Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów - Cait Flanders - ebook
lub
Opis

Mniej rzeczy w domu, więcej luzu w życiu – inspirująca historia pewnego eksperymentu

To nie jest kolejna książka o tym, jak żyć w duchu minimalizmu – to prawdziwa historia, która pokazuje jak piękne jest życie bez rzeczy, których nie potrzebujesz.

Cait Flanders szukała ucieczki od codziennych problemów nagradzając się kolejnymi zakupami. Kupowała pod wpływem impulsu myśląc, że dzięki nowym rzeczom poczuje się spełniona. Gdy zauważyła, że szczęście nie nadchodzi, a rośnie tylko dług, powiedziała sobie „dość” i zdecydowała się wstrzymać od zakupów aż przez rok.

„Królowa oszczędzania” to zapis doświadczeń Cait z dwunastu miesięcy niezwykłego eksperymentu. W tym czasie ograniczyła do minimum niezbędne zakupy, pozbyła się siedemdziesięciu procent rzeczy ze swojego mieszkania, odkryła zalety ruchu zero-waste i nauczyła się naprawiać przedmioty, zamiast je wyrzucać. Wkrótce odkryła, że im mniej kupuje, tym bardziej jest szczęśliwa.

Dzięki tej książce ty także możesz poznać praktyczne sposoby na oszczędzanie i przekonać się, co tak naprawdę jest dla ciebie w życiu najważniejsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 247

Popularność


Książkę tę dedykuję mojej rodzinie oraz Molly i Lexie. Zawsze będę za Wami tęsknić, kochane dziewczynki.

Słowa uznania

Jeśli kiedykolwiek czułeś, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko błędne koło konsumpcjonizmu, w książce Królowa oszczędzania odnajdziesz inspirację do wyzwolenia się z niego. Jasny przekaz osobistej historii Cait jest dla nas zachętą, wyzwaniem i nieopisaną pomocą.

– Joshua Becker

autor książki The More of Less

Cait Flanders to dzielna kobieta. Płakałam, czytając jej książkę, lecz moje serce przepełniała też radość. Jej historia udowadnia każdemu, kto nie wierzy w swoje siły, że nie liczy się to, gdzie zaczynamy, tylko to, gdzie dotarliśmy.

– Gail Vaz-Oxlade

gospodyni programu Til Debt Do Us i autorka książki Debt-Free Forever

W rezultacie godnego podziwu celu Cait – zakazu robienia zakupów przez rok – zrodziła się bardzo osobista książka wypełniona lekcjami, z których każdy z nas może skorzystać, by dowiedzieć się, jak znaleźć spełnienie i sens w naszych życiach (bez tych wszystkich rzeczy!). Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka prostoty w konsumpcjonistycznym świecie.

– Rachel Jonat

autorka książki The Joy of Doing Nothing

Pozbycie się części przedmiotów z mojego życia oczyściło przestrzeń, w którą wkroczyło wielkie dobro i to ono ją zajęło. Książka Cait jest prawdziwą inspiracją i przykładem tego, jak wielka moc transformacji płynie ze zmniejszenia ilości posiadanych rzeczy, a także jak dalej rozwijać tę umiejętność.

– Katie Dalebout

autorka książki Let It Out

Dokonanie istotnych zmian w życiu wymaga dużo czasu i wysiłku. Cait w swojej książce dzieli się z nami bardzo osobistymi przemyśleniami, obrazującymi głębię i ciężar tych zmian. Jeśli szukasz inspiracji i praktycznych przykładów tego, jak nakreślić dla siebie i najbliższych ludzi lepszą przyszłość, znajdziesz to i o wiele więcej w Królowej oszczędzania.

– Anthony Ongaro

założyciel breakthetwitch.com

Cait pocieszała się alkoholem, napadowym objadaniem się i kompulsywnymi zakupami, aż pewnego dnia powiedziała sobie: „Dosyć”. To nie jest kolejna książka o tym, jak przeżyć, mając wszystkiego mniej, tylko ogromnie wzruszająca i pocieszająca historia, która pokazuje nam, że jeśli zgodzimy się uwolnić od rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy, możemy w końcu wieść życie, jakiego pragnęliśmy.

– Courtney Carver

autorka książki Soulful Simplicity

Królowa oszczędzania to piękna, wrażliwa i prawdziwa książka. Słowa Cait stały się moją inspiracją, by nabrać więcej odwagi do pisania i życia. Jestem pewna, że stanie się również twoim źródłem mocy.

– Tammy Strobel

autorka książek Everyday Adventures Journal i You Can Buy Happiness (and It’s Cheap)

Ta książka to najwspanialszy prezent dla wszystkich, którzy kiedykolwiek chcieli się zmienić, lecz obawiali się tego – wstrzymywał ich lęk przed porażką, przed tym, czego mogą się dowiedzieć o sobie po zdjęciu masek, jak i przed tym, co się stanie, jeśli nie podejmą działania. Przekaz Cait jest piękny i szczery, opowiada nam o pracy związanej z tworzeniem życia przy mniejszym udziale środków oraz daje pozwolenie na zejście z wiecznie kręcącej się karuzeli kompulsywnej i bezmyślnej konsumpcji, dzięki czemu możemy poznać dobro, które znajduje się po drugiej stronie.

