Królowa Malroncja - Maxime Chattam - ebook
Opis

Istnieją na Ziemi miejsca, gdzie świat nie jest już taki, jaki znamy. Miejsca, gdzie wszystko staje się możliwe. Nawet to, co niewyobrażalne. Drugi tom fascynującej trylogii „Inny świat”. Wyobraźcie sobie świat, nad którym władzę odzyskała natura, gdzie dorośli zamienili się z powrotem w dzikusów, dzieci zaś potworzyły bandy, aby przetrwać, gdzie każdy spacer staje się niebezpieczną wyprawą, a każdy przeżyty dzień urasta do rangi wyczynu. Świat zalany oceanem lasu, zamieszkany przez baśniowe stwory, wstrząsany dziwacznymi prądami, przeniknięty nową energią. Nowy świat, gdzie trójka nastolatków usiłuje omijać pułapki zastawiane przez tajemniczą królową, która zaciekle dąży do ich zguby: Malroncję. Zapomnijcie o wszystkim, co wiecie... Zanurzcie się w Innym Świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

AUTRE MONDE, MALRONCE

Copyright © Éditions Albin Michel – Paris 2009

Copyright © 2011 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga, Młody Book

Copyright © 2011 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga, Młody Book

Projekt okładki: Studio LGF

Wykonanie okładki: Marcin Słociński

Zdjęcia na okładce: © Shutterstock

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Wioletta Bagnicka, Alicja Kaszyńska

ISBN: 978-83-8110-254-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Wielka sala o kamiennych ścianach tkwiła w połowie pod ziemią. Wąskie okna dachowe nie przepuszczały dziennego światła, latarenki dawały zaś ciepły drżący blask, wydzielając zarazem nieco zjełczały zapach, który pochodził od zasilającego je zwierzęcego tłuszczu.

Na każdym okrągłym stole stała duża świeca osadzona w kopcu stopionego wosku. Kopiec nieustannie się powiększał, przypominając wulkan pośrodku zastygłej lawy.

W głębi, wokół zardzewiałych puszek, w których walczyły ze sobą czarne skorpiony, tłoczyły się grupki mężczyzn. Wszyscy wrzeszczeli, zagrzewali pajęczaki do boju, robili zakłady.

Nieco na uboczu trzy postacie, otulone w ciemnozielone płaszcze, rozmawiały sobie spokojnie przy kuflu piwa.

– Simon niedawno odkupił  j e d n ą!  – oświadczył człowiek z ciemną brodą.

– Naprawdę? Ile za nią dał? – zapytał jego kolega.

Policzek szpeciła mu pokaźna torbiel, zupełnie jakby w kąciku ust przykleił mu się kawałek chleba.

– Nie mam pojęcia, ale chyba sporo monet i niemało usług. Ale z tego co słyszałem, jest tego warta!

Trzeci z kompanów, bardziej dyskretny, pochylił się ku nim, a wówczas płomień świecy oświetlił mu od dołu twarz pokrytą kilkoma świeżymi bliznami.

– Ile ma lat?

– Mniej niż dziesięć. Simon wszedł w jej posiadanie, jak tylko oblała test.

– Dobrze znosi pępkowy pierścień?

– Wygląda na to, że tak.

– Mówi? – zapytał mężczyzna z torbielą.

Ciemnobrody opróżnił gliniany kufel z drewnianym obrzeżem.

– A skąd mam wiedzieć? – westchnął, kończąc wypowiedź głośnym beknięciem.

– Podobno Niedźwiemaki ściągają z północy coraz więcej tych dzieciaków – mówił dalej mężczyzna z bliznami. – W tym tempie Poszukiwanie niedługo się zakończy.

– Podobno dzieciarnia pozakładała wspólnoty i stawia opór naszym patrolom! – zdradził ciemnobrody.

– Są zorganizowani? – zdumiał się mężczyzna z torbielą.

– Nawet w kupie to są nadal tylko maluchy! Popatrz, my wszyscy potrzebowaliśmy zaledwie dwóch miesięcy, żeby się odnaleźć!

– Bo królowa wyłoniła się od razu! – przypomniał mężczyzna z torbielą. – Bo kazała zapalić Ognie Zjednoczenia, żeby dym wskazał nam drogę!

– Już po trzech miesiącach wprowadziliśmy handel wymienny i walutę! Wśród kamieniołomów i lasów wyrosły nowe miasta! Przeszliśmy ewolucję! Nie tak jak te małe dzikusy!

– Tylko że nikt nie jest w stanie sobie przypomnieć, co się działo przed Kataklizmem! – rozzłościł się mężczyzna z torbielą. – Banda dorosłych z amnezją! Ty to nazywasz ewolucją, tak? A jeśli dzieciaki się dowiedzą? Jeśli sobie przypomną, kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy?

