Kroniki Czerwonej Kompanii. Tom 1. Czarna kolonia - Arkady Saulski - ebook
Opis

W niedalekiej przyszłości korporacje przejmują kontrolę nad podbojem kosmosu. Trwa terraformacja i kolonizacja Marsa, na planetę przybywają zespoły naukowców, osiedleńcy i... najemnicy, zbrojne ramię wielkich firm. Postęp technologii, nowe odkrycia, zmiana czerwonej marsjańskiej pustyni w urodzajne terytorium – to wszystko zdaje się spełnieniem marzeń ludzkości o nowym wspaniałym świecie, w którym każdy znajdzie swoje miejsce – tak przynajmniej wyglądają reklamy emitowane przez korporacje, które kontrolują planetę i procesy osiedleńcze. Co naprawdę dzieje się na Czerwonej Planecie? Ilu najemników i ile broni sprowadziły tam wielkie firmy? I najważniejsze – w jakim celu? Co takiego jest na Marsie, że najpotężniejsze korporacje chcą położyć na tym łapę?

Wkrótce rozpęta się walka, bezpardonowa i krwawa, w której stawką jest przyszłość całej ludzkości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Arkady Saulski

Czarnakolonia

Warszawa 2016

Copyright © by Arkady Saulski, 2016

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa 2016

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa,

e-mail:drukarnia@dd-w.pl

ISBN ePub: 978-83-64030-77-2

ISBN mobi: 978-83-64030-78-9

Mobisfera

Słyszę.

Piękna aria Stafforda. Głos wokalizy niesie mnie przez lasy dawnej Germanii. Przez Teutoburg i Hameln, przez lasy Wirtembergii, przez mocne pnie i zieleń, i liście piękne. Przechodzi przez kotary światła, przebija się przez korony drzew. Przez zapach poszycia. Przez bzyczenie owadów.

Przeze mnie.

Skrzypce, jej głos i fortepian. Piękne.

Siedzę.

Na krześle drewnianym, dawnym, twardym, prawdziwym. Realnym.

Suknia.

Moja ulubiona. Ukochana. Pomarańczowo-żółta. Moja suknia. Od niego, dawno temu. Odział mnie w tę suknię, oblekł w światło, w pomarańcz i żółć. W szczęście. W radość.

Wreszcie w ból.

Zdjęcia.

Moje, jego i naszej Maleńkiej.

Ja jestem młoda i piękna, obleczona w tę suknię i w to szczęście. On wyprostowany, na baczność. Obok mnie. Przy mnie. Przystojny. W mundurze – ciemnoniebieskim mundurze Marynarki. Mój kochany. Mój kochany.

Nasza Maleńka. Maleńka blondyneczka.

Blondyneczką jest po Nim. Jest cała jak On. Jego twarz odbija się w jej twarzy, cała jest z Niego. I tylko odrobinę ze mnie.

A więc jesteśmy My. Na zdjęciach. Kolorowych, czarno-białych i w sepii. Nad jeziorami. Na uliczkach Pragi.

W innych miejscach.

Zdjęcia z ceremonii. On też, znowu w mundurze galowym. Ja gdzieś niedaleko. Maleńkiej nie ma. Ceremonia, odbiór jakiegoś okrętu. Krążownika albo korwety. Wszyscy wyprostowani. Patrzą w bok, napięci, napięci jak struny, a tam coś, krążownik, korweta, za chwilę uniesie się i pomknie w czerń pomiędzy gwiazdami.

My. Razem. Tam.

Stół.

Też drewniany, z tego drewna, prawdziwego, dawnego jak te lasy Germanii, jak Teutoburg i Hameln. Prawdziwe jak ja i On.

Pudełko. Na stole.

Czarne ze złotymi zdobieniami, we wzory roślinne. I z tabliczką.

Na tabliczce Jego imię. I Jego stopień. I Jego zasługi. I moje życie.

Otwieram.

Pistolet. Luger. Pozłacany, pamiątkowy. Honorowy prezent. Dar. Obok w pudełku – magazynek.

Nigdy go nie używał. Nigdy.

Unoszę pistolet. Ma swoją wagę.

Wokół pokój. Nasz wspólny dom.

Biorę magazynek. Wsuwam delikatnie do rękojeści. Zaraz, za chwilę, rozlegnie się ciche „klik!”, kiedy cały znajdzie się w gnieździe.

Obracam naładowany w dłoni. Osiem naboi.

Trzymam w prawej ręce. Metal jest zimny, więc grzeję go palcami, dotykam tak, jak kiedyś dotykałam Jego.

Palec wskazujący i kciuk lewej dłoni ciągną zamek. Trzask! Pocisk w komorze.

Unoszę.

Siedzę.

Jestem.

Aria.

Stafford.

Wokaliza. Skrzypce. Fortepian. Zieleń, zieleń, te lasy piękne. Te kamienice. Te ceremonie. On i nasza Maleńka.

Przykładam lufę pod szczękę, celuję pionowo w górę.

Wylot lufy zimny, rozgrzewa się powoli ode mnie. Od mojego ciała. Od mojego podbródka.

Szelest liści. Zieleń. Zieleń. Kotary światła. Zapach, bzyczenie. Ciepło. Jest tak ciepło tutaj!

Strzelam.

* * *

„Mars to był wielki projekt.

