Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka - Agnieszka Stelmaszyk

Dlaczego w Londynie giną japońskie dzieła sztuki? Jakie tajemnice kryje statek widmo? Kim jest starzec sączący kufel grogu w zadymionej tawernie? I co ma wspólnego z piratem Blackiem Willem? Czy ostatni ronin zdoła ocalić cudowny wachlarz? I czy klątwa złotego smoka dosięgnie każdego, kto odnajdzie skarb? A co jeśli Natoka Matsuzawa nie jest przyjacielem, za jakiego uważa go Bartek? Kraj Kwitnącej Wiśni i japońskie baśnie, które stają się prawdą, okrutni wojownicy ninja i tajemniczy ronin, a w tle nieustraszeni piraci. To tylko część przygód, jakie tym razem czekają na Ostrowskich i Gardnerów. Wszystko bowiem dzieje się w zawrotnym tempie, a stawka jest bardzo wysoka! Tym razem gra toczy się o… nieśmiertelność!

Opinie o ebooku Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka - Agnieszka Stelmaszyk

Fragment ebooka Kroniki Archeo. Klątwa Złotego Smoka - Agnieszka Stelmaszyk

Po­mysł se­rii: Agniesz­ka So­bich i Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Tekst: Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Ilu­stra­cje: Ja­cek Pa­ster­nak

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka So­bich

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Skó­rzew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny i DTP: Ber­nard Pta­szyń­ski

© Co­py­ri­ght for text by Agniesz­ka Stel­ma­szyk

© Co­py­ri­ght for il­lu­stra­tions by Ja­cek Pa­ster­nak

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

All ri­ghts re­se­rved

ISBN 978-83-265-0394-8

Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o.

00-807 War­sza­wa, Al. Je­ro­zo­lim­skie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zie­lo­na­so­wa.pl

wy­daw­nic­two@zie­lo­na­so­wa.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

– Osiem­dzie­siąt mi­lio­nów fun­tów! – Ro­slyn Em­mer­son ob­wie­ści­ła gło­śno. Choć w domu au­kcyj­nym Chri­stie’s, miesz­czą­cym się przy King Stre­et 8 w Lon­dy­nie, pra­co­wa­ła już od pię­ciu lat i pro­wa­dzi­ła wie­le au­kcji, ta­kiej jak ta, któ­ra się wła­śnie od­by­wa­ła, jesz­cze nie wi­dzia­ła. Ro­slyn nie spo­dzie­wa­ła się, że ko­lek­cja sze­ściu sta­rych ja­poń­skich ob­ra­zów ma­lo­wa­nych na je­dwa­biu wzbu­dzi na li­cy­ta­cji aż ta­kie za­in­te­re­so­wa­nie.

– Osiem­dzie­siąt mi­lio­nów fun­tów po raz pierw­szy! – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła pew­nym gło­sem. Nim zdą­ży­ła po­wie­dzieć „po raz dru­gi”, staw­kę pod­bił pe­wien dżen­tel­men wy­róż­nia­ją­cy się nie­co eks­tra­wa­ganc­kim sty­lem ubio­ru. Miał na so­bie świet­nie skro­jo­ny ciem­ny gar­ni­tur, ja­sny ka­pe­lusz, oku­la­ry w czar­nych opraw­kach, czer­wo­ną, je­dwab­ną chu­s­tecz­kę w gór­nej kie­szon­ce ma­ry­nar­ki, a za­miast kra­wa­ta et­nicz­ne ko­ra­li­ki i mu­szel­ki. W ustach trzy­mał faj­kę ozdo­bio­ną ty­gry­si­mi pa­zu­ra­mi.

Chri­stie’s

to słyn­ny dom au­kcyj­ny w Lon­dy­nie. Zo­stał za­ło­żo­ny w 1766 roku przez Ja­me­sa Chri­stie.

– Osiem­dzie­siąt pięć mi­lio­nów! – za­wo­ła­ła pro­wa­dzą­ca li­cy­ta­cję.

Ele­ganc­ka ko­bie­ta o dłu­gich ma­ho­nio­wych wło­sach i peł­nych ustach ob­rzu­ci­ła dżen­tel­me­na z faj­ką wście­kłym spoj­rze­niem i na­tych­miast pod­bi­ła cenę.

– Sto mi­lio­nów! – Ro­slyn Em­mer­son po raz ko­lej­ny stuk­nę­ła au­kcyj­nym młot­kiem, z tru­dem utrzy­mu­jąc za­wo­do­wy spo­kój. Czu­ła, jak po­wie­trze w sali zro­bi­ło się gę­ste i za­czę­ło drgać od emo­cji.

Męż­czy­zna za­gryzł cy­buch faj­ki i po­gła­dził ner­wo­wo lek­ko si­wie­ją­cą bród­kę. Jego prze­ciw­nicz­ka ob­rzu­ci­ła go zwy­cię­skim spoj­rze­niem. Po­zo­sta­li ko­lek­cjo­ne­rzy bę­dą­cy na sali już daw­no prze­sta­li się li­czyć. Z za­par­tym tchem ob­ser­wo­wa­li zma­ga­nia tej pary.

– Sto mi­lio­nów po raz pierw­szy… po raz dru­gi… po raz trze­ci…

Ro­slyn unio­sła mło­tek, aby osta­tecz­nie przy­pie­czę­to­wać zwy­cię­stwo dłu­go­wło­sej ko­bie­ty.

– Sprze…

Nie zdą­ży­ła wy­po­wie­dzieć sło­wa do koń­ca, gdy w sali roz­legł się brzęk tłu­czo­ne­go szkła, a przez okna wpa­dło na li­nach trzech za­ma­sko­wa­nych osob­ni­ków ubra­nych na czar­no. Rzu­ci­li na pod­ło­gę pusz­ki, z któ­rych za­czął wy­do­by­wać się gę­sty, gry­zą­cy w oczy dym.

– Aaa! Ra­tun­ku! Po­li­cja! Po­mo­cy! – roz­le­gły się krzy­ki prze­ra­żo­nych i zdez­o­rien­to­wa­nych lu­dzi. Wszy­scy za­czę­li ucie­kać i tło­czyć się przy wyj­ściu. Ro­slyn, ukry­ta za sto­łem au­kcyj­nym, z ło­mo­czą­cym ser­cem ob­ser­wo­wa­ła na­past­ni­ków. Ich ru­chy były nie­sa­mo­wi­cie zwin­ne. Na ple­cach mie­li dłu­gie, pro­ste mie­cze, a w ich dło­niach mi­gnę­ło kil­ka sre­brzy­stych gwiaz­dek.

Shu­ri­ken:

ja­poń­ska broń do ręcz­ne­go mio­ta­nia, uży­wa­na przez wo­jow­ni­ków nin­ja.

Ro­slyn prze­łknę­ła śli­nę.

W sto­le, za któ­rym się cho­wa­ła, utkwił lśnią­cy shu­ri­ken!

