Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kronika umarłych - Daniel Odija

Kostyń, prowincjonalne miasto, zbudowane przez Niemców na bagnach. Wilgoć, chłód i wiatr wiejący od morza. Mateusz, muzyk jazzowy, wraca ze Stolicy po rozstaniu z dziewczyną; jego kariera załamała się, a on sam stopniowo traci kontakt z rzeczywistością. Konrad, idealny mąż i ojciec, któremu na pozór niczego w życiu nie brakuje, męczy się codzienną egzystencją, jego żonę Agatę niepokoją dziwaczne wizje. Darek wyprowadza się z domu i zatraca w przygodnych romansach - ucieka przed świadomością, że jego syn jest nieuleczalnie chory. Ksiądz Jan przeżywa kryzys powołania i nie potrafi dać pociechy swoim parafianom. Bohaterowie Odiji szukają ratunku w muzyce, miłości, seksie, wierze, ale nie mogą wyrwać się z zaklętego kręgu niemocy. W Kronice umarłych jawa przeplata się ze snem, rzeczywistość z urojeniem. Odija pokazuje w swojej powieści świat porwanych relacji międzyludzkich i braku porozumienia. Kostyń niczym szpital Królestwo z filmu Larsa von Triera drży w posadach. To, co wyparte ze świadomości mieszkańców, wraca pod postacią koszmaru.

Opinie o ebooku Kronika umarłych - Daniel Odija

Fragment ebooka Kronika umarłych - Daniel Odija

w serii ukazały się

Wojciech AlbińskiAchtung! Banditen!Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowychAndrzej BartRewersJoanna BatorPiaskowa GóraDawid BieńkowskiNicDawid BieńkowskiBiało-czerwonySzymon BogaczKoło kwintowe

Jacek DehnelLalaJacek DehnelRynek w SmyrnieJacek DehnelBalzakianaJacek DehnelFotoplastikonAgnieszka DrotkiewiczTerazManuela GretkowskaMy zdies' emigrantyManuela GretkowskaKabaret metafizyczny

Manuela GretkowskaTarot paryskiManuela GretkowskaPodręcznik do ludzi

Manuela GretkowskaNamiętnikHenryk GrynbergDrohobycz, DrohobyczMarek KochanPlac zabawWłodzimierz KowalewskiExcentrycyWojciech KuczokGnójWojciech KuczokWidmokrągWojciech KuczokOpowieści przebraneWojciech KuczokSennośćJarosław MaślanekHaszyszopenkiTomasz PiętekPałac OstrogskichJanusz RudnickiChodźcie, idziemyJanusz RudnickiŚmierć czeskiego psaSławomir ShutyZwałSławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusemSławomir ShutyRuchyMariusz SieniewiczCzwarte nieboMariusz SieniewiczŻydówek nie obsługujemyMariusz SieniewiczRebeliaMarek SobólMojryWojciech StammCzarna MatkaMagdalena TulliW czerwieniMagdalena TulliSny i kamienieMagdalena TulliTrybyMagdalena TulliSkaza

■ archipelagi ■

Daniel Odija

Kronika umarłych

Copyright © by Daniel Odija, 2010 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010 Wydanie I Warszawa 2010

Mojemu bratu – Markowi

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

CZĘŚĆ I

Przebudzenie

Jak zwykle było południe. Słońce grzało. Mateusz obudził się spocony. Nie, nie dlatego że było duszno. Przez kilka ostatnich nocy męczyły go koszmary, które skraplały się na jego skórze. Na szczęście nie pamiętał szczegółów, ale za każdym razem bał się, że sny mogą się powtórzyć. Dlatego zasypiał dopiero nad ranem i z bólem głowy budził się w środku dnia.

Wstał powoli, by nie potęgować pulsowania w skroniach, i otworzył drzwi od balkonu. Owionęła go fala wilgotnego powietrza zalewająca miasto od strony morza. Pachniało rybami. Spaliny nie psuły ożywczego zapachu, bo ulica, na której mieszkał Mateusz, nie należała do ruchliwych. Jako jedna z niewielu była brukowana przedwojenną kostką. Niemcy w latach dwudziestych sprowadzili tu specjalny kamień z Norwegii. Gdy padał deszcz, bruk zaczynał lśnić stalowym różem, a ulica pachniała północnymi morzami. Kiedy przejeżdżał samochód, szyby w dużych czteropiętrowych kamienicach dzwoniły jak sople lodu rozbijające się o chodnik. Ale dzisiaj jaśniało lato. I ci, którzy szli w prawo, prawdopodobnie udawali się do parku, a ci, którzy szli w lewo, trafiali zapewne do kościoła, po mszy zaś, jeśli mieli ochotę, mogli iść na promenadę.

Była niedziela i ludzie nigdzie się nie spieszyli. Z wysokości drugiego piętra Mateusz obserwował kilkuosobowe grupki cieszące się słońcem, choć co wrażliwszych, szczególnie przyjezdnych, mógł denerwować chłodny wiatr, który niósł w górę roześmiane głosy. Ta wesołość pogłębiała przygnębienie Mateusza. Nie lubił niedzieli, bo wtedy wszyscy mieli wolne. On miał wolne każdego dnia. I w dni powszednie cieszyła go świadomość, że inni coś muszą, podczas gdy on nie musi nic. Niedziela odbierała mu tę radość. A lato dodatkowo go rozdrażniało, bo większość miała urlopy.

Kurwa mać, znowu Kostyń! Niewielkie nadmorskie miasto, w którym można oszaleć z nudów. Jeszcze trzy miesiące temu Mateusz nawet by nie pomyślał, że wróci ze Stolicy i zamieszka u matki…

Na początku cieszyła się z jego przyjazdu. Od śmierci ojca doskwierała jej samotność. Ale po jakimś czasie przestała go zauważać. Nie potrzebowała go. Wystarczało jej towarzystwo bohaterów seriali i teleturniejów.

– Pieprzone mewy – burknął pod nosem Mateusz.

Nie lubił ptaków, zwłaszcza ich piskliwego krzyku, a jednak fascynowały go. Obserwował je każdego dnia. Uważał nawet, że był świadkiem narodzin swoistej ptasiej hierarchii, na której szczycie znajdowały się mewy srebrzyste, sprawujące totalitarne rządy. Te ponadpółmetrowe drapieżniki przyleciały do Kostynia ze Skandynawii. Minęły wschodnie wybrzeże Bałtyku i jakieś dwa lata temu osiadły w rodzinnym mieście Mateusza. Spadziste dachy poniemieckich budynków zastąpiły morderczym ptakom szczyty skandynawskich klifów. Zakreślenie łuku z zimnej Północy na równie zimne Południe zabrało im ćwierć wieku, ale w końcu dotarły, gdzie chciały.

Z lotu ptaka Kostyń wyglądał pewnie jak drobny paproch w oku. Przylegał do morza niczym zaciśnięta piąstka do twarzy: niezbyt rozległa plama, upstrzona licznymi rondami i odnóżami ulic. Szare skupisko monumentalnych kamienic, poprzetykanych świeżo wybudowanymi maszkarami centrów handlowych, z cienką obręczą kolorowych blokowisk i skromnych dzielnic domków jednorodzinnych. Zieleń parków konkurowała z przybrudzonym seledynem rzeki, która sunęła wzdłuż ulicy Mateusza, szerokim zakolem okrążała stary cmentarz i rozpuszczała się w atramentowym morzu.