Dwaj kompani od piwa nie zdążyli odpowiedzieć, przysunął się bowiem ku nim człowiek siedzący przy sąsiednim stole. Był odziany w szeroką pelerynę z dużym kapturem uszytą z mięsistego aksamitu w kolorze szkarłatnym.

– Przyszłość może nam zapewnić nie kto inny jak właśnie te dzieci – odezwał się spod kaptura oschły stanowczy głos. – Ale nie dzięki temu, co wiedzą, tylko kim są.

– Kim?...

Mężczyzna wysunął spod peleryny dwie drobne żylaste dłonie i opuścił kaptur. Miał około pięćdziesiątki, zapadnięte policzki, usta tak wąskie, że prawie niewidoczne, i ostry nos. Siwe krzaczaste brwi nadawały spojrzeniu twardość, zamiast włosów zaś głowę okrywał mu idealnie przylegający stalowy czepiec, który sięgał aż do karku.

– Dzieci są przyczyną tego, co się z nami dzieje – ciągnął. – Są dowodem popełnionych przez nas kiedyś błędów, źródłem krzywd! I właśnie dlatego zasługują jedynie na nasz gniew!

– Co ty o tym wiesz, starcze? – wtrącił człowiek z bliznami.

Mówca rozchylił pelerynę, odsłaniając na skórzanym plastronie czerwono-czarny herb z jabłkiem pośrodku. Herb królowej.

Trzej przyjaciele natychmiast zesztywnieli i spuścili wzrok.

– Wybacz nam, panie – przemówił mężczyzna z torbielą. – Nie wiedzieliśmy, że jesteś żołnierzem królowej.

– Jestem duchowym doradcą jej wysokości Malroncji, panowie, nauczcie się rozpoznawać to nakrycie głowy, które sprawia, że nie można odczytać naszych myśli. Słyszałem waszą rozmowę i uważam, że zbyt pochopnie dopatrujecie się w tych dzieciakach inteligencji i wiedzy, których one nie posiadają. Nie wolno wam zapominać, że to tylko robactwo! Anarchia! Ledwie zdążyliśmy odzyskać jaką taką równowagę, a te dzieci mogłyby wszystko zepsuć. Nie miejcie więc dla nich żadnej litości!

W głębi sali ustały zakłady, rozbrzmiały za to okrzyki radości i gniewu. Doradca odczekał chwilę, aż hałas ucichnie, po czym dodał:

– Gdyby to ode mnie zależało, na ulicach nie byłoby ani jednego dziecka niewolnika! Niech te, które nie mogą służyć Poszukiwaniu, też zginą!

– Tak! – zapalił się mężczyzna z bliznami. – Niech wszystkim im poderżną gardła!

– Żadnej litości dla małego robactwa – stwierdził na koniec doradca. – Oszczędzić jednego z nich, choćby ujarzmionego, to oszczędzić ich nadzieję.

Wszyscy przytaknęli, ulegając niepokojącej charyzmie osobnika.

Kiedy wyszli na ciepłe wieczorne powietrze, ciemnobrody i mężczyzna z bliznami postanowili się udać do wojskowego namiotu u wylotu miasta, gdzie natychmiast wstąpili do armii królowej Malroncji.

Tak właśnie było w królestwie ludzi. Wystarczyło podsunąć kilka pewnych stwierdzeń i wskazać wroga, by uspokoić puste albo zmącone niewiedzą umysły. Wówczas wszelkie lęki skupiały się na celu, który należało pokonać.

Na razie schwytać tyle dzieci, ile się da.

Żeby służyć Poszukiwaniu.

Dla królowej.

Część pierwszaRoślinne imperium

1Zbyt długa droga

Świat bardzo się zmienił w ciągu zaledwie sześciu miesięcy.

Matt Carter spędził czternaście lat swego życia w olbrzymim mieście, jakim jest Nowy Jork. Wśród asfaltu i budowli ze stali i szkła, w kokonie cywilizacji, komforcie elektryczności, regularnych gorących posiłków, pod opieką dorosłych.

 D o r o s ł y c h. 

Co się teraz działo z tymi, którzy przetrwali Burzę? Jedni stali się krwiożerczymi prymitywnymi stworami, drudzy... Cynikami. Łowcami dzieci.

Już od dziesięciu dni wędrował na południe w towarzystwie Amber i Tobiasa. Matt był wysoki jak na swój wiek. Zbyt długie brązowe włosy smagały mu twarz przy każdym powiewie wiatru, przesłaniając ponure zdeterminowane spojrzenie. Amber miała skórę równie białą jak Tobias czarną, zaś jasne loki o rudych refleksach okalały uroczą twarzyczkę, w której tkwiły wielkie zielone oczy. W przeciwieństwie do przyjaciela Tobias, któremu delikatny puszek pod nosem tworzył zaczątek wąsów, uważał, że jest za niski.

