Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroniki Archeo. Skarb Atlantów - Agnieszka Stelmaszyk

Tajemnica! Antyczne skarby! Sensacja! Słońce, złoty piasek i szmaragdowe morze… Ach! Wakacje w Grecji są cudowne! Zaraz, zaraz, a skąd wzięła się tutaj starożytna gemma? Kim jest profesor Flemming? I dlaczego Mojra Roditi depcze bohaterom po piętach? Rodzeństwo Ostrowskich po raz kolejny wyrusza na poszukiwania skarbów. Nie zabraknie oczywiście Gardnerów i panny Ofelii. Pojawi się też ktoś niespodziewany, ktoś, kto potrafi przetłumaczyć słowa Spyrosa Dimitriosa, i tym samym porusza lawinę zdarzeń: […] pamięta starą opowieść przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Mówi, że przed tysiącami lat mieszkańcy Santorini ukryli na Krecie pewien skarb. Podobno był to […] posąg Posejdona ze świątyni na Atlantydzie… Skarb Atlantów to kolejny tom przygodowej serii Kroniki Archeo. Wartka akcja, legendy, które okazują się prawdą, przyjaciele, na których zawsze można liczyć i mnóstwo humoru – oto książka, na którą czekaliście! Super seria dla dzieci! Książki, które czyta się jednym tchem!"

Opinie o ebooku Kroniki Archeo. Skarb Atlantów - Agnieszka Stelmaszyk

Fragment ebooka Kroniki Archeo. Skarb Atlantów - Agnieszka Stelmaszyk

Po­mysł se­rii: Agniesz­ka So­bich i Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Tekst: Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Ilu­stra­cje: Ja­cek Pa­ster­nak

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka So­bich

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Skó­rzew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny i DTP: Ber­nard Pta­szyń­ski

© Co­py­ri­ght for text by Agniesz­ka Stel­ma­szyk

© Co­py­ri­ght for il­lu­stra­tions by Ja­cek Pa­ster­nak

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o., Kra­ków 2011

All ri­ghts re­se­rved

ISBN 978-83-7623-895-1

Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kra­ków, ul. Ce­giel­nia­na 4a

Tel./fax 12 266 62 94, tel. 12 266 62 92

www.zie­lo­na­so­wa.pl

wy­daw­nic­two@zie­lo­na­so­wa.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

– Jim, po­suń się! – szep­nął Mar­tin zdu­szo­nym gło­sem.

– Nie mam już gdzie! – od­parł brat.

– Nie może nas zo­ba­czyć!

– Ałć! Uwa­żaj, wbi­jasz mi flo­ret w sto­pę! – syk­nął Jim.

– To się po­suń! Za­raz tu wej­dzie i nas znaj­dzie!

Jim pod­kur­czył nogi.

– Ale tu jest ciem­no! I dusz­no! – wes­tchnął.

– Jak byś rano zmie­nił skar­pet­ki, to by cho­ciaż tak nie cuch­nę­ło! – Mar­tin za­tkał so­bie nos.

– Ojej, były jesz­cze czy­ste – bro­nił się Jim.

– Ci­cho bądź, bo sły­szę kro­ki – Mar­tin uciął sprzecz­kę.

W tej sa­mej chwi­li zło­wiesz­czo za­trzesz­cza­ły drew­nia­ne scho­dy…

– Za­plą­ta­łem się w coś – jęk­nął Jim. Przez mo­ment sza­mo­tał się z płach­tą ma­te­ria­łu. – Nie mo­głeś zna­leźć lep­szej kry­jów­ki? – zwró­cił się z wy­rzu­tem do bra­ta.

– To jest naj­lep­sza kry­jów­ka! Tu nas nie znaj­dzie! – szep­nął z prze­chwał­ką Mar­tin.

Rze­czy­wi­ście, w tych iście egip­skich ciem­no­ściach wi­dać było je­dy­nie biał­ka oczu bliź­nia­ków.

– Gdzie je­ste­ście? – w bli­skiej od­le­gło­ści roz­legł się ostry, nie­przy­jem­ny głos.

Jim i Mar­tin nie­mal prze­sta­li od­dy­chać.

Usły­sze­li zbli­ża­ją­ce się kro­ki…

Mar­tin ści­snął spo­co­ną dło­nią uchwyt flo­re­tu.

– Prę­dzej czy póź­niej was od­naj­dę. Więc le­piej sami wyjdź­cie! – przy­wo­ły­wał ich ten sam groź­nie brzmią­cy głos.

Chłop­cy wie­dzie­li, że tym ra­zem to już nie prze­lew­ki.

Ji­mo­wi ze stra­chu za­schło w gar­dle. Na do­kład­kę ja­kiś py­łek ku­rzu za­czął okrop­nie ła­sko­tać go w no­sie… Pró­bo­wał po­wstrzy­mać kich­nię­cie, ale od­ruch był sil­niej­szy od nie­go i roz­le­gło się po­tęż­ne….

– A-psik! A-psik!

Mar­tin zbladł.

Ich do­sko­na­ła kry­jów­ka prze­sta­ła być kry­jów­ką…

Drzwi od sta­rej, ob­szer­nej sza­fy otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie i uj­rze­li nad sobą wście­kłą twarz po­two­ra po­kry­te­go glu­to­wa­tym ślu­zem…

– Aaaaaaa – bliź­nia­cy wrza­snę­li prze­raź­li­wie.

– Tu was mam! – stwór na­tarł z siłą hu­ra­ga­nu.

Obrzy­dli­wy glut ściekł z jego twa­rzy na wrzesz­czą­ce­go Mar­ti­na.

– To mia­ły być moje naj­szczę­śliw­sze wa­ka­cje! – wy­dzie­ra­ło się stra­szy­dło, po­trzą­sa­jąc ja­sny­mi lo­ka­mi. – Jak ja przez was wy­glą­dam?!

– Cał­kiem ła-ła-ład­nie – wy­ją­kał z nie­szcze­rym uśmie­chem Mar­tin.

– ŁAD­NIE?! – strasz­ne in­dy­wi­du­um za­ki­pia­ło z gnie­wu.

– Ma pani eks­tra­su­kien­kę – Jim pró­bo­wał ra­to­wać sy­tu­ację, choć tak na­praw­dę zwiew­na bia­ła su­kien­ka rów­nież była ubru­dzo­na zie­lo­ną sub­stan­cją.

Pan­na Ofe­lia, cho­ciaż nie była praw­dzi­wym po­two­rem, w tej chwi­li była jed­nak po­twor­nie zła.

– Któ­ry z was to zro­bił? – po­ka­za­ła nie­bie­ską, pla­sti­ko­wą bu­te­lecz­kę. – Kto wlał do mo­je­go kre­mu do opa­la­nia zie­lo­ną ciecz? Co to w ogó­le u li­cha jest?

– To tyl­ko farb­ka, szyb­ko zej­dzie! – za­pew­nił Jim. – Ale to nie my zro­bi­li­śmy – do­dał za­raz, jak to miał w zwy­cza­ju, gdy coś ra­zem z bra­tem prze­skro­ba­li.

– A kto inny wpadł­by na tak głu­pi po­mysł?! – pan­na Ofe­lia nie mia­ła jed­nak naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że ma przed sobą wła­ści­wych wi­no­waj­ców.

– Eee… – ją­kał się Mar­tin – tyl­ko Ania ma tu­taj far­by… – rzu­cił pan­nie Łycz­ko wy­mow­ne spoj­rze­nie.

– Już ja wiem, kogo po­win­nam uka­rać. Jaz­da do kuch­ni! – pan­na Ofe­lia roz­ka­zu­ją­cym ge­stem wska­za­ła kie­ru­nek. – Za karę wy­szo­ru­je­cie pod­ło­gę! Ja w tym cza­sie we­zmę prysz­nic. A gdy wró­cę, pod­ło­ga ma lśnić! – przy­ka­za­ła.

Jim z Mar­ti­nem wes­tchnę­li głę­bo­ko. Wie­dzie­li, że tę wie­ko­wą, te­ra­ko­to­wą pod­ło­gę w kuch­ni trze­ba szo­ro­wać wiel­ką, ohyd­ną szczot­ką ry­żo­wą.

– Może Alk­me­na za nas ją od­pi­cu­je – mruk­nął z na­dzie­ją Jim, ma­jąc na my­śli sym­pa­tycz­ną go­spo­dy­nię, pa­nią Za­rka­da­kis, wła­ści­ciel­kę domu, w któ­rym miesz­ka­li Ostrow­scy i Gard­ne­ro­wie.

– Alk­me­na na pew­no wam nie po­mo­że! Uprze­dzi­łam ją! – od­po­wie­dzia­ła Ofe­lia, któ­ra wła­śnie zni­ka­ła w ła­zien­ce. Mu­sia­ła mieć chy­ba ja­kiś szó­sty zmysł, bo za­wsze wszyst­ko sły­sza­ła i do­sko­na­le prze­wi­dy­wa­ła.

Nie­ste­ty, nie prze­wi­dzia­ła tyl­ko jed­ne­go, że zie­lo­ną far­bę tak trud­no bę­dzie zmyć ze skó­ry. Z dru­giej stro­ny, bliź­nia­cy mie­li dzię­ki temu wię­cej cza­su na pu­co­wa­nie pod­ło­gi. Za­zdro­ści­li je­dy­nie Mary Jane, Ani i Bart­ko­wi, któ­rzy sie­dzie­li na pla­ży nad sza­fi­ro­wym mo­rzem i za­pew­ne do­brze się ba­wi­li, bo prze­cież wła­śnie po to przy­je­cha­li tego lata na Kre­tę…

Na po­kła­dzie jach­tu wpły­wa­ją­ce­go do por­tu w grec­kim Pi­reu­sie za­dzwo­nił te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Smu­kły, ele­ganc­ki męż­czy­zna od razu roz­po­znał nu­mer, któ­ry uka­zał się na wy­świe­tla­czu.

– Zna­leź­li­ście? – za­py­tał bez zbęd­nych wstę­pów i grzecz­no­ści.

– Pa­nie pro­fe­so­rze – od­po­wie­dział mu pod­eks­cy­to­wa­ny głos w słu­chaw­ce – chy­ba na coś tra­fi­li­śmy. Wy­glą­da jak okręt han­dlo­wy, ale za­cho­wał się tyl­ko ła­du­nek, drew­no cał­kiem już zbu­twia­ło i…

– Jaki ła­du­nek? – pro­fe­sor prze­rwał nie­cier­pli­wie.

– Tego do­kład­nie nie wie­my. Wi­dać dzie­siąt­ki am­for, ale żad­nej jesz­cze nie wy­do­by­li­śmy. Na ra­zie ba­da­my wszyst­ko z wnę­trza Se­le­ne. Nur­ko­wie zej­dą póź­niej, gdy stwier­dzi­my, że jest bez­piecz­nie.

– Do­brze – zgo­dził się pro­fe­sor. – So­nar wy­ka­zał ja­kieś ano­ma­lie? – spy­tał szyb­ko. – To, cze­go szu­ka­my, może być za­grze­ba­ne głę­bo­ko w mule – przy­po­mniał.

– Mie­li­śmy małą awa­rię so­na­ru, ale już wszyst­ko jest w po­rząd­ku – re­la­cjo­no­wał głos w słu­chaw­ce. – Na ra­zie nie wy­ka­zał ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go.

– Może na­le­ży po­sze­rzyć ob­szar po­szu­ki­wań – za­su­ge­ro­wał pro­fe­sor.

– To zwięk­szy kosz­ty – od­po­wie­dział mu roz­mów­ca.

– O fi­nan­se niech cię gło­wa nie boli, tym ja się zaj­mę – pro­fe­sor rzekł z na­ci­skiem. – Nasz spon­sor jest bar­dzo bo­ga­ty i hoj­ny Za­in­we­stu­je każ­dą kwo­tę, ale pod wa­run­kiem, że ten po­sąg się znaj­dzie!

– Po­sta­ra­my się zro­bić wszyst­ko, co w na­szej mocy.

– Będę u was za kil­ka dni – za­wia­do­mił pro­fe­sor. – Oso­bi­ście za­po­znam się z po­stę­pem prac i obej­rzę od­kry­ty wrak. Przy­wio­zę tak­że naj­no­wo­cze­śniej­szy ska­ner aku­stycz­ny Po­mo­że wam stwo­rzyć trój­wy­mia­ro­wy ob­raz dna mor­skie­go i uła­twi po­szu­ki­wa­nia.

– O, wszy­scy się ucie­szą – ro­ze­śmiał się głos w słu­chaw­ce, choć jego ra­dość wzbu­dzi­ła ra­czej wia­do­mość o ska­ne­rze, niż za­po­wie­dzia­na wi­zy­ta do­syć su­ro­we­go pro­fe­so­ra.

– I pa­mię­taj – pod­kre­ślił na­uko­wiec – pro­wa­dzi­my ba­da­nia w ta­jem­ni­cy Nie chcę tam żad­nych nie­po­żą­da­nych świad­ków ani ga­piów! – rzu­cił twar­do do słu­chaw­ki i roz­łą­czył się.

Ate­na Pa­pa­do­pu­lis sta­ła na szczy­cie Akro­po­lu u wej­ścia do kom­plek­su słyn­nych świą­tyń. Po jej le­wej stro­nie znaj­do­wa­ła się Pi­na­ko­te­ka, a po pra­wej mała świą­ty­nia Nike upa­mięt­nia­ją­ca zwy­cię­stwo nad Per­sa­mi.

Tego dnia nie­bo było bez­chmur­ne, a po­wie­trze wy­jąt­ko­wo czy­ste i przej­rzy­ste. Ate­na osło­ni­ła dło­nią oczy i spoj­rza­ła na wi­docz­ny stąd port w Pi­reu­sie. Pro­fe­sor Flem­ming po­wi­nien już być na miej­scu. Przy­pły­nął do Gre­cji po­przed­nie­go dnia i był umó­wio­ny z Ate­ną wła­śnie na Akro­po­lu, w po­bli­żu słyn­ne­go Par­te­no­nu. Ate­na nie mia­ła po­ję­cia, cze­mu pro­fe­sor nie chciał się spo­tkać w ja­kiejś przy­tul­nej re­stau­ra­cji, gdzie po­da­ją chłod­ne na­po­je, tyl­ko aku­rat na szczy­cie tego wzgó­rza, gdzie ro­iło się od tu­ry­stów, a tem­pe­ra­tu­ra się­ga­ła trzy­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza. Ale z tego co sły­sza­ła, pro­fe­sor był wiel­kim ory­gi­na­łem i mi­ło­śni­kiem sta­ro­żyt­no­ści. Tłu­ma­czy­ło­by to, dla­cze­go chciał z nią roz­ma­wiać aku­rat w tym miej­scu.

– Może już na mnie cze­ka – po­my­śla­ła i wol­no ru­szy­ła w stro­nę Par­te­no­nu. Szcze­rze mó­wiąc, nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła pro­fe­so­ra i nie mia­ła po­ję­cia, jak go roz­po­zna.

Akro­pol

Wa­pien­ne wzgó­rze wzno­szą­ce się nad ateń­ską po­lis. Pier­wot­nie sta­no­wi­ło na­tu­ral­ną for­te­cę obron­ną, a w póź­niej­szych wie­kach sta­ło się tak­że miej­scem kul­tu. Wy­bu­do­wa­no na nim wie­le bu­dow­li o cha­rak­te­rze sa­kral­nym. Na Akro­po­lu mie­ścił się tak­że skar­biec.

Pro­py­le­je – mo­nu­men­tal­na bra­ma, wej­ście na Akro­pol.

Par­te­non – świą­ty­nia wznie­sio­na ku czci Ate­ny Par­te­nos w la­tach 447-432 p.n.e. We wschod­niej czę­ści sank­tu­arium znaj­do­wał się mie­rzą­cy oko­ło 12 me­trów po­sąg Ate­ny dłu­ta Fi­dia­sza. Na jego wy­ko­na­nie zu­ży­to prze­szło tonę zło­te­go krusz­cu i nie mniej ko­ści sło­nio­wej. Gór­ną część ścian Par­te­no­nu zdo­bi­ły wspa­nia­łe rzeź­bio­ne fry­zy.

Pi­na­ko­te­ka – ga­le­ria ob­ra­zów. Znaj­do­wa­ły się w niej dzie­ła naj­wy­bit­niej­szych grec­kich ma­la­rzy. Do na­szych cza­sów żad­ne z nich nie prze­trwa­ły.

Świą­ty­nia Nike– świą­ty­nia zbu­do­wa­na w V w. p.n.e. na cześć zwy­cię­stwa nad Per­sa­mi.

– Par­te­non to ucie­le­śnie­nie wi­zji Pe­ry­kle­sa – do­biegł ją głos jed­ne­go z wie­lu prze­wod­ni­ków pro­wa­dzą­cych grup­kę spo­co­nych tu­ry­stów. – Świą­ty­nię ku czci pa­tron­ki Aten wznie­sio­no na tym trud­no do­stęp­nym wzgó­rzu, aby wi­docz­na była już z da­le­ka, a w cza­sie woj­ny sta­no­wi­ła schro­nie­nie dla miesz­kań­ców mia­sta – prze­wod­nik mó­wił, a uczest­ni­cy wy­ciecz­ki pstry­ka­li zdję­cia, krę­ci­li fil­my ka­me­ra­mi i te­le­fo­na­mi.

– Ach, ci tu­ry­ści! – Ate­na po­krę­ci­ła gło­wą. – Przy­by­łem, zo­ba­czy­łem i zdję­cie zro­bi­łem! – prych­nę­ła po­gar­dli­wie, wy­mi­ja­jąc zwie­dza­ją­cych.

W koń­cu sta­nę­ła przed Par­te­no­nem. To tu­taj w sta­ro­żyt­no­ści znaj­do­wał się słyn­ny po­sąg jej imien­nicz­ki, bo­gi­ni Ate­ny. Nie­ste­ty nie za­cho­wał się do współ­cze­snych cza­sów.

Par­te­non jest dziś za­le­d­wie cie­niem wspa­nia­łej bu­dow­li wznie­sio­nej przez Pe­ry­kle­sa, nie­mniej jed­nak nadal za­chwy­ca kla­sycz­ną for­mą i pięk­nem. Ate­na z dumą pa­trzy­ła na ozdob­ne fry­zy i smu­kłe ko­lum­ny bę­dą­ce wzo­rem do na­śla­do­wa­nia oraz in­spi­ra­cją dla po­ko­leń ar­ty­stów i ar­chi­tek­tów. Do­pie­ro po chwi­li ock­nę­ła się z za­my­śle­nia i przy­po­mnia­ła so­bie, po co tak na­praw­dę tu przy­by­ła.

Pe­ry­kles

żył w V w. p.n.e. Był wy­bit­nym ateń­skim po­li­ty­kiem oraz do­wód­cą woj­sko­wym. W cza­sie swo­ich trzy­dzie­sto­let­nich rzą­dów umoc­nił de­mo­kra­cję ateń­ską i wpro­wa­dził sze­reg re­form.

Po woj­nie z Per­sa­mi od­bu­do­wał znisz­czo­ne Ate­ny i port w Pi­reu­sie. Był me­ce­na­sem sztu­ki i na­uki. Sku­piał wo­kół sie­bie sław­nych fi­lo­zo­fów i ar­ty­stów.

Z jego ini­cja­ty­wy na Akro­po­lu wznie­sio­no Par­te­non, Pro­py­le­je i wie­le in­nych mo­nu­men­tal­nych bu­dow­li, w któ­rych za­sto­so­wa­no wie­le no­wa­tor­skich roz­wią­zań. Bu­do­wę po­wie­rzył zna­mie­ni­tym ar­chi­tek­tom, rzeź­bia­rzom i ma­la­rzom, ta­kim jak Ik­ti­nos, Kal­li­kra­tes czy Fi­diasz. Pe­ry­kles zmarł w cza­sie sza­le­ją­cej w Ate­nach za­ra­zy.

Pro­fe­sor Bar­ry Flem­ming z Cen­trum Ba­daw­cze­go Ar­che­olo­gii Pod­wod­nej na Uni­wer­sy­te­cie w Not­tin­gham przy­był spe­cjal­nie z An­glii, żeby pro­wa­dzić ba­da­nia na Kre­cie.

Ate­na była geo­ar­che­olo­giem i pro­fe­sor Flem­ming za­pro­sił ją do współ­pra­cy. Czu­ła się za­szczy­co­na, że bry­tyj­ski na­uko­wiec wy­ło­wił ją spo­śród gro­na in­nych pra­cow­ni­ków Grec­kiej Agen­cji Ar­che­olo­gii Mor­skiej. Ko­bie­ta ro­zej­rza­ła się uważ­nie. Wy­obra­ża­ła so­bie pro­fe­so­ra jako no­bli­we­go star­sze­go pana z la­secz­ką. Dla­te­go bar­dzo się zdzi­wi­ła, gdy pod­szedł do niej przy­stoj­ny męż­czy­zna, wca­le nie siwy i ani tro­chę no­bli­wy Miał wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę i uj­mu­ją­cy uśmiech dżen­tel­me­na. Mimo upa­łu ubra­ny był w ja­sny, ele­ganc­ki let­ni gar­ni­tur. No­sił ciem­ne oku­la­ry i po­ma­rań­czo­wą musz­kę w zło­te cęt­ki.

– Pani Ate­na Pa­pa­do­pu­lis? – spy­tał pro­fe­sor i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, sam się przed­sta­wił: – Je­stem Bar­ry Flem­ming.

– Bar­dzo mi miło – Ate­na po­da­ła rękę na po­wi­ta­nie. – Jak mnie pan po­znał? – za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi.

– Jest pani naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą na Akro­po­lu, więc od razu wie­dzia­łem do kogo po­dejść – od­rzekł pro­fe­sor z wy­jąt­ko­wą kur­tu­azją.

Ate­na uśmiech­nę­ła się za­kło­po­ta­na i od­ru­cho­wo po­pra­wi­ła swo­je kru­czo­czar­ne krę­co­ne wło­sy. Jesz­cze nikt nie po­wie­dział jej, że jest pięk­na, bo też pięk­no­ścią ra­czej nie była. Mia­ła nie­co gar­ba­ty nos, była ni­skie­go wzro­stu, a i do fi­gu­ry mo­del­ki było jej da­le­ko. Po­świę­ca­ła się pra­cy i nie dba­ła o wy­gląd ze­wnętrz­ny Je­dy­ną eks­tra­wa­gan­cją i sła­bo­ścią, na jaką so­bie po­zwa­la­ła, była bi­żu­te­ria sty­li­zo­wa­na na an­tycz­ną. Dla­te­go jej uszy zdo­bi­ły dłu­gie kol­czy­ki, a na prze­gu­bach dło­ni brzę­cza­ły bran­so­let­ki.

– Może pój­dzie­my na spa­cer do Ja­ski­ni Nimf? – pro­fe­sor za­pro­po­no­wał i uprzej­mie po­dał Ate­nie ra­mię, któ­re ta chęt­nie przy­ję­ła. Po czym uda­li się na dłuż­szą prze­chadz­kę dep­ta­kiem wo­kół Akro­po­lu.

– Czym do­kład­nie zaj­mu­je się pan w tej chwi­li na Kre­cie? – spy­ta­ła. Wcze­śniej nie uda­ło jej się za wie­le na ten te­mat do­wie­dzieć.

– Pro­wa­dzę pod­wod­ne ba­da­nia ar­che­olo­gicz­ne – od­parł pro­fe­sor.

– To fa­scy­nu­ją­ce – po­wie­dzia­ła z uzna­niem Ate­na. – A w czym mo­gła­bym panu po­móc?

Pro­fe­sor od­cze­kał, aż mi­nie ich grup­ka tu­ry­stów, a po­tem ści­szo­nym gło­sem rzekł:

– Prze­cze­su­ję dno mor­skie w po­szu­ki­wa­niu pew­ne­go bar­dzo waż­ne­go okrę­tu. Na jego po­kła­dzie mógł być nie­zwy­kły ła­du­nek, ale to…

Urwał, po­pra­wił oku­la­ry i spoj­rzał na ko­bie­tę zna­czą­co.

– Po­tra­fi pani do­cho­wać se­kre­tu?

– Och, na­tu­ral­nie – Ate­na ener­gicz­nie po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Tak my­śla­łem, dla­te­go wła­śnie pa­nią wy­bra­łem – uśmiech­nął się, po czym cią­gnął ści­szo­nym gło­sem: – Szu­ka­my pew­ne­go ogrom­ne­go po­są­gu w ca­ło­ści wy­ko­na­ne­go z naj­czyst­sze­go zło­ta…

Ate­na wy­trzesz­czy­ła oczy.

– Chy­ba do­my­śla się pani, że te in­for­ma­cje są po­uf­ne i w ża­den spo­sób nikt nie może się o nich do­wie­dzieć. Gdy znaj­dę ten bez­cen­ny ła­du­nek, w ca­ło­ści prze­ka­żę go do grec­kie­go mu­zeum. Ale je­śli wcze­śniej ja­cyś łow­cy skar­bów zwie­trzą ła­twy łup, roz­krad­ną wszyst­ko, nim co­kol­wiek zdą­ży­my zba­dać. Sama pani ro­zu­mie, że dys­kre­cja jest w tej spra­wie nie­zbęd­na…

Hen­ryk Schlie­mann

uro­dził się 6 stycz­nia 1822 roku w Niem­czech. Od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa ma­rzył o od­na­le­zie­niu mi­tycz­nej Troi opi­sy­wa­nej przez Ho­me­ra. Ze wzglę­dów fi­nan­so­wych ukoń­czył je­dy­nie szko­łę pod­sta­wo­wą. Jed­nak nie­zwy­kła siła cha­rak­te­ru i fe­no­me­nal­ne zdol­no­ści lin­gwi­stycz­ne spra­wi­ły, że sa­mo­dziel­nie uzu­peł­nił bra­ki w wy­kształ­ce­niu. Wła­dał czter­na­sto­ma ję­zy­ka­mi ob­cy­mi, w tym ła­ci­ną i gre­ką. Opra­co­wał spe­cjal­ną me­to­dę, dzię­ki któ­rej przy­swa­jał ko­lej­ny ję­zyk w za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni. Pra­cę za­czy­nał jako ubo­gi su­biekt, lecz dzię­ki swej nie­zwy­kłej su­mien­no­ści i pra­co­wi­to­ści pręd­ko do­ro­bił się w Ro­sji ma­jąt­ku. Ko­lej­ną for­tu­nę Schlie­mann zbił w cza­sie go­rącz­ki zło­ta w Ka­li­for­nii.

Stał się bar­dzo za­moż­nym czło­wie­kiem i od tej pory za­czął re­ali­zo­wać swo­je dzie­cię­ce ma­rze­nie. Za­miesz­kał w Ate­nach i oże­nił się z pięk­ną Zo­fią En­ga­stro­me­nos. W la­tach 1871-1882 ra­zem z żoną, jako ar­che­olog ama­tor, roz­po­czął wy­ko­pa­li­ska w Hi­sar­lik, w Azji Mniej­szej, na te­re­nie dzi­siej­szej Tur­cji. Z „Ilia­dą” Ho­me­ra w dło­ni szu­kał Troi, choć na­wet ucze­ni nie wie­rzy­li w jej ist­nie­nie i uwa­ża­li je­dy­nie za wy­twór fan­ta­zji sta­ro­żyt­ne­go po­ety. Ku zdu­mie­niu ca­łe­go świa­ta, Schlie­mann, mimo wie­lu trud­no­ści, od­ko­pał ru­iny Troi i od­na­lazł „Skarb Pria­ma”, na któ­ry skła­da­ło się po­nad osiem ty­się­cy przed­mio­tów ze zło­ta, sre­bra i brą­zu. Była to wspa­nia­ła bi­żu­te­ria, na­czy­nia i broń.

Hen­ryk Schlie­mann zmarł w 1890 roku.

Ate­na gło­śno prze­łknę­ła śli­nę.

– Ależ oczy­wi­ście! Mój kraj wie­le by zy­skał na tym od­kry­ciu – po­czu­ła przy­pływ pa­trio­ty­zmu. Jed­no­cze­śnie gdzieś w za­ka­mar­kach jej du­szy, po­ja­wi­ło się coś jesz­cze… pra­gnie­nie sła­wy. Ona, Ate­na Pa­pa­do­pu­lis, by­ła­by zna­na na ca­łym świe­cie! Ten uro­czy pro­fe­sor do­praw­dy spadł jej z nie­ba. Ate­na przez mo­ment po­czu­ła się jak Zo­fia En­ga­stro­me­nos, któ­ra zo­sta­ła żoną sław­ne­go od­kryw­cy Hen­ry­ka Schlie­man­na. Hi­sto­ria lubi się po­wta­rzać, więc może i ją cze­ka szczę­ście i sła­wa u boku pro­fe­so­ra Flem­min­ga. Nie był on co praw­da Niem­cem, lecz An­gli­kiem, ale to może i jesz­cze le­piej? – Ate­na roz­my­śla­ła.

Czu­ła, że zro­bi wszyst­ko, by po­móc mu od­na­leźć ten cu­dow­ny skarb…

W cza­sie gdy Ania, Mary Jane i bliź­nia­cy wy­le­gi­wa­li się na zło­ci­stej pla­ży w za­cisz­nej za­tocz­ce, Bar­tek po­sta­no­wił obej­rzeć ru­iny sta­ro­żyt­nej świą­ty­ni wzno­szą­cej się na szczy­cie urwi­ste­go kli­fu.

– Za pół go­dzin­ki będę z po­wro­tem! – rzu­cił opty­mi­stycz­nie do przy­ja­ciół i po­ma­sze­ro­wał na sa­mot­ną wy­ciecz­kę.

– Ja nie mam dzi­siaj ocho­ty na wspi­nacz­kę – mruk­nę­ła Mary Jane. Spię­ła wło­sy w kit­kę żeby od­sło­nić szy­ję, spraw­dzi­ła, czy nowy ko­stium ką­pie­lo­wy do­brze na niej leży i po­ło­ży­ła się plac­kiem na ręcz­ni­ku. – Wolę po­le­niu­cho­wać i opa­lić się na bo­ski brąz.

– Prze­cież ty za­wsze spie­kasz się jak rak! – przy­po­mniał jej Mar­tin, le­d­wo wi­docz­ny zza góry pia­chu. Ra­zem z Ji­mem bu­do­wa­li za­mek.

– Ku­pi­łam do­bry ole­jek do opa­la­nia i tym ra­zem będę mia­ła pięk­ną opa­le­ni­znę – za­wzię­ła się Mary Jane.

Bra­cia uzna­li, że le­piej z nią nie za­dzie­rać i sku­pi­li się na swo­im zam­ku. Tym bar­dziej, że na pal­cach u rąk mie­li jesz­cze pę­che­rze od ry­żo­wej szczot­ki – pa­miąt­kę po ich ostat­nim wy­bry­ku, kie­dy to pod­pa­dli pan­nie Ofe­lii.

Gdy Jim z Mar­ti­nem wzno­si­li wa­row­ną twier­dzę, Ania w słom­ko­wym ka­pe­lu­si­ku na gło­wie, ubra­na w po­ma­rań­czo­wą su­kien­kę, ma­lo­wa­ła far­ba­mi w Kro­ni­ce Ar­cheo mo­rze ko­lo­ru in­dy­go i bia­łe kli­fy, któ­re ota­cza­ły z dwóch stron za­to­kę. Na szczy­cie wzgó­rza za jej ple­ca­mi znaj­do­wał się uro­czy dom, w któ­rym, z dala od za­tło­czo­nych ho­te­li, za­miesz­ka­li Ostrow­scy i Gard­ne­ro­wie. Ania czu­ła się w nim pra­wie tak do­brze, jak w Bursz­ty­no­wej Wil­li w swo­im ro­dzin­nym Za­le­siu Kró­lew­skim.

Kie­dy wresz­cie, po go­dzi­nie mo­zol­nej wspi­nacz­ki w okrop­nym upa­le, Bar­tek sta­nął u stóp świą­ty­ni, stwier­dził, że po­zo­sta­ło z niej nie­wie­le. Je­dy­nie frag­men­ty mu­rów i dwie mar­mu­ro­we ko­lum­ny, któ­re zda­wa­ły się pod­trzy­my­wać błę­kit nie­ba. Naj­pierw ob­szedł ru­iny do­oko­ła, a po­tem przy­siadł na prze­wró­co­nym frag­men­cie ko­lum­ny i za­my­ślił się. Za­sta­na­wiał się, jak sta­ro­żyt­ni wznie­śli tę bu­dow­lę na urwi­stych zbo­czach kli­fu. Pew­nie po­mógł im ja­kiś he­ros – wy­obra­ził so­bie z uśmie­chem. Gdy od­wró­cił gło­wę do­strzegł, że mali Gard­ne­ro­wie za­czę­li do­ka­zy­wać w płyt­kiej wo­dzie za­tocz­ki. Sam rów­nież na­brał ocho­ty na orzeź­wia­ją­cą ką­piel w mo­rzu, dla­te­go po­sta­no­wił wró­cić już do przy­ja­ciół.

Bar­tek scho­dził raź­no wą­ską ścież­ką ze szczy­tu kli­fu, nadal uśmie­cha­jąc się do swo­ich my­śli. Tuż przy kra­wę­dzi zbo­cza za­uwa­żył bla­do­ró­żo­we sto­krot­ki. Po­my­ślał, że Ania i Mary Jane będą pew­nie tro­chę złe, że tak dłu­go go nie było, po­sta­no­wił więc ze­rwać dla nich kil­ka kwiat­ków.

– Sto­krot­ki po­win­ny je udo­bru­chać – uznał.

Ostroż­nie przy­kuc­nął i za­czął zry­wać kwiat­ki. Tuż obok kęp­ki tra­wy, na któ­rej ro­sły, czer­ni­ła się war­stwa syp­kiej sa­dzy Bar­tek przyj­rzał się jej uważ­niej.

– Hm… – mruk­nął i zmarsz­czył brwi za­in­try­go­wa­ny

Roz­tarł ciem­ną sub­stan­cję pal­ca­mi. Na­gle przy­po­mniał so­bie, gdzie wi­dział już coś po­dob­ne­go. Kie­dyś, gdy był mały, wspi­nał się z ro­dzi­ca­mi na We­zu­wiusz we Wło­szech. Pa­mię­tał do­brze, jak wte­dy wy­glą­dał osad. Dla­te­go te­raz był nie­mal pe­wien, że ma przed sobą ja­kiś ro­dzaj pyłu wul­ka­nicz­ne­go.

Glip­ty­ka

jest sztu­ką wy­ko­ny­wa­nia pie­czę­ci. W szla­chet­nych lub pół­sz­la­chet­nych ka­mie­niach wy­ci­na­no wzo­ry i na­pi­sy. Po od­ci­śnię­ciu pie­czę­ci (na przy­kład na roz­grza­nym wo­sku) po­wsta­wa­ło ne­ga­ty­wo­we od­bi­cie wzo­ru.

Gem­ma

to szla­chet­ny albo pół­sz­la­chet­ny ka­mień ozdo­bio­ny wklę­słym bądź wy­pu­kłym re­lie­fem. Je­śli wzo­ry były wklę­słe, klej­not no­sił na­zwę in­ta­glio, je­śli na­to­miast były wy­pu­kłe, na­zy­wa­no go ka­meą.

Strzep­nął pal­ce i już za­mie­rzał wró­cić do sto­kro­tek, gdy za­uwa­żył wy­sta­ją­cą spod wul­ka­nicz­nej masy błysz­czą­cą płyt­kę. Za­cie­ka­wio­ny za­czął ją od­grze­by­wać. Mu­siał przy tym za­cho­wy­wać się wy­jąt­ko­wo ostroż­nie, po­nie­waż klif w tym miej­scu był bar­dziej stro­my niż od stro­ny za­to­ki, a w dole roz­cią­gał się głę­bo­ki wą­wóz.

W koń­cu uda­ło mu się wy­dłu­bać z czar­ne­go pyłu nie­wiel­ki owal­ny przed­miot, przy­po­mi­na­ją­cy brosz­kę.

– To chy­ba gem­ma! – Bart­ka olśni­ło.

Wi­dział coś po­dob­ne­go w mu­zeum w Ate­nach kil­ka dni temu. Ta gem­ma wy­glą­da­ła jed­nak zu­peł­nie in­a­czej niż ozdo­by w mu­ze­al­nych ga­blo­tach. Był to ró­żo­wa­wy agat opra­wio­ny w zło­to. Po­wierzch­nię aga­tu zdo­bił wy­pu­kły re­lief. Przed­sta­wiał on gło­wę byka ze zło­ty­mi ro­ga­mi, a pod nią wid­niał nie­zro­zu­mia­ły na­pis. Obok na­to­miast z wiel­ką pre­cy­zją wy­rzeź­bio­no sta­ro­żyt­ny okręt, któ­ry wzno­sił się na grzy­wie ogrom­nej, wzbu­rzo­nej fali, jak­by zma­gał się ze strasz­li­wym sztor­mem.

Bar­tek po­sta­no­wił po­ka­zać swo­je zna­le­zi­sko przy­ja­cio­łom. Spoj­rzał na ze­ga­rek i zdał so­bie spra­wę, że te­raz to już na pew­no dziew­czy­ny będą wście­kłe – mi­nę­ło już pół­to­rej go­dzi­ny Scho­wał ta­jem­ni­czą gem­mę do wy­słu­żo­nej tor­by prze­wie­szo­nej przez ra­mię, po czym schy­lił się, żeby urwać jesz­cze kil­ka sto­kro­tek na prze­pro­si­ny.

Na­gle, kru­cha ska­ła, na któ­rej stał, gwał­tow­nie ob­su­nę­ła się i ru­nę­ła z ło­sko­tem w dół, po­cią­ga­jąc za sobą ka­mie­nie i odłam­ki skal­ne skal­ny na samo dno wą­wo­zu.

Bar­tek krzyk­nął, za­chwiał się i spadł z urwi­ska…

W ostat­nim mo­men­cie zła­pał się pal­ca­mi wy­sta­ją­ce­go ka­mie­nia i za­wisł na skar­pie, pró­bu­jąc zna­leźć opar­cie dla stóp.

– O, w mord­kę jeża! – za­klął, choć na wie­le mu się to nie zda­ło.

Czuł, jak z każ­dą se­kun­dą krew od­pły­wa z jego unie­sio­nych w górę rąk i po­zba­wia go tym sa­mym sił.

– Dłu­go tak nie wy­trzy­mam – mruk­nął zroz­pa­czo­ny

– Co ty tu ro­bisz? – usły­szał nie­spo­dzie­wa­nie głos gdzieś po­nad sobą.

Od­chy­lił nie­co gło­wę i uj­rzał sma­głą bu­zię dziew­czy­ny

– A tak so­bie tu wi­szę i po­dzi­wiam wi­do­ki… – wy­stę­kał z tru­dem. – Je­steś anio­łem? – spy­tał na wszel­ki wy­pa­dek, wpa­tru­jąc się w oczy bar­wy cie­płe­go bursz­ty­nu.

Dziew­czy­na ro­ze­śmia­ła się.

– O ile mi wia­do­mo, nie je­stem anio­łem. Ale może skoń­czysz już po­dzi­wiać te wi­do­ki i po­dasz mi rękę, to ci po­mo­gę? – wy­cią­gnę­ła ra­mię.

– Tak. My­ślę, że się już na­pa­trzy­łem – od­parł Bar­tek i z ulgą uchwy­cił zbaw­czą dłoń. Gdy po chwi­li sta­nął bez­piecz­nie na ścież­ce, prze­gar­nął od­ru­cho­wo brud­ny­mi pal­ca­mi ja­sną czu­pry­nę, po­zo­sta­wia­jąc na niej ciem­ne smu­gi.

– Bar­dzo dzię­ku­ję za przy­by­cie w samą porę – uśmiech­nął się z wy­raź­ną ulgą.

– Mia­łeś szczę­ście, aku­rat by­łam w po­bli­żu i usły­sza­łam twój krzyk – nie­zna­jo­ma od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

– Je­śli nie je­steś anio­łem, to kim je­steś? – za­gad­nął Bar­tek. – Chciał­bym wie­dzieć, komu za­wdzię­czam ży­cie – ukło­nił się po ry­cer­sku.

– Mam na imię Klej­to – od­par­ła dziew­czyn­ka w ja­snej su­kien­ce. Była chy­ba mniej wię­cej w wie­ku Mary Jane. – Miesz­kam nie­da­le­ko stąd. A ty? – za­py­ta­ła, od­gar­nia­jąc z po­licz­ka dłu­gie czar­ne wło­sy. – Pew­nie miesz­kasz w domu Alk­me­ny Za­rka­da­kis?

– Tak, ra­zem z sio­strą i przy­ja­ciół­mi – po­twier­dził Bar­tek. – Skąd wiesz?

Klej­to ro­ze­śmia­ła się.

– Do tej czę­ści Pa­nor­mo rzad­ko za­glą­da­ją tu­ry­ści. Wolą ho­te­le. Nie­trud­no więc było was za­uwa­żyć.

– No tak – Bar­tek uśmiech­nął się.

– Mu­szę już le­cieć, bab­cia na mnie cze­ka. Je­że­li da­lej bę­dziesz po­dzi­wiał wi­do­ki, to uwa­żaj, że­byś zno­wu nie spadł – prze­strze­gła go Klej­to.

– Tak na­praw­dę, zry­wa­łem sto­krot­ki – Bar­tek przy­znał się za­wsty­dzo­ny i po­ka­zał wy­mię­te­go kwiat­ka, któ­ry ja­kimś cu­dem ostał mu się w dło­ni.

Klej­to unio­sła wy­so­ko brwi ze zdu­mie­nia.

– Nie­zły z cie­bie ro­man­tyk – za­chi­cho­ta­ła.

– Czy ja wiem – Bar­tek za­ru­mie­nił się. – Weź, pro­szę, nie mam nic in­ne­go – po­dał jej wy­mi­ze­ro­wa­ną sto­krot­kę.

– Dzię­ku­ję – na po­licz­kach Klej­to za­kwi­tły de­li­kat­ne ru­mień­ce. – Chodź­my już – ski­nę­ła gło­wą, żeby ukryć zmie­sza­nie.

Scho­dząc ze wzgó­rza, przez cały czas roz­ma­wia­li. Bar­tek do­wie­dział się, że dziew­czy­na na co dzień miesz­ka w Ate­nach, a te­raz jest na wa­ka­cjach u bab­ci i dziad­ka.

– Mój dzia­dek jest ry­ba­kiem i co­dzien­nie o świ­cie wy­pły­wa w mo­rze. Zna tak­że mnó­stwo opo­wie­ści o grec­kich bo­gach i he­ro­sach – po­chwa­li­ła się.

– Chęt­nie bym po­słu­chał – Bar­tek wtrą­cił nie­śmia­ło.

– Na­praw­dę? – Klej­to ucie­szy­ła się. – W ta­kim ra­zie za­pra­szam cie­bie i two­ich przy­ja­ciół. Przyj­dę po was ju­tro po po­łu­dniu.

– Och, to su­per! – Bar­tek już nie mógł się do­cze­kać spo­tka­nia z dziad­kiem i… Klej­to.

Po­nie­waż ze­szli już z kli­fu, dziew­czy­na po­że­gna­ła się i po­bie­gła w stro­nę swo­je­go domu oto­czo­ne­go ga­jem oliw­nym i drzew­ka­mi po­ma­rań­czo­wy­mi. A Bar­tek po­szedł w kie­run­ku pla­ży.

Na jego wi­dok Ania po­rzu­ci­ła Kro­ni­kę Ar­cheo, w któ­rej już daw­no skoń­czy­ła pi­sać i ma­lo­wać.

– Gdzie by­łeś tak dłu­go? – za­py­ta­ła tro­chę zi­ry­to­wa­na.

– A tam, na szczy­cie, to zna­czy… w ru­inach świą­ty­ni. – Bar­tek był wy­jąt­ko­wo roz­ko­ja­rzo­ny

– A to­bie co się sta­ło?

– Mary Jane z gru­bą war­stwą kre­mu ochron­ne­go na spie­czo­nym czer­wo­nym no­sie pa­trzy­ła na nie­go po­dejrz­li­wie. – Wy­glą­dasz ja­koś dziw­nie.

Przy­ja­ciel miał za­dra­śnię­ty po­li­czek, ubru­dzo­ne szor­ty, ro­ze­rwa­ną ko­szul­kę i tro­chę nie­obec­ny wy­raz twa­rzy.

– Aaa, to. – Bar­tek do­pie­ro te­raz za­uwa­żył roz­dar­cie. – Mia­łem mały wy­pa­dek – mach­nął ręką, ba­ga­te­li­zu­jąc całą spra­wę.

– Jaki wy­pa­dek? – Ania z tro­ską przy­glą­da­ła się bra­tu.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – prze­ko­ny­wał. – Ale po­zna­łem pew­ną dziew­czy­nę, Gre­czyn­kę – do­dał.

– Dziew­czy­nę? – Mary Jane na­stro­szy­ła się i od­ru­cho­wo za­czę­ła ście­rać krem z nosa. – To dla­te­go tak dłu­go cię nie było! – po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem. Bar­tek nie zwró­cił na to uwa­gi.

– Ma na imię Klej­to – cią­gnął da­lej.

– Klej­to? Co to za imię? – zdzi­wi­ła się Mary Jane. Szyb­ko na­ło­ży­ła swo­ją ko­lo­ro­wą tu­ni­kę i po­czu­ła, że po dłu­gim opa­la­niu tra­dy­cyj­nie ple­cy też ma spa­lo­ne.

Sły­sząc ja­kieś za­mie­sza­nie, Jim i Mar­tin z za­cie­ka­wie­niem wy­sta­wi­li swo­je pie­go­wa­te bu­zie z ogrom­nia­stej dziu­ry, któ­rą wy­grze­ba­li dla ochło­dy

– Jej dzia­dek jest ry­ba­kiem i zna mnó­stwo cie­ka­wych opo­wie­ści. Klej­to za­pro­si­ła nas do sie­bie.

– O, to bar­dzo faj­nie – ucie­szy­ła się Ania.

– Może jej dzia­dek za­bie­rze nas na ryby? – bliź­nia­cy spoj­rze­li na sie­bie z na­dzie­ją. – Mo­gli­by­śmy z bli­ska zo­ba­czyć del­fi­ny! – Mar­tin tak się za­pa­lił, że aż wy­sko­czył z dziu­ry

– Ostat­nim ra­zem chcia­łeś z bli­ska oglą­dać kro­ko­dy­le i pa­mię­tasz, czym to się skoń­czy­ło! – Mary Jane wy­po­mnia­ła mu mro­żą­cą krew w ży­łach hi­sto­rię sprzed kil­ku mie­się­cy.

– Oj, del­fi­ny to prze­cież nie to samo co kro­ko­dy­le! – żach­nął się Mar­tin. – Są przy­jaź­nie na­sta­wio­ne do czło­wie­ka, lu­bią się ba­wić i nie są lu­do­żer­ca­mi – wzru­szył ra­mio­na­mi. – Mo­gła­byś zro­bić im zdję­cia – chy­trze pod­szedł sio­strę.

– Fak­tycz­nie! Z ło­dzi ry­bac­kiej wy­szły­by pięk­ne uję­cia – Mary Jane na­bra­ła chę­ci na ło­wie­nie ryb. – To kie­dy po­zna­my tę Klej­to? – od­wró­ci­ła się do Bart­ka.

– Przyj­dzie po nas ju­tro po po­łu­dniu – od­parł.