Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Akcja Kroniki ptaka nakręcacza, podobnie jak w większości książek Haruki Murakami jest bardzo skomplikowana, ale nie ona jest najważniejsza. Jeden z recenzentów streścił ją tak: Toru Okada traci najpierw pracę, potem kota, potem żonę a w końcu - rozum. O ile w pierwszych trzech punktach można recenzentowi przyznać rację, o tyle z tym rozumem sprawa jest nieco bardziej złożona.

Życie Toru Okady po stracie pracy jest monotonne i pozbawione ambicji. Żona zarabia wystarczająco dużo na utrzymanie ich obojga, a Toru prowadzi dom. Ten harmonijny układ zostaje jednak pewnego dnia zburzony, kiedy to znika im kot. Toru wyrusza na poszukiwanie zwierzątka i tak zaczyna się wielka historia jego spotkań z różnymi najdziwniejszymi osobami, prowadząca do całkowitej przemiany duchowej, nieomal buddyjskiej iluminacji. Gdy odejście żony pozbawia go środków do życia i nie może sobie pozwolić na bezczynność, jest już innym człowiekiem, gotowym zacząć nowe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1092

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


HARUKI MURAKAMI

Kronika ptaka nakręcacza

Tytuł oryginału japońskiego:

Nejimakidori kuronikuru

Tytuł przekładu angielskiego:The Wind-Up Bird Chronicle

Projekt okładki i opracowanie graficzne:  Agnieszka Spyrka 

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Janina Zgrzembska

© 1994, 1995 by Haruki Murakami

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2004, 2013

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-7758-558-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I

Księga pierwsza

Sroka złodziejka czerwiec i lipiec 1984 roku

1. O wtorkowym ptaku nakręcaczu, sześciu palcach i czterech piersiach

Telefon zadzwonił, gdy gotowałem w kuchni makaron. Pogwizdywałem uwerturę do Sroki złodziejki Rossiniego, wtórując stacji radiowej FM. Była to idealna muzyka do gotowania makaronu.

Usłyszałem dzwonek telefonu i najpierw pomyślałem, że go zignoruję. Makaron dochodził, a Claudio Abbado właśnie w tej chwili doprowadzał Londyńską Orkiestrę Symfoniczną do muzycznej doskonałości. W końcu jednak zmniejszyłem płomień, poszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę. Może postanowiłem odebrać, myśląc, że któryś ze znajomych dzwoni w sprawie nowej pracy.

– Proszę o dziesięć minut – powiedział nieoczekiwanie kobiecy głos.

Mam dość dobrą pamięć do głosów, lecz tego głosu nie znałem.

– Przepraszam, pod jaki numer pani dzwoni? – zapytałem uprzejmie.

– Dzwonię do pana. Potrzebne mi tylko dziesięć minut. To wystarczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli – powiedziała kobieta. Jej głos był niski, miękki, mało charakterystyczny.

– Żebyśmy się zrozumieli?

– Tak. Zrozumieli, co czujemy.

Wychyliłem się w stronę drzwi i zajrzałem do kuchni. Nad garnkiem z makaronem unosiła się para, a Abbado dalej dyrygował Sroką złodziejką.

– Przepraszam panią, ale teraz gotuję makaron. Czy mogłaby pani zadzwonić później?

– Makaron? – zapytała zrezygnowana. – Gotuje pan makaron o pół do jedenastej rano?

– A co to panią obchodzi? Mogę sobie jeść, co chcę i kiedy chcę – powiedziałem trochę urażony.

– To prawda – odrzekła kobieta suchym, pozbawionym wyrazu tonem. Jej głos zupełnie się zmieniał pod wpływem najmniejszego wahania nastroju. – Wszystko jedno. Zadzwonię później.

– Chwileczkę – powiedziałem pospiesznie. – Jeśli próbuje pani coś sprzedać, nic z tego nie będzie, choćby nie wiem, ile razy pani dzwoniła. Jestem teraz bezrobotny i nie stać mnie na żadne zakupy.

– Wiem, niech się pan nie martwi.

– Co pani wie?

– Że jest pan bezrobotny. Wiem o tym. Więc niech pan lepiej szybko dogotuje ten swój drogocenny makaron.

– A pani właściwie… – zacząłem, ale kobieta się rozłączyła, nagle i bez uprzedzenia.

Stałem tak, patrząc na słuchawkę, pełen uczuć, którym nie mogłem dać upustu. Wkrótce jednak przypomniałem sobie o makaronie i poszedłem do kuchni. Wyłączyłem gaz i odlałem makaron na sitko. Z powodu telefonu zrobił się trochę za miękki jak na al dente, ale można go było jeszcze uratować.

Żebyśmy się zrozumieli?, myślałem, jedząc makaron. Abyśmy w dziesięć minut dobrze zrozumieli, co czujemy? Nie mogłem pojąć, co ta kobieta próbowała mi powiedzieć. Może to był po prostu żart. Albo jakaś nowa metoda sprzedaży? Nieważne. Nic mnie to nie obchodzi.

Usiadłem znów na kanapie i próbowałem zabrać się do czytania pożyczonej z biblioteki powieści, lecz spoglądałem co pewien czas na telefon. Męczyła mnie myśl o tym, o co mogło chodzić tej kobiecie, gdy mówiła o zrozumieniu się w dziesięć minut. Właściwie jak można się zrozumieć w dziesięć minut? Na samym początku wyraźnie powiedziała, że chodzi o dziesięć minut, i wydawała się dosyć pewna tego czasowego ograniczenia, które sama sobie wyznaczyła. Być może dziewięć minut to za mało, a jedenaście okazałoby się za wiele. Tak samo jak w przypadku gotowania makaronu al dente.

Gdy tak rozmyślałem, odechciało mi się czytania. Postanowiłem zabrać się do prasowania koszul. Od dawna, kiedy mam w głowie zamęt, zawsze prasuję koszule. Proces prasowania dzielę na dwanaście etapów. Zaczynam od wierzchu kołnierzyka (1), a kończę na mankiecie lewego rękawa (12). Prasuję po kolei, odliczając etapy jeden po drugim. Jeśli tak tego nie robię, nic z prasowania nie wychodzi.

Uprasowałem trzy koszule, upewniłem się, że na ostatniej nie ma zmarszczek, i powiesiłem je na wieszaku. Wyłączyłem żelazko, schowałem je razem z deską do szafy i wtedy uświadomiłem sobie, że nieco rozjaśniło mi się w głowie.

Miałem ochotę napić się wody i ruszyłem w stronę kuchni, gdy znów zadzwonił telefon. Trochę się zawahałem, ale w końcu postanowiłem odebrać. Jeśli to znów ta kobieta, powiem jej, że właśnie prasuję, i się rozłączę. Okazało się, że dzwoni Kumiko. Zegar wskazywał pół do dwunastej.

– Jak się masz? – zapytała.

– Dobrze – odpowiedziałem.

– Co robisz?

– Prasowałem.

– Coś się stało? – w jej głosie był leciutki ton napięcia. Dobrze wie, że kiedy jestem skołowany, prasuję.

– Nie, po prostu prasowałem. Nic szczególnego się nie stało. – Usiadłem na krześle i przełożyłem słuchawkę z lewej ręki do prawej. – A dlaczego dzwonisz?

– Umiesz pisać wiersze?

– Wiersze? – zapytałem zdziwiony. Wiersze? Co to właściwie są „wiersze”?

– Znajoma redakcja wydaje między innymi magazyn literacki dla dziewcząt i szukają kogoś, kto mógłby wybierać spośród nadesłanych przez czytelniczki wierszy te nadające się do druku i redagować je. Chcą też co miesiąc wiersz na okładkę. Jak na taką lekką pracę nieźle płacą. Oczywiście to tylko praca na zlecenie, ale jeżeli byliby zadowoleni, być może daliby ci też jakieś prace edytorskie i…

– Lekka praca? – powiedziałem. – Poczekaj chwileczkę. Ja szukam pracy związanej z prawem. Skąd ci się nagle wzięło redagowanie wierszy?

– Przecież mówiłeś, że coś pisałeś w liceum.

– W gazetce. W gazetce szkolnej. Która klasa wygrała turniej piłki nożnej albo że nauczyciel fizyki przewrócił się na schodach i poszedł do szpitala. Tylko takie głupawe artykuliki. Nie wiersze. Nie umiem pisać wierszy.

– Ale to mają być wiersze dla licealistek. Nie mówię ci wcale, żebyś pisał wspaniałe wiersze, które przejdą do historii literatury. Wystarczy, że coś tam byle jak napiszesz. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?

– Wcale nie umiem pisać wierszy ani byle jakich, ani żadnych innych. Nigdy nie pisałem i nie mam zamiaru pisać – uciąłem. Przecież nie umiałbym takich rzeczy pisać.

– No tak – powiedziała z żalem moja żona. – Ale przecież trudno jest znaleźć pracę związaną z prawem, prawda?

– Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Niedługo ktoś powinien się ze mną skontaktować, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wtedy dopiero się zastanowię.

– Tak? No dobrze, niech będzie. A właśnie, co dziś jest?

– Wtorek – powiedziałem, zastanowiwszy się przez chwilę.

– To czy mógłbyś iść do banku i zapłacić za gaz i telefon?

– Zaraz idę kupić coś na kolację, więc po drodze wstąpię do banku.

– A co będzie na kolację?

– Jeszcze się nie zdecydowałem. Pójdę po zakupy i pomyślę.

– Słuchaj – powiedziała żona, zmieniając ton – pomyślałam sobie, że nie musisz się chyba specjalnie spieszyć z szukaniem pracy.

– Dlaczego? – zapytałem, znowu zdziwiony. Zdawało się, że wszystkie kobiety na świecie postanowiły mnie dziś przez telefon zadziwić. – Niedługo kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych i nie mogę przecież w nieskończoność tak nic nie robić.