Cho­ciaż dym okrop­nie szczy­pał w oczy, wo­la­ła nie wy­chy­lać się na­wet na mi­li­metr. Tym­cza­sem ban­dy­ci znik­nę­li rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, jak się po­ja­wi­li.

Gdy kłę­by sza­re­go dymu opa­dły, nie­do­szła wła­ści­ciel­ka ja­poń­skich ob­ra­zów zo­ba­czy­ła, co się sta­ło. Cała ko­lek­cja znik­nę­ła!

Kasz­ląc, wy­pa­dła na uli­cę. Z od­da­li niósł się dźwięk po­li­cyj­nych sy­ren i po chwi­li przed dom au­kcyj­ny za­je­cha­ło kil­ka ra­dio­wo­zów.

Nin­ja:

ro­dzaj ja­poń­skich wo­jow­ni­ków wy­szko­lo­nych do za­dań spe­cjal­nych i taj­nych ope­ra­cji. Dys­po­no­wa­li róż­no­rod­nym ar­se­na­łem bro­ni, świet­nie zna­li róż­ne sztu­ki wal­ki.

Byli wy­spe­cja­li­zo­wa­ni w szpie­go­wa­niu i za­ma­chach, czę­sto słu­ży­li jako płat­ni na­jem­ni­cy. Czar­ny strój i za­ma­sko­wa­na twarz, któ­ra obec­nie ko­ja­rzy się z wo­jow­ni­ka­mi nin­ja, jest efek­tem znacz­nie póź­niej­szych wy­obra­żeń. Wi­ze­ru­nek taki może rów­nież wy­wo­dzić się z tra­dy­cyj­ne­go ja­poń­skie­go te­atru ka­bu­ki, w któ­rym po­stać ubra­na na czar­no su­ge­ro­wa­ła, że jest ona nie­wi­docz­na.

– Okra­dli mnie! – ko­bie­ta wrzesz­cza­ła. – Te ob­ra­zy na­le­ża­ły do mnie! – wy­gra­ża­ła pię­ścią.

Na­tych­miast po­ja­wi­ły się rów­nież ka­ret­ki po­go­to­wia i sa­ni­ta­riu­sze za­ję­li się po­szko­do­wa­ny­mi ludź­mi. Na szczę­ście ni­ko­mu nic po­waż­ne­go się nie sta­ło.

Ro­slyn Em­mer­son tak­że wy­bie­gła na uli­cę, żeby za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Wciąż jesz­cze nie mo­gła dojść do sie­bie, jak wie­lu in­nych uczest­ni­ków tego zda­rze­nia.

– To byli nin­ja! Je­stem pe­wien! – wy­krzy­ki­wał ja­kiś star­szy pan do po­li­cjan­ta.

– Do­brze, do­brze – funk­cjo­na­riusz przy­tak­nął do­bro­dusz­nie, naj­wy­raź­niej są­dząc, że star­szy pan jest w szo­ku i mówi od rze­czy.

– Mó­wię praw­dę! – upie­rał się sta­ru­szek, a inni świad­ko­wie za­czę­li po­twier­dzać jego wer­sję.

– Wy­słać spe­cjal­ną jed­nost­kę do chiń­skiej dziel­ni­cy! Niech tam po­py­ta­ją, może wpad­ną na trop tych rze­ko mych nin­ja – rzu­cił roz­kaz do swo­ich lu­dzi je­den z wyż­szych ran­gą po­li­cjan­tów.

Na­wet Ro­slyn przy­zna­ła, że wszyst­ko po­to­czy­ło się jak w hol­ly­wo­odz­kim fil­mie. Je­dy­nie dżen­tel­men z faj­ką i czar­no­wło­sa ko­bie­ta nie wy­da­wa­li się być szcze­gól­nie zdzi­wie­ni całą sy­tu­acją i obec­no­ścią wo­jow­ni­ków nin­ja przy spo­koj­nej King Stre­et.

– Za­pła­cisz mi za to! – syk­nę­ła ko­bie­ta do męż­czy­zny z faj­ką.

– O co mnie po­dej­rze­wasz? – wzru­szył ra­mio­na­mi.

Ko­bie­ta od­rzu­ci­ła dłu­gie wło­sy i zmie­rzy­ła męż­czy­znę nie­na­wist­nym spoj­rze­niem.

– Gra się jesz­cze nie skoń­czy­ła! Pa­mię­taj o tym! – wy­ce­dzi­ła zja­dli­wie, po czym szyb­kim kro­kiem ode­szła, nie roz­ma­wia­jąc na­wet z po­li­cją, a wręcz jej uni­ka­jąc.

Męż­czy­zna wło­żył do ust faj­kę ozdo­bio­ną ty­gry­si­mi pa­zu­ra­mi i, za­my­ślo­ny, wol­no od­szedł w prze­ciw­nym kie­run­ku.

Na­stęp­ne­go dnia sir Ed­mund Gard­ner wbiegł po schod­kach do swo­je­go domu przy uli­cy Ken­sing­ton. Był tak po­ru­szo­ny, że na­wet nie za­uwa­żył pró­szą­ce­go śnie­gu ani przy­glą­da­ją­ce­go mu się ni­skie­go męż­czy­zny sto­ją­ce­go przy la­tar­ni. Gdy sir Gard­ner, zna­ny lon­dyń­ski egip­to­log i po­szu­ki­wacz skar­bów, znik­nął za drzwia­mi swo­je­go domu z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi bia­ły­mi ko­lu­mien­ka­mi, ob­ser­wu­ją­cy go męż­czy­zna w be­żo­wej kurt­ce zmru­żył lek­ko sko­śne oczy, jak­by się nad czymś za­sta­na­wiał, a po­tem od­da­lił się, mru­cząc coś pod no­sem do sie­bie.

Wiel­ka Rafa Ko­ra­lo­wa

roz­cią­ga się u wy­brze­ży Au­stra­lii. Jest naj­więk­szą rafą ko­ra­lo­wą na świe­cie. Zaj­mu­je ob­szar oko­ło 350 ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Astro­nau­ci wi­dzą ją z ko­smo­su. Rafę za­miesz­ku­je wie­le ga­tun­ków ryb, ro­ślin, mię­cza­ków oraz in­nych zwie­rząt. W 1981 roku jako park mor­ski zo­sta­ła ob­ję­ta ochro­ną i wpi­sa­na na Li­stę Świa­to­we­go Dzie­dzic­twa Kul­tu­ral­ne­go i Przy­rod­ni­cze­go UNE­SCO.

Żona sir Ed­mun­da, Me­lin­da, cie­szą­ca się uzna­niem kon­ser­wa­tor za­byt­ków oraz to­wa­rzysz­ka jego licz­nych wy­praw ar­che­olo­gicz­nych, wła­śnie na­kry­wa­ła do sto­łu. Po­ma­ga­ła jej Mary Jane. Jim w swo­im po­ko­ju nie mógł ode­rwać się od kon­so­li do gier, a jego brat bliź­niak, Mar­tin, zgłę­biał ży­cie mor­skich stwo­rzeń za­miesz­ku­ją­cych Wiel­ką Rafę Ko­ra­lo­wą.