Stanowili zgrany zespół.

Przymierze Trojga.

Juki dźwigała Kudłata, pies tak duży jak kucyk. Brakowało pożywienia. Pragnienie gasili w napotkanych rzekach, ale suszonego mięsa i liofilizowanych potraw zostało im już tylko tyle co na dnie plecaka.

Minęło dziesięć dni, odkąd opuścili Wyspę Zamków, ich sanktuarium, kryjówkę przyjaciół, pozostałych nastolatków, którzy zwali się Piotrusiami.

Dziesięć dni torowania sobie drogi wśród wysokich traw, przedzierania się przez lasy, wspinania się na wzgórza, żeby zaraz zejść z powrotem na dół.

Matt spodziewał się ujrzeć zadziwiającą faunę, zwierzęta wokół nich zachowywały jednak dystans: dobiegały ich nieliczne tajemnicze krzyki o zmierzchu, zauważali jakieś uciekające kształty pod osłoną paproci, nic szczególnego jak na krainę, która uległa przemianie aż do tego stopnia.

Przyroda odzyskała swoje prawa z żywotnością, jakiej nigdy dotąd nie przejawiała. Wszystko porastała roślinność, zniknęły najdrobniejsze pozostałości po społeczeństwie ludzi. Zwierzęta uległy transformacji, stały się silniejsze, groźniejsze, po Burzy wyłoniły się nowe gatunki, istoty ludzkie odkrywały na nowo strach, że będą łatwą zdobyczą.

Dzień dobiegał końca, gdy trójka wędrowców postanowiła rozbić obóz w szczelinie na zboczu pagórka. Tobias, były skaut, pełnił funkcję strażnika ognia, Amber przygotowała posiłek, a Matt posłania.

– Nie mamy więcej herbatników – ostrzegła dziewczyna. – Nawet nadal racjonując żywność, wytrzymamy najwyżej dzień, może dwa.

– Powtarzam to, co proponowałem wczoraj: zróbmy całodniowy postój, żeby zastawić sidła i zapolować – odrzekł Tobias, który układał właśnie zebrane przed chwilą drewno.

– Nie ma czasu – sprzeciwił się Matt.

– Właściwie co ci każe narzucać takie tempo? – chciała wiedzieć Amber.

– Instynkt. Musimy się spieszyć. Ktoś idzie tuż za nami.

Amber i Tobias wymienili niespokojne spojrzenia.

– Boisz się tego czegoś... – przemówiła, ściszając głos. – Tego całego Rauperodena, jak go nazywasz?

– Właśnie tak ma na imię. Dowiedziałem się tego ze snów.

– Sam powiedziałeś, że ze snów, więc może to tylko wytwór twoich lęków i...

– Nic z tych rzeczy! – zaprzeczył natychmiast. – On istnieje. Przypomnij sobie, to on napadł na wioskę Piotrusiów na północy, on mnie szuka. To nie jest żywa istota jak ty czy ja, on panuje nad naszym światem i... nad innym, bardziej mrocznym. W każdym razie potrafi tworzyć i przesyłać obrazy, a nawet komunikować się przez sny. Nie wiem dlaczego, ale przeżyłem coś takiego. I  c z u j ę,  że teraz depcze nam po piętach.

– A skąd weźmiemy jedzenie? – zapytał Tobias. – Przecież musimy jeść!

– Zdobędziemy.

Co powiedziawszy, Matt rzucił płaszcz na śpiwory, które właśnie rozłożył, i opuścił kryjówkę.

Amber i Tobias spojrzeli po sobie.

– Najwyraźniej ta wyprawa mu nie służy, nie uważasz? – odezwał się Tobias.

– Źle sypia. Słyszę, jak jęczy w nocy.

Tobias dał wyraz zdziwieniu. Skąd Amber tyle wie o jego przyjacielu? Przecież wszyscy troje śpią obok siebie!

„Zdecydowanie ci dwoje dobrali się w korcu maku...”

– Słuchaj no, Amber, naprawdę wierzysz, że znajdziemy ten cały Ślepy Las?

– Nie martwię się o to, czy go znajdziemy, tylko czy się przez niego przedrzemy... Krążą słuchy, że to miejsce przerażające, nieprzebyte i zamieszkane przez jakieś ohydne stwory.

– A jeśli uda nam się przez niego przedostać, co zrobimy, jak już dotrzemy na południe?

– Poszukamy odpowiedzi na nasze pytania: Po co Cynicy porywają Piotrusiów? Dlaczego chcą za wszelką cenę dopaść Matta? Przypominam, że sam się zgłosiłeś, by iść z nami!