– Ale ja więcej teraz zarabiam, ta dodatkowa praca też dobrze idzie, mamy oszczędności, jeżeli nie będziemy rozrzutni, na jedzenie nam wystarczy. Nie lubisz zajmować się domem, tak jak teraz? Znudziłoby cię takie życie?

– Nie wiem – odparłem szczerze. Nie wiedziałem.

– Zastanów się nad tym spokojnie – powiedziała żona. – A kot nie wrócił?

Gdy zapytała, zdałem sobie sprawę, że od rana ani razu nie pomyślałem o kocie. – Nie, jeszcze nie wrócił.

– Mógłbyś trochę poszukać w sąsiedztwie? Nie ma go już od tygodnia.

Mruknąłem coś w odpowiedzi i przełożyłem słuchawkę do lewej ręki.

– Myślę, że pewnie jest w ogrodzie tego pustego domu na końcu uliczki. W tym ogrodzie z kamienną rzeźbą ptaka. Wiele razy go tam przedtem widziałam.

– Na końcu uliczki? – powtórzyłem. – A po co ty tam chodziłaś? Do tej pory nigdy o tym nie wspominałaś…

– Słuchaj, przepraszam, ale muszę się rozłączyć. Muszę wracać do pracy. Proszę, poszukaj kota. – Rozłączyła się. Popatrzyłem przez chwilę na słuchawkę, a potem ją odłożyłem.

Zastanawiałem się, po co Kumiko chodziła po uliczce. Aby się tam dostać, trzeba przejść przez ogrodzenie z betonowych płyt stanowiące ścianę naszego ogrodu, a nie było tam przecież nic wartego takiego wysiłku.

Poszedłem do kuchni, napiłem się wody, wyszedłem na werandę i zajrzałem do kociej miski. Kupka suszonych sardynek, którą tam wczoraj wieczorem włożyłem, była nienaruszona. Więc kot jednak nie wrócił. Stałem na werandzie i patrzyłem na nasz mały ogródek oświetlany promieniami wczesnoletniego słońca. Patrzyłem, choć nie był to ogród, którego widok wypełniał serce radością. Słońce dochodzi tu jedynie przez krótki czas, więc ziemia jest zawsze czarna i wilgotna, w rogu rosną tylko dwa czy trzy nędzne krzaki hortensji, za którymi nie przepadam. Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Kumiko tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywał. Nie wiedzieliśmy też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień do tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.

O rany, no to teraz na poszukiwanie kota, pomyślałem. Od dawna lubiłem koty i tego kota, choć mają swój własny tryb życia. Nie są wcale głupimi zwierzętami. Jeżeli kot zniknął, to znaczy, że zachciało mu się gdzieś pójść. Wróci, kiedy będzie głodny i zmęczony. Ale pójdę go poszukać, bo Kumiko mnie prosiła. I tak nie mam nic innego do roboty.

W kwietniu odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna pracowałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Nie mogę powiedzieć, że praca mi nie odpowiadała, choć rzeczywiście nie była niezwykle interesująca. Pensję miałem niezłą i w biurze panowała przyjemna atmosfera.

Moja praca sprowadzała się do roli wyspecjalizowanego chłopca na posyłki. Jak na mnie spisywałem się całkiem nieźle. Może sam nie powinienem tak o sobie mówić, ale jestem bardzo efektywny w wykonywaniu konkretnych zadań. Szybko pojmuję, o co chodzi, jestem energiczny, nie narzekam i trzeźwo myślę. Dlatego kiedy powiedziałem, że chcę zrezygnować z pracy, starszy partner – to znaczy ojciec, gdyż firma składała się z dwóch prawników: ojca i syna – zaproponował mi nawet podwyżkę.

W końcu jednak i tak odszedłem. Nie miałem żadnych konkretnych nadziei ani perspektyw na przyszłość. Nie pociągała mnie też myśl o zamknięciu się w domu i przygotowaniach do egzaminu na aplikację adwokacką, a przede wszystkim nie miałem już ochoty być adwokatem. Nie chciałem dalej siedzieć w tej kancelarii i wykonywać tej samej pracy. Pomyślałem więc, że jeśli w ogóle mam kiedyś odejść, to najlepiej teraz. Gdybym został dłużej, pewnie spokojnie pracowałbym tam do końca życia. A mam już przecież trzydzieści lat.

Kiedy raz przy kolacji nagle rzuciłem: „Zastanawiam się nad odejściem z pracy”, Kumiko powiedziała tylko „uhm”. Nie wiedziałem, co to „uhm” miało znaczyć, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywała, więc ja także siedziałem w milczeniu, a wtedy Kumiko stwierdziła: „Jeśli chcesz odejść, to chyba lepiej odejść. To przecież twoje życie, możesz robić, co chcesz”. Nie powiedziała nic więcej, skupiła się na wyjmowaniu pałeczkami ości z ryby i układaniu ich na brzegu talerza.

Kumiko zajmowała się głównie redagowaniem magazynu poświęconego zdrowemu odżywianiu i naturalnej żywności. Zarabiała nie najgorzej, a do tego zaprzyjaźnieni redaktorzy, pracujący w innych pismach, podrzucali jej zlecenia na prace ilustratorskie (na uniwersytecie studiowała projektowanie i chciała kiedyś zostać niezależnym ilustratorem). Dochody z tego też były nie do pogardzenia. Ja po odejściu z pracy miałbym przez pewien czas prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych, a poza tym będąc w domu, mógłbym zajmować się gospodarstwem i zostałoby nam jeszcze na dodatkowe wydatki, jak jedzenie w restauracjach czy oddawanie rzeczy do pralni. Nawet jeżeli się zwolnię, nasz poziom życia prawie się nie zmieni.

I dlatego zrezygnowałem z pracy.

Telefon zadzwonił, gdy po powrocie z zakupów wkładałem jedzenie do lodówki. Wydawało mi się, że w dzwonku brzmiała straszna irytacja. Położyłem na stole do połowy odpakowane z plastiku tofu, wszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę.

– Już pan skończył z makaronem? – usłyszałem tamtą kobietę.

– Skończyłem – odparłem. – Ale teraz muszę iść szukać kota.

– Szukanie kota może chyba poczekać dziesięć minut? To co innego niż gotowanie makaronu.

Jakoś nie potrafiłem się rozłączyć i nie wiedziałem dlaczego. Coś w głosie tej kobiety przyciągało moją uwagę.

– No tak. Jeśli to tylko dziesięć minut – powiedziałem.

– A więc się zrozumiemy? – zapytała cicho. Miałem wrażenie, że usiadła na krześle i skrzyżowała nogi.

– No nie wiem – odrzekłem. – To w końcu tylko dziesięć minut.

– Być może dziesięć minut to dłużej, niż pan sobie wyobraża.

– Czy pani naprawdę mnie zna? – zapytałem.

– Oczywiście. Spotkaliśmy się wiele razy.

– Kiedy? Gdzie?

– Kiedyś, gdzieś – odparła. – Jeśli zacznę panu po kolei takie rzeczy tłumaczyć, dziesięć minut nie wystarczy. Ważne jest teraz. Prawda?

– Ale czy nie mogłaby pani jakoś tego dowieść? Dowieść, że mnie pani zna.

– Na przykład jak?

– Ile mam lat?

– Trzydzieści – odpowiedziała natychmiast. – Trzydzieści lat i dwa miesiące. Czy to wystarczy?

Milczałem. Chyba naprawdę mnie zna, ale jej głos z nikim mi się nie kojarzył, choć próbowałem go sobie przypomnieć.

– To teraz proszę mnie sobie wyobrazić – zachęciła kobieta. – Proszę zacząć od głosu. Jaka jestem, ile mam lat, jak jestem ubrana, tego typu rzeczy.

– Nie wiem – powiedziałem.

– Proszę spróbować.

Spojrzałem na zegar. Minęła dopiero minuta i pięć sekund.

– Nie wiem – powtórzyłem.

– To ja panu powiem – rzekła. – Leżę teraz w łóżku. Wzięłam przed chwilą prysznic i nic na sobie nie mam.

O, rany!, pomyślałem. Zupełnie jak płatny seks przez telefon.

– Czy mam nałożyć bieliznę? A może lepiej pończochy? Tak będzie dla pana lepiej?

– Wszystko mi jedno. Niech pani nakłada, co pani chce. Jeśli pani chce coś nałożyć, niech pani nałoży. A jak woli pani być naga, to też dobrze. Ale przepraszam panią, mnie nie interesują tego typu rozmowy telefoniczne. Jestem zajęty…

– Tylko dziesięć minut. Chyba poświęcenie mi dziesięciu minut nie będzie niepowetowaną stratą w pańskim życiu, prawda? W każdym razie proszę mi odpowiedzieć. Czy woli pan, żebym była naga, czy mam coś nałożyć? Mam różne rzeczy. Na przykład czarną koronkową bieliznę.

– Może pani zostać tak, jak pani jest – powiedziałem.

– Czyli woli pan, żebym była naga, tak?

– Tak, wolę, żeby pani była naga – odparłem. Już cztery minuty.

– Włosy łonowe mam jeszcze mokre – powiedziała. – Niezbyt dokładnie wytarłam ręcznikiem. Dlatego są jeszcze mokre. Ciepłe i zupełnie mokre. Bardzo miękkie. Bardzo czarne i miękkie. Niech pan pogłaszcze.

– Przepraszam, ale…

– Pod nimi też jest ciepło. Jak ciepły budyń. Bardzo ciepło. Naprawdę. Jak pan myśli, co ja teraz robię? Zgięłam prawą nogę w kolanie, a lewą odgięłam. Jakby wskazówki zegara ustawione na pięć po dziesiątej.

Po tonie jej głosu poznałem, że nie kłamie. Naprawdę ustawiła nogi w pozycji pięć po dziesiątej, a jej włosy łonowe są ciepłe i wilgotne.

– Niech pan pogłaszcze wargi. Powoli. A teraz niech pan rozchyli. Też powoli. Niech pan głaszcze powoli opuszkiem palca. Tak, bardzo powoli. A drugą ręką niech pan ściśnie moją lewą pierś. Proszę głaskać delikatnie od dołu i lekko drażnić sutek. Niech pan to zrobi wiele razy, aż prawie doprowadzi mnie pan do orgazmu.

Odłożyłem słuchawkę, nic nie mówiąc. Potem położyłem się na kanapie i wpatrując się w zegar, głęboko westchnąłem. Rozmawiałem z tą kobietą przez pięć albo sześć minut.

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy telefon znowu zadzwonił, ale tym razem nie podniosłem słuchawki. Zadzwonił piętnaście razy i umilkł, a wtedy pokój wypełniła głęboka zimna cisza.

Trochę przed drugą pokonałem ogrodzenie z betonowych płyt i znalazłem się na uliczce. Nazywam tak to miejsce, ale to nie uliczka w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Sam nie wiem, jak je właściwie nazwać. Ściśle mówiąc, nie jest to nawet dróżka. Dróżka jest jakby korytarzem wiodącym w określone miejsce, ma wejście i wyjście, a ta uliczka nie ma wejścia ani wyjścia, jest zablokowana z obu stron, nie przypomina więc nawet ślepej uliczki, która ma przynajmniej wejście. Okoliczni mieszkańcy od dawna nazywają uliczką ten krótki odcinek, który jakby spina tylne ściany ogrodów za domami i ciągnie się około dwustu metrów. Ma trochę ponad metr szerokości, lecz wystające płoty i składowane gdzieniegdzie różne sprzęty sprawiają, że w kilku miejscach trzeba przeciskać się bokiem.

Podobno – słyszałem to od wuja, który wynajmuje nam bardzo tanio dom – dawniej uliczka miała i wejście, i wyjście. Pełniła funkcję skrótu łączącego dwie ulice. Jednak w okresie szybkiego rozwoju ekonomicznego na wszystkich dawniej wolnych przestrzeniach po obu stronach zaczęły stawać jeden przy drugim nowe domy, uliczka jakby przez nie ściskana bardzo się zwęziła, a ponieważ mieszkańcy nie lubili, gdy ktoś im ciągle przechodził obok domu albo wzdłuż ściany ogrodu, została dyskretnie zablokowana. Zasłonięto ją najpierw niewielkim płotkiem, potem ktoś powiększył sobie ogród i postawiwszy ogrodzenie z betonowych płyt, całkiem zablokował jeden wylot. Jakby w odpowiedzi na to drugi koniec zagrodzono mocną metalową siatką, tak by nawet psy nie mogły się przecisnąć. Mieszkańcy i przedtem rzadko tędy chodzili, więc nikt nie narzekał, gdy uliczka została z obu stron zablokowana, uważano nawet, że pomoże to zapobiec kradzieżom. W rezultacie porzucono ją jak jakiś nieużywany kanał, nikt z niej nie korzystał i pełniła jedynie funkcję strefy buforowej między dwoma rzędami domów. Porosła chwastami i wypełniły ją lepkie pajęczyny.

Nie mogłem zrozumieć, w jakim celu moja żona przychodziła wielokrotnie w takie miejsce. Ja sam byłem tu może ze dwa razy, a przecież Kumiko jeszcze do tego nie lubiła pająków. Wszystko jedno, pomyślałem. Skoro Kumiko mówi, że mam szukać kota w uliczce, będę szukał. Sto razy wolę sobie pospacerować, niż czekać w domu, aż zadzwoni telefon.

Ostre słońce wczesnego lata pokryło ziemię siateczką cieni rzucanych przez wystające gałęzie, unoszące się ponad moją głową. Cienie były nieruchome i pewnie dlatego, że nie wiało, wyglądały jak rozrzucone po ziemi nieusuwalne plamy. Nie dobiegał tu żaden dźwięk, zdawało się, że słychać oddech oświetlonych słońcem, pojedynczych ździebełek trawy. Na niebie unosiło się kilka chmurek. Były tak wyraźnie zarysowane, że przypominały kształtem chmury z tła średniowiecznych drzeworytów. Wszystko wokół miało ostre kontury, tak że własne ciało zdało mi się czymś nieograniczonym, pozbawionym kształtu. Było mi też strasznie gorąco. Miałem na sobie podkoszulek, cienkie bawełniane spodnie i tenisówki, ale idąc przez dłuższy czas w słońcu, spociłem się lekko pod pachami i na piersi. Dziś rano wyciągnąłem te spodnie i podkoszulek z pudła z letnimi rzeczami i nozdrza wypełniał mi teraz silny zapach naftaliny.

Domy w tej okolicy wyraźnie dzieliły się na stare i te nowo zbudowane. Nowe najczęściej były małe i miały niewielkie ogródki. Sznury do suszenia bielizny rozciągały się aż do uliczki i chwilami musiałem się przedzierać między rzędami ręczników, koszul i prześcieradeł. Z niektórych domów wyraźnie dobiegały odgłosy telewizorów i spuszczanej wody, czasami napływał zapach gotującego się sosu curry.

W odróżnieniu od nowych, ze starych domów nie dochodziły prawie żadne zapachy. Te stare były odgrodzone płotami ze starannie rozmieszczonymi krzewami chińskiego jałowca, spomiędzy których można było dostrzec zadbane ogrody. W rogu jednego stała samotna choinka, pożółkła i uschnięta. W innym leżały rzędami wszelkie możliwe rodzaje zabawek, jakby wystawione na pokaz pozostałości wielu dzieciństw. Dziecięce rowerki, kółka do rzucania, plastikowy miecz, gumowa piłka, zabawka w kształcie żółwia, mały kij baseballowy i wiele innych. Był ogród z koszem do koszykówki, inny z eleganckimi krzesłami ogrodowymi i stołem z ceramicznym blatem. Wyglądało na to, że białe krzesła nie były od wielu miesięcy – a może od wielu lat – używane, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu. Do stołu przywarły zmoczone deszczem fioletowe płatki magnolii.

W jednym z domów przez szklane drzwi w aluminiowej ramie widać było fragment pokoju. Stał tam zestaw krytych skórą mebli wypoczynkowych, duży telewizor i dekoracyjna szafka z przeszklonymi drzwiczkami (na niej akwarium z tropikalnymi rybami i jakieś dwa puchary), była też ozdobna lampa stojąca. Wyglądało to jak dekoracje do filmu telewizyjnego. W ogrodzie stała ogromna buda-klatka dla dużego psa, którego zresztą w niej nie było, a jej drzwi stały otworem. Zrobiona z metalowej siatki, była tak powyginana, jakby ktoś się o nią przez wiele miesięcy opierał.

Pusty dom, o którym wspomniała Kumiko, znajdował się dalej, za domem z psią klatką. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest pusty i to pusty od dawna, nie od dwóch czy trzech miesięcy. Był stosunkowo nowy, piętrowy i tylko zamknięte drewniane okiennice miał zniszczone, a metalowe balustrady przy oknach na piętrze pokrywała rdza. W małym, przytulnym ogródku rzeczywiście znajdował się kamienny posąg przedstawiający ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Posąg stał na cokole sięgającym mi mniej więcej do piersi, ale otaczały go chwasty, szczególnie nawłoć, której łodygi tak wyrosły, że aż dotykały nóg ptaka. Wydawało się, że ten ptak – nie wiedziałem, co to za gatunek – rozpostarł skrzydła, chcąc jak najszybciej odlecieć z tego nieprzyjemnego miejsca. Prócz tego posągu w ogrodzie nie było innych elementów dekoracyjnych. Pod wystającym okapem przy ścianie domu leżało jeden na drugim kilka starych plastikowych leżaków, a obok nich rosła obsypana kwiatami azalia. Były jasnoczerwone, ich kolor zdawał się dziwnie nierealny. Poza tym wszędzie pleniły się jedynie chwasty.

Oparłem się o sięgający mi do piersi parkan z metalowej siatki i przez chwilę wpatrywałem się w ogród, który mógł bardzo podobać się kotu, lecz nigdzie go nie dostrzegłem. Na sterczącej z dachu antenie telewizyjnej przycupnął gołąb i okolicę wypełniło jego monotonne gruchanie. Rozproszony na drobne fragmenty cień kamiennego ptaka padał na rosnące wszędzie chwasty.

Wyjąłem z kieszeni cytrynowego dropsa, odwinąłem z papierka i włożyłem do ust. Gdy rzuciłem pracę, rzuciłem też przy okazji palenie, ale za to teraz nie mogłem się obejść bez cytrynowych dropsów. „Jesteś uzależniony od cytrynowych dropsów – mówiła żona. – Niedługo będziesz miał w zębach pełno dziur”. Lecz ja i tak nie mogłem zrezygnować z cukierków. Gdy tak wpatrywałem się w ogród, gołąb tkwił na antenie telewizyjnej i jak urzędnik stemplujący numery na pliku rachunków gruchał dalej w tym samym nieomylnym rytmie. Sam nie wiem, jak długo stałem oparty o siatkę. Pamiętam, że drops zrobił się słodkawolepki i o połowę mniejszy, więc wyplułem go na ziemię. Potem znów skierowałem wzrok w stronę kamiennego ptaka, a wtedy wydało mi się, że ktoś mnie z tyłu zawołał.

Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę stojącą w ogrodzie po drugiej stronie uliczki. Była drobna, włosy miała związane w koński ogon. Nosiła ciemnozielone okulary przeciwsłoneczne w oprawce bursztynowego koloru i jasnoniebieski podkoszulek bez rękawów. Wystające z niego szczupłe ramiona były równiutko i ładnie opalone, mimo że jeszcze nie skończyła się pora deszczowa. Jedną rękę wsadziła do kieszeni szortów, a drugą oparła o sięgającą jej do piersi bambusową furtkę, która nie stanowiła zbyt pewnego oparcia. Dzielił nas może metr.

– Gorąco, prawda? – rzekła dziewczyna.

– Tak, gorąco – odparłem.

Nic więcej nie powiedzieliśmy, lecz dziewczyna dalej stała i przyglądała mi się. Potem wyciągnęła z kieszeni szortów paczkę papierosów, wyjęła jednego i włożyła do ust. Usta miała małe z lekko wywiniętą górną wargą. Następnie wprawnym gestem zapaliła papierową zapałkę i przytknęła do papierosa. Gdy pochyliła głowę, wyraźnie zobaczyłem kształt jej ucha. Miała gładkie, ładne uszy, które zdawały się nowe, jakby przed chwilą wymodelowane. Delikatny kontur ucha pokrywał lśniący puszek.

Dziewczyna rzuciła zapałkę na ziemię, stuliwszy wargi, zaciągnęła się papierosem i podniosła głowę, jakby nagle sobie o mnie przypomniała. Szkła jej okularów były ciemne i do tego lustrzane, więc nie widziałem ukrytych za nimi oczu.

– Mieszka pan w sąsiedztwie? – zapytała.

– Tak – odparłem i wskazałem palcem w kierunku naszego domu, choć nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje, ponieważ prowadząca tu uliczka kilkakrotnie po drodze zakręciła. Wskazałem więc jakiś przypadkowy kierunek. – Szukam kota – powiedziałem, jakby się tłumacząc, i wytarłem spoconą dłoń o spodnie. – Już od tygodnia nie wraca do domu, ale ktoś go widział w tej okolicy.

– Jaki to kot?

– Dość duży kocur. Pręgowany, brązowy, koniec ogona ma jakby wygięty.

– Jak ma na imię?

– Noboru – odpowiedziałem. – Noboru Wataya.

– Wspaniałe imię jak na kota.

– Tak się nazywa brat żony. Kot w czymś go przypomina, więc żartem tak go nazwaliśmy.

– W czym go przypomina?

– Jakoś tak ogólnie. Ma podobny chód i tępe spojrzenie.

Dziewczyna wreszcie się uśmiechnęła. Teraz wydała mi się o wiele młodsza niż przedtem. Miała pewnie piętnaście lub szesnaście lat. Górna warga wywijała się ku górze pod przedziwnym kątem. Zdawało mi się, że słyszę głos mówiący: „Niech pan pogłaszcze”, głos tamtej kobiety w słuchawce telefonu. Otarłem dłonią pot z czoła.

– Pręgowany, brązowy kot z lekko wygiętym końcem ogona – powtórzyła dziewczyna, jakby chciała się upewnić. – Ma obrożę albo coś takiego?

– Ma czarną obrożę przeciw pchłom – powiedziałem.

Dziewczyna oparła dłoń o drewnianą furtkę i zamyśliła się. Po kilkunastu sekundach rzuciła wypalonego papierosa na ziemię i przydeptała go sandałem. – Możliwe, że widziałam tego kota – powiedziała. – Nie przyglądałam się, czy ogon miał zagięty, ale widziałam brązowego, pręgowanego kota, dużego i zdaje się, że miał obrożę.

– A kiedy go widziałaś?

– Kiedy to mogło być? Chyba ze trzy czy cztery dni temu. Wszystkie okoliczne koty przechodzą przez nasz ogród, więc ciągle łażą w tę i z powrotem. Wszystkie przychodzą z domu państwa Takitanich i przez nasz ogród idą do ogrodu Miyawakich – mówiąc to, wskazała pusty dom naprzeciw. Kamienny ptak stał tam dalej z rozpostartymi skrzydłami, żółta nawłoć lśniła oświetlona słońcem wczesnego lata, a gołąb ciągle gruchał monotonnie na antenie telewizyjnej.

– A może poczeka pan w naszym ogrodzie? Wszystkie koty i tak prędzej czy później tędy przechodzą w drodze do domu naprzeciw, a jeśli będzie pan tam za długo chodził i szukał, to ktoś może pomyśleć, że jest pan złodziejem, i zawiadomi policję. Już wiele razy tak było.

Wahałem się.

– Naprawdę. W domu i tak nikogo prócz mnie nie ma. Możemy się razem poopalać, czekając na przechodzące koty. Mogę się panu przydać, bo mam dobry wzrok.

Spojrzałem na zegarek. Było pół do trzeciej. Dzisiaj musiałem już tylko zebrać przed zachodem słońca wysuszone pranie i przygotować kolację. Otworzyłem furtkę, wszedłem do ogrodu i ruszyłem po trawie za dziewczyną. Zauważyłem, że lekko powłóczy prawą nogą. Przeszła kilka kroków i odwróciła się.

– Siedziałam z tyłu na motocyklu i zrzuciło mnie – powiedziała, jakby ją to specjalnie nie obchodziło. – Dość niedawno.

Na skraju trawnika rósł duży dąb, a pod nim stały dwa płócienne leżaki. Na oparciu jednego z nich wisiał duży niebieski ręcznik, a na drugim leżały rozrzucone niedbale: nowe pudełko papierosów, popielniczka, zapalniczka, duże przenośne radio z magnetofonem i różne pisma. Z głośników radia dobiegały ciche tony hard rocka. Dziewczyna zrzuciła wszystko z leżaka na trawę, wskazała mi go zapraszająco i wyłączyła radio. Spomiędzy drzew widać było opuszczony dom po drugiej stronie uliczki. Widziałem też kamiennego ptaka, nawłoć i ogrodzenie z siatki. Dziewczyna musiała mnie stąd obserwować.

Ogród był przestronny; rozległy trawnik lekko nachylony, tu i tam rosły drzewa. Po lewej stronie leżaka znajdowało się spore oczko wodne z betonowym obrzeżem, ale wodę już dawno chyba z niego wypuszczono i pokryte ciemną zielenią dno jaśniało w słońcu. Z tyłu za drzewami widać było stary dom w stylu europejskim. Niezbyt duży i nie wyglądał na specjalnie kosztowny, jedynie ogród był przestronny i starannie utrzymany.

– Utrzymanie takiego dużego ogrodu wymaga chyba wiele pracy – powiedziałem, rozglądając się dokoła.

– Tak pan myśli?

– Dawniej pracowałem dorywczo w firmie, która kosiła trawniki – odparłem.

– Tak? – powiedziała dziewczyna głosem niewyrażającym wielkiego zainteresowania.

– Zawsze jesteś sama? – zapytałem.

– Koło południa tak. Jestem tu zawsze sama. Rano i późnym popołudniem przychodzi kobieta do pomocy, a poza tym jestem zawsze sama. Nie napiłby się pan czegoś zimnego? Mam piwo.

– Nie, dziękuję.

– Naprawdę. Proszę się nie krępować.

Potrząsnąłem głową. – Nie chodzisz do szkoły?

– A pan nie chodzi do pracy?

– Nie mam pracy, do której mógłbym pójść.

– Jest pan bezrobotny?

– W zasadzie tak. Niedawno rzuciłem pracę.

– A gdzie pan pracował?

– Byłem kimś w rodzaju chłopca na posyłki u adwokata – powiedziałem. – Chodziłem do różnych biur i urzędów, kompletowałem dokumenty, porządkowałem dane, sprawdzałem prawne precedensy, załatwiałem formalności sądowe, tego typu rzeczy.

– Ale rzucił pan pracę?

– Tak.

– A pana żona pracuje?

– Pracuje – odpowiedziałem.

Gołąb, który jeszcze przed chwilą gruchał na dachu domu naprzeciwko, teraz gdzieś znikł. Nagle zorientowałem się, że otacza mnie głęboka cisza.

– Koty zawsze przechodzą tamtędy – dziewczyna wskazała przeciwną stronę trawnika. – Widzi pan spalarkę do śmieci po drugiej stronie płotu Takitanich? Pojawiają się koło niej, przecinają trawnik, przełażą pod furtką i idą do ogrodu po drugiej stronie. Zawsze chodzą tą samą trasą. Wie pan, że pan Takitani jest słynnym ilustratorem. Tony Takitani. Słyszał pan o nim?

– Tony Takitani?

Dziewczyna opowiedziała mi o Tonym Takitanim. O tym, że Tony Takitani to jego prawdziwe imię i nazwisko. Że specjalizuje się w bardzo precyzyjnych ilustracjach mechanizmów, że niedawno stracił żonę w wypadku samochodowym i sam mieszka w tym dużym domu. Prawie nie wychodzi i nie zadaje się z nikim z sąsiedztwa.

– Nie jest złym człowiekiem – powiedziała dziewczyna. – Chociaż właściwie nigdy z nim nie rozmawiałam.

Dziewczyna zsunęła na czoło okulary przeciwsłoneczne, zmrużywszy oczy rozejrzała się dokoła, a potem znowu włożyła okulary i wypuściła ustami dym. Kiedy odsłoniła oczy, obok lewego ukazała się około dwucentymetrowa rana. Była tak głęboka, że pewnie zostanie jej blizna na całe życie. Na pewno nosiła ciemne okulary, aby ukryć tę ranę. Jej rysy nie odznaczały się szczególną pięknością, ale twarz zwracała uwagę. Być może przyciągały żywe oczy i nietypowy kształt warg.

– A słyszał pan o Miyawakich?

– Nie słyszałem – odparłem.

– Mieszkali w tym pustym domu. Byli tak zwanymi porządnymi ludźmi. Mieli dwie córki. Obie chodziły do znanych prywatnych liceów dla dziewcząt. Ojciec prowadził dwie czy trzy restauracje.

– I dlaczego już tu nie mieszkają?

Dziewczyna wydęła lekko wargi, jakby mówiąc „któż to może wiedzieć”?

– Może mieli długi. Pewnej nocy zniknęli w wielkim pośpiechu. To chyba było jakiś rok temu. Chwasty rosną jak szalone, koty się mnożą, nie jest tam bezpiecznie. Moja matka zawsze na to narzeka.

– Tak dużo tam kotów?

Dziewczyna spojrzała na niebo, nie wyjmując z ust papierosa. – Są różne koty. Jest jeden wyleniały, jeden jednooki… stracił oko i to miejsce wypełniło się jakby żywym mięsem. Niesamowite, prawda?

Przytaknąłem.

– W mojej rodzinie jest osoba, która ma sześć palców. To dziewczyna, trochę starsza ode mnie. Obok małego palca ma drugi malutki, jakby niemowlęcy, ale zawsze go zręcznie podgina i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć. Jest bardzo ładna.

– Coś podobnego.

– Myśli pan, że to może być dziedziczne? Jak to się mówi? Że to jest w genach?

Powiedziałem, że nie znam się na dziedziczności. Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ja ssałem dropsa i wpatrywałem się w drogę, którą ponoć chodziły koty. Do tej pory żaden się nie pokazał.

– Naprawdę nie ma pan ochoty na nic do picia? Ja się napiję coli – oznajmiła.

Odpowiedziałem, że nic nie chcę. Dziewczyna wstała z leżaka i lekko powłócząc nogą, zniknęła wśród drzew, a ja podniosłem z ziemi czasopismo i przerzuciłem kilka stron. Ze zdziwieniem odkryłem, że jest to miesięcznik dla mężczyzn. Na rozkładówce było zdjęcie dziewczyny siedzącej na stołku w nienaturalnej pozie z szeroko rozchylonymi nogami. Przez cienką bieliznę widać było włosy łonowe i zarys warg sromowych. O, rany! – pomyślałem, odłożyłem pismo na miejsce, założyłem ręce na piersi i znów skierowałem wzrok na kocią drogę.

Dziewczyna wróciła po dość długim czasie ze szklanką coli w dłoni. Było gorące popołudnie. Kiedy tak siedziałem na leżaku wystawiony na słońce, głowę wypełniła mi pustka i myślenie stało się bardzo nużące.

– Co by pan zrobił, gdyby się pan dowiedział, że dziewczyna, którą pan pokochał, ma sześć palców? – kontynuowała poprzednią rozmowę.

– Sprzedałbym ją do cyrku – powiedziałem.

– Naprawdę?

– Nie. Żartowałem – odparłem ze śmiechem. – Chyba bym się tym nie przejmował.

– Nawet jeżeli pana dzieci mogłyby to odziedziczyć?

Zastanawiałem się przez chwilę. – Nie przejmowałbym się. Dodatkowy palec nie stanowi specjalnej przeszkody.

– A gdyby miała cztery piersi?

Nad tym też się przez chwilę zastanawiałem. – Nie wiem – powiedziałem. Cztery piersi? Wyglądało na to, że ta rozmowa może się ciągnąć bez końca, więc spróbowałem zmienić temat. – Ile masz lat?

– Szesnaście – odrzekła. – Niedawno skończyłam szesnaście. Jestem w pierwszej klasie liceum.

– I od dawna nie chodzisz do szkoły?

– Jeśli długo chodzę, zaczyna mnie boleć noga. Mam też, niestety, ranę koło oka. W szkole robią zawsze dużo szumu i gdyby się dowiedzieli, że spadłam z motocykla i się poharatałam, byłoby gadanie… no i dlatego nie uczęszczam na zajęcia z powodu choroby. Przerwanie na rok nauki to przecież nic wielkiego. Nie zależy mi specjalnie na tym, żeby się szybko znaleźć w drugiej klasie.

– Coś podobnego – zdziwiłem się.

– Ale wracając do poprzedniej rozmowy, powiedział pan, że ożeniłby się z dziewczyną o sześciu palcach, a nie chciałby pan dziewczyny z czterema piersiami.

– Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że nie wiem.

– Dlaczego pan nie wie?

– Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.

– Ale potrafi pan sobie wyobrazić sześć palców?

– Jakoś potrafię.

– Ciekawe, w czym tkwi różnica między sześcioma palcami a czterema piersiami.

Zastanowiłem się nad tym, ale nie przyszło mi do głowy żadne dobre wyjaśnienie.

– Czy ja zadaję za dużo pytań?

– Ludzie ci to mówią?

– Czasami.

Skierowałem wzrok na kocią drogę. Co ja właściwie tutaj robię, pomyślałem. Przecież nie widziałem jeszcze ani jednego kota. Z rękami założonymi na piersiach przymknąłem oczy na dwadzieścia, a może trzydzieści sekund. Kiedy tak siedziałem bez ruchu, czułem, że pocą mi się różne części ciała. Oblewający mnie blask słońca zdawał się dziwnie ciężki. Dziewczyna potrząsnęła szklanką i lód zadźwięczał jak owczy dzwonek.

– Jeśli jest pan śpiący, proszę się przespać. Obudzę pana, jeżeli jakiś kot się pokaże – powiedziała cicho.

Skinąłem w milczeniu głową, nie otwierając oczu. Nie było wiatru i wokoło panowała zupełna cisza. Gołąb musiał odlecieć gdzieś daleko. Pomyślałem o kobiecie, która do mnie dzwoniła. Czyżbym ja ją naprawdę znał? Nie rozpoznałem ani jej głosu, ani sposobu mówienia. Jednak ona mnie zna. To jakby scena z obrazu De Chirico – cień kobiety ściele się na drodze i rozciąga aż ku mnie, lecz rzeczywista kobieta znajduje się daleko poza obszarem świadomości. Obok mego ucha dalej dzwonił dzwonek.

– Usnął pan? – spytała dziewczyna, tak cicho, że nie byłem pewien, czy naprawdę ją usłyszałem.

– Nie, nie śpię.

– Czy mogę się trochę przysunąć? Łatwiej mi mówić ciszej.

– Proszę bardzo – powiedziałem, nie otwierając oczu.

Dziewczyna przesunęła swój leżak do mojego. Rozległ się suchy dźwięk drewna uderzającego o drewno. To dziwne, pomyślałem. Głos dziewczyny słyszany z otwartymi oczami wydawał się zupełnie różny od tego słyszanego z zamkniętymi oczami.

– Czy mogę coś powiedzieć? – zapytała. – Będę mówiła bardzo cicho, nie musi pan odpowiadać i może się pan zdrzemnąć.

– Proszę bardzo.

– Śmierć jest wspaniała, prawda?

Mówiła tuż przy moim uchu i zdawało się, że słowa te przeniknęły mnie wraz z ciepłym, wilgotnym oddechem. – Dlaczego? – zapytałem.

Dziewczyna położyła palec na moich wargach, jakby nakazując im milczenie. – Proszę o nic nie pytać – powiedziała. – I proszę nie otwierać oczu. Zgoda?

Przytaknąłem tak lekko, jak lekki był jej szept. Palec przesunął się z moich warg na nadgarstek.

– Chciałabym przeciąć ją skalpelem i zajrzeć do środka. Nie chodzi mi o zwłoki, a o coś w rodzaju „grudki śmierci”. Wydaje mi się, że gdzieś musi być coś takiego. Coś okrągłego o znieczulonych nerwach, miękkiego jak piłka do softballu. Chciałabym to wyjąć z ciała zmarłego, rozciąć i zajrzeć do środka. Zawsze się zastanawiam, jak coś takiego może w środku wyglądać. Myślę, że musi tam być coś wyschniętego i stwardniałego, jak pasta do zębów zaschnięta w tubce. Nie sądzi pan? Nie, nie musi pan odpowiadać. Na zewnątrz jest miękkie i sflaczałe, a im bliżej środka, tym twardsze. Dlatego najpierw rozcinam górną warstwę, docieram do tej miękkiej części i oddzielam ją za pomocą czegoś w rodzaju skalpela i szpatułki. I gdy posuwam się dalej w głąb, ta miękkość staje się coraz twardsza, aż w końcu dochodzę do czegoś przypominającego małe jądro. Jest malutkie jak kuleczka w łożysku kulkowym i strasznie twarde. Nie sądzi pan? – Dziewczyna lekko zakaszlała. – Ostatnio ciągle o tym myślę. Na pewno dlatego, że mam tyle czasu. Kiedy nie ma się nic do roboty, myśli stopniowo płyną coraz dalej i dalej. A gdy pójdą za daleko, trudno za nimi nadążyć. – Zdjęła palec z mojego nadgarstka, wzięła do ręki szklankę i wypiła do końca coca-colę. Po dźwięku lodu poznałem, że szklanka jest pusta.

– Będę bardzo uważała na kota, proszę się nie martwić. Powiem panu, gdy tylko Noboru Wataya się pokaże. Więc niech pan zamknie oczy. Noboru Wataya na pewno jest teraz gdzieś w okolicy. Na pewno zaraz się pojawi. Noboru Wataya idzie wśród traw, przechodzi pod płotami, zatrzymuje się co pewien czas, by powąchać kwiaty, i powoli się tutaj zbliża. Niech go pan sobie wyobrazi.

Jednak mnie udało się wyobrazić sobie tylko coś, co było jedynie wizerunkiem kota. Strasznie niewyraźnym, jak prześwietlone zdjęcie. Promienie słońca przenikały przez moje powieki i burzyły wewnętrzną ciemność, a do tego, choć strasznie się starałem, nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć, jak kot wyglądał. Kot, którego pamiętałem, był nienaturalny i przerysowany, jak nieudany portret. Zgadzają się jedynie cechy charakterystyczne, ale całość jest wybrakowana. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, jak chodził.

Dziewczyna znów przytknęła palec do mego nadgarstka i narysowała nim jakiś dziwny, nieokreślony kształt. Jakby w odpowiedzi na to moja świadomość pogrążyła się w innej, dotąd nieznanej ciemności. Pomyślałem, że prawdopodobnie zasypiam. Nie chciałem spać, lecz nie mogłem się powstrzymać. Moje siedzące na leżaku ciało zdawało się ogromnie ciężkie i martwe, cudze. W tej ciemności przypomniałem sobie cztery nogi Noboru Watai, cztery ciche, brązowe łapki z miękkimi, jakby gumowymi poduszeczkami. Bezszelestnie szły gdzieś po ziemi. Ale gdzie?

Wystarczy dziesięć minut, powiedziała ta kobieta przez telefon. Nie, odparłem ja, bywa, że dziesięć minut to nie dziesięć minut. Czasami się wydłuża, a czasami skraca. Wiem coś o tym.

Gdy się obudziłem, byłem sam. Leżak dziewczyny przysunięty bliziutko do mego stał pusty. Ręcznik, papierosy i czasopisma dalej tam leżały, lecz zniknęła szklanka i radio. Słońce lekko pochyliło się ku zachodowi, cienie gałęzi dębu sięgały moich kolan. Zegarek wskazywał piętnaście po czwartej. Uniosłem się na poręczach leżaka i rozejrzałem wokoło. Rozległy trawnik, wyschnięty stawik, żywopłot, kamienny posąg ptaka, nawłoć, antena telewizyjna. Ani śladu kota. Usiadłem znów na leżaku, spojrzałem na kocią drogę i czekałem na powrót dziewczyny. Po dziesięciu minutach ani kot, ani ona się nie pojawili. Wszystko wokół trwało w bezruchu. Zdawało mi się, że podczas snu strasznie się postarzałem.

Wstałem i spojrzałem na dom. Nie było żywego ducha. Tylko wykuszowe okno oświetlone zachodzącym słońcem lśniło oślepiającym blaskiem. Zrezygnowałem, przeszedłem przez trawnik, wyszedłem na uliczkę i wróciłem do domu. Nie znalazłem co prawda kota, ale przynajmniej go poszukałem.

Po powrocie do domu zebrałem pranie i przygotowałem skromną kolację. O pół do szóstej telefon zadzwonił dwanaście razy, lecz nie odebrałem. Choć dzwonek już zamilkł, ciemniejący pokój nadal wypełniony był jego echem jak kurzem. Zegar postukiwał twardym paznokciem o niewidzialną deskę zawieszoną w przestrzeni.

Nagle pomyślałem, że mógłbym napisać wiersz o ptaku nakręcaczu, jednak za nic nie mogłem wymyślić pierwszej linijki. Poza tym nie wydawało mi się, że taki wiersz spodobałby się licealistkom.

Kumiko wróciła o pół do ósmej. Od miesiąca wracała do domu coraz później – często po ósmej, a zdarzało się, że i po dziesiątej. Może było to spowodowane faktem, że ja byłem w domu, szykowałem kolację, więc nie musiała się spieszyć. Tłumaczyła, że mają za mało personelu, a do tego jeden z pracowników ostatnio często chorował i nie przychodził do pracy.

– Przepraszam. Myślałam, że zebranie nigdy się nie skończy – powiedziała. – Ta dziewczyna pracująca na godziny jest do niczego.

Stałem w kuchni i smażyłem na maśle rybę, zrobiłem też sałatkę i zupę sojową. W tym czasie Kumiko siedziała znużona przy kuchennym stole.

– Gdzie byłeś koło pół do piątej? – zapytała. – Dzwoniłam, żeby ci powiedzieć, że wrócę trochę później.

– Skończyło się masło, więc poszedłem kupić – skłamałem.

– Byłeś też w banku?

– Oczywiście – odpowiedziałem.

– A co z kotem?

– Nie znalazłem. Poszedłem do pustego domu w uliczce, tak jak mi kazałaś, ale nie było tam śladu kota. Może poszedł sobie gdzieś dalej.

Kumiko nic nie powiedziała.

Po kolacji wykąpałem się i kiedy wszedłem do pokoju, siedziała samotnie przy zgaszonym świetle. W szarej bluzce, skulona na podłodze wyglądała zupełnie jak jakiś zapomniany bagaż. Wycierając włosy ręcznikiem, usiadłem na kanapie naprzeciw Kumiko.

– Kot już na pewno nie żyje – powiedziała cicho.

– Niemożliwe – odparłem. – Gdzieś sobie przyjemnie spędza czas. Niedługo bardzo zgłodnieje i wróci. Przecież kiedyś już tak było. Kiedy mieszkaliśmy w Kōenji, też…

– Tym razem to co innego. Nie tak jak przedtem. Wiem, że zdechł, leży gdzieś w zaroślach i gnije. Szukałeś w zaroślach przy pustym domu?

– Słuchaj, ten dom jest pusty, ale i tak do kogoś należy i nie mogę sobie tak po prostu tam wejść.

– To gdzie właściwie szukałeś? – zapytała żona. – Tobie wcale nie zależy na znalezieniu kota i dlatego się nie znajduje.

Westchnąłem i jeszcze raz wytarłem włosy ręcznikiem. Chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem, że Kumiko płacze, więc zrezygnowałem. Nie ma rady pomyślałem. Zaczęła hodować tego kota zaraz po ślubie i bardzo go lubiła. Wrzuciłem ręcznik do kosza na brudną bieliznę w łazience, poszedłem do lodówki, wyjąłem piwo i się napiłem. Co za bezsensowny dzień. Bezsensowny dzień bezsensownego miesiąca bezsensownego roku.

Gdzie jesteś, Noboru Wataya, pomyślałem. Czy ptak nakręcacz zapomniał cię nakręcić? Zupełnie jak wers jakiegoś wiersza.

Gdzież jesteś

Noboru Wataya?

Czyżby ptak nakręcacz

Zapomniał cię nakręcić?

Telefon zadzwonił, gdy została mi już tylko połowa piwa.

– Odbierz! – zawołałem w kierunku ciemnego pokoju.

– Nie chce mi się. Ty odbierz – powiedziała Kumiko.

Telefon dzwonił dalej i nikt go nie odbierał. Dzwonek rozpraszał kurz unoszący się w ciemności pokoju. Milczeliśmy oboje. Ja piłem piwo, a Kumiko bezgłośnie płakała. Doliczyłem do dwudziestego dzwonka i zrezygnowałem z liczenia. Przecież nie można liczyć w nieskończoność.

2. O pełni Księżyca i zaćmieniu Słońca oraz o koniach umierających w stajniach

Czy w ogóle możliwe, by jeden człowiek całkowicie zrozumiał drugiego?

Załóżmy, że poświęcamy dużo czasu na poznanie kogoś, bardzo się staramy, ale czy w rezultacie udaje nam się zbliżyć do prawdziwej istoty tej osoby? W jakim stopniu? Czy naprawdę wiemy coś ważnego o tych, których, jak nam się wydaje, dobrze znamy?

Zacząłem się poważnie zastanawiać nad takimi kwestiami mniej więcej w tydzień po odejściu z pracy w kancelarii adwokackiej. Dotychczas nigdy jeszcze nie zajmowały mnie tego typu problemy. Ciekawe dlaczego. Prawdopodobnie miałem pełne ręce roboty, próbując ułożyć sobie życie, i byłem zbyt zajęty, by nad sobą rozmyślać.

Tak jak to bywa z ważnymi problemami świata, które zaczynają się od drobnostek, ja także zacząłem mieć te wątpliwości z powodu zupełnej drobnostki. Kumiko w pośpiechu zjadła śniadanie i wyszła, a ja włożyłem pranie do pralki, posłałem łóżko, zmyłem naczynia, odkurzyłem podłogę. Potem usiadłem razem z kotem na werandzie i przejrzałem w gazecie ogłoszenia o pracy i reklamy wyprzedaży. W południe przygotowałem sobie coś prostego do jedzenia i poszedłem do sklepu. Zrobiłem zakupy na kolację, z półki z przecenionymi towarami wziąłem proszek do prania, a także chusteczki jednorazowe i papier toaletowy. Następnie wróciłem do domu, przygotowałem kolację, a potem położyłem się na kanapie i czytając książkę, czekałem na powrót żony.

Ponieważ dopiero niedawno rzuciłem pracę, taki tryb życia wydawał mi się dość przyjemny. Nie muszę już jeździć do firmy zatłoczonym pociągiem, nie muszę się spotykać z ludźmi, z którymi nie mam ochoty się widywać. Nikt mi nie wydaje rozkazów i ja nie muszę ich nikomu wydawać. Nie muszę jeść z kolegami z pracy zestawów obiadowych w pobliskiej zatłoczonej restauracji ani słuchać o meczu baseballowym z poprzedniego dnia. I nie wiem już, czy czwarty pałkarz z drużyny Yomiuri Giants wybił piłkę na home run, czy też były tylko trzy strikes. To wszystko sprawiało mi przyjemność, ale największą to, że mogłem czytać, co chciałem i kiedy chciałem. Nie wiedziałem, jak długo potrwa takie życie, lecz ten pierwszy tydzień wolności przynajmniej jak do tej pory bardzo mi się podobał i starałem się w miarę możliwości nie myśleć o tym, co będzie dalej. Miałem coś w rodzaju urlopu od życia. Kiedyś się skończy, ale póki trwa, trzeba się nim cieszyć. W każdym razie od bardzo dawna nie czytałem nic dla przyjemności, a szczególnie powieści. W ciągu ostatnich lat czytałem książki prawnicze albo byle jakie książczyny nadające się do tłocznych pociągów. Nikt nie ustanowił takiego prawa, lecz panuje opinia, że czytania wartościowych powieści przez osoby zatrudnione w firmach prawniczych nie uważa się, co prawda, za rzecz naganną, ale nie patrzy się też na nie łaskawym okiem. Jeżeli w mojej torbie lub w szufladzie biurka odkryto by taką książkę, ludzie pewnie zaczęliby na mnie spoglądać jak na parszywego psa. I powiedzieliby na przykład: „No, no, lubisz czytać powieści? Ja też lubię. W młodości dużo czytałem”. Uważają, że powieści czyta się tylko w młodości. Tak jakby mówili, że wiosną zbiera się truskawki, a jesienią winogrona.

Jednak tego popołudnia nie mogłem jak zwykle radośnie zatopić się w lekturze, a to dlatego, że Kumiko nie wracała. Zwykle przychodziła najpóźniej o pół do siódmej, a jeżeli miała się spóźnić choćby dziesięć minut, zawsze dzwoniła. Pod tym względem była wręcz przesadnie skrupulatna. Tego dnia nie wróciła jeszcze, choć minęła siódma, i w ogóle nie zadzwoniła. Przygotowałem wszystko tak, by podać kolację od razu po jej powrocie. Nie przyrządzałem niczego specjalnego. Miałem zamiar szybko usmażyć krojoną w paski wołowinę, cebulę, paprykę i kiełki fasoli, przyprawić solą, pieprzem, pokropić sosem sojowym, a na koniec dodać piwa. Często jadłem tę potrawę, gdy jeszcze sam mieszkałem. Ugotowałem ryż, podgrzałem zupę sojową, a pokrojone jarzyny leżały w kupkach na dużym talerzu i czekały tylko na usmażenie. Lecz Kumiko nie wracała. Byłem głodny, więc pomyślałem, że usmażę najpierw porcję dla siebie, ale jakoś nie miałem ochoty. Nie wiem dlaczego, zdawało mi się, że postąpiłbym niewłaściwie. Usiadłem przy kuchennym stole, napiłem się piwa i zjadłem kilka zwilgotniałych krakersów, które znalazłem w głębi szafki z naczyniami. Bezmyślnie wpatrywałem się, w małą wskazówkę zegara, która powoli dochodziła do punktu oznaczającego pół do ósmej, a potem go mijała.

Kumiko wreszcie wróciła po dziewiątej. Wyglądała na wykończoną. Miała zaczerwienione oczy. Był to zły znak. Zawsze, gdy miała takie oczy, zdarzało się coś złego. Powiedziałem sobie: „Tylko spokojnie. Nie mów nic niepotrzebnego. Spokojnie, naturalnie, nie atakuj”.

– Przepraszam. Za nic nie mogłam się wyrwać z pracy. Chciałam do ciebie zadzwonić, ale ciągle coś się działo i nie dałam ci znać.

– Nic nie szkodzi. Nie przejmuj się – powiedziałem jak gdyby nigdy nic. Poza tym naprawdę wcale nie byłem zły. Mnie samemu wiele razy się to zdarzyło. Chodzenie do pracy to rzecz niełatwa. Nie jest tak proste jak dzień spędzony dwie ulice dalej u przeziębionej babci, której zaniosło się zerwaną rano w ogrodzie najpiękniejszą różę. Zdarza się, że trzeba robić coś głupiego z jakimiś głupkami. Zdarza się też, że nie ma możliwości zadzwonienia do domu. Aby zadzwonić i powiedzieć „dziś wrócę późno”, wystarczy trzydzieści sekund. Telefony są wszędzie, ale zdarza się tak, że nie można zadzwonić.

Zabrałem się do gotowania. Włączyłem gaz, wlałem olej na patelnię. Kumiko wyjęła z lodówki piwo, a z szafki szklankę. Przeprowadziła wzrokową inspekcję składników potrawy, którą zamierzałem przyrządzić, a potem, nic nie mówiąc, siadła przy kuchennym stole i zaczęła pić piwo. Sądząc po wyrazie jej twarzy, nie było zbyt smaczne.

– Nie musiałeś na mnie czekać z jedzeniem – powiedziała.

– Nic nie szkodzi. Nie byłem bardzo głodny – odparłem.

Podczas gdy ja smażyłem mięso i jarzyny, Kumiko wstała i poszła do łazienki. Słyszałem, jak myje nad umywalką twarz i zęby. Po chwili wyszła z łazienki, niosąc coś w obu rękach. Były to kupione dziś przeze mnie chusteczki i papier toaletowy.

– Dlaczego to kupiłeś? – zapytała zmęczonym głosem.

Spojrzałem na nią, trzymając w ręce patelnię. Potem przesunąłem wzrok na chusteczki i papier, które miała w rękach. Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi. – Nie rozumiem – powiedziałem. – To tylko chusteczki i papier toaletowy. Przecież jak zabraknie, to jest kłopot. Jeszcze trochę mamy, ale to się nie psuje.

– Nie mam nic przeciwko kupowaniu chusteczek i papieru toaletowego. To oczywiste. Ja cię pytam, dlaczego kupiłeś niebieskie chusteczki i papier toaletowy w kwiatki.

– Ciągle nie rozumiem – powiedziałem cierpliwie. – Rzeczywiście kupiłem niebieskie chusteczki i papier toaletowy w kwiatki. Jedno i drugie było przecenione. Przecież od wycierania niebieską chusteczką nos nie robi się niebieski. Nie ma w tym chyba nic złego?

– Owszem, jest w tym coś złego. Ja nie lubię niebieskich chusteczek i papieru we wzorki. Nie wiedziałeś?

– Nie wiedziałem – odparłem. – A z jakiego powodu nie lubisz?

– Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego nie lubię – powiedziała. – Ty też nie lubisz ozdobnych pokrowców na telefon, termosów w kwiatki i rozszerzanych dżinsów z nitami. Nie lubisz, jak sobie maluję paznokcie. Trudno wytłumaczyć powody tych wszystkich niechęci, prawda? Po prostu niektóre rzeczy się lubi, a innych nie.

Mogłem wytłumaczyć wszystkie te niechęci, ale oczywiście nie zrobiłem tego. – Rozumiem. Po prostu nie lubisz. Dobrze to rozumiem. Ale powiedz, czy ty przez sześć lat naszego małżeństwa ani razu nie kupiłaś niebieskich chusteczek i papieru w kwiatki?

– Nie, nie kupiłam – rzuciła Kumiko.

– Naprawdę?

– Naprawdę – odpowiedziała Kumiko. – Kupuję tylko białe, żółte albo różowe chusteczki. A papier zawsze kupuję gładki. Dziwię się, że mieszkając ze mną, tego nie zauważyłeś.

Ja też byłem zdziwiony. To znaczy, że przez tych sześć lat nigdy nie użyłem niebieskich chusteczek i papieru we wzorki.

– Przy okazji powiem ci jeszcze coś – odezwała się Kumiko. – Nie cierpię wołowiny smażonej z papryką. Wiedziałeś o tym?

Nie wiedziałem.

– Po prostu nie lubię. Nie pytaj o powód. Nie wiem dlaczego, ale nie znoszę zapachu mięsa smażonego z papryką.

– Przez tych sześć lat nigdy nie smażyłaś wołowiny z papryką?

Kumiko potrząsnęła głową. – Jem paprykę w sałatce. Smażę wołowinę z cebulą, ale nigdy nie smażyłam wołowiny z papryką.

– O rany – powiedziałem.

– Nigdy cię to nie zastanowiło?

– Nigdy nawet tego nie zauważyłem – odparłem. Zastanowiłem się, czy od czasu ślubu jadłem kiedyś wołowinę usmażoną z papryką. Nie mogłem sobie przypomnieć.

– Żyjesz ze mną, ale tak naprawdę nie zwracasz na mnie uwagi, prawda? Na pewno myślałeś dotąd tylko o sobie – powiedziała.

Wyłączyłem gaz i postawiłem patelnię na kuchence. – Poczekaj chwilę. Mieszasz różne sprawy. Być może nie zwróciłem uwagi na kwestię chusteczek, papieru i związku wołowiny z papryką. Przyznaję się do tego. Jednak uważam, że to nie znaczy, bym wcale nie zwracał na ciebie uwagi. Mnie naprawdę nie robi różnicy, jakiego koloru są chusteczki. Myślę, że gdybym znalazł na stole pudełko z czarnymi jak smoła, pewnie bym się zdziwił. Ale czy są białe, czy niebieskie, naprawdę mnie nie obchodzi. To samo dotyczy wołowiny z papryką. Wszystko mi jedno, czy są smażone razem, czy nie. Absolutnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nawet czynność smażenia wołowiny z papryką zniknęła nieomal na stałe z powierzchni ziemi. To praktycznie nie ma nic wspólnego z tobą jako osobą, prawda?

Kumiko nie odpowiedziała. Dopiła dwoma łykami resztę piwa ze szklanki i w milczeniu patrzyła na pustą butelkę na stole. Ja wyrzuciłem do kosza zawartość patelni. Wylądowały tam wołowina, papryka, cebula i kiełki. Przedziwne, pomyślałem. Jeszcze przed chwilą były to produkty, a teraz stały się tylko śmieciami. Zdjąłem kapsel i napiłem się piwa prosto z butelki.

– Dlaczego wyrzuciłeś? – zapytała.

– Bo ty tego nie lubisz.

– Przecież sam mogłeś zjeść.

– Nie miałem ochoty – powiedziałem. – Nie mam już ochoty jeść wołowiny smażonej z papryką.

Kumiko wzruszyła ramionami. – Rób, co chcesz. – Położyła ręce na stole i złożyła na nich głowę. Siedziała tak bez ruchu. Nie płakała ani nie spała.

Patrzyłem na pustą patelnię na kuchence, na żonę i wypiłem łyk piwa. Ojej, pomyślałem. Co się dzieje? Przecież to tylko chusteczki, papier i papryka. Podszedłem jednak do żony i położyłem jej rękę na ramieniu. – Słuchaj, już nigdy nie kupię niebieskich chusteczek i papieru we wzorki. Obiecuję. Te, które kupiłem, jutro wymienię w sklepie. Jak mi się nie uda, to spalę je w ogrodzie. A prochy rozrzucę nad morzem. Sprawa wołowiny i papryki też jest już załatwiona. Może jeszcze trochę pachnie, ale niedługo się wywietrzy. Więc zapomnijmy o tym.

Ona jednak się nie odzywała. Pomyślałem, jakby to było dobrze, gdybym mógł wyjść na godzinę na spacer, a po powrocie do domu znalazłbym ją w dobrym humorze. Wiedziałem, że to zupełnie niemożliwe, i musiałem sam jakoś tę sprawę rozwikłać.

– Jesteś zmęczona – powiedziałem. – Odpocznij trochę, a potem, tak jak dawniej, pójdziemy gdzieś blisko, na przykład na pizzę. Zamówimy cebulę na jednej połowie, a anchois na drugiej. Przecież nic się nie stanie, jak czasem zjemy w restauracji.

Kumiko milczała. Usiadłem naprzeciwko i patrzyłem na jej głowę. Między krótkimi czarnymi włosami widać było ucho. W uchu miała kolczyk, którego nigdy przedtem nie widziałem. Mały złoty kolczyk w kształcie ryby. Gdzie i kiedy mogła go kupić? Miałem ochotę zapalić. Rzuciłem palenie niewiele ponad miesiąc temu. Wyobraziłem sobie, jak wyjmuję z kieszeni pudełko papierosów i zapalniczkę, wkładam do ust papierosa z filtrem i zapalam. Nieświadomie nabrałem w płuca powietrza. Nozdrza wypełniło mi powietrze przesycone ciężkim zapachem smażonej wołowiny z papryką. Szczerze mówiąc, byłem straszliwie głodny. Potem nagle spojrzałem na wiszący na ścianie kalendarz. Zaznaczono na nim fazy Księżyca. Księżyc zbliżał się do pełni. To znaczy, że nadchodzi jej miesiączka, pomyślałem.

Szczerze mówiąc, po ślubie po raz pierwszy wyraźnie uświadomiłem sobie, że jestem przedstawicielem rodzaju ludzkiego żyjącego na Ziemi, będącej trzecią planetą Układu Słonecznego. Mieszkam na Ziemi, Ziemia krąży wokół Słońca, a Księżyc krąży wokół Ziemi. I to bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie. Tak będzie dalej przez całą wieczność (przypuszczam, że nie ma przeszkód, bym użył tu słowa wieczność, jeśli wziąć pod uwagę relatywną długość mojego życia). Zacząłem tak myśleć dlatego, że moja żona regularnie co 29 dni dostawała miesiączki. Odpowiadało to dokładnie fazom księżyca. Miała ciężkie miesiączki i już na kilka dni przed ich nadejściem stawała się strasznie nerwowa i często była w wyjątkowo złym humorze. Dlatego dla mnie też – choć tylko pośrednio – był to bardzo ważny cykl. Musiałem się na niego przygotować, by uniknąć niepotrzebnych problemów. Przed ślubem praktycznie nie obchodziły mnie takie rzeczy jak nów czy pełnia. Czasami zdarzało mi się spojrzeć na niebo, ale to, jaki kształt miał księżyc w danym momencie, nie miało ze mną nic wspólnego. Jednak od czasu ślubu byłem ciągle świadom jego faz.

Przedtem chodziłem z innymi dziewczynami i one też miały oczywiście miesiączki. Niektóre były ciężkie, inne lekkie. Jedne trwały tylko trzy dni, inne cały tydzień. Były takie, które przychodziły regularnie, i takie, które potrafiły się opóźnić nawet o dziesięć dni, wprawiając mnie w wielki niepokój. Niektóre dziewczyny wpadały w czasie miesiączki w zły humor, na inne nie miało to wpływu, ale aż do ślubu z Kumiko nigdy nie mieszkałem z żadną dziewczyną. Jedynym naturalnym cyklem był dla mnie cykl zmian pór roku. Gdy przychodziła zima, wyjmowałem płaszcz, a latem wyciągałem sandały. I to wszystko. Jednak wskutek małżeństwa zyskałem nie tylko drugą osobę, z którą zamieszkałem, lecz przyswoiłem sobie także pojęcie nowego cyklu. Raz tylko przez okres paru miesięcy cykl ten przestał się dla Kumiko liczyć. Była wtedy w ciąży.

– Przepraszam – powiedziała, podnosząc głowę. – Nie chciałam się ciebie czepiać. Jestem tylko trochę zmęczona i poirytowana.

– Nie szkodzi – odparłem. – Nie przejmuj się. Jak człowiek jest zmęczony, to lepiej się do kogoś przyczepić. Można się wtedy wyładować.

Kumiko powoli nabrała powietrza, przez chwilę zatrzymała je w płucach i znów powoli wypuściła. – A ty? – zapytała.

– Co ja?

– Ty, nawet kiedy jesteś zmęczony, nikogo się nie czepiasz. Mam wrażenie, że tylko ja się czepiam. Ciekawe dlaczego?

Potrząsnąłem głową. – Nie zauważyłem.

– Może masz w sobie jakby głęboką studnię. I kiedy przed nią stajesz i wołasz: „Król jest nagi!”, wszystko jakoś się samo rozwiązuje.

Zastanowiłem się nad tym. – Może masz rację – powiedziałem.

Kumiko znów spojrzała na pustą butelkę po piwie. Przyjrzała się etykiecie, potem otworowi, a następnie chwyciła butelkę za szyjkę i obróciła.

– Niedługo będę miała miesiączkę. Pewnie dlatego jestem poirytowana.

– Wiem – odrzekłem. – Ale nie musisz się przejmować. Takie rzeczy mają wpływ nie tylko na ciebie. Na przykład dużo koni zdycha podczas pełni księżyca.

Kumiko odstawiła butelkę i spojrzała na mnie z otwartymi ustami. – O co ci chodzi? Skąd ci się nagle wzięły konie?

– Ostatnio czytałem o tym w gazecie. Miałem zamiar ci o tym powiedzieć i zapomniałem. Był wywiad z jakimś weterynarzem. Podobno fazy księżyca wyjątkowo wpływają na konie, pod względem fizycznym i psychicznym. Gdy zbliża się pełnia, fale mózgowe koni wariują i zwierzęta zaczynają mieć różne kłopoty ze zdrowiem. W dzień pełni wiele z nich choruje, bardzo wzrasta też liczba koni, które zdychają. I choć nikt nie wie, jaka jest tego prawdziwa przyczyna, badania statystyczne wyraźnie wskazują, że tak jest. Podobno weterynarze specjalizujący się w koniach są tak zajęci w noc pełni księżyca, że praktycznie nie mają czasu spać.

– Coś podobnego – powiedziała żona.

– Ale zaćmienie Słońca jest jeszcze gorsze niż pełnia. To prawdziwa tragedia dla koni. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile zdycha w czasie całkowitego zaćmienia. W każdym razie chciałem powiedzieć, że właśnie w tej chwili konie umierają gdzieś jeden po drugim. W porównaniu z tym twoje czepianie się to nic takiego, prawda? Nie musisz się specjalnie przejmować. Wyobraź sobie umierające konie. Jak leżą w noc pełni księżyca gdzieś w stajni na słomie, toczą z pysków pianę i ciężko dyszą w wielkim cierpieniu.

Zdawała się przez chwilę zastanawiać nad końmi umierającymi w stajni. – Masz naprawdę zadziwiający dar przekonywania – rzekła, jakby się poddając. – Muszę ci to przyznać.

– To przebierz się i chodźmy gdzieś na pizzę – powiedziałem.

Tej nocy leżąc obok Kumiko w ciemnej sypialni, patrzyłem w sufit i zadawałem sobie pytanie, co ja właściwie wiem o tej kobiecie. Zegar wskazywał drugą nad ranem. Kumiko spała głębokim snem. W ciemności myślałem o niebieskich chusteczkach, papierze toaletowym we wzorki i wołowinie smażonej z papryką. Do dziś nie wiedziałem, że nie znosiła tych rzeczy. Samo w sobie było to drobnostką bez znaczenia. Zwykle po prostu byśmy się z tego uśmiali. Nie był to problem, który powinien wywołać aż takie zamieszanie. Za kilka dni zapomnimy pewnie o tej głupiej kłótni.

Jednak wydarzenie to dziwnie nie dawało mi spokoju. Powodowało dyskomfort, jak ość, która utkwiła w przełyku. Myślałem, że może było to coś fatalnego. Że mogło mieć fatalne skutki. A może to tylko początek czegoś większego i fatalnego. Może był to dopiero pierwszy krok. A dalej rozciąga się jeszcze mi nieznany świat, świat samej Kumiko. Przywiodło mi to na myśl ogromny, pogrążony w zupełnej ciemności pokój. Stałem w tym pokoju z małą zapalniczką i w jej świetle mogłem dostrzec tylko niewielką jego część.

Czy kiedyś uda mi się zobaczyć całość? Czy też zestarzeję się i umrę, nigdy nie dowiedziawszy się o niej wszystkiego? Jeżeli ma tak być, to na czym właściwie polega życie małżeńskie? I na czym polega moje życie, życie człowieka, który żyje i śpi w tym samym łóżku z osobą, której nie zna?

Myślałem o tym tamtej nocy, a także potem od czasu do czasu. Dopiero później zrozumiałem, że wtedy naprawdę dotknąłem samego sedna problemu.

3. O kapeluszu Malty Kanō, barwach sorbetów, Allenie Ginsbergu i wyprawach krzyżowych

Telefon zadzwonił, gdy szykowałem drugie śniadanie. Ukroiłem w kuchni dwie kromki chleba, posmarowałem je masłem i musztardą, położyłem na to plasterki pomidora i ser. Tak zrobioną kanapkę umieściłem na desce i właśnie miałem ją przekroić na pół, gdy zadzwonił telefon. Odczekałem trzy dzwonki i przekroiłem. Potem położyłem kanapkę na talerzu, wytarłem nóż i schowałem do szuflady. Następnie nalałem do filiżanki podgrzanej wcześniej kawy.

Telefon ciągle dzwonił. Musiał zadzwonić z piętnaście razy. Poddałem się i podniosłem słuchawkę. Nie chciałem odbierać, ale mogła przecież dzwonić Kumiko.

– Halo – powiedział kobiecy głos. Nie znałem tego głosu. Nie była to żona ani ta dziwna kobieta, która zadzwoniła niedawno, gdy gotowałem makaron. Był to inny, nieznany mi głos.

– Czy to mieszkanie pana Tōru Okady? – zapytała. Mówiła, jakby czytała tekst z kartki.

– Tak.

– Czy jest pan mężem pani Kumiko Okady?

– Tak. Kumiko Okada to moja żona.

– A pan Noboru Wataya jest starszym bratem pana żony?

– Tak – odparłem cierpliwie. – Rzeczywiście Noboru Wataya jest bratem żony.

– Moje nazwisko Kanō.