– Tato, co się sta­ło? – Mary Jane pierw­sza do­strze­gła po­ru­sze­nie na twa­rzy ojca.

– Do­słow­nie przed chwil ą do­sta­łem in­for­ma­cję o zu­chwa­łej kra­dzie­ży w Bri­tish Mu­seum!

– Co? – pani Me­lin­da wy­pu­ści­ła z ręki łyż­kę. – Co ukra­dli? – za­nie­po­ko­iła się.

– I to jest wprost zdu­mie­wa­ją­ce! – wy­krzyk­nął sir Ed­mund, kła­dąc swo­ją tecz­kę na krze­śle. – Ukra­dli ja­poń­ski ob­raz. Tyl­ko je­den spo­śród ca­łej ko­lek­cji ja­poń­skiej i wie­lu in­nych za­byt­ków!

– Jak do tego do­szło? – spy­ta­ła Mary Jane.

Bri­tish Mu­seum w Lon­dy­nie

po­wsta­ło z ini­cja­ty­wy sir Han­sa Slo­ane’a. Jest to jed­no z naj­więk­szych na świe­cie mu­ze­ów hi­sto­rii sta­ro­żyt­nej. De­cy­zja o jego utwo­rze­niu za­pa­dła w 1753 roku, a 15 stycz­nia 1759 roku po raz pierw­szy zo­sta­ło otwar­te dla pu­blicz­no­ści. Mu­zeum po­sia­da po­nad sie­dem mi­lio­nów eks­po­na­tów. W jego zbio­rach znaj­du­je się m.in. słyn­ny ba­zal­to­wy ka­mień z Ro­set­ty, dzię­ki któ­re­mu uda­ło się roz­szy­fro­wać hie­ro­gli­fy.

W 2002 roku dy­rek­to­rem Bri­tish Mu­seum zo­stał Neil Mac­Gre­gor.

– Nie uwie­rzy­cie, ale kra­dzie­ży do­ko­na­no w bia­ły dzień, w mu­zeum peł­nym zwie­dza­ją­cych! – od­parł oj­ciec, ge­sty­ku­lu­jąc żywo. – Świad­ko­wie mó­wi­li coś o za­ma­sko­wa­nych spraw­cach po­dob­nych do wo­jow­ni­ków nin­ja! Ochro­nie nie uda­ło się ich za­trzy­mać.

– To zu­peł­nie jak wczo­raj­sze­go dnia w domu au­kcyj­nym! – na­tych­miast sko­ja­rzy­ła Mary Jane. Wszyst­kie sta­cje te­le­wi­zyj­ne nadal in­for­mo­wa­ły o tym zda­rze­niu.

– No wła­śnie – przy­tak­nę­ła mama.

– Co jest? O czym mó­wi­cie? – bliź­nia­cy wresz­cie ze­szli na dół. Usły­sze­li z kuch­ni pod­nie­sio­ne gło­sy i przy­bie­gli spraw­dzić, co się sta­ło.

Mary Jane prze­ka­za­ła im naj­now­szą no­wi­nę, któ­rą do­pie­ro co przy­niósł oj­ciec.

Chwi­lę póź­niej usie­dli do obia­du, ale i wte­dy roz­ma­wia­li tyl­ko o tym. Cały czas za­sta­na­wia­li się, kto stoi za tymi kra­dzie­ża­mi.

– Bez wąt­pie­nia to ja­kaś za­pla­no­wa­na ope­ra­cja – orze­kła Me­lin­da Gard­ner. – Co mówi po­li­cja? – zwró­ci­ła się do męża.

– Na ra­zie nie­wie­le – od­parł. – Trwa­ją prze­słu­cha­nia świad­ków. Nie wiem, czy do tej pory w ogó­le wpa­dli na ja­kiś trop.

– Pew­nie nie uda im się zna­leźć tych nin­ja. Za­ło­żę się, że nie ma ich już w An­glii – po­wie­dział Jim.

– Ktoś mu­siał im zle­cić te kra­dzie­że – wtrą­cił Mar­tin. – Może ja­kiś eks­cen­trycz­ny ko­lek­cjo­ner?

– Tak, szef ja­poń­skiej ma­fii – za­śmiał się Jim.

Po chwi­li spo­waż­niał.

Mary Jane i Mar­tin wpa­try­wa­li się w nie­go, jak­by po­wie­dział coś pro­ro­cze­go albo wpadł na roz­wią­za­nie ca­łej za­gad­ki.

– My­śli­cie, że na­praw­dę za tym stoi… – Jim wo­lał nie koń­czyć. Samo sło­wo „ma­fia” było groź­ne, a co do­pie­ro ja­poń­ska!

Sir Ed­mund uciął jed­nak te dy­wa­ga­cje:

– Dzie­ci, nie mie­szaj­cie w to ja­poń­skiej ma­fii! Wy­obraź­nia nad­to was po­no­si. Spra­wa jest na pew­no o wie­le prost­sza niż na to wy­glą­da.

Mary Jane nic nie od­po­wie­dzia­ła, ale za to spoj­rza­ła wy­mow­nie na bra­ci.

Po skoń­czo­nym obie­dzie, gdy ro­dzi­ce wró­ci­li do swo­ich za­jęć, ro­dzeń­stwo spo­tka­ło się w po­ko­ju Mary Jane, peł­nym zdjęć po­za­wie­sza­nych na ścia­nach. Sio­stra Jima i Mar­ti­na wciąż roz­wi­ja­ła swo­ją pa­sję i nadal pra­gnę­ła zo­stać naj­lep­szym fo­to­gra­fem w Wiel­kiej Bry­ta­nii.

– Po­win­ni­śmy skon­tak­to­wać się z Bart­kiem i Anią, na pew­no za­cie­ka­wi ich za­gi­nię­cie ja­poń­skich ob­ra­zów – po­wie­dzia­ła do bra­ci przy­szła fo­to­graf­ka.

Yaku­za:

ja­poń­ski gang­ster, czło­nek zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py prze­stęp­czej. Yaku­za uwa­ża­ją się za spad­ko­bier­ców sa­mu­ra­jów.

– Uwa­żam, że po­win­ni­śmy trzy­mać się z dala od tej spra­wy.

– Mar­tin wy­ra­ził swo­je zda­nie na ten te­mat. – Je­śli rze­czy­wi­ście ma­cza­li w tym pal­ce yaku­za, to ja dzię­ku­ję! Nie chcę mieć z tym nic wspól­ne­go! – chło­piec osten­ta­cyj­nie za­to­pił nos w książ­ce o ra­fie ko­ra­lo­wej.

– E tam, prze­cież tata po­wie­dział, że to nie­moż­li­we – uspo­ko­ił go Jim. – Nie cie­ka­wi cię, po co ko­muś te ob­ra­zy? – szturch­nął bra­ta w bok.

