Kronika złamanych serc - Adi Alsaid - ebook + książka

Kronika złamanych serc ebook

Adi Alsaid

0,0
34,90 zł

lub
Opis

Najnowsza książka autora Nigdy, trochę, do szaleństwa! „Kiedy takie spojrzenie widzisz u jednego osiemnastolatka, zaczynasz go żałować. Kiedy widzisz, jak wymienia się nim dwoje nastolatków, to bez względu na to, jak wielki z ciebie cynik, zaczynasz myśleć, że tylko oni naprawdę rozumieją miłość. I to, jaka powinna być szalona.” Jak żyć ze złamanym sercem? Leo zerwał z Lu latem, przed wyjazdem na studia, bo nie był gotowy na związek na odległość. Teraz dziewczyna jest zbyt rozbita, by pisać felietony do swojej rubryki w popularnym internetowym magazynie dla nastolatków. Jeśli nie odzyska twórczej energii, straci szansę na upragnioną karierę dziennikarską i… stypendium na New York University. Kiedy Lu przypadkowo podsłuchuje kłótnię nieznajomej pary, która także – jak ona i Leo – rozstaje się przed rozpoczęciem studiów w różnych częściach kraju, jej umysł zaczyna gorączkowo pracować. Śledzenie ich losów staje się dla Lu inspiracją, a przy okazji leczy jej własne złamane serce. Ale czy ta historia będzie mieć jednoznaczne zakończenie? Wzruszająca opowieść o miłości, związkach i bólu rozstania, i o tym, że czasami coś może się nie udać, ale życie i tak będzie toczyć się dalej – a wszystko to w oszałamiającym, upalnym Nowym Jorku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 365




Rozdział 1

1

POGMATWANE

W ogóle bym się tym wszystkim nie zainteresowała i uznałabym to pieprzenie głupot, gdybym w oczach zarówno Iris, jak i Cala nie zobaczyła dokładnie tego samego. Nieustannie. Kiedy Iris nuci pod nosem, idąc z nim za rękę, kiedy Cal upiera się przy zmywaniu naczyń w domu jej rodziców, kiedy ona podkreśla w książce całe akapity, a potem musi się głośno zachwycić tym, co przeczytała, a on przerywa to, co akurat robi, żeby ją wysłuchać, nawet jeśli ewidentnie nie ma pojęcia, o czym ona mówi.

Kiedy takie spojrzenie widzisz u jednego osiemnastolatka, zaczynasz go żałować. Kiedy widzisz, jak wymienia się nim dwoje, to bez względu na to, jak wielki z ciebie cynik, zaczynasz myśleć, że tylko nastolatkowie naprawdę rozumieją miłość. I to, jaka powinna być szalona.

***

Leo znowu się spóźniał.

Mój głupi, przystojny były chłopak – którego przez cały okres trwania naszego związku cechowała punktualność – nie wysłał nawet esemesa, żeby dać mi znać. Czekałam na niego w parku przy Madison Square, gdzie nawet w cieniu panował nieprzyjemny skwar, a do tego jeszcze śmierdziało śmieciami. Każda pojawiająca się w moim polu widzenia osoba to mógł być Leo, serce przyspieszało mi więc z ekscytacji, a zaraz potem doznawało rozczarowania, gdy się okazywało, że to nie on. Nie spieszył się. Cieszył się, że ode mnie odszedł. Nie miał zamiaru dać się przekonać na powrót do naszego związku.

Usłyszałam pstryk otwieranej puszki z napojem gazowanym i odwróciłam się, aby obejrzeć sobie mojego nowego współławkowicza.

Chudy, blady chłopak, okulary w modnych grubych oprawkach, na tyle przystojny, bym zapomniała o Leo i czekającym mnie długim lecie bez niego. Napił się coli i spojrzał na mnie. Z miejsca zrozumiałam, że to nie jest tylko kolejna twarz w tej bezimiennej masie ludzi, jaką w wielkim mieście widuje się co dnia. Wiedziałam, że jego twarz ze mną pozostanie, a za kilka miesięcy przypomni mi się bez żadnego konkretnego powodu; będę się tylko zastanawiała, co mogłoby się wydarzyć. Uśmiechnął się do mnie, a ja zapomniałam zarówno o tym, która godzina, jak i o fakcie, że Leo po raz drugi w tym tygodniu robi mnie w balona.

Okej, może niezupełnie zapomniałam. To wszystko kryło się na dnie mojej świadomości, tak jak przez te trzy tygodnie od początku lata, kiedy Leo odrzucił wszystko, co nas łączyło. Nie da się bez poczucia straty zostać pozbawionym miłości, gdy przez prawie rok miało się ją na wyciągnięcie ręki. Przystojna twarz, owszem, pomaga, ale niczego nie leczy.

Przed naszą ławką zatrzymała się francuska para analizująca mapę Manhattanu. Głośno ze sobą rozmawiali i zamaszyście gestykulowali, a ich wypowiedzi stanowiły zbitkę samogłosek i rezonującego francuskiego „r”. Ponownie odwróciłam głowę w prawo i nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak uniósł brwi i uśmiechnął się do mnie, wskazując przy tym na parę, której kłótnia stawała się coraz bardziej zażarta. Też próbowałam się uśmiechnąć, ale nie ręczę za to, czy rzeczywiście mi się udało. W najlepszym razie można to było uznać za skurcz mięśni.

– Rozumiesz ich? – zapytał teatralnym szeptem.

– Słucham? – Rozmowy z nieznajomymi nie należą do łatwych.

Wskazał na parę obcokrajowców.

– Coś z tego rozumiesz?

– Nie, sorki.

– Ciekawe, o co się kłócą. – Spojrzał na nich tęsknym wzrokiem, a ja pożałowałam, że nie mogę zajrzeć mu do głowy.

– Podejrzewam, że się zgubili – rzekłam, zerkając raczej na niego niż na Francuzów.

– Myślisz, że dokąd chcą trafić? Na tej mapie zaznaczono wszystkie atrakcje dla turystów. Ulice miasta tworzą siatkę prostopadłych linii, więc całkiem łatwo się po nim przemieszczać.

– Może sprzeczają się o to, w którą stronę należy trzymać mapę. Podobno we Francji trzyma się ją ukośnie. – Chłopak się zaśmiał; ten śmiech był niczym rosnący chleb, ciepły i kleisty. – Nie mam pojęcia, co to znaczy. Sorki – dodałam, uznawszy, że zaśmiał się z grzeczności. – Może szukają czegoś bardzo szczegółowego, czego nie uwzględniono na tej mapie.

– Nie przepraszaj. To było zabawne – powiedział spokojnie i nachylił się, opierając przedramiona na kolanach. Wpatrywał się we mnie. Pociągnął mały łyk coli. – Jakoś irracjonalnie mnie zaintrygowali. Czego mogą szukać?

– Bo ja wiem? Skarbów? Miejsca, w którym zrobiono zdjęcie dłubiącemu w nosie Johnowi Lennonowi? Turyści są dziwni.

Chłopak ponownie się roześmiał, a następnie wyprostował się i oparł o ławkę. Omiótł wzrokiem park, dzięki czemu mogłam przez chwilkę podziwiać jego twarz. Goń się, Leo, pomyślałam. Patrzę na przystojnego chłopaka i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Przeczesałam spojrzeniem poranny tłum w parku, mimo wszystko licząc na to, że jednak dostrzegę Leo. Promienie słońca przesączały się między liśćmi, rzucając u stóp Chłopaka z Ławki tańczące cienie. Jak zawsze byłam czujna, gotowa na małe podsłuchiwanko. To, co wpadało mi w ucho, próbowałam wykorzystać jako pisarską inspirację. Odkąd Leo mnie zostawił, nic innego się nie sprawdzało. Teraz słyszałam jedynie pochylonych nad mapą Francuzów.

– Istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo, że wykorzystują swoje zagubienie jako przykrywkę, żeby móc rozmawiać o nas – odezwał się Chłopak z Ławki.

– Zdefiniuj słowo „uzasadnione”.

– Myślisz, że to niemożliwe? – Spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie. Jak to jest, że sam kontakt wzrokowy z atrakcyjnym nieznajomym wyprawia dziwne rzeczy z moimi wnętrznościami?

Spojrzałam przed siebie, żeby się nie zdradzić.

– W sumie mogłoby tak być, ale co mieliby o nas mówić?

Natychmiast przybrał wyraźny, zupełnie nieprzekonujący francuski akcent.

– O mój Boże, Céline! Ci ludzie są niewiarygodnie atrrrakcyjni! Spójrz tylko na tego chłopca na ławce. Mon Dieu, jest tak barrrdzo przystojny, że mam ochotę wydłubać sobie oczy i zaserrrwować je w rrrestauracji jak ślimaki!

Uniosłam brwi i zachichotałam, trochę się tylko martwiąc, że siedzę obok jednej z przyprawiających o gęsią skórkę osób, które potrafią ukrywać swoje prawdziwe oblicze na tyle długo, abyś pozwoliła im się do ciebie zbliżyć.

– Nie sądziłam, że tak szybko da się obrazić Francuzów, ale myślę, że właśnie ci się udało.

Nachylił się w moją stronę. Nie uśmiechał się, aczkolwiek w jego oczach dostrzegłam błysk rozbawienia.

– Nie, ty musisz być nią. Co ona mówi?

Sama nie wiem, co mnie trzymało na tej ławce. Może miałam nadzieję, że Leo jednak się zjawi, a może po prostu dobrze się bawiłam. Oderwałam wzrok od chłopaka i uważnie przyjrzałam się Francuzce. W jednej ręce trzymała mapę; miała perfekcyjny manikiur w kolorze szafirowym. Jasne włosy opadały jej na ramiona. Lekko się krzywiąc, nieprzerwanie studiowała plan miasta.

– Przysięgam, Frrrançois – zaczęłam z równie fatalnym francuskim akcentem, przez co mój towarzysz uroczo się uśmiechnął. – Mówisz tak wszędzie, gdzie pojedziemy. Pewnego dnia sama wydłubię ci te oczy i nakarrrmię nimi miejscowych.

– Na pewno będą strrrasznie szczęśliwi – odparł ze śmiechem.

Przez chwilę przyglądaliśmy się parze i do moich rozważań znowu wślizgnął się Leo. Zaczęłam myśleć o tym, jak to było widzieć go po raz pierwszy każdego dnia. O przypływie radości wywoływanej przez samą jego obecność. O tym, jak na jego widok uśmiech sam się pojawiał na mojej twarzy. Myślałam o tym, że był to zaledwie początek przyjemności, którą w moje życie wnosił Leo: jego troskliwość, poczucie humoru, sposób, w jaki jego usta lądowały na moim karku, przez co można było odnieść wrażenie, że to przycisk rozkoszy, o którym wiedział tylko on i gotowy był wciskać go raz za razem. To wszystko znikło z mojego życia trzy tygodnie temu. Wyglądało na to, że już nigdy nie wróci.

