Królowa Margot - Aleksander Dumas - ebook + audiobook
Opis

"Dumas Alexandre, ojciec (1802-1870), pisarz francuski okresu romantyzmu, najbardziej popularny autor w XIX w. Był synem zubożałego generała armii napoleońskiej. Po śmieci ojca (1806) zarabiał na życie jako prawnik. Uczestniczył w rewolucji 1830 oraz w powstaniu G. Garibaldiego. Stworzył Théâtre Historique i tam wystawiał swoje sztuki oraz adaptacje powieści. Był autorem m.in. dramatów: Henryk Walezy i jego dwór (1829), Napoleon Bonaparte (1831), Antony (1831). Miał w swoim dorobku bardzo wiele powieści historycznych publikowanych początkowo na łamach prasy w odcinkach. Najbardziej znane to: Trzej Muszkieterowie (1844), Muszkieterowie w dwadzieścia lat później (1845), Wicehrabia de Bragelonne (1848-50), Królowa Margot (1845), Czarny Tulipan (1850), Hrabia Monte Christo (1845). Akcja Królowej Margot rozpoczyna się w dniu ślubu króla Nawarry, Henryka, oraz Margot. Ich małżeństwo jest wynikiem planów politycznych: Henryk ma przejść na katolicyzm, co ma doprowadzić do pogodzenia hugenotów i katolików. Nie wszystko jednak toczy się zgodnie z planem… Intrygi dworskie, sympatie i antypatie, spiski i romanse, polityka i uczucia, miłość i nienawiść… wszystko to miesza się ze sobą w powieści Dumasa i wciąga czytelnika w świat XVI-wiecznej Francji."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 858

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 27 godz. 21 min

Lektor: Joanna Lissner

Popularność


Aleksander Dumas

Królowa Margot

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginału:La Reine Margot

Projekt graficzny serii:Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:Sylwia Ząbczyńska

Redakcja:Elżbieta Zarych

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-198-8

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ I 

Łacina księcia Gwizjusza

W poniedziałek 18 sierpnia 1572 roku w Luwrze obchodzono wielką uroczystość. Okna dawnego zamku królewskiego, zawsze ciemne, zajaśniały dzisiaj rzęsistym światłem, a zwykle puste sąsiednie place i ulice, gdy tylko na wieży Saint-Germain-l’Auxerrois wybiła godzina dziewiąta, tego dnia jeszcze o północy były zapchane pospólstwem.

Tłum ten, groźny, zwarty, niespokojny, można było wziąć w ciemnościach nocnych za ponure i kołyszące morze, które wynurzając się z ulic des Fosses-Saint-Germain i de Lastruce, rozlewało się po bulwarach; jego fale podczas przypływu rozbijały się o ściany Luwru, zaś w czasie odpływu odbijały się o stojący naprzeciwko pałac Burbonów.

Pomimo uroczystości na dworze, a może właśnie z jej powodu, widoczne były jakieś groźne oznaki wśród ludu, który nie spodziewał się, że uroczystość ta jest tylko wstępem do nowej, mającej nastąpić osiem dni później, w której miał wziąć czynny udział.

Dwór obchodził zaślubiny Małgorzaty de Valois, córki Henryka II i siostry Karola IX, z Henrykiem de Bourbon, królem Nawarry.

Rzeczywiście, tego poranka, na wzniesieniu urządzonym przy wejściu do katedry Notre Dame, kardynał de Bourbon pobłogosławił temu związkowi według obrzędu stosowanego zwykle przy zaślubinach francuskich księżniczek.

Małżeństwo to zadziwiło wszystkich i dało dużo do myślenia tym, którzy głębiej rzeczy pojmowali. W istocie, trudno było pojąć zbliżenie się dwóch nieprzyjaznych stronnictw, jakimi byli protestanci i katolicy.

Pytano się, czy młody książę Kondeusz będzie mógł przebaczyć księciu andegaweńskiemu, bratu króla, śmierć swego ojca, zabitego przez Montesquiou pod Jarnac; czy młody książę Gwizjusz daruje admirałowi de Coligny śmierć ojca, zamordowanego w Orleanie przez Poltrota de Méré.

Nie dosyć na tym: przed dwoma miesiącami umarła Joanna z Nawarry, odważna małżonka słabego Antoniego de Bourbon, która doprowadziła do skutku zaręczyny swego syna Henryka z księżniczką królewskiego domu.

Z powodu jej nagłej śmierci zaczęły się rozchodzić dziwne pogłoski. Wszędzie szeptano, że Katarzyna Medycejska, obawiając się, by nie wyszła na jaw straszna tajemnica znana Joannie, otruła ją pachnącymi rękawiczkami, przygotowanymi przez florentczyka nazwiskiem René, bardzo zdolnego do robót tego rodzaju.

Wieść owa jeszcze szybciej rozeszła się i ustaliła, gdy po śmierci tej wielkiej królowej dwaj lekarze, z których jednym był słynny Ambroży Paré, zostali na żądanie jej syna upoważnieni do sekcji całego ciała prócz głowy.

Ponieważ zaś Joanna z Nawarry została otruta jadowitym zapachem, należało szukać śladów strasznej zbrodni jedynie w mózgu. Mówię – zbrodni, gdyż nikt nie wątpił, że popełniono tu zbrodnię.

To jeszcze nie wszystko.

Król Karol obstawał przy tym związku z uporczywą stałością; takie małżeństwo bowiem nie tylko przywracało w jego królestwie pokój, lecz nawet sprowadzało do Paryża znaczniejszych hugonotów francuskich.

Ponieważ narzeczony był wyznania protestanckiego, narzeczona zaś rzymskokatolickiego, należało prosić o dyspensę zasiadającego wówczas w Stolicy Apostolskiej Grzegorza XIII.

Z wydaniem żądanej dyspensy ociągano się, co bardzo niepokoiło zmarłą królową Nawarry.

Pewnego dnia powierzyła ona Karolowi IX swą obawę z tego powodu, na co król odpowiedział:

– Nie martw się o to, moja ciotko. Nie jestem hugonotem, lecz też nie dam się oszukać; w najgorszym razie sam wezmę Margot za rękę i podczas kazania poprowadzę do ołtarza z twoim synem.

Słowa te rozniosły się po mieście i nadzwyczaj uradowały hugonotów, dały zaś dużo do myślenia katolikom, którzy sami nie wiedzieli, czy król ich zdradza, czy też odgrywa komedię, której rozwiązania lada dzień należało oczekiwać.

Nade wszystko niepojętym było postępowanie Karola IX względem admirała de Coligny, prowadzącego z nim nieustanne kłótnie już od pięciu czy sześciu lat. Król wyznaczył za jego głowę sto pięćdziesiąt tysięcy talarów złotem; pomimo to na niego się tylko zaklinał, nazywał go swoim ojcem i oświadczył, że odtąd będzie jemu powierzać kierunek wojny.

Ta przemiana w postępowaniu króla zaczęła wreszcie niepokoić samą Katarzynę Medycejską, dotychczas kierującą jego wolą, a nawet życzeniami; i rzeczywiście miała ona słuszny powód do obaw, pewnego bowiem razu Karol IX w chwili szczerości powiedział do admirała, rozmawiającego z nim o wojnie flandryjskiej:

– Mój ojcze, jest tu jeszcze pewna okoliczność, na którą niepodobna nie zwrócić uwagi. Idzie o to, aby królowa matka, która, jak wiesz, wszędzie lubi wścibić swój nos, nic nie wiedziała o naszych planach względem wojny flandryjskiej; musimy więc trzymać je w największej tajemnicy, gdyż w wypadku poróżnienia się z nami, wszystko by nam popsuła.

Chociaż Coligny był bardzo rozsądnym i doświadczonym człowiekiem, nie zdołał jednak zadość uczynić zaufaniu, jakie w nim król pokładał, i mimo że przybył do Paryża pełen podejrzeń, mimo że przy odjeździe z Chatillon jakaś wieśniaczka rzuciła mu się do nóg, wołając: „O! nasz dobry ojcze, nie jedź do Paryża, gdyż ty i wszyscy, co z tobą będą, zginiecie niechybnie” – mimo tego wszystkiego, podejrzenia te z biegiem czasu wygasły w sercu admirała i jego zięcia de Teligny, z którym król pozostawał w bardzo przyjaznych stosunkach. Nazywał go swoim bratem, tak jak admirała nazywał swoim ojcem, i mówił mu po imieniu, co miało miejsce tylko w rozmowach z najbliższymi przyjaciółmi.

Hugonoci, z wyjątkiem kilku nieufnych, byli zupełnie spokojni o swój los, a śmierć królowej Nawarry przypisywali pleurze **(Pleura (łac.) – opłucna.)**. Obszerne sale Luwru napełniły się mężnymi protestantami, którym małżeństwo ich młodego wodza Henryka obiecywało niczym niezakłóconą przyszłość. Admirał Coligny, La Rochefoucault, młody książę Kondeusz i Teligny, jednym słowem – wszyscy przywódcy protestanckiego stronnictwa, z triumfem patrzyli, jak potężni i dobrze przyjmowani w Luwrze są ci, których przed trzema miesiącami król Karol i królowa Katarzyna chcieli kazać powiesić na szubienicach wyższych od tych, które przeznaczono dla morderców.

Na próżno tylko wszyscy hugonoci szukali marszałka de Montmorency; jego bowiem żadna obietnica nie była zdolna ująć, żaden pozór oszukać. Pozostał w swoim zamku de l’Isle-Adam, wymawiając się bólem doznanym po śmierci ojca, wielkiego konstabla Anna de Montmorency, zabitego strzałem z pistoletu przez Roberta Stuarta w bitwie pod Saint-Denis. Jednak od wypadku upłynęło już ponad dwa lata, a czułość była cnotą zupełnie w tej epoce niemodną, dlatego też ludzie różnie sądzili o tej długiej żałobie. Wszystko zresztą wskazywało na to, że marszałek de Montmorency nie miał racji, gdyż król, królowa, książęta andegaweński i d’Alençon wytwornie przyjmowali swych gości.

Sami nawet hugonoci winszowali księciu andegaweńskiemu zwycięstw odniesionych pod Jarnac i Moncontour w osiemnastym zaledwie roku życia – w tak młodym bowiem wieku nie odnosili zwycięstw ani Cezar, ani Aleksander Wielki, z którymi go porównywano, stawiając, rozumie się, zwycięzców spod Issus i Farsalos niżej od niego.

Książę d’Alençon spoglądał na to wszystko swoimi przymilnymi i chytrymi oczyma, królowa Katarzyna, promieniejąca i pełna uprzejmości, winszowała księciu Henrykowi Kondeuszowi małżeństwa, zawartego niedawno z Marią de Clèves, książęta Gwizjuszowie uśmiechali się do strasznych nieprzyjaciół swego domu, a książę de Mayenne prowadził z panem de Tayannes i admirałem rozmowę o wojnie, którą bardziej teraz niż kiedykolwiek król gotował się wypowiedzieć Filipowi II.