Mar­tin od­dał mu kuk­sań­ca. Przez mo­ment uda­wał, że się bo­czy i że nic a nic go ta spra­wa nie in­te­re­su­je. Wro­dzo­na cie­ka­wość jed­nak zwy­cię­ży­ła i już po chwi­li dał się wcią­gnąć w roz­mo­wę.

– W pierw­szej ko­lej­no­ści mu­si­my do­wie­dzieć się, co przed­sta­wia­ły ob­ra­zy albo kto był ich au­to­rem, żeby zna­leźć ja­kieś po­wią­za­nia mię­dzy nimi – Mary Jane mó­wi­ła, sku­biąc róg ozdob­nej po­dusz­ki.

– Ra­cja – zgo­dził się Jim. – Ob­ra­zy z domu au­kcyj­ne­go i z mu­zeum coś mu­sia­ło łą­czyć.

– No i ta spek­ta­ku­lar­na ak­cja! – Mar­tin po­krę­cił z po­dzi­wem gło­wą. – Ko­muś dia­bel­nie na nich za­le­ża­ło.

– Włą­czę Sky­pe’a i spraw­dzę, czy Ostrow­scy są do­stęp­ni. Ania zna się na sztu­ce, może pod­su­nie nam ja­kieś roz­wią­za­nie – po­wie­dzia­ła Mary Jane, po czym usia­dła przy swo­im biur­ku, na któ­rym stał lap­top z ka­mer­ką in­ter­ne­to­wą i spró­bo­wa­ła po­łą­czyć się z przy­ja­ciół­mi w Pol­sce.

Gard­ne­ro­wie mie­li szczę­ście, bo kom­pu­ter Bart­ka był aku­rat włą­czo­ny. Gdy usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk po­wia­do­mie­nia, na­tych­miast ode­brał po­łą­cze­nie. Kie­dy zo­ba­czył pod­eks­cy­to­wa­ne twa­rze przy­ja­ciół, od razu wie­dział, że wy­da­rzy­ło się coś nie­zwy­kłe­go.

W tym sa­mym cza­sie Au­ro­ra Clark­son, ta, któ­ra utra­ci­ła wy­li­cy­to­wa­ną na au­kcji ko­lek­cję ja­poń­skich ob­ra­zów, do­jeż­dża­ła me­trem do chiń­skiej dziel­ni­cy Chi­na­town. Była tam umó­wio­na z Mi­na­mo­to na bar­dzo waż­ne spo­tka­nie.

W domu Ostrow­skich pa­no­wał przed­świą­tecz­ny roz­gar­diasz. Ko­rzen­ny za­pach pier­nicz­ków spra­wiał, że Ania co­raz bar­dziej nie mo­gła do­cze­kać się świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Jak co roku, ra­zem z mamą, Bart­kiem i pan­ną Ofe­lią, pie­kli wspól­nie pier­ni­ki, a po­tem ozda­bia­li je ko­lo­ro­wym lu­krem. Ro­dzeń­stwo bar­dzo lu­bi­ło te chwi­le. Było wte­dy we­so­ło i gwar­nie.

– Cie­ka­we, co mi przy­nie­sie Świę­ty Mi­ko­łaj? – Ania za­sta­na­wia­ła się gło­śno.

– To za­le­ży od tego, czy by­łaś grzecz­na – wtrą­ci­ła pan­na Ofe­lia, sie­dzą­ca po prze­ciw­nej stro­nie du­że­go ku­chen­ne­go sto­łu.

Bar­tek ro­ze­śmiał się. Na­to­miast Ania wes­tchnę­ła. Pan­na Ofe­lia na­praw­dę cza­sa­mi za­po­mi­na­ła, że mło­dzi Ostrow­scy nie są już ma­ły­mi dzieć­mi.

Pani Be­ata tak­że się ro­ze­śmia­ła.

– Za­pew­niam cię, Ofe­lio, że moja có­recz­ka była grzecz­na – po­wie­dzia­ła, ukła­da­jąc go­to­we pier­nicz­ki w ko­lo­ro­wej pusz­ce. – No, może nie za­wsze, ale…

– Mamo! – Ania jęk­nę­ła.

– Bar­tek rów­nież spra­wo­wał się do­brze, więc za­słu­gu­je na pre­zent od Świę­te­go Mi­ko­ła­ja – mama pu­ści­ła oko do syna. – Świet­nie się w tym se­me­strze uczy i nie spra­wia kło­po­tów – po­chwa­li­ła. – Mógł­by tyl­ko czę­ściej sprzą­tać po so­bie, bo ostat­nio zro­bił się tro­chę ba­ła­ga­niar­ski – do­da­ła.

– Och, mamo! – te­raz z ko­lei Bar­tek jęk­nął, a pan­na Ofe­lia po­pa­trzy­ła na nie­go ta­kim wzro­kiem, że za­raz za­czął się tłu­ma­czyć. – Je­śli cho­dzi o te ubra­nia le­żą­ce w moim po­ko­ju, to mó­wi­łem już, że cza­sem mu­szę się za­sta­no­wić i doj­rzeć do de­cy­zji, któ­re są do pra­nia, a któ­re moż­na jesz­cze za­ło­żyć.

– Do­brze, do­brze – mama po­ki­wa­ła gło­wą z lek­kim ubo­le­wa­niem. – A wiesz, Ofe­lio – pani Be­ata zmie­ni­ła te­mat – że dzie­ci od daw­na nie wda­ły się w żad­ną awan­tu­rę? Żad­nych skar­bów, żad­nych prze­stęp­ców! – chwa­li­ła, wy­li­cza­jąc.

– Bo jest zima, moja dro­ga – od­par­ła pan­na Ofe­lia. – Mi­nus pięt­na­ście stop­ni mro­zu i gru­ba war­stwa śnie­gu! Gdzie mają szu­kać skar­bów? – za­py­ta­ła re­to­rycz­nie.

Pani Be­ata z nie­po­ko­jem zer­k­nę­ła na dzie­ci, jak­by spraw­dza­ła, czy żad­ne nie­cne pla­ny nie krą­żą im po gło­wach. Może Ofe­lia mia­ła ra­cję? Może jej la­to­ro­śle jed­nak coś knu­ją i cze­ka­ją tyl­ko na wio­sen­ne roz­to­py, by zno­wu wdać się w ja­kąś na­rwa­ną przy­go­dę?

Ale Ania i Bar­tek, po­chy­le­ni nad świą­tecz­ny­mi pier­nicz­ka­mi, wy­glą­da­li zu­peł­nie nor­mal­nie i nad­zwy­czaj nie­win­nie.

„Jak do­brze, że jest zima!” – po­my­śla­ła pani Be­ata z ulgą, choć nie za bar­dzo lu­bi­ła tę porę roku. Ona rów­nież ra­zem z mę­żem nie mu­sia­ła nig­dzie wy­jeż­dżać. W te­ren po­ja­dą do­pie­ro wio­sną i wte­dy dzie­ci zno­wu na parę ty­go­dni zo­sta­ną pod opie­ką pan­ny Ofe­lii, bab­ci i wuj­ka Ry­szar­da. A na ra­zie spę­dzą miłe świę­ta w ro­dzin­nym gro­nie.