– Może powinnśmy do nich podejść i poudawać Francuzów? – zapytał Chłopak z Ławki, nachylając się lekko w moją stronę.

– Zdecydowanie. Daj mi tylko chwilę, żebym się przetransformowała w zupełnie inną osobę, z talentem aktorskim i pewnością siebie pozwalającą publicznie robić z siebie idiotkę.

– Czy mogę w jakiś sposób skomplementować pewność siebie, dzięki której już udawałaś ze mną Francuzkę, nie sugerując przy tym, że zrobiłaś z siebie idiotkę?

– Cóż, nie, jeśli ujmujesz to w taki sposób, koleś.

Chłopak parsknął śmiechem i zbliżył puszkę do ust, nie napił się jednak, lecz zachichotał raz jeszcze, po czym ją odstawił.

– Mam nadzieję, że nie zniechęciłem cię do publicznego prezentowania udawanego akcentu. Ludzkość wiele by straciła, gdybyś już nigdy nie powiedziała: „nakarrrmię nimi miejscowych”.

– No coś ty. To moje powiedzonko i nie zamierzam pozwolić, aby pozbawił mnie go jakiś nieznajomy.

– To świetnie – odparł. – Wiesz, zastanawiam się, w jakich jeszcze sytuacjach przydaje się to twoje powiedzonko.

– Jeśli raz jeszcze je skrrrytykujesz… – Ponownie przybrałam fatalny francuski akcent. – Nakarrrmię tobą miejscowych!

Chłopak po raz kolejny zaniósł się śmiechem, głośno i szczerze, a mnie aż się zachciało rzeczywiście przyswoić sobie to zdanie i sprawdzić, ile razy w ciągu dnia mogę je przywołać w rozmowie.

Miał taką minę, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale w tym momencie między parą Francuzów doszło do kolejnej gorączkowej wymiany zdań; oboje pokazywali coś wściekle na mapie.

Chłopak z Ławki wstał i podszedł do nich. Cicho wypowiedział francuskie pardon, po czym wskazał na plan miasta i zapytał: „Mogę w czymś pomóc?”. Stał z nimi przez kilka minut, głównie gestykulując i wydając pojednawcze dźwięki, gdy tymczasem Francuzi nadal spierali się w swoim języku. W końcu grzecznie i z uśmiechem podziękowali, po czym się oddalili. A on ponownie usiadł obok mnie.

– Fajnie się zachowałeś – stwierdziłam.

– To było zaskakująco proste. – Uśmiechnął się promiennie. – Krzepiące. – Uniósł puszkę z colą i znieruchomiał, jakby w jego głowie pojawiła się myśl, której nie powinno zakłócać coś tak przyziemnego jak pragnienie. – Chyba zacznę to robić częściej.

– Pomagać turystom w odnajdywaniu skarbów? Ćwiczyć ten okropny francuski akcent?

Zachichotał, co było miłe z jego strony, bo przecież rzuciłam kolejny niemądry żart.

– Nie. Po prostu… pomagać ludziom. Fajne to było. – Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczałam. – Robię to rzadziej, niż mam ochotę. Chyba tak jak wszyscy. Ale właśnie podjąłem decyzję, siedząc z tobą na tej ławce, że będę to robić częściej. Pomagać innym.

– Eee, okej. – Miałam przemożną ochotę wyjąć telefon i zapisać to słowo w słowo w aplikacji do sporządzania notatek.

– Sorki, jeśli to dziwnie zabrzmiało. Mam dziwny nastrój. I to dziwna pora.

– Czy ja wiem, dopiero co udawaliśmy, że jesteśmy parą Francuzów serwującą twoje oczy, jakby to były ślimaki – oświadczyłam. – Co w tym dziwnego?

Uśmiechnął się i pociągnął łyk coli.

– Wyobraź sobie, że dwa ostatnie lata spędziłaś w niepokonanej dwuosobowej drużynie paintballowej. Podekscytowana kolejnymi wygranymi, skopywaniem tak wielu tyłków, że masz wrażenie, że wygrywasz z życiem. Każdego dnia doświadczasz tego dreszczyku. Aż do teraz. Chyba przegramy.

Przygryzłam wargę i ukradkiem zerknęłam na jego twarz.

– Dziwne.

– Très dziwne – odparł z kolejnym cierpkim uśmiechem.

Sądziłam, że może wrócimy do naszej błyskotliwej wymiany zdań, dzięki której mój wcześniejszy smutek nieco zelżał, ale Chłopak z Ławki odwrócił wzrok, pogrążony we własnych myślach.

Sprawdziłam w telefonie godzinę. Leo nie przyjdzie. Nie poczuję tej musującej radości na jego widok. Byłam dojmująco świadoma obecności siedzącego obok mnie chłopaka, a także odgłosów parku, nieustannego szumu ruchu ulicznego, odbijanej gdzieś niedaleko piłki. Na trawie po mojej lewej stronie pod drzewem przycupnęła wiewiórka. Najmocniej odczuwałam jednak ból w moim wnętrzu. Tak bardzo pragnęłam się go pozbyć, a jednocześnie w nim utonąć. Nienawidziłam Leo i jednocześnie potwornie za nim tęskniłam, a te dwa uczucia nie istniały niezależnie od siebie, lecz splątały się niczym wilgotna od potu pościel.

Chłopak wyprostował się i jęknął, unosząc głowę ku przepięknemu, błękitnemu niebu, z którego lał się idiotyczny żar. Oczy miał zamknięte, jakby odmawiał przyjęcia do wiadomości, jaka jest pogoda.

– Strasznie dziwna jest ta sprawa, którą się zajmujemy – odezwał się, nie patrząc na mnie.

– Co? Pomaganie francuskim turystom?

– Miłość – odparł po prostu, jakby nieznajomi na okrągło poruszali ze sobą takie tematy.

Minęło kilka chwil. Chłopak otworzył oczy, pociągnął jeszcze jeden łyk coli, po czym wstał i wyrzucił puszkę do pobliskiego kosza. Wrócił, wytarł okulary w brzeg koszulki i spojrzał na mnie, mrużąc przy tym oczy, bo słońce świeciło mu w twarz. A potem przeprosił, podziękował i zostawił mnie na ławce. Samą.

***

Później ja i mój przyjaciel Pete, zanim ruszyliśmy do pracy w pobliskim kinie, spotkaliśmy się w naszej ulubionej księgarni o nazwie Wątek.

– Chyba powinnaś przestać próbować się z nim spotkać – stwierdził Pete, przerzucając kartki powieści graficznej.

Pete rzadko się odzywa, ale kiedy już to robi, jego słowa są absolutnie szczere i całkowicie nietaktowne. Chyba bardziej cenię sobie szczerość niż takt, bo kiedy dwa lata temu poznaliśmy się w kinie, od razu przykleiłam się do niego i od tamtehj pory się go trzymam.

– Szkoda, że się nie zjawił, kiedy rozmawiałam z tamtym chłopakiem – powiedziałam. – Chciałam, żeby poczuł zazdrość. Wiem, że to chore. Ale tak to już jest z miłością i tym, czego ona chce. – Wzięłam do ręki jakąś książkę w twardej oprawie, przeczytałam pierwszy wers i odłożyłam. – Nie mogę uwierzyć, że nie przyszedł.

– Odpuść sobie to niedowierzanie, Lu. Jeśli dobrze liczę, to już czwarty raz.

Westchnęłam. Pete miał pewnie dosyć słuchania o Leo. Byłam to w stanie zrozumieć. Ja miałam dosyć myślenia o nim. Zdjęłam z półki kilka nowości, przekartkowałam je z roztargnieniem, przesunęłam palcami po okładkach i zerknęłam na pozostałych klientów.

– Pete?

– Tak?

– Jak myślisz, czemu Leo mnie zostawił?

Na chwilę przerwał czytanie. Odgarnął z oczu czarne włosy i zamknął książkę, wsunąwszy w nią uprzednio palec, żeby wiedzieć, na czym skończył. Spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi źrenicami. Mam wrażenie, że samym spojrzeniem mógłby zmuszać ludzi, aby robili to, co chce.

– Wiemy, czemu cię zostawił – odparł z lekkim irlandzkim akcentem. – Nie kochał cię równie mocno jak ty jego. – Ponownie skupił się na komiksie. – Skończę teraz czytać. Do zobaczenia w pracy.

Westchnęłam i zeszłam na dół. Pomachała do mnie Starla, nasza ulubiona księgarka. Miała trzydzieści kilka lat oraz tatuaże i nigdy nie traktowała nas jak „cholernych nastolatków”, przewracając przy tym oczami, co często czyniło wielu dorosłych. Odmachałam jej. Chętnie bym z nią pogadała, bo nie musiałam się spieszyć do pracy, ale obsługiwała właśnie klienta, pokręciłam się więc jedynie po parterze, próbując podsłuchiwać rozmowy obecnych tam osób.

Biurowe dramaty, pogawędki przez telefon, licealne plotki. Kiedy wydarzyło się to wszystko między mną i Leo, a później wyschły moje własne słowa, podsłuchiwanie stało się moim nałogiem.

Dawniej raz w tygodniu pisałam felieton, a niemal codziennie publikowałam coś na swoim blogu, pisałam dziennik, notowałam tematy na powieść, czasem jakiś wiersz i – częściej niż byłam skłonna przyznać – wstukiwałam do aplikacji w telefonie przeróżne koncepcje, na przykład na to, jak poradzić sobie ze wszystkimi bolączkami świata, albo pomysły na seriale animowane.

Od czasu rozstania nie byłam w stanie napisać ani słowa, co, oględnie mówiąc, nie cieszyło mojej redaktorki naczelnej. Już od roku byłam felietonistką „Błędnej Nazwy”, jednego z najpopularniejszych internetowych magazynów dla nastolatków. Dzień, w którym Hafsah zadzwoniła do mnie z informacją, że zostałam zatrudniona jako felietonistka działu „Miłość i randki”, był prawdopodobnie najszczęśliwszym w moim życiu. Od zawsze żywiłam przekonanie, że dopóki nikt mnie nie czyta, nie jestem pisarką. I nagle świat zadzwonił i oświadczył: „Okej, działamy razem. I wiesz co? Jesteś tym kimś, za kogo zawsze się uważałaś”.

Teraz, zamiast pisać, podsłuchiwałam. Nie wysłałam Hafsah niczego od rozstania, które miało miejsce przed trzema tygodniami, i nawet w jej e-mailach wyczuwałam, że ze zniecierpliwieniem mruży oczy i bębni wypielęgnowanymi paznokciami o blat biurka.

Nie wiem, czemu przerzuciłam się na podsłuchiwanie. Czasem czułam się jak kronikarka życia, miasta, więzi międzyludzkich. Kiedy indziej miałam wrażenie, że jestem uzależniona od opowieści i że daję normalnym ludziom szansę na zaprezentowanie swojej, choćby szczątkowej historii, nawet jeśli to tylko kilka słów w notatniku, które nigdy nie trafią do szerszego odbiorcy.