Mateusz żałował, że widok na rzekę zasłaniały mu przeciwległe kamienice. Jeśli nie chciał patrzeć w zaślepione firanami okna sąsiadów, mógł spojrzeć w prawo, ale tam ulica kończyła się skrzyżowaniem zamkniętym kolejnymi kamienicami. Trzeba było przeskoczyć wyobraźnią parę przecznic i kilkanaście budynków, by znaleźć się w parku. Na drugim końcu ulicy był plac z kościołem, także zasłoniętym przez kamienice. W oddali majaczyły pierwsze szeregi drzew rosnących wzdłuż promenady, ale nie było widać ani kawałeczka morza. Lewa perspektywa zawsze była dla Mateusza niespełnioną obietnicą. Kusiła zapachem fal i morskim krajobrazem. By go zobaczyć, należało ruszyć się z miejsca. A dziś Mateuszowi nie chciało się wychodzić, choć wiedział, że zaraz i tak zostanie do tego zmuszony… Na razie z braku ciekawszych widoków obserwował niebo.

Na błękitnym tle mewy srebrzyste rozkładały swoje dwumetrowe ramiona i wypatrywały ofiar jak gotowe do skoku pająki. Żywiły się głównie rybami, ale zdarzało się, że pustoszyły gniazda gołębi. Wczoraj jedno z takich gniazd rozbiło się przy bucie Mateusza, gdy wyciągał pieniądze ze ściany.

Nie czuł się dobrze. Miał wrażenie, że otwór bankomatu połączony jest pulsującym jelitem z kosmatym żołądkiem, który wypluwa na jego dłonie rentę matki.

Obok stały dzieci. Ze spokojem obserwowały, jak mewy rozprawiają się z trzema łysymi pisklętami, które wypadły z gniazda. Pierwsza wprawnie rozłupała łebek nieopierzonego ciałka i porwała je w górę, uciekając przed drugą, silniejszą. W górze wyglądała, jakby zwisały jej z nosa krwawe gile. Druga ostrym żółtym dziobem rozerwała kolejnego pisklaka. Płetwiaste stopy pomagały jej utrzymać równowagę, gdy uderzała zniekształconym ochłapem o chodnik. Ofiara gładko przeszła przez komin mięsistej szyi. Dzieci patrzyły na to jak na kreskówkę. Zajadały ze smakiem czipsy, a na ich twarzach malowały się i strach, i obojętność. Tak to widział Mateusz.

To wcale nie było śmieszne. Od rozstania z Radką Mateusz brzydził się ludźmi, choć wierzył jeszcze w dzieci. Ale i one zaczęły działać mu na nerwy. Wiedział, że musi coś wymyślić, by móc wciąż działać, wychodzić z domu, robić zakupy, płacić rachunki, nie unikać tłumu… I wybrał absurdalnie. Mordercza aktywność mew podsunęła myśl o stworzeniu ptasiego bestiarium. Czuł, że coraz trudniej jest mu opanować wyobraźnię. Stała się zbyt zachłanna i potrzebowała mięsa. By ją zaspokoić, Mateusz powołał do życia świat, w którym mewy rządziły skrzydlatymi mieszkańcami Kostynia. Chwycił się ptaków, by trzymać się ludzi.

Zaobserwował na przykład, że w Kostyniu nie ma wróbli. Albo uciekły ze strachu przed olbrzymimi mewami, albo nie miały co jeść, bo ludzie zaczęli wyrzucać śmieci w grubych workach foliowych, których krótkie dzioby wróbli nie potrafiły przebić. Później przeczytał gdzieś, że to wina postępu cywilizacyjnego. Przybyło samochodów, konie zostały zastąpione przez traktory. Wróble żywiły się przede wszystkim niestrawionymi nasionami z końskiego łajna, gdy zabrakło łajna, zabrakło i wróbli.

To wszystko nie podważało rządów wielkich mew. Kawkom i wronom pozostała rola nerwowych padlinożerców. Żółte tęczówki kawek z czarnymi wyspami źrenic skoncentrowane były wyłącznie na wypatrywaniu niebezpieczeństwa. Wrony z kolei zaczęły rodzić się karłowate. Ale wiedzione instynktem, z czasem połączyły się z kawkami, a z ich jaj wykluło się pokolenie mieszańców, które Mateusz nazwie kafkami. Gołębie z rozpaczy, że już nigdy nie będą tak liczne, zaczęły knuć. Rozbudowana siatka inwigilacji, donosy na członków rodziny, pisarze wykształceni na sporządzaniu raportów, pęczniejące kartoteki relacji ze spotkań i rozmów – to ich domena, efekt paniki i konieczności przystosowania się do nowych rządów. Były jeszcze drapieżne pustułki – ród buntowników. Dziwnie wyrośnięte jak na ten gatunek. Nie zwracały uwagi na rządy wielkich mew. Zajmowały szczyty trzech gotyckich kościołów, gardziły dachami współczesnych świątyń. Z wież wypatrywały osobliwych gryzoni, które kostyńscy kloszardzi nazywali szczurakami. Jeśli polowanie się udało, pustułki objadały się szczuropodobnym ścierwem.

O szczurakach Mateusz dowiedział się od Starego Molendy, o którym mówiono, że żył w mieście od zawsze. Podobno w młodości był genialnym matematykiem. Chcieli go na kilku uniwersytetach, nawet zagranicznych. Ale pewnego dnia poznał mądrość Księgi. Odtąd błąkał się po ulicach i przytułkach.

Tym razem szedł od strony kościelnego placu. Bełkotał coś do siebie, uśmiechając się pod nosem. Jak zwykle ubrany w ciemnogranatowy garnitur i żółtą koszulę, która kiedyś była prima sort, jak by sam powiedział. W chłodne wieczory nakładał na siebie dodatkowo drugi garnitur, czarny jak smoła, a zimą jeszcze jeden – szary w cienkie ciemnobeżowe paski. Garnitury były podniszczone i przybrudzone, krój miały staromodny, ale uszyto je z drogiego, niegniotącego się materiału. Dla swojego właściciela stanowiły pewnie wspomnienie czasów, kiedy uchodził za eleganckiego mężczyznę. Ale dziś dźwigał płócienny plecak, wypchany fragmentami gazet, z których każdy zapowiadał katastrofę naszego świata, a z ręki do ręki przekładał pomarszczoną ze starości skórzaną walizkę, gdzie w specjalnych przegródkach troskliwie układał koszule, marynarki i spodnie. Miał dokładnie zaczesane siwe włosy, które ślinił i przygładzał plastikowym grzebieniem. Nie starczało mu jednak cierpliwości, by pozbyć się coraz dłuższego i gęstszego zarostu. Karmił gołębie, walczył z mewami, nigdy nie był pijany, ale od czasu do czasu wykrzykiwał w niebo swoje pretensje do świata. Potoki słów układały się w barwne odezwy, w których proroctwa zagłady brały górę nad wiarą w świetlaną przyszłość ludzkości. To właśnie Stary Molenda ostrzegał przed szczurakami, tajemniczą społecznością, której nienawiść do ludzi może sprawić, że pewnego dnia potwory wyjdą z ukrycia.

Stary Molenda zniknął za rogiem, a Mateusz, jak każdego dnia, odkąd przyjechał ze Stolicy, wypatrywał z balkonu nadziei. Po raz setny w ciągu ostatnich tygodni próbował zrozumieć, dlaczego wrócił do Kostynia, dlaczego musieli się rozstać z Radką. Postanowił, że przemyśli to podczas codziennego spaceru, do którego coś zmuszało go zaraz po przebudzeniu.

Chodził wyznaczoną przez siebie trasą. Miał nadzieję, że przez siebie, bo czasami odnosił wrażenie, że jakaś obca siła pcha go nad morze, potem każe zatoczyć półkole i wrzuca w cichy chłód pustego kościoła, by w końcu pognać wzdłuż rzeki do parku Starych Drzew. Czasami szedł do Konrada, jedynego kuzyna, zakochanego w swojej pięknej żonie Agacie oraz dwójce dzieci – Natalce i Michasiu. Spacer wytyczoną trasą uspokajał Mateusza. W jakiś sposób trzymał na wodzy rozzuchwaloną wyobraźnię, która atakowała falami chaosu. Mateusz czuł, że świat mu się wymyka. Punkty na mapie stawały się celami, których osiągnięcie przypominało mu, że wciąż chodzi po znanym od urodzenia mieście. Ostatnio coraz więcej zapominał. Bo też zbyt wiele się działo, by pamiętać zdarzenia sprzed chwili.

Powrót

Jeszcze do niedawna Mateusz mieszkał z Radką w Stolicy położonej dwieście kilometrów na południe od Kostynia. Byli nawet szczęśliwi, dopóki pracował.

Radka to dzielna dziewczyna. Utrzymywała ich z pensji zwykłej księgowej oddziału jednego z banków wykupionych przez zagranicznego inwestora. Nie wystarczało jednak na wiele. Skończyć z wynajmowaniem i zacząć żyć na swoim – takie było marzenie

Radki. Ale uparte podmuchy rzeczywistości rozwiewały jej sny o własnym mieszkaniu na poddaszu. Mateuszowi cała ta sytuacja nie przeszkadzała. Nie ma pracy – trudno. Chciał mieć święty spokój. Ale Radka była nieugięta. Wciąż mu powtarzała, żeby wziął się do roboty, bo czas ucieka, oni się starzeją, znajomi mają rodziny, a oni ani małżeństwo, ani rodzina, i nic odłożonego, nie stać ich nawet na kredyt mieszkaniowy…

Załatwiła mu robotę – przy kopaniu rowów pod kable telefoniczne. Nawet mu się spodobało. Wbijał szpadel w ziemię i wyobrażał sobie wszystkie przemiany ciała, zanim stanie się materią służącą do nawożenia. Przyglądał się przeciętym na pół d żdżownicom i ich konwulsyjnym skrętom. Właśnie dżdżownice zapamiętał najlepiej. W swoim wyimaginowanym katalogu zwierząt zaliczył je do rodu „robaczywców”. Robaczywce wywoływały śmiertelne choroby. Pożerały ludzkie wnętrzności, wygryzały życie i wydalały przetrawione ciała trupów… Pewnego dnia wbił łopatę w coś twardego i zobaczył krew. Zaczął kopać ostrożniej. Okopywał jakąś owalną bryłę, aż spod ziemi wyjrzała wykrzywiona z bólu twarz Radki. Miała otwarte oczy i krwawe pęknięcie na czole. Mateuszowi zabrało tchu. Spocił się cały. Spojrzał w górę, w niebo, a niebo, martwe, nieruchome, jakby odlane z brązu, opadało jednolitą płachtą, która zabierała resztki powietrza. Z trudem pochylił głowę – Radki już nie było.

Chłopaki z brygady leniwie wkopywali się w swoje kawałki ziemi. Pracowali na jakiejś brukowanej ulicy.

Mało kto tędy przechodził, prawie nikt nie przejeżdżał. Święty spokój. Dwie łopaty ziemi i krótka przerwa na splunięcie. Cztery łopaty i papieros. Puszczały ostatnie przymrozki. W powietrzu unosiły się pierwsze zapachy nadchodzącej wiosny. Mimo roboty dzień mógł być naprawdę miły.

Mateusz skulił się w swoim rowie, jakby bolał go brzuch. Wciąż walczył o złapanie oddechu. Z pustych gałęzi klonu, który nachylał się nad nim, zerwały się trzy wrony. Wyschłe płuca znowu zaszumiały. Minęła sztywność karku. Mateusz zaczerpnął powietrza, zapach ziemi już go nie drażnił. Ale gdy wrócił do kopania, grudy stały się twarde jak żelazo. Ziemia zgęstniała od kawałków cegieł. Szpadel ześlizgiwał się z nich i chrzęścił, jakby zanurzał się w stercie kości. Mateusz powtarzał sobie, że to nie kości, żadne kości, zwykły żwir. Po raz kolejny dotarło do niego, że ludzie, z którymi pracował, zaczynają za jego plecami wyzywać go od najgorszych. Oblał go zimny pot.

Już kiedyś przeżył coś podobnego. Na imprezie u znajomych z pracy Radki wypił za dużo i zaczął się szarpać z jakimś facetem. Podobno nie miał racji. Oskarżenia były bezpodstawne. Ocknął się przed lustrem w łazience. I choć wiedział, że przygląda się samemu sobie, zobaczył obcą twarz. Wtedy bardziej niż ból poczuł, że nienawidzi tej twarzy i jednocześnie bardzo się jej boi. W odpowiedzi na strach twarz obnażyła żółte, wilcze kły. Mateusz natychmiast uderzył i pysk sobowtóra wpadł w pajęczynę. Krew spłynęła po dłoni, potoczyła się korytem przedramienia i zaczęła kapać z łokcia w zlew. Rana źle się zrosła i zaczęły się kłopoty z grą na trąbce. Stracił czucie w palcu wskazującym.

Rzucił pracę przy rowach. Miał już dość tych szeptów i spisków. Najgorsze, że gdy patrzył swoim prześladowcom w oczy, zachowywali się, jakby nic się nie stało. Któregoś razu strząsnął ziemię z butów i zrezygnował. Radka krzyczała potem: „Te twoje głupie tłumaczenia! Wszyscy przeciwko tobie! Chcą cię zgwałcić, zgładzić i zniszczyć! Przecież to chore…”. A gdy nie mogła już wytrzymać, wybiegała z mieszkania. Drzwi zatrzaskiwały się za nią z głośnym hukiem.

Jeszcze przez chwilę stała na schodach. Czekała, by Mateusz otworzył drzwi i wybiegł za nią. Ale nie było przeprosin ani obietnicy poprawy. Poczuła w ustach smak zepsutej miłości. Była dość silna, by radzić sobie ze światem, ale to, co działo się z Mateuszem, przerastało ją.

Spojrzała na sufit, na poręcze, schody. Coś było nie tak. Radka lubiła te drewniane stopnie i drewniane poręcze zakończone lwimi głowami. Teraz dostrzegła, że żółta farba na ścianach wyblakła i gdzieniegdzie odpada z tynkiem. Pod sufitem rozsnuwały się zakurzone pajęczyny. Nigdyjej to nie przeszkadzało. Wyrośli z Mateuszem w starych domach i to, że wynajęli mieszkanie w zrujnowanej przedwojennej czynszówce, było naturalnym odruchem. Teraz czuła obrzydzenie do tego miejsca. Obrzydzenie do tego mężczyzny za drzwiami.

Zapragnęła nowego życia. Czystego, niezalatującego stęchlizną z wilgotnych piwnic. Gdy kroki Radki cichły na schodach, Mateusz zagłębiał się w błogiej nudzie. Wreszcie nic się nie działo.

Jak zwykle zapadał w sztuczne raje emitowane w kilkudziesięciu telewizyjnych programach. Natłok obrazów szybko go męczył i Mateusz przysypiał, a wtedy śniły mu się koszmary ciężkie jak ziemia. Nie mógł się od nich uwolnić, tak że w końcu zrywał się zlany potem i wyczerpany. Zalatywało od niego przepoconymi podkoszulkami, których nie prał, bo nie wiedział, jak nastawić pralkę. Radka z premedytacją prała tylko swoje ubrania. Nie zmywał po sobie naczyń, nie sprzątał. Radka wyzywała go od leni. Mateusz tłumaczył, że nienawidzi rozmów kwalifikacyjnych, że w mieście zżera go stres. Zbyt wielu ludzi dokoła. Nadmiar budynków, hałasu, spalin.

Od Stolicy Radka chciała tylko dobrze płatnej pracy. To Mateusz miał zrobić karierę. Jako muzyk jazzowy. Chodził ze swoją trąbką po pubach, ale wszędzie mu powtarzali, że może grać tylko z zespołem. Próbował znaleźć odpowiednich muzyków, jakieś dwa lata, wcale nie mało. Ale nie znalazł. Brał udział w jam session po kilku koncertach, nie nawiązał jednak żadnych znajomości. Warsztaty jazzowe nudziły go. Pół roku grał na ulicach. Ludzie jednak, zamiast wrzucać pieniądze, omijali go szerokim łukiem.

Próbował sprzedawać swoje obrazy, ale szybko zabrakło pieniędzy na farby, nikt nie kupował jego dziwnych prac z aniołami i demonami o głowach w kształcie cebuli. Nie zdarzyło się też przypadkowe spotkanie z marszandem, który doceniłby go i wystawił w galerii. No, ale malowanie miało w końcu tylko zastąpić muzykę, będącą dla Mateusza wszystkim.

Muzyka uspokajała go, ale potrafiła też doprowadzić do takiego rozchwiania, że już nie wiedział, kto kogo kontroluje – on ją czy ona jego. Nie bał się jednak takich sytuacji. Gorzej, gdy przestawał grać, przekonany, że ktoś go do tego zmusza. Potykał się wtedy i spoglądał na siebie jak na obcego człowieka.

Po jakimś czasie już nawet nie udawał, że szuka pracy. Całymi dniami przesiadywał w mieszkaniu. Trąbka kurzyła się na szafie. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu komponował, uczył się harmonii, słuchał dużo jazzu – Coltrane'a, Parkera, Ornetta Colemana, no i oczywiście Milesa.

Ten to był prawdziwym skurczysynem!Kind of Bluerozgrzało krew, kwintet z Wayne'em Shorterem, To-nym Williamsem, Ronym Carterem i Herbie Hancockiem zmusił Mateusza do myślenia, ale dopiero gdy usłyszałBig fun,spadły mu kapcie i już nigdy ich nie znalazł. Ten dźwięk! Trąbka podłączona podwah-wahbyła tak kosmiczna, że Mateusz przez kilka tygodni nie mógł wylądować. Wiadomo, słuchał bluesa, przede wszystkim Howlin' Wolfa i Muddy'ego Wattersa. Zrozumiał, kim jest Jimi Hendrix, i poznał jego natchnione solówki. Pracował nawet nad równym oddechem przy dalekowschodnich mistrzach sitaru, ale ten Miles!

Wiadomo, Mateusz słuchał klasyków – Bacha, Chopina, minimalistów spod znaku Glassa i Reicha, ale Miles! Wiercił dziurę w głowie trąbką cholernie nietaktownie. Pieprzony alfons, podżegacz wyobraźni, genialny dyrygent improwizacji, ale przede wszystkim mistrz nad mistrzami, co melodią instrumentu przedłużał uczucia wydobyte z głębi ciała. To Miles sprawił, że Mateusz sięgnął po trąbkę i zaczął dmuchać w nią jak wyposzczeni fani w gumową lalkę. To były czasy…

Mateusza tak wzięło, że zdał nawet na studia muzyczne, ale nie szło mu dobrze. Często je przerywał, wracał, starał się nadrabiać. W sumie szarpał się jakieś siedem, osiem lat (sam już dokładnie nie pamiętał), a dotarł zaledwie do trzeciego roku. Wtedy stwierdził, że uczelnia go ogranicza. Profesorowie narzucali schematy, a przecież w głowie miał tyle pomysłów. Pal licho uczelnię! Gorzej, gdy stwierdził, że ogranicza go także zespół, który założył, by grać swoje. W tamtym czasie Mateusz dmuchał w trąbkę po osiem godzin dziennie. Zespół nazywali Big Silence, po angielsku, żeby było światowo. Ale z Kostynia do świata daleko. Ich muzyka dla większości była za trudna. Za dużo przestrzeni, za mało melodii i rytmu. Rozpadli się, bo Mateusz któregoś dnia stwierdził, że chłopaki nie wyrabiają na zakrętach, a jego wizja przerasta ich umiejętności. W Stolicy miał znaleźć lepszych. Zamiast tego znalazł samotność. Nie mógł grać z innymi ani dla innych, więc zaczął grać dla siebie.

Chciał osiągnąć stan, w którym dźwięki wypływałyby z niego bez udziału świadomości. Wiedział, że jedynym sposobem, by to osiągnąć, jest mistrzowskie opanowanie instrumentu. Zawsze grał dużo, ale teraz nie miał nawet czasu na jedzenie. Utonął w wielogodzinnych improwizacjach, i Radka słusznie podejrzewała, że to ucieczka od świata. Próbowała być wobec Mateusza zgryźliwa: „Skoro już jesteś taki genialny, może byś te swoje dzieła gdzieś nagrał!”. Mateusz nie słuchał. Nie miało dla niego żadnego znaczenia to, że nie nagrał płyty i skazywał na niebyt wszystkie swoje dokonania. Liczyła się chwila, w której trwał, bez świadomości.

Po kilkumiesięcznej eksplozji namiętnego grania zgubił gdzieś swobodę i spontaniczność. Pocił się, grając. Wieżę, z której słuchał podkładów, rozwalił w trakcie kłótni z Radką. Łkania i krzyki trąbki unosiły się w powietrzu same dla siebie, bojaźliwe i smętne. Sąsiedzi robili awantury. Radka też. Mateusz był przekonany, że trąbka wszystkim przeszkadza, podobnie jak on sam. No i ten jego zesztywniały palec wskazujący.

Od pewnego czasu nie potrafił skupić się na tym, co grał. Niekiedy rozpraszały go dziwne głosy dochodzące nie wiadomo skąd. Innym razem natrętna myśl, wymagająca natychmiastowego wyjaśnienia. Najtrudniejsze były jednak te chwile, gdy nawet najcichszy dźwięk, jaki wydobywał z trąbki, potężniał w nieznośny huk, który powielony echem odbijał się we wnętrzu czaszki jak w pustej hali. Nie wytrzymywał. Bolało. Miał poczucie zdrady, a trąbka wylądowała na szafie.

To był początek ostatniej wiosny w Stolicy. Przestał wychodzić z mieszkania, chyba że po piwo do sklepu za rogiem. Robił wtedy kilka kroków po popękanych betonowych płytach. Mijał okno wypełnione głową sześćdziesięcioletniego karła, patrolującego wyłysiały plac. Przechodził obojętnie koło grupki mężczyzn, którzy bez względu na porę dnia i roku sączyli full mocne. Dzielnica, choć w centrum, była oddzielona od miasta. Do placu mającego z czasem zamienić się w parking prowadziła lekko pod górkę żwirowa ścieżka, która ciągnęła się wzdłuż szarych budynków i kończyła gdzieś między zaniedbanymi ogródkami. Wszystko wskazywało na to, że to ostatnie lata tego miejsca.

W sklepie Mateusz nie zamieniał nawet słowa z gadatliwym sklepikarzem. Pragnął jak najszybciej wrócić do mieszkania. Znowu mijał karła w oknie, wspinał się po skrzypiących schodach i pospiesznie otwierał piszczące w zawiasach drzwi. Z ulgą i piwem w ręce siadał przed telewizorem. Jeśli nie wpatrywał się w ekran, to w miejsce, gdzie ściana łączyła się z sufitem. Czasami szybował myślami nad miastem i wtedy widział dachy tysięcy budynków, serpentyny ulic zapchanych pojazdami, drobne plamki nielicznych parków. Brakowało mu morza.

Lubił teraz śledzić wskazówki plastikowego budzika. Potrafił godzinami przyglądać się, jak końcówka tej dłuższej, odbita w obudowie cyferblatu, przeskakuje do tyłu po sekundowych podziałkach. Jak zaprzecza czasowi, którego naturalnym zajęciem jest pochłanianie przyszłości.

Któregoś dnia, bardzo podobnego do poprzednich, Mateusz wymyślił sobie, że zatrzyma czas i przerwie całe to dążenie do wzrostu, rozwoju i rozpadu, że sparaliżuje wszechobecny ruch siłą własnej woli i doskonale skoncentrowanym spojrzeniem obróci w kamień liczydło czasu. Łzy ciekły mu z oczu, pulsowały skronie. Wskazówka skakała, za oknem szumiały drzewa, a Mateusz starał się głęboko oddychać. W pewnym momencie wstrzymał oddech na tak długo, na ile się dało, i po spokojnym, długim wydechu czas się zatrzymał. Wskazówka sekundnika znieruchomiała na czwartej kresce po dwunastej. Telewizor był martwy. Mateusz wstał i podszedł do okna. Na drzewach nie poruszał się ani jeden liść, niebo było płytkie i puste. Okna przeciwległej kamienicy błyszczały odbitym słońcem, jakby zastygła na nich żółć. Ale gdy Mateusz uwierzył, że wszystko się zatrzymało, jedno z okien rozkraczyło się z trzaskiem, żółć wypełniająca szybę musnęła go po twarzy tchórzliwym refleksem, a z czerni przeciwległego mieszkania wynurzyła się twarz kobiety, która wrzasnęła w dół: „Józek, co ty sobie myślisz? Do domu, szczeniaku! Ile mam czekać?!” I zaraz przez podwórkowe niebo przefrunęły cztery gołębie.

Na dole bawiły się dzieci, przeważnie kilkuletni chłopcy. Jeden robił fikołki na trzepaku, dwóch pojedynkowało się kijami. Jeszcze inny kopał skórzaną piłką o drzwi jednej z komórek, gdzie składowano nikomu niepotrzebne graty. Komórki zamykały czwarty bok podwórka z trzech stron otoczonego kamienicami.

Dziesięcioletnia dziewczynka biegła za rówieśnikiem, który przed chwilą lekko klepnął ją w tyłek. Głosy dzieciaków odbijały się o ściany i okna, by ulecieć ponad szeregiem komórek w stronę niedalekiego komina szpitalnej spalarni. Gdy tam docierały, ginęły w dymie po bandażach.

Mateusz powoli odwrócił się i zobaczył, że wskazówka wciąż tkwi bez ruchu. Potrząsnął zegarkiem. Sekundnik ciężko przeskoczył i zatrzymał się na trzeciej kresce po dwójce. Wysiadła bateria.

Mateusz zaczął podejrzewać Radkę o zdradę. Pewnie z nudów, choć on uważał, że ma powody. Przychodziła do domu wieczorem. Jeśli dzwoniła, by mu powiedzieć, że znowu przyjdzie późno, krzyczał, i wtedy zjawiała się dopiero na drugi dzień. Noce bez Radki były męczące. Nie mógł zasnąć. Przeszkadzały mu natrętne majaki, w których ukochana wiła się w grzęzawisku męskich ciał. Radka tymczasem przesiadywała u koleżanek i wypłakiwała swoją delikatną urodę.

Doszło do tego, że jeśli spędzali noc razem, kłócili się natychmiast po przebudzeniu. Trzaskali drzwiami. Rzucali w siebie talerzami i szklankami. Awantury na pewno słyszeli sąsiedzi. Mateusz wybił szybę, rozwalił półki i połamał krzesło. Zranił sobie dłoń o ścianę. Szarpali się tak od dobrych kilku miesięcy. Nigdy jednak nikt nikogo nie uderzył. Przestali ze sobą sypiać. Mateusz zaczynał bać się siebie, a Radka Mateusza.

Czy to z naiwności, czy dlatego że słabo orientował się w subtelnościach kobiecych uczuć, Mateusz wciąż wierzył, że mimo toczonej wojny ich miłość przetrwa. Co innego Radka: ona zaczęła wierzyć oddzielnie, poza nim, bez niego i na pewno nie w miłość – może w pracę, może w nowe mieszkanie, może w nowego chłopaka. „Przecież się kochamy! Aniele mój, nie opuszczaj mnie…” – próbował jeszcze nieśmiało, ale Radka zatrzasnęła za nim drzwi.

Z plecakiem brudnych ciuchów, trąbką i teczką pogniecionych szkiców ruszył w stronę dworca. Przed sobą miał kilometrowy spacer. Drażniła go natarczywość samochodów tłoczących się w korku. Słońce tonęło w mdlących spalinach. Mateusz szedł po ocienionej stronie ulicy, na którą chłód rzucały masywne dziewiętnastowieczne gmachy dwóch banków, poczty i sądu. Trochę dalej ciągnął się mur aresztu. Ale Mateusz przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie nowoczesny kompleks handlowy, z kinami i parkingami, kończył się przebudowywanym budynkiem Dworca Głównego. Z komunistycznej maszkary próbowano zrobić oszkloną oranżerię. Pomyślał, że lepiej byłoby postawić nowy.

Rzeczywiście, rozkopane centrum nie należało do pięknych. Trwała budowa kolejnych galerii handlowych i biurowców. Olbrzymie dźwigi błyszczały w słońcu. Ciężarówki powoli przesuwały się w gęstym trójszere-gu. Ruchliwy tłum przeciskał się pomiędzy pojazdami.

Twarze mijanych ludzi były rozlepione na głowach jak plakaty niemo informujące o starych spektaklach. By nie patrzeć w narysowane oczy i usta, Mateusz spuścił wzrok. Skąd wytrzasnął te czarne lakierki? Może Radka kupiła mu je na rozmowy kwalifikacyjne? Czarne plamy butów na zmianę ukazywały się w kwadracie chodnika. Deptał zygzakowaty polbruk, którego kanciaste spojenia zaczynały lekko falować i wyciągnęły się w nieskończone pięciolinie. Sznurówki lakierków rozmazały się i wtopiły w eliptyczne główki nut. Wystukiwały rytm, który natychmiast podjęły buty tłumu. Tłum swingował. Klaksony dźwięczały krzykliwym zadęciem trąbki. I choć Mateusz nie był w formie, musiał sprostać rozbestwionemu rytmowi. Zaczął oddychać tak, jakby grał. Usta zwinęły mu się w rybi pyszczek. Wpadł mu w ucho zadziorny, pokiereszowany temat, który można było fantastycznie zaokrąglić. Perkusista wyłapywał każdą subtelność, podkreślał i prowokował do kolejnych rozwiązań. W pewnym momencie udało się im połączyć nieprawdopodobneunisonotalerzy (robotnicy spawali nowoczesną konstrukcję dworca) z dźwięcznym tematem na trąbce (zahamowały dwa, trzy, cztery samochody), zakończone tremolem na werblu, gdy komuś pękła plastikowa siatka: zakupy się wysypały, a owoce potoczyły po chodniku bezwładną lawiną. To jednak nie był koniec, bo pomruk przepychających się przez miasto ciężarówek powołał do życia bas, który podchwycił temat i rozwinął w funkowe pulsowanie. Znowu zaczęła się pogoń.

Do wagonu Mateusz wpadł zdyszany. Piekło go w okolicach serca. W ciszy przedziału ulga trwała zaledwie chwilę, bo gdy tylko pociąg ruszył, natychmiast narzucił mu monotonny stukot – marsz wojska ku zagładzie. Niełatwo wykrzesać z tego uczucie. Mateusz próbował równo oddychać, by przejąć kontrolę nad muzyką, przetopić mechaniczny rytm w płynne pulsowanie serca. Albo zatrzymać czas, zatrzymać czas! Uzyskać pauzę. Z pauzą nastanie cisza. Pauza!

Pociąg zatrzymał się ostatni raz w granicach Stolicy. Wsiadło kilka osób. Muzycy posłuchali Mateusza i ucichli. Trochę go to zdziwiło, bo przecież już dawno przestał być liderem zespołu. A potem ruszyli spokojnie, razem, bez ucieczek w indywidualne improwizacje. Lekki, orzeźwiający swing z lat czterdziestych. Jak najdalej od awangardy. Za oknem płynnie falowały linie trakcji elektrycznej. Wsporniki masztów układały się w kreski taktowe. Połączenia kabli zaplatały krzyżyki i bemole, które próbowały coś podpowiedzieć. Jednak Mateusz uparł się, by podróż przebiegała rytmiczną frazą, w prostym metrum, bez nieprzewidzianych skoków wyobraźni. Ale choć bardzo się starał, na falującej za oknem pięciolinii zaczęły ukazywać się niepokojące cienie, niewielkie kłęby kurzu, niby plamy na oku, zapis dziwacznych szeptów.

Pociąg wyjechał z gęstego lasu i wpadł w otwarte ramiona płaskich pól. Jednolity brąz ziemi odcinał się równą linią od zachmurzonego nieba. Monotonię krajobrazu urozmaicały pojedyncze samochody. Jak w zwolnionym filmie sunęły przez pola wąskimi szosami, wzdłuż których rosły szpalery starych topoli. Co jakiś czas ukazywały się poszarzałe od wilgoci skupiska paru bloków, niepasujące do otoczenia. Pojawiały się też czyste i zadbane gospodarstwa, otulone ciepłymi zagajnikami świerków i buków, które rozszerzały się w ciemnozielone lasy. A później znowu pola – i tak na przemian.

Gdy po prawej stronie rozbłysła cienka nitka rzeki, wiadomo było, że pociąg zbliża się do Kostynia. Najpierw minie niemieckie zakłady produkujące okna i holenderską fabrykę frytek. Później przemknie między domkami jednorodzinnymi i zacznie hamować na wysokości supermarketów, podstępnie wybudowanych w samym sercu miasta. Nie było już małych sklepików z towarami spiętrzonymi jeden na drugim. Za ladą brakowało sprzedawcy, który zachwycałby się wczorajszym meczem albo pytał o zdrowie najbliższych. Żadnych dzielnicowych plotek i najnowszych kawałów. Teraz, by kupić butelkę piwa, trzeba stać w kolejce do kasy, bez szans na rozmowę o pogodzie, bo klient za tobą pogania: szybciej, szybciej. Jedna z dziesięciu sprzedawczyń, zmęczona i rozdrażniona, bez słowa nabija cenę i rzuca wyuczone: „Zapraszamy ponownie”. Wcale nie chciało się tu wracać.

Ludzie w przedziale budzili się. Za chwilę stary, poniemiecki dworzec zacznie straszyć zardzewiałymi słupami, na których ledwo trzyma się dziurawy dach.

Kostyń

W Kostyniu jest dużo mostów. Dziesięć betonowych, dwa żelazne i jeden drewniany. Jeszcze nie tak dawno przechodził nimi piąty pułk niemieckich huzarów. Przez stulecia, od upadku ostatnich władców pomorskich do drugiej wojny światowej, miasto należało do Niemiec. Kiedyś, trochę na wyrost, było nazywane Paryżem Północy. Prawdopodobnie z powodu układu ulic, które promieniście strzelały z kilkunastu rond.

Przed wojną miasto wypełniały secesyjne kamieniczki, ale po wkroczeniu Rosjan zostały tylko gruzy i ruiny kościołów. Zachowało się jedynie kilkadziesiąt niezbyt pięknych domów w centrum miasta – zbyt solidnych, by je zniszczyć. Najazd przetrwały też poniemieckie koszary, z czasem zamienione na szkołę rybacką, i pałac rodu von Blankensee, gdzie stacjonowało rosyjskie dowództwo. Z mieszanki trzech racji, Polaków, Litwinów i Ukraińców, narodził się po wojnie nowy człowiek, który odbudował zniszczone miasto, nauczył się łowić ryby i utrzymywać jako taki porządek. Nigdy jednak nie dorównał Niemcom w precyzji planowania zabudowy miasta. Pomiędzy kamienicami szczerzyły się teraz brzydkie plomby ze szkła i metalu, a kwadratowe klocki bloków nawet nie próbowały imitować starówki. Rynek, za komuny zwany placem Armii Czerwonej, został okraszony jedynym w mieście, koślawym kinem o wyglądzie grubo ciosanej skały. Na szczęście zostały parki ze starymi drzewami i rozległymi trawnikami, tonujące tę przedziwną mieszankę poniemieckiej i postkomunistycznej architektury. No i były mosty.

Nie za długie, bo rzeka, nad którą wyginały swoje kręgosłupy, nie należała do szerokich. Kręta, cienka nitka. Od źródła niewiele przybrała i przy ujściu wciąż była łatwa do przebycia wpław. Wrośnięta w miasto jak przełyk, wpadała do zimnego żołądka morza.

Od wody wiały słone wiatry, wyciskające łzy z oczu. To właśnie z powodu morza w ustach zalegał delikatny posmak ryby. To ono sprawiało, że w Kostyniu żadne drzewo nie stało bez ruchu. Nawet jeśli cały świat wstrzymywał oddech, tutaj zawsze coś dyszało, i nie było ciszy. Szum, ciągle szum i ptaki, przede wszystkim zgrzytliwie skrzeczące mewy.

Słona woda od zawsze podmywała brzegi Kostynia. Kradła plażę i trzeba było zwozić kamienie i betonowe bloki, aby wzmocnić brzeg. Wzdłuż plaży zamontowano też gruby rurociąg, do którego specjalne barki wtłaczały piasek wybierany z dna morza. Później rurociąg wypluwał piasek ludziom pod nogi, aby mieli się gdzie opalać. A opalali się najwyżej dwa miesiące w roku, bo sezon był krótki. „Za krótki” – narzekali miejscowi biznesmeni, sklepikarze i handlarze pamiątkami.

Rwany, gwałtowny oddech morza rozbijał się o główki wyznaczające wejście do małego portu, w którym gnieździły się kutry. Drewniane łupiny rytmicznie unosiły się i opadały. Skrzypiały stalowe wanty. Z kadłubów łuszczyła się żółta farba, martwe płaty unosiły się na wodzie jak opadłe liście. Rybacy cierpliwie czekali na koniec sztormu.

A gdy wiatr się uspokajał, monotonna przestrzeń wody pozwalała wyobraźni na myśl, że człowiek przekroczy własne granice. Ale nawet najspokojniejsze morze zmywało ziarna piasku, które bez krzyku i protestu wpływały w jego ciemne trzewia, i człowiek nie mógł mieć pewności, czy stąpa po pewnym gruncie.

Niespotkanie

Na razie jednak był środek lata. Darek, kierownik tutejszej redakcji Telewizji Polskiej, wyszedł na balkon. Nie na swój balkon. Wewnątrz, w mieszkaniu obcych ludzi, jego operator i asystent wyciskali ze stuletniej staruszki entuzjastyczną wypowiedź na tematTeleexpressu.Oglądała program od początku istnienia, nie opuściła ani jednego wydania, ale miała kłopoty z wymówieniem nazwy. Wychodziło jej różnie: elekspres, tekspres, lekspres. Starość i zgryz. A Stolicy zależało na reklamieTeleexpressu. Njus polegał na tym, że gdzieś w zapadłym mieście żyje stulatka, która obchodzi urodziny w rocznicę powstania programu i od początku codziennie go ogląda.

Darek spocił się pod pachami, patrząc na te zmagania. Szyja ślizgała mu się w kołnierzyku, a koszula na brzuchu była mokra. Nadwaga dawała się we znaki.

Musiał wyjść na balkon, przewietrzyć się. Nie mógł już patrzeć na sześćdziesięcioletniego wnuczka, krzyczącego na ogłupiałą babkę, że, babka, nie eksperes trzeba mówić, tylko teleekspres, te-le-e-kspres! Wnuk groźnie pohukiwał, a staruszka coraz bardziej drżała pod oskarżycielskimi spojrzeniami kilkuosobowej rodziny, zebranej w ciasnym pokoiku. Asystent Darka cierpliwie trzymał mikrofon pod stuletnią brodą.

– Jak pan myśli, wyduszą z babki? – spytał prawnuczek, który wyszedł za Darkiem na balkon. Był już trochę zaniepokojony, że przez prababkę rodzina nie wystąpi w telewizji.

– Wyduszą – uspokajał Darek i poczęstował go papierosem. Zaciągnęli się równocześnie. Słońce zalśniło na zakolach Darka.

– Gorąco.

– Gorąco. – Zza ich pleców uleciało wyduszone sexpress.

– Ale na szczęście wiaterek.

– Tak, zawsze jest wiaterek.

– Coraz bliżej – mruknął do siebie Darek, nasłuchując wysiłków staruszki.

Mimo słońca, które zawsze go rozweselało, miał dzisiaj ponury dzień. Tydzień temu skończył czterdzieści dwa lata i nie mógł się pozbyć wrażenia, że zamyka się pewien etap jego życia. Irytowało go męczące płaskostopie, przez które każdy krok naznaczony był tępym bólem. Wstydził się postępującej łysiny i dziesięcioki-logramowej nadwagi. Dawno już wywietrzała z niego wiara w miłość i wierność. Teraz żona tylko działała mu na nerwy. Być może dlatego, że zbyt łatwo przychodziło mu oszukiwanie jej.

Cofnął się w myślach do początków pracy, gdy jeszcze lubił to, co robił, i nie pisał tekstów pod wypracowane przez lata schematy. Dostał wtedy propozycję pracy w Stolicy. Cały kraj mógł poznać jego talent. Darek zwątpił i stwierdził, że jego miejsce jest tam, gdzie się urodził. Ale naprawdę bał się, że sobie nie poradzi, a nawet jeśli, to w najlepszym razie zostanie jednym z wielu, podczas gdy w Kostyniu był tylko on, najlepszy. No i cokolwiek by mówić – kierownik redakcji TVP! Szybko zrozumiał, że popełnił błąd. Tyle że już nikt nie proponował mu przeprowadzki do Stolicy. A on sam też się o nią nie starał. No i został w Kostyniu. Popijał, tył i łysiał. Zazdrościli mu wszyscy tutejsi dziennikarze, ale jemu, gdy wspominał czasem straconą szansę, chciało się płakać…

Po drugiej stronie ulicy pięciu mężczyzn kopało rowy na kable. To przypomniało Darkowi przedwczorajszy materiał: pod miastem był wypadek. Dwóch facetów, z dłońmi stwardniałymi od pracy, kopało drenaże pod domek jednorodzinny. Oczywiście na czarno. Rzecznik prasowy policji, starszy sierżant Urwiłło (brunet z hitlerowskim wąsikiem), zadzwonił rano do redakcji, że wypadek i że jadą to sprawdzić. Gdy Darek dotarł tam z operatorem, na miejscu były już policja i straż pożarna. Dwóch mężczyzn w czerwonych kombinezonach próbowało wskrzesić leżącego na ziemi robotnika.

Drugi siedział obok z głową w rękach i nic nie mówił. „No, ale niech pan powie, jak się to stało”. „Ja nie wiem!” „No, ale co, spadła ziemia, zsunęła się na pańskiego kolegę?” Gdy zobaczył wycelowane w siebie oko kamery, otrzeźwiał albo zgłupiał i zaczął bełkotać, że ta ziemia to właściwie glina, i byli z Romkiem pewni, że się nie osunie, ale widocznie wyrzucali ją za blisko rowów, i jeden taki pagórek zwalił się na Romka, i ciężko go było wykopać spod tego, tego…

– Facet biegał w kółko jak pieprznięty, zanim wezwał pomoc – szepnął Darkowi starszy sierżant Urwiłło. -Bał się, że na czarno to mogą być kłopoty…

Swoją wypowiedź przed kamerą starszy sierżant Urwiłło odpowiednio wyszlifował:…..tak więc obywatel Zet po uprzednim stwierdzeniu, że odkopanie obywatela Wu będzie ciężkie i trudne do odkopania i wykonania, postanowił zawiadomić pogotowie ratunkowe w celu zawiadomienia o zwaleniu się ziemi na obywatela Wu, co doprowadziło do zasypania tegoż obywatela i zmiażdżenia mu klatki piersiowej i zatrzymania pracy całego organizmu i serca, połamania kości, kręgosłupa i chyba miednicy do tego też…" – spod czapki wyciekły dwie strużki potu. Darek miał przez chwilę wrażenie, że to krew, ale szybko się otrząsnął i zapewnił sierżanta, że wyszła bardzo sprawna, błyskotliwa i płynna wypowiedź, z której bez kłopotu da się wybrać te najskładniejsze dwadzieścia sekund.

Martwy leżał obok rowu. Usta miał pełne ziemi. Jakby chciał się nią najeść. Ratownicy z pogotowia dali już spokój. Przykryli trupa czarną folią. Wystawały tylko gołe stopy, bo przy wyciąganiu z lepkiej gliny buty ze skarpetkami wessała ziemia…

Mężczyźni po drugiej stronie ulicy nadal kopali. Bez pośpiechu. Rozebrani do połowy, błyszczeli w słońcu od potu. Prócz Darka ich pracy przyglądał się jeszcze jeden facet. Stał przy kopiących i sprawiał wrażenie, jakby chciał ich zagadnąć. Z balkonu nie było dobrze widać, ale Darkowi wydawało się, że skądś go zna. I dopiero gdy tamten odwrócił się profilem, Darek nabrał pewności.

– Mateusz! – zawołał w dół. Mateusz drgnął. Obejrzał się, ale niepewnie, spoglądał niżej i w złą stronę.

– Mateusz! – powtórzył Darek. – Tutaj!

Reakcja był zaskakująca. Mateusz zgarbił się, skulił i zaczął oddalać z głową schowaną w ramionach. Nie rozglądał się na boki. Po kilku krokach jeszcze przyspieszył, jakby przed czymś uciekał.

– Brawo, babcia! – za plecami Darka wybuchły okrzyki. Tymczasem Mateusz skręcił za róg kamienicy i zniknął.

– Udało się, sefie – zaseplenił asystent Darka, czasem też operator, który uparcie przekonywał wszystkich, że wcale nie sepleni. Był z tym pewien kłopot, bo nie dopuszczano go do naczytywania materiałów. Nie zdał na kartę lektorską i w efekcie w redakcji tylko Darek mógł naczytywać. Poza tym asystent-operator miał dodatkowy kłopot. Zwał się bowiem „Szutki”. Pocił się, stękał, trochę nawet jąkał, bez rezultatu – nie potrafił poprawnie wymówić swojego nazwiska. No i w redakcji był „Sutki”, jak by inaczej…

– Sefie!

– Co? – Darek ocknął się z zamyślenia.

– No, babka wrescie powiedziała.

– Ach tak. Jak tak, to pajdiom!

W drodze do redakcji Darek zapalił kolejnego papierosa i zadzwonił do Konrada. Ich rozmowa mogła brzmieć tak:

– Konrad? Cześć! Wiesz, kogo przed chwilą widziałem?

– No?

– Mateusza! Nie słyszał, jak go wołałem.

– Czekaj… Ja widzę się z nim prawie codziennie.

– I jak tam u niego?

– Od rozstania z Radką nie bardzo daje sobie radę… No, a po tym, co zrobiły z nią te gnoje…

– Domyślam się…

– Rozpieprzyło go całkowicie… Agata ich zna. To jej uczniowie jeszcze z Przechodniaka… Jest wściekła.

– Zrozumiałe… Jak kręciłem ich w areszcie, to myślałem, że chujom… że nie wytrzymam.

– Ale wytrzymałeś.

– Wytrzymałem…

– Dobrze, że zadzwoniłeś. Musimy pogadać… Z Mateuszem jest coraz gorzej.

– To może dzisiaj? Mam w końcu ten film o Hohendorffach…

– Przegrałeś?

– No… To jak? Mecz też jakiś jest…

– Może być.

– Przyjdź z Agatą.

– Może niech wpadnie też Janek, co? Dawno go nie widziałem…

– Czemu nie… A dla nas co, jak zwykle wódeczka, a dla dziewczyn winko?

– Może być… A jak tam mały?

– Sławuś? – Darkowi zrobiło się tak duszno, że aż go zemdliło. – Na kilka tygodni oddaliśmy go do hospicjum. Tam ma dobrą opiekę, Irena trochę odpocznie… Wiesz, będzie wolna chata – próbował żartować, ale głos mu się załamał jak sucha gałąź pod ciężkim butem.

Najzwyklejsze małżeństwo świata

Konrad i Agata byli najzwyklejszym małżeństwem na świecie. No, może nie do końca, bo byli małżeństwem szczęśliwym. Kochali się, o ile miłością było wzajemne zaufanie, niezatruwanie sobie życia nadmierną zazdrością i regularny seks nie później niż o jedenastej, żeby móc się wyspać i pójść do pracy. Kochali też dwójkę swoich dzieci, siedmioletnią Natalkę i pięcioletniego Michasia. Stanowili szczęśliwą rodzinę. Jeśli szczęściem była praca, odwożenie dzieci do szkoły i przedszkola oraz krótkie wypady za miasto. W domu czuli się najlepiej. Spotkania ze znajomymi ograniczały się do skromnych i niezbyt częstych wieczorów przy piwie. Ich świat był uporządkowany, znany – odtąd dotąd. Nie szykowały się żadne niespodzianki, i Konrad z Agatą uważali, że bez niepotrzebnych przykrości dobrze byłoby spędzić tak samo kolejne lata.

Niedawno kupili upragnione mieszkanie, duże, czteropokojowe, z przedwojenną przeszłością. Agata lubiła miejsca, które miały historię. Co prawda musieli spłacać kredyt, ale oboje pracowali i raty nie stwarzały większego problemu. Nie przekraczały przecież kosztów wynajmu kolejnych mieszkań. I nie zawracali im już głowy właściciele, którzy zawsze kręcili na wszystko nosem.

Konrad pracował jako inspektor rybołówstwa i choć nie był to szczyt jego marzeń, otrzymywał dokładnie taką dawkę emocji, jaką był w stanie przetrawić. Coś bardziej ekstremalnego niż sprawdzanie, czy rybacy nie przekroczyli limitów połowowych, mogłoby go doprowadzić do rozstroju nerwowego. Agata z kolei była nauczycielką, ale uczyła nietypowe dzieci. Przez trzy lata próbowała oswoić patologię Przechodniaka, dokąd spływało z okolicy całe badziewie skazane na kryminalną przyszłość. Od września miała uczyć w Pałacu, szkole dla dzieci niepełnosprawnych.

Zaproszenie Darka było dla nich miłą niespodzianką, choć wybijającą ich nieco z ustalonego rozkładu zajęć. Lato spędzali na plaży, rzadkich wycieczkach rowerowych i częstych odwiedzinach u rodziców Agaty, którzy