– My­ślę, Ofe­lio, że na­sze dzie­ci są już star­sze, a więc doj­rzal­sze i roz­sąd­niej­sze, i mo­że­my być o nie zu­peł­nie spo­koj­ne – gło­śno po­wie­dzia­ła pani Ostrow­ska, z wia­rą w to, co mówi.

Ania i Bar­tek wy­mie­ni­li nad sto­łem ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Mama nie mo­gła prze­cież wie­dzieć, że wczo­raj skon­tak­to­wa­li się z nimi Gard­ne­ro­wie z eks­cy­tu­ją­cy­mi wie­ścia­mi z Lon­dy­nu. I że już po ci­chu za­ję­li się spra­wą skra­dzio­nych ja­poń­skich ob­ra­zów. Ania roz­po­czę­ła na­wet czwar­ty tom Kro­nik Ar­cheo! A za­wsze, kie­dy to ro­bi­ła, przy­go­da na­bie­ra­ła tem­pa. Ro­dzeń­stwo nie chcia­ło jed­nak psuć hu­mo­ru ma­mie ani pan­nie Ofe­lii, któ­ra zwy­kle gwał­tow­nie re­ago­wa­ła na wszel­kie prze­ja­wy ich ar­che­olo­gicz­nej dzia­łal­no­ści.

Bar­tek przyj­rzał się uważ­nie pan­nie Łycz­ko, chcąc spraw­dzić, czy cze­goś już się przy­pad­kiem nie do­my­śla. Mia­ła nie­wąt­pli­wie szó­sty zmysł wy­czu­lo­ny na ta­kie spra­wy.

Ale w tej wła­śnie chwi­li pan­na Ofe­lia za­pa­trzy­ła się w okno z mu­śli­no­wą fi­ran­ką. Na dwo­rze w świe­tle ulicz­nej la­tar­ni tań­czy­ły płat­ki śnie­gu. Przy­po­mnia­ły jej świę­ta spę­dzo­ne w ro­dzin­nym domu, gdy sama była jesz­cze małą dziew­czyn­ką. Oj­ciec brał ją wte­dy na ko­la­na i opo­wia­dał nie­zwy­kłe ba­śnie, a ona wpa­try­wa­ła się w błysz­czą­ce bomb­ki na cho­in­ce i wy­obra­ża­ła so­bie elfy i prze­róż­ne ba­śnio­we kra­iny ze snu­tych opo­wie­ści.

A po­tem on za­gi­nął gdzieś w ama­zoń­skiej dżun­gli i już nig­dy świę­ta nie były ta­kie same. Boże Na­ro­dze­nie było naj­trud­niej­szym okre­sem dla pan­ny Łycz­ko, bo wte­dy ojca bra­ko­wa­ło jej naj­bar­dziej.

Z Kronik Archeo

W Lon­dy­nie dzie­ją się dziw­ne rze­czy. Naj­pierw był na­pad na słyn­ny dom au­kcyj­ny Chri­stie’s. Prze­stęp­cy wdar­li się do sali au­kcyj­nej w trak­cie trwa­nia za­żar­tej li­cy­ta­cji i skra­dli sześć ja­poń­skich ob­ra­zów wy­ko­na­nych na je­dwa­biu. Zło­dzie­je byli za­ma­sko­wa­ni, ubra­ni na czar­no i wy­glą­da­li zu­peł­nie jak nin­ja z fil­mów. Na­stęp­ne­go dnia, praw­do­po­dob­nie ci sami osob­ni­cy wpa­dli do Bri­tish Mu­seum i skra­dli ko­lej­ny ja­poń­ski ob­raz.

W obu przy­pad­kach sta­ło się to w bia­ły dzień, w po­miesz­cze­niach peł­nych lu­dzi!

Być może dzie­ła te skra­dzio­no na zle­ce­nie ja­kie­goś ko­lek­cjo­ne­ra.

Mary Jane bie­rze rów­nież pod uwa­gę ja­poń­ską ma­fię!

Dla­cze­go te ob­ra­zy po­sia­da­ły tak nie­zwy­kłą war­tość i zna­cze­nie dla zło­dziei?

To wła­śnie chce­my od­kryć.

Ania

Wieść, że do­cho­dze­nie w spra­wie skra­dzio­nych ja­poń­skich ob­ra­zów ob­jął de­tek­tyw Gor­don Ar­cher, obie­gła cały Lon­dyn. Na­wet Mary Jane uzna­ła, że spra­wa musi być wy­jąt­ko­wo po­waż­na i skom­pli­ko­wa­na, sko­ro Sco­tland Yard wy­brał do roz­wi­kła­nia za­gad­ki swo­je­go naj­lep­sze­go czło­wie­ka.

De­tek­tyw od­zna­czał się wy­jąt­ko­wą in­te­li­gen­cją i nie­kon­wen­cjo­nal­ny­mi me­to­da­mi śled­czy­mi. Ten lek­ko ły­sie­ją­cy męż­czy­zna o ru­mia­nych po­licz­kach miał swo­je małe dzi­wac­twa, jak więk­szość nie­po­spo­li­tych umy­słów. Lecz za­rów­no jego prze­ło­że­ni, jak i współ­pra­cow­ni­cy, wy­ba­cza­li mu te nie­ty­po­we przy­zwy­cza­je­nia.

Gor­don Ar­cher, ubra­ny w swo­ją ulu­bio­ną twe­edo­wą ma­ry­nar­kę w drob­ną kra­tecz­kę, któ­ra le­d­wo do­pi­na­ła się na jego wy­dat­nym brzu­chu, już od pół go­dzi­ny ba­dał miej­sce prze­stęp­stwa w Bri­tish Mu­seum. Spraw­cy na­pa­du nie po­zo­sta­wi­li żad­nych od­ci­sków pal­ców i nie zgu­bi­li na­wet wło­sa. Ba, uniesz­ko­dli­wi­li rów­nież ka­me­ry. Zresz­tą, na­gra­nia i tak na wie­le pew­nie by się zda­ły, gdyż, jak zgod­nie twier­dzi­li świad­ko­wie, zło­dzie­je byli od stóp do głów za­ma­sko­wa­ni. Spra­wa przed­sta­wia­ła się bez­na­dziej­nie.

– Pa­nie Ar­cher, czy już coś pan zna­lazł? Ze­brał pan ja­kieś po­szla­ki? – nie­cier­pli­wie do­py­ty­wał się dy­rek­tor mu­zeum, Neil Mac­Gre­gor.