Najpewniej to wszystko bzdura. Miałam po prostu blokadę twórczą i kradłam innym słowa. Albo byłam zwyczajnie wścibska.

Przeczesałam wzrokiem tłum w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Facet w średnim wieku męczący pracownika księgarni o książki z żółtymi okładkami. Dwie kobiety w dziale poradników rozmawiające o aurach. Kilka pojedynczych osób z nic niezdradzającym wzrokiem utkwionym w półkach.

Wtedy ją dostrzegłam. Ładna latynoska, dwie idealne strużki tuszu spływające po policzkach ku czerwonym, pięknie wykrojonym ustom. Rozmawiała przez telefon obok regału oznaczonego jako „Thrillery W–Z”. Gdyby nie łzy, możliwe, że wyglądałaby starzej, ale głęboko współodczuwałam ten widoczny na jej twarzy smutek. Nastoletnie cierpienie. Przemknęłam do alejki tuż za nią, zdjęłam z półki przypadkową książkę i zerkałam przez szparę w regale, wytężając przy tym słuch.

– Nie wiem, co mam robić, okej? – Otarła policzek wierzchem dłoni. Wyjęłam z torby notatnik, który zawsze miałam przy sobie na taką właśnie okoliczność, i nagryzmoliłam na czystej kartce jej słowa, myśląc o tym, jak ich później użyję na swoim blogu, i o historii, którą mogę z nich wysnuć. Dziewczyna zacisnęła dłoń na materiale swojej sukienki, jakby to on ponosił odpowiedzialność za łzy. – Nie. Nie. Nie wiem, jak mu to powiedzieć. – Zbliżyła palec do ust i przygryzła paznokieć z poodpryskiwanym czerwonym lakierem. – No wiem, że muszę.

Wstrzymałam oddech, pragnąc, aby powiedziała coś jeszcze. Potrzebując tego.

– Muszę kończyć. Tak. Właśnie przyszedł. – Pociągnęła nosem i raz jeszcze przejechała wierzchem dłoni po policzkach, rozmazując tusz aż do skroni. – Okej, pa.

Obserwowałam, jak chowa telefon do kieszeni sukienki. Westchnęła i ze wzrokiem wbitym przed siebie próbowała jakoś się ogarnąć. Nie chciałam tracić jej z oczu, pragnęłam nią nasiąknąć, opisać ją całą, bo wyglądała dokładnie tak, jak ja się czułam. A potem obserwowałam, jak przechodzi przez księgarnię w stronę wejścia, na spotkanie z chłopakiem, z którym rozmawiałam na ławce.

Rozdział 2

2

WSZYSTKO SIĘ ZMIENIŁO

Chłopak z Ławki i Płacząca Dziewczyna wyszli razem z księgarni, a ja popędziłam za nimi, mało nie przewracając po drodze stojaka z nowościami. Chodnik był zatłoczony, a przez Broadway przejeżdżał wyjący głośno wóz strażacki. Przez chwilę rozglądałam się na wszystkie strony, martwiąc się, że rozpłynęli się w powietrzu.

Ale życie to nie film szpiegowski – znajdowali się zaledwie kilka metrów dalej, oddalając się od kina, w którym za dziesięć minut zaczynała się moja zmiana. Pewnie powinnam wzruszyć ramionami, westchnąć i pożałować, że ominęła mnie ich rozmowa, a potem pójść do pracy. Zamiast tego ruszyłam w ślad za nimi.

Podsłuchiwanie rzadko okazuje się interesujące, a skoro tym razem natrafiłam na potencjalnie ciekawy temat, to oczywiste, że nie chciałam odpuszczać.

Napisałam do Pete’a, że się spóźnię i żeby mnie zastąpił, a potem otworzyłam notes i strzygąc uszami, zbliżyłam się do pary, gotowa na podsłuchiwanie. Dzieliło nas tylko kilka kroków, miałam jednak pewność, że zatłoczone nowojorskie chodniki zapewnią mi anonimowość. Nawet gdyby się odwrócili, byłabym po prostu jedną z milionów osób, które każdego dnia przemieszczają się po Nowym Jorku.

Przecięli Trzynastą, wprawnie manewrując między przechodniami. Minęła mnie kobieta w zielonym T-shircie z wielkimi słuchawkami na uszach, a kilka kroków za sobą słyszałam rozmawiającą przez komórkę dziewczynę, zdecydowanie zbyt często używającą słowa „dosłownie”. Słychać było nieustanny szum samochodów na jezdni, kroki na chodniku, głosy tłumów.

Chłopak z Ławki i Płacząca Dziewczyna nie rozmawiali ze sobą. On miał ręce wciśnięte do kieszeni, ona skubała skraj sukienki. Szli powoli, a ja czekałam niecierpliwie, aż w końcu zaczną mówić. Myślałam o tym, co ten chłopak powiedział do mnie na ławce – o tym, że należy do dwuosobowej niezwyciężonej drużyny paintballowej. Wtedy brzmiało to z lekka niedorzecznie, teraz jednak, kiedy obserwowałam mowę ich ciał i dystans między nimi, rozumiałam nieco więcej.

– Posłuchaj, Cal – odezwała się w końcu dziewczyna, na tyle głośno, abym to usłyszała ponad dźwiękiem klaksonów. Ręce opuściła wzdłuż tułowia i znowu zacisnęła je na skraju sukienki.

– Co, Iris?

– Nie wiem.

– Chyba wiesz – odparł Cal, a jego głos przypominał pękające szkło.

Ponownie wytarła oczy i wzięła głęboki oddech. Naszykowałam długopis.

– Tak myślałam i… chyba nie dam rady być z tobą na odległość. Cztery lata dotykania się tylko podczas wakacji? Cztery lata zastanawiania się, gdzie się podziewam, skoro nie odpisałam ci od razu na esemesa? Cztery lata, podczas których nasze życie będzie biec w różnych kierunkach?

Te słowa niemal mnie zmroziły. Leo powiedział mi prawie dokładnie to samo. Po miesiącach rosnącej zażyłości, czasem falowo, czasem skokowo (jak tego pierwszego dnia, kiedy spędziliśmy razem całe dwadzieścia cztery godziny: w metrze, jedząc pizzę, oglądając film, śpiąc, rozmawiając), a czasem po kilka centymetrów (krótkie trzymanie się za rękę, jedno wyznanie) – po miesiącach cieszenia się sobą nawzajem i robienia planów na przyszłość Leo spojrzał mi w oczy i oświadczył, że według niego nasza miłość nie przetrwa czterech lat rozłąki.

Ręce mi się trzęsły i próbowałam zapisać w notesie tę scenę, jednocześnie zachowując odpowiednią odległość.

– Miłość – rzucił Cal. – Łączy nas miłość. Co jeszcze się liczy?

Dziewczyna znowu płakała. Światło odbijało się od jej mokrych policzków. Klakson przejeżdżającej taksówki zagłuszył to, co powiedziała, a ja podeszłam nieco bliżej, niemal depcząc im po piętach. Szli w tak żółwim tempie, że musiałam się skoncentrować na swoich krokach, aby na nich nie wpaść.

– Mamy osiemnaście lat. To oczywiste, że według nas coś takiego może trwać wiecznie. Ale to nie takie proste.

– Nieprawda, Iris. Ani razu nie powiedziałem, że tak właśnie będzie.

– Ale tak nas postrzegasz. Jakbyśmy byli największymi kochankami swoich czasów. Jakbyśmy potrafili przezwyciężyć to wszystko, na czym inni się rozkładają. Jakbyśmy byli inni.

Dotarliśmy do Union Square i zatrzymaliśmy się na światłach. Ruch był raczej nieduży i spokojnie przeszliby na drugą stronę, ale w ogóle się na tym nie skupiali.

– Ty wcześniej też tak nas postrzegałaś – rzekł Cal.

Poczułam się prawie rozdarta. W jego głosie słyszałam to wszystko, co czułam do Leo. Ale Iris bez namysłu skontrowała:

– Owszem, ale wszystko się zmieniło, Cal. Trzeba adaptować się do świata, do życia.

– A więc teraz karzesz mnie za to, że jestem romantykiem?

Iris jęknęła i z frustracją uniosła ręce. Ktoś wyminął mnie, lawirując między naszą trójką i wyzywając nas pod nosem od idiotów. Oni nawet tego nie zauważyli.

Najpewniej byłam już spóźniona do pracy, ale nie potrafiłam zawrócić. Nasłuchiwałam i robiłam notatki.

– Nie karzę cię. Mówię jedynie, że istnieje różnica między naszym związkiem w teorii a tym, co się dzieje, kiedy stajemy twarzą w twarz z rzeczywistością. Ty chcesz zostać tutaj. Ja chcę jechać do Kalifornii. Jadę do Kalifornii.

– Czyli to będzie związek na odległość! – wykrzyknął Cal. – Sądziłem, że taki właśnie jest plan.

Trzy tygodnie temu to samo powiedziałam do Leo, tyle że ze łzami w oczach. W oparciu o własne doświadczenie potrafiłam sobie wyobrazić dalszy przebieg ich rozstania. Szok po usłyszeniu tych słów. Następująca po nich cisza. Ucieczka osoby porzuconej.

Z podsłuchiwanych rozmów najczęściej wyłuskiwałam dramaty, które stanowią kanwę dobrych historii. Teraz jednak bałam się tego, co miało za chwilę nastąpić – że zrobią to samo co Leo i ja.

– Nie – odparła Iris po prostu.

Światło zmieniło się na zielone i otoczył nas tłum ludzi. Trącali nas i poszturchiwali ze wszystkich stron, równie nieświadomi toczącej się gry, jak Cal i Iris - ich obecności.

Wszystko toczyło się dokładnie tak, jak tego nie chciałam. Cal wyjął telefon, według mnie po to, aby się nie rozpłakać. Następnie zapadła cisza, która zapewne miała wybrzmiewać między nimi dwojgiem, ale ja również się w nią włączyłam, tak że odgłosy miasta stały się przytłumione, jakbym fizycznie oddzieliła się od świata. Iris zerknęła na Cala, zatroskana, jakby wiedziała, że go załamała.

Następnie Cal włożył ręce do kieszeni i odwrócił się. Kiedy zaczął się oddalać, szturchnął mnie ramieniem i wymamrotał „przepraszam”. W jego oczach nie pojawił się błysk rozpoznania.

Iris także się odwróciła i patrzyła, jak Cal odchodzi. Nie od razu za nim zawołała, a jedynie obserwowała go z napływającymi do oczu łzami. Uświadomiłam sobie, że światło jest nadal zielone i tylko ja stoję obok nich – jak na szpiega zachowanie kompletnie amatorskie. Choć pragnęłam zostać, część mojego umysłu odpowiedzialna za odczuwanie niezręczności towarzyskich bzyczała jak szalona, poszłam więc w stronę Union Square. Opisałam wszystko, co się wydarzyło: wyraz twarzy Cala, kiedy odchodził, milczenie Iris. Po raz pierwszy od tygodni miałam ochotę użyć własnych słów. Ale uciekały przede mną i jedyne, co mogłam zanotować, to to rozpaczliwe déjà vu wydarzenia, od którego przecież zaczęła się moja blokada twórcza.

