarę na sesję fotograficzną,  nie zjawił się na dworcu, by powitać swego gościa. Piękne wersety wypełniające list okazały się zasadzką. W czasie gdy Klara Schulz prowadzi prywatne śledztwo w nadmorskiej metropolii, w Bresalu znikają dwie młode kobiety. Pozornie nic nie łączy tych spraw. Jedna z dziewcząt jest Romką, pracującą w fabryce, druga zaś córką szanowanego lekarza, przełożonego męża Klary, Bernarda. Jednak pozory potrafią zmylić, a obie rodziny całą nadzieję na rozwiązanie zagadki, pokładają w detektyw Schulz. Tylko, że gdy ta wraca z Danzig, nie jest już sobą…

Opinie o ebooku Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary - Nadia Szagdaj

Fragment ebooka Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary - Nadia Szagdaj

Copyright © by Nadia Szagdaj and Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014

ISBN 978-83-64481-11-6

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Pocztówki zreprodukowane w książce pochodzą z kolekcji prywatnej Redakcja: „Sztuka i Słowo”: Anna Rojkowska Korekta: Lidia Szagdaj Redakcja techniczna: Adam Kolenda

Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Und zu enden meine Schmerzen, Ging ich einen Schatz zu graben. Meine Seele sollst du haben! Schrieb ich hin mit eignem Blut1.

J.W. von Goethe Der Schatzgräber

1 „Więc by złą odmienić dolę, szukać skarbu dziś wyruszam. Diable! Oto moja dusza, zapisana własną krwią!” J.W. von Goethe, Poszukiwacz skarbu, przekł. Janusz Szpotański, „Miesięcznik Zielonogórski” 9/10/98, 2012.

I

Klara trzymała w drżących dłoniach list pisany na ozdobnej papeterii z czerpanego papieru. I choć kartka była szorstka w dotyku, treść wiadomości zdawała się… aksamitna. Klara upajała się słowami, czytając je już po raz trzeci. Przygryzała paznokieć kciuka lewej dłoni, uśmiechając się przy tym bezwiednie.

Nadawca rozpoczynał list parafrazą słów Goethego, którymi wprowadzał adresatkę w stan euforii, szczególnie tę rozkochaną w sobie, czasem lekkomyślną. Zupełnie, jakby ją znał.

Droga pani Schulz!

By wreszcie skrócić swój ból, zdobywam się na odwagę i piszę do Pani. Jestem gotów oddać duszę diabłu, a list podpisać własną krwią za jedno spotkanie z Panią. Proszę mi wybaczyć odniesienie do Goethego – nie jestem poetą, a tylko słowa poezji są w stanie wyrazić, co teraz czuję.

Spotkaliśmy się, lecz może nie dosłownie. Byłem tam, w Museum der bildenden Künste2, na wystawie organizowanej przez naszą wspólną znajomą, pannę Baumann, by wziąć udział w aukcji dobroczynnej. Nabyłem Pani autoportret i teraz nie mogę się uwolnić od może nazbyt śmiałego zamiaru zaproponowania Pani swego rodzaju współpracy.

Jestem fotografem. O takim obiekcie do zdjęć, jak Pani, Klaro, marzę, od kiedy pamiętam. Moja pracownia mieści się co prawda bardzo daleko, bo aż w Danzig3, przy Karpfenseigen4. Ale gdyby tylko zechciała Pani przyjąć zaproszenie, ugoszczę Ją jak królową. Obiecuję, nie pożałuje Pani tej podróży, bo moje prace są cenione w całym świecie.

Jeśli tylko zechce mnie Pani odwiedzić, czekam w swoim zakładzie. Proszę tylko dać znać, czy się Pani zgadza.