De­tek­tyw nie re­ago­wał. Po­pra­wił je­dy­nie na no­sie oku­la­ry w okrą­głych opraw­kach. Był cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty oglą­da­niem ka­ta­lo­gu, w któ­rym znaj­do­wa­ła się ilu­stra­cja skra­dzio­ne­go dzie­ła. Ob­raz wła­ści­wie nie przed­sta­wiał nic nad­zwy­czaj­ne­go. Był to por­tret ko­bie­ty ubra­nej w pięk­ne, tra­dy­cyj­ne ki­mo­no. W dło­ni trzy­ma­ła wa­chlarz. Pod ob­ra­zem wid­niał pod­pis:

Gło­wa ko­bie­ty, ma­lo­wi­dło na je­dwa­biu,po­cho­dze­nie nie­zna­ne, okres Edo, XVII w.

I to wszyst­ko. Żad­nych do­dat­ko­wych in­for­ma­cji. De­tek­tyw czuł, że przez cały czas umy­ka mu coś istot­ne­go.

– Już nas pan opusz­cza? – zdu­miał się dy­rek­tor mu­zeum, gdy Ar­cher bez sło­wa po­że­gna­nia skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Po­zwo­li pan, że za­trzy­mam ten ka­ta­log – od­rzekł tyl­ko de­tek­tyw.

Okres Edo:

okres w hi­sto­rii Ja­po­nii przy­pa­da­ją­cy na lata 1603-1868, w któ­rym wła­dzę spra­wo­wa­li szo­gu­no­wie z rodu To­ku­ga­wa.

– Ależ na­tu­ral­nie – zgo­dził się Mac­Gre­gor. – Mamy wie­le ta­kich ka­ta­lo­gów, niech go pan so­bie za­trzy­ma.

Lecz Gor­don Ar­cher już go nie słu­chał. Wy­szedł z mu­zeum i wsiadł do cze­ka­ją­cej na nie­go tak­sów­ki. Gdy roz­wią­zy­wał ja­kąś wy­jąt­ko­wą spra­wę, nig­dy sam nie pro­wa­dził sa­mo­cho­du, był wte­dy zbyt roz­ko­ja­rzo­ny. Poza tym w tak­sów­ce do­brze mu się my­śla­ło. Jeź­dził za­wsze z tym sa­mym kie­row­cą o imie­niu Ja­sper, któ­ry był ma­ło­mów­ny i dość po­nu­ry. Ja­sper Gra­ve przy­czy­nił się na­wet do roz­wi­kła­nia kil­ku spraw, po­nie­waż, jak to tak­sów­karz, dużo wie­dział, sły­szał i wi­dział. Po­nu­ry tak­sów­karz i de­tek­tyw Ar­cher sta­no­wi­li bar­dzo sku­tecz­ną parę.

Tym ra­zem de­tek­tyw ka­zał za­wieźć się do domu, gdyż na­de­szła pora na jego co­dzien­ną por­cję cie­płe­go ka­kao.

Tego dnia Ja­sper Gra­ve był jesz­cze bar­dziej po­nu­ry i mil­czą­cy niż zwy­kle, ale Ar­che­ro­wi zu­peł­nie to nie prze­szka­dza­ło.

Tak­sów­karz za­trzy­mał się na Ba­ker Stre­et pod nu­me­rem 122. De­tek­tyw wy t iadł i wszedł do swo­je­go miesz­ka­nia. W kuch­ni przy­go­to­wał so­bie ka­kao, obo­wiąz­ko­wo w fi­li­żan­ce ko­lo­ru tof­fi, a po­tem za­mknął się w swo­im ga­bi­ne­cie. Roz­ło­żył na biur­ku ka­ta­log z mu­zeum i w za­du­mie, pi­jąc cie­pły na­pój, przy­pa­try­wał się por­tre­to­wi sko­śno­okiej ko­bie­ty. Niby był to zwy­czaj­ny ob­raz, zwy­czaj­ny por­tret, ale było w nim coś in­try­gu­ją­ce­go.

– Mój dro­gi Wat­so­nie, spójrz, ta ko­bie­ta skry­wa ja­kąś ta­jem­ni­cę – de­tek­tyw zwró­cił się do swo­je­go kwiat­ka ge­ra­nium, któ­re­go na­zy­wał Wat­so­nem na cześć słyn­ne­go dok­to­ra, po­moc­ni­ka rów­nie słyn­ne­go Sher­loc­ka Hol­me­sa. Roz­mo­wa z kwiat­kiem do­nicz­ko­wym była ko­lej­nym drob­nym dzi­wac­twem de­tek­ty­wa Gor­do­na. Ale po­nie­waż lu­dzie mają o wie­le gor­sze dzi­wac­twa, to i tę przy­pa­dłość de­tek­ty­wa trak­to­wa­no z na­le­ży­tym zro­zu­mie­niem.

Le­onar­do da Vin­ci

uro­dził się 15 kwiet­nia 1452 roku w An­chia­no, nie­da­le­ko mia­sta Vin­ci we Wło­szech. Je­den z naj­słyn­niej­szych ma­la­rzy re­ne­san­so­wych, czło­wiek wszech­stron­nie uta­len­to­wa­ny.

Oprócz ma­lar­stwa zaj­mo­wał się rów­nież wie­lo­ma in­ny­mi dzie­dzi­na­mi, m.in. ar­chi­tek­tu­rą, fi­lo­zo­fią, mu­zy­ką, ma­te­ma­ty­ką, me­cha­ni­ką, ana­to­mią i geo­lo­gią. Był tak­że pi­sa­rzem i wy­na­laz­cą. Znacz­nie wy­prze­dzał epo­kę, w któ­rej żył. Pro­jek­to­wał ma­chi­ny wo­jen­ne, jak he­li­kop­ter czy czołg. Za­pro­jek­to­wał spa­do­chron i lot­nię, i wie­le in­nych, za­ska­ku­ją­cych współ­cze­snych mu lu­dzi, wy­na­laz­ków. Naj­bar­dziej zna­ne ob­ra­zy Le­onar­da to „Mona Lisa” i „Ostat­nia Wie­cze­rza”. W Pol­sce znaj­du­je się jego dzie­ło „Dama z gro­no­sta­jem”.

Da Vin­ci zmarł 2 maja 1519 roku w Clos Lucé we Fran­cji.

Ko­bie­ta z ob­ra­zu, któ­ry wska­zy­wał Gor­don Ar­cher, za­my­ślo­na pa­trzy­ła gdzieś w dal, ale na jej ustach wid­niał ta­jem­ni­czy uśmiech.

– Ten uśmiech przy­po­mi­na mi Mona Lisę Le­onar­da da Vin­ci – Ar­cher zno­wu po­dzie­lił się swo­im spo­strze­że­niem z Wat­so­nem. Ro­ślin­ka jak­by po­ru­szy­ła list­ka­mi na znak, że też tak uwa­ża. – Uśmiech Mona Lisy od za­wsze wszyst­kich in­try­go­wał – męż­czy­zna kon­ty­nu­ował gło­śny wy­wód. – Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że tak na­praw­dę ob­raz ten jest ukry­tym au­to­por­tre­tem sa­me­go mi­strza. Za­raz, za­raz…

De­tek­tyw zno­wu po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, aż list­ki Wat­so­na za­drża­ły jak na chło­dzie i roz­sia­ły wo­kół sie­bie cy­try­no­wy za­pach.