Pierwsza załogowa wyprawa – cztery osoby. Wybrano akurat mężczyzn – tak wyszło z badań. Mężczyźni mieli najlepiej psychicznie znieść podróż na Czerwoną Planetę. Technologia, analizy, badania – to pochłonęło wielkie środki, ogromne. Rozumie pani – międzynarodowa kooperacja, kolosalne budżety. A więc pierwsza załogowa wyprawa – bardzo niebezpieczna. Podróż trwała cztery ziemskie lata, czyli bardzo długo. Za długo. Staraliśmy się, aby statek miał jak najlepsze warunki, ale proszę sobie wyobrazić – cztery lata w kapsule i sześć miesięcy na powierzchni planety. Potem powrót – już krótszy, ale jednak. Wysłaliśmy ich tam, przyznam, dość zadufani w sobie. Zadufani w naukę, w liczby, wiedzę. Technologię. Byłem wtedy dzieckiem, ale pamiętam tamte chwile. Moment startu, gdy ich żegnaliśmy. Gdy znikali na niebie. W niebie, tak powinienem to powiedzieć. W każdym razie – znikali. Mój tata był inżynierem, pracował przy części projektu silnika, to znaczy – on był akurat odpowiedzialny za zespół tworzący układ paliwowy, bo to było bardzo skomplikowane. Choć na pewno nie tak jak teraz, prawda? Ale i tak mocno, jak na tamte czasy. Bardzo, bardzo zaawansowana technologia.

Więc żyliśmy tym lotem, ja i moi rówieśnicy, inne dzieciaki. To był jakiś taki powrót, no nie wiem, pani jest młoda, ja nie wiem, czy wy się uczycie takiej historii. No, ale to był taki klimat jak w wieku dwudziestym. Jak wtedy, gdy zaczęły się loty na Księżyc. Ludzie siedzieli przed telewizorami i poprzez kotłujące się tam, za szklaną taflą, mrówki zakłóceń oglądali, jak człowiek, człowiek, proszę pani!, jak człowiek wychodzi na Księżyc. Jak stawia tam kroki, nie wiem, gra w golfa! Pierwsze kroki! Boże, co to było! No to było tak samo, gdy lecieliśmy na Marsa. Mówię – „my”, bo tak czuliśmy – wszyscy wtedy byliśmy z nimi w tej kabinie, w tym statku, w tej przestrzeni zimnej, ciemnej. Byliśmy z nimi. Ludzie się modlili, pamiętam, modlili się – często były takie przebitki z Watykanu albo z Mekki, jak muzułmanie też się modlili za tę wyprawę, coś niesamowitego. Nie wiem czemu, ale jakoś to pamiętam – transmisje telewizyjne i sieciowe, no i te modlitwy. Nie wiem, czemu aż tak utkwiło mi to w głowie, aż dziwne.

Ale pewnego dnia wrócił z pracy tata – jakiś zmęczony taki. Strasznie. Miał taką szarą, to głupie, wiem, ale miał taką szarą twarz. Powiedziałem mu coś tam o wyprawie, znowu, tak jakby on nie śledził tych informacji milion razy bardziej drobiazgowo ode mnie. Ale powiedziałem do niego coś tam, a on popatrzył na mnie i mi powiedział, że niech lecą. Ale nie wrócą. Nie wrócą stamtąd. Jeśli w ogóle dolecą, to po prostu tyle. Ale nie wrócą na Ziemię. Zostaną tam.

Wtedy tego nie zrozumiałem. Ale potem już tak. Potem już wiedziałem, o co tacie chodzi.

I wie pani co? (śmiech) Mylił się. Wrócili”.

prof. Herman Klosse

projektant silników skokowych,

twórca pierwszego projektu silnika skokowego trzeciej generacji,

laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki

* * *

„Gdy znaleźli się na powierzchni, to wszystko szło jak po maśle. Naprawdę, jak po maśle. Zrobili badania, rozbili obóz. Wcześniej, no to wiemy – roboty, sondy. Przez długi czas przecież ludzkość nie wiedziała tak naprawdę, jak Mars wygląda. Dawni uczeni mieli tylko zdjęcia, na których każdy wariat widział ufoludki. Ewentualnie krótkie filmy. Ale poza tym to nic nie wiedzieli. Umysł ludzki jest zwodniczy, zmysły też. Nie rozumie pani? No proszę pomyśleć tak: nasz aparat poznawczy jest warunkowany wychowaniem, doświadczeniem. No więc wiadomo, że gdy otrzymujemy zdjęcie, tak?, zdjęcie obcego świata, szczególnie mniej ostre, chociaż w kolorze nawet... No więc wiadomo, że jak patrzymy na to zdjęcie, to natychmiast nasz umysł podsuwa nam cały ciąg skojarzeń, wręcz kształtuje obraz! Sprawia, że widzimy to, co chcemy widzieć. Rzeczy znajome. Kojarzące się z czymś. Natychmiast widzimy, no wiadomo – jakieś tam piramidy, kształty znajome... marsjańskie twarze – tego typu rzeczy! Absurd!

Ta wyprawa zmieniła naszą percepcję. Czterech ludzi zobaczyło Marsa tym, czym on naprawdę był.

A był martwą pustynią. Czerwoną pustynią. Ziemią śmierci, proszę pani. Martwą.

To właśnie zobaczyli uczestnicy wyprawy.

Nie, nie było ufoludków.

Zebrali kilka kilo próbek do badań. Zostawili kilka ton złomu i wrócili po półrocznej obecności na planecie.

Kilka zmian wynikło. Przede wszystkim – doba im się wydłużyła. Byli w stanie szybko przestawić się ze sztucznie utrzymywanej na pokładzie okrętu doby ziemskiej, na dłuższą – marsjańską. Dokładnie dwadzieścia cztery godziny, trzydzieści dziewięć minut, trzydzieści pięć i dwieście czterdzieści cztery tysięczne sekundy. Czyli tak mniej więcej trzydzieści dziewięć minut dłuższa. Obawialiśmy się jakichś zmian psychicznych w wyniku tego przestawienia, ale nie – nic. Po prostu, z dnia na dzień, po lądowaniu sami zaczęli przestawiać zegarki (serdeczny śmiech), że tak powiem. Ten cykl dobowy został im do dziś. Nawet po powrocie na Ziemię, tak.

A więc Mars został zdobyty.

W dwa lata po ich wylocie jednak dawne silniki odeszły do lamusa. Na Ziemi udało nam się stworzyć pierwszy sprawnie działający silnik jonowy. To był kopernikański przewrót w nauce. W podróżach do gwiazd. Latalibyśmy szybciej, wygodniej. O dziwo – to nie wojsko go wynalazło, tylko pracujący niezależnie naukowcy. Profesor Benson, profesor Nowaczyk, profesor Hedsenn... Wybitni, naprawdę – wybitne umysły!

Dwa lata testów bezpieczeństwa.

Trzy lata procesu wdrażania.

Pięć lat prac adaptacyjnych. I byliśmy gotowi. Mogliśmy lecieć ponownie na Marsa. O wiele taniej i o wiele szybciej. Bezpieczniej. Był tylko jeden problem.

Nikogo nie było stać na produkcję, hmm – masową. Przemysłową. Proszę pamiętać. NASA padła ostatecznie po powrocie naszych astronautów z Czerwonej Planety. ONZ powołał agendę – Zarząd Orbitalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, w skrócie UNOD. No ale jak to bywa – niemrawe ciało, pełno administracji, przebiurokratyzowane, że tak powiem. Więc oenzetowcy nie byli w stanie dalszych wypraw finansować. Mogliśmy zbudować jeden (unosi głos), jeden duży okręt. I nic więcej.

Zaczęliśmy budowę, ale to wszystko się trzymało na ślinę. Poza tym, wie pani, sytuacja międzynarodowa była już wtedy bardzo napięta. Nie mogło być już więcej mowy o ponownej, połączonej, międzynarodowej wyprawie. Brak środków, brak wsparcia rządzących polityków. Nikt już nie był Marsem zainteresowany. Zanosiło się na powtórkę z dwudziestego wieku. Mars zdobyty i szlus, mamy inne kłopoty. Poza tym – istniała już wtedy od dawna baza na Księżycu, więc nawet w oczach opinii publicznej kolejna, stała baza na Marsie to była jakaś kosztowna fanaberia.

I wtedy nagle znaleźli się sponsorzy.

Wielkie firmy prywatne. Korporacje. Grube, naprawdę grube ryby. Z kasą, rozumie pani – z taką kasą, w tamtych latach i z tamtą światową gospodarką. Mogli ją inwestować wszędzie, gdziekolwiek, a chcieli akurat... na innej planecie! Prawdziwy chichot historii.

Ale oni byli naprawdę zdeterminowani. Przychodzili do UNOD z gotowymi planami, projektami – wszystkim! Mieli własnych świetnych naukowców, znów – międzynarodowy zespół. Najwyższej klasy, ze wszystkich dziedzin. Co mieliśmy zrobić? Chcieliśmy tego. My wszyscy, cała kadra odpowiedzialna za pierwszą wyprawę. Chcieliśmy móc wrócić na Marsa. Oni nam to oferowali. Należało się zgodzić. Ja wcale nie żałuję, że się zgodziłem. To mogło zmienić losy świata. Otworzyć ludziom oczy, poszerzyć nasze horyzonty o... o nieskończoność!

Tak, zgodziliśmy się, oczywiście! Zgadzaliśmy się, gdy przedstawiali swoje projekty okrętów, i zgadzaliśmy się, gdy wprowadzali swoich naukowców. I gdy przedstawili swój plan kolonizacji planety. Też się zgodziliśmy. Bo o to im od początku chodziło. Dlaczego mieliśmy się nie zgodzić, proszę mi powiedzieć? Dlaczego? Przecież to było nasze marzenie! Nasze wspólne marzenie!”

profesor Thomas Edwards,

były sekretarz generalny

Europejskiej Agencji Kosmicznej

* * *

„Dwa miliony. Tylebombek zrzuciliśmy na powierzchnię Marsa. Dwa miliony.

Bombki to taka nazwa porządkowa, żargon, jak pani może to określić. Ale po kolei.

Poleciało pięć okrętów. „Wolność”, „Santa Maria”, „Pu Yi”, „Rheinland” oraz „Victory”. Każdy oczywiście był odpowiedzialny za inną część misji. Ale załogi podróżowały tylko na dwóch z nich – „Wolności” oraz „Rheinlandzie”, a pozostałe leciały na automatach. Zakładaliśmy, iż mogą ulec zniszczeniu, celowemu – na przykład rozmontowaniu na części zamienne. A więc nie było sensu wysyłać załóg. Żaden z okrętów nie miał nigdy lądować, oczywiście ten plan uległ zmianie, ale pierwotnie żaden z nich nie miał przedwcześnie dotknąć powierzchni Marsa.

Zrzuciliśmy zatem te dwa miliony bombek. Oczywiście (śmiech) nie – nie bombardowaliśmy powierzchni planety! To znaczy tak... bombardowaliśmy, ale życiem, rozumie to pani. Bombka to był taki bardzo specjalistyczny pojemnik wielkości piłki koszykowej, no – do gry w koszykówkę. Statek rozstawiał wyrzutnie na orbicie wokół planety, w newralgicznych miejscach, i potem one, na rozkaz, były jednocześnie wystrzeliwane. Gdy rozbijały się o planetę, każdy pojemnik, może już nie bombka, ale zarodnik, posiadał inne przeznaczenie – jedne miały rozpocząć formowanie atmosfery, inne kształtować glebę. Woda, była potrzebna woda, żeby ludzie mogli tam przetrwać. A jeszcze inne, zrzucone całkiem gdzie indziej, miały po prostu zachować stan naturalny – żeby planeta nie doznała, hmm... szoku. To znaczy, że terraformowanie przebiegało w sposób niemal naturalny. Inaczej – po prostu przyspieszyliśmy ewolucję planety. To, co trwałoby miliony albo i miliardy lat, zrobiliśmy w dwadzieścia.

Były, oczywiście, teorie głoszące, że Mars kiedyś był wspaniałą, kwitnącą, zieloną planetą pełną życia i roślin. I w tej chwili wiemy, że to w dużej części prawda. Było życie na Marsie. Nie wiem (śmiech), czy byli sami Marsjanie, ale życie tak, było – wielokomórkowe, roślinne. To na pewno. Zakończył to wszystko straszliwy kataklizm. Planeta nosi ślad po nim w postaci wielkiego krateru. Tak wielkiego, że jego krawędzie to obecnie łańcuchy górskie, więc nie od razu zdaliśmy sobie sprawę, na co patrzymy. Ale tak – to jest potężny krater, ślad po kolizji, wybuchu – nie wiem. Ale to ogromna powierzchnia... dwukrotnie większa od Europy, wyobraża pani sobie? Straszne. Straszne.

Więc my nie tyle pozwoliliśmy planecie ewoluować, co – jak później stwierdziliśmy – podjęliśmy działania zmierzające do cofnięcia jej do stanu pierwotnego. Chcieliśmy, aby znów była piękna, wspaniała – zielona!

To się nie do końca udało.

Gdy wylądowały próbniki z turbinami filtrującymi, jeszcze wszystko było dobrze. Atmosfera zaczęła się zmieniać, świętowaliśmy sukces. Zmiana zajęła dziesięć lat. Atmosfera stała się tak gęsta jak na Ziemi. Kolejne pięć i mamy tlen. Tak, proszę pani, tlen! Tak jak na Ziemi. Sam, pamiętam, byłem gotowy wsiadać, nie wiem – na rower i tam jechać, skoro dało się na Marsie oddychać (śmiech). Ludzie mogli lądować. Mogli tam żyć. Teoretycznie.

A potem dalej. Kolejne dziesięć lat – z Ziemi dotarły do nas cysterny z lodem. Nie wiedzieliśmy, czy możemy korzystać z czap lodowych na powierzchni Marsa, więc ściągnęliśmy wodę z Ziemi. To było najbardziej rozsądne rozwiązanie.

Zaczęliśmy sztucznie tworzyć jeziora, małe, kontrolowalne. Potem, gdy czerwony pył zaczął oddawać miejsce zdrowej glebie, poszliśmy już dalej – w zamkniętych obszarach daliśmy naturze działać – wystarczył zastrzyk wody i jeziora zaczęły tworzyć się naturalnie. Mars był coraz bardziej błękitny. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Do czasu.

Implantacja roślin nie sprawiła problemu. Część obsialiśmy my, część zaczęła siać się naturalnie – od zarodników i nasion. Nie, ludzie wciąż nie przebywali na powierzchni, żaden człowiek nie lądował – cały personel czekał na orbicie. Tam na dole pracowały automaty, maszyny – roboty. Wszystko zautomatyzowane, ale kontrolowane z orbity i z Ziemi. One wykonywały za nas pracę. Początkowo baliśmy się po prostu tej planety. Potem zaczęliśmy ją kochać. No ale potem, niestety, znowu się baliśmy. Ale chwilę, jeszcze chwilę.

Wie pani, kiedy pierwszy raz zaobserwowaliśmy, że projekt zaczyna żyć, dosłownie żyć – własnym życiem?

Właśnie ja to zaobserwowałem. Ujrzałem to z Ziemi, uwierzy pani? Siedziałem w centrum obserwacji, miałem obraz na żywo, tylko z drobnym opóźnieniem. Oglądałem akurat nasze zielone gaje na Arabia Terra. Obraz był w kolorze, lubiłem obserwować, jak się zmienia zieleń, jak to wszystko wygląda – czy drzewa i rośliny są zdrowe, czy chorują, czy ewoluują naturalnie. Bo tak, na pewne mutacje byliśmy przygotowani. No ale nie na to, co zobaczyłem!

Kształty. Białe kształty. Podłużne. Poruszające się. Z poziomu planety by ich nie było widać – tworzyły kanaliki pośród traw, jak mrówki w mrowisku, albo inaczej – jak termity w drewnie. To były takie białe larwy. Dość duże! Były wielkości, a bo ja wiem, do czego to porównać? Hmm, były wielkości dorosłego kota. Tak, kota. Co jeszcze ciekawe – ich wymiary były identyczne. Gdy zaczęliśmy je mierzyć, okazało się, że wszystkie różnice są dosłownie milimetrowe. To był pierwszy problem. Tak – problem – bo nie zakładaliśmy ewolucji organizmów wielokomórkowych niebędących roślinami. Ale one, w wyniku naszej ingerencji w biosystem planety, po prostu się tam... wzięły.

Nie mogliśmy ich eksterminować. To byłaby zbrodnia, a nie po to lecieliśmy tak daleko, aby dokonywać nowych zbrodni na naturze. Ale to był tylko pierwszy problem.

Drugi okazał się gorszy. Terraformowanie, plan terraformowania planety, musiał się zmienić. To znaczy zaczął niezależnie od nas przebiegać nienaturalnie. Nie tak, jak planowaliśmy. Coś, nie wiem co – zaczęło z nami, z naszą działalnością walczyć. Wyjaśnię: były obszary już praktycznie kompletnie sterraformowane – zielone gaje, piękne puszcze, lasy, dżungle, jeziora, no i nasze robaczki (śmiech). Były obszary, w których ta ewolucja szła wolniej, ale szła. Były też oczywiście obszary pustynne, na których dokonaliśmy tylko zmian w atmosferze, a nie ingerowaliśmy dalej, żeby zachować równowagę ekosystemu – wszak na Ziemi też są naturalnie występujące obszary tropikalne i pustynne na tych samych kontynentach, prawda? A więc banał. Nie mieliśmy na Marsie oceanów, ale uznaliśmy, że ich powstanie to tylko kwestia czasu – woda pitna była już dostępna. Ale to nie przebiegało wszędzie tak, jak chcieliśmy. Były obszary przeznaczone na tereny... tak zwane zielone... No, ale one pozostały pustynne, rozumie pani? Granica jak nożem uciął – z jednej strony zieleń i brąz kory drzewnej, z drugiej pustynia. Martwa, czerwona pustynia. Nic nie chciało się tam utrzymać, dosłownie nic. Rośliny umierały albo nie rosły, zwierzęta, przenoszone – konały. Ale były też sytuacje odwrotne, to znaczy obszar pustynny zamieniał się w raj zieleni bez naszej ingerencji, po prostu zieleniał z roku na rok. Dziwne. Badaliśmy to, byliśmy zaniepokojeni. Nie mamy pojęcia, z czego to wynikało i wciąż wynika. Planeta jakby w pewnych obszarach odrzucała nas i sama dyktowała warunki.

Pojawiały się nowe zwierzęta. Też dziwne. Ewoluowały i przypominały niektóre zwierzęta ziemskie. Skiantyda – zwierzę przypominające ziemskiego skorpiona, ale pozbawione trującego ogona, żyjące na obszarach pustynnych. Ciekawostka – na jednych pustyniach żyły, na innych – identycznych, ale położonych na tych „odrzucających” naszą ingerencję obszarach – ginęły. A przecież warunki dla nich są tam takie same jak, nie wiem – dziesięć, dwadzieścia kilometrów dalej? Po prostu umierały! Przenosiliśmy je, a one, cały transport, po dwóch, trzech dniach były martwe.

Te larwy nazwaliśmy lakunami. Lakuny nie ewoluowały w nic dalej – są niegroźne i jadalne, ale nie mają w sobie niemal żadnych składników odżywczych. Można zjeść tysiąc i umrzeć z głodu – to chyba taki mechanizm obronny przed drapieżnikami. Pojawiło się też wiele innych zwierząt, jak koyony, rodzaj dzikich psów żyjących na granicach obszarów pustynnych. Albo mamuki zasiedlające czapy lodowe, potężne, pokryte białą sierścią stworzenia, dwukrotnie większe niż słoń! Mój synek je odkrył – zaobserwował kiedyś na zdjęciu walającym się w domu. Całe stado białych kształtów, które ja ze zmęczenia przeoczyłem. Nazwał je mamukami. Mamuki – władcy biegunów.

A więc tak – Mars był już inną planetą. Innym światem.

Był naszym światem. Światem człowieka. Oczywiście, stale informowaliśmy naszych mocodawców i patronów z korporacji o postępach, od tego zależały pieniądze. Im dalej postępowało terraformowanie, tym więcej dokładnych poleceń nam przesyłali, a my musieliśmy je bezwzględnie wykonywać. Od tego zależały fundusze, backup i dostawy technologii. Po prostu pracowaliśmy dla nich i to był dobry układ. Sadziliśmy często wskazane przez nich nasiona. Kształtowaliśmy obszary wedle zaleceń. A potem – dostarczaliśmy żywe okazy zwierząt na Ziemię do badań. To było trudne, ale nie niemożliwe. Mieliśmy pieniądze, mieliśmy wsparcie, mieliśmy technologię. Było wspaniale. To wszystko... po prostu, hmm...

To po prostu trzeba było robić. Zrobiliśmy tam dobrą robotę, tak – dobrą robotę”.

profesor Nikus der Roche,

specjalista terraformacji,

laureat Nagrody Nobla

w dziedzinie terraformacji

* * *

„Król sprawuje rządy.

A potem umiera. To nieuniknione.

To Mars dał nam silnik skokowy. Mars dał nam lekarstwo na raka, na AIDS, na czarną ospę. To Mars ocalił naszą planetę przed przeludnieniem. Mars dał nam wszystko.

Kiedy mój ojciec decydował się na wsparcie projektu kolonizacji, wielu moich współpracowników nie było jeszcze na świecie. Rodzili się już w nowej rzeczywistości. W świecie nowych wartości, nowego spojrzenia na wszechświat. Gdy ja dorastałam, na Czerwonej Planecie przebywali już pierwsi koloniści, a sam glob był zieleniącą się krainą. Dosłownie Nową Ziemią. Ale na szczęście nigdy go tak nie nazwaliśmy, mimo charakterystycznej dla ludzi pychy. Mars był naszym największym dobroczyńcą.

Na Ziemię przybywały statki z jego dobrami, jego darami, a my w zamian oddawaliśmy mu samych siebie. To było piękne, tak naprawdę, bo przecież życie to nasz najcenniejszy dar. Możemy dać życie dziecku. Możemy dać życie planecie. To piękne, gdy o tym myślę. Ale myślę też, że wszystko musi mieć cel. Czas oduczyć się chciwości. Mars nas jej oduczył. Już na zawsze. Wszechświat jest duży, ale my skrobiemy tylko po jego powierzchni. W końcu udamy się dalej. Mars nas odmienił i wciąż odmienia.

Jestem dumna, że tego dokonaliśmy. Wreszcie, po wielu wiekach, możemy i musimy być dumni z ludzkości. I musimy wciąż tę dumę w sobie rozbudzać. Naszym działaniem, naszym oddaniem, naszym poświęceniem. A jesteśmy coraz dalej. Najpierw był Mars, ale kroczymy wciąż naprzód – Wenus, księżyce Jowisza, kolejne wyprawy – na pierścienie Saturna. I jeszcze dalej.

A teraz, gdy sama stoję na czele wspaniałej firmy mojego ojca, który dzięki własnym umiejętnościom oraz odrobinie szczęścia odbił się od dna, wyszedł z ciemnych slumsów na jasne słońce i zainwestował zdobyty majątek w rozwój technologii kosmicznych, na Marsie dorasta pierwsze pokolenie urodzone i wychowane na tej planecie. Oni nie znają Ziemi, nie wiedzą, czym jest. To Mars jest ich domem, ich matką i ojcem. Na stacjach orbitalnych i w koloniach dorastają i żyją nowe pokolenia, całe rodziny, nowe rodziny. Daliśmy zimnemu wszechświatu dar życia. Życia.

To nasze dzieło. Nasze najpiękniejsze dzieło”.

Gloria van Graff,

przewodnicząca Rady Nadzorczej

korporacji Van Graff

* * *

„Wszyscy są tam, gdzie są, z jakiejś przyczyny. Wszystko ma swoją cenę.

Kłamcy. Żyjemy w epoce kłamców. Jesteśmy rasą oszustów. Kochamy się okłamywać. Kochamy zmyślenie, baśń, nieprawdę. Historię piszą zwycięzcy. Historię piszą kłamcy.

Opowieść o Czerwonej Planecie jest największym kłamstwem ludzkości.

Broń. Myślę, że pierwotnie to był ich cel. To przecież lata wojen, lata konfliktów doprowadziły do ich wzrostu, siły, bogactwa. Czy ktokolwiek, ktokolwiek z was prześledził, kim byli ludzie, którzy to finansowali? Kim byli kiedyś? Proszę bardzo, korporacja Shogo, z Japonii – lata temu zajmowali się produkcją ubranek dla dzieci – w tej chwili przymierzają się do terraformowania księżyców Jowisza! A inni? Wszyscy, wszyscy! Wszystkich korzenie wyrastają z gówna.

(westchnienie)

Pierwotnie chodziło im chyba o broń. Silnik jonowy – sprawnie działający silnik jonowy – to był szczęśliwy traf akurat. Kończyła się pierwsza wyprawa na Marsa, wszyscy byli rozentuzjazmowani tym sukcesem, tak – to było piękne! Ale potem, sami wiecie – sytuacja międzynarodowa, jedna wojenka, druga. Jedni upadali, inni się wznosili – normalne w dziejach.

Potem plany kolejnych wypraw. Fiaska, brak pieniędzy, brak zapału, brak poparcia społeczeństw. Nic by z tego nie wyszło. Ale jednak – zjawili się oni.

Plan był taki – terraformacja Marsa i kolonizacja. Przecież oni wiedzieli, że przy połączeniu naszej roślinności z marsjańskim ekosystemem wytworzą się zupełnie nowe związki chemiczne, nowe odczynniki – tablica Mendelejewa rozrośnie się podwójnie. Oni już wiedzieli, jakie to związki chemiczne będą, mieli już nawet wszystko wyliczone! Wszystko! Wiedzieli, co powstanie, co się wytworzy, a potem jak sprowadzić to na Ziemię, wiedzieli, co będzie mogło z tego powstać! Rządy słabły z każdym groszem zainwestowanym na Marsie. Władza państw zanikała coraz bardziej. Słabła, powtarzam, marniała w oczach! A oni mieli już wszystko rozrysowane – co powstanie i kiedy, w jakim przedziale czasowym i jak to wykorzystać. Nowa broń, nowe technologie, nowe wojny. Tak, tak było na pewno!

Silnik skokowy? No proszę was! Przecież ta technologia powstała w pięć lat. Pięć lat po tym, jak przesłano z Marsa konkretne odczynniki tam powstałe – dziwnym trafem akurat te, które są niezbędne do zainicjowania reakcji fizycznej skoku i dostarczenia paliwa do silników skokowych. Naprawdę nie widzicie tego? Przecież silnik jonowy był opracowywany przez dwadzieścia lat! Dwadzieścia! A odszedł do lamusa w kilka miesięcy po pierwszych udanych skokach w nowej technologii. A te leki? Te epidemie rzekomo wyleczone? To też od nich! To tak, jakby mieli już gotowy plan konstrukcji, a z Marsa przyleciały im tylko części.

Widzicie!? Widzicie, co oni nam zrobili? Oni nami rządzą!

(ciszej)

Ale powiem wam jeszcze coś. Ilu jest najemników, ile broni na Marsie? No? O tym się nie mówi. Dlaczego o tym się nie mówi? Że są koloniści, osiedlają się tam – tak. Że żyją – owszem... Ale są tam też żołnierze, najemnicy, broń, mnóstwo broni! Nie rozumiecie? Nie rozumiecie? Naprawdę nie widzicie, co tam oni chcą zrobić?

Dlaczego na orbicie Marsa są krążowniki z bateriami dział? Do czego to służy? Mówi się, że do obrony kolonistów, no ale przed czym? Kosmosem? Śmieciem kosmicznym? Przed czym?

Zobaczycie sami. Nie wierzycie mi, ale zobaczycie sami. Jak to wszystko się skończy. I zobaczycie, jak to wszystko się skończy. Jak to wszystko źle się skończy.

Mars skrywa wiele tajemnic”.

Rupert Browns,

były główny księgowy korporacji Van Graff,

obecnie odsiaduje wyrok dziesięciu lat pozbawienia wolności za zniesławienie i działalność na szkodę spółki

„Wiking”

Wyraźnie czuła wszystkie przeciążenia.

Transportowiec odbił od atmosfery, leciał pionowo w górę, dalej – odłączając się od Ziemi. Glob w tym miejscu i o tej porze świecił akurat oślepiającym, białym blaskiem, gdy Słońce wychodziło zza mocno wygiętego na tej wysokości horyzontu. Wyglądało to przepięknie – jakby starożytni bogowie napinali na krawędzi Ziemi kolosalny łuk światłości. Kera nie mogła tego teraz zobaczyć – pelikan nie był transportowcem pasażerskim, takim z oknami albo holograficznymi wizualizacjami przestrzeni, umilającymi podróż pasażerom. Widok bezpośredni mieli jedynie piloci w kokpicie, ale i oni teraz korzystali tylko z nawigacji na holograficznym, trójwymiarowym wyświetlaczu. Światło Słońca o tej porze wypalało gałki oczne, toteż kokpit zasłonięty został pancerną pokrywą, tak jakby pelikan miał zaraz robić zrzut na obszarze objętym ciężkimi walkami.

Siedziała w ładowni, przypięta uprzężą do bocznej ściany. Miała nadzieję się zdrzemnąć, nawet zamknęła oczy, jednak cały jej organizm reagował na zmiany ciśnienia i przeciążenia, redukcje i wzrosty ciągu, gdy maszyna zmieniała kierunek. Czuła, że teraz zaczynają lecieć po łuku – pelikan równał lot, mknęli więc równolegle do atmosfery. Zwolnił trochę. Wyrwanie się z pola grawitacyjnego globu w przypadku takich jednostek zawsze wymagało ogromnego zużycia paliwa, toteż dalszą, zasadniczą część podróży mieli odbywać na minimalnej pracy silników – transportowiec gnał naprzód samą siłą pierwszego uderzenia turbin.

Hałas w ładowni był straszny, jak to w bojowym transportowcu. Nikt nie przejmował się redukcją dźwięku z pracy turbin, podzespołów i silników. Zresztą chyba każdy okręt bojowy, od myśliwca aerobitalnego aż po potężne krążowniki, miał tak zwany dźwięk tła – głośniejszy lub cichszy, ale jednak idący po kadłubie dźwięk pracy maszyn. Piloci już go nie zauważali, ale dla żołnierza wojsk lądowych nawet najdrobniejszy szmer był słyszalny.

„Statki więzienne” – pomyślała. „Tylko statki więzienne mknęły jakoś tak cicho, w milczeniu”.

To dziwne.

Szarpnęło, zatrzęsło.

„Nie pośpię, szlag by to...”

Piętnaście minut do doku. Czyli się zbliżali.

Pelikan zmniejszył ciąg. Wyczuła to momentalnie, jakby wyrzuciła ciężką grudę z płuc. Oddychała teraz swobodniej – zbliżali się do celu.

Potężne cielsko krążownika wyróżniało się na tle gwiazd.

„Wiking” – gigantyczny okręt wojenny. Starej klasy. Pelikan przeleciał nad wielkim dziobem, wyglądającym jak łeb rekina młota. Transportowiec był maleńką jednostką na tle masy krążownika, jego ruch śledziły baterie działek – niewielkie, dwulufowe automaty. Oprogramowanie swój – obcy błyskawicznie rozpoznawało pochodzenie okrętu i działka otwierały ogień w wypadku zbyt bliskiego podejścia podejrzanej lub jawnie nieprzyjacielskiej jednostki. Pociski dwadzieścia milimetrów, wystrzeliwane z baterii, pomimo że technologia nie należała do najnowszych, były w stanie rozerwać i dziurawić kokpity nawet dużych jednostek. Burty pelikana tym bardziej nie stanowiłyby dla nich przeszkody.

Doki znajdowały się dalej, na „płetwach” krążownika – wysuniętych na boki skrzydłach jednostki, połączonych z dziobem grubą częścią głównego pokładu. To tam umiejscowione zostały koszary dla żołnierzy i pokłady mieszkalne dla oficerów oraz obsługi statku.

Transportowiec Kery mijał w tej chwili właśnie tę część jednostki – technologia ulegała ciągłym modyfikacjom, ale zasadnicze założenia konstrukcji pozostawały niezmienne, tak samo jak dawniej w przypadku jednostek morskich – żagiel i opływowa konstrukcja dziób – pokład – rufa stanowiły standard przez setki i tysiące lat. Podobnie było z krążownikami. Jak na razie – największymi jednostkami, jakie był w stanie zbudować człowiek.

„Wiking” był pierwotnie budowany dla Amerykanów, jednak jankesów z czasem, mniej więcej w połowie prac nad konstrukcją, przestało być stać na odbiór potężnej jednostki. Tak więc odkupiła ją od nich korporacja Van Graff. „Wiking” służył dla niej od dwudziestu lat i mimo iż miał niedługo odejść ze służby, wciąż pozostawał jednym z najlepszych okrętów swojej klasy.

Transportowiec podchodził coraz bliżej doków, zwolnił, leciał teraz w żółwim wręcz tempie. Piloci wyłączyli pokrywę kokpitu – metalowa konstrukcja zsunęła się jak kotara, jej płyty zwinęły się jedna pod drugą. Dojrzeli czarnogranatowy odcień poszycia krążownika oraz inicjał korporacji Van Graff – VG – wymalowany bielą na jego burtach.

– Kontrola doków, tutaj pelikan trzy-trzy-cztery-jeden – Kera usłyszała głos jednego z pilotów na nasłuchu w ładowni. – Jest z nami sierżant Puławska, prosimy o pozwolenie na lądowanie, odbiór?

– Tutaj kontrola doków. Macie pozwolenie – odparł przez zakłócenia głos z krążownika. – Dok dwadzieścia jeden, podejście na manualnym, odbiór.

Chwila ciszy – Kera była pewna, że obaj piloci właśnie popatrzyli na siebie.

– „Wiking” – czy dobrze słyszeliśmy? Wejście na manualnym, odbiór?

– Tak jest, dok dwadzieścia jeden, wejście na manualnym. Bez odbioru.

Pelikan zwolnił, zminimalizował ciąg. Dryfował przez chwilę nad lewą „płetwą” okrętu, po czym wykonał zwrot, zanurkował w dół, do wysokości doku dwadzieścia jeden, i znów dał więcej mocy na turbiny, które teraz popychały go do otwartego włazu. Żadnego namierzania, żadnej nawigacji, żadnych tuneli wprowadzenia – tak jak im kazali – manewrowali na manualnym.

Wejście na ręcznym. Kera uśmiechnęła się do siebie, pokręciła głową. Och – tatuś.

* * *

Gdy transportowiec wylądował i gdy opadł właz do ładowni, uszy Kery zaatakował nowy hałas – tym razem hałas pokładu hangarowego.

Doki zawsze działały jak wielka fabryka. Odgłosy przenoszonej stali, okrzyki, rozkazy oficerów i klątwy mechaników. Kera zwolniła zatrzaski pasów, zanim jeszcze pelikan znieruchomiał na swoim miejscu. Odpięła też torbę z siedzenia obok, podeszła do ściany bocznej ładowni i otworzyła pancerną szafę. Stal zgrzytnęła, w kierunku Kery wysunęły się uchwyty z karabinami. Wzięła swojego metalicznie szarego ACR. Broń była rozładowana i zabezpieczona, więc wpakowała ją całkiem nieprzepisowo do podłużnej torby i czym prędzej zapięła zamek błyskawiczny. Gdy wstała, pomacała udo – pistolet spoczywał pewnie, bezpiecznie zapięty w kaburze. Przewiesiła torbę przez ramię i wyszła po trapie na zewnątrz.

Pokład hangarowy „Wikinga” był ogromny. Niedawno zresztą został dodatkowo rozbudowany, gdy ogłoszono, że krążownik stanie się okrętem muzeum, wiszącym na orbicie okołoziemskiej i przyjmującym tysiące turystów rocznie. Z tego też powodu znacząco powiększono dok – teraz był przystosowany do przyjmowania dużych okrętów pasażerskich i transporterów cywilnych.