Oddany wielbiciel Ian Seth Oldbase

Panna Baumann już kilka razy przekazywała jej pozdrowienia od wielbicieli. Od kiedy Klara i jej ojciec Heinrich otworzyli biuro detektywistyczne Schulz & Krencke, oboje stali się rozpoznawalni. Prasa zwracała się do nich z prośbą o komentarze do toczących się w Breslau spraw. Miasto, za szczególne zasługi w sprawie „Pechowca”, podarowało detektywom mały zapyziały lokal na Hobrecht Ufer5, a nawet wstawiło tam telefon, co miało ułatwić im kontakt z konsultantami bez wychodzenia z biura i straty cennego czasu. Klara czasem zastanawiała się, na ile miasto naprawdę docenia jej zaangażowanie w sprawę Gaspara von Haas, a na ile chce zatuszować niewygodny fakt. Przecież jeden z czołowych przedstawicieli środowiska artystycznego, Emmanuel Heiss, był zamieszany w brudne sprawki berlińczyka i jego przyjaciela, reżysera Jaana Brycka. Prasa już dawno okrzyknęła tych dwóch „zabójcami z Berlina”. Klara mogła się domyślać, że za pośrednictwem poczytnych gazet władze Breslau chcą odciągnąć uwagę obywateli od skandalu, który mógłby wybuchnąć w środowisku artystycznym. Notabene, opera dawno nie grała tak bogatego repertuaru… W każdym razie obie strony coś zyskały i Klara postanowiła nie myśleć o tym zbyt często. I tak wydarzenia z maja roku 1910 pogłębiły jej zmarszczki na czole i zmieniły nieco odcień włosów na skroniach z brązowego na srebrny. A wspomnienie incydentu z Marcusem Kellerem, (o którym jej mąż w końcu dowiedział się z wywiadu w prasie, z czego nie był zadowolony), coraz częściej nasuwało myśl o zmianie miejsca zamieszkania. Marzyła o pięknym domu na Leerbeutel6, w pobliżu którego mieściło się przecież jej nowe biuro. Bernard też zastanawiał się nad większym lokum – lecz raczej dlatego, że liczył na powiększenie rodziny, a na to na razie Klara nie miała najmniejszej ochoty. Dlatego poruszali ten temat rzadko, odbijając go jak piłkę do ping-ponga, wykrzykując swoje racje i nie słuchając się nawzajem. Wierzyła jednak, że uda jej się kiedyś przekonać męża, że nowy dom jest doskonałym pomysłem, a nowe dziecko – złym. Szczególnie że niedawno przełożony Bernarda minował go swoim zastępcą i mąż miał więcej obowiązków niż kiedykolwiek. W domu jedynie nocował, a Klara zastanawiała się, czy może ominął ją fakt, że w dzisiejszych czasach w ciążę zachodzi się w jakiś inny sposób. Bo z pewnością na tradycyjny Bernard nie miał już sił. Zapewniał ją oczywiście, że niedługo wszystko sobie poukłada i będzie miał więcej czasu. Ale w języku jej męża „niedługo” mogło oznaczać nawet rok. Rok, podczas którego poznałaby znaczenie określenia „samotna matka”. Nie czuła, by ta wiedza była jej potrzebna.

Muzeum Sztuk Pięknych znajdujące się przed wojną przy ob. placu Muzealnym

W tej chwili myśl o nowym dziecku była bardzo odległa. O Fritzu czy Bernardzie też niezbyt bliska. Myślała o liście, tak zachęcającym, tak wspaniale kuszącym. Jak dotąd, miała tylko cztery zdjęcia. Jedno jeszcze z mamą, jej piękną mamą Marie. Drugie z czasów wczesnej młodości. Było prezentem urodzinowym od taty. Nawet nie wiedziała, gdzie ono jest. Przypuszczała, że w tamtym czasie przywłaszczył je sobie Dieter Aangus, ale nie miała odwagi go o to zapytać. Trzecie ślubne, a czwarte z Fritzem i Bernardem, które mąż zabrał do szpitala i postawił w ramce na biurku. Nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do zdjęć, ale gdy ktoś tak o niej pisał, próżność niebezpiecznie brała górę nad rozsądkiem.

– Ktoś podrzucił mi ten list do torebki po czwartkowej aukcji. Jest adresowany do pani – powiedziała panna Baumann, wręczając wiadomość Klarze, gdy siedziały w sobotę, popijając kawę w Fruchtkonditorei przy Schweidnitzer Straße7. Skrępowany uśmiech przyjaciółki zastanowił ją. Czyżby panna Baumann znała już treść listu? A może przewrażliwienie wywołało u Klary pierwsze objawy obsesji?

– Ktoś go pani dał? – odwzajemniła niechętnie uśmiech.