Pośród tych grup z pochyloną głową przechadzał się, chwytając każde słówko, młodzieniec w wieku dziewiętnastu lat, wyróżniający się bystrym spojrzeniem i cierpkim uśmiechem, o czarnych, krótko ostrzyżonych włosach, gęstych brwiach i orlim nosie. Młodzieniec ten, który zwrócił na siebie uwagę dopiero po bitwie pod Arna-le-Duc, gdzie wyróżnił się męstwem, był ulubionym wychowankiem admirała de Coligny, bohaterem tego dnia i przedmiotem powszechnych pochwał. Przed trzema miesiącami, jeszcze za życia jego matki, nazywano go księciem de Béarn; teraz zaś królem Nawarry, a później Henrykiem IV. Od czasu do czasu chmura przebiegała po jego czole; zapewne przypominał sobie, że zaledwie przed dwoma miesiącami utracił matkę; on bowiem, bardziej niż ktokolwiek inny, nie wątpił, że została otruta. Zmartwienie to jednak było przelotne i znikało jak błyskawica, gdyż ci właśnie, co z nim rozmawiali i składali mu powinszowania, byli zabójcami odważnej Joanny d’Albert.

Oddalony kilka kroków od króla Nawarry, młody książę Gwizjusz rozmawiał z Telignym, o tyle zamyślony i stroskany, o ile król starał się być wesoły i otwarty. Młody książę był szczęśliwszy od Bearneńczyka. W dwudziestym roku życia stał się równie sławny, co jego ojciec, wielki Franciszek Gwizjusz. Jego wysoki wzrost, piękna powierzchowność, dumne spojrzenie nadawały mu okazałą i prawdziwie książęcą postać. Chociaż był jeszcze bardzo młody, katolicy już uważali go za swego jedynego obrońcę, podobnie jak hugonoci Henryka króla Nawarry, którego obraz dopiero co nakreśliliśmy. Z początku nosił on tytuł księcia Joinville; na polu bitwy pierwszy raz ukazał się przy oblężeniu Orleanu, pod dowództwem swego ojca, który oddając ducha na jego ręku, wskazał mu admirała Coligny jako swego zabójcę.

Wtedy młody książę, podobnie jak Hannibal, uczynił uroczystą przysięgę, że zemści się za śmierć ojca na admirale i jego rodzinie, będzie ścigać ciągle i bez litości nieprzyjaciół religii. Obiecał Bogu być tak długo niszczycielem pogan, dopóki ostatni z hugonotów nie zginie.

Ze zdziwieniem patrzano więc, jak książę, znany z dotrzymywania swych obietnic, podawał rękę ludziom, którym poprzysiągł wieczną nienawiść, i rozmawiał z zięciem tego, którego na rozkaz umierającego ojca przyrzekł zamordować.

Lecz powiedzieliśmy już, że tego wieczora działy się w Luwrze zadziwiające wypadki.

Rzeczywiście, gdyby na uroczystość tę patrzył widz obdarzony siłą przewidywania przyszłości i łatwością czytania w sercach ludzkich, czyli władzą, którą tylko sam Bóg posiada, ujrzałby tu najciekawszy i zarazem najstraszniejszy widok, jaki mogą spowodować dziwne losy tego świata.

Lecz widz taki nie znajdował się w salach Luwru; z ulicy tylko patrzał wściekłym wzrokiem i huczał groźnym głosem.

Był nim lud, obdarzony instynktem, który zaostrzyła nienawiść; widział on tańczące cienie swoich śmiertelnych nieprzyjaciół i tłumaczył ich uczucia z zupełną trafnością.

Rzecz dziwna; lud ten był w stanie czynić spostrzeżenia nad tym, co się działo wewnątrz Luwru, stojąc tylko przed salą balową, dobrze strzeżoną.

Muzyka unosi tańczących, gdy tymczasem gapie stojący na zewnątrz widzą tylko same poruszenia i śmieją się z nich, nie znają bowiem przyczyn, które je spowodowały; nie słyszą muzyki.

Muzyką upajającą hugonotów był głos ich dumy.

Blaskiem, migającym przed oczyma paryżan pośród tej nocy, były błyskawice nienawiści oświecające przyszłość.

Pomimo to wszyscy uśmiechali się w pałacu; w tej nawet chwili przebiegł po całym Luwrze jakiś cichy i miły szept: właśnie młoda narzeczona, pozbywszy się uroczystego stroju – drugiego płaszcza i welonu, weszła na salę balową. Towarzyszyła jej piękna księżna de Nevers, jej najlepsza przyjaciółka, a król Karol IX, jej brat, wiódł ją za rękę, przedstawiając znakomitszym gościom.

Narzeczoną tą była Małgorzata de Valois, córka Henryka II, perła francuskiej korony, którą Karol IX z braterską czułością nazywał zwykle siostrą Margot.

Nową królową Nawarry przyjęto oznakami wielkiego zachwytu, na co istotnie zasługiwała.

Małgorzata miała wtedy zaledwie dwadzieścia lat, a była już przedmiotem pochwał wszystkich poetów, z których jedni porównywali ją z Jutrzenką **(Jutrzenka – Eos, grecka bogini świtu.)** , drudzy z Cyterą **(Cytera – przydomek Afrodyty, greckiej bogini piękna.)** .

W samej rzeczy: na dworze, gdzie Katarzyna Medycejska zebrała najpiękniejsze wówczas kobiety i otoczyła się pocztem syren, żadna z nich nie mogła wytrzymać porównania z Małgorzatą. Czarne lśniące włosy, świeża cera, tchnące rozkoszą oczy ocienione długimi rzęsami, wąskie malinowe usta, cudownie piękna szyja, kibić pełna, gibka i dziecinne nóżki w jedwabnych pantofelkach – oto obraz Małgorzaty. Francuzi pysznili się, że na ich ziemi rozkwitł tak wspaniały kwiat. Cudzoziemcy, przez Francję przejeżdżający, powracali do swej ojczyzny olśnieni jej pięknością, jeśli mieli sposobność ją widzieć, a zdumieni jej wiedzą, jeśli z nią rozmawiali. Małgorzata była nie tylko najpiękniejszą, lecz i najbardziej oświeconą kobietą owego czasu, czego dowodzą słowa pewnego uczonego Włocha, który rozmawiając z nią całą godzinę po włosku, po hiszpańsku i po łacinie, wyrzekł w uniesieniu: „Widzieć dwór, nie widząc Małgorzaty de Valois, to to samo, co nie widzieć ani Francji, ani dworu!”.

Nie brakowało także rozmaitych mów, pozdrawiających Karola IX i królową Nawarry; wiadomo przecież, że hugonoci byli doskonałymi mówcami. W przemowach tych zręcznie wspominali o przeszłości i przyszłości, lecz na te wszystkie przymówki Karol IX odpowiadał z chytrym uśmiechem:

– Oddając mą siostrę Margot królowi Nawarry, oddaję ją wszystkim protestantom królestwa.

Słowa te, które jednych uspokajały, a drugich zniewalały do uśmiechu, miały rzeczywiście dwa znaczenia: jedno ojcowskie, którym Karol IX nie chciał obciążać swojej głowy, drugie – krzywdzące młodą narzeczoną, jej męża i jego samego, gdyż zaczęły się już rozchodzić jakieś głuche i gorszące wieści, wynalezione przez plotkarzy dworskich, a mające na celu splamić małżeńską suknię Małgorzaty.

Książę Gwizjusz rozmawiał, jak to już wyżej powiedzieliśmy, z Telignym, lecz podczas tej rozmowy bardzo był nieuważny; czasami oglądał się i rzucał spojrzenie na grupę dam, wśród których jaśniała królowa Nawarry. Gdy wzrok jej napotykał wzrok księcia, zdawało się, że po jej czole przebiegała chmurka, oświecona drżącym blaskiem diamentów zdobiących głowę królowej, w ruchach zaś, niecierpliwych i niespokojnych, widać było jakiś niepewny zamiar.

Księżna Klaudia, starsza siostra Małgorzaty, od kilku lat żona księcia lotaryńskiego, spostrzegła niepokój siostry i chciała zbliżyć się do niej, aby się dowiedzieć, co jest tego przyczyną; lecz właśnie w tej chwili wszyscy ustępowali z drogi, aby zrobić przejście królowej matce, która kroczyła wsparta na ramieniu młodego księcia Kondeusza; księżniczka więc znalazła się bardzo daleko od siostry.

Książę Gwizjusz, korzystając z ogólnego poruszenia, zaczął się zbliżać do pani de Nevers, swojej bratowej, a tym samym i do Małgorzaty.

Księżna Klaudia, niespuszczająca z oczu młodej królowej, spostrzegła wówczas, zamiast zmartwienia na czole, płonące ogniem policzki.

Książę, coraz bardziej się zbliżając, wkrótce znalazł się kilka kroków od niej.

Małgorzata, która bardziej przeczuwała, niż spostrzegała zbliżanie się księcia, obróciła się, z trudnością nadając spokojny wyraz swej twarzy. Książę złożył jej głęboki ukłon i powiedział półgłosem:

– Ipse attuli.

To jest:

– Sam przyniosłem.

Małgorzata, oddawszy ukłon księciu, cicho odrzekła:

– Noctu pro more.

Co znaczyło:

– Tej nocy, jak zwykle.

Wyrazy te, tak miłe dla ucha księcia, odbiły się o wielki karbowany kołnierz ówczesnej mody i mogły być słyszane tylko przez osobę, do której zostały zwrócone. Chociaż rozmowa była bardzo krótka, to jednak Małgorzata i książę Gwizjusz porozumieli się i natychmiast po owej wymianie słów rozeszli – ona bardziej zamyślona, on zaś promieniejący szczęściem.

Człowiek, którego ta scena najbardziej powinna była obchodzić, nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Król Nawarry zajmował się bowiem osobą otoczoną nie mniejszym niż Małgorzata gronem obecnych; osobą tą była piękna pani de Sauve.

Karolina de Beaune Semblançay, wnuczka nieszczęśliwego Semblançaya i żona Szymona de Fizes barona de Sauve, była jedną z dam dworu Katarzyny Medycejskiej i zarazem jej najstraszniejszą pomocniczką, podającą jej nieprzyjaciołom napój miłości, jeśli nie śmiała podać jadu trucizny florenckiej.

Ta mała blondynka, raz tryskająca życiem, a raz omdlewająca w melancholii, była zawsze gotowa do miłości lub intryg –– dwóch najważniejszych spraw na dworze trzech królów panujących kolejno po sobie od pięćdziesięciu lat; tak więc była to kobieta w całym znaczeniu tego słowa, słynąca zarazem z niepospolitych wdzięków, począwszy od niebieskich, marzących lub też ogniem pałających oczu aż do figlarnych nóżek, obutych w aksamitne pantofelki. Od kilku miesięcy tak bardzo zawładnęła ona królem Nawarry, początkującym zarówno w dziedzinie romansów, jak i polityki, że nawet wspaniała i prawdziwie królewska piękność Małgorzaty nie wzbudziła w nim żadnego podziwu. Jeszcze dziwniejsze było dla wszystkich to, że Katarzyna Medycejska, skryta i tajemnicza, przy tym silnie obstająca za projektem połączenia córki z królem Nawarry, nie przestawała popierać prawie jawnych miłostek Henryka z panią de Sauve. Pomimo jednak możnej pośredniczki i wbrew zbyt pobłażliwym obyczajom owego czasu, piękna Karolina dotąd się opierała. Opór ten, nawet bardziej niż jej wdzięki, budził w Henryku namiętność, która nie znalazłszy ujścia, zasiała w sercu młodego króla nasiona bojaźni, dumy, a nawet tej półfilozoficznej i półleniwej niedbałości, będącej główną cechą jego charakteru.

Pani de Sauve dopiero przed chwilą weszła na salę, bo czy to wskutek niechęci, czy przez zazdrość, postanowiła nie być obecna przy triumfie swojej rywalki i pod pozorem słabości wysłała do Luwru swego męża, będącego od pięciu lat sekretarzem stanu. Lecz Katarzyna Medycejska, spostrzegłszy barona de Sauve bez żony, zapytała go o przyczynę nieobecności swojej kochanej Karoliny, a dowiedziawszy się, że powodem tego jest lekkie niedomaganie, napisała do niej liścik z zaproszeniem, któremu młoda kobieta nie omieszkała zadośćuczynić.

Henryk, z początku zasmucony jej nieobecnością, odetchnął jednak, spostrzegłszy wchodzącego samego pana de Sauve; lecz w chwili kiedy najmniej spodziewał się ujrzeć przedmiot swych ciągłych marzeń i wzdychając, chciał się zbliżyć do Małgorzaty, której nie będąc zmuszony kochać, przynajmniej winien był uważać za swą żonę – spostrzegł na końcu galerii panią de Sauve.

Zatrzymał się na miejscu jak wryty, z oczyma utkwionymi w tę Cyrce **(Cyrce, Kirke – w mitologii greckiej czarodziejka, uwodzicielka mieszkająca na wyspie Ajaja.)** , przyciągającą go do siebie niby magicznym łańcuchem, i zamiast – jak zamierzał – zbliżyć się do żony, po chwili wahania udał się do pani de Sauve.

Dworzanie, spostrzegłszy, że król Nawarry zbliża się do pięknej Karoliny, nie śmieli przeszkodzić ich spotkaniu; grzecznie się więc oddalili. W tej samej chwili, gdy Małgorzata i książę Gwizjusz zamieniali z sobą kilka słów po łacinie, Henryk, znalazłszy się przy pani de Sauve, zaczął z nią rozmowę po francusku, wprawdzie narzeczem gaskońskim, lecz mniej tajemniczą.

– A!... kochana przyjaciółko – rzekł Henryk – nareszcie zjawiłaś się, i to właśnie w chwili, kiedy mi powiedziano, że niedomagasz, i kiedy już zupełnie straciłem nadzieję oglądania cię.

– Czy nie raczy Wasza Królewska Mość przekonywać mnie – odpowiedziała pani de Sauve – że go wiele kosztowało rozstanie się z tą nadzieją?

– Och!... na Boga, spodziewam się, że to widoczne – odparł Bearneńczyk. – Czyż jeszcze pani nie wiesz, że jesteś moim słońcem we dnie, a gwiazdą w nocy? Teraz nawet zdawało mi się, że jestem pogrążony w głębokiej ciemności; nagle – gdyś się zjawiła – wszystko zajaśniało światłem.

– W takim razie niewielką oddałam Waszej Królewskiej Mości usługę.

– Co chcesz przez to powiedzieć, kochana przyjaciółko? – zapytał Henryk.

– Chcę powiedzieć, że jeżeli kto jest panem najpiękniejszej kobiety we Francji, powinien sobie tylko życzyć, by światło ustąpiło miejsca ciemnościom, w których nas oczekuje szczęście.

– Szczęście to, figlarko, wiesz dobrze, jest w rękach pewnej osoby, która się śmieje i naigrawa z biednego Henryka.

– O!... – odparła baronowa – ja sądzę przeciwnie; mnie się zdaje, że właśnie ta osoba jest igraszką i pośmiewiskiem króla Nawarry.

Henryk przeląkł się tych słów, nieprzyjaznym tonem wymówionych, lecz po chwili zastanowienia osądził, że ów ton zdradza tylko ukryty gniew Karoliny, a gniew jest zawsze maską miłości.

– Doprawdy, kochana Karolino – rzekł – czynisz mi niesłuszne wyrzuty; nie pojmuję, jak takie piękne usta mogą być tak okrutne. Może jeszcze myślisz, że się żenię? O nie!... To nie ja się żenię!...

– To może ja – odpowiedziała uszczypliwie baronowa, jeżeli tylko można nazwać uszczypliwością słowa kobiety kochającej i wyrzucającej mężczyźnie obojętność.

– I twoje piękne oczy, baronowo, są tak krótkowzroczne?.... Nie! nie!... to nie Henryk król Nawarry żeni się z Małgorzatą.

– A któż więc?

– Kto? Religia reformowana zaślubia katolicką.

– O nie, nie, te zagadki nie zdołają mnie oszukać. Wasza Królewska Mość kochasz królową Małgorzatę, czego mu wcale nie mam za złe; uchowaj mnie Boże! Taką piękność można przecież kochać.

Henryk zamyślił się na chwilę; lekki uśmiech igrał na jego ustach.

– Baronowo – rzekł – zdaje mi się, że zamierzasz pokłócić się ze mną, a jednak nie masz do tego najmniejszego prawa; zobaczmy, coś zrobiła, aby przeszkodzić mojemu małżeństwu z Małgorzatą. Nic, przeciwnie, zawsze mnie doprowadzałaś do rozpaczy.

– To dla dobra Waszej Królewskiej Mości – odpowiedziała pani de Sauve.

– Jak to?

– Bez wątpienia, gdyż Wasza Królewska Mość zaślubiasz teraz inną.

– O!... zaślubię ją dlatego, że mnie nie kochasz.

– Gdybym cię kochała, Najjaśniejszy Panie, to musiałabym umrzeć najdalej za godzinę.

– Za godzinę! Co to ma znaczyć? Cóż byłoby przyczyną twej śmierci?

– Zazdrość... Za godzinę bowiem królowa Nawarry rozkaże oddalić się swoim damom, a Wasza Królewska Mość dworzanom.

– I czy w samej rzeczy tak bardzo cię to trapi, moja przyjaciółko?

– Tego nie mówię, powiadam tylko, że gdybym Waszą Królewską Mość kochała, myśl ta nie dawałaby mi spokoju.

– A zatem!... – zawołał Henryk, uniesiony radością, słysząc to pierwsze wyznanie z ust baronowej – jeżeli król Nawarry nie odeśle dzisiaj wieczorem swoich dworzan?...

– Najjaśniejszy Panie – odpowiedziała pani de Sauve, patrząc na króla ze zdziwieniem, tym razem nieudawanym – mówisz rzeczy niepodobne do prawdy.

– Cóż więc wypada mi uczynić, ażebyś w nie uwierzyła?

– Należy mi tego dowieść, a tego Wasza Królewska Mość nie możesz uczynić.

– Dlaczego nie, baronowo? Na świętego Henryka, dowiodę ci tego! –– wykrzyknął król, pożerając wzrokiem młodą kobietę.

– O!... Najjaśniejszy Panie – szepnęła piękna Karolina, zniżając głos i spuszczając oczy – nie pojmuję... Nie, nie!... to niepodobna, ażebyś Wasza Królewska Mość wypuścił z rąk szczęście, które go oczekuje.

– W tej sali znajduje się czterech Henryków – odpowiedział król – Henryk Francuski, Henryk Kondeusz, Henryk Gwizjusz, lecz jest tylko jeden Henryk Nawarski.

– Cóż więc?...

– Co?... A gdyby ten Henryk Nawarski całą noc przepędził przy tobie?...

– Jak to całą noc?

– Tak; czybyś uwierzyła wówczas, że jej nie przepędził z inną?

– A!... gdybyś to uczynił, Najjaśniejszy Panie... – powiedziała pani de Sauve.

– Na honor, uczynię!...

Pani de Sauve, podniósłszy oczy zwilgotniałe od namiętnych obietnic, uśmiechnęła się do króla upojonego radością.

– Cóż więc powiesz wtedy? – zapytał Henryk.

– Wtedy – odparła Karolina – powiem, że Wasza Królewska Mość prawdziwie mnie kochasz...

– Ach!... powinnaś była powiedzieć to już dawno, gdyż tak jest rzeczywiście, baronowo.

– Lecz jak to urządzić? – szepnęła pani de Sauve.

– O! na Boga, musisz przecie mieć, baronowo, jaką zaufaną pokojówkę lub służącą.

– A jakże, mam Dariolę, duszą i ciałem mi oddaną, gotową nawet śmierć dla mnie ponieść, słowem, prawdziwy skarb.

– A więc powiedz jej, baronowo, że ją uszczęśliwię, gdy zostanę królem Francji, jak mi to astrologowie przepowiadają.

Karolina uśmiechnęła się.

– Czego więc – rzekła – żądasz od Darioli?

– Bagateli, która jednak dla mnie jest wszystkim.

– Lecz czegóż wreszcie?

– Pokój twój jest nad moim.

– Tak.

– Żądam więc od niej, ażeby czekała za drzwiami. Skoro zapukam po cichu trzy razy, wpuści mnie, a wtedy, baronowo, będziesz miała dowód, któregoś żądała.

Pani de Sauve milczała chwilę, potem niby to oglądając się, czy kto jej nie podsłuchuje, zatrzymała swój wzrok na grupie otaczającej królową matkę. Chociaż spojrzenie to było przelotne, jednak Katarzyna i jej dama dworska porozumiały się.

– A gdybym też chciała – rzekła pani de Sauve głosem syreny – zniewolić Waszą Królewską Mość do kłamstwa?

– Spróbuj, moja przyjaciółko, spróbuj...

– Przyznaję, że mam wielką ochotę to uczynić.

– Poddaj się jej więc; kobiety są zwykle najsilniejsze po przegranej.

– A więc gdy Wasza Królewska Mość zostaniesz królem Francji, przypomnę mu obietnicę uczynioną dla Darioli.

Henryk wydał okrzyk radości.

Stało się to właśnie w tej samej chwili, kiedy królowa Nawarry odpowiedziała księciu Gwizjuszowi:

–– Noctu pro more.

Henryk odszedł od pani de Sauve, szczęśliwy, tak jak książę Gwizjusz po rozstaniu z Małgorzatą.

W godzinę później król Karol i królowa matka powrócili do swoich pokojów.

Wkrótce też salony zaczęły się opróżniać i widać już było podstawy marmurowych kolumn w galerii. Admirała i księcia Kondeusza przeprowadzało pomiędzy huczącym narodem czterystu dworzan protestanckich. Wkrótce też po nich opuścił Luwr Henryk Gwizjusz wraz z katolickimi panami Lotaryngii, a towarzyszyły im okrzyki radości i oklaski ludu. Małgorzata, król Nawarry i pani de Sauve, jak wiadomo, mieszkali w samym Luwrze.

ROZDZIAŁ II

Sypialnia królowej Nawarry

Książę Gwizjusz, odprowadziwszy swoją bratową, księżnę de Nevers, do pałacu na ulicę du Chaume na wprost ulicy de Brac, powierzył ją staraniom kobiet, a sam udał się do swego pokoju, ażeby zmienić strój.

Włożył na siebie płaszcz nocny i uzbroił się w krótki, ostry sztylet, który powszechnie nazywano „uczciwością szlachecką” i nie noszono już przy nim szpady. Biorąc go ze stołu, książę spostrzegł pomiędzy ostrzem i pochwą tkwiącą małą karteczkę. Rozwinął ją i przeczytał następujące wyrazy:

Spodziewam się, że książę Gwizjusz nie wróci już tej nocy do Luwru, a jeżeli to uczyni, nie zapomni przynajmniej włożyć koszulki żelaznej i przypasać ostrej szpady.

– Ho! ho! – zawołał książę, zwracając się do swego kamerdynera – znalazłem tu, panie Robin, jakieś szczególne ostrzeżenie. Powiedz mi, kto tu był podczas mojej nieobecności?

– Był tu pewien pan.

– Co za jeden?

– Pan Du Gast.

– Tak, tak! Prawda, pismo wydawało mi się znane. Czy tylko wiesz z pewnością, że to był Du Gast? Widziałeś go?

– Nawet z nim mówiłem.

– A więc dobrze; usłucham jego rady. Podaj mi koszulkę żelazną i szpadę.

Kamerdyner, przyzwyczajony już do podobnych zmian stroju swego pana, przyniósł natychmiast żądane przedmioty. Książę przywdział koszulkę, której ogniwka stalowe były tak giętkie i tak ściśle z sobą spojone, że bardziej przypominały jakąś cienką tkaninę niż pancerz bezpieczeństwa; potem włożył kurtkę, spodnie i kaftan w dwóch ulubionych kolorach: szarym, naszywanym srebrem.

Na koniec, wdziawszy buty z cholewkami dochodzącymi za kolana i wziąwszy na głowę czarną aksamitną czapeczkę bez piór i drogich kamieni, owinął się w ciemny płaszcz, zatknął za pas sztylet i oddawszy szpadę paziowi, jedynemu obrońcy, któremu kazał iść za sobą, udał się do Luwru. Kiedy wychodził z domu, pierwsza godzina wybiła na wieży Saint-Germain-l’Auxerrois.

Chociaż było już późno, a ulice w tamtych czasach nie były bezpieczne, awanturniczy książę nie doznał jednak żadnego przypadku. Zdrów i cały zbliżył się do starego, olbrzymiego Luwru. We wszystkich oknach światła już pogaszono; pałac wznosił się groźnie pośród nocy i milczenia.

Przed zamkiem królewskim ciągnęła się głęboka fosa; na nią wychodziła większa część okien pokoi, zajętych przez książąt mieszkających w pałacu. Apartament Małgorzaty znajdował się na pierwszym piętrze. Piętro to, łatwo dostępne, gdyby nie było rowu, z powodu tej przeszkody wznosiło się trzydzieści stóp nad ziemią, tak że ani złodziej, ani kochanek nie mógł dostać się tam bez szwanku, co jednak nie przeszkodziło księciu Gwizjuszowi zejść odważnie do fosy.

Po chwili dał się słyszeć szmer otwieranego okna. Chociaż było opatrzone żelazną kratą, to jakaś ręka wyjęła z niej poprzednio wyłamany drążek i spuściła tym otworem sznurek jedwabny.

– Czy to ty, Gillonno? – zapytał książę cicho.

– Tak – odpowiedział jeszcze ciszej kobiecy głos.

– A Małgorzata?

– Oczekuje Waszą Książęcą Mość.

Po tych słowach książę dał znak swojemu paziowi, który natychmiast wydobył spod płaszcza małą drabinkę sznurową i jeden jej koniec przywiązał do spuszczonego sznura.

Gillonna, pociągnąwszy drabinkę do siebie, mocno ją przywiązała; wtedy książę, poprawiwszy szpadę, wspiął się na górę. Po jego wejściu pręt wyjęty powrócił na swe właściwe miejsce, okno się zamknęło, a paź, przekonany, że książę szczęśliwie dostał się do Luwru, owinął się w płaszcz i położył w fosie na murawie, w cieniu ściany. Noc była ciemna; z przepełnionych elektrycznością obłoków spadały czasami wielkie i ciepłe krople deszczu.

Książę Gwizjusz szedł za swoją przewodniczką, córką Jakuba de Matignon, marszałka Francji, i zaufaną powiernicą Małgorzaty, która nic przed nią nie ukrywała. Mówiono nawet, że wśród powierzonych jej tajemnic znajdowały się takie, które zmuszały do milczenia o innych.

Żadne światło nie gorzało w pokojach ani na korytarzach; niekiedy tylko blada błyskawica oświecała na chwilę ciemne pokoje niebieskawym blaskiem.

Książę, prowadzony za rękę przez swoją przewodniczkę, szedł ciągle dalej, aż nareszcie zbliżył się do krętych, w murze wykutych schodów, wiodących przez ukryte drzwi do przedpokoju mieszkania Małgorzaty.

Przedpokój ten, podobnie jak sale balowe, korytarze i schody, tonął w głębokiej ciemności.

W nim to zatrzymała się Gillonna.

– Czy Wasza Książęca Mość przyniosłeś z sobą przedmiot żądany przez królową? –– spytała cichym głosem.

– Przyniosłem – odpowiedział książę Gwizjusz – lecz sam muszę go oddać królowej.

– Zbliż się więc, nie tracąc ani chwili! – dał się słyszeć pośród ciemności głos, na który książę zadrżał, poznał bowiem głos Małgorzaty.

W tej samej właśnie chwili podniosła się aksamitna, fioletowa portiera ozdobiona złotymi liliami i książę poznał w mroku królową, oczekującą go niecierpliwie.

– Oto jestem – powiedział książę i szybko wszedł za portierę, która opadła za nim natychmiast.

Teraz z kolei Małgorzata prowadziła księcia po pokojach, dobrze mu zresztą znanych. Stojąca w drzwiach Gilonna uspokoiła królową, przykładając palec do ust. Małgorzata, pojmując niecierpliwość księcia, zaprowadziła go do swojej sypialni, w której zatrzymała się i rzekła:

– Cóż! Czy jesteś książę zadowolony?

– Zadowolony? – powtórzył. – A z czego, powiedz mi, pani?

– Z mojego postępku, który przekonuje – odparła Małgorzata z ironią – że należę do człowieka, który pierwszej nocy po ślubie tak mało o mnie myśli, iż nawet nie przyszedł podziękować mi za honor, jaki mu wyświadczyłam, przyjmując go za małżonka.

– O! uspokój się, pani – smutnie powiedział książę – on przyjdzie, jeżeli to jest twoim życzeniem.

– I ty to mówisz, Henryku! – zawołała Małgorzata – ty, który najlepiej wiesz, że to nieprawda! Gdyby to było moim życzeniem, czyżbym cię prosiła, ażebyś przyszedł do Luwru?

– Prosiłaś mnie, Małgorzato, ażebym przyszedł do Luwru; chcesz zapewne zniszczyć jedyny ślad naszej przeszłości, która pozostała nie tylko w moim sercu, ale i w tej srebrnej szkatułce, którą z sobą przynoszę.

– Powiem ci, Henryku – odparła Małgorzata, utkwiwszy w nim wzrok – że wyglądasz w tej chwili na uczniaka, nie na księcia. Ja mam się wyrzec mojej miłości ku tobie! Stłumić płomień, który być może, zgaśnie, lecz jego odblask nigdy! Nie, nie, mój książę! Możesz zachować sobie listy twojej Małgorzaty i otrzymaną od niej szkatułkę. Z wszystkich listów, jakie zawiera ta szkatułka, chce ona mieć tylko jeden; a to dlatego, że podobnie jak i tobie, grozi on jej niebezpieczeństwem.

– Wszystkie należą do ciebie – odpowiedział książę – wybieraj więc ten, który chcesz zniszczyć.

Małgorzata szybko zaczęła przetrząsać otwartą szkatułkę i drżącą ręką przerzuciła kolejno kilkanaście listów, spoglądając tylko na adresy; na koniec spojrzała na księcia i pokryta bladością rzekła:

– Książę! Listu, którego szukam, nie ma tutaj. Może go zgubiłeś przypadkiem? Chyba go nikomu nie oddałeś...

– Którego to listu szukasz, pani?

– Tego, w którym ci radziłam, ażebyś się natychmiast ożenił.

– Dla uniewinnienia twego wiarołomstwa.

Małgorzata wzruszyła ramionami.

– Nie, dla ocalenia twego życia. Jest to ten sam list, w którym ci pisałam, że król, spostrzegłszy naszą miłość i moje usiłowanie mające na celu zerwanie twego przyszłego związku z infantką portugalską, wezwał do siebie swego brata d’Angouleme i rzekł mu wskazując dwie szpady: „Jedną z tych szpad musisz zabić dziś wieczorem Henryka Gwizjusza; w przeciwnym razie sam cię jutro zabiję”. Gdzież więc jest ten list?

– Oto jest – odpowiedział książę, wyjmując go z zanadrza.

Małgorzata prawie wyrwała mu list z rąk, otworzyła go z chciwością i przekonawszy się, że to ten sam, którego żądała, wydała okrzyk radości i zbliżyła papier do świecy. Papier zapalił się i po chwili pozostał tylko popiół. Lecz Małgorzata, jak by się obawiając, aby i w popiele nie szukano śladów jej nierozsądnego zwierzenia, zdeptała go nogami.

Podczas tej całej gorączkowej czynności książę Gwizjusz śledził oczyma swą kochankę.

– A więc, Małgorzato – zapytał po chwili – jesteś już teraz zadowolona?

– Zupełnie; brat twój wybaczy mi twoją miłość, skoro zaślubiłeś księżnę de Porcian, lecz nie przebaczyłby mi nigdy odkrycia tajemnicy, z której się tobie zwierzyłam.

– To prawda – mówił książę Gwizjusz – wtedy kochałaś mnie.

– I teraz kocham cię, Henryku, bardziej niż kiedykolwiek.

– Ty, pani?

– Tak, ja; nigdy bowiem nie potrzebowałam tak szczerego i skłonnego do poświęceń przyjaciela jak teraz. Ja – królowa bez tronu... żona bez męża...

Młody książę smutnie potrząsnął głową.

– Powiadam ci, mój mąż nie tylko mnie nie kocha, lecz nienawidzi, pogardza mną nawet; zresztą twoja obecność w pokoju, w którym on powinien się znajdować, najlepiej powinna cię przekonywać o jego nienawiści i lekceważeniu.

– Jeszcze niezbyt późno; być może, król Nawarry nie odesłał swoich dworzan... lecz zaręczam ci, że przyjdzie.

– A ja ci mówię – zawołała Małgorzata ze wzrastającym rozdrażnieniem – że nie przyjdzie!

– Pani! – powiedziała Gillonna otwierając drzwi i podnosząc portierę. – Król Nawarry wychodzi ze swoich pokoi.

– A co? Czyż nie mówiłem, że przyjdzie! – zawołał książę Gwizjusz.

– Henryku – odezwała się Małgorzata stanowczo, ujmując rękę księcia – przekonasz się teraz, czy można wierzyć mojemu słowu. Wejdź do tego gabinetu.

– Nie, pozwól mi lepiej uciec, jeśli jeszcze czas. Wiedz bowiem, że za pierwszą oznaką miłości z jego strony wyjdę z gabinetu; a wtedy biada mu!

– Czyś oszalał? Wejdź, wejdź, mówię ci; ja za wszystko odpowiadam. – I popchnęła księcia do gabinetu.

Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, król Nawarry stanął w drzwiach, uśmiechając się. Towarzyszyło mu dwóch paziów, niosących w dwóch kandelabrach osiem świec z różowego wosku. Małgorzata pokryła swoje pomieszanie, oddając mu głęboki ukłon.

– Cóż to, pani, jeszcze nie śpisz? – zapytał król, a na jego twarzy malowała się radość i szczerość. – Czy na mnie pani czekałaś?

– Nie – odpowiedziała Małgorzata – wszak Wasza Królewska Mość jeszcze wczoraj mi oświadczył, że nasze małżeństwo jest tylko politycznym związkiem i że nie mam żadnych innych obowiązków względem niego.

– Niech i tak będzie; nie przeszkadza nam to jednak we wzajemnym porozumieniu.

– Gillonno, zamknij drzwi i zostaw nas samych. – Małgorzata powstała i wyciągnęła rękę, jakby rozkazując paziom, ażeby nie wychodzili.

– Może każesz pani zawołać swoje dworki? – zapytał król – Zgadzam się i na to, chociaż przyznaję, że wolałbym być z tobą sam. 

Powiedziawszy to, król zbliżył się do gabinetu.

– Nie! – zawołała Małgorzata, zastępując mu drogę – nie, nie ma potrzeby, jestem gotowa wysłuchać Waszą Królewską Mość.

Bearneńczyk wiedział już wszystko. Rzucił bystre i przejmujące spojrzenie ku gabinetowi, jakby przez zasłaniającą go portierę chciał przeniknąć do jego mrocznej głębi.

Potem, zwróciwszy wzrok na piękną i z przestrachu bladą żonę, rzekł zupełnie spokojnie:

– A więc porozmawiajmy chwilkę.

– Jak się podoba Waszej Królewskiej Mości – odpowiedziała młoda kobieta drżącym głosem, siadając na krześle, które mąż jej wskazał.

Bearneńczyk usiadł obok niej.

– Niech sobie ludzie mówią, co chcą – powiedział Henryk – ja jednak nasze małżeństwo uważam za dobre. Ja należę do pani, a pani do mnie.

– Lecz... – przerwała przestraszona Małgorzata.

– Dlatego też – mówił dalej król, jakby nie zważając na zmieszanie Małgorzaty – powinniśmy postępować względem siebie jak dobrzy sprzymierzeńcy, związek nasz bowiem zaprzysięgliśmy dzisiaj przed Bogiem. Czy nieprawda?

– Bez wątpienia.

– Znam, pani, twoją przenikliwość; znam przepaści otaczające dwór i chociaż jestem młody i nic złego nikomu nie uczyniłem, mam jednak licznych nieprzyjaciół. Powiedz mi pani, za kogo mam uważać tę, która nosi moje nazwisko i przysięgła mi wierność na stopniach ołtarza?

– Panie, czyż możesz myśleć...

– Ja nic nie myślę; spodziewam się tylko i chcę się przekonać, czy mogę mieć nadzieję? Wiadomo już, że nasze małżeństwo jest albo pozorem, albo też pułapką.

Małgorzata zadrżała; zapewne ta myśl i jej się nasunęła.

– Które więc z tych dwojga? – mówił dalej Henryk Nawarski. – Król, książę d’Alençon, książę andegaweński nienawidzą mnie. Katarzyna Medycejska również.

– O! Panie, co mówisz?

– Mówię prawdę – odparł król – i chciałbym, żeby mnie mógł ktoś słyszeć; mniemają bowiem, że się nie domyślam zabójstwa pana de Mony i otrucia mojej matki.

– O! Panie – spokojnie i z uśmiechem odpowiedziała Małgorzata – wiesz przecie, że jesteśmy sami.

– Dlatego też właśnie jestem tak otwarty; ośmielę się nawet powiedzieć pani, że nie oszukują mnie pochlebstwa ani francuskiego, ani lotaryńskiego dworu.

– Najjaśniejszy Panie! – zawołała Małgorzata.

– Cóż takiego, moja przyjaciółko? – zapytał Henryk z uśmiechem.

– Chcę powiedzieć, że podobne rozmowy są bardzo niebezpieczne.

– Lecz nie wtenczas, kiedy jesteśmy sami – rzekł król – mówiłem więc, że...

Małgorzata siedziała jak na szpilkach; chciałaby zatrzymać na ustach króla każdy przez niego wymówiony wyraz, lecz Henryk mówił dalej z pozorną dobrodusznością:

– Jak więc nadmieniłem, grożą mi: król, książę d’Alençon, książę andegaweński, książę Gwizjusz, książę de Mayenne, kardynał lotaryński, słowem, grożą ze wszystkich stron; pani wiesz, że to się przeczuwa instynktem. Wszystkie te groźby zmienią się zapewne w prawdziwy napad, przed którym mogę się bronić jedynie przy twojej pomocy, pani, gdyż wszyscy, co mnie nienawidzą, ciebie kochają.

– Mnie?... – zapytała Małgorzata.

– Tak, ciebie – odparł Henryk z wybornie udaną szczerością – tak, kocha cię król Karol, kocha – wyraz ten wymówił z naciskiem –– książę d’Alençon, kocha królowa Katarzyna, kocha cię wreszcie książę Gwizjusz.

– Najjaśniejszy Panie!... – wyjąkała Małgorzata.

– I cóż dziwnego, że cię wszyscy kochają? Ci, których wymieniłem, są twoimi braćmi lub też rodzicami, których kochać nakazuje nam sam Bóg.

– Lecz do czego to wszystko zmierza? – zapytała zgnębiona Małgorzata.

– Do tego, co już powiedziałem, że jeżeli będziesz... nie mówię: moim przyjacielem, ale sprzymierzeńcem, mogę triumfować; w przeciwnym razie zginę niechybnie.

– O! nieprzyjacielem nigdy! – zawołała Małgorzata.

– Lecz też i przyjacielem nigdy?...

– Być może.

– A moim sprzymierzeńcem?

– Będę nim.

I Małgorzata, odwróciwszy się, podała rękę królowi. Henryk, wziąwszy podaną sobie rękę, grzecznie ją pocałował i nie wypuszczając jej, bardziej z chęci śledzenia żony aniżeli z czułości, powiedział:

– Dobrze więc, wierzę ci, pani, i przyjmuję za sprzymierzeńca. Pożeniono nas, chociaż się nie znaliśmy i nic nie czuliśmy do siebie, pożeniono nas, nie pytając nawet, czy się oboje na to zgadzamy. Jako mąż i żona nie mamy więc sobie nic do wyrzucenia. Widzisz, pani, że uprzedzam twoje życzenia i potwierdzam dzisiaj to, co mówiłem wczoraj. Jednak polityczny związek zawarliśmy z dobrej woli i bez żadnego przymusu. Zawieramy go jak dwoje uczciwych serc, które nawzajem winny się wspomagać. Nieprawdaż?

– Tak jest – odpowiedziała Małgorzata, usiłując uwolnić swoją rękę.

– Dlatego też – mówił dalej Bearneńczyk, nie spuszczając oczu z drzwi gabinetu – w dowód szczerości naszego związku i zupełnego zaufania zdradzę pani szczegółowy plan, przeze mnie ułożony, za pomocą którego spodziewam się zwalczyć wszystkich swych nieprzyjaciół.

– Panie – wyszeptała Małgorzata, zwracając również oczy na drzwi gabinetu.

Bearneńczyk, spostrzegłszy, że wybieg udał mu się, mimo woli się uśmiechnął.

– Oto co zamierzam uczynić – mówił, jakby nie zważając na pomieszanie młodej kobiety – chcę...

– Panie!... – zawołała Małgorzata, wstając nagle i chwytając króla za rękę – dozwól mi odpocząć. Jestem wzruszona... gorąco mi... duszno...

Rzeczywiście, była blada i drżała, zdawało się, że upadnie na dywan. Henryk podszedł do okna wychodzącego na rzekę i otworzył je. Małgorzata udała się za nim.

– Cicho! cicho! Najjaśniejszy Panie! zlituj się!... – powiedziała słabym głosem.

– Dlaczegóż? – zapytał Bearneńczyk, uśmiechnąwszy się – przecież mówiłaś mi, pani, że jesteśmy sami.

– Tak, lecz czy Wasza Królewska Mość nie wiesz, że za pomocą tuby przeprowadzonej przez sufit lub przez mur można wszystko słyszeć?

– Prawda, prawda – żywo i jak najciszej odpowiedział Bearneńczyk. – Nie kochasz mnie wprawdzie, lecz jesteś kobietą uczciwą.

– Co chcesz przez to powiedzieć, panie?

– To, że gdybyś chciała mnie zdradzić, nie byłabyś mi przerywała, gdyż sam zdradziłbym się. Wstrzymałaś mnie. Wiem teraz, że się tu ktoś ukrywa, że jesteś niewierną żoną, lecz wiernym sprzymierzeńcem. Zresztą mogę cię zapewnić – dodał, uśmiechając się – że wierność polityczna potrzebniejsza mi jest niż małżeńska.

– Najjaśniejszy Panie... – wyjąkała zmieszana Małgorzata.

– Dobrze, dobrze, pomówimy o tym później, skoro się lepiej poznamy – powiedział z cicha Henryk.

Potem, podnosząc głos, zapytał:

– Czy już pani lepiej?

– Lepiej, Najjaśniejszy Panie – odpowiedziała królowa.

– W takim razie nie będę pani dłużej nudził. Powinienem jej tylko oświadczyć swój szacunek i przyjaźń. Racz więc przyjąć te uczucia, gdyż ofiaruję je z dobrego serca. Teraz zaś życzę spokojnej nocy.

Małgorzata rzuciła na męża wejrzenie pełne wdzięczności i podając mu rękę, powiedziała:

– Zgadzam się.

– Czy na szczery i uczciwy związek polityczny? – zapytał Henryk.

– Tak jest.

Bearneńczyk podszedł do drzwi, Małgorzata zaś postępowała za nim, jakby oczarowana jego spojrzeniem. A gdy portiera opadła już pomiędzy nimi i sypialnią, rzekł szybko cichym głosem:

– Dziękuję ci, Małgorzato! Jesteś godną córką Francji. Odchodzę zupełnie spokojny. Szczera przyjaźń zastąpi mi brak miłości. Liczę na ciebie, a ty ze swej strony na mnie liczyć możesz. Żegnam panią.

Pocałował żonę w rękę, lekko ją uścisnął; potem powolnym krokiem wracał do siebie, rozmawiając w korytarzu z samym sobą:

– Kto tu, u diabła, może być u niej? Król czy książę andegaweński? Książę d’Alençon czy książę Gwizjusz? Brat czy kochanek? A może też jedno i drugie? W istocie, jestem prawie zły, że oznaczyłem schadzkę baronowej; lecz dałem słowo, a Dariola czeka... trzeba więc iść. Obawiam się tylko, czy nie będzie jej przykro, że idąc do niej, wstąpiłem najpierw do sypialni mojej żony, lecz do kata! Margot, jak ją nazywa Karol IX, jest stworzeniem godnym kochania.

Zajęty tymi myślami król Nawarry niepewnym krokiem wszedł na schody wiodące do pokojów pani de Sauve. Małgorzata nie spuszczała z niego oczu, dopóki nie zniknął; potem weszła do swego pokoju. Spostrzegła stojącego w drzwiach gabinetu księcia. Na jego widok uczuła odzywające się wyrzuty sumienia.

Książę był posępny; na twarzy jego malowało się głębokie zamyślenie.

– Małgorzata jest dzisiaj neutralna – powiedział – za tydzień będzie nieprzyjacielem.

– A! podsłuchiwałeś więc? – zapytała Małgorzata.

– Cóż miałem robić?

– I uważasz, że nie postąpiłam tak, jak przystoi królowej Nawarry?

– Nie, lecz nie tak, jak powinna była postąpić kochanka księcia Gwizjusza.

– Mogę nie kochać swego męża – odpowiedziała królowa – lecz nikt nie może wymagać ode mnie, ażebym go zdradzała. Powiedz, czy wydałbyś tajemnicę księżnej de Porcian, twojej żony?

– Przestańmy lepiej – rzekł książę, potrząsając głową. – Widzę, że już mnie nie kochasz tak, jak wtedy, kiedyś mi opowiadała o spisku uknutym przez króla przeciwko mnie i moim sprzymierzeńcom.

– Król był wtenczas silny, a ty słaby. Teraz Henryk jest słaby, a tyś znowu silny. Widzisz więc, że nie zmieniłam swojej roli.

– Nie, przeszłaś tylko do przeciwnego obozu.

– Sądzę, że nabyłam do tego prawa, ocalając ci życie.

– Dobrze, pani. Gdy kochankowie rozłączają się, zwracają sobie ofiarowane podarki, nawzajem więc ocalę ci życie, a wtedy... skwitujemy się.

Mówiąc te słowa, książę skłonił się i wyszedł. Tym razem nie zatrzymała go. 

W przedpokoju książę zastał Gillonnę, która go odprowadziła do zakratowanego okna. 

Zszedłszy do fosy, znalazł w niej pazia, z którym powrócił do pałacu Gwizjuszów.

Tymczasem zadumana Małgorzata usiadła przy oknie.

– Cóż to za noc okropna!... pierwsza po ślubie!... – mówiła do siebie w zamyśleniu. – Mąż ucieka ode mnie, a kochanek mnie opuszcza!

W tej chwili z drugiej strony fosy jakiś żak przechodził z Tour de Bois ku młynowi de la Monnaie i podparłszy się pod boki, śpiewał:

Gdy chcę całować twe włosy,

Gdy nasze łączą się losy,

Gdy kocham nie dla pozoru,

Milczysz jak mniszka z klasztoru.

O, nie bądź dla mnie tak srogą,

Bo pomnij, moja niebogo,

Że pójdziesz i ty w kraj cieni,

A wtedy twój wdzięk się zmieni:

Różowe usteczka zbledną,

Czar będzie martwotą jedną,

I wyprę się w piekle czy w niebie.

Żem kiedyś ukochał tu ciebie.

Więc serce mi swoje daj,

A poznasz raj!...

Małgorzata przysłuchiwała się piosence ze smutnym uśmiechem. Potem, gdy już głos ucichł w oddali, zamknęła okno i przywołała Gillonnę, by pomogła jej się rozbierać.

ROZDZIAŁ III

Król poeta

Następne dni upłynęły na uroczystościach, balach i turniejach. Nieustanne zabawy zawróciły w głowach nawet najzacieklejszym hugonotom. Widziano ojca Cotton obiadującego i hulającego z baronem de Courtaumer, księcia Gwizjusza płynącego po Sekwanie łódką z księciem Kondeuszem. Król, pogrążony w melancholii, która go często napadała, nie mógł się obejść bez swego szwagra Henryka. Wreszcie królowa matka tak była wesoła, zajęta haftowaniem i różnymi zabawami, że nawet nie pomyślała o potrzebie udania się na spoczynek.

Hugonoci, złagodnieli w tej nowej Kapui, zaczęli nosić jedwabne kaftany, pokazywać publicznie swoje herby i wyśpiewywać pod balkonami sławnych piękności serenady, naśladując w tym katolików. Wszędzie widać było przewagę religii reformowanej, mniemano nawet, że cały dwór przejdzie na wiarę protestancką.

Sam admirał, pomimo olbrzymiego doświadczenia, także był zajęty ową myślą do tego stopnia, że pewnego razu, podczas dwugodzinnej przechadzki, zapomniał piórka od zębów, którym zwykle bawił się od godziny drugiej, od chwili odejścia od stołu, aż do godziny ósmej wieczorem, o której siadał do kolacji.

Tego samego wieczora, w którym admirał tak dalece się zapomniał, król Karol IX zaprosił do siebie na wieczerzę Henryka Nawarskiego i księcia Gwizjusza. Król, wstawszy od stołu, przeszedł z nimi do swego pokoju i zaczął tłumaczyć wymyślone przez niego specjalne urządzenie w sidłach na wilki. Nagle przerwał:

– A cóż?... Czy admirał nie przyjdzie dzisiaj? Kto go widział? Kto mi może cokolwiek o nim powiedzieć?

– Ja – odrzekł król Nawarry. – Jeżeli Wasza Królewska Mość troszczysz się o jego zdrowie, mogę cię zupełnie w tym względzie uspokoić: widziałem bowiem admirała dziś rano o szóstej, wieczorem zaś o godzinie siódmej.

– Ha! ha! – rzekł król, a jego niespokojne oczy spoczęły z przenikliwą ciekawością na twarzy szwagra – ranny z ciebie ptaszek, Henryczku, jak na młodego męża.

– Tak, Najjaśniejszy Panie – odpowiedział Bearneńczyk – chciałem się tylko dowiedzieć od wszystkowiedzącego admirała, czy szlachcice, na których czekam, są już w drodze.

– Jeszcze szlachta!... W dzień twojego ślubu było ich ośmiuset, a co dzień przybywają nowi: zanosi się na jakiś napad – odrzekł Karol IX, śmiejąc się.

Książę Gwizjusz zmarszczył brwi.

– Najjaśniejszy Panie – odpowiedział Bearneńczyk – mówią o wojnie z Flandrią, zbieram więc wokół siebie wszystkich ziomków, którzy, jak sądzę, mogą być użyteczni Waszej Królewskiej Mości.

Książę Gwizjusz, przypomniawszy sobie mniemany projekt, o którym Henryk wspominał żonie w dzień swoich zaślubin, podwoił uwagę.

– Dobrze, dobrze – odrzekł król ze swym fałszywym uśmiechem – im więcej ich będzie, tym będzie nam milej. Zbieraj ich, zbieraj, Henryku. Lecz cóż to za jedni ci panowie? Spodziewam się, że ludzie odważni.

– Nie wiem, czy moja szlachta warta twojej, Najjaśniejszy Panie, lub księcia andegaweńskiego i księcia Gwizjusza, lecz znam tych ludzi i jestem przekonany, że uczynią wszystko, co będzie w ich mocy.

– Jak wielu ich się spodziewasz?

– Dziesięciu, a najwyżej dwunastu.

– Jakże się nazywają?

– W istocie, nie pamiętam, wyjąwszy tylko jednego, którego przedstawiał mi Teligny jako szlachcica w każdym calu. Nazwisko jego de La Mole. O innych...

– De La Mole? Czy to czasem nie Lerac de La Mole, Prowansalczyk? – zapytał król, posiadający obszerną znajomość genealogii.

– Właśnie ten sam. Widzisz więc, Najjaśniejszy Panie, że szukam ludzi aż w Prowansji.

– Ja zaś – rzekł z szyderczym uśmiechem książę Gwizjusz – szukam ich jeszcze dalej aniżeli Jego Królewska Mość król Nawarry. Wynajduję bowiem wiernych katolików w Piemoncie.

– Katolicy czy hugonoci – przerwał król – wszystko mi jedno. Idzie o to, żeby byli odważni.

Król wyrzekł te słowa z tak obojętnym wyrazem twarzy, że nawet książę Gwizjusz zdziwił się.

– Wasza Królewska Mość zajmuje się naszymi Flamandczykami – powiedział, wchodząc, admirał, któremu Karol IX przed kilku dniami pozwolił wchodzić bez opowiadania się.

– A!... otóż mój ojciec admirał – zawołał Karol IX – tylko co zaczęliśmy mówić o wojnie i odważnych, a on tuż. Natura zawsze ciągnie wilka do lasu. Mój szwagier Henryk i brat Gwizjusz oczekują posiłków dla swej armii. O tym właśnie mowa.

– Posiłki już nadciągają – odpowiedział admirał.

– Czy odebrałeś, panie, jakieś wiadomości? – zapytał Bearneńczyk.

– Tak, mój synu, a szczególnie o panu de La Mole; wczoraj był on w Orleanie, jutro więc, a najdalej pojutrze, przybędzie do Paryża.

– Niech diabli wezmą! Nie wiedziałem, że pan admirał jest czarnoksiężnikiem, który wie, co się dzieje o trzydzieści lub czterdzieści mil od Paryża. Co do mnie, chciałbym wiedzieć z podobną pewnością, co się stało lub stanie pod murami Orleanu.

Coligny’ego bynajmniej nie wzruszył ten ostry pocisk księcia Gwizjusza, który chciał w ten sposób przypomnieć śmierć Franciszka Gwizjusza, swego ojca, zabitego pod Orleanem przez niejakiego Poltrota de Méré, z namowy, jak mniemano, admirała.

– Zawsze jestem czarnoksiężnikiem – odparł zimno i poważnie – ile razy chcę dokładnie dowiedzieć się tego, co się tyczy spraw moich lub mego króla. Mój goniec przybył z Orleanu przed godziną i dzięki poczcie odbył przez jeden dzień trzydzieści dwie mile. Pan de La Mole, który jedzie na własnym koniu, robi tylko dziesięć mil dziennie, przybędzie więc dopiero dwudziestego czwartego. Otóż i cała magia.

– Wybornie, mój ojcze! – zawołał Karol IX. – Pokaż tym młokosom, że nie tylko wiek, lecz i mądrość ubieliła twe włosy. Niech oni sobie mówią o turniejach i miłostkach, a my pomówmy o wojnie. Dobrzy doradcy są podporą królów. Idźcie, panowie, muszę się rozmówić z admirałem.

Obaj młodzieńcy wyszli, najpierw król Nawarry, a za nim książę Gwizjusz, lecz za drzwiami ukłonili się sobie ozięble i każdy poszedł w swoją stronę.

Coligny śledził ich z pewnym niepokojem, ponieważ zawsze, gdy widział razem tych dwóch ludzi pałających nienawiścią do siebie, obawiał się jakiegoś wypadku.

Karol IX zrozumiał jego myśl, zbliżył się do niego i wziąwszy go za rękę, powiedział:

– Bądź spokojny, mój ojcze, wszak po to tu jestem, ażeby utrzymać każdego w posłuszeństwie i w granicach przyzwoitości. Jestem prawdziwym królem od czasu, jak moja matka nie jest już królową. Ona zaś przestała być nią, skoro tylko Coligny został moim ojcem.

– O!... Najjaśniejszy Panie!... królowa Katarzyna...

– Swarliwa kobieta. Z nią nie można żyć w spokoju. Jej katolicy włoscy są jak wściekli, wszystko niszczą; ja zaś, przeciwnie, nie tylko chcę zaprowadzić pokój, lecz ustalić władzę protestantów. Reszta jest bardzo rozwiązła, mój ojcze, gorszy mnie swymi miłostkami i rozpustą. Czyż mam ci wyznać otwarcie?... – mówił dalej Karol IX, podwajając swoją szczerość. – Nie dowierzam nikomu z otaczających mnie, wyjąwszy mych nowych przyjaciół. Pycha Tavannesa podejrzana. Vieilleville przepada za dobrym winem i gotów mnie zdradzić za beczkę małmazji. Montmorency myśli tylko o polowaniu i spędza czas między swymi psami i sokołami. Hrabia de Retz jest Hiszpanem, książęta Gwizjusze Lotaryńczykami. Zdaje mi się, Boże odpuść, że w całej Francji prawdziwymi Francuzami są: ja, mój szwagier Henryk i ty. Lecz ja jestem przykuty do tronu i nie mogę dowodzić wojskiem. Jest to już wiele, jeśli mi wolno polować w Saint-Germain i Rambouillet. Mój szwagier Henryk jest jeszcze młody i ma mało doświadczenia. Zdaje mi się też, że odziedziczył charakter swego ojca Antoniego, którego pociągnęły do zguby kobiety. Tylko ty, mój ojcze, jesteś odważny jak Juliusz Cezar, a mądry jak Platon. Ja sam nie wiem, co wypada mi uczynić: czy cię zostawić jako mojego doradcę, czy też posłać jako dowódcę armii? Lecz jeżeli będziesz doradcą, któż będzie dowódcą?... Jeżeli będziesz dowódcą, któż będzie znowu doradcą?...

– Najjaśniejszy Panie – odpowiedział Coligny – trzeba pierwej zwyciężyć; rada znajdzie się po zwycięstwie.

– Więc takie twe zdanie, mój ojcze?... Zgoda. W poniedziałek udasz się do Flandrii, a ja do Amboise.

– Wasza Królewska Mość opuszczasz Paryż?

– Tak. Ciągły zgiełk i uroczystości już mnie znudziły. Nie jestem stworzony na człowieka czynnego, lecz na marzyciela. Urodziłem się nie królem, lecz poetą. Dopóki będziesz na wojnie, pokierujesz zarazem sprawami państwa i oby tylko moja matka nie wmieszała się do tego, wszystko pójdzie dobrze. Powiadomiłem już Ronsarda, żeby przybył do Amboise, a tam obaj, z dala od światowego zgiełku, od ludzi, w cieniu olbrzymich drzew, przy miłym szmerze strumyków, będziemy rozstrzygali kwestie religijne. Oto posłuchaj moich wierszy, które napisałem dziś rano, zapraszając go do siebie.

Coligny uśmiechnął się. Karol IX powiódł ręką po zżółkłym jak słoniowa kość czole i przeciągłym tonem deklamował wiersze.

– Wybornie, Najjaśniejszy Panie! – zawołał Coligny – Chociaż znam się lepiej na wojnie niż na poezji, zdaje mi się, że wiersze te są lepsze od najpiękniejszych poezji Ronsarda, Dorata i nawet Michała de l’Hospital, kanclerza Francji.

– A! Mój ojcze – zawołał Karol IX – oby to było prawdą! Powiem ci otwarcie, że tytuł poety najwięcej ma dla mnie powabu i przekładam go nad wszystko w świecie. Wyraziłem to właśnie w wierszach pisanych do Ronsarda kilka dni temu. I teraz muszę odpowiedzieć na nowy wiersz, przysłany mi przez ulubionego poetę. Dlatego też nie mogę udzielić ci w tej chwili wszystkich papierów wyjaśniających kwestie, które mnie poróżniły z Filipem II. Oprócz tego znajduje się tam jeszcze jakiś plan bitwy, ułożony przez moich ministrów. Wyszukam to wszystko i jutro rano ci wręczę.

– O której godzinie, Najjaśniejszy Panie?

– O dziesiątej, lecz jeżeli przypadkiem będę pracował w gabinecie... nie zważaj na to: wejdź i weź wszystkie papiery, które znajdziesz zamknięte w czerwonej tece, na tym oto stole. Kolor jej zbyt rzuca się w oczy, ażebyś miał się omylić. Teraz idę pisać do Ronsarda.

– Do widzenia, Najjaśniejszy Panie.

– Do widzenia, mój ojcze.

– Najjaśniejszy Panie, pozwól mi ucałować twoją rękę.

– Co mówisz, ucałować moją rękę? W objęciach moich, przy moim sercu twoje miejsce. Zbliż się, zbliż, stary wojowniku.

I Karol IX, przyciągnąwszy do siebie admirała de Coligny, z uszanowaniem schylonego, dotknął ustami jego posiwiałej głowy. Admirał wyszedł, ocierając spadającą łzę.

Karol IX dopóty za nim spoglądał, dopóki go nie stracił z oczu, i tak długo przysłuchiwał się, aż zupełnie ucichł jego ciężki chód. Potem, jak zazwyczaj, pochyliwszy głowę na piersi, udał się wolnym krokiem do zbrojowni. Gabinet ten był ulubionym pokojem króla. Tutaj uczył się fechtować od Pompego, a poezji od Ronsarda. Tutaj zgromadził mnóstwo odpornej i zaczepnej broni w najlepszym gatunku. Wszystkie ściany były pokryte siekierami, tarczami, dzidami, halabardami, pistoletami i muszkietami. Nawet dzisiaj słynny puszkarz przyniósł mu świetną rusznicę.

Karol IX wszedł więc do gabinetu i zamknąwszy główne drzwi, podniósł kobierzec zakrywający mały korytarzyk. Korytarzyk ten prowadził do pokoju, w którym młoda kobieta, klęcząc przed modlitewnikiem, odmawiała pacierze. Król wszedł tak cicho, dywan bowiem tłumił odgłos jego kroków, że można go było wziąć za widmo. Klęcząca kobieta, nic nie widząc ani słysząc, nie przestawała się modlić. Król zatrzymał się na chwilę, przypatrując się jej w zamyśleniu.

Była to kobieta trzydziestocztero- lub trzydziestopięcioletnia. Blask jej świeżej piękności podkreślał jeszcze strój wieśniaczki z okolic Caux. Miała ona na głowie wysoki czepek, bardzo modny na dworze francuskim za panowania Izabeli Bawarskiej; czerwony jej stanik był cały zahaftowany złotem, jak nosiły wieśniaczki z Nettuno i Sora.

Pokój, który od dwudziestu lat zajmowała, przylegał do sypialni króla i przedstawiał dziwną mieszaninę wykwintności i sielskiej prostoty. Można by powiedzieć, że pałac przypominał chatkę, a chatka pałac. W pokoju tym widziało się coś pośredniego między skromnością wiejskiego mieszkania a zbytkiem buduaru znakomitej damy. Klęcznik, przed którym zastał ją król, zrobiony był z dębowego drzewa, ozdobiony cudowną rzeźbą i pokryty aksamitem ze złotymi frędzlami, podczas gdy Biblia (kobieta ta była protestantką), z której się modliła, była z liczby tych starych, prawie podartych książek, które nawet w najbiedniejszych domach można napotkać. Reszta przedmiotów podobnie pasowała do siebie, jak klęcznik i Biblia.

– Magdaleno!... – rzekł król.

Klęcząca kobieta, usłyszawszy znajomy głos, z uśmiechem podniosła głowę. Potem, wstając, powiedziała:

– A! To ty, mój synu.

– Tak, mamko, przyjdź do mnie.

Karol IX spuścił portierę i wszedłszy do swego gabinetu, usiadł na poręczy fotela. Mamka weszła.

– Czego chcesz ode mnie, Karolku? –– zapytała.

– Zbliż się i odpowiadaj jak najciszej.

Mamka zbliżyła się z poufałością pochodzącą z tej czułości macierzyńskiej, jaką okazuje kobieta wykarmionemu przez siebie dziecku.

– Już jestem – powiedziała – mów, czego chcesz?

– Czy człowiek, którego kazałem zawołać, już jest?

– Od pół godziny.

Karol wstał, zbliżył się do okna, popatrzył, czy nikt nie podgląda, przyłożył ucho do drzwi, aby przekonać się, czy nikt nie podsłuchuje, strzepnął kurz ze swej zbroi, pogłaskał ogromnego charta, chodzącego za nim krok w krok, wreszcie, zatrzymawszy się przy mamce, rzekł:

– Dobrze, każ mu wejść.

Mamka wyszła, król zaś oparł się o stół, na którym leżało mnóstwo broni rozmaitego rodzaju.

W tej chwili uchyliła się znowu portiera i weszła osoba, której król oczekiwał. Był to człowiek czterdziestoletni, o szarych, fałszywych oczach, nosie zakrzywionym na podobieństwo dzioba sowy i wystających kościach policzkowych. Wchodząc, starał się przybrać na twarzy wyraz szacunku, zamiast niego jednak pokazywał się tylko obłudny uśmiech na zbladłych ze strachu ustach. Karol lekko wyciągnął poza siebie rękę i oparłszy ją na gałce od pistoletu nowego wynalazku, z którego wystrzał następował nie za pomocą lontu, lecz od zetknięcia krzemienia ze stalowym kółkiem, spoglądał na przybyłego swoim zamglonym wzrokiem, gwiżdżąc przy tym jedną z ulubionych łowieckich piosenek.

Po kilku chwilach, podczas których twarz nieznajomego coraz bardziej się zmieniała, król powiedział:

– Nazywasz się Franciszek de Louviers Maurevel?

– Tak jest, Najjaśniejszy Panie.

– Jesteś dowódcą minierów?

– Tak, Najjaśniejszy Panie.

– Chciałem cię widzieć.

Maurevel skłonił się.

– Wiesz – mówił Karol z naciskiem – że kocham jednakowo wszystkich moich poddanych.

– Wiem – wybąkał Maurevel. – Wasza Królewska Mość jest ojcem swego narodu.

– I że zarówno hugonoci, jak i katolicy są mymi dziećmi. – Maurevel oniemiał. Tylko dreszcz przebiegający mu po ciele nie uszedł przenikliwemu spojrzeniu króla, mimo że przybyły był prawie niewidoczny w ciemności.

– Z pewnością nie jest ci miło to słyszeć – mówił dalej król – prowadziłeś przecież zaciętą wojnę z hugonotami.

Maurevel padł na kolana.

– Najjaśniejszy Panie – wyjąkał – wierz mi...

– Wiem, wiem – rzekł Karol IX, coraz bardziej przenikając Maurevela oczami, które ze szklanych stały się prawie płomieniste – wiem, że chciałeś zabić w Moncontour pana admirała, że ci się to nie udało i że przeszedłeś do armii księcia andegaweńskiego, naszego brata. Na koniec wiem i to, żeś po raz drugi przeszedł na stronę książąt i wpisałeś się do oddziału pana de Mouy de Saint-Phale.

– O! Najjaśniejszy Panie...

– Odważnego szlachcica z Pikardii – dodał król.

– Najjaśniejszy Panie – zawołał Maureval – nie dobijaj mnie!

– Był to zacny oficer – mówił dalej Karol IX, na którego twarzy malował się wyraz zwierzęcego okrucieństwa – przyjął cię jak syna, dał ci mieszkanie, odzież i jedzenie.

Maurevel ciężko westchnął.

– Nazwałeś go, zdaje mi się, swoim ojcem – kończył król bez litości – i czuła przyjaźń łączyła cię z młodym de Mouy, jego synem.

Maurevel, klęcząc ciągle, coraz bardziej się przechylał, jakby przygniatany słowami Karola IX, który stojąc niewzruszenie i obojętnie, podobny był do mówiącego posągu.

– Ponadto – powiedział król – książę Gwizjusz przyrzekł ci dziesięć tysięcy talarów za zabicie admirała.

Strwożony morderca czołem uderzył o podłogę.

– Co się tyczy pana de Mouy, twojego dobrego ojca, pojechałeś z nim pewnego razu na rekonesans do Chevreux! Jadąc, upuścił bicz, zsiadł więc z konia, by go podnieść. Byliście sami: wyjąłeś pistolet z olstrów i gdy on się schylił, zastrzeliłeś go. Skoro już wydał ostatnie tchnienie, uciekłeś na koniu, którego ci darował. Czy tak było?

Ponieważ Maurevel nie odpowiadał ani słowem na to oskarżenie, dokładne we wszystkich szczegółach, król zaczął znowu gwizdać piosenkę łowiecką na tę samą nutę co poprzednio.

– Czy wiesz, morderco – powiedział po chwili – że mam wielką ochotę kazać cię powiesić?

– O! Najjaśniejszy Panie! – zawołał Maurevel.

– Młody de Mouy prosił mnie o to jeszcze wczoraj i naprawdę nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć, gdyż jego prośbie nie mam nic do zarzucenia.

Maurevel złożył ręce.

– Tym bardziej zasługuje ona na uwagę, że jak sam mówisz, jestem ojcem swojego narodu, i że teraz, kiedy się pogodziłem z hugonotami, są oni dla mnie takimi dziećmi jak i katolicy.

– Najjaśniejszy Panie – jęknął Maurevel zupełnie zgnębiony – życie moje w twoim ręku, rób z nim, co ci się podoba.

– Prawdę mówisz; nie dałbym za nie ani grosza.

– Nie ma więc już sposobu, by odkupić zbrodnię? – zapytał morderca.

– Nie wiem... Z tym wszystkim, będąc na twoim miejscu, co dzięki Bogu się nie stanie...

– Cóż więc? Gdyby Wasza Królewska Mość był na moim miejscu?... – szepnął Maurevel, nie spuszczając oczu z ust Karola.

– Sądzę, że wywinąłbym się z tego – odparł król.

Maurevel podniósł się na jedno kolano i oparłszy się jedną ręką o podłogę, bacznie spoglądał na Karola, chcąc się przekonać, czy z niego nie żartuje.

– Wprawdzie miłuję młodego de Mouya – mówił dalej król – lecz również lubię mego brata Gwizjusza i gdyby jeden z nich prosił mnie o życie dla człowieka, którego śmierci domagałby się drugi, przyznaję, że byłbym w wielkim kłopocie. Jednak ze względu na politykę i na religię powinien bym przenieść żądanie mego brata Gwizjusza, gdyż de Mouy, chociaż waleczny oficer, w porównaniu z księciem lotaryńskim jest mało znaczącą figurą.

Maurevel z wolna wyprostował się, jak człowiek powracający do życia.

– Ważną więc dla ciebie byłoby rzeczą, byś starał się pozyskać względy mego brata Gwizjusza. Przypominam sobie właśnie, co mi on wczoraj opowiadał.

Maurevel zbliżył się na krok.

– „Wystaw sobie, Najjaśniejszy Panie – mówił mi książę Gwizjusz – że co rano o dziesiątej godzinie przechodzi ulicą Saint-Germain-l’Auxerrois, powracając z Luwru, mój śmiertelny wróg. Widzę go zawsze przez kratę w oknie dolnego piętra; okno to jest w pokoju dawnego mego nauczyciela, kanonika Pierre-Pille. Codziennie widzę przechodzącego obok mnie mego nieprzyjaciela i codziennie wzywam szatana, ażeby go wtrącił w otchłanie piekielne”. Powiedz więc, panie Maurevel –– mówił dalej Karol –– czy czasem nie zechcesz być tym szatanem, może sprawisz tym przyjemność memu bratu Gwizjuszowi.

Maurevel odzyskał swój piekielny uśmiech, a jego blade jeszcze ze strachu usta wyszeptały:

– Lecz, Najjaśniejszy Panie, ja nie mam władzy nad piekłem.

– Jednakże wtrąciłeś tam, jeśli się nie mylę, odważnego de Mouya. Gotów jesteś powiedzieć, że to za pomocą pistoletu... Ale, ale! Masz jeszcze ten pistolet?

– Wybacz, Najjaśniejszy Panie – odparł zabójca prawie już uspokojony – z rusznicy strzelam jeszcze lepiej niż z pistoletu.

– O!... – rzekł Karol IX – czy pistolet, czy rusznica, wszystko to jedno, a mój brat Gwizjusz, przekonany jestem, nie będzie się zastanawiał nad wyborem środków.

– Lecz – powiedział Maurevel – ja potrzebuję broni, na której mógłbym polegać; może trzeba będzie strzelać z daleka.

– Mam tu dziesięć rusznic – odrzekł Karol – strzelam z każdej do złotego talara z odległości stu pięćdziesięciu kroków. Spróbuj którejś.

– O!... z największą przyjemnością, Najjaśniejszy Panie – zawołał Maurevel, idąc w stronę, gdzie stała rusznica przyniesiona Karolowi właśnie tegoż samego dnia.

– Nie, tej nie bierz – powiedział król –– tę zatrzymuję sobie. Wyprawię w tych dniach wielkie polowanie, na którym, spodziewam się, przyda mi się ta rusznica; wybierz więc inną.

Maurevel zdjął pierwszą lepszą rusznicę ze ściany.

– Teraz, Najjaśniejszy Panie, racz wskazać mi tego nieprzyjaciela – rzekł morderca.

– Alboż ja go znam? – odpowiedział Karol IX, gnębiąc Maurevela spojrzeniem pełnym wzgardy.

– A więc zapytam księcia Gwizjusza – wyjąkał Maurevel.

Król wzruszył ramionami i odpowiedział:

– Nie pytaj, Gwizjusz i tak nic ci nie powie. Czyż odpowiada się na podobne pytania?... Kto nie chce być powieszonym, powinien się sam domyślić.

– Lecz wreszcie, po czym go mogę poznać?

– Mówiłem ci, że co rano o godzinie dziesiątej przechodzi przed oknami kanonika.

– Przed tymi oknami przechodzi wielu. Niech Wasza Królewska Mość raczy mi wskazać cokolwiek, po czym bym mógł go poznać.

– O!.. to bardzo łatwo. Jutro na przykład będzie niósł pod pachą tekę z czerwonego safianu.

– Wskazówka ta jest dla mnie dostateczna, Najjaśniejszy Panie.

– Czy masz ciągle tego szybkiego konia, którego ci darował de Mouy?

– Mam nawet prawdziwego arabskiego, Najjaśniejszy Panie.

– O!... mnie nie zależy na twojej głowie, ale może ci nie zaszkodzi wiedzieć, że w klasztorze od tyłu znajduje się brama.

– Dziękuję, Wasza Królewska Mość. Racz teraz, panie, modlić się za mnie do Boga.

– Co?... do kroćset diabłów! Raczej do szatana, bo jego tylko pomoc może cię uratować od stryczka.

– Do widzenia, Najjaśniejszy Panie.

– Bądź zdrów. Ale!... ale... zaczekaj, panie Maurevel. Gdyby z jakichkolwiek powodów zaczęto o tobie mówić w dniu jutrzejszym przed godziną dziesiątą lub wspomniano później, pamiętaj, że w Luwrze są rozmaite kryjówki...

I Karol IX zaczął pogwizdywać ulubioną piosenką spokojniej i donośniej niż zwykle.