– Brooke McAlary

gospodyni programu The Slow Home Podcast iautorka książki Destination Simple

Inspirująca historia o tym, jak jedna kobieta pokonała przeszkody i uzależnienie od zakupów, alkoholu i jedzenia, aby zacząć żyć z poczuciem celowości. Po przeczytaniu tej książki będziesz gotów na zmianę swojego życia, zrozumiesz też, dlaczego ograniczenie konsumpcji cię uwolni.

– Elizabeth Willard Thames

autorka książki Meet the Frugalwoods

Wstęp

Niniejsza koncepcja narodziła się na szlaku, podobnie jak wiele innych. Na dwa dni przed moimi dwudziestymi dziewiątymi urodzinami postanowiłyśmy z przyjaciółkami spędzić weekend w Whistler. Wędrowałyśmy wokół jeziora Cheakamus w Garibaldi Provincial Park, a odcienie turkusowej wody zmieniały się równie szybko jak przesuwające się po niebie chmury. Tematy naszych rozmów rotowały z podobną częstotliwością, oscylując między pracą i hobby a przyjaciółmi i związkami.

Wendy niedawno zamieszkała razem ze swoim chłopakiem, z którym spotykała się od dłuższego czasu, a Liz przygotowywała się do podjęcia tego samego kroku ze swoim. Obie dywagowały nad dalszym rozwojem wydarzeń – snuły plany kupna domu, dopóki ceny w naszym rodzinnym mieście, Victorii w Kolumbii Brytyjskiej, jeszcze na to pozwalają, i rozważały zajście w ciążę przed ślubem. Po dwuletniej pracy w zawodzie redaktora naczelnego w firmie startupowej mogłam się z nimi podzielić moim zdaniem, lecz to był mój cały wkład w tę rozmowę. Przyjaciółki wkraczały w nowy etap swojego życia, a ja wciąż byłam w trakcie pracy nad samą sobą.

– A ty co planujesz, Cait? – zapytała Liz.

Proste pytanie zadane przez tę z moich przyjaciółek, z którą najdłużej się znam. Poznałyśmy się w ósmej klasie. Chodziłyśmy do tej samej szkoły tylko przez rok, ale to nam w zupełności wystarczyło. Mieszkałyśmy na tej samej ulicy i często można było nas spotkać w drodze od jednego domu do drugiego, ponieważ spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Po tylu latach pewnie miała nadzieję, że ja też jestem już gotowa, żeby w końcu się ustatkować. Jednak przypuszczam, że znając mnie nie od dziś, prawdopodobnie oczekiwała, że poinformuję o moim zamiarze powrotu do pracy w Toronto lub przeprowadzce do kolejnego miasta. Zawsze byłam w drodze.

Zamiast po prostu odpowiedzieć, podzieliłam się z nią moimi przemyśleniami, które siedziały mi w głowie od tygodnia.

– Zastanawiałam się nad przeprowadzeniem eksperymentu polegającego na zaprzestaniu robienia zakupów – odparłam. – Może na sześć miesięcy, a nawet na cały rok.

Moje przyjaciółki nie dziwiły się, słysząc podobne deklaracje z moich ust. W ciągu ostatnich trzech lat dokonałam poważnych zmian w moim życiu, włącznie ze zobowiązaniem się do wyjścia z długów (i niezaciągania nowych), przejęciem kontroli nad moim zdrowiem i odstawieniem alkoholu. Udokumentowałam te zmiany, publikując je na moim blogu (caitflanders.com, wcześniej znanym pod nazwą „Blonde on a Budget”), którego zaczęłam prowadzić w 2010 roku. Po wydaniu z siebie okrzyków: „Świetne!” i „To dopiero ciekawe!”, zasypały mnie garścią pytań. Kiedy wypowiedziałam swoje postanowienie na głos, poczułam się związana intencją, a mój plan zaczął nabierać kształtów. Rozmawiałyśmy o tym, jak taki eksperyment mógłby wyglądać, co wolno byłoby mi kupować, a czego nie.

Sama nie znałam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania. Nigdy ich nie znałam, gdy zaczynałam którykolwiek z moich eksperymentów. Wcześniej nie wiedziałam, w jaki sposób spłacić 30 000 dolarów długu w dwa lata ani jak zrzucić trzynaście kilogramów w rok. Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że podczas kolejnych dwunastu miesięcy będę się utrzymywać za 51% moich dochodów, oszczędzać 31%, a za pozostałą kwotę podróżować. Nie wiedziałam też, jakim cudem uda mi się udokumentować tak wiele z tej historii na moim blogu ani że nieopublikowane na blogu opowieści i lekcje ostatecznie przybiorą postać tej książki. Jedyne, czego byłam pewna, to że jestem niezadowolona z mojej sytuacji finansowej – chciałam mniej wydawać i oszczędzać więcej. Tutaj zaczyna się moja historia. Zresztą, większość moich historii ma taki początek.

Kiedy miałam dziewięć lat, rodzice zabrali mnie do banku, gdzie wspólnie otworzyliśmy konto oszczędnościowe dla dzieci. Otrzymałam małą książeczkę, w której miałam zapisywać wpłaty oraz saldo konta. Książeczka liczyła nie więcej niż dziesięć stron połączonych dwiema zszywkami, lecz na jej okładce było wydrukowane moje imię, więc stała się moim skarbem. Możliwość zapisywania w niej liczb sprawiła, że poczułam się jak dorosła – byłam odpowiedzialna za coś więcej niż tylko zabawki. Trzymałam ją w szufladzie biurka, wciśniętą między segregator szkolny, pełen zadań domowych, a pamiętnik. To moje pierwsze wspomnienie związane z próbą przekazania mi przez rodziców, jak ważne jest oszczędzanie pieniędzy. Niestety, ten wynalazek szybko mi się znudził, zgubiłam też książeczkę, a wraz z nią cały zapał do zarządzania finansami.

Gdy jako nastolatka wracałam ze szkoły do domu, często znajdowałam na swoim łóżku pełno artykułów z gazet. Teksty o stopach procentowych, planach zabezpieczeń emerytalnych, rynkach nieruchomości i prognozach ekonomicznych były specjalnie wycinane i układane na moim łóżku, żebym się z nimi zapoznała. Zawsze zajmował się tym mój tata. Każdego ranka siadał przy stole kuchennym, wypijał filiżankę pomarańczowej herbaty pekoe i czytał gazetę od deski do deski. Jeśli nie siedziałam akurat obok niego i nie mógł podstawić mi pod nos danej strony, wycinał artykuł i kładł go na moim łóżku.

– Przeczytałaś tekst, który ci zostawiłem? – zwykł pytać niedługo po tym, jak przekroczyłam próg domu.

– Zrobię to później. – Moja odpowiedź pozostawała niezmienna.

„Później” nie zdarzało się zbyt często, o czym mój tata oczywiście wiedział. Grał ze mną przy stole w „dwadzieścia pytań” dotyczących tych artykułów, co nierzadko było początkiem jego wywodów, w których najczęściej wyjaskrawiał proste przykłady. W takich sytuacjach zazwyczaj się ulatniałam.

– To są bardzo ważne rzeczy, Caitlin! – wyjaśniał wówczas, na co ja natychmiast przewracałam oczami.

Wiedziałam, że mówi poważnie, bo zwracał się do mnie pełnym imieniem. Nikt nigdy nie nazywał mnie Caitlin, chyba że chodziło o coś bardzo ważnego lub narobiłam sobie kłopotów. Mimo tego gapiłam się na drzewa z obrazu Emily Carr wiszącego naprzeciwko mnie, przytakiwałam i co jakiś czas powtarzałam usłyszane od ojca słowa. Zawsze jednak zaczynałam od tych, na które rodzice wywracają oczami:

– Przecież wiem.

Wówczas myślałam, że wiem wszystko.

Pomimo że w tamtym okresie uznawałam to za niezwykle nudny temat, teraz zdaję sobie sprawę, jaką byłam szczęściarą, dorastając w rodzinie, w której mówiło się o pieniądzach. Rozmawiało się u nas w zasadzie o wszystkim. Kiedy masz ojca marynarza, żaden temat nie uchodzi za tabu. Począwszy od tego, co się robiło w łazience, aż po nierzadko dosadne, lecz szczere rady opisujące, czego nie należy robić z chłopcami w sypialni – dzieliliśmy się ze sobą wszystkimi niegrzecznymi szczegółami, a może raczej moi rodzice uważali, że tak było.

Niezależnie od tego, jak szczerze z nimi rozmawiałam o pewnych kwestiach, miałam też sporo tajemnic. Sądzili na przykład, że jako nastolatka odłożyłam kieszonkowe zarobione na opiekowaniu się młodszym bratem i siostrą, jednak – do czego nigdy im się nie przyznałam – większość pieniędzy wydałam na alkohol i narkotyki. Do momentu ukończenia szkoły średniej i wyprowadzenia się z domu rodzice zdążyli nauczyć mnie wszystkich najważniejszych zasad dotyczących zarządzania finansami, jednak nigdy nie powiedziałam im, że żyję z długiem, odkąd dostałam pierwszą kartę kredytową. Mój tata na dobre wytrzeźwiał, gdy miałam dziesięć lat, i choć zawsze wiedział o moim towarzyskim piciu, nie miał świadomości, że piłam też w samotności ani że niemal za każdym razem spożywanie przeze mnie alkoholu kończyło się utratą przytomności. Moja rodzina widziała, że dobrze się odżywiam i często chodzę po górach, nigdy jednak ich nie uświadamiałam, jak często jadłam czekoladę w samochodzie czy zamawiałam pizzę, gdy byłam sama w domu.

Okłamywałam w powyższych kwestiach nie tylko moich bliskich – oszukiwałam przede wszystkim samą siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o wpływ tych zachowań na moje zdrowie fizyczne i psychiczne. Wysokość salda na karcie kredytowej bezpośrednio przekładała się na ilość snu, jaką udało mi się złapać w nocy. Im więcej piłam, tym gorzej się ze sobą czułam. Im więcej jadłam, tym bardziej tyłam, co również negatywnie wpływało na moje samopoczucie. A im dłużej udawałam, że to wszystko nie miało miejsca, tym gorzej działo się w moim życiu.

Po długich miesiącach ignorowania wyciągów z konta w końcu przyjrzałam się cyfrom w maju 2011 roku, uświadamiając sobie, że ciążył nade mną dług konsumencki w wysokości prawie 30 000 dolarów. Sprawę dodatkowo pogarszał fakt, że zostało mi tylko 100 dolarów na koncie bieżącym i 100 na jednej z kart kredytowych, co musiało mi wystarczyć na kolejnych sześć tygodni, aż do następnej wypłaty. W tamtym okresie mojego życia ważyłam też najwięcej, ile mi się kiedykolwiek zdarzyło (95 kilogramów przy wzroście 174 cm uznaje się za otyłość). Na dodatek, mając dwadzieścia pięć lat, znowu wprowadziłam się do moich rodziców po nieudanej próbie przejechania kraju w poszukiwaniu pracy i przepiciu wszystkich oszczędności w zaledwie osiem tygodni.

Ciężar długu działał na mnie miażdżąco. Całymi tygodniami płakałam w łóżku przed zaśnięciem, czując się, jakbym straciła szansę na jakąkolwiek stabilną przyszłość finansową. Martwiłam się również rozczarowaniem, jakie sprawiłam rodzicom, oraz faktem, że nie udało mi się być wzorem do naśladowania dla młodszego rodzeństwa.

Moje łzy były też spowodowane pragnieniem zmiany na innych polach. Próbowałam już wcześniej rozstać się z kieliszkiem, lecz nie wytrzymywałam dłużej niż kilka tygodni. Miewałam wzloty i upadki częściej, niż jestem w stanie spamiętać, a była tego przygnębiająca ilość. Okazało się, że jednak nie wiedziałam wszystkiego. Moja wiedza była niewystarczająca, aby uchronić mnie przed osiągnięciem osobistego dna, na którym się znalazłam. Nie chciałam nawet wiedzieć, co mogło mnie spotkać, gdybym spadła jeszcze niżej. Ten dzień, w którym obiecałam sobie wszystko zmienić, w końcu nadszedł.

W ciągu dwóch następnych lat spłaciłam cały dług, wzięłam zdrowie w swoje ręce, przeniosłam się do Toronto, a później do Vancouver i rzuciłam picie na dobre (po jeszcze kilku nieudanych próbach). Udokumentowałam wszystkie dokonane zmiany na blogu, na którego zaglądało coraz więcej czytelników. Nie będę udawać, że poszło łatwo ani że postępowałam zgodnie z zaleceniami specjalistów. Zrobiłam po prostu to, co sprawdziło się w moim przypadku – byłam wdzięczna za ludzi, wobec których musiałam być odpowiedzialna. Po tych dwóch latach powinnam być już przygotowana do szczęśliwszego i zdrowszego życia. Wykonałam ciężką pracę i dowiodłam sobie, że jestem w stanie osiągnąć dowolny cel, który sobie wybiorę. Jednak zamiast tego od razu wróciłam do moich dawnych nawyków.

Nie zaczęłam znowu pić, ale wydawałam niemal każdy nadprogramowy grosz, jaki miałam. Początkowo nie uznawałam tego za coś groźnego. Rozrzucanie dodatkowych pięciu lub dziesięciu dolarów tu i tam. Wchodzenie do sklepu po jedną lub dwie rzeczy, a wychodzenie z pięcioma. Te niewielkie kwoty szybko się kumulowały, a ja usprawiedliwiałam się potrzebą częstszego wychodzenia na brunch i kupowania nowych, potrzebnych mi książek. Do tego doszły jeszcze częstsze wyjazdy do domu i spotkania ze znajomymi w weekendy. Nie da się ukryć, że sprawiało mi to dużą przyjemność. Po dwóch latach skrajnie oszczędnego trybu życia dobrze było zaznać trochę swobody i spontaniczności, w końcu móc się zabawić i nie zastanawiać nad konsekwencjami. Nieco gorzej czułam się natomiast z faktem, że nigdy nie udawało mi się osiągnąć założonych celów finansowych, co później musiałam wyjaśniać moim czytelnikom.

Podczas spłacania długu miałam strategię dzielenia mojego orientacyjnego budżetu na początku każdego miesiąca i wpisywania ostatecznych kwot pod koniec. W tym dwuletnim okresie zdarzały się miesiące, gdy udawało mi się odłożyć do 55% dochodu, który przeznaczałam na spłatę długu. Było to odrobinę agresywne zachowanie, ale robiłam, co musiałam, żeby tylko moje saldo na koniec miesiąca wynosiło 0 dolarów. Kiedy ten dzień nadchodził, czułam się wolna, lekka, jakby świat otworzył przede mną wiele nowych drzwi. Po raz pierwszy w życiu udawało mi się wytyczyć sobie realne cele oszczędnościowe, jak odkładanie 20% dochodu na emeryturę.

To zadanie było możliwe do wykonania. Powinno takie być. Jednak wciąż okazywało się to trudniejsze, niż się spodziewałam. Przez pierwszy rok miałam niby więcej wolności, regularnie zapisywałam wszystkie wartości na koniec miesiąca, ciesząc się, gdy udawało mi się odłożyć choćby 10%.

Nie wpadłam na pomysł nałożenia na siebie zakazu robienia zakupów z dnia na dzień. Ziarno kiełkowało pod koniec każdego miesiąca, przez cały rok. Za każdym razem, gdy aktualizowałam informacje na blogu i wyjaśniałam, dlaczego ledwo udało mi się cokolwiek odłożyć, mówiłam sobie, że stać mnie na więcej. Mogłam odłożyć więcej i wiedziałam o tym. Nie byłam po prostu pewna, od czego zacząć wprowadzanie zmian. Dopiero podczas jednego ze spotkań rodzinnych Flandersów odbywających się przy okrągłym stole, gdzie poruszaliśmy wszystkie związane z finansami tematy, doznałam olśnienia.

Po skrytykowaniu poczynań mojej siostry Alli, która wydała setki ciężko zarobionych dolarów na coś, co według nas nie było jej potrzebne, odpowiedziała słowami, które najwyraźniej zostały przeznaczone wyłącznie dla mnie.

– Oszczędzam 20% moich dochodów, więc całą resztę mogę wydać, na co tylko zechcę.

Miała dopiero dwadzieścia lat, studiowała dziennie i pracowała na niepełny etat, a już rozgryzła, o co w tym wszystkim chodzi, zrobiła to, zanim mnie się to udało. Najpierw zaoszczędź, później możesz wydać to, co ci zostało. Jednak jako starsza siostra miałam ochotę zgłębić temat.

– Mieszkasz przecież w domu, naprawdę potrzebujesz 80% dochodu czy mogłabyś przeżyć za mniejszą kwotę?

Gdy tylko wypowiedziałam te słowa, uświadomiłam sobie, ile w nich hipokryzji. Wtedy zaczęło się bicie piany.

Ta rozmowa miała miejsce na tydzień przed moją wyprawą do Whistler, w trakcie której przeglądałam swoje zapiski finansowe i zadawałam sobie poważne pytania. Skoro odkładałam tylko 10% dochodu, na co rozchodziły się pozostałe pieniądze? Dlaczego stale usprawiedliwiałam swoje wszystkie wydatki? Czy naprawdę potrzebowałam 90% dochodu, czy dałabym radę żyć za mniejszą kwotę? Zadawałam sobie podobne pytania pod koniec każdego z dwunastu miesięcy z rzędu, a wciąż nie znałam odpowiedzi. Wiedziałam tylko tyle, że najwyraźniej miałam wszystko, czego potrzebowałam w domu, życiu zawodowym i osobistym, a jednak nigdy nie miałam poczucia, że to mi wystarcza. Nigdy nie byłam zaspokojona. Zawsze chciałam więcej. Lecz skoro zakupy nie zapełniały mojej pustki, może nadszedł czas postawienia sobie nowego wyzwania i życia bez nich?

Po powrocie z weekendu w Whistler zajęłam się spisywaniem planów. Reguły zakazu robienia zakupów wydawały się proste: przez kolejny rok nie wolno mi kupować nowych ubrań, butów, akcesoriów, książek, gazet, sprzętu elektronicznego ani żadnych sprzętów domowych. Mogłam nabywać tylko dobra konsumpcyjne – pożywienie, kosmetyki i paliwo do samochodu. Wolno mi było kupować tylko rzeczy umieszczone na mojej „zatwierdzonej liście zakupów”, a wpisałam tam zaledwie kilka artykułów, których mogłam potrzebować w najbliższej przyszłości. Pozwoliłam sobie też wymienić rzeczy, które się zepsuły lub znosiły, jeśli okazało się to absolutnie konieczne, lecz tylko pod warunkiem pozbycia się oryginału. W dalszym ciągu mogłam okazjonalnie chodzić do restauracji, lecz bez kupowania kawy na wynos – to moja największa słabość, na którą nie miałam ochoty przeznaczać 100 dolarów miesięcznie lub nawet więcej.

Zdecydowałam również, że nie będę kupować żadnych nowych rzeczy, postanowiłam pozbyć się wszystkich staroci, których już nie używałam. Jedno spojrzenie na moje mieszkanie uświadamiało mi, że miałam więcej, niż potrzebowałam, z czego i tak nie byłam zadowolona. Chciałam zacząć używać rzeczy, które miałam w swoim posiadaniu. Chciałam poczuć, że każdy przedmiot ma swój cel i że wszystko, co przyniosę do domu, w przyszłości również będzie miało swoje przeznaczenie. Jeśli uznałam to za niemożliwe, musiałam się tej rzeczy pozbyć.

Zanim kliknęłam w ikonkę „opublikuj” przy poście na moim blogu i ogłosiłam swoje plany czytelnikom, dodałam jeszcze następujące zdanie: „Podjęłam przemyślane decyzje mające na celu wyjście z długów, zakończenie wymówek dla mojego lenistwa i wykreślenie alkoholu z listy moich hobby. Niestety, wciąż nie jestem świadomą konsumentką, jaką pragnę się stać”. Chciałam zakończyć robienie zakupów pod wpływem impulsu, by później nie uświadamiać sobie, że zostałam przechytrzona przez kolejną strategię marketingową lub szyld o wyprzedaży. Chciałam przestać marnować pieniądze na rzeczy, których, jak mi się wydawało, potrzebuję, ponieważ po powrocie do domu okazywało się, że mam ich więcej niż trzeba. Naprawdę chciałam przestać namawiać siebie do zakupu czegoś, czego później nigdy nie używałam.

Pragnęłam osiągnąć stan, w którym kupowałabym cokolwiek dopiero wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałam. Chciałam się w końcu przekonać, na co rozchodziły się moje pieniądze i ustalić budżet w sposób zgodny z moimi celami i wartościami. Ogromnie pragnęłam wydawać mniej i oszczędzać więcej. Lecz to nie miało szansy się wydarzyć, jeśli dalej miałabym dokonywać bezmyślnych decyzji zakupowych.

Zaczęłam moje wyzwanie następnego ranka, 7 lipca 2014 roku – w 29. urodziny, czyli początek mojej trzydziestej podróży dookoła słońca. Wrzucałam na bloga wiele nowych postów informujących, czego się nauczyłam w trakcie roku oszczędzania. We wszystkim chodziło o wydawanie i o pieniądze. W tym miejscu zaczyna się moja kolejna historia. Jednak w tamtym roku wydarzyło się wyjątkowo dużo sytuacji, którymi nie chciałam się dzielić – niektóre zdarzenia wywróciły moje życie do góry nogami i nauczyły odpowiedzialności, a inne sprawiły, że przeleżałam całe tygodnie w łóżku, myśląc o poddaniu się i zaprzepaszczeniu wszystkich pozytywnych zmian, jakich dokonałam. W trakcie roku, który powinien być z założenia prostszy, ponieważ miałam nabywać mniej, zostało mi odebrane wszystko, co kochałam i na czym mogłam polegać. Okoliczności zmusiły mnie, by zacząć od początku i wymyśleć sobie życie od nowa.

Nie opisywałam tych zdarzeń na blogu na bieżąco. Wiedziałam, że moi czytelnicy okazaliby mi wsparcie, jednak byłam zbyt roztrzęsiona, by przełożyć myśli na słowa. Za każdym razem, gdy próbowałam to zrobić, kończyło się na rezygnacji i usunięciu posta. Wówczas nie potrafiłam o tym mówić, teraz natomiast pragnę się podzielić moimi przeżyciami tutaj, w tej książce, z tobą. W kolejnych rozdziałach zabiorę cię w podróż po moim roku oszczędzania. Po drodze wtajemniczę cię również w wydarzenia, które miały miejsce wiele, wiele lat wcześniej. Jedynie dzięki poznaniu wszystkich informacji będziesz potrafił zobaczyć pełny obraz i zrozumieć, dlaczego rok oszczędzania był dla mnie taki ważny. To moje największe wyzwanie, które wywróciło mi życie do góry nogami. A jednocześnie mnie ocaliło.

Zasady rocznego zakazu robienia zakupów

Co WOLNO mi kupować:

artykuły żywnościowe i podstawowe akcesoria kuchenne;kosmetyki i przybory toaletowe (tylko gdy się skończą);środki czystości;prezenty dla innych;rzeczy z zatwierdzonej listy zakupów.

Czego NIE WOLNO mi kupować:

kawy na wynos;ubrań, butów, akcesoriów;książek, magazynów, notatników;akcesoriów do domu (świeczek, dekoracji, mebli itd.);sprzętów elektronicznych.

Zatwierdzona lista zakupów:

jeden strój na wiele ślubów (jedna sukienka i para butów);bluza (miałam tylko jedną i posiadała o wiele za dużo dziur);spodnie dresowe (została mi ostatnia para);buty (nie miałam żadnych na jesień/zimę);łóżko (moje miało 13 lat i desperacko potrzebowało wymiany);wolno mi było kupować wszystko, co trzeba wymienić, jednak oryginał musiał zostać wyrzucony lub oddany.

Oprócz tego miałam się ze wszystkiego rozliczać na moim blogu.

1

Lipiec: remanent

Liczba trzeźwych miesięcy: 18

Zaoszczędzony dochód: 20%

Pewność, że ukończę ten projekt:100% (lecz nie mam jeszcze pojęcia, na co się porwałam)

Od najmłodszych lat byłam fanatyczką porządku. Rodzice nie musieli mi przypominać, żebym posprzątała swój pokój. Wszystkie moje rzeczy miały swoje miejsce – szufladę lub pojemnik, w którym mieszkały i zawsze leżały poukładane. Ubrania w wieszałam w szafie według rodzaju: najpierw kolejno podkoszulki bez rękawów, bluzki z krótkim i długim rękawem, następnie spodnie, spódnice i na końcu sukienki. Nawet książki na półkach miałam poukładane według wielkości, a drugim kryterium był ich kolor.

W szkole podstawowej blat mojego biurka wyglądał równie schludnie. Po prawej stronie znajdował się stos teczek ułożonych kolorystycznie: czerwone na górze, różowe na dole, pomarańczowe, żółte, zielone, niebieskie i fioletowe w środku. Po lewej stronie leżał piórnik, na słowniku, a ten z kolei na podręczniku do matematyki. W plastikowym piórniku udawało mi się poukładać gumki do ścierania w jednym rogu, korektor w drugim, a zapasowe długopisy i ołówki w rzędzie. Posunęłam się nawet do tego, aby trzymać w pudełku dwadzieścia cztery kredki ołówkowe ułożone według kolorów.

Zawsze, gdy nauczyciele dawali nam czas na posprzątanie na naszych biurkach, ja siedziałam spokojnie, obserwując cierpienia moich kolegów i koleżanek podczas tej udręki. Pogniecione kartki, zużyte plastikowe torebki po kanapkach i zaginione książki z biblioteki spadały im na podłogę. Ze wszystkich stron dobiegały mnie głośne postękiwania i westchnięcia towarzyszące procesowi oczyszczania biurek ze wszystkich skarbów i konieczności znalezienia na nie wszystkie nowego miejsca. W takich chwilach miałam nadzieję, że poproszą mnie o pomoc, i jestem pewna, że wykazywałam się nadgorliwością, gdy pomagałam im się z tym uporać.

Zachowywałam moje standardy czystości w każdej przestrzeni, którą mogłam nazwać swoją: szafki szkolne, samochody, którymi jeździłam, wynajmowane mieszkania, pudełka, w których przechowywałam różne rzeczy, a nawet portfele i torebki, które nosiłam na co dzień. Gdybyś tylko zajrzał do jakiejkolwiek z moich szafek, znalazłbyś tam nieskazitelny porządek – niestety, nadszedł tego kres.

Na wiosnę 2014 roku zaczęłam gubić przedmioty. Mój zielony podkoszulek zaginął jako pierwszy. To był jedyny zielony podkoszulek, jaki miałam, i zawsze leżał po prawej stronie w drugiej szufladzie mojej trzyszufladowej komody. Któregoś ranka otworzyłam ową szufladę i ze zdziwieniem stwierdziłam, że go tam nie ma. Przeszukałam stosy innych podkoszulków i koszulek znajdujących się w tej szufladzie, a następnie dwie pozostałe. Nigdzie go nie znalazłam. Nawet w szafie, w koszu na pranie, w pralce czy suszarce. Po prostu zniknął i już nigdy go nie odszukałam – został połknięty przez tego samego potwora, który kradł mi skarpetki.

Po tym zajściu wszystko się zmieniło, nie mogłam znaleźć żadnej rzeczy, kiedy jej potrzebowałam. Zapasowa pasta do zębów, którą, mogłabym przysiąc, położyłam w koszyku z innymi kosmetykami pod zlewem. Różowy kostium kąpielowy, którego nawet nie lubiłam, ale zachowałam, ponieważ wiedziałam, że dni czarnego są już policzone. Otwieracz do puszek. Byłam chyba jedyną osobą na świecie, która miała perfekcyjną szufladę z przyborami kuchennymi, a w niej zaledwie jeden otwieracz do puszek. Dlaczego go tam nie było?

Poszukując rzeczy, których akurat potrzebowałam, znajdywałam tylko zbędne bibeloty. Pięć czarnych topów, już na mnie za dużych, skoro ważyłam trzynaście kilogramów mniej. Niekończące się zapasy balsamu i żelu pod prysznic, które bez przerwy uzupełniałam, na długo zanim skończyły się bieżące egzemplarze. Ubrania na lato i na zimę, przecież rzadko je nosiłam w Port Moody w Kolumbii Brytyjskiej, mieście o najłagodniejszym klimacie w Kanadzie. Mnóstwo z nich kupiłam, korzystając z jednej lub dwóch kart kredytowych, kiedy jeszcze rósł mój stary dług. Nigdy ich nie założyłam. Niektóre ciuchy w dalszym ciągu miały metki.

Dług i bałagan mają jedną wspólną cechę – gdy tylko pozwolisz im się nawarstwiać, będzie ci coraz trudniej znaleźć drogę wyjścia z sytuacji. Całymi miesiącami ignorowałam kredyt, odsłaniając jedynie róg wyciągu z konta, żeby zobaczyć, do kiedy mam termin spłaty kwoty minimalnej. Ta sztuczka nie wytrzymała próby czasu, nadszedł w końcu dzień, w którym zobaczyłam całe saldo i uświadomiłam sobie, że na koncie zostało mi 100 dolarów limitu. Arytmetyka była prosta. Zakopałam się w długach tak głęboko, że jedynym wyjściem musiało się stać wykopanie się z tej dziury.

Sprawa bałaganu nie rysowała się w aż tak ciemnych barwach. Kiedy wracałam do mieszkania, wyglądało równie schludnie jak zawsze. Ręczniki leżały poukładane, ubrania wisiały tak samo posegregowane, każdy but miał swoją parę. Nawet książki nadal stały równo, tyle tylko że według gatunku: fikcja, biografie, biznes i finanse, a dopiero potem według rozmiaru (czasami też koloru). Problem tkwił w tym, że z większości z nich nie korzystałam. Przypominałam sobie o tym za każdym razem, gdy je mijałam i mój wzrok zbłądził w ich kierunku.

Pierwszy raz zwróciłam na to uwagę w 2013 roku, kiedy przeprowadzałam się pięć razy. Za każdym razem wyciągałam pudła z jednej szafy, zanosiłam do vana, jechałam do nowego mieszkania, wnosiłam do środka, a następnie wkładałam do mojej nowej szafy. Wszystko to bez zaglądania do nich i sprawdzenia, co tak właściwie zawierają. Powtarzałam ten cykl pięć razy z wielu niefortunnych powodów: jednego razu czułam się zagrożona po próbie włamania do jedynego mieszkania na parterze, które wynajmowałam, gdy wracałam w domu do sił po wypadku samochodowym; innym razem mój wieloletni przyjaciel i zarazem nowy współlokator oznajmił, że chce się przeprowadzić do innego miasta zaledwie pięć dni po tym, jak z nim zamieszkałam. To był naprawdę ciężki rok.

Ostatnia przeprowadzka, we wrześniu 2013 roku, zakończyła się na owym mieszkaniu w Port Moody. Wcześniej byłam w tym mieście tylko dwa razy, ale od razu się w nim zakochałam. Leżało wystarczająco daleko od Vancouver, żebym mogła poczuć atmosferę małego miasteczka, a na dodatek znajdowało się blisko oceanu. Moje biurko stało przy wielkich na całą ścianę oknach, z których rozciągał się widok na drzewa i góry. Przyjaciele często mówili mi, że przypomina im to scenerię filmu Zmierzch, co nie było dalekie od prawdy, ponieważ większość tego typu filmów kręcono w Kolumbii Brytyjskiej, kilka scen także w samym Port Moody.

Dla redaktorki pracującej zdalnie na pełny etat dla start-upowej firmy z branży finansowej to mieszkanie i rozciągające się z niego widoki – a także, do pewnego stopnia, moje życie – było jak spełnienie marzeń. Niestety, pracując przez cały czas w domu, w końcu zauważasz też wszystko inne znajdujące się w twoim otoczeniu: twoje rzeczy. Pomimo faktu, że leżały uporządkowane, wciąż miałam ich za dużo, tylko zbierały kurz.

Chciałabym, żeby opowieść o tym, dlaczego zdecydowałam się odgruzować mieszkanie, okazała się bardziej interesująca, znacząca lub trzymająca w napięciu, lecz wówczas stałaby się kłamstwem. Prawda jest taka, że decyzja zapadła po wielokrotnym rozważeniu pomysłu, żeby „pozbyć się części tych rzeczy”. Podobnie sprawy się miały z innymi aspektami mojego życia: „powinnam przestać używać kart kredytowych”, „powinnam przestać jeść śmieciowe jedzenie” albo „powinnam przestać tyle pić”. Wymówka, którą przygotowałam na te okoliczności, brzmiała: „zrobię to któregoś dnia”.

Ten czas w końcu miał nadejść. Któregoś dnia w 2011 roku wyczerpałam cały kredyt na karcie. Tego popołudnia musiałam zrobić zakupy w dziale dla osób z nadwagą. Innym razem, w 2012 roku, nie chciałam się obudzić po kolejnej popijawie. We wszystkich takich sytuacjach mogłam pewnie znaleźć sposób, aby kontynuować moje złe zachowanie. Mogłam dzwonić do banków i prosić o przyznanie wyższego limitu na karcie albo dalej pić i jeść za dużo, a później ignorować to, co działo się z moim ciałem i duchem. Lecz nadszedł dzień, który położył temu wszystkiemu kres. Historie, które sobie powtarzałam, żeby tylko podtrzymać moje złe nawyki przez tak długi czas, osiągnęły swój kres. Miałam dość.

Któregoś lipcowego dnia w 2014 roku miarka się przebrała – miałam dosyć przekopywania się przez stertę wszystkich niepotrzebnych rzeczy, żeby znaleźć tę jedną, której potrzebowałam.

Ze wszystkich małostek, które mogły mnie doprowadzić do kresu wytrzymałości i sprawić, bym w końcu posprzątała, najbardziej pomógł mi rzeczony otwieracz do puszek. Chciałam dodać do sałatki czarną fasolę, a nie mogłam znaleźć otwieracza. Przeszukałam każdą szufladę i szafkę w kuchni. Sprawdziłam w zlewie i zmywarce do naczyń. Szukałam nawet w koszu na śmieci, myśląc, że mogłam niechcący go wyrzucić wraz z ostatnio otwieraną puszką. Niestety, nigdzie go nie znalazłam.

To był pierwszy tydzień lipca i dystrykt Greater Vancouver zalała fala upałów. Temperatury utrzymywały się na poziomie 34 stopni Celsjusza, a wilgotność przekraczała 40 stopni. Mieszkałam na 22. piętrze betonowego budynku, w którym nie zainstalowano klimatyzacji, co tylko pogarszało sprawę. Było mi gorąco. Byłam głodna. Byłam sfrustrowana. Wszystko, czego wtedy pragnęłam, to dokończyć moją głupią sałatkę z czarną fasolą, lecz nie mogłam się dostać do wnętrza puszki. Zamiast tego miałam sałatkę bez fasoli i dwadzieścia jeden widelców, żeby ją zjeść.

„Ten dzień” w końcu nadszedł i byłam gotowa pozbyć się wszystkich rzeczy z mojej szuflady z przyborami kuchennymi – oraz z reszty mieszkania – których już nie potrzebowałam. Podobnie jak w przypadku chwil, w których postanawiałam zacząć spłacać dług, odżywiać się lepiej czy (w końcu) skończyć z piciem, weszłam w to całą sobą, nie mając konkretnego planu. Po prostu poddałam się swojemu postanowieniu.

Tego dnia opróżniłam każdą szafkę, szafę i szufladę w mieszkaniu, a ich zawartość zebrałam na podłodze w każdym pokoju. Wszystko wydarzyło się kilka miesięcy przed tym, jak książka Marie Kondo Magia sprzątania trafiła do księgarń w Ameryce Północnej, lecz moja metoda wyglądała praktycznie tak samo. Mój wcześniej schludny i czysty dom przestał wyglądać zachęcająco. Wokół mnie panował bałagan, w którym nic nie mogłam znaleźć i którego nie rozpoznawałam, jednak każda ze znajdujących się tam rzeczy należała do mnie. Wpatrując się w te wielkie sterty, poczułam się przytłoczona zadaniem, jakie właśnie przed sobą postawiłam. „Co ja narobiłam?” Kiedy zrobisz bałagan przybierający takie rozmiary, nie masz już innego wyjścia niż tylko posprzątać. Nadszedł czas, by zakasać rękawy i wziąć się do pracy.