Zastanawiałam się, ilu nastolatków doświadcza czegoś takiego każdego lata, ile razy wraz z końcem kolejnego roku szkolnego powtarza się ta rozmowa. Myślałam o tym, ile par daje sobie z tym radę, nie tylko w kontekście długofalowym, ale podczas samego dialogu. Jak wiele osób potrafi manewrować między ukrytymi minami lądowymi i niewidzialnymi ścianami, by bez szwanku przejść na drugą stronę?

Kiedy dotarłam do parku, zawróciłam, żeby pójść do pracy. Na rogu ulicy, na którym wcześniej staliśmy, coś zwróciło moją uwagę. Na ziemi, tam, gdzie stał Cal. To był portfel, tani, plastikowy, podobny do kartek z opisami procedur bezpieczeństwa, jakie umieszcza się na oparciach foteli w samolotach. Schyliłam się i podniosłam go, zaskoczona, że nie zauważył go nikt inny. No ale w sumie wyglądał trochę jak wyrzucone przez kogoś śmieci.

Zanim go otworzyłam, wiedziałam, że należy do niego.

***

– Pete?

– Tak?

– Myślisz, że się rozstali?

– Jezu, Lu. Czy to będzie od tej chwili pytanie przewodnie twojego życia?

– Wolałbyś, abym wróciła do „czemu Leo mnie zostawił”?

Siedzieliśmy w kasie biletowej, zalogowani do stojących obok siebie komputerów. To było nasze ulubione miejsce pracy, bo widać z niego ulicę i można obserwować innych ludzi. Ale akurat w tej chwili miałam to gdzieś. Przeglądałam zawartość portfela Cala. Legitymacja szkolna (jakieś prywatne liceum na Brooklynie), podniszczona karta do metra, paragon za kolację w hinduskiej restauracji sprzed niemal dwóch lat. Karteczka samoprzylepna, a na niej słowa zapisane starannym kanciastym pismem: „Lubię Cię. Nawet bardzo”.

I co najważniejsze, częściowo wypełniony kupon na loterię z YMCA. Na nim widniało imię i nazwisko Iris, jej adres zamieszkania, numer telefonu i adres e-mailowy.

– To kwestia dyskusyjna. – Pete westchnął. – W co się dzisiaj pobawimy? Wolisz „Co byś zrobił z takim dziwadłem?”, „Liczenie pieprzyków” czy „Bzyknąłbym się z tą osobą”?

– Ty nigdy nie chcesz się z nikim bzyknąć – oświadczyłam, obracając bilet w dłoniach.

Pete odchylił się na krześle i skupił na przechodzących obok kina ludziach. Była to typowa zbieranina mieszkańców Lower East Side w dzień powszedni przed południem: młodzi pracownicy korporacji wybierający się na wczesny lunch, studenci Uniwersytetu Nowojorskiego, którzy zostali w mieście na wakacje, grupa trudnych do zakwalifikowania osób, które znaleźć można na każdym rogu ulicy w Nowym Jorku i których całe życie jest zagadką. Zerkałam, czy chodnikiem nie idą Cal i Iris; odczuwałam dziwne pragnienie ponownego obejrzenia ich rozstania, nawet jeśli miałabym wtedy wrażenie, że oglądam własne.

– Możemy się pobawić w „Z tą osobą mogę się poprzytulać” – zaproponował Pete. – Zaklepuję sobie Alice.

– Nie możesz zaklepywać Alice. Dzielimy się nią. – Alice była uroczą staruszką przychodzącą raz w tygodniu do kina. Zawsze z czekoladowymi drażetkami i termosem. Byliśmy pewni, że skrywa się w nim czysta whiskey. – Ale nie jestem jeszcze gotowa na zmianę tematu. Chcę rozmawiać o tej parze. Chcę wiedzieć, czy nadal są razem.

Pete zerknął na mnie z ukosa.

– To oczywiste, że się rozstali.

– Nie wiesz tego – zaprotestowałam, chociaż nie miałam pojęcia, dlaczego. Przecież niemal na pewno ze sobą zerwali.

Pete skupił się na dwóch młodych facetach, którzy podeszli do jego okienka. Spojrzałam na swój telefon. Codziennie kilkadziesiąt razy sprawdzałam wyświetlacz z nadzieją na zobaczenie na nim imienia Leo, przeprosin, błagania o pojednanie czy choćby zwykłego „cześć”. Po prostu, bez wielkiej litery, znaków przestankowych, niczego. Elektroniczne minimum, tylko tego pragnęłam. Czegoś w tym stylu:

LEO

cześć

Nawet nie przeprosił za to, że rano mnie wystawił. Obok telefonu leżał notatnik, otwarty na tym, co dzisiaj zapisałam. Kłótnia Cala i Iris. Gdyby usunąć ich imiona i kilka innych szczegółów, mogłoby to być o mnie i o Leo.

Oczami wyobraźni ujrzałam swój wieczór po pracy: mój młodszy brat Jase grający na kanapie w gry wideo i jego okrzyki rozbrzmiewające w naszym małym mieszkaniu. Mama będzie gotować coś włoskiego. Ja będę siedzieć z laptopem na kolanach, zapisywać to, co podsłuchałam, nie potrafiąc dodać niczego od siebie. Będę sprawdzać, czy w moich powiadomieniach nie pojawi się imię Leo. Pogrzebię trochę w necie, szukając czegoś, co poprawi mi nastrój.

Przeczytałam kilka ostatnich wersów w notesie. „Nie” wypowiedziane przez Iris. Odejście Cala.

Pete wydał klientom resztę, po czym spojrzał na mnie. Dostrzegłam coś w jego oczach. Współczucie, troskę czy frustrację? Licho wie.

– Co ci chodzi po głowie, Lu?

Schowałam do portfela Cala jego rzeczy.

– Muszę wiedzieć… – urwałam.

Przed moim okienkiem pojawił się mężczyzna. Na oko czterdziestokilkuletni, ubrany w welurowy dres, z plamą w kolorze musztardowym na koszulce. Patrzył ponad moją głową na wyświetlacz z tytułami i godzinami. Uśmiechnęłam się grzecznie – tak jak powinnam – i pokazałam Pete’owi, aby dodał gościa do naszego rejestru dresów, jakie widzieliśmy od początku pracy (na razie 543). Facet kupił jeden bilet na popołudniowy seans Wybuchających bzdur czy czegoś w tym rodzaju.

Pete nie odrywał ode mnie wzroku. Jego przenikliwe spojrzenie wwiercało się we mnie. Miałam wrażenie, że przyjaciel zna wszystkie moje myśli.

– Pewnie powinnam zwrócić ten portfel – stwierdziłam, wskazując na przedmiot. – Jest tu jej adres. Mogłabym go jej zanieść.

Pete jest trochę jak mój stary mądry wujek. Zadaje przenikliwe pytania i udziela przenikliwych odpowiedzi. Jest jak Bilbo Baggins. Chwila, czy Bilbo Baggins to ten stary mądry wujek? Czy ma brodę, którą gładzi przed wypowiedzeniem okrągłych zdań? Nie czytałam tych książek, ale wyobrażam go sobie jako brodacza.

Niestety Pete nie ma absolutnie żadnego zarostu. Jest także zażartym przeciwnikiem gestykulowania, więc nawet gdyby miał długą białą brodę, najpewniej i tak by jej nie gładził.

Czekałam, aż rozpocznie swoją przemowę, wnikliwą i logiczną. Szczerą i pozbawioną taktu.

– Tak – odezwał się po długiej chwili. – Byłoby to miłe z twojej strony.

Kronika złamanych serc

KRONIKA ZŁAMANYCH SERC

Koniec z zadurzeniami

Tekst: Lu Charles 5 września

Po raz pierwszy w życiu udało mi się wyjść uniknąć ciężaru niespełnionego zadurzenia. Mało tego, uciekłam, triumfując. Jestem pewna, że ktoś mądrzejszy ode mnie upoetycznił już wątpliwy dobór słów określających romantyczne stosunki z inną osobą, daruję więc sobie dłuższą przemowę.

Najważniejsze, że to już za mną. Związki, randki, pocałunki, to wszystko jest prawdziwe i istnieje w naszym świecie. Mogę to potwierdzić. Drzwi się uchyliły i wpuszczono mnie do środka. Wiem, że od kilku miesięcy piszę o wyżej wymienionych sprawach dość autorytatywnie, ale przecież nie chcecie ode mnie porad, prawda? A przynajmniej taką mam nadzieję. Opierałam się głównie na zeznaniach i mądrości innych. Koniec z tym.

Oczywiście główne pytanie brzmi: „Jak?”. Nie licząc „Co my tu robimy?” i „Dlaczego w gofrze jest zawsze parzysta liczba wgłębień?”. Prawda jest taka, że nie do końca mam pewność, jak do tego doszło. Moje wspomnienia dotyczące transformacji spowija tajemnica. Zdałabym wam relację z wydarzeń, ale już spróbowałam i natychmiast wykasowałam, bo okazała się sztampowa i nieciekawa.

Wszystkie moje dotychczasowe zadurzenia kończyły się rozczarowaniem. Niezupełnie odrzuceniem, bo nigdy nie odważyłam się zrobić kolejnego kroku. Głównie rozczarowaniem sobą. Czasem też drugą osobą, która okazała się niewarta mojego zainteresowania. Często byłam rozczarowana tym, w jaki sposób miłość odmówiła wkroczenia do mojego życia (bez względu na to, co robiłam, aby poczuła się mile widziana). Sądziłam już, że może wielkie, głębokie uczucia są nie dla mnie, przynajmniej na tym etapie życia. Może mam jedynie opisywać to, czego doświadczają inni, i postrzegać świat przez pryzmat ich przeżyć. Przeznaczenie nie do końca idealne, ale mogło być gorzej.

Dziwnie znajdować się teraz po tej stronie. Po trzech tygodniach tendencji wzrostowej regularnie się z kimś spotykam. Regularnie się z kimś całuję. Pisujemy do siebie wieczorami bez zadawania sobie pytań o to, czy coś się wydarzy, czy też nie.

Wcale nie chcę się chełpić, drodzy czytelnicy. Chcę się zachwycać. Otrzymałam coś, o czym marzyłam. Nie jest to jedyna rzecz, której pragnęłam; niejedyna tego warta. Ale sprawia mi radość. A to nie byle co.

Kto wie, na jak długo została mi dana; jak długo będą mnie omijać nieodwzajemnione zadurzenia. Wkraczam na nowe terytorium i wcale nie mam pewności, czy sobie na nim poradzę.