Mona Lisa:

ob­raz olej­ny na­ma­lo­wa­ny przez Le­onar­da da Vin­ci na po­cząt­ku XVI wie­ku. Jest to por­tret ko­bie­ty, praw­do­po­dob­nie Lisy Ghe­rar­di­ni, żony za­moż­ne­go flo­renc­kie­go kup­ca Fran­ce­sca Gio­con­do. Hi­sto­ry­cy sztu­ki spie­ra­ją się jed­nak, kim była mo­del­ka. Za­gad­ko­wy uśmiech Mona Lisy do dziś bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją na­wet, że ob­raz jest ukry­tym au­to­por­tre­tem sa­me­go ma­la­rza.

– Może ob­raz ko­bie­ty z wa­chla­rzem rów­nież skry­wa ja­kąś ta­jem­ni­cę? – za­sta­na­wiał się pod­eks­cy­to­wa­ny. – Może nie waż­ne jest to, co wi­dać, ale to, co po­zo­sta­je nie­wi­docz­ne? Być może ten ob­raz za­wie­rał ja­kiś prze­kaz, in­for­ma­cję, któ­ra była ko­muś po­trzeb­na? – de­tek­tyw snuł śmia­łe roz­wa­ża­nia. – Mu­szę do­wie­dzieć się, czy to ma­lo­wi­dło pod­da­wa­no szcze­gó­ło­wym ba­da­niom, czy prze­świe­tla­no je albo coś w tym ro­dza­ju – Ar­cher mó­wił gło­śno do sie­bie i do swo­je­go dro­gie­go Wat­so­na. Od­sta­wił pu­sty ku­bek po ka­kao i się­gnął po małą, wy­po­le­ro­wa­ną ko­new­kę.

– Ach, mój przy­ja­cie­lu, ty dzi­siaj rów­nież jesz­cze nic nie pi­łeś – po­wie­dział z tro­ską i ob­fi­cie zro­sił ro­ślin­kę. Kie­dy na­po­ił Wat­so­na, zła­pał za te­le­fon i za­dzwo­nił do dy­rek­to­ra Bri­tish Mu­seum. Mu­siał do­wie­dzieć się, ja­kim ba­da­niom do tej pory pod­da­wa­no skra­dzio­ny ob­raz. Uśmiech ta­jem­ni­czej ja­poń­skiej ko­bie­ty nie da­wał mu spo­ko­ju.

Au­ro­ra Clark­son nie przy­pad­kiem zna­la­zła się w chiń­skiej dziel­ni­cy Chi­na­town. Tę część Lon­dy­nu na­zwa­no tak dla­te­go, że miesz­ka­ła w niej licz­na spo­łecz­ność chiń­skich emi­gran­tów. Czer­wo­ne lam­pio­ny roz­wie­szo­ne nad uli­cą, któ­rą szła Au­ro­ra, przy­da­wa­ły dziel­ni­cy jesz­cze bar­dziej eg­zo­tycz­ne­go cha­rak­te­ru.

Ko­bie­ta we­szła do jed­nej z wie­lu re­stau­ra­cy­jek. Usia­dła przy sto­li­ku i za­mó­wi­ła kawę. Po chwi­li do­siadł się do niej męż­czy­zna w nie­co za du­żym, czar­nym gar­ni­tu­rze i tle­nio­nych na żół­ty blond wło­sach. Jego azja­tyc­kie rysy twa­rzy su­ge­ro­wa­ły, że jest to Mi­na­mo­to, z któ­rym była umó­wio­na.

– Za­wio­dłaś pana Oku­ga­wę! – za­czął bez­ce­re­mo­nial­nie.

– Jak to za­wio­dłam?! – Au­ro­ra prych­nę­ła z iry­ta­cją. – Ku­pi­łam tę ko­lek­cję. Nie moja wina, że zja­wi­li się ja­cyś nin­ja i mi ją ukra­dli! Te­raz szu­ka mnie po­li­cja, chcą ze mną roz­ma­wiać! Je­stem pew­na, że to ten prze­klę­ty Jack ma­czał w tym pal­ce! – Zni­ży­ła nie­co gło­wę i do­da­ła cich­szym gło­sem: – Bar­dzo mu za­le­ża­ło na tej au­kcji. O mały włos, a by mnie prze­li­cy­to­wał. Je­stem bar­dzo cie­ka­wa, skąd miał tyle for­sy i skąd wie­dział o je­dwa­biach?

Męż­czy­zna mil­czał. Twarz miał ścią­gnię­tą, groź­ną.

– Nic mnie to nie ob­cho­dzi – ode­zwał się w koń­cu. – Mu­sisz od­zy­skać ko­lek­cję! Pan Oku­ga­wa nie wy­ba­cza błę­dów – do­dał lo­do­wa­to. Jego spoj­rze­nie mó­wi­ło, że nie żar­tu­je.

Au­ro­ra za­sta­na­wia­ła się, co sta­ło się z ma­łym pal­cem le­wej ręki jej roz­mów­cy. Naj­wy­raź­niej był ob­cię­ty. Czyż­by to była pa­miąt­ka po nie­wy­ko­na­nym za­da­niu dla pana Oku­ga­wy? Ko­bie­ta za­drża­ła. Ale jako pro­fe­sjo­na­list­ka w swo­im fa­chu, nie dała tego po so­bie po­znać. Nie da się za­stra­szyć! Od daw­na kra­dła dzie­ła sztu­ki na zle­ce­nie eks­cen­trycz­nych ko­lek­cjo­ne­rów i jesz­cze nig­dy nie zo­sta­ła zła­pa­na. Tym ra­zem za­da­nie wy­da­wa­ło się o wie­le prost­sze. Jako pod­sta­wio­na oso­ba mia­ła za pana Oku­ga­wę ku­pić na au­kcji ko­lek­cję sze­ściu ja­poń­skich ob­ra­zów. Cena nie gra­ła roli. Mia­ła po pro­stu wy­grać au­kcję, a jej zle­ce­nio­daw­ca do­ko­nał­by prze­le­wu za do­ko­na­ny za­kup. Obo­wią­zy­wa­ła ją tyl­ko jed­na klau­zu­la: nikt nie mógł po­znać na­zwi­ska pana Oku­ga­wy. Mimo to, za­da­nie wy­da­wa­ło się dzie­cin­nie pro­ste. Au­ro­ra za­sta­na­wia­ła się na­wet, gdzie w tym wszyst­kim tkwił ha­czyk. Dla­cze­go do tak pro­ste­go za­da­nia wy­na­ję­to wła­śnie ją? Zwy­kle bra­ła udział w ak­cjach typu „mis­sion im­pos­si­ble”. Po­tra­fi­ła zdo­być każ­de dzie­ło sztu­ki i obejść wszel­kie za­bez­pie­cze­nia. Te­raz zaś mia­ła je­dy­nie uda­wać po­sia­dacz­kę ol­brzy­miej for­tu­ny za­fa­scy­no­wa­ną ja­poń­ską sztu­ką z okre­su Edo. Kie­dy jed­nak do­sta­ła po­kaź­ną za­licz­kę, prze­sta­ła o tym roz­my­ślać.

Pro­ble­my za­czę­ły się do­pie­ro na sa­mej au­kcji, gdy po­ja­wił się ten okrop­ny Jack Fox. Od razu mo­gła się do­my­ślić, że wy­nik­ną z tego kło­po­ty. Ten sta­ry lis wie­dział za­pew­ne coś, o czym ona nie mia­ła po­ję­cia. Na do­da­tek dys­po­no­wał ogrom­ną go­tów­ką. Albo zno­wu zna­lazł ja­kiś skarb, albo jego rów­nież ktoś wy­na­jął – Au­ro­ra me­dy­to­wa­ła. Z całą pew­no­ścią pan Oku­ga­wa nie po­wie­dział jej wszyst­kie­go o tych ob­ra­zach.

– Po­wtórz panu Oku­ga­wie – zwró­ci­ła się do sie­dzą­ce­go przed nią Mi­na­mo­to – że od­naj­dę ko­lek­cję i mu ją do­star­czę, cho­ciaż ja już wy­wią­za­łam się ze swo­jej czę­ści umo­wy – za­strze­gła z na­ci­skiem. – Poza tym, umo­wa nie obej­mo­wa­ła wal­ki z wo­jow­ni­ka­mi nin­ja! – do­da­ła. – Ale niech wie, że Au­ro­ra Clark­son nie ma so­bie rów­nych! – rze­kła z wyż­szo­ścią, wsta­jąc od sto­li­ka. Za­pła­ci­ła kel­ne­ro­wi za kawę i skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia. – Że­gnam! – rzu­ci­ła oschle, wy­cho­dząc na gwar­ną uli­cę.

Za­ło­ży­ła swo­je ulu­bio­ne oku­la­ry sło­necz­ne mar­ki Ray-Ban i ru­szy­ła do naj­bliż­szej sta­cji me­tra.

– Wdep­nę­łam w nie­złe ba­gno – mru­cza­ła do sie­bie pod no­sem. Wie­le wska­zy­wa­ło na to, że pan Oku­ga­wa jest bos­sem ja­poń­skiej ma­fii! Że też wcze­śniej nie przy­szło jej to do gło­wy A ci nin­ja pra­cu­ją pew­nie dla kon­ku­ren­cji pana Oku­ga­wy – Jak się te­raz z tego wy­plą­tać? – Au­ro­ra za­ci­snę­ła małe pal­ce u rąk, jak­by spraw­dza­ła, czy są jesz­cze na swo­im miej­scu.

Po­tem wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki ko­mór­kę. Przez chwi­lę wa­ha­ła się. Nie zno­si­ła Jac­ka, ale chy­ba nie mia­ła wy­bo­ru. Mu­sia­ła do nie­go za­dzwo­nić i do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o tej ko­lek­cji ob­ra­zów.

Nie­gdyś z Jac­kiem Fo­xem byli bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi. Au­ro­ra wy­cią­gnę­ła go na­wet z afry­kań­skie­go wię­zie­nia. Tra­fił tam za krat­ki, gdy nie­le­gal­nie wy­do­był ła­du­nek zło­tych mo­net z wra­ku okrę­tu le­żą­ce­go na dnie mo­rza. Bo Jack był ma­ry­na­rzem, po­szu­ki­wa­czem skar­bów i awan­tur­ni­kiem w jed­nym, dość atrak­cyj­nym cie­le. Nie strasz­ni mu byli na­wet so­ma­lij­scy pi­ra­ci. Więk­szą część roku spę­dzał na mo­rzu. Au­ro­ra mu­sia­ła się z nim skon­tak­to­wać, nim zno­wu zwi­nie ma­nat­ki i gdzieś wy­pły­nie. Na­le­ża­ło scho­wać daw­ne ura­zy. Wca­le nie dla­te­go, że już o nich za­po­mnia­ła, ale dla­te­go, że od tego za­le­ża­ło jej ży­cie!

– Halo? Jack? – po­wie­dzia­ła do słu­chaw­ki, wy­braw­szy uprzed­nio wła­ści­wy nu­mer.

Od­po­wie­dzia­ło jej roz­ba­wio­ne chrząk­nię­cie.

– No pro­szę, kogo ja sły­szę – za­śmiał się miły, mę­ski głos.

– Za­mknij się! – ko­bie­ta wark­nę­ła.

– Scho­waj pa­zur­ki, Au­ro­ro. Sko­ro do mnie dzwo­nisz, mu­sisz być w nie­złych kło­po­tach – iro­ni­zo­wał głos po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki.

– Słu­chaj, mu­si­my się spo­tkać – Clark­son pu­ści­ła mimo uszu jego ko­men­tarz.

– Pro­po­nu­jesz za­wie­sze­nie bro­ni?

– Chwi­lo­we – przy­zna­ła z nie­chę­cią.

– My­śla­łem, że nie do­ży­ję tej chwi­li!

– Skończ już i da­ruj so­bie te do­cin­ki – Au­ro­ra czu­ła, że za chwi­lę pusz­czą jej ner­wy. – Mu­szę wie­dzieć, dla­cze­go bra­łeś udział w li­cy­ta­cji.

– I my­ślisz, że po tym, jak mnie po­trak­to­wa­łaś, wszyst­ko ci opo­wiem?

– To ty mnie wte­dy oszu­ka­łeś! – ko­bie­ta zri­po­sto­wa­ła, czy­niąc alu­zję do zda­rze­nia z nie­da­le­kiej prze­szło­ści.

– Nie­praw­da, to ty się ulot­ni­łaś z moim skar­bem! – ton Jac­ka za­brzmiał oskar­ży­ciel­sko.

– Prze­cież już tyle razy tłu­ma­czy­łam, że to nie by­łam ja! Albo ty mnie oszu­ka­łeś, albo ktoś mnie wro­bił!

– Mimo wszyst­ko do­brze nam się ra­zem pra­co­wa­ło i przez wzgląd na sta­re cza­sy spo­tkam się z tobą. Nie je­stem za­wist­ny – Jack rzekł ła­ska­wie. – Gdzie i o któ­rej?

– O pierw­szej, w Ken­sing­ton Gar­dens, koło po­mni­ka Pio­tru­sia Pana – Au­ro­ra po­da­ła miej­sce spo­tka­nia. – Tam nikt nie bę­dzie nam prze­szka­dzał.

– Może być. Sprawdź tyl­ko, czy nie bę­dziesz śle­dzo­na – Jack prze­strzegł.

– Ja­sne! – Clark­son od­par­ła i od­ru­cho­wo obej­rza­ła się za sie­bie za­nim wsia­dła do ko­lej­ki me­tra.

Je­śli Jack oba­wiał się szpie­gów, spra­wa mu­sia­ła być na­praw­dę bar­dzo po­waż­na.