– Tak, wiem, tylko że... Teraz, kiedy siedzimy tutaj wyczerpani, zagubieni, zaczynam się zastanawiać. Czy dobrze robimy, sami się prosząc o kłopoty?

– Wcale się nie zgubiliśmy, zmierzamy na południe. Żałujesz, że poszedłeś?

Tobias namyślał się przez chwilę wpatrzony w czubki własnych butów, nim rzekł:

– Nie, to mój przyjaciel! Ale nadal twierdzę, że popełniamy błąd. Powinniśmy byli zostać pod osłoną Wyspy Zamków.

Godzinę później płomienie lizały trzaskające polana. Nad obozowiskiem powoli zapadała noc. Każdego dnia Tobias dostrzegał ze zdumieniem, jak bardzo Ziemia się zmieniła. Wieczorem znikąd pojawiały się gwiazdy, jakich nigdy wcześniej nie widział: liczne, intensywne, zaskakująco wyraziste. Na przestrzeni wieków ludzie zapomnieli, jak może wyglądać niebo pozbawione świateł miasta, bez zanieczyszczonego powietrza. Tobias przypomniał sobie, co mówił mu drużynowy: „Kiedy spoglądamy na gwiazdy, nawet płomień świecy odległy o dwadzieścia pięć kilometrów może zafałszować obraz”. Teraz Tobias mógł podziwiać to, czego jego dalecy przodkowie się obawiali i co zarazem czcili: czystą szkatułę ciemności nawiedzoną przez tysiące nieuchwytnych dusz.

„Bo niebo to właśnie to: nieskończone kulisy naszego ziemskiego życia, codzienne echo naszych ograniczeń”.

Wszyscy troje leżeli skuleni w śpiworach wokół czerwieniejącego ogniska, mając żołądki napełnione zaledwie w połowie, i czekali, aż sen weźmie ich w swe objęcia. Kudłata przeciągnęła się, warcząc, i opadła z westchnieniem na trawę.

Jak każdej nocy, odkąd wyruszyli w drogę, w ich umysłach lęgły się wątpliwości i obawy, nieustannie opóźniając chwilę pogrążenia się w nieświadomości.

Zanim wyczerpały się wszystkie zapasy, upłynęły jeszcze dwa dni.

Po drodze minęli krzewy porośnięte dużymi brązowymi i pomarańczowymi jagodami. Ilekroć pojawiła się podobna pokusa, Amber nie pozwalała swym towarzyszom ich zrywać, upierając się, że nie potrafią rozróżnić, które owoce są jadalne, a które trujące.

– Nie jesteśmy Długodystansowcami, tymi Piotrusiami, co to wędrują od osady do osady, przekazując wiadomości – powtarzała. – Nie mamy dostatecznej wiedzy, żeby podjąć takie ryzyko.

– Ach tak? – podchwycił kąśliwie Tobias z rozdrażnioną miną. – Mogę zapytać, co będziemy dzisiaj jeść?

– Trochę cierpliwości, zaraz się coś znajdzie.

– Kiedy? Jutro? Za trzy dni? Jak już umrzemy z głodu?

Wyczerpanie sprawiło, że łatwo wpadali w złość. Matt uciszył wszystkich, podnosząc ręce:

– Będziemy polować. Moim zdaniem nie mamy innego wyboru. Toby, czy możesz coś złapać w ciągu jednego poranka?

– Spróbuję.

Podczas gdy jego przyjaciele rozbijali prowizoryczny obóz, Tobias oddalił się w leśne zarośla, żeby pozakładać wnyki. Zapamiętawszy dokładnie ich położenie, przyczaił się, czekając na łup w postaci drobnej dziczyzny, jaką miał nadzieję schwytać.

Kiedy wrócił, Amber i Matt rozmawiali właśnie o przeobrażeniu.

Przeobrażenie. Owo subtelne postępujące przekształcenie, które odmieniło życie wielu Piotrusiów, wyposażając ich w niemal nadnaturalne zdolności.

– Myślisz, że w innych wioskach też nastąpiło przeobrażenie? – zapytał Matt.

– Na pewno to, co się wydarzyło u nas, miało miejsce gdzie indziej, tylko w innym tempie. Jestem więc przekonana, że sporo Piotrusiów potrafi dzisiaj zapanować nad swoimi nowymi zdolnościami.

– Zastawiłem pięć wnyków, teraz pozostaje nam już tylko trzymać kciuki – oznajmił Tobias.

Dyskutowali, wyciągnąwszy przed siebie utrudzone nogi. Postój przypadł na dobry moment: mając śmiertelnie zmęczone stopy i obolałe uda i łydki, już dłużej nie mogli. Chociaż Matt był zdenerwowany, starał się to ukryć. Każda minuta, która mijała, nie przenosząc ich dalej, była stracona. Bał się Rauperodena.