Myślę, że sama też nie byłam mistrzynią zadurzeń. Lubiłam to, jak rzucały na mnie swój czar, a potem mijały niczym burza lub brzydki zapach. Ale jeśli zadurzenie ma prowadzić do związku (albo pocałunku, albo seksu, albo jeszcze czegoś innego), to zawodziłam innych tak samo, jak oni zawodzili mnie.

Aż do teraz. Pytam więc tych z was, których wpuszczono do środka: co mogę zrobić, aby lepiej mi szło na tym nowym przerażającym, cudownym terytorium? A tym, którzy nadal nie są pewni, czy prawdziwi ludzie całują się i w ogóle, obiecuję, że zrobię, co w mojej mocy, aby opisać swoje doświadczenia. Razem wyruszamy w tę podróż.

Rozdział 3

3

CO POSZŁO NIE TAK

Kiedy tego wieczoru wróciłam do domu, okazało się, że czeka na mnie e-mail od Hafsah.

Mama rozmawiała przez telefon po tagalsku, pewnie z babcią, na którą mówimy Lola. Jase siedział na kanapie i zgodnie z moimi przewidywaniami grał w gry wideo, co i rusz wyszczekując do zestawu słuchawkowego obraźliwe słowa. Można było odnieść wrażenie, że w każdym kącie mieszkania dochodzi do eksplozji. Uznałam, że pójdę do swojego pokoju, włączę głośną muzykę i spróbuję coś napisać.

Ale kiedy przechodziłam przez salon, mama zawołała, żebym zjadła kolację. Czuć było bazylię. Mama gotuje tylko włoskie dania. Codziennie. Nie jesteśmy Włochami, lecz Filipińczykami. Ale jak serce czegoś pragnie, to nie ma rady, nawet jeśli to spaghetti bolognese pięć razy w tygodniu.

Z talerzem odgrzanego makaronu usiadłam obok Jase’a i przyglądałam się, jak zabija z broni maszynowej animowanych, całkiem sympatycznie wyglądających ludzi. Obok leżał mój notes, ale wiedziałam, że wszelkie próby wzięcia go do ręki zaowocowałyby tyradą matki o tym, że nie pozwoli swojemu dziecku umrzeć z głodu, odłożyłam więc długopis i dokończyłam jedzenie.

– Jak ci minął dzień, Jase?

– Ekstra – odparł, po czym nazwał swojego kolegę bęcwałem.

– Cały dzień grałeś, co?

– Kocham lato. – Walnął w konsolę i wykrzyknął coś niezrozumiałego, ale ewidentnie obraźliwego.

– Nie jesteś wystarczająco duży, żeby iść do pracy? – zapytałam między kęsami makaronu. – Powinieneś sklecić sobie jakieś CV, serio. Masz prawie czternaście lat. Wydaje mi się, że przepisy dotyczące pracy dzieci się zmieniają. Pomoże to gospodarce. Poza tym jesteś jedynym facetem w tym domu. Patriarchat nie każe ci się wstydzić, że nie jesteś żywicielem rodziny, tak jak mama i ja?

Jase spojrzał na mnie zdziwiony, po czym wrócił do wirtualnego mordowania.

– Moja siostra jest dziwna – mruknął do mikrofonu.

Wciągałam spaghetti i wsłuchiwałam się w otaczającą mnie kakofonię. Mama znowu narzekała, że tata tyle podróżuje i nie zabiera nas do siebie co drugi weekend, tak jak było ustalone. W pobliskim pubie panował niezły ruch i głosy dolatywały przez okno, przebijając się nawet przez eksplozje w grze wideo. Słysząc beztrosko śmiejących się ludzi, nagle poczułam się samotna.

Kiedy skończyłam jeść, poszłam do swojego pokoju i razem z laptopem i notatnikiem położyłam się na łóżku. Mój tandetny wentylator poruszał kartkami. Zobaczyłam pierwszy wers e-maila od Hafsah: Słuchaj, Lu, przykro mi, ale jeśli wkrótce czegoś…

Otworzyłam Facebooka. Obok mnie leżał portfel Cala i z głupia frant w pasku wyszukiwarki wpisałam jego imię i nazwisko. Pojawiło się kilkanaście wyników, z czego większość stanowiły konta prywatne ze zdjęciami profilowymi, które zupełnie go nie przypominały albo były zbyt niejednoznaczne.

Obok notatnika leżały karteczka samoprzylepna i paragon z portfela, jakby były dowodem, że coś z tego wszystkiego rozumiałam. Odczytałam adres na kuponie na loterię i choć robiąc to, czułam się jak stalkerka, wstukałam go do Google’a.

Iris mieszkała na Upper East Side, niedaleko Morningside Heights, w przyjemnym budynku ze złotą markizą, balkonami z mnóstwem roślin doniczkowych i wiklinowymi meblami. Zdążyłam już podjąć decyzję, że jutro się tam wybiorę, bo w pracy musiałam się zjawić dopiero po południu. Nie miałam konkretnego planu, ale w najgorszym wypadku mogłam oddać portfel portierowi.

Weszłam na Tumblr i przez jakiś czas przewijałam bezmyślnie, unikając tym samym czytania e-maila od Hafsah.

Kiedy mi się znudziło, zabrałam się za przepisywanie historii rozstania Cala i Iris. Nie rozstania, kłótni. Przeczytawszy to kilka razy, musiałam przyznać rację Pete’owi: to raczej oczywiste, że się rozstali. Ale coś kazało mi zanegować ten wniosek.

W końcu nie mogłam już dłużej ignorować czekającej wiadomości.

Posłuchaj, Lu, przykro mi, ale jeśli wkrótce czegoś nam nie przyślesz, będziemy musieli zakończyć współpracę. Z ogromną niechęcią przedstawiam ci to ultimatum, lecz im dłużej nie zamieszczasz felietonów, tym większa liczba czytelników zapomina o tobie i z tym mniejszym entuzjazmem spotka się twój kolejny tekst. Minęło kilka tygodni i martwię się, że jeśli w najbliższym czasie czegoś od ciebie nie dostaniemy, stracimy cały zainteresowanie, jakie udało nam się wzbudzić twoimi tekstami. Obecnie ludzie mają krótką pamięć. Domyślam się, że koniec szkoły był dla ciebie dość gorączkowym okresem, no i nie chcę, abyś utraciła stypendium, dlatego daję ci czas do końca miesiąca. Potem będę musiała zastąpić twój felieton czymś innym.

Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze.

Hafsah

Spojrzałam ponownie na notatnik i przekartkowałam go. Moja praca w magazynie internetowym powiązana była ze stypendium dla młodych kobiet pracujących w branży dziennikarskiej, a bez niego nie było mnie stać na rozpoczęcie jesienią studiów na NYU. Tak więc ta blokada twórcza pojawiła się w najgorszym możliwym momencie.

Raz jeszcze przeczytałam zapis kłótni Cala i Iris. Pożałowałam, że nie mam takiego samego zapisu swojego rozstania z Leo, z drugiej jednak strony – co by to dało? Może mogłabym wykorzystać ich historię do rozgryzienia, w którym dokładnie miejscu ja i Leo popełniliśmy błąd. Może czytanie o ich bólu doprowadziłoby do złagodzenia mojego własnego. Może kryło się w tym lekarstwo na moją blokadę. Przecież gdy za nimi szłam, po raz pierwszy od tygodni miałam ochotę pisać.

Od nowa przeżywałam ich rozstanie – i swoje. Otworzyłam nowy dokument w Wordzie i przez kilka minut moje palce wisiały nad klawiaturą, aż w końcu wpisałam swój standardowy nagłówek. I tytuł: „O zawodzie miłosnym”.

A potem zamknęłam laptopa i poszłam spać.

***

Następnego ranka mama była w pracy, Jase znowu siedział przed monitorem, a ja zebrałam się, aby zwrócić Iris portfel Cala.

Nie istnieje zbyt wiele powodów, dla których byłabym skłonna wsiąść latem do nowojorskiego metra. Duszący skwar każdą stację zamienia w saunę, a gruczoły potowe wszystkich pasażerów pracują na pełnych obrotach. Faceci wgapiają się pożądliwie w każdą dziewczynę w kusej sukience albo szortach, jakbyśmy nie miały takiego samego prawa do swobodnego pocenia się.

Dzisiaj jednak nawet się nie obejrzałam, a już byłam na miejscu. Wyszłam ze stacji i pieszo pokonałam sześć przecznic, jakie dzieliły ją od bloku, w którym mieszkała Iris. Część mnie wiedziała, że to, co robię, nie jest do końca rozsądne, że powinnam pracować teraz nad felietonem; powinnam po prostu zadzwonić pod numer podany na kuponie i umówić się na przekazanie portfela. Ale inna część mnie, ta większa, miała to gdzieś. Czułam się jak na jakiejś misji, nawet jeśli jeszcze nie wiedziałam, na czym ona polega.

Nie minęło dużo czasu, a dotarłam pod wskazany na kuponie adres. Podniosłam głowę i wbiłam wzrok w dziesiąte piętro, niemal licząc, że w oknie dostrzegę Iris. Nie widziałam jednak niczego oprócz odbijającego się w szybach miasta.

Napisałam do Pete’a.

LU

Jestem pod domem Płaczącej Dziewczyny.

PETE

Zwracasz portfel?

LU

Teoretycznie.

PETE

Eee… co może w tym być teoretycznego?

Nie odpisałam. Bo w sumie nie byłam nawet pewna, co miał na myśli.

Pewności nie miałam także co do swojego planu. Prosta opcja to dzwonek do drzwi i zwrot portfela. Zamiast tego zrobiłam rundkę wokół przecznicy, przeglądając jego zawartość i wyobrażając sobie Iris w swoim pokoju, dotkniętą porozstaniową depresją. Zwizualizowałam sobie Cala na ławce, tam, gdzie się poznaliśmy, wymyślającego bezsensowne paintballowe metafory i chcącego pomagać nieznajomym francuskim parom. Myślałam o tym, jak siedziałam tam razem z nim, czekając na Leo. Oboje czuliśmy to samo na dwa różne sposoby.

Kiedy w końcu nacisnęłam guzik domofonu, odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam z ulgą, a potem zauważyłam, że dziewczynka z deskorolką pod pachą wychodzi właśnie z windy i kieruje się ku wyjściu. Na kolanach i łokciach miała komicznie duże neonowe ochraniacze, do tego równie neonowy zielony kask, spod którego wysypywały się niesforne loki. Przez ramię przerzuciła zielony plecak.

– Cześć – odezwała się. – Jesteś tu nowa?

– Eee… – odparłam. Rozmowy z obcymi ludźmi sprawiały mi trudność. Nawet jeśli ci ludzie byli młodzi i uroczy, i przyjacielscy. – Ja, eee… szukam znajomej. Iris?

– Iris Castillo? Jest ekstra. Czasem mnie pilnuje. Pozwala mi jeść, co chcę, a potem śpiewamy razem hity z Broadwayu. – Poprawiła deskorolkę i obejrzała się przez ramię. – Tylko nie mów o tym mojej mamie.

Zachichotałam.

– Nie powiem. Przyszłam, aby oddać Iris ten portfel. Ale chyba nie ma jej w domu. – Zerknęłam na domofon.

– Jak chcesz, to mogę go dla niej wziąć. Mieszkamy na tym samym piętrze.

– Eee… – odpowiedziałam, tym razem dlatego, że wcale nie chciałam rozstawać się z portfelem. A w każdym razie nie tak szybko, jakby zbieg okoliczności łączący Iris i Cala ze mną i Leo, z portfelem trafiającym w moje ręce na dokładkę, był zbyt znaczący, aby ot tak to zakończyć, bez szansy na ponowne spotkanie któregoś z nich.

– Mam na imię Grace, jak chcesz, to napisz do niej i sprawdź, czy tu mieszkam. – Dziewczynka się uśmiechnęła.

Czułam się lekko onieśmielona faktem, że w sztuce konwersacji jest lepsza ode mnie. Grace posłała mi jeszcze jeden uśmiech, a następnie postawiła deskorolkę i zaczęła czegoś szukać w plecaku.

W tym samym czasie wyciągnęłam w jej stronę portfel. Ale ona zajęta była grzebaniem w plecaku i nim zdążyła dostrzec, co robię, cofnęłam dłoń. Spróbowałam uzyskać dostęp do tej części mojego umysłu, z której korzystam podczas przeprowadzania wywiadów.

Nie do końca wiem, co się dzieje w takich sytuacjach. Wychodzę jakoś ze skorupy, którą prezentuję światu, odsłaniając prawdziwą mnie, która w sumie przypomina moją codzienną osobę, tyle że czuję się wtedy bardziej komfortowo z tym, kim jestem. Jak wtedy, kiedy miałam rozmowę o pracę w „Błędnej Nazwie”, albo kiedy w połowie liceum wypytałam sporą część swojej klasy o zwyczaje masturbacyjne. Naturalnie chodziło o felieton, a nie o zaspokojenie własnej ciekawości. Nagle zadawałam pytania dotyczące najbardziej prywatnych, intymnych chwil ludziom, których nie potrafiłam poprosić o pożyczenie długopisu.

W takich przypadkach czułam się trochę jak z Leo. Swobodnie. Zupełnie jak w te poranki, kiedy spotykaliśmy się przed szkołą. On witał mnie kawą, splatał palce z moimi, całował w policzek. Szliśmy razem do szkoły i przez te parę miesięcy miesięcy nie musiałam się zastanawiać nad tym, co powiem. Nie musiałam nieustannie przesiewać myśli znajdujących się na powierzchni swojego umysłu ani tych czyhających w głębi. Wypowiadałam niemądre żarty bez chwili wahania, bez tego przeklętego głosu, który przy innych okazjach pojawiał się, zanim zdążyłam otworzyć buzię; głosu, który mówił mi, abym tego nie robiła; że dla innych wcale nie jestem kimś wartościowym. Byłam w pełni sobą, w pełni obecna, i Leo mnie za to kochał.

– Wiesz co, może jednak później do niej zajrzę – powiedziałam i odsunęłam się od drzwi.

– Super – odparła Grace, nie przerywając grzebania w plecaku. – Narka!

– Pa. – Odwróciłam się, a na policzki zaczął mi wypełzać rumieniec. Poszłam w stronę stacji metra, nadal trzymając w ręce portfel.

Rozdział 4

4

PRÓBA ZROZUMIENIA

Dorzuciłam do pudełka kolejną porcję ociekającego masłem popcornu, zaproponowałam powiększenie zestawu (co spotkało się z odmową), po czym przyjęłam należność. Dzisiaj tkwiłam w części kina, w której obowiązywał surowy zakaz używania telefonów. To oznaczało, że w tym kinowym mikrokosmosie odcięta byłam od świata i nie miałam pojęcia, co się dzieje poza zasięgiem mojego wzroku. Na szaleństwo zakrawało dla mnie to, że ludzie tak właśnie kiedyś żyli, kompletnie oddzieleni od reszty planety, znając tylko to, co widzieli na własne oczy. Nie znaczy to, że mój telefon mógł mi tak naprawdę wiele powiedzieć o tym, co zaprzątało mi głowę: o Iris i Calu, o tym czy się rozstali, czemu, u licha, nie zwróciłam portfela, o plecach śpiącego Leo.

Przede mną tworzyły się kolejki oczekujących na najnowszy letni hit. Dwoje dzieci zabijało czas grą na jednym z trzech kiepsko działających automatów w lobby. Podłogę zaczynał wyściełać rozsypany popcorn i upuszczone serwetki, jak zawsze, kiedy robiło się tłoczno.

– Hej, Lu.

Podniosłam wzrok na kolejnego klienta i napotkałam głupią, piękną twarz Leo. Ciemne oczy okolone rzęsami, które wyglądały jak domalowane w Photoshopie, nieskazitelna brązowa cera, minimalnie ciemniejsza od mojej i tak jedwabista, że zawsze miałam ochotę przytulać się do jego policzka. Za nim stali jego koledzy Miguel i Karl i próbowali ukryć rżenie; co chwila wymieniali spojrzenia, po czym klepali się nawzajem po ramieniu.

– Nie wiedziałem, że będziesz w pracy – powiedział Leo, przeczesując palcami włosy, które dzisiaj miał rozpuszczone, a nie związane w swój ulubiony koczek w stylu samuraja. – Sorki, że cię wczoraj wystawiłem. Uznałem, że trochę by to było dziwne.

Znacie to uczucie, kiedy macie tak wiele myśli naraz, że umysł staje się w końcu głuchy na wytwarzany przez nie hałas? Wpatrywałam się w chłopaka, którego kochałam, i zastanawiałam się, czy on w ogóle cierpi. Nic nie odpowiedziałam. Ten człowiek swego czasu robił dla mnie wszystko. Proponował, że napisze za mnie wypracowania, bylebym tylko zyskała dodatkową godzinę snu, oglądał filmy, o których wiedziałam, że w ogóle go nie interesują. Raz nawet, żeby się ze mną spotkać, przeszedł na piechotę czterdzieści przecznic, bo miał niedoładowaną kartę do metra.

To musiał być październik, sądząc po długości jego włosów, jaką zapamiętałam, i po warstwach ubrań, jakie miał na sobie. Kiedy zadzwonił do moich drzwi, policzki miał zaróżowione, był lekko spocony, a w ręce trzymał kubek z herbatą.

– Nie masz jutro megaklasówki z matmy?

– To zwykła klasówka – odparł wtedy, a korytarz rozjaśnił się jego uśmiechem.

– Chodziło mi o stopień trudności.

– Trudniej było tu nie przyjść.

Wpuściłam go i zostałam obdarzona tego rodzaju pocałunkiem, na którego wspomnienie teraz poczułam gniew.

– Zresztą uczyłem się po drodze. Wiedziałaś, że istnieją podcasty o matematyce?

– Na pewno nie słuchałeś podcastu poświęconego matmie – odparowałam. – Pewnie ćwiczyłeś do przedstawienia.

– Jezu, Lu, ja nie tylko śpiewam. Mam też inne zainteresowania. – Do tego czasu zdążyliśmy dotrzeć do mojego pokoju i klapnęliśmy obok siebie na łóżko. Oparłam głowę na jego torsie. Wygięłam szyję, aby spojrzeć na Leo. – No dobra, śpiewałem. Niemniej jestem człowiekiem o wielu talentach.

Otrząsnęłam się z tego wspomnienia i dotarło do mnie, że gapię się na Leo.

– Wygląda na to, że dziś jest niewiele lepiej. – Skrzywił się, a Miguel i Karl wybuchnęli śmiechem.

Ponad Leo i jego debilnymi kolegami popatrzyłam na długą kolejkę. Żałowałam, że nie ma tu Pete’a, który wybawiłby mnie z opresji, ale skończył pracę przed godziną i teraz czekał na mnie w Wątku. Poczułam, że na twarz wypełza mi rumieniec. To znaczy rumieniec wściekłości.

– Uhm – bąknął Leo, przestępując z nogi na nogę. To nasze pierwsze spotkanie, odkąd ze mną zerwał. Nie do końca tak je sobie wyobrażałam, na pewno nie w bliskim sąsiedztwie moich współpracowników i następnej osoby w kolejce, zirytowanej każdym moim słowem i gestem, które nie nie mieściły się w zakresie obowiązków. – Weźmiemy zestaw dla przyjaciół.

Położył na ladzie dwie dwudziestki. Wbiłam w nie wzrok, żałując, że to nie jest coś innego. Może na odwrocie jednego z banknotów widniał list miłosny albo przeprosiny. Był w końcu fanem teatru; to wszystko mogło być jakąś wymyślną, teatralną w wymowie sztuczką. Kolejne parsknięcia półgłówków. Leo przygryzł dolną wargę, po czym obejrzał się na kolegów i kazał im się przymknąć. Kiedy odwrócił się w moją stronę, nie patrzył mi w oczy, a jego policzki stały się czerwone. Jak nic rumieniec wstydu.

Zabrałam się za wypełnianie pudełek popcornem, a ręce tak mi się trzęsły, że połowa wylądowała na podłodze. Wczoraj, w parku Madison Square, miałam przygotowaną całą przemowę. Zamierzałam spróbować go przekonać, że nie powinniśmy się rozstawać, nie z powodu czegoś tak błahego jak odległość. Tysiąc razy układałam sobie w głowie słowa podczas tych wszystkich godzin, kiedy nie mogłam przez niego zasnąć, bawiąc się nimi, pragnąc, aby każde cholerne zdanie trafiło prosto do jego serca. Teraz jednak wszystko wyleciało mi z głowy.

Postawiłam na ladzie dwa pudełka z popcornem i próbowałam zapytać, co sobie życzy do picia. Ale że głos chciał mi wywinąć numer pod tytułem „zapiszczę, tak jak tuż przed zalaniem się łzami”, wzięłam jedynie do ręki dwa duże kubki i uniosłam pytająco brwi.

Ach, jakże pragnęłam, aby te kubki nie miały dna. Abym mogła nalewać do nich napój pomarańczowy bez końca, przez całą godzinę, aż do końca mojej zmiany, patrząc na bąbelki, i nie musieć w takim stanie stawać z Leo twarzą w twarz.

– No więc… – odezwał się i zrobił pauzę, jakby próbował zdecydować, czy powinien kontynuować, czy też pozwolić, aby te dwa słowa mówiły za siebie. Związki nie kończą się kropkami; one się kończą elipsami, rozciągając koniec, jakby nie wiedziały, że już nadszedł. – O czym chciałaś ze mną wczoraj pogadać?

Przesunęłam w jego stronę pełne kubki i nabiłam zamówienie na kasę. Przypomniało mi się, co Cal rzekł do mnie na ławce. Strasznie dziwna jest ta sprawa, którą się zajmujemy – tak powiedział. – Miłość.

Odliczyłam resztę, ale przez chwilę trzymałam ją w ręce, patrząc na Leo.

– A jak myślisz? – wykrztusiłam.

Zamiast spojrzeć mi w oczy, wbił wzrok w podłogę i wzruszył ramionami. Jeszcze niedawno byliśmy w sobie zakochani, a teraz próbowałam podjąć decyzję, czy powinnam położyć banknoty i monety na blacie, dając mu tym samym do zrozumienia, jak bardzo jestem urażona, czy też dać mu je do ręki dla samej przyjemności zetknięcia się naszych palców.

Kiedy po raz ostatni trzymaliśmy się za ręce, staliśmy na schodkach przeciwpożarowych i obserwowaliśmy jego sąsiadów. Lato się jeszcze nie skończyło, wieczór był ciepły i przyjemny. Leo postanowił dodać nową piosenkę do powstającego albumu R&B o naszym związku. Ta akurat nosiła tytuł Sztywniacy na schodkach i była zdecydowanie fajniejsza, niż można by sądzić po tytule. Miał śliczny głos i potrafił pisać teksty odpowiadające mojemu poczuciu humoru, które jednocześnie przyprawiały mnie o zawrót głowy.

Dziewięć miesięcy – tyle czasu się spotykaliśmy. Jeśli dożyję osiemdziesiątki, nasz związek będzie stanowił jedynie 0,9% mojego życia. Próbowałam sobie wmawiać, że 0,9% życia nie może mieć na mnie aż tak wielkiego wpływu. Nie ma znaczenia. Tyle samo czasu poświęciłam zajęciom z karate, kiedy miałam osiem lat, a przecież teraz nic już nie pamiętam, no i w ogóle mi go nie brakuje. Patrzyłam, jak Leo otwiera usta i po raz kolejny przeczesuje palcami włosy.

– Mój film się zaczyna – rzekł w końcu i przywołał gestem kolegów, aby pomogli mu zabrać popcorn i napoje. Mruknęli słowa powitania, jakbyśmy wcześniej w ogóle się nie widzieli, po czym szybko się oddalili. – Sorki – dodał Leo.

I znowu zamiast wypowiedzieć te wszystkie słowa, jakie przygotowałam wczoraj dla niego, pomyślałam o tym, co powiedział Cal: Łączy nas miłość. To nie wystarczy?

W końcu nasze spojrzenia się spotkały i spojrzałam w jego oczy; oczy, w które zaglądałam w większość dni w ciągu minionych dziewięciu miesięcy, oczy, które niejednokrotnie były pierwszym, co widziałam rankiem po przebudzeniu. Żałowałam, że nasz wspólnie spędzony czas nie sprawił, iż wiedziałabym, o czym myśli, że potrafiłabym określić dokładny poziom uczucia, jakim mnie darzył. Niestety nie miałam o tym pojęcia, a zgadywać nie chciałam.

A potem Leo odwrócił się i odszedł, pozostawiając po sobie tylko popcorn na ziemi.

***

Jak tylko dobiegła końca moja zmiana, pobiegłam do pomieszczenia dla personelu po torbę i ruszyłam ku Wątkowi. Pete i Starla pochylali się razem nad jakąś krzyżówką. Pół godziny przed zamknięciem w księgarni panował niewielki ruch – między regałami kręciła się jedynie garstka ludzi. Z umieszczonych pod sufitem głośników cicho płynął indie rock, a delikatne, ciepłe światło sprawiało, że całość prezentowała się niczym scena z filmu.

Pierwsza dostrzegła mnie Starla i powitała uśmiechem.

– Co tam, cukiereczku? – Używała staroświeckich określeń charakterystycznych dla uroczych staruszek.

– Och, nic nowego. – Westchnęłam i wsparłam się czołem o blat.

– Oho – odezwał się Pete. – Kiepska zmiana? Tłumy walące na hollywoodzkie franczyzy po raz kolejny pozbawiły cię złudzeń?

Nie podnosząc głowy, odwróciłam ją tak, żeby ich widzieć. Przez spłaszczony policzek mówiłam trochę niewyraźnie.

– W sumie tak, to nie pomaga. Ale… – Z mojego gardła wydobył się jęk. – Leo przyszedł.

– To ten jej eks? – zapytała Starla Pete’a mało subtelnym szeptem.

– Właśnie ten. Niech zgadnę, nie próbował serenadą porwać cię na nowo w swoje objęcia?

– Nie bardzo. – Wyprostowałam się przekonana, że żadna ilość westchnień nie zaradzi temu nieprzyjemnemu uczuciu w brzuchu. – W sumie to przyszedł połykać hollywoodzkie franczyzy.

– Dziwny dobór słów – orzekł Pete. A potem pstryknął palcami, wziął od Starli długopis i wpisał coś do krzyżówki. – Połykać! Siedemnaście pionowo. – Przybili piątkę, czemu towarzyszyło pobrzękiwanie bransoletek Starli. – To co, doprowadziłaś do konfrontacji? – kontynuował. – Wygłosiłaś przemowę, która dojrzewała w tobie od kilku dni?

– Znowu pudło. Można powiedzieć, że wgapiałam się w te jego absurdalnie ładne oczy i w myślach błagałam, aby nadal mnie kochał.

– Ojoj. – Starla z troską ściągnęła brwi. – Natykanie się na byłych nigdy nie jest fajne. Z pewnością przynajmniej jedna strona skrywa w sobie ból i tęsknotę. I czai się to potem jak pierd, uniemożliwiając normalną rozmowę.

– Zwłaszcza kiedy to ty jesteś osobą, która pierdnęła – uzupełnił Pete.

– Dzięki, Pete, rzeczywiście pomagasz.

– Sorki. – Przygryzł końcówkę długopisu i podniósł wzrok znad krzyżówki. – Na świecie jest tyle kin, a ten kutas musiał przyjść akurat do twojego?

– „Nie wiedziałem, że będziesz w pracy” – powiedziałam niskim głosem, starając się naśladować Leo. Ale on wcale tak nie mówił. Głos ten palant też miał piękny. Ale byłam wkurzona tym, że nie dał mi się przekonać do tego, abyśmy nadal byli parą, nie przyszedł na umówione spotkanie, za to tanecznym krokiem wkroczył do mojego kina, jakby nie wiedział, że tam będę, wściekła, że nie śpiewa już dla mnie piosenek R&B. Jęknęłam i rozejrzałam się po księgarni, próbując czerpać pociechę z jednego z moich ulubionych miejsc, i z milczącego piękna kolorowych, niemal niemających końca stosików książek. A wszystkie aż po kokardę pełne były miłości i cierpienia, par pozbawiających się życia dlatego, że nie mogą być razem, par wędrujących do samego piekła, byle się odnaleźć, par, które dla wspólnej przyszłości wspinają się na przeszkody, forsują je albo omijają. Jak to wszystko mogło mnie nie przygotować na policealne rozstanie?

– Wszystko w porządku, kotku? – zapytała Starla.

– Myślisz, że jaki odsetek tych książek jest poświęcony miłości? – Zignorowawszy jej pytanie, odwróciłam się do nich plecami, żeby móc objąć wzrokiem całą księgarnię. – Albo takich, które mają w sobie przynajmniej jakiś romantyczny wątek?

– Kuuuurde – rzuciła przeciągle Starla. – Wyłączywszy literaturę faktu i publikacje encyklopedyczne, pewnie z dziewięćdziesiąt procent.

– To takie niedorzeczne – stwierdziłam. – Dlaczego? Dlaczego właśnie miłość? Życie to przecież o wiele więcej.

Starszy łysiejący pan wziął grubą powieść ze stołu z klasyką i zabrał się za czytanie tekstu na obwolucie. Po dziale dziecięcym krążyła ciemnoskóra kobieta i jej dwie córki; jedna z nich trzymała mamę za rękę, druga szła przed nimi z naręczem książek.

Odwróciłam się z powrotem w stronę Starli i Pete’a, którzy dali sobie spokój z rozwiązywaniem krzyżówki i też rozglądali się po księgarni.

– Dlatego, że miłość to szczyt ludzkich doświadczeń – odezwała się Starla. – A mimo to pozostaje dla nas tajemnicą. Radości i smutki, że nie wspomnę o skrępowaniu towarzyszącym spotkaniu z byłym po raz pierwszy od rozstania. To najlepsze, co nam się przytrafia…

– Miłość to najgorsze, co mi się przytrafiło – przerwałam jej.

– … ale tak naprawdę nie wiemy dlaczego – kontynuowała Starla, klepiąc mnie uspokajająco po ramieniu. – Cała ta sztuka to po prostu… próba zrozumienia.

– Kto jak kto, ale ty powinnaś to rozumieć – dodał Pete nieco niewyraźnie, bo w ustach trzymał końcówkę długopisu. Starla nachyliła się i mu go wyrwała.

– Fuj, koleś, to mój.

– Ja? Czemu miałabym rozumieć?

– A nie piszesz o tym zawodowo? O miłości?

– No tak. Ale nigdy nie twierdziłam, że jestem od niej ekspertem. Brodzę po tym mętnym bagnie i zapraszam czytelników na spacer.

– Wow, sama to wymyśliłaś?

– Dzięki mojej opartej na miłości i nienawiści relacji z miłością czytelnicy identyfikują się ze mną i to ich do mnie przyciąga. Nie serwuję rad, a jedynie dokumentuję, jak to jest być nastolatką brnącą w to wszystko… – Machnęłam ręką, wskazując na wszystkie idiotyczne książki, a następnie na siebie.

Oni wrócili do rozwiązywania krzyżówki, ja zaś po raz kolejny omiotłam wzrokiem księgarnię, myśląc o tym, co usłyszałam od Starli. Moje spojrzenie zatrzymało się na regale, zza którego po raz pierwszy podsłuchiwałam Iris. Ciekawe jak ona sobie poradzi podczas pierwszego pozerwaniowego spotkania z Calem.

– Dasz sobie radę – zapewniła mnie Starla i lekko dotknęła mojego przedramienia. Na nadgarstku poczułam zimne bransoletki.

– Aha. Tak mówią w książkach i filmach.

Do domu szłam noga za nogą; nie spieszno mi było do spotkania z mamą czy kolejnej daremnej próby zaśnięcia. Raz czy drugi próbowałam podsłuchiwać otaczających mnie ludzi, zatrzymałam się nawet obok paru ogródków piwnych i udawałam, że piszę coś w telefonie, żeby móc nadstawić ucha, ale jakoś nie mogłam się skupić.

Pokonałam pięć niskich stopni prowadzących na werandę, otworzyłam drzwi, którymi wchodziło się do wiatrołapu ze skrzynkami pocztowymi, następnie drzwiami wewnętrznymi weszłam na klatkę schodową. Mieszkaliśmy tu od czasu, kiedy rodzice się rozwiedli, a tata przeprowadził się do New Jersey, ale z jakiegoś powodu do tej pory nie zwracałam uwagi na to, jak bardzo poplamiona jest szara wykładzina, a farba ze ścian łuszczy się tak, że wygląda, jakby próbowała uciec z budynku. Zza drzwi każdego mijanego przeze mnie mieszkania dochodził jakiś hałas: dudniący telewizor, głośna muzyka, tupot nóg. Miałam wrażenie, że nagle stałam się wyczulona na to miasto, co do tej pory w zasadzie nie miało miejsca.

Kiedy otworzyłam drzwi naszego mieszkania, mama natychmiast odsunęła krzesło od stołu w kuchni.

– Och, dzięki Bogu – oświadczyła. – Taka byłam zmęczona. – Podeszła do zlewu i postawiła obok niego prawie pusty kieliszek z czerwonym winem. – Mam nadzieję, że dobrze minął ci dzień. W lodówce jest parmigiana z bakłażanem, możesz ją wstawić do mikrofali na półtorej minuty. Dobranoc. – Pocałowała mnie w czoło, przez co zamarzyły mi się jej ramiona.

Mocno ją przytuliłam, czemu towarzyszyło jej zaskoczone „och”. Następnie też mnie objęła, głowę mając zapewne pełną najprzeróżniejszych matczynych myśli. Przez chwilę się zastanawiałam, czy powinnam jej powiedzieć o Leo. Chciałam, ale dość łatwo stłumiłam w sobie to pragnienie. Po naszym rozstaniu mama mnie zapytała, czy dobrze to znoszę, mnie zaś udało się wzruszyć ramionami i rzucić słabym głosem: „Taa”. Po kilku powtórkach nie wracała już do tematu.

Nie wiem, od kiedy mamę i mnie zaczęła łączyć tego typu relacja, w której nie rozmawia się o uczuciach, ale stało się to zbyt dawno temu, żebym coś z tym teraz mogła zrobić. Kiedy rodzice się rozwiedli, byłam już na tyle duża, aby oprócz swojego widzieć jej ból, wyczuwać jej smutek. Ale miałam wtedy trzynaście lat i nie miałam pojęcia, jak ją o to zapytać, no i od tamtej pory w ogóle nie poruszałyśmy tego tematu.

– Dobranoc. – Puściłam ją i odwróciłam się, licząc, że nie skomentuje w żaden sposób tej mojej ochoty na przytulanie. – Błagam, zrób któregoś dnia pancit1. Albo sajgonki. Cokolwiek, byle nie było polane sosem pomidorowym.

– Bardzo śmieszne! – zawołała z korytarza. – Bądź cicho, bo obudzisz brata.

Nałożyłam sobie kolację na talerz, wstawiłam go do mikrofalówki, sprawdziłam skrzynkę mailową. Ostrzeżenie Hafsah wciąż tam na mnie czekało. Ponownie przeczytałam jej maila, zastanawiając nad tym, co bym zrobiła, gdybym straciła pracę w magazynie i stypendium. Na stole postawiłam szklankę wody, obok niej położyłam czytaną aktualnie książkę, ale miałam problem z przebrnięciem choćby przez jedną stronę.

Zbyt wiele myśli kotłowało mi się w głowie, zbyt niewygodnych, aby oprzeć się na nich na dłużej. Kiepskie meble, oto, czym były.

Zjadłam tyle, ile byłam w stanie w siebie wmusić, a następnie poszłam do swojego pokoju. Walnęłam się na łóżko i miałam się ochotę rozpłakać, nie do końca jednak wiedziałam, co się zmieniło od wczoraj. Wiedziałam, że nawet gdybym dała radę wygłosić swoją przemowę, Leo raczej nie zmieniłby zdania – a i tak udało mi się tylko wydusić z siebie jedno zdanie i wydać mu resztę. Dziwne jest to, co sobie robimy, pomyślałam.

I nagle usiadłam. Po raz pierwszy od miesięcy spadło na mnie natchnienie, szturchając nieustępliwym palcem w plecy. Ze stolika nocnego wzięłam telefon i wystukałam odpowiedź na maila Hafsah.

Przepraszam. Dopadła mnie wywołana kłopotami sercowymi blokada twórcza. Niezłe, nie? Ale mam pomysł. Masz jutro czas na kawę?

Smażony makaron, potrawa kuchni filipińskiej. [wróć]

Rozdział 5

5

WINEGRET O SMAKU PANIKI

Opowiadanie komuś snów, kiedy nie do końca pamięta się szczegóły, to istny koszmar, więc wam tego oszczędzę. Za to powinniście wiedzieć, że po przebudzeniu czułam się szczęśliwa. Niezwykle szczęśliwa, przez krótką chwilę, dopóki nie dotarło do mnie, iż dzieje się tak dlatego, że śnił mi się Leo. Siedziałam na tamtej ławce w parku Union Square, gdzie poznałam Cala, i tym razem Leo mnie nie wystawił, lecz zjawił się i bez słowa wziął mnie za rękę. Znowu mogłam poczuć radość z siedzenia obok ukochanej osoby, z tego, że trzymamy się za ręce. Zaczął śpiewać jedną z naszych piosenek R&B, a potem się nachylił i mnie pocałował.

Leżałam w łóżku i przenikało mnie uczucie bycia kochaną, mimo że miłość wyrażana była przez fikcyjną wersję osoby, która już mnie nie kocha. Sprawdziłam telefon i przekonałam się, że czeka na mnie mail od Hafsah. Gotowa była spotkać się w południe w Midtown. Pragnienie ponownego zaśnięcia i powrotu do tamtego snu sprawiło, że łóżko wydawało się nieco bardziej wygodne niż zazwyczaj, a dzięki uldze wywołanej mailem od naczelnej miałam ochotę zapaść się w materac tak głęboko, jak tylko się da. Włączyłam opcję drzemki, jeszcze niegotowa, aby rozpocząć dzień czy myśleć o tym, co oznacza uczucie szczęścia po takim, a nie innym śnie. To przedziwne, jak sny potrafią się wślizgnąć w czyjś dzień po tym, gdy już dobiegły końca, jakby były czymś materialnym, ubraniem, które nosimy do czasu, aż znowu położymy się spać. Już miałam znowu odpłynąć, kiedy rozdzwonił się alarm. Jęknęłam w poduszkę i zwlekłam się z łóżka. Na stoliku nadal leżał portfel Cala. Wzięłam go do ręki i po raz setny przejrzałam zawartość, po czym uznałam, że lepiej nie trzymać go na widoku, więc trafił do szuflady.

Jase siedział już w salonie i grał w te swoje gry. Mama była w pracy. Naszykowałam sobie miskę płatków i próbując otrząsnąć się ze snu, przyglądałam się, jak mój brat zabija kilka kolejnych osób.

– Nie masz dzisiaj żadnych społecznych interakcji?

– O co ci chodzi? Gram właśnie z dosłownie wszystkimi moimi kolegami.

– A gdybyś poczytał książkę? Niedużo, choćby jedną stronę.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to ta gra ma całkiem niezłą fabułę. – Jase zrobił na chwilę pauzę i zjadł plaster bakłażana z potrawki. Na talerzu leżały jeszcze cztery, a licho wie, ile już wciągnął, zanim się obudziłam. Kiedyś był z niego taki słodki maluch. Mogłam go brać na ręce, a jeśli miałam ochotę, nawet łaskotać czy podszczypywać. Za to teraz na jego jeden posiłek składało się moje jedzenie z całego tygodnia, a kończyny wyglądały tak, jakby magik wyciągał z rękawa kolorowe chusteczki. Nie miały końca.

– A może popracowałbyś społecznie? Zajął się wolontariatem? Medytacją? Masz takie plany na dziś?

– Raczej nie.

– Twoje pokolenie będzie ostatnie ze wszystkich – orzekłam i poszłam pod prysznic.

Miałam jeszcze dużo czasu, postanowiłam więc zaoszczędzić na bilecie na metro i zrobić sobie spacer z Chinatown do Midtown. Chciałam zebrać myśli, żeby odpowiednio zaprezentować Hafsah swój pomysł. Ale jakoś nie chciały dać się pozbierać i zbytnio skupiały się na Leo. Ostatecznie skończyło się tak, że przez całą drogę zajęta byłam podsłuchiwaniem. Ale nie usłyszałam nic znaczącego. Nie przebywałam na tyle długo blisko pojedynczych osób, żeby móc usłyszeć całą rozmowę. Docierały do mnie jedynie słowa, ewentualnie kilka zdań.

Restauracja, w której umówiłam się z Hafsah, była w sposób oczywisty lokalem na biznesowe lunche. Kiedy się zjawiłam kwadrans przed dwunastą, była jeszcze pusta, a punkt w południe zaczęła do niej napływać fala trzydziesto-, czterdziesto- i pięćdziesięciolatków w strojach służbowych. Naliczyłam zdumiewająco wiele marynarek.

Cholernie dziwnie się tam czułam, zupełnie nie na miejscu. Cóż, może nie do końca. Ale otaczający mnie ludzie z pewnością tak uważali. Od ponad roku spotykałam się z Hafsah w tego typu lokalach.

Kiedy po raz pierwszy zawędrowałam do recepcji biurowca, w którym pracowała, zobaczyłam miny strażników – ich uniesione brwi, pogardliwe spojrzenia białych mężczyzn w średnim wieku zastanawiających się, co ja robię z nimi w jednej windzie. Według nich z pewnością się zgubiłam. Zaszłam tam przez przypadek.

Tutaj jednak wcale nie czułam się zagubiona.

Ogłoszenie o naborze autorów do „Błędnej Nazwy” znalazłam w necie, w jakimś poście na Tumblr; zanim jeszcze zawiesiłam na nim oko, zostało udostępnione setki razy. W sumie powinnam się była wtedy zajmować odrabianiem pracy domowej, ale oczywiście wessała mnie czarna dziura internetu.

W poście widniała informacja, że strona szuka „świeżych, nastoletnich głosów” w kilku kategoriach, co natychmiast przepełniło mnie nadzieją, że chcą właśnie mnie, i jednocześnie kazało mi kwestionować, czy mój głos jest świeży albo chociaż odpowiednio nastoletni i do jakiej pasuję kategorii. Zobaczyłam na liście „miłość”, ale uznałam, że bardziej się nadam do humoru, wydarzeń bieżących albo lajfstajlu, cokolwiek to ostatnie znaczyło. Proszono o list motywacyjny i portfolio z próbkami swoich tekstów, kilka kolejnych godzin poświęciłam więc wymigiwaniu się od szkolnych obowiązków, żeby móc w tym czasie przejrzeć wszystko, co wyszło spod mojego pióra. Przezwyciężywszy mdłości, jakie mnie dopadły po przeczytaniu śmieci napisanych przeze mnie na przestrzeni lat, udało mi się znaleźć parę wpisów na bloga, esejów i opowiadań, które według mnie nadawały się do prezentacji.

Tydzień później dostałam mail od Hafsah, redaktorki naczelnej. Napisała, żebym z gotowymi pomysłami przyszła na rozmowę osobiście, skoro mieszkam w Nowym Jorku. Trzy strony w notatniku zapełniłam tematami, które mogłabym poruszyć.