– Nie, naprawdę znalazłam to w torebce. Ten ktoś chce pozostać anonimowy. – Panna Baumann nienaturalnie zmieniała ton na bardziej śpiewny. Takie sytuacje zawsze ją intrygowały, tym bardziej że sama była starą panną.

– Przeczytam później – odpowiedziała dyplomatycznie Klara i od tej pory siedziała jak na szpilkach. Teraz, późnym popołudniem, czuła łaskotanie w żołądku. Po dłuższej chwili złapała się na tym, że nie myśli już nawet o samej sesji zdjęciowej, lecz o nadawcy tajemniczej wiadomości – fotografie i miłośniku Goethego. Intrygował ją, a ona bardzo lubiła intrygujących mężczyzn. Zdecydowanie za bardzo.

Wieczorem gosposia Gerta podała kolację. Barnard przysypiał przy stole, jak co wieczór. Fritz bawił się jedzeniem, rozrywając widelcem sałatę. Wszyscy milczeli. Słychać było jedynie postukiwanie sztućców o talerze. Klara przez chwilę obserwowała rodzinę. Przeżuwała coś od kilku minut i właściwie zapomniała co, bo dawno straciło smak. Gerta krzątała się w kuchni, szykując herbatę albo krojąc ciasto. To był idealny moment na ożywienie atmosfery.

– Wyjeżdżam do Danzig – rzuciła nagle. Bernard zachłysnął się wodą. Fritz wyprostował się i zaskoczony wbił wzrok w matkę.

– W jakim… celu…? – zdołał wykrztusić mąż, wciąż kaszląc, cały załzawiony. Uderzył się parę razy w piersi i podniósł ręce do góry.

– Dostałam zaproszenie do atelier fotograficznego. Na wykonanie kilku portretów – odparła z uwodzicielskim uśmiechem.

– Mamo, to wspaniale! – wykrzyknął Fritz. Jak każde dziecko uważał, że jego mama jest najpiękniejsza i właśnie otrzymał tego jasne potwierdzenie. Bernard jednym spojrzeniem zgasił jego entuzjazm.

– Nigdzie nie pojedziesz – powiedział surowo. Przeczesał gęste wąsy, usiadł, bo cała sytuacja zmusiła go do tego, by wstał z krzesła. Zaczął znów jeść, już znacznie szybciej. Odechciało mu się spać.

– Co to w ogóle za pomysł? – pytał, żując nerwowo. – Czy w Breslau nie ma już fotografów, by trzeba było jeździć… aż do Danzig? – Nie byłby sobą, gdyby uciął temat bez drążenia.

– Ależ są – Klara odpowiedziała łagodnie. – Ale żaden nie dał mi podobnej propozycji.

– Pro… propozycji?! – Bernard znów uniósł się na wpół ugiętych nogach.

– Spokojnie, kochanie. Nie denerwuj się tak. Twoja żona wciąż jeszcze jest obiektem… – zawiesiła głos. Nie chciała użyć słowa „pożądania” – …godnym zainteresowania – powiedziała w końcu. – Powinieneś się z tego cieszyć – dodała rozbawiona.

– Mama jest piękna, tatusiu – wtrącił Fritz i zapatrzył się na nią maślanym wzrokiem.

– Synu, nie wiesz, co mówisz – mąż zwrócił się do małego spokojniej. Klara zmarszczyła brwi.

– Doprawdy? – zapytała. Widząc jej reakcję, Bernard nieco się speszył.

– To znaczy, nie twierdzę, że tak nie jest… – zaczął, chrząkając, tym razem nerwowo. Klara wbiła w niego zimne, wystudiowane spojrzenie. – Jest bardzo piękna – powtórzył, próbując pozbierać myśli. – A pomysł by piękna młoda mama sześcioletniego chłopca – bardzo podkreślił ostatnie trzy słowa – jechała sama do Danzig, bo przecież nie ma kto z nią jechać, jest zły. Tym bardziej że w taką podróż jedzie się pociągiem, i to bardzo długo.

Usiadł zadowolony z siebie. Póki co Klara nie miała sensownej riposty w głowie. Postanowiła chwilowo przemilczeć tę kwestię. Spojrzała tylko z wyrzutem na męża, ale on na wszelki wypadek wlepił wzrok w talerz.

– Śpi? – zapytał Bernard, gdy weszła po omacku do sypialni, nie chcąc zapalać światła.

– Tak, przeczytałam mu bajkę. Gdy kończyłam, już chrapał – odrzekła. Mógł jedynie „usłyszeć” jej szeroki uśmiech, bo w sypialni było naprawdę ciemno. I faktycznie – uśmiechała się, bo zazwyczaj Bernard także zasypiał w chwili, gdy jego głowa dotknęła poduszki. Tym razem jednak postanowił omówić z nią niedorzeczną kwestię wyjazdu do Danzig. Bawiło ją jego przejęcie. W takich chwilach przynajmniej wiedziała, że mu na niej zależy. Przypominał jej tym, że jest jego żoną, a nie tylko kobietą, która urodziła mu dziecko i która czasem chadza z nim na sztywną kolację w towarzystwie innych kardiologów.

– Co to za pomysł z podróżą do Danzig, Klaro? – zapytał surowo.

– Dostałam list…

– Mogę go zobaczyć? – przerwał jej stanowczo.

– Jeśli tak ci na tym zależy… oczywiście – odparła, ale bez przekonania. – Jest w nim nazwa i adres zakładu fotograficznego. Artysta nazywa się Ian Seth Oldbase.

– Czyżby Anglik?

– Nie wiem – zamyśliła się na chwilę. – Może Amerykanin, nie wiem.

– Czyli niewiele o nim wiesz? – skomentował Bernard. Wiedziała, że nie odpuści tak łatwo.

– Przecież go nie znam. Dopiero mam zamiar go poznać. Myślisz, że wielcy artyści znali wszystkie swoje modelki? – Nie odpowiadał, więc kontynuowała: – W każdym razie kupił na aukcji charytatywnej mój autoportret i postanowił zrobić mi kilka zdjęć.

– Tak… bez podtekstów? – ironizował Bernard.

Zastanowiła się chwilę. Powtarzając sobie treść listu, wywnioskowała, że nie ma w nim niczego, co mogłoby wzbudzić jej niepokój. A tym bardziej jej męża. Przynajmniej tak jej się zdawało.

– Bez – odparła. – Naprawdę – dodała pośpiesznie.

– Klaro… – W jego głosie, o dziwo, pojawiło się więcej pokory i łagodności. Nie spodziewała się tego. – Czasem pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak jesteś dla mnie ważna. To znaczy… – Zawiesił głos. Nie był typem Cyrana de Bergeraca – To znaczy, jak bardzo cię kocham – wykrztusił. – Właśnie dlatego nie mogę ci pozwolić na taką lekkomyślność.

– Ale co w tym złego, kochany? – uporczywie nie dawała za wygraną. Jej myśli zaprzątały teraz tylko marzenia o pięknych zdjęciach, których bohaterką miała się stać. Czuła się znów jak nastolatka, która swoim dziewczęcym urokiem wywalczała wszystko, szczególnie u płci przeciwnej.

– Co w tym złego? – Bernard nieco podniósł głos. Przyłożyła wyprostowany palec wskazujący do jego ust. Potem pocałowała męża, delikatnie muskając wargami jego usta.

– No właśnie, co? – dopytywała, nadal go całując. Zareagował, choć jeszcze dwie godziny temu nie miał siły podnieść widelca do ust. Zaczęła błądzić dłońmi wokół strategicznych punktów jego ciała. Pieściła jego szyję i tors, powoli go rozbierając. W końcu poddał się. Niemal zerwał z niej koszulę nocną. Dawno oboje nie czuli się tak podnieceni. Klara (na moment) zapomniała o swojej sesji zdjęciowej. Bernard dokładnie znał jej upodobania i doskonale wykorzystywał tę wiedzę. Kochali się niezbyt długo, ale namiętnie, tak jak lubiła. Wolała, gdy nad nią dominował. W takich chwilach w jej nad wyraz spokojnym mężu budził się mężczyzna, za którym szalała. Chłonęła te momenty każdym zmysłem. Nigdy nie zamykała oczu, zawsze szukając jego wzroku. Podniecał ją specyficzny zapach erotyzmu unoszący się znad pościeli. Uwielbiała uczucie, gdy pod palcami czuła napinające się z każdym ruchem mięśnie jego ciała. Oboje dawno mieli za sobą czasy, gdy się poznawali, próbowali i popisywali w łóżku. Teraz miłość miała inny smak. Dojrzały, głęboki i pełny.

Po wszystkim Klara przytuliła się do męża. Leżeli nadzy na wymiętej, rozgrzanej pościeli.

– I tak nie pojedziesz… – powiedział i pocałował ją w czoło.

– Dziękuję – odpowiedziała zła i odwróciła się do ściany. – Najpierw sprawiasz, że o tym zapominam, a potem rozdrapujesz temat, jakbym kochała się z tobą, tylko by coś zyskać! – szeptała teatralnie.

– Ależ Klaro, nie miałem tego na myśli… – odparł pośpiesznie.

– Ale tak wyszło.

– Wiem, przepraszam. – Przygarnął ją do siebie. – Martwię się o ciebie. Znasz mnie przecież. Czasem najpierw mówię, a potem dopiero myślę.

– Ja też przepraszam – odpowiedziała szczerze. Sama zaczęła się zastanawiać, na ile podświadomie, a na ile świadomie pograła sobie na uczuciach Bernarda. – Nie powinnam dawać się ponosić emocjom. Mam rodzinę, ciebie, Fritza.

– Słusznie – skwitował.

– Ja tylko… – westchnęła. – Czasami sobie myślę… – jej głos lekko zadrżał.

– Co się stało? – zainteresował się i podniósł się na łokciu, żeby poszukać wzroku żony. Jednak ciemności nie pozwalały mu dojrzeć jej oczu.

– Że… – jej głos nadal lekko drżał i ścisnęło ją w gardle. – Że ten czas tak szybko mija. I póki jestem młoda i… chyba całkiem ładna, i jeszcze poza mną ktoś to dostrzega, to mogłabym…

– Ale Klaro – wtrącił, wiedząc, co zamierza powiedzieć. – Czy naprawdę nie możemy znaleźć mistrza w Breslau? Jest ich tu wielu! Oni także to dostrzegą. Zapłacę za taką sesję zdjęciową, o jakiej marzysz – mówił spokojnie. Nie był na nią zły.

– Tak, tylko że to nie będzie to samo – znów westchnęła.

– A jakaż to różnica? Mistrz z Breslau, mistrz z Danzig. Może jedynie taka, że tu jest na miejscu, a tam trzeba jeszcze dojechać. Chciałabyś podjąć się podróży: samotnej, bez wsparcia i ochrony? Jaki argument przemawia za Danzig, Klaro? Pomóż mi zrozumieć.

– Taki – mówiła cicho – że tamten mistrz sam mnie o to poprosił. Jeśli mnie ktoś prosi, bym namalowała mu portret, robię co w mojej mocy, by był najpiękniejszy. Ale jeśli ja chcę kogoś sportretować, za mnie maluje moja dusza.

Zapadło dłuższe milczenie. Bernard rozważał jej słowa. Niemal słyszała to w jego nierównym oddechu. W głębi domu wielki zegar tykał, wydawało się, coraz głośniej. Co chwila skrzypiały deski podłogowe. W końcu postanowił przerwać tę głośną ciszę.

– Pojedziesz zatem – powiedział spokojnie. Klara poczuła, jak serce wyrywa jej się z piersi. – Ale z Gertą. A właściwie pod jej okiem. Rozumiesz?

– Tak – szepnęła niemal przez łzy radości.

– Macie spać w jednym wagonie i pokoju w hotelu, siedzieć przy jednym stole, wszędzie chodzić razem. Przez ten czas jej mąż zajmie się Fritzem. Jakoś sobie tu poradzimy.

– Dziękuję! – pisnęła zachwycona, nie zważając na fakt, że ona i gosposia miały się stać nierozłączne na jakiś czas. – Nawet nie wiesz, jakie to dla mnie ważne.

– Masz dwa dni. Po przyjeździe do Danzig nadasz telegram. Przed wyjazdem do domu także.

– Tak, dwa dni! Dziękuję! – pocałowała go w policzek.

– Mam także warunek – dodał.

– Jaki? – spytała przymilnie. Przygarnął ją jeszcze bardziej do siebie i wyszeptał jej coś do ucha. Była gotowa zrobić wszystko, by wyjechać do Danzig. Jednak po tym, co jej zaproponował w zamian, całą noc nie zmrużyła oka.

2 Muzeum Sztuk Pięknych (nieistniejące), znajdujące się przed wojną przy obecnym pl. Muzealnym.

3 Gdańsk.

4 Ul. Karpia.

5 Wybrzeże L. Pasteura.

6 Zalesie.

7 Nieistniejąca cukiernia przy ul. Świdnickiej.

II

Gerta nie była zadowolona, że ktoś każe jej opuszczać dom. Niedawno wyszła za mąż, a jej wybranek, Christian, do razu dostał posadę u państwa Schulzów. Mogła przebywać z nim całymi dniami. Pomagał jej w codziennych obowiązkach i odciążał z najtrudniejszych zajęć. A teraz musiała go zostawić, bo pani zachciało się wakacji.

Dwóch tragarzy wynajętych przez panią domu uginało się pod ciężarem zapakowanego po brzegi kufra. Upał nie dodawał im energii, a ilość rzeczy w bagażu zdecydowanie nie pokrywała się z potrzebami podczas dwudniowej wycieczki. Pani szła przodem, niesiona zapachem przygody, osłaniając się przed słońcem rozłożystą parasolką. Bernard podążał tuż za nią. Choć nie było tego po nim widać, Gerta wiedziała, że denerwuje się wyjazdem Klary. Od czasu, gdy zapadła decyzja o podróży pani do Danzig, miał ponad tydzień na pogodzenie się z tym faktem. Ale nadal nie był na to gotowy. Gerta uznała, że po raz kolejny pomysły pani i ją przerastają. Pokręciła tylko głową, komentując je w duszy.

Jednak zaraz po wejściu do przedsionka Dworca Głównego w Breslau jej niechęć ustąpiła miejsca ciekawości. Nad ich głowami rozpościerało się rozległe sklepienie neogotyckiej budowli. Tu i ówdzie pojawiły się, jeszcze nieśmiałe, choć coraz częściej spotykane szyldy reklamowe, a pod stopami wyraźnie rysowały się regularne paski żółtawych kafli. Przy kolumnach, których podstawy zbudowane były z opalanej cegły, stały małe rusztowania, przygotowane pewnie pod modne ostatnio ekspozycje reklamowe. Łagodne światło słoneczne, charakterystyczne dla lipcowych popołudni, dość szybko zanikało, zostając za ich plecami, tak że aż trudno było przyzwyczaić wzrok do zapadających ciemności.

– Widziałaś kiedyś Breslau Hauptbahnhof8, Gerto? – zapytał Bernard, rozbawiony jej niemal dziecięcym przejęciem.

– Nie, akurat tego nie, proszę pana… – odpowiedziała ledwo słyszalnym głosem. Rozglądała się na wszystkie strony, jakby zapominając na chwilę o bagażu. Mrużyła oczy, by móc jeszcze podziwiać zanikające w mroku wysokie sklepienie.

Ale wielkość Dworca Głównego można było ocenić dopiero po wejściu do hali komunikacyjnej. Panował tu ruch i zamieszanie, choć wcale nie tłok. Ze względu na jej rozmiary właściwie trudno było ocenić, ilu ludzi się po niej przechadzało. Część osób gdzieś się śpieszyła, objuczona ciężkimi bagażami. Z kolei pozostali a to stali bez ruchu, wpatrując się w rozkłady jazdy pociągów lub zajmując kolejkę w kasie biletowej, a to witali się po długiej podróży z bliskimi. Inni zmierzali do hoteli znajdujących się tuż przy dworcu lub małych kafejek. Można było z nich obserwować ten bezustanny ruch podróżnych, będąc nieco z boku, jakby dystansując się od niego, popijając kawę lub gorącą czekoladę.

Gdy stanęli na środku głównego holu, Gertrude znów nie mogła się powstrzymać. Wyginając się na wszystkie strony, zadzierała głowę do góry i podziwiała beczkowate sklepienie. Gdzieś dalej, w głębi hali, stał fotograf z ciężkim aparatem na statywie. Zapewne przyszedł tu z zamiarem stworzenia nowej pocztówki, którą potem można będzie kupić w kasach biletowych. Bernard spojrzał na niego, a potem wymownie na Klarę.

– Nie zmienię zdania – powiedziała i pocałowała go w policzek.

Gdy już wychodzili, usłyszeli tylko, jak fotograf krzyczy: „Uwaga!”.

– I tym sposobem na nowej pocztówce z Breslau Hauptbahnhof z roku tysiąc dziewięćset jedenastego ukaże się fragment mojej sukienki – dodała z szerokim uśmiechem. Była tak podekscytowana, że zapomniała nawet o chorobie podróżnych, przez którą nie zmrużyła oka poprzedniej nocy. Wyobrażała sobie wtedy, że pociąg uległ wypadkowi, a wszyscy pasażerowie zginęli. Albo że po przyjeździe do Danzig nie może odnaleźć Iana Oldbase’a. Kiedy zaczęła myśleć o tym, że zaśpią z Gertą i nie wysiądą na czas, uznała, że jej lęki są niedorzeczne. Na kolei rzadko zdarzają się katastrofy, Ian Oldbase otrzymał już na pewno depeszę, w której informowała go o przyjeździe, a pociąg zatrzymuje się w Danzig i nigdzie dalej nie jedzie. Znała też na pamięć adres, pod którym mieściło się atelier. Wszystko było przecież zaplanowane i przemyślane. W tej szczególnej chwili, w której zaczynała się nowa pasjonująca przygoda, jaką był wyjazd, lęki z poprzedniej nocy rysowały się wprost komicznie.

Szli przez tunel prowadzący do hal peronowych.

– Tutaj – powiedział Bernard i wskazał na tabliczkę z napisem „Peron drugi”.

– No to chodźmy – odrzekła Klara i sama, w pośpiechu, chwyciła za bagaż, jakby chcąc popędzić tragarzy. Bernard spojrzał na nią karcąco. Od razu wzięła go pod rękę, gasząc jego oburzenie niewinnym uśmiechem. Gerta przymknęła tylko oczy, po raz kolejny komentując w duchu pośpiech pani. Klara nie zwróciła na to nawet uwagi. Przyzwyczaiła się do myśli, że są na świecie kobiety o trudniejszych charakterach niż jej własny.

Wdrapali się po stromych schodach i stanęli na peronie drugim. Poprzez przeszklony dach prześwitywało zachodzące słońce, którego promienie przecinały jasnymi liniami ciemne wnętrze hali peronowej. W ich nikłym świetle dało się dostrzec unoszone przez ciepłe powietrze drobinki kurzu. Cała trójka rozejrzała się oczarowana widokiem. Było nienaturalnie cicho, tym bardziej że parowóz z podczepionymi wagonami stał już na torach. Nikt się nie kręcił, nie krzyczał, nie wsiadał. Czarny skład czekał w milczeniu na znak do odjazdu.

– Koniecznie wyślij telegram, Klaro – powiedział Bernard, złapawszy żonę za ramiona.

– Pamiętam – zapewniła, patrząc mu prosto w oczy.

– Nadal uważam, że to zły pomysł.

– Nic mi nie będzie – odpowiedziała. Mocno go przytuliła i pogładziła po policzku. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że jej beznadziejny upór, lekkomyślność i związane z nimi wydarzenia całkowicie odmienią jej życie.

8 Dworzec Główny we Wrocławiu.

III

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

V

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IX

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

X

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nadia Szagdaj

Kroniki Klary Schulz. Sprawa Pechowca

Breslau, rok 1910. Podczas spektaklu w operze ginie znany baryton. Choć jego śmierć na początku wydaje się nieszczęśliwym wypadkiem, szybko okazuje się, że jest precyzyjnie zaplanowanym spektakularnym morderstwem. Zbieg okoliczności sprawia, że na miejscu przestępstwa jako pierwsza pojawia się początkująca detektyw Klara Schulz. Działając na prywatne zlecenie, które otrzymuje od bliskiego przyjaciela śpiewaka, młoda kobieta powoli odkrywa kulisy tego i kolejnych tajemniczych morderstw. Podążając ich tropem, trafia do świata znudzonych, żądnych wrażeń szaleńców, sprytnie zacierających za sobą ślady i mylących nieporadną w trudnym śledztwie pruską policję.