Odkąd wyruszyli w drogę, nie było nocy, żeby o nim nie śnił. Widział jego postać unoszącą się nad polaną, obracający się ku niemu cień jego kościstej przerażającej twarzy, słyszał jego lodowaty głos, który powtarzał: „Chodź do mnie, Matt. Jestem tutaj. Chodź. Chodź  w e  mnie”.

Mimo lęku Matt czuł, że ta przerwa jest potrzebna. Nie mogli posuwać się dalej w tym tempie. Tym bardziej że ciągle czekało ich najgorsze: przeprawa przez Ślepy Las.

Nagle Matt zorientował się, że brakuje psa.

– Widzieliście Kudłatą? Nie ma jej już od dobrej chwili! – zaniepokoił się.

– Nie… Rzeczywiście, zapomniałem o niej – przyznał Tobias.

Amber, która właśnie trenowała kontrolę nad swoim przeobrażeniem, jak to często robiła po posiłku, podniosła głowę, mówiąc:

– Przecież ją znasz, potrafi o siebie zadbać, nie martw się. Pewnie szuka czegoś do jedzenia.

Po kilku minutach przez ścianę paproci przedarł się włochaty pysk psa trzymającego w zębach królika. Kudłata złożyła go w ofierze u stóp Matta.

– Jesteś naprawdę wyjątkowym psem, wiesz? Dzięki, Kudłata!

Łowczyni otrząsnęła się i położyła w cieniu, najwyraźniej równie wyczerpana jak ludzcy członkowie załogi.

Na myśl o zjedzeniu świeżego mięsa Tobiasowi rozbłysły oczy.

– I co teraz robimy? Przypuszczam, że nie należy piec futra?

– Trzeba go oprawić – rzuciła Amber tonem pełnym niedomówień.

– To znaczy: obedrzeć ze skóry, wyjąć wnętrzności i obciąć mu głowę? – podsunął Tobias, krzywiąc się.

– Właśnie. – Widząc grymas obrzydzenia na twarzach obu chłopców, Amber westchnęła. – Świetnie, zrozumiałam. Ja się tym zajmę. Tobias, rozpal ogień.

Zrobili sobie sjestę, by przetrawić posiłek, i żadne z nich nie zaproponowało, żeby ruszyć w dalszą drogę. Nawet Matt, który spał wtulony w jedwabistą sierść psa.

Późnym popołudniem Tobias poszedł sprawdzić wnyki, lecz wrócił z pustymi rękami i zagniewaną miną.

Dokończyli królika jeszcze tego samego wieczoru, po czym zasnęli wśród świergotu drapieżnych ptaków i zgiełku innych nowych stworzeń, podczas gdy liście szumiały miękko na wietrze.

Matt otworzył oczy, kiedy chłód zrobił się bardziej przenikliwy. Kudłata zniknęła gdzieś w ciemnościach, on zaś przywarł bezwiednie do Amber, przyciskając nos do jej karku, wtulony we włosy w kolorze weneckiego blondu, które zasłaniały mu część twarzy. Mimo dwunastu dni marszu jej skóra ładnie pachniała. „Całe szczęście, że namawiała nas do mycia w każdej napotkanej rzece – pomyślał zaspany. – Lubię jej zapach”.

A jeśli ona się teraz obudzi? Co sobie pomyśli?

Matt delikatnie się wycofał, odsunął się od jej ciepłych pleców.

Jeszcze była noc. Która mogła być godzina? Druga? Później?

Liście poruszały się mocniej niż poprzedniego dnia. Ptaki ucichły. „Jest dziwnie chłodno”.

Matt usiadł. Poczuł na czole coś mokrego. „Zaczyna padać! Tylko tego brakowało!” Rozejrzał się dokoła, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mrok. Nie dostrzegł żadnego schronienia.

Las przecięła biała błyskawica.

Tuż po niej rozległ się długi piwniczny pomruk.

Nadchodziła burza.

Matta natychmiast ogarnął niepokój, ściskając mu żołądek i przyspieszając bicie serca. „To on!”

Rzucił się na Amber i Tobiasa i brutalnie ich obudził:

– Wstawać! Szybko!

– Co? Co? Co się dzieje? – wyjąkał Tobias jeszcze półprzytomny mimo początków paniki.

– To Rauperoden, zbliża się!

– Matt, uspokój się – powiedziała Amber. – To tylko burza.

– Nie, nie rozumiesz, on  j e s t  burzą. Wiem to, czuję. Chodźcie, idziemy.

– A dokąd chcesz pójść w deszczu w środku nocy?

– Trzeba ruszać dalej, nie dać się złapać.

– Ty bredzisz, Matt, potrzebujemy tylko schronienia, nic więcej.

– Ona ma rację. – Tobias przyszedł Amber z pomocą. – O ile dobrze zapamiętałem jedną rzecz z lat spędzonych u skautów, nigdy nie da się prześcignąć burzy.

Matt patrzył, jak przyjaciele zbierają pospiesznie swoje rzeczy i wypatrują w ciemnościach jakiejś skały. Tobias przywołał ich gwizdnięciem. Trzymając nad głową kawałek świecącego grzyba, pokazał dwa olbrzymie przewrócone pnie drzewa leżące jeden na drugim. Całość stanowiła znakomite schronienie otoczone wysokimi paprociami. Kiedy się tam schowali, Matt położył dłoń na grzybie, który emanował tak nieskazitelnie białym, że aż upiornym światłem.

– Schowaj to, bo nas zobaczą.

Tobias niechętnie spełnił polecenie, po czym przytulili się jedno do drugiego oparci o Kudłatą.

Zaczęło lać, wierzchołki drzew rozświetlały błyskawice. Rozległ się tak potężny grzmot, że pod trójką przyjaciół zatrzęsła się ziemia.

– No, no! – wyrwało się Amber. – Można mieć cykora.

W nagłym silnym blasku szara kora drzew zalśniła niczym skóra węża. Zakrzywione gałęzie zamieniły się w szkieletowate ręce. Liście drżały, jakby to były skrzydła. W miarę zbliżania się burzy całe otoczenie zmieniało wygląd.

Piorun uderzył dziesięć metrów od Matta z ogłuszającym łoskotem, rozłupując jeden z kasztanowców na pół. Trójka przyjaciół przycupnęła przy drżącej Kudłatej. Wokół nich rozlał się prawdziwy potop. Po zboczu pędziły dziesiątki błotnistych strug deszczówki.

Troje nastolatków, którym woda jeszcze nie sięgnęła stóp, otuliło się kocem.

– Widzisz, to tylko burza – odezwała się Amber pod adresem Matta.

– W każdym razie jest piekielnie gwałtowna – wtrącił Tobias.

– Ciszej! – nakazał Matt ciągle niezbyt pewny siebie.

– A komu miałbym przeszkadzać przy tym harmiderze? – odparował Tobias jeszcze głośniej, aby udowodnić przyjacielowi, że nie ma się czego bać.

Wtem nad ich głowami rozbłysły dwa potężne reflektory, omiatając okoliczne zarośla. Tobias drgnął i rozdziawił usta zarówno z zaskoczenia, jak i ze strachu.

– Szczudlarz! – szepnął Matt, ściskając rękojeść miecza.

Dwa białe promienie prześliznęły się po zasłaniającym ich pniu, po czym jęły przeszukiwać ziemię.

– Nie namierzył nas! – syknął Matt, w którym tliła się iskierka nadziei.

– Co to takiego? – zapytała rozdygotana Amber.

– Straż przyboczna Rauperodena. To ich oczy dają takie światło. Nie mogą nas zobaczyć, bo inaczej otoczą nas w jednej chwili. Kiedyśmy się na nich natykali, nigdy nie byli sami. Zostańcie tutaj i pod żadnym pozorem się stąd nie ruszajcie!

W otworze ukazała się wysoka na trzy metry postać w długim czarnym płaszczu z kapturem. Postawiła na ziemi szczudło tuż pod nosem nastolatków. Było ono pokryte grubą mleczną skórą i zakończone trzema przypominającymi kciuki wyrostkami, które zagłębiły się w glebie, aby utrzymać równowagę.

Matt położył dłoń na ustach Amber w obawie, że dziewczyna wrzaśnie.

Reflektory oświetliły pozostałości po ognisku, które Tobias rozpalił za dnia.

Szczudlarz wydał jęk niczym wieloryb, po czym ktoś z daleka mu odpowiedział, przekrzykując łoskot burzy. Kolejny szczudlarz zjawił się, robiąc duże susy, szybszy niż człowiek w sprincie, i rzucił się na obozowisko. Spod płaszcza wynurzyła się dłoń o nieskończenie długich palcach, pomacała wygasłe polana. Opalizujące ramię wyciągało się bez końca poruszane osobliwym teleskopowym mechanizmem.

– Szszszszsz! Szszszszsz... Był tu! – zawołał stwór gardłowym głosem niemal niesłyszalnym z powodu burzy.

W wygasłe ognisko uderzyły po kolei trzy błyskawice, wyrzucając snopy iskier na wszystkie strony. Nagle deszcz stracił na sile i wiatr zelżał, w jednej chwili przestało padać. Nad lasem rozciągnął się dywan mgły, nieruchomiejąc metr nad trawą. Następnie między drzewami prześliznęła się długa czarna postać.

Z miejsca, w którym się znajdowali, żadne z trójki przyjaciół nie mogło jej wyraźnie dojrzeć, Matt jednak wiedział, że to Rauperoden.

Mgła otuliła szczudlarzy, postać zaś przepłynęła tuż obok kryjówki.

– Tutaj... panie! Szszszszsz, tutaj... był... tutaj! Szszszszsz...

– Chcę go dostać! – ryknął gardłowy głos. – Znajdźcie go! CHCĘ GO DOSTAĆ!

Jego krzyk rozległ się w ciemnościach, przyprawiając o drżenie nawet mgłę.

Dwaj szczudlarze zabrali się do dzieła, omiatając oślepiającym wzrokiem pobliskie zakamarki.

„Idą na południe”, zauważył Matt.

Wtem pojawiło się trzech kolejnych szczudlarzy, potem jeszcze dwóch.

Mgła jęła się przesuwać ich śladem, postać zaś zniknęła w mroku przy akompaniamencie łopotu jakby mokrego prześcieradła.

Natychmiast znów rozpadał się rzęsisty deszcz, wirując pod wpływem silnego wiatru.

Matt odetchnął z ulgą.

– Mało brakowało – stwierdził.

2Zaopatrzenie

Burza trwała jeszcze pół godziny, po czym oddaliła się na południe, pozostawiając po sobie przemoczoną i pachnącą przyrodę. Świt uwolnił cienie od jasnych wstęg, wiatr wreszcie ustał.

– Bardzo przepraszam – powiedziała Amber do Matta – że ci nie uwierzyłam.

– Teraz już wiesz, że  o n  depcze nam po piętach. Dalej, chodźcie, musimy ruszać, zanim zawrócą.

Objuczywszy Kudłatą, trójka przyjaciół wydostała się z lasu przez szczyt wzgórza, gdy tymczasem na horyzoncie wstawało słońce. Kiedy uszli jakieś dziesięć kilometrów na południe, zdołali zobaczyć gęste czarne chmury i błyskawice przecinające łąkę. Burza przemieszczała się zygzakiem, szukając drogi niczym drapieżnik węszący trop ofiary.

– Proponuję odbić w prawo i okrążyć to miejsce – podsunął Matt. – Jeśli stracimy czas, to trudno. Przynajmniej porządnie się oddalimy i będziemy osłonięci.

– A dlaczego nie mielibyśmy pójść całkiem prosto? Wtedy mielibyśmy burzę na oku – odparł Tobias.

– Ona prędzej czy później i tak zawróci. Po wielu godzinach bezowocnych poszukiwań zorientują się, że nie jesteśmy przed, ale za nimi. Tylko popatrz, jak ona się rusza, ta burza się zachowuje jak wataha polujących wilków. W końcu uzmysłowią sobie, że nas wyprzedzili.

Nikt nie znalazł żadnego argumentu przeciw. Posuwali się skrajem lasu dopóty, dopóki nie mieli innego wyboru, jak wejść między drzewa i udać się na południowy zachód.

– Jak myślicie, daleko jeszcze do Ślepego Lasu? – zastanawiał się Tobias.

– Jeżeli wierzyć plotkom, jak tylko znajdzie się w polu widzenia, od razu go rozpoznamy. Jeszcze trochę cierpliwości – odrzekła Amber.

– Niedługo miną dwa tygodnie, odkąd wyruszyliśmy! Już dłużej nie mogę, stopy zaraz mi się rozpadną na kawałki!

– Nie pękaj, Toby – dodawał mu otuchy Matt. – Przypomnij sobie wędrówkę na Wyspę Zamków.

– Łatwo ci mówić! Byłeś w śpiączce i ciągnęła cię Kudłata! Ja dopiero po miesiącu znów zacząłem normalnie chodzić!

Matt rzucił mu twarde spojrzenie. Chłopak w jego wieku bardzo rzadko patrzy na przyjaciela takim wzrokiem. „Wiedziałeś, w co się pakujesz”, zdawał się mówić. Za sprawą zmęczenia ten niemy komentarz zabarwiony był nutką irytacji.

Z braku ścieżki musieli się przedzierać przez zarośla, wybierając jak największe prześwity, by nie opóźniać marszu; nie sposób jednak było iść prosto, przez co mieli wrażenie, że niepotrzebnie marnują energię.

Matt kierował się kompasem. Przed wyprawą na wszelki wypadek nauczył się od Długodystansowca Bena orientacji w terenie, Ben zaś skorzystał z okazji, by zasypać go radami na temat sztuki przetrwania. Groźny świat – oto czym stał się ten kraj, ta planeta.

Właściwie co tak naprawdę wiedział? A jeśli Europa i Azja ocalały? Nikt nie miał wieści o tym, co się dzieje po drugiej stronie oceanu.

Matt schował kompas do jednej z kieszonek u pasa.

Żołądki mieli ściśnięte z głodu i kończył im się zapas wody.

W ten sposób nie wytrzymają zbyt długo.

Muszą znaleźć jakieś miasto. I to szybko.

Po dwóch godzinach marszu w milczeniu wydostali się z lasu na szczyt wzniesienia, które górowało nad długą równiną.

Trójka wędrowców przystanęła jednocześnie, Kudłata zrobiła to samo.

W oddali horyzont przesłaniał w połowie czarny mur, całkowicie zagradzając drogę na południe.

Ślepy Las.

Poprzedzały go schody z przeogromnych drzew, których wierzchołki wznosiły się stopniowo, tworząc ścianę. Dalej to już nie były drzewa. Samo słowo „las” zaczynało brzmieć śmiesznie. Pnie wyrastały na wysokość ponad kilometra. Ślepy Las stanowił łańcuch górski, w którym drzewa zastępowały kamień, a liście śnieg.

Ten przytłaczający widok utwierdził Matta w jednym: nie pomylił kierunku.

– Prawie doszliśmy... – wysapał Tobias jednocześnie oczarowany i przerażony.

– Wydaje nam się, że doszliśmy, bo las jest niewiarygodnie wysoki – sprostowała Amber. – Ale moim zdaniem mamy przed sobą jeszcze co najmniej dwa dni drogi.

Zupełnie stracili z oczu burzę Rauperodena. Czyżby znajdowała się już zbyt daleko, czy też przyczaiła się za nierównościami terenu, aby wybadać każde zagłębienie ziemi?

– O nie! – zawołał Tobias. – Spójrzcie w dół, na równinę!

Ze wschodu na zachód biegł rząd nietkniętych jeszcze słupów wysokiego napięcia. Można było przejść pod przewodami. Wszystko porastały liany, z przewodów zwisały zaś powiewające na wietrze skupiska jakichś podłużnych kształtów.

Do zmian, które zaskoczyły Matta po wielkiej Burzy, należało zniknięcie wszystkiego, co mogłoby się stać źródłem zanieczyszczenia, jak choćby samochody czy fabryki. Nie napotkał ani jednej z tych rzeczy. One tak naprawdę nie zniknęły, raczej się rozpłynęły. Słupy wysokiego napięcia podzieliły ich los, chociaż pozostała jeszcze garstka tych, które dźwigały już niepotrzebne przewody. Tak jakby Ziemia w napadzie wściekłości zapomniała uderzyć w niektóre miejsca.

Matt wiedział, że słupy pozwalają zlokalizować duże miasto – wystarczy iść wzdłuż nich. Wiedział również, że naokoło krąży osobliwa groźna fauna. Parę dni wcześniej napotkali kilku jej przedstawicieli, teraz zaś ze zdumieniem odkryli wiszące na przewodach tysiące robaków rozmaitej wielkości, małych jak pomrowiki albo długich jak ogórki. Amber już o nich słyszała. Długodystansowcy zwali je Solidarnymi Gąsienicami. Jeżeli jedna z nich spadnie na ofiarę, setki następnych natychmiast ruszają w jej ślady, całkowicie pokrywając zdobycz.

– Nie ma mowy, żebym pod nimi przeszedł! – zawołał Tobias.

– Zgadzam się z tobą – przyznał Matt.

– Tylko że Ślepy Las jest po drugiej stronie – przypomniała Amber. – Jak zamierzacie się tam dostać?

– Nie przejdziemy między słupami – odparł Matt – tylko wzdłuż nich. Aż do miasta. Bez jedzenia dłużej nie damy rady, musimy się zaopatrzyć.

Tobias energicznie pokiwał głową. Amber wpatrzyła się w Matta. Wszyscy troje zdawali sobie sprawę, że teraz miasta stanowią siedlisko dzikich stworów, skrywają także resztki rozmaitych dóbr, których część mogliby sobie przywłaszczyć.

– Idziemy w prawo czy w lewo? – zapytał Tobias.

– Widzę sporą plamę na wschodzie, to pewnie ruiny.

Matt poprawił przewieszony przez plecy miecz i pierwszy ruszył zboczem.

Posuwali się w znacznej odległości od przewodów wysokiego napięcia, wypatrując gąsienic, gotowi puścić się biegiem przy najlżejszym szeleście.

Równina wokół nich znajdowała się w ciągłym ruchu; porywy wiatru żłobiły ze świstem bruzdy w wysokiej trawie, po czