Kroniki Kaitanu. Cień. Tom 1 - Adrianne Strickland, Michael Miller - ebook
lub
Opis

Zaskakująco świeża, porywająca kosmiczna opowieść o mrocznych siłach, o zdradzie, o szukaniu prawdy i o walce na śmierć i życie.

Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.

Zachwycająca powieść dla fanów Gwiezdnych Wojen i nie tylko!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 530


Michael MillerAdrianne Strickland

CIEŃ. KRONIKI KAITANU. TOM 1

przełożyli Dorota i Jakub Radzimińscy

Tytuł oryginału: Shadow Run

Text copyright © 2017 by Michael Miller and AdriAnne Strickland

Jacket art copyright © 2017 by Raphael Lacoste

Copyright for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright for the Polish translation by Dorota and Jakub Radzimińscy, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Dla Eirina Arthura Stricklanda (1988–2014) − szwagra, prawdziwego przyjaciela, okazjonalnego wroga i źródła inspiracji na całe życie. Moi obcy mogą tylko marzyć o równaniu się z twoimi. Do zobaczenia, kosmiczny kowboju…

– AdriAnne

Książkę dedykuję Cordowi Krusemu, który nauczył mnie pisać w duecie. VLR, przyjacielu.

– Michael

I. Nev

Pierwszy raz usłyszałem głos kapitan przez pokładowy komunikator.

– Trzymajcie się, przez chwilę może być nieprzyjemnie.

Miała rację. Siedzący naprzeciwko mnie młody człowiek, Arjan, wyszczerzył zęby, kiedy przygotowywałem się na przeciążenia mające towarzyszyć opuszczaniu orbity przez solidnie zbudowany statek o dźwięcznej nazwie „Dziedzictwo Kaitanu”.

– Widzę, że już wcześniej latałeś – odezwał się.

Wiedział, że byłem nowy w tej branży, więc jego komentarz miał lekko pogardliwy wydźwięk. Miałem nadzieję, że nie będzie wchodził mi w drogę. W zasadzie to już to zrobił – dosłownie − zasłaniając sobą schody. Mógł być w moim wieku, najwyżej rok czy dwa starszy, więc nie miał więcej niż dwadzieścia jeden lat. Był wysoki, z ciemnymi włosami opadającymi na szerokie ramiona, szersze nawet od moich. Pomimo jego postury nie miałbym oporów przed przepchnięciem się obok niego, jeśli tylko miałbym szansę minąć go bez scysji.

Byliśmy sami w ładowni zastawionej paletami z kanistrami. W ścianę wbudowany był zaawansowany panel z zamkiem magnetycznym, za którym – jak się domyślałem – znajdował się zbiornik. Wysoko na ścianie tkwił ekran pokazujący obraz z zewnątrz statku. Obok nas przemykały chmury, muskając burty, na których przez lata zebrał się i zeskorupił brud.

Pokiwałem głową w odpowiedzi. To prawda, z pewnością nie byłem nowicjuszem podróży kosmicznych, dzięki czemu wiedziałem również, że opuszczamy Alaxak w pośpiechu. Nawet jeśli spartańskie wyposażenie jednostki nie obejmowało kompensatorów grawitacji, większość pilotów starała się uciec przyciąganiu planety o wiele delikatniej. Kapitan albo miała ogromną wiarę w swój statek, albo zupełnie inaczej oceniała ryzyko. Kadłub aż drżał z wysiłku, a silniki wyły tak, że musiałem podnieść głos, by zostać usłyszanym.

– Było się tu i tam. Dokąd lecimy?

– Naprawdę nigdy wcześniej tego nie robiłeś? – Arjan potrząsnął głową ze współczuciem.

Ze wszystkich sił starałem się nie zdradzić ze swoją irytacją, zmełłem więc w ustach ripostę. Traktowanie nowych współpracowników z góry na pewno nie przysporzyłoby mi ich sympatii, a mój cel był wart częściowego poświęcenia ego. Co więcej, Arjan był bratem kapitan. Nie poznałem jej jeszcze, ale to z jej powodu się tu znalazłem.

Przemierzyłem, jak mi się zdawało, całą planetę Alaxak wzdłuż i wszerz, by znaleźć kogoś konkretnego: kapitana o wybitnych zdolnościach. Plotki, przypuszczenia i cała rzeka postawionych drinków doprowadziły mnie wreszcie do wioski Gamut, a potem tutaj – na statek nazwany „Dziedzictwo Kaitanu” i do jego kapitan Qole Uvgamut. W jej dialekcie nazwisko to znaczyło „z Gamutu”. Oboje z Arjanem pochodzili z jednej ze starych miejscowych rodzin, które dawno temu osiedliły się na tej planecie. Być może jednej z rodzin, u których długotrwała ekspozycja na niestabilne źródło energii zwane cieniem spowodowała coś więcej niż tylko choroby i śmierć.

Jednak chociaż teoretycznie zwerbowała mnie jako członka załogi, jak dotąd nie udało mi się zbliżyć do niej na tyle, by się choćby przywitać, nie mówiąc już o umieszczeniu na jej skórze skanera biometrycznego.

Zresztą nie byłem nawet pewien, jak miałbym się przywitać. „Cześć, nazywam się Nev i nie, nie mogę ci zdradzić ani mojego nazwiska, ani dokładnie czego od ciebie chcę, ale czy byłabyś tak uprzejma i udała się ze mną?”.

Plotka głosiła również, że Arjan był niemal tak dobrym pilotem jak ona. Toteż kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie, umieściłem skaner biometryczny na jego przedramieniu. Jeśli zaś włączany jednym naciśnięciem wyświetlacz na moim nadgarstku mówił prawdę, to – dzięki drobnemu włamaniu, którego dokonałem – dane były właśnie przesyłane kwantową siecią międzyukładową do stryja Rubiona. Zwyczajny system komunikacyjny nie działał na takich dystansach, ale KSM – tak.

Nie miałem pojęcia, ile czasu zajmie stryjowi interpretacja danych. Wiedziałem jednak, że nie pozostało mi go za wiele na „Kaitanie”. Transport miał mnie odebrać ledwie za dwa dni i powinienem się na nim znaleźć z przynajmniej jednym z Uvgamutów.

Miałem nadzieję, że będzie to Qole; nie tylko ze względu na niesamowite opowieści krążące na temat jej zdolności związanych z cieniem.

– Obawiam się, że w tym akurat jestem nowicjuszem – odparłem. – Ale szybko się uczę. Czy mógłbyś pokrótce określić, na czym polegają moje obowiązki?

Arjan rzucił mi kpiący uśmieszek.

– Twoje obowiązki? Cóż, mój panie – powiedział, imitując mój akcent – oto skrócona wersja: kiedy zaczynamy rajd, Qole i ja oplatamy cień i zbieramy go do zbiornika. – Wskazał dłonią na zamek magnetyczny. – Twoim zadaniem jest przelewać go do tych pojemników. – Tu wskazał wypełniające całą ładownię góry kanistrów. – No i postarać się pozostać przy życiu.

Cień. Sama myśl o znalezieniu się w jego pobliżu napawała mnie niepokojem. Poza spekulacjami, czy to on był przyczyną Wielkiego Upadku, wiedziałem tylko, że używa się go jako paliwa w nowoczesnych urządzeniach przemysłowych. Cóż, wszyscy inni byli tu, by „poławiać”, jak to ujmowali miejscowi, niestabilną substancję, podczas gdy ja chciałem zobaczyć, co ktoś posiadający odpowiednie warunki biologiczne jest w stanie z nią zrobić. Oczywiście Arjan nie miał o tym pojęcia, więc wyglądało na to, że w tym czasie, żeby nie wzbudzać podejrzeń, będę musiał wykonać trochę pracy.

Musiałem się powstrzymać od grymasu.

– Co może się stać, jeśli nie będę dość szybki?

– Cień może przegryźć się przez izolację zbiornika, a wówczas wszyscy zginiemy.

„Świetnie”.

– Czy izolacja nie powinna być na tyle odporna, by wytrzymać takie oddziaływanie? No, chyba że ma już swoje lata.

Twarz Arjana stężała.

– Po co płacić astronomiczne kwoty za nową izolację, kiedy wystarczy szybki ładowacz, który przeleje cień do bezpieczniejszych, tańszych kanistrów? – zapytał i poklepał jeden z pojemników, wydobywając z niego metaliczny pogłos. – Wszyscy tutaj sobie tak radzą.

Chciałem już zacytować powiedzenie, które powtarzała moja matka, żeby nie stać pod lądującym statkiem tylko dlatego, że twoi znajomi tak robią, ale się powstrzymałem. Zawsze mi się wydawało, że nieobce jest mi ryzyko, ale im dłużej przebywałem na tym zimnym pograniczu, tym bardziej uświadamiałem sobie, że „akceptowalne ryzyko” oznacza tutaj zgoła coś innego niż tam, skąd pochodziłem.

– A jak długo to może potrwać?

Arjan tym razem roześmiał mi się prosto w twarz.

– O rety, ty naprawdę nigdy tego nie robiłeś. Skończysz, kiedy ona skończy – powiedział, wskazując na sufit, nad którym jak się domyślałem, znajdował się mostek, a na nim kapitan Qole. – Jeśli oczywiście coś jeszcze z ciebie zostanie.

„Cholera jasna” − pomyślałem, ale się uśmiechnąłem.

– Jestem pewien, że dam sobie radę.

Mój towarzysz tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– A co z resztą załogi? – spytałem, chcąc go czymś zająć. – Co oni robią?

– Chodź – powiedział, na moje szczęście kierując się w stronę wyjścia z ładowni, i skinął na mnie. – Zafunduję ci darmowe zwiedzanie statku z przewodnikiem, póki jeszcze możesz się ruszać.

Ciąg schodów, niewiele szerszych ode mnie, korytarz z drzwiami po obu stronach i kolejne schody doprowadziły nas do stanowisk załogi. W pomieszczeniu znajdowały się umieszczone na planie krzyża cztery konsole z mnóstwem monitorów, oddzielone od siebie korytarzykami.

„Kaitan” nie był tym, do czego przywykłem. W przeciwieństwie do statków w wewnętrznych podukładach nie było tutaj jarzących się ścian i lewitujących ekranów. Zamiast tego wszędzie znajdowały się części mechaniczne – zakładam, że w celu ułatwienia napraw, jako że wiele z tych urządzeń wyglądało na bardzo leciwe. Załoga była równie nietypowa. Kiedy wchodziliśmy, usłyszałem śmiech i końcówkę prowadzonej rozmowy.

– Jego mina, kiedy zrozumiał, że nie zamierzasz mu sprzedać, była naprawdę warta uwiecznienia, Basra. Myślałam, że doprowadzisz gościa do łez w rekordowym czasie.

Mówiąca to młoda kobieta była jedną z dwóch osób obecnych przy stanowiskach. Połowę jej twarzy zakrywały smoliście czarne włosy, spomiędzy których ledwie wyzierały okalające oko tatuaże. Podobnie jak Arjan miała śniadą skórę, właściwą dla rdzennych mieszkańców Alaxaku. Ze względu na oddalenie planety rzadko mieszali się z innymi ludźmi. Kiedy dojrzała nas w wejściu, natychmiast urwała i zmierzyliśmy się nawzajem wzrokiem.

Po chwili ciszy drugi z członków załogi wstał, swobodnie podszedł do mnie i podał mi rękę.

– Basra – przedstawił się.

Uścisnąłem dłoń i potrząsałem nią odrobinę dłużej, niż było to bezwzględnie konieczne. Z pewnością nie pochodził stąd, choć nie potrafiłem wskazać skąd. Nie mogłem też rozstrzygnąć, czy miły głos i smukła sylwetka należały do mężczyzny, czy do kobiety. Fryzura, szopa brązowych loków opadająca na podgolony kark, a także delikatne, choć wyraziste rysy twarzy o miedzianym odcieniu również na nic nie wskazywały. Stwierdziłem, że na razie dla własnej wygody będę myśleć o nim jako o mężczyźnie

– Nev. Miło cię poznać – odparłem po niezręcznej chwili przerwy.

Basra równie swobodnie powrócił do swojej konsoli, nie przyglądając mi się uważniej, jak się tego spodziewałem. Nie byłem pewien, czy zdołał otaksować mnie wzrokiem o wiele szybciej, niż podejrzewałem, czy po prostu miał ważniejsze sprawy na głowie.

W odróżnieniu od swojego towarzysza młoda kobieta nie wstała ze swego miejsca. Siedziała w zblazowanej pozie, z nogami założonymi na konsolę. Świdrowała mnie wzrokiem.

– Cześć – powiedziała.

– Cześć. Ja, cóż, cały czas jestem Nev. Nowy ładowacz. A ty czym się zajmujesz?

Uniosła brwi i szybko ściągnęła usta.

– Telu. Hakerka. – Na dowód swoich słów wskazała palcem na konsolę, która jak szybko zauważyłem, była jedynym nowoczesnym sprzętem na tej jednostce. – Jak na ładowacza to czysty jesteś.

Pokiwałem głową i przerzuciłem torbę z jednego ramienia na drugie, intensywnie usiłując wymyślić odpowiednio skromną odpowiedź.

– Jest nowy na planecie – wyjaśnił Arjan. – Długo nie wytrzyma.

Jakakolwiek skromność wyparowała ze mnie w jednej chwili i posłałem mu ponure spojrzenie.

Telu się roześmiała. Wtedy statkiem szarpnęło. Dziewczyna natychmiast usiadła prosto i zaczęła sprawdzać odczyty na swojej konsoli. Jej palce zwinnie przemieszczały się po ekranach z informacjami.

– Wygląda na to, że się zbliżamy, zwłaszcza że kapitan prowadzi nas prosto do celu, nie zważając na wszelkie zawirowania grawitacyjne.

Ożywiłem się, kiedy dojrzałem po drugiej stronie pomieszczenia kolejny ciąg schodów.

– Może powinienem się przywitać, zanim dolecimy na miejsce?

– Pewno. – Arjan wzruszył ramionami. – Prosto przed siebie.

Nie byłem pewien, czy próbuje mnie zniechęcić, czy wręcz przeciwnie. Tak czy owak, zanim jeszcze skończył mówić, skierowałem się w stronę schodów.

„Nie teraz” − usłyszeliśmy, kiedy się zbliżyliśmy. Po chwili u szczytu schodów pojawiła się najpierw para ciężkich butów, a potem reszta sylwetki. Mój wzrok powędrował wyżej… i wyżej. Tam powitała mnie blada twarz, podobnie jak cały statek nosząca ślady ciężkich przejść. Pobrużdżoną skórę przecinały dziesiątki blizn, a krzaczaste brwi i krótko przystrzyżone włosy od razu powiedziały mi, że z tą osobą nie ma żartów. W przeciwieństwie do pozostałych członków załogi ten olbrzym nie miał oporów, by mierzyć mnie wzrokiem, jakbym był co najmniej zabójcą przekradającym się do królewskiej sypialni.

– Eton, to Nev, nasz nowy ładowacz – przedstawił mnie Arjan i chociaż stał za mną, po jego głosie wiedziałem, że szeroko się uśmiecha. – Nev, to Eton, nasz specjalista od broni. Robi też za osiłka, kiedy zajdzie taka potrzeba.

– Czołem, miło mi poznać. – Wyciągnąłem do niego rękę.

Mile mnie zaskoczył, kiedy podjął podaną mu dłoń, ale po chwili tego pożałowałem, kiedy zaczął zgniatać ją na miazgę w swoim wielkim jak bochen łapsku.

– Poznamy się później. Może. – Pokiwał głową i skrzyżował grube jak konary ramiona na piersi. – Zaraz zaczynamy rajd, więc zasuwajcie na swoje stanowiska.

Byłem całkiem pewien, że to nie on wydaje tutaj rozkazy, ale mimo to przykleiłem na twarz przyjazny uśmiech, zamiast pielęgnować moją biedną zmiażdżoną dłoń i wrzeszczeć, że nie mam na to czasu.

– Oczywiście. Zaraz się tym zajmę.

***

Osiemnaście godzin później definitywnie nie było mi do śmiechu.

„Dziedzictwo Kaitanu” stało na obrzeżu szerokiej chmury cząsteczkowej. Dzięki monitorowi zamontowanemu w ładowni, który miał ułatwiać mi współpracę z Arjanem operującym w ścigaczu – małym pomocniczym stateczku, którego używano do obsługi sieci, kiedy nie była zacumowana do „Kaitanu” – miałem miejsce w pierwszym rzędzie. Krawędzie chmury zdawały się zastygłe w czasie mimo szarpiących nimi sił odśrodkowych. Serpentyny gazów wystrzelały z niej we wszystkich kierunkach, pomarańczowe, fioletowe i zielone, jak na płótnie jakiegoś szalonego malarza. Ich palce sięgały niemal do nas, na sam skraj kosmicznego rumowiska, Morza Asteroid Alaxaku.

A jednak nieskończony przestwór roziskrzonego gwiazdami nieba bladł w porównaniu z pierwszym spojrzeniem na przebieg połowu cienia. Zewsząd otaczała nas płynna ciemność poprzetykana drobinkami światła, które zmierzały ku nam na podobieństwo ławicy kosmicznych ryb. Widok zapierał dech w piersi i hipnotyzował. Nieobeznani z nim poławiacze nie mogli powstrzymać się przed gapieniem się w zadziwieniu. Ja również podczas pierwszego rajdu uległem mocy tego obrazu. Teraz, wiele dni później, nie robił już na mnie takiego wrażenia. Byłem przemarznięty i wyczerpany. Sam Wielki Unifikator mógłby wyciągnąć palec i stworzyć obok nowy wszechświat, a ja miałbym ochotę wyłącznie się zdrzemnąć, wdzięczny, że nie musimy zaraz wracać na kolejny połów.

Jednak kapitan Qole nie zamierzała spać. Z dobiegającej z komunikatora rozmowy udało mi się wywnioskować, że natknęliśmy się na wyjątkowo bogate złoże cienia, więc kapitan zamierzała wrócić, gdyż łów zapowiadał się niezmiernie obficie.

Wyglądało na to, że przybyłem w środku intensywnego połowu cienia. Uznałem więc, że proszenie, by przerwała to, co robi, wysłuchała mnie i udała się ze mną, mimo że nie mogłem podać jej nawet swojego nazwiska, nie zostałoby najlepiej przyjęte, nawet jeśli obiecałbym jej bezpieczeństwo i sporą sumę pieniędzy. Najpierw musiałem zdobyć jej zaufanie. Nie do końca wiedziałem jednak, jak się do tego zabrać – zwłaszcza z wnętrza ładowni, gdzie wystarczająco wiele wysiłku kosztowało mnie przeżycie.

„Kaitan” unosił się w przestrzeni, jakby kontemplując rozciągające się przed jego dziobem morze cienia. Potem jednak statek zadrżał, silniki zaszumiały, budząc się do życia, i wnet pomknęliśmy prosto ku dziesiątkom miliardów ton kosmicznego gruzu składającego się na pas asteroid. Cień pędził ku nam prędzej niż jakiekolwiek skalne odłamki, potem jednak rozstąpił się, a tysiące świetlnych punkcików skryły się z powrotem pomiędzy asteroidami.

Na ekranie zobaczyłem krawędzie ożywających magnetycznych sprzęgów, a zamocowany na górnej części kadłuba wysięgnik wysunął się w bok. Korba odwinęła dwa spolaryzowane kable ograniczające sieć na górze i na dole, które ciągnęły się za ścigaczem Arjana, do którego były przymocowane.

Wtedy rozpoczął się pokaz świateł. Na moment, kiedy po kablach przebiegło wyładowanie i przewody się namagnesowały, rozbłysło całe ramię. Po chwili zaś pomiędzy kablami pomknęły światełka i zalśniła rozciągnięta między ścigaczem a statkiem świetlista sieć.

Gdziekolwiek podążył ścigacz, kable ciągnęły się za nim. Manewry Arjana określały rozmiar i kształt powstającej sieci.

Kiedy tylko strzęp cienia przepływał obok nas i uderzał w lśniącą barierę, która powiewała jak zasłona na wietrze, rozbłyskał milionem barw – fioletów, czerwieni, żółci – a potem płynął wartkim strumieniem wzdłuż linii pola magnetycznego w stronę śluzy prowadzącej do zbiornika.

Po kolejnym zalewie cienia statkiem rzuciło i zaczęło nim miotać niebezpiecznie między asteroidami. Z początku nie wiedziałem w ogóle, co się dzieje, dopóki nie zobaczyłem jednej z nich na monitorze. Statek zatrząsł się gwałtownie, a rzeka cienia migała dość rytmicznie wokół nas, jak podczas serii szybkich beczek. We wnętrzu jęczały i skrzypiały stabilizatory grawitacyjne; kilka razy poczułem chwilową dezorientację spowodowaną nieważkością.

Jakimś sposobem Arjan był jednak w stanie dotrzymać „Kaitanowi” kroku i pędzić swoim ścigaczem równolegle do statku.

Komunikator zatrzeszczał i popłynął z niego głos kapitan Qole. Biły z niego opanowanie, pewność siebie i czujność kogoś, jest się w swoim żywiole.

– Rób swoje, Arjanie.

Trójkątna sylwetka ścigacza ostro odcinała się na tle rozświetlonego nieba. Stateczek skakał i wił się, by uniknąć zderzenia ze skałami, a także by uchronić sieć przed uszkodzeniem większymi okruchami. Zatoczył wielki łuk, przewidując, gdzie popłyną fragmenty cienia.

– Gotowi? – dobiegł mnie jego głos, tak spokojny, jakby wcale nie otarł się przed chwilą o śmierć.

– Policz do dwóch i zaczynaj. – Głos Qole cechowało to samo opanowanie.

Zadanie Arjana było trudne, ale miał do dyspozycji o wiele zwinniejszą jednostkę. To, co robił, było zadziwiające, ale nie niewiarygodne. Qole jednak pilotowała „Kaitan” w sposób, który wydawał mi się niemożliwy. Wykorzystywała każdy silnik, by wić się między przeszkodami i rzucać w stronę cienia ze zwinnością, jakiej mógłby pozazdrościć jej pilot gwiezdnego myśliwca siedzący za sterami czterokrotnie mniejszej jednostki. W innych podukładach byłaby słynna: bohaterka wyścigów i ryzykownych pokazów pilotażu. Tutaj jednak była zaledwie kapitanem jednostki poławiającej cień. Najlepszym i pochodzącym z jednej z najstarszych rodzin na Alaxaku, ale jednak.

Kilka tygodni temu, wkrótce po dotarciu na planetę, zrozumiałem, jak niewielu członków najstarszych rodzin poławiaczy cienia pozostało przy życiu. W każdym razie tych wciąż przy zdrowych zmysłach. Przybyłem na Alaxak wiedziony pogłoskami o nadnaturalnych zmysłach, niewiarygodnych umiejętnościach i refleksie pilotów, a znalazłem głównie śmierć i szaleństwo. Qole jednak nie potwierdzała tej reguły. Była żywym dowodem na to, że moja wyprawa nie poszła na marne.

Przez kilka chwil ścigacz i statek szły równolegle dziób w dziób, potem jednak Arjan skręcił ostro, by zamknąć sieć. Pędził teraz prosto na „Kaitan” i na wielki okruch skalny, który w mgnieniu oka pojawił się pomiędzy nimi. Ułamek sekundy później rozległ się ryk pokładowego akceleratora masy i asteroida zmieniła się w chmurę niegroźnych okruchów.

– Czysto – rzucił niepotrzebnie Eton ze swego miejsca w wieżyczce.

Ekscytacja, zadziwienie, uniesienie, przerażenie, a nawet zsikanie się w spodnie ze strachu byłyby normalnymi reakcjami przy pierwszym zetknięciu się z tym, co właśnie przeżyłem. Jednak właśnie w tym momencie rozpoczynało się moje zadanie.

Po kilku kolejnych godzinach pracy na statku byłem już doskonale na wszystko obojętny. Ładownia, choć chroniona na tyle, by nawet w głębi kosmosu mógł w niej przebywać człowiek, nie została jednak zaprojektowana z myślą o wygodzie. Gdybym nie musiał zasuwać tak prędko, jak to tylko było fizycznie możliwe, panujące tu polarne temperatury zamieniłyby mnie szybko w sopel lodu.

– Do dzieła, Nev. Ten rozbłysk właśnie zwalnia, więc daj z siebie wszystko! – krzyknęła do mnie przez komunikator kapitan.

Przyspieszyłem nieco, narzekając w duchu zarówno na zmęczenie, jak i na opóźnienie w misji spowodowane całym tym połowem.

Arjan zgrabnie zagonił cały cień do sieci i zamknął obwód. Dzięki temu manewrowi powstało pole trzymające w pułapce większość substancji. Jednak tak niestabilnego źródła energii jak cień nie dało się utrzymać zbyt długo w zamknięciu.

Wtedy właśnie włączyłem znajdującą się z boku kadłuba dyszę zasysającą, która transportowała cień prosto do zbiornika przylegającego do ładowni. Jednak i on – ze względu na tę cholerną słabą izolację – nie był w stanie utrzymać cienia zbyt długo.

Kanistry, których w ładowni były setki, nawet puste ważyły niemal połowę tego co ja. Musiałem przydźwigać każdy po kolei, wepchnąć na miejsce, aż zaskoczył zamek magnetyczny, i pociągnąć za dźwignię, która otwierała wartki strumień cienia. Kiedy kanister był pełny, musiałem zamknąć dopływ i wymienić pojemnik. Im szybciej pracowałem, tym więcej cienia udało się uzyskać i tym mniejsze było ryzyko, że energia przedrze się przez poszycie i rozniesie nas wszystkich na kawałeczki.

Jednak nawet ta świadomość nie przysporzyła mi dodatkowych sił. Tylko dwie rzeczy sprawiały, że wciąż pracowałem: wszechogarniające pragnienie skończenia wreszcie tej roboty oraz nagląca, natrętna myśl, że muszę się wydostać z tej ładowni, jeśli mam mieć jakiekolwiek szanse na przekonanie Qole do czegokolwiek na czas. Chyba że zarobienie się na śmierć było sposobem na zdobycie jej zaufania. Wówczas niemal dopiąłem swego.

– Ej, Telu? – W komunikatorze rozbrzmiał lekko zaniepokojony głos Arjana.

Rzuciłem okiem na wyświetlacz i krew zastygła mi w żyłach.

– Telu, mamy tu drona o oznaczeniach zero, zero, dwa. Jaki masz status? – włączyła się Qole.

Faktycznie, na wyświetlaczu widać było wyraźnie na wprost nas pracującego całą parą drona wydobywczego. Był trzy razy większy od „Kaitanu” i raz po raz rzucał się na mniejsze asteroidy. Pięć czy sześć metalowych ramion wiło się i chwytało kolejne głazy, po czym z przedniej części maszyny wystrzeliwał promień energii. Chwilę później rozbita asteroida wędrowała do potężnych okrągłych szczęk drona; a my byliśmy dokładnie na jej drodze.

To mnie nieco otrzeźwiło. Włączyłem komunikator.

– Eee, przepraszam bardzo, ale drony niezbyt dobrze reagują na zbliżanie się w obszar ich pracy.

– Dzięki, świeżynko. – Natychmiast usadziła mnie kapitan. – Skup się, proszę, na swojej pracy. Pozostali, kończymy misję.

Wpatrywałem się z niedowierzaniem, jak statek nieuchronnie i o wiele za szybko jak na mój gust zbliżał się do drona. Moje słowa przed chwilą były bardzo delikatnym ujęciem problemu. Maszyny te, choć były reliktami minionej epoki, wciąż działały bez zarzutu, mimo że od setek lat nikt ich nie serwisował. Zaprogramowane w nich protokoły bezpieczeństwa, czuwające nad automatycznie wykonywanymi zadaniami, również były całkowicie sprawne. Wielu młodych kapitanów – a nawet i starszych, ale zbyt pewnych siebie – straciło życie, podlatując zbyt blisko takiego drona. No, mniej więcej tak blisko jak my obecnie.

– Telu? – Głos Qole nie zdradzał oznak zaniepokojenia, brzmiało w nim tylko pytanie.

– Bez obaw, pani kapitan – odparła zagadnięta takim tonem, jakby obiecywała zamieść później podłogę.

Już otworzyłem usta, żeby nawrzeszczeć na nich za to szaleństwo, kiedy dron zachwiał się, obrócił o dziewięćdziesiąt stopni i pomknął z zawrotną prędkością w stronę majaczącej w oddali monstrualnej asteroidy.

– Wsadźcie se, Dracorte’owie – skomentowała Telu.

W normalnych warunkach roześmiałbym się, ponieważ wyrażenia „wsadźcie se” i „Dracorte’owie” nieczęsto bywały używane w jednym zdaniu. Zamiast tego tylko się gapiłem. Drony nigdy nie porzucały powierzonych im zadań, póki ich nie wykonały. To oznaczało, że Telu w jakiś sposób czasowo zmieniła program maszyny. Nic niemożliwego, ale zwykle podobne zadania wykonywane były przez starannie wybrane osoby, które spędzały lata na nauce w pilnie strzeżonych akademiach. Dla niej zaś zdawało się to czymś zwyczajnym. Jednak tok moich myśli prędko przerwał błyskający mi tuż przed twarzą cień.

***

Zamrugałem i potrząsnąłem głową. Świat wokół mnie nieco się zmienił. Patrzyłem teraz na sufit zamiast na ścianę. Chwilę zajęło mi zrozumienie, że leżałem na plecach na podłodze otoczony grupką ludzi. Na ich twarzach malował się cały wachlarz emocji: Telu wyglądała, jakby jej ulżyło; Basra sprawiał wrażenie niewzruszonego; zaś nowoprzybyła – wyjątkowo zdegustowanej.

„Kapitan Qole Uvgamut” − poinformowały mnie szare komórki, podczas gdy ja starałem się oswoić z jej widokiem. Znałem jej pozycję, jej reputację i głos, a jednak wyglądała zupełnie inaczej, niż się tego spodziewałem.

Była młoda. O wiele młodsza, niż sobie wyobrażałem. Słyszałem, że ma zaledwie siedemnaście lat, ale władczość w jej głosie sprawiała, że ciężko było w to uwierzyć. Zlustrowałem ją od stóp do głów, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Miała na sobie ciepłe, choć dość niezwykłe ubranie, a na plecy opadał jej czarny warkocz. W przeciwieństwie do pracowników w innych podsystemach, którzy nosili syntetyki, na pokładzie „Kaitanu” – ze względu na peryferyjność Alaxaku i koszty importu – królowały rodzime skóry i futra. Ale abstrahując od opłacalności międzygwiezdnego handlu, jej kombinezon ewidentnie został skrojony specjalnie dla niej, ponieważ choć wyglądał na ciepły i wygodny, otulał jej figurę tak, że nie sposób było nie zawiesić dłużej oka. Poza tym pani kapitan wydawała się równie ciepła i otwarta jak ostrze noża. Wysokie kości policzkowe sprawiały, że rysy jej owalnej śniadej twarzy zdawały się wyjątkowo ostre. Wrażenie to pogłębiały zwężone obecnie ciemne oczy.

– Jak, na wszystkie układy, do tego doszło? Pozwoliłeś, żeby kanister się przepełnił? – Qole nie podniosła głosu, ale i bez tego aż skuliłem się w sobie, kiedy zdołałem już usiąść.

Spróbowałem wstać i wyciągnąłem ręce, starając się złapać równowagę, ale kapitan ewidentnie uznała, że potrzebuję pomocy, gdyż chwyciła mnie za nadgarstek. Dłoń miała ciepłą, a jej chwyt nie pozostawiał wątpliwości, że zdoła utrzymać mój ciężar, póki nie stanę pewnie na nogi. W zasadzie to pociągnęła mnie w górę z taką siłą, że poleciałem naprzód. Dałbym radę złapać równowagę, ale zamiast tego zatoczyłem się w jej stronę i oparłem o ramię. Jej drobna sylwetka była niewzruszona; potrafiła doskonale utrzymać równowagę. Niby niechcący przycisnąłem palce do wewnętrznej strony jej nadgarstka, niepostrzeżenie umieszczając na nim prawie niewidzialny czujnik biometryczny.

Chociaż sprawiałem wrażenie pijanego, wreszcie udało mi się zrobić dziś coś użytecznego.

– Eee… może? – odpowiedziałem, robiąc krok wstecz. – Tam był ten dron i jego macki śmierci, i…

– Ta, tak właśnie się stało – pospieszyła z wyjaśnieniem Telu. – Kanister się przepełnił i cień zaczął wyciekać do ładowni. Zamek automatycznie zamknął dopływ, ale widać dostało się go tu wystarczająco dużo, żeby zwalić go z nóg.

– Na Wielki Upadek. – Qole złapała się za głowę, szarpiąc włosy tak, że kilka pasm wymknęło jej się z warkocza. – Ten sam problem mieliśmy z poprzednim kompletnym idiotą. Powinnam była przewidzieć, że nic z tego nie będzie. – Pochyliła się i zaczęła energicznie ustawiać poprzewracane pojemniki. – Basra, odezwij się do Arjana i Etona. Musimy ustawić się w odpowiedniej pozycji na następny rozbłysk, jeśli mamy mieć z tego rajdu jakikolwiek pożytek.

Idiota. Tym dla niej byłem po całej tej harówce, po osiemnastu godzinach mozolnej, powtarzalnej pracy fizycznej. Tak po prostu mnie skreśliła. To tyle, jeśli idzie o zyskiwanie jej szacunku i zaufania. Zamiast tego obdarzyła mnie pogardą.

Poczułem, jak wzbiera we mnie gniew. Byłem zbyt wyczerpany, by się powstrzymać, a ból rozsadzający mi czaszkę tylko pogarszał sprawę.

– Nie przyszło ci może do głowy – wybuchnąłem – że miałabyś o wiele mniej kłopotów z kompletnymi idiotami, gdybyś choć część energii, jaką poświęcasz na ryzykowanie życia całej załogi, przeznaczył na zaprojektowanie wydajniejszego i bezpieczniejszego systemu przechowywania cienia?

Qole zamarła.

– Przepraszam?

W mojej głowie zaczęły rozbrzmiewać sygnały ostrzegawcze, które jednak całkowicie zignorowałem.

– Nie ma za co. Żebym jednak został dobrze zrozumiany, twoje ekwilibrystyczne popisy pilotażu, kiedy starasz się zarobić na naszą następną wypłatę, na nic się zdadzą, jeśli nie przeżyjemy rajdu. Czy to z wyczerpania, czy rozniesieni na atomy wybuchem cienia. – Wskazałem ręką na kanister, który niemal roztrzaskał mi czaszkę.

Kapitan zmierzyła mnie wzrokiem, co nieco schłodziło mój gniew. No dobrze, mocno go schłodziło. Telu cofnęła się nieco, Basra zaś tajemnym sposobem znalazł się po przeciwległej stronie ładowni. Ale jak głosi przysłowie: „Gotów na powrót, szykuj się na spadanie”. Poza tym nie zamierzałem się wycofać, ponieważ wiedziałem, że mam rację. Ta twarda kapitan, jakkolwiek by była imponująca i intrygująca, nie zastraszy mnie, skoro przed chwilą zetknąłem się z potęgą tak ją przewyższającą, że to było aż śmieszne.

– Nie widzę, by ktokolwiek zginął. – W głosie Qole zaczął narastać gniew. – A skoro to twoje zaniedbanie swojej pracy doprowadziło do tego wypadku, jestem śmiertelnie ciekawa, jak według ciebie moglibyśmy zrobić to lepiej.

– Najmocniej przepraszam, że przez chwilę obchodziło mnie bezpieczeństwo mojej skóry, twojej i wszystkich na pokładzie tego statku – powiedziałem z taką dawką sarkazmu, na jaką tylko było mnie stać, a zważywszy na zaistniałą sytuację, nie było tego mało. – Następnym razem rozważ zaoszczędzenie na odpowiednią ładownię, zamiast zlecać ludziom pracę ponad siły, by upakować ładunek, do którego przewożenia statek ten nigdy nie był zaprojektowany.

– Odpowiednią? – Qole wypluła z siebie to słowo jak coś obrzydliwego i spojrzała na mnie tak, jakby chciała wepchnąć mi je z powrotem do gardła. – Co ty, u licha, możesz o tym wiedzieć?

Choć faktycznie nie wiedziałem zbyt wiele o połowach cienia, dobrze znałem się na inżynierii.

– Powinnaś mieć ładownię, która naprawdę byłaby w stanie przechować cień: bezpiecznie, bez ryzyka wycieku, bez ubytków, bez konieczności zatrudniania załogi do przelewania go do cholernych kanistrów. – Wymieniałem zalety na palcach. – Taką, w której mogłabyś przewozić złapany cień aż do stacji przeładunkowej, gdzie byłby po prostu wysysany bezpośrednio z niej. Wiem, że tak transportuje się cień poza planetę.

– Jeśli orientowałbyś się w czymś więcej niż tylko w tym, co jest poza planetą, wiedziałbyś, że zaledwie kilka grup jest w stanie pozwolić sobie na takie luksusy. Na całym Alaxaku są może ze dwa takie statki.

Arjan próbował przekazać mi coś podobnego, ale nie zmieniało to faktu, że nadal loty te były potwornie niebezpieczne i nieefektywne.

– Cóż, widać, że tylko kapitanowie tych dwóch statków uważają życie swojej załogi za cenniejsze od zdobyczy. Szaleńcze zasuwanie nie uszlachetnia, tylko doprowadza do szaleństwa.

Qole podeszła do mnie bliżej i przez chwilę staliśmy twarzą w twarz i choć musiała nieco zadzierać głowę, by spojrzeć mi w oczy, była w stanie zgromić mnie wzrokiem. Po raz pierwszy dostrzegłem w jej brązowych oczach coś innego niż gniew, coś mrocznego, czającego się na granicy widoczności.

Cień. Dosłownie, cień błyskający na krawędzi jej białek. Na Wielki Upadek, słyszałem opowieści, ale dotąd nie dawałem im wiary. To nie było zatrucie cieniem, to były jej zdolności, pulsujące we krwi.

Przygotowałem się, choć sam nie wiedziałem na co.

Wówczas jej oczy wróciły do zwykłego wyrazu gniewu, po czym obróciła się na pięcie i zniknęła w wejściu do ładowni.

Jestem pewien, że wszyscy zamrugaliśmy. Może poza Basrą; jeszcze nie udało mi się złapać go na najmniejszym ruchu.

Świetnie. Właśnie udało mi się całkowicie udaremnić wszelkie próby porozumienia z tą właśnie osobą, z którą miałem się zaprzyjaźnić. Na dobrą sprawę być może właśnie zostałem przez tę osobę wyrzucony z pracy.

Powstrzymałem pragnienie potarcia czoła, żeby nie zdradzać zdenerwowania. Konfrontacja z wściekłą Qole sama w sobie była nieprzyjemna, ale teraz powoli docierało do mnie najgorsze: podczas całego rajdu najlepsze, na co mogłem liczyć, to usłyszenie jej głosu przez komunikator, podczas gdy ja sam miałem napełniać kolejne kanistry, wpędzając się powoli do grobu.

Zignorowałem przyglądających mi się Basrę z Telu i – żeby się czymś zająć – zacząłem ciągnąć poprzewracane kanistry. Wiedziałem, że i tak będę musiał je na powrót porządnie poukładać. Jeśli zajmowałbym na tym statku inne stanowisko, jeśli miałbym chwilę oddechu, jeśli tylko spędzilibyśmy więcej czasu na planecie…

Na planecie. Na początku nie mogłem się doczekać wejścia na pokład „Kaitanu”. Jednak to było w czasach, kiedy sądziłem, że zyskam dzięki temu okazję, by zbliżyć się do pani kapitan. Inni kapitanowie znajdowali czas na naprawy albo tankowanie i pozwalali swoim załogom odpocząć i naładować akumulatory w swoich wioskach. W takim przypadku sytuacja wyglądałaby inaczej i z pewnością, jeśli już nic innego by nie zadziałało, mógłbym chociaż zaprosić Qole na drinka.

Jednak mimo otarcia się o śmierć nasza kapitan nie zamierzała się wycofać. Zakładam, że teraz była wręcz mniej skłonna porzucić zadanie.

Zmierzyłem kanistry już mniej niechętnym wzrokiem. Być może obecnie nie potrzebowaliśmy tankowania, ale bez trudu moglibyśmy zająć się innymi niecierpiącymi zwłoki kwestiami.

Nie ważyłbym się igrać z taką potęgą jak cień, ale jego niestabilność mogłem wykorzystać. Na każdym kanistrze znajdował się panel wskazujący stopień wypełnienia pojemnika i stan izolacji. Nie była to skomplikowana maszyneria, ale jeśli nagle okazałoby się, że kanistry grożą wyciekiem, sprawa stałaby się wyjątkowo poważna.

Dość poważna, by wrócić na Alaxak.

II. Qole

„Następnym razem rozważ zaoszczędzenie na odpowiednią ładownię…”.

Kiedy wracałam na mostek, słowa te wciąż pobrzmiewały w mojej głowie wraz z rozpalającymi się iskierkami gniewu. Niemal każde słowo sprawiało, że na skraju widzenia pojawiała się ciemność.

„Następnym razem…”. Następny raz był luksusem, na który nie każdy poławiacz cienia mógł liczyć. Telu, Arjan i ja mierzyliśmy się codziennie z niebezpieczeństwami, o których ta arogancka kupa gówna nie miała w ogóle pojęcia.

„Rozważ zaoszczędzenie…”. Jakby życie z dnia na dzień, dbanie o to, by moja załoga była godziwie opłacona i nakarmiona, do tego pokrywanie wszelkich innych kosztów, które czasem zdawały się tak wielkie, że miałam wrażenie, jakby miały mnie zaraz przygnieść, pozostawiało wiele miejsca na „zaoszczędzenie”. Nie wspominając już o tym, że mogę nie pożyć dość długo, by cokolwiek oszczędzić. Co za naiwny cudzoziemiec.

„Odpowiednią”. Co to słowo w ogóle znaczyło na tym pustkowiu? Nie mogłam ot tak pójść sobie do sklepu z ładowniami. W ogóle nie miał pojęcia, o czym mówi.

Nie, pomyślałam, zatrzymując się w wejściu na mostek. Nie, Nev – jeśli naprawdę tak się nazywał – wiedział o wiele więcej niż nic. Był dobrze obeznany ze statkami, nawet z tym typem, który wszak był starym modelem, do tego tak poważnie zmodyfikowanym, że w zasadzie jedynym w swoim rodzaju. Zatrudniłam go w pośpiechu, nie przeprowadzając rozmowy kwalifikacyjnej, na którą nalegał Eton, ale też cudzoziemcy przybywający na Alaxak rzadko kiedy chcieli rozmawiać o swojej przeszłości. Po tym jak poprzedni ładowacz nagle rzucił robotę – piąty taki przypadek w tym roku – potrzebowaliśmy nowego, a to stanowisko nie wymaga szczególnych kwalifikacji. W każdym razie nikt, kto ma choć trochę oleju w głowie, go nie chce. A mimo to ten okazał się znacznie lepiej wykształcony niż większość, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego młody wiek: miał może osiemnaście, dwadzieścia lat. No i nie wyglądał jak trzeba. Nie był zwykłym typem twardego i zaprawionego w ciężkiej pracy gościa, którzy zwykle zgłaszali się na ładowaczy. Był… za ładny. Miał równe i białe zęby, zmierzwione wiatrem jasnobrązowe włosy, a szare ubranie, choć odpowiedniego koloru, było również czyste i w większości syntetyczne. Na grzbiecie nosa miał garb, co świadczyło o tym, że kiedyś został złamany; zapewne w bójce. Ale blade policzki i gładka, wyrazista szczęka były zbyt delikatne, a brązowe oczy zbyt lśniące jak na kogoś, kto spędził choć jedną zimę na Alaxaku.

Facet był dumny. Sądząc po jego ciuchach, także zamożny i pochodził zapewne z jednej z królewskich planet, jeśli wnioskować po akcencie. Eton mówił podobnie, kiedy po raz pierwszy zjawił się tutaj, a wiem, że był ochroniarzem na jednej z królewskich planet. Wiele więcej w kwestii jego przeszłości nie udało mi się z niego wydobyć. Co więc, do cholery, ten Nev w ogóle tu robił? Pewno był turystą albo co gorsza bogatym synalkiem, który nawiał z domu, żeby zażyć przygody. Tak czy owak coś tu śmierdziało. Wzięłam głęboki wdech i wydychając, pozwoliłam dłoni zsunąć się po framudze. Skupiłam się na gwiazdach widocznych przez półkoliste okno okalające fotel kapitański, na rzece światła tworzonej przez chmury.

Robiłam, co w mojej mocy, prawda?

Pytanie zdawało się większe niż cała moja czaszka, większe niż ładownia, odbijało bezkres przestrzeni za oknem. Robiłam to co wszyscy Alaxanie setki lat przede mną. To musiała być właściwa ścieżka. Czułam, że tak jest.

…przez większość czasu. A jednak jeden arogancki cudzoziemiec był w stanie sprawić, że zaczęłam w siebie wątpić. Chciałabym móc poprosić o radę ojca. To w końcu kiedyś był jego statek, a przedtem jego ojca. Tęskniłam za dniami, kiedy siedziałam obok niego na dodatkowym fotelu z nogami podciągniętymi dla ciepła pod brodę i obserwowałam, jak pilotuje. Zadawałam tysiące pytań. Zwykle byłam tylko ja, ponieważ Onai – myśl o moim najstarszym bracie wciąż sprawiała mi ból – pilotował ścigacz, a Arjan latał zwykle razem z nim, by uczyć się fachu. Jako najmłodsza już od najwcześniejszych lat – jeszcze zanim pasy były w stanie porządnie utrzymać mnie w fotelu podczas startu – zostawałam z ojcem na mostku podczas krótszych rajdów po cień. Łatwo więc zauważyłam, kiedy działania ojca zaczęły robić się niezborne, kiedy ciemność w jego oczach ze skrajów białek zaczęła zalewać całą gałkę, by prędko potem ustąpić.

Jeśli tylko wciąż byłby przy mnie. Z nim mogłabym porozmawiać o wszystkim, od ulepszenia ładowni po podejrzanych nieznajomych. I o tej ciemności, która zdawała się zjadać mnie od środka.

Byłby, gdyby ta sama ciemność nie zabiła jego. I mojej matki. I Onaia. A wcześniej moich dziadków i wszystkich ich dzieci. A wcześniej jeszcze pradziadków.

Nasze dziedzictwo stanowiły duma i tradycja. Było to niestety również dziedzictwo śmierci i obłędu. Ta ciemność była mroczniejsza i bardziej niebezpieczna niż niezbadane zakątki kosmosu. I żyła we mnie. W mojej krwi, w moich kościach, w każdej komórce mego ciała.

Zatrucie cieniem zdarzało się każdemu, kto był przez zbyt długi czas wystawiony na jego działanie, ale to… jednak coś innego. To rezultat obcowania z cieniem przez całe pokolenia, przez co zdawał się on oblepiać wręcz wszystkie komórki i nerwy naszych ciał jak sadza.

I nie zabijał nas tak po prostu. Niektórych z nas najpierw czynił wielkimi. I to chyba przerażało mnie bardziej niż cokolwiek innego.

W takich właśnie chwilach czułam się bardzo mała, bardzo młoda… i bardzo osamotniona. Wiedziałam, że to samo uczucie obezwładniało Arjana, nie pozwalając mu osiągnąć pełni swoich możliwości i zasiąść na fotelu kapitana.

A jednak ja siedziałam. Przeczesałam dłonią włosy i rzuciłam się na siedzenie, strząsając z siebie uczucie lgnącej do mnie lepkiej ciemności. Wreszcie przestało fizycznie mi ciążyć i zalewać kąciki oczu.

Ciemność jednak napierała na ekrany. Był właściwie środek dnia – poławialiśmy cień całą noc i poranek – choć ciężko to było dokładnie określić ze względu na wszechobecny mrok kosmosu.

Była niemal tak spokojna jak sen. Zatrzymałam na moment obraz, by obejrzeć widniejący na ekranie fragment łuku portalu galaktycznego. Dawniej funkcjonował on jako wrota prowadzące z Alaxaku w inne części galaktyki, a nawet do innych, odległych galaktyk, ale teraz była to pusta framuga, bez drzwi i domu, do którego niegdyś prowadziły. Niewyobrażalnie wielkie, powyginane przęsła, zniszczone przez stulecia bombardowania asteroidami, wisiały teraz jak połamane żebra. Czasem zbierały się przed nimi drony, żeby udać się przez nie, korzystając z technologii, której… cóż, nikt dzisiaj już nie rozumiał. Wielki Upadek – tak nazywano jej koniec. Po pewnym czasie drony przełączały się na inne programy i rozpierzchały, pozostawiając unoszące się w przestrzeni ruiny. Dla mnie to było właściwie nawet pocieszające – cywilizacja przestała istnieć, a jednak mój lud przetrwał. Nasza kultura istniała na tysiące lat przed Upadkiem i będzie istniała tysiące lat później.

Nawet jeśli ja już niewiele dłużej pożyję.

Z zamyślenia wyrwał mnie rozbrzmiewający w komunikatorze głos brata. Używał bezpośredniego kanału na mostek.

– Świetny lot, siostrzyczko.

Poczułam, jak łzy mimowolnie napływają mi do oczu. Arjan był przy mnie od samego początku. Oboje obserwowaliśmy, jak kochający wzrok naszych rodziców staje się coraz mroczniejszy, aż wreszcie nie wraca z czerni do zwykłego brązu. Słyszeliśmy chaotyczny bełkot, który zastąpił głos rozsądku, aż wreszcie, pewnego ranka pięć lat temu, znaleźliśmy ich nieruchomych. Po tym, jak dwa lata później Onai podążył ich mrocznym śladem w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat, to Arjan przekonał mnie, by przejąć ich działalność, choć on miał wówczas lat osiemnaście, a ja ledwie czternaście.

To dbanie o niego i resztę załogi pozwalało mi utrzymać samokontrolę. Bez niego nie byłoby mnie tu, a jednak nazbyt często traktowałam go jak zaledwie kolejnego członka ekipy.

– Dzięki – odparłam. – Twój również. Słuchaj, Arjan, kiedy skończymy ten rajd, może razem… wybierzemy się gdzieś… indziej, na trochę. – Słowa niezgrabnie układały mi się na języku. – Wiesz, żeby przez kilka dni odpocząć od Gamutu. Może moglibyśmy wybrać się na kemping na którejś z plaż Morza Północnego. Albo do lasu równikowego.

– Myślę, że to się nazywa wakacje, i nie dziwi mnie, że nie znasz tego słowa. – Niemal słyszałam, jak szczerzy zęby do komunikatora. Już od tak dawna się ze mną nie droczył. – Brzmi wspaniale. – Teraz i ja uśmiechnęłam się szeroko, choć przecież nie mógł mnie zobaczyć. – Ale wiesz co? – dodał, ziewając. – Walnięcie się spać brzmi obecnie równie wspaniale.

Ja również byłam zmęczona. Aż do tego stopnia, że obawiałam się utraty panowania nad swoim ciałem szybciej, niż cień wyślizguje się z sieci, ale wybuchnęłam śmiechem.

– Na sen będziemy mieli czas po śmierci.

Nagle zamilkłam. Ta ewentualność wcale nie musiała być tak znów odległa, biorąc pod uwagę, co stało się z Onaiem. Odchrząknęłam i przycisnęłam guzik pozwalający mi mówić jednocześnie do całej załogi.

– Zajmijmy odpowiednią pozycję, na wypadek gdyby pojawił się kolejny rozbłysk, którym warto się zająć.

Odpowiedziały mi senne pomruki. Jak można było się domyślić, Nev się nie odezwał. Prawdopodobnie spał już na stojąco.

– Eton i Telu, uważajcie na wszelkie drony czy asteroidy, które mogłyby nam zagrozić. Nev, ile pozostało nam pustych kanistrów…

– Eee… kapitanie? – Głos chłopaka brzmiał niepewnie, kiedy wszedł mi w słowo, jednak nie wynikało to ze zmęczenia. Zdawał się bardziej zaniepokojony, jak wówczas na widok tego wielkiego drona.

– Co?

Jakby w odpowiedzi na ekranie pojawiła się migająca czerwona dioda, a po chwili powietrze rozdarł dźwięk alarmu. Poczułam, jak wzbiera we mnie panika, ale zdusiłam ją w sobie i błyskawicznie spojrzałam na wskaźniki.

Ktoś odciął ładownię.

– Nev! – krzyknęłam do komunikatora. – Co tam się dzieje?

– Kilka kanistrów, być może mają usmażone panele, bo chociaż nie widziałem żadnego cienia, to jednak wskazują, że tracą szczelność.

Przebiegła przeze mnie kolejna fala strachu. Jeśli Nev został tam zamknięty razem z cieknącymi kanistrami… Nie mogę dopuścić do utraty członka załogi w ten sposób. Nawet jeśli był u nas nowy, nawet jeśli wydawał mi się dziwny i wkurzający. Nie mogłabym patrzeć, jak jego skóra czernieje i pojawiają się na niej pęcherze. Nawet jeśli miałby szczęście i zostałby wystawiony na niewielkie stężenie cienia, które nie poparzyłoby go śmiertelnie, popadłby w obłęd szybciej, niż statek wpada w pole oddziaływania grawitacyjnego planety. Nie byłabym również w stanie patrzeć, jak jego oczy czernieją.

Poza tym nie zaryzykowałabym reszty statku. Cieknące kanistry mogłyby rozsadzić nas na milion kawałków. Prędzej otworzyłabym śluzę, by wszystko zostało wyssane na zewnątrz, zanim dopuściłabym do czegoś podobnego. Oczywiście zabiłoby to Neva.

– Nev, zabieraj się stamtąd, ale już. – Jeśli był tam uwięziony, może mogłabym sięgnąć do tego cienia i postarać się go jakoś przekierować… ryzykując własne życie. – Jeśli drzwi są zablokowane, mogę je ręcznie odblokować…

– Już jestem na zewnątrz, to ja odciąłem ładownię.

Odetchnęłam z ulgą, prosto w mikrofon komunikatora.

– Dzięki niech będą przodkom.

– Cóż, nie bardzo chciałem tam zostawać – powiedział z pewną dozą humoru. – Nie chciałem również, by cokolwiek przedostało się do reszty statku.

Może byłam jednak dla niego zbyt surowa. Nie tylko ocalił własną skórę, ale starał się również chronić „Kaitan”.

– Dobra robota. Zabieraj się spod drzwi i przypnij się w mesie. Arjan, wracaj ze ścigaczem na pokład. Musimy natychmiast pozbyć się tych kanistrów. – Nie mogłam się powstrzymać od przybrania nieprzyjemnego tonu, choć wiedziałam, że podejmuję właściwą decyzję. – Wracamy na Alaxak.

***

Dziób „Kaitanu” rozdarł fale, kiedy wylądowałam na szarym bezkresie oceanu. Od razu skierowałam się w stronę niewielkiego portu Gamut. Z tego, co wiedziałam, nasza planeta była jedyną, na której statki lądowały głównie na wodzie. Nikt nie miał pieniędzy na budowanie profesjonalnych lądowisk, a wieczna zmarzlina była zbyt niestabilna, by wytrzymać takie operacje – temperatura wydzielana przez silniki natychmiast zmieniłaby ją w bagno.

Wolałabym, żebyśmy właśnie startowali, a nie lądowali. Chciałam znów znaleźć się pomiędzy grawitacją a strumieniami plazmy, pomiędzy lodem a ogniem, z plecami wciśniętymi w fotel pilota. Ta walka, w której centrum się wówczas znajdowałam, dawała mi poczucie, że idę naprzód. To na tej zamarzniętej planecie panowała stagnacja, każdy ruch okupiony był wysiłkiem. A jeśli instynkt dobrze mi podpowiadał, to ten rajd był wart zachodu. Powinniśmy wciąż być jeszcze w kosmosie.

Ale niestety zamiast tego kierowaliśmy się w przeciwnym do upragnionego kierunku. Wszystko we mnie krzyczało, teraz, teraz, teraz, głośno, jakby prosto z komunikatora, wibrowało na zakończeniach nerwowych, pulsowało w kościach i skwierczało na skórze.

To wzywał mnie cień.

– Załatwmy to jak najprędzej, co?

Byłam tak rozkojarzona, że dobijając do mola, zapomniałam przełączyć się na miejscowy akcent, który zwykle tłumiłam ze względu na moją załogę w większości niepochodząca stąd. Dokerzy natychmiast zareagowali na nasze pojawienie się i zaczęli rzucać masywne liny, by przywiązać statek do potężnych pali. Kadłub wciąż był rozgrzany od przejścia przez atmosferę i syczał w wodzie, wzbijając tumany pary.

Basra spojrzał na mnie ze swojego stanowiska poniżej, przez metalową kratownicę stanowiącą podłogę mostka.

– Skontaktowałem się już z fabryką i dałem im znać, że mamy sprawę. Przyślą po te kanistry pojazd z izolowaną paką. Będą też mieli odpowiedni sprzęt, więc my w ogóle nie będziemy musieli wchodzić do ładowni. Wszystko nie powinno zająć więcej niż kilka godzin, a dekontaminacja, jeśli będzie potrzebna, to najwyżej jakieś kolejne dwie.

Zamrugałam. Zwykle nie potrafiłam zmusić ich do tak szybkich i sprawnych reakcji. Może Basra w jakiś sposób ich przekonał.

– Ładnie – skomentowałam.

– Niestety nie będą w stanie przejąć reszty naszego ładunku, ponieważ ich przetwórnia już jest przepełniona.

W takiej sytuacji tym bardziej imponowało, że zdołał ściągnąć ich tu tak szybko.

– Nie ma sprawy. Dopełnimy resztę i wrócimy z dostawą za kilka dni. – Wzruszyłam ramionami. – Czyli jeśli ktoś chce uciąć sobie drzemkę… Do tego będziecie mogli pospać sobie, kiedy już wylecimy. Niestety z pewnością na jakiś czas utkniemy w cholernym tłumie dronów.

Kosmologowie przewidywali w najbliższych sześciu godzinach szczególnie duże nasilenie aktywności dronów pomiędzy nami a morzem asteroid Alaxaku. Niestety wypadało to dokładnie na naszej drodze. Zautomatyzowane drony wydobywcze zawsze wchodziły nam w paradę i próbowały zestrzelić każdy statek, który tylko znalazł się na ich drodze. Zwykle udawało nam się lawirować między nimi, ale wolałam nie ryzykować, kiedy było ich tak dużo. Mimo wszystko jednak wychodziło na to, że wrócimy do morza cienia szybciej, niż sądziłam.

– A co to takiego, czas wolny? Miękniesz czy jak? – zapytała ze śmiechem ze swojego stanowiska Telu. – Wybaczcie, że dłużej nie zabawię, ale czeka mnie randka z koją, której nie zamieniłabym na wszystkie skarby świata.

– Tym razem nie śpisz w fotelu? – spytałam, chcąc odwdzięczyć się jej równie żartobliwą uwagą, choć z napięcia aż bębniłam palcami o konsolę. – Cóż to za okazja?

– Więcej niż trzydzieści minut na drzemkę. Do tego… – tu wyszczerzyła się w moją stronę – …czy zauważyłaś, w jakim tempie ten dron pogonił za własnym ogonem? Każda okazja, żeby dopiec królewskim, jest warta świętowania.

Miała powody, by nienawidzić królewskich, zwłaszcza samej królewskiej rodziny. To Dracorte’owie byli właścicielami dronów wydobywczych. Ich oprogramowania nie dało się zmienić – nawet sami właściciele nie wiedzieli już, jak to zrobić – ale taka hakerka jak Telu potrafiła chwilowo je przekierować. Oczywiście podobne zdolności nie były czymś zwyczajnym. Jej rodzina była niemal równie stara jak moja. Chociaż nigdy nie umiała wskazać cienia z równą precyzją co Arjan czy ja, miała o wiele szybsze odruchy, zdobyte przez pokolenia wystawienia na działanie cienia, nawet jeśli wykorzystywała je w zgoła inny sposób.

Hakowanie dronów było dla niej tym, czym dla mnie pilotowanie, i była jedną z najlepszych specjalistek na Alaxaku, a może i poza nim.

Odpowiedziałam jej zmęczonym uśmiechem.

– Dobra robota dzisiaj. – Po czym dodałam: – Zasuwamy ostro, a ty wciąż jesteś równie bezkonkurencyjna jak zwykle.

Wyraz jej oczu złagodniał.

– Dzięki – powiedziała cicho.

Kiedy wstała, poleciłam:

– Ustawić kamery na zewnątrz ładowni tak, by wykryły ruch. – Kiedy na pokładzie nie było załogi, wolałam być szczególnie ostrożna. A nawet i wśród samej załogi: takiemu Nevowi na przykład wciąż jeszcze nie ufałam.

– Już, gotowe – odparła Telu i rzuciła mi spojrzenie, które przestraszyłoby potencjalnych złodziei czy sabotażystów o wiele skuteczniej niż kamery. – Ustawiłam również alarm. – Posłała mi półuśmiech, który zwykle następował po jej śmiercionośnych spojrzeniach, jak je nazywała. – Ty też nie śpij dziś w fotelu, co?

Nie byłam pewna, czy w ogóle zdołam zasnąć, ale nie chciałam, żeby się o mnie martwiła, więc odpowiedziałam:

– Nie zamierzam.

Ledwie Telu wyszła, a ja usadowiłam się wygodnie, szykując na dłuższe czekanie, w wejściu na mostek zrobiło się poruszenie i rozległ się – co nie było zasadniczo nadzwyczajne – głos Etona:

– Powiedziałem, że nie będziesz zawracał głowy kapitan. To nie należy do twoich obowiązków i gdybym to ja cię zatrudniał, wprowadziłbym cię we wszystkie od razu. Nie, wróć, ja po prostu bym cię w ogóle nie zatrudnił.

Wstałam z fotela, czując zalewającą mnie falę irytacji, która sprawiła, że siadłam sztywniej. Wiedziałam, z kim rozmawiał Eton. Wiedziałam też, że nie pochwala mojej decyzji o zatrudnieniu Neva tak prosto z doków. Niemal nie mogłam go za to winić. Nev był wielką niewiadomą, bez doświadczenia w poławianiu cienia, ale Arjan zdawał się mu ufać i uważać za godnego zaufania na tyle, by przekonać mnie, żebym dała mu szansę. Nie mówiąc już o tym, że w tak krótkim czasie nie bardzo mogliśmy znaleźć kogoś innego. Gamut raczej nie należał do kwitnących metropolii handlowych. Spodziewałam się, że Eton będzie gderał – co się potwierdziło – ale podważanie mojej decyzji przed Nevem? Posunął się o krok za daleko.

– Cóż, dobrze się zatem składa, że to kapitan mnie zatrudniła, a nie ty, prawda? – odparował mu Nev głosem o wiele spokojniejszym od swojego rozmówcy, ale równie głośnym. Chociaż był dla mnie źródłem ciągłej irytacji, te akurat słowa wywołały uśmiech na mojej twarzy. Widać, że on rozumiał już to, czego Eton jeszcze chyba nie pojął.

To jedno zdanie sprawiło, że zawołałam:

– Wszystko w porządku, Eton, puść go tu na górę.

Nev lekko wkroczył na mostek, a Eton podążył za nim o wiele cięższymi krokami, które rezonowały na metalowej kratownicy.

– Tak? – skierowałam w miarę uprzejme pytanie do naszego nowego załoganta, ignorując drugiego mężczyznę. Nie byłam szczególnie zachwycona, że widzę Neva, ale w końcu sama go tu zaprosiłam.

Nev uśmiechnął się, miał ładny uśmiech, a zęby aż za białe.

– Nie mieliśmy dotychczas zbyt wiele czasu, by się poznać, pani kapitan. Mam nadzieję, że moglibyśmy wykorzystać ten niefortunny wypadek z kanistrami i że pozwoliłabyś mi przeprosić za tamten wybuch. Czy mógłbym zaprosić cię na drinka?

Eton niemal udławił się z wrażenia, a ja musiałam aż zacisnąć usta.

– Chcesz… zaprosić mnie na drinka? – wymamrotałam.

Po raz pierwszy w moim życiu ktoś zwrócił się do mnie z podobną propozycją. Musiałam pohamować atak histerycznego śmiechu. Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego, kim ja byłam? To już nie chodziło nawet o to, że byłam kapitanem, ale raczej czym byłam?

Uśmiech Neva wciąż pozostał równie szeroki.

– Tak, jestem prawie pewien, że to właśnie powiedziałem.

– Mowy nie ma, żeby kapitan gdziekolwiek z tobą poszła. – Eton odzyskał wreszcie mowę.

Obróciłam się w jego stronę z wyrazem niedowierzania na twarzy, ale moje słowa były niezwykle spokojne i ciche:

– Teraz próbujesz mówić w moim imieniu?

– Qole, popatrz tylko na niego! – Wskazał ręką nowego ładowacza. – Ten gość podobno kręcił się po Gamucie ładnych parę dni, rozpytując o ciebie! To jakiś cudzoziemiec, który chce załatwić własne interesy. Nie ma pojęcia o poławianiu cienia.

– Czyli tak jak ty swego czasu? – To drobne odświeżenie pamięci sprawiło, że Eton zamknął usta i skrzyżował ramiona na piersi.

Powtórzyłam jego gest i stanęłam tuż przed nim. Różnica wzrostu między nami była bardzo wyraźna, sięgałam mu ledwie do ramienia, ale wiedziałam, kto z nas dwojga skapituluje pierwszy. Nadal nie podnosząc głosu, odpowiedziałam spokojnie:

– Myślę, że pójdę na tego drinka z Nevem. Będziemy z powrotem za niespełna godzinę.

Eton wydał z siebie pełen rezygnacji pomruk.

– Słyszałaś to, Telu? – Spojrzał w dół na stanowisko towarzyszki.

– Telu poszła się przespać – wyjaśniłam.

– Wszyscy powinniśmy pójść w jej ślady. Hej, Basra, Arjan! Może wy przemówicie Qole do rozsądku?

Arjan stał obok Basry przy jego stanowisku i obaj spoglądali w górę na nas, czekając na rozwój sytuacji na mostku.

Basra, co dziwne, trzymał dłoń na ramieniu mojego brata. W zasadzie, jak by się zastanowić, ostatnio często widywałam ich razem, kiedy tylko mieliśmy chwilę wolnego.

– Qole, nie wiem, czy to jest dobry… – zaczął Arjan.

Basra przerwał mu chrząknięciem.

– Obawiam się, że to jest dyskusja, której nie jesteś w stanie wygrać, więc daj sobie zawczasu spokój. Chodź, prześpimy się trochę.

Odstąpił od konsoli i stanowczo wyprowadził Arjana z pomieszczenia.

– Odradzałbym zabijanie Etona, pani kapitan. Jest nam potrzebny – rzucił jeszcze przez ramię na odchodnym.

Typowe dla Basry, dokładnie oceniać wartość wszystkiego – i każdego. Nie sądziłam, by pozwalał zaćmić swój osąd takim zjawiskom jak uczucia.

Co prowokowało kolejne pytanie: co w takim razie było pomiędzy nim a moim bratem? Basra dołączył do naszej ekipy kilka lat temu, po Arjanie, Telu i Etonie – w tej kolejności – i nigdy właściwie nie powiedział, dlaczego to zrobił. Oczywiście był nam potrzebny handlarz, by jak najkorzystniej sprzedać pozyskany cień, a on właśnie tym się zajmował, ale nie miałam pojęcia, co w ogóle robił na Alaxaku. Nie chciał mówić o swojej przeszłości, podobnie jak Eton – i w zasadzie każdy inny cudzoziemiec – więc nie naciskałam. Ale kiedy stawało się coraz bardziej jasne, że Basra nie był ot takim sobie handlarzem, już nie wspominając o nieustalonej płci, dało mi to do myślenia.

Teraz zaś, kiedy widziałam, jak wychodził z moim bratem z pomieszczenia, a ich dłonie niemal ocierały się o siebie, naprawdę zaczęłam się zastanawiać.

Ale wszystko w swoim czasie. Teraz wybierałam się na drinka z naszym nowym ładowaczem, co było równie niebywałe. Jakkolwiek absurdalna wydawała się ta sytuacja, będzie warta zachodu, jeśli da Etonowi cenną lekcję. W sumie i tak byłam zbyt nakręcona, żeby spać… no i może trochę zaimponowało mi, że Nev pierwszy nie walnął się spać. Odeszłam od konsoli i skierowałam się ku wyjściu. Ładowacz podążył za mną.

– Qole – odezwał się jeszcze Eton.

Nie był w dobrym humorze. Ja jednak byłam w jeszcze gorszym, więc minęłam go bez słowa.

– Kapitan Qole – poprawiłam go. – Tak w zasadzie to kapitan Uvgamut brzmiałoby jeszcze lepiej.

– Qole – powtórzył. – Twoje miejsce jest na statku. – Skrzywił się i kilkoma susami długich nóg przesunął się przede mnie, zagradzając mi drogę. Przez chwilę wyglądało tak, jakby Nev chciał rzucić mi się na pomoc w jakimś odruchu idiotycznie pojętej opiekuńczości, jakie miewają mężczyźni, ale… nie, on tylko oparł się o szafki. – Jesteś naszą kapitan, jak sama mi przypomniałaś.

– Masz na myśli, że na statku będę bezpieczniejsza. – Przybrałam minę równie krzywą jak jego. – Myślę, że dam sobie radę z tym gościem. – Wskazałam niedbale na Neva, który tylko uniósł brew.

– Ja również! Przynajmniej pozwól mi iść z tobą. Dbanie o twoje bezpieczeństwo należy do moich obowiązków, pozwól mi więc je rzetelnie wykonywać. – Tubalny głos Etona zagłuszał nawet szuranie jego wielkich i ciężkich stóp.

Wiedziałam, że w tym, co mówi, jest ziarno słuszności; i nie była to nowa kwestia. Przeciwnie, śmierdziała znajomo, jak stare zwłoki wyrzucone na brzeg. Miałam też już jej powyżej uszu. Poza tym Nev przyglądał mi się z uznaniem błyskającym w tych jego nienaturalnie lśniących oczach i z jakiegoś powodu nie chciałam, żeby uznał, że nie umiem sama o siebie zadbać. Nie mówiąc już o tym, że byłam porządnie wściekła, co nie miało w zasadzie związku z żadnym z nich.

Ciemność pulsowała we mnie, niebezpiecznie wchodząc na kąciki oczu. Ani Eton, ani Nev nie cofnęli się jednak. „Odważni − pomyślałam. − Albo głupi”. W zależności od tego, jak wiele zobaczyli w moich oczach. Zatrucie cieniem nie było zaraźliwe, ale większość miejscowych wiedziała, że kiedy taka osoba jak ja robi się wściekła, lepiej trzymać się z daleka. A już z pewnością nikt nie chce znaleźć się w pobliżu, kiedy ktoś taki wybuchnie. Niektórzy, jak moi rodzice, niezauważalnie popadli w obłęd. Inni nie.

„Panowanie nad sobą, jestem w stanie nad sobą zapanować” − powtarzałam w kółko. Napady stawały się coraz silniejsze, a moja samokontrola jakoś nie wzrastała. Ale nie miałam wyjścia. Jeśli nie zapanuję nad sobą, wkrótce będzie po mnie. Albo nawet gorzej: skończę jako wrzeszcząca, bełkocząca skorupa samej siebie, zbyt obłąkana, by wiedzieć, że lepiej byłoby nie żyć.

Odetchnęłam głęboko, starając się pohamować gniew. Mimo to postąpiłam krok w stronę Etona, zmuszając go do ekwilibrystycznych uników, by na mnie nie wpaść. W innych warunkach uznałabym to za komiczne. Choć był taki wielki, to jednak potrafił poruszać się zwinniej niż ktokolwiek, kogo znałam. Teraz też odskoczył mi z drogi, o co mi tylko chodziło.

– Zostań na statku – powiedziałam. Już otworzył usta, by zaprotestować, ale szybko dodałam: – To rozkaz.

Te dwa słowa sprawiły, że natychmiast zamknął usta, po czym odwrócił głowę, by nie widzieć, jak Nev opuszcza za mną mostek.

Pomimo niechętnej zgody Etona mój gniew znów rozpalił się jak rozbłysk słoneczny. Ci cudzoziemcy. Jeśli cień nie zdąży pierwszy, to oni doprowadzą mnie do szaleństwa.

III. Nev

Kiedy tylko wychyliłem się ze statku, wiatr uderzył we mnie z całą siłą, wyciskając z oczu łzy. Podobno tutaj miało być teraz wczesne lato, ale bynajmniej nie przypominało w niczym wczesnego lata u nas. Tam, gdzie dochodziły wątłe promienie słońca, pojawiały się ślady ciepła, ale każdy cień brutalnie przypominał o tym, że jeśli pozostaniesz na noc na zewnątrz, bez odpowiedniego sprzętu nie dożyjesz świtu.

Metaliczny szczęk zasygnalizował, że Qole wylądowała na znajdującej się poniżej powierzchni doku. Dzięki zaaranżowanej przeze mnie awarii kanistrów ładownia była obecnie odcięta, aż do czasu gdy przysłany z fabryki zespół dekontaminacyjny da nam zielone światło. Zamiast więc wyjść normalnie po rampie, która prowadziła przez ładownię, musieliśmy skorzystać z niewielkiej śluzy ewakuacyjnej znajdującej się w pobliżu kajut załogi.

Otwór znajdował się dość wysoko i z pewnością nie nadawał się do codziennego użytku, jednak Qole zdawała się nie zauważać tej niedogodności. Nie chcąc okazać wahania, skoczyłem za nią, przetaczając się podczas lądowania.

Kiedy już się podniosłem, mogłem w słabym popołudniowym świetle porządnie obejrzeć sobie „Kaitan”. Statek był długi i smukły, w przeciwieństwie do otaczających go krępych frachtowców. Znajdujące się na dziobie okna mostka płynnie przechodziły w zagłębienie na rufie, gdzie znajdowało się ramię ładunkowe sieci. Wloty silników po obu stronach kadłuba zakrzywiały się i łączyły zgrabnym nitowaniem. Podobnie jak każda inna jednostka, którą tu widziałem, nie był miejscowej produkcji, ale został przystosowany do lokalnych warunków. Jednak podczas gdy inne były niechlujnie oplecione okablowaniem i złączami, na „Kaitanie” pomimo jego wielu wgnieceń i rys wszystko było zgrabnie pochowane i na swoim miejscu.

Qole nie czekała na mnie. Z rękami w kieszeniach, lekko pochylona, by pokonać silny napór wiatru, szła naprzód. Może i zgodziła się wypić ze mną drinka, ale ewidentnie nie zakładało to pójścia na niego razem.

Westchnąłem i ruszyłem za nią.

Kiedy tylko zrobiłem krok, ktoś złapał mnie za rękę. Osoba, jeśli można to tak nazwać, kryła się na mroźnym doku w cieniu statku. Jej oddech brzmiał tak chrapliwie, że przywodził na myśl powietrze wysysane w próżnię. Postać była chuda i wymizerowana, a jej oczy całkowicie czarne; miało się wrażenie, że zapadają się nad wychudzonymi kośćmi policzkowymi – były to oczy osoby obłąkanej cieniem. Osobnik miał na sobie podarte szmaty, słabo chroniące ciało przed surowymi warunkami, a wydobywający się z ust dźwięk przypominał syczące rzężenie.

Instynktownie wyszarpnąłem rękę, ale natychmiast opadły mnie wyrzuty sumienia. Ale właściwie co mogłem zrobić? Spotkałem już wcześniej ludzi opanowanych przez cień i wiedziałem, że nie ma już dla nich żadnego ratunku. Ludzie zatruci cieniem nie mogli wyzdrowieć i powrócić z otchłani obłędu. Lepiej dla nich, żeby nie żyli.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle przede mną znalazła się Qole, uklękła i wcisnęła do ręki nieszczęśnika pakiet grzejny. Zwrócił na nią swe czarne oczy, ewidentnie próbując coś powiedzieć, ale z jego ust dobył się tylko przeciągły jęk.

– Przyciąga go cień na naszym statku – wyjaśniła mi, po czym łagodnie przemówiła do biedaka, nie zwracając uwagi na wydawane przez niego odgłosy.

– Weź to – mówiła – pomoże ci się ogrzać. Zaraz kogoś powiadomię, żeby zabrał cię do domu. Przykro mi, Gavrilu, ale nie będziesz tu długo marzł.

Być może tylko mi się tak wydało, ale mężczyzna jakby rozluźnił się odrobinę i skulił nad pakietem. Zgodnie z obietnicą Qole wyciągnęła komunikator i w kilku szorstkich słowach wydała komuś stosowne instrukcje, po czym na powrót ruszyła zamaszystym krokiem w stronę miasta.

Pospieszyłem za nią, wciąż pod wrażeniem tego, czego właśnie byłem świadkiem. Zawsze uczono mnie, że lepiej poświęcać czas na rzeczy naprawdę ważne, ale Qole przystanęła, by zrobić coś drobnego, chociaż nie miała zbyt wiele czasu. Nie było to nic wielkiego, po prostu niezwykle… dobrego.

Zależało jej na członkach swojej społeczności, co dobrze wróżyło moim zamiarom przekonania jej, że mogę jej pomóc. I naprawdę mogłem. Jeśli udałoby nam się zrozumieć, w jaki sposób cień wiązał się z żywymi organizmami – kiedy nie próbował ich zniszczyć – nie tylko udałoby nam się rozpocząć sprzedaż na wielką skalę – co zwielokrotniłoby przychody lokalnych mieszkańców – ale również poprawić bezpieczeństwo ludzi pracujących w bezpośredniej bliskości cienia.

Może jeśli dowiedziałaby się, że mnie także zależy, doceniłaby to. Kiedy zrównałem się z nią na kamienistej drodze, odezwałem się, starannie dobierając słowa:

– Czy sądzisz, że miejscowi wiele skorzystaliby, gdyby przychody z cienia stały się naprawdę ogromne?

Qole prychnęła lekceważąco.

– Przychody już są naprawdę ogromne, tyle że nie dla nas. Ci z nas, którzy codziennie ryzykują życie, zarabiają nawet przyzwoicie. Reszta ledwie wiąże koniec z końcem. To ludzie, którzy od nas kupują, skąpią każdego grosza. Może na twojej planecie królewscy pozwalają pieniądzom przeciekać do warstw niższych jak gówno w nieszczelnym wychodku. Ale tutaj, chociaż nie mamy żadnych magnatów, niewiele nam z tego przychodzi.

Skrzywiłem się, spoglądając na pordzewiałą konstrukcję niedokończonego budynku, gdzie śnieg zalegał w głębokich cieniach. Budowa zapewne została wstrzymana ze względu na brak funduszy. Pieniędzy, królewskich czy nie, ewidentnie tutaj brakowało.

– Cień jest bardzo poszukiwany w niektórych większych przedsięwzięciach – rzuciłem.

„A jeśli ja będę miał coś w tej sprawie do powiedzenia, to będzie jeszcze bardziej poszukiwany” − dodałem w myślach. Na głos zaś ciągnąłem:

– Nie macie możliwości negocjowania lepszych cen?

– Pewnie. Podobnie jak ty mógłbyś kłócić się ze mną o wyższą działkę po rajdzie. Spróbuj i zobacz, jak się to skończy.

Roześmiałem się, doceniając zarówno prawdziwość jej słów, jak i sposób, w który jednocześnie wyraziła istotę problemu i mnie usadziła.

– No dobrze, w takim razie postaram się wybitnie dobrze wypełniać swoje obowiązki i liczyć na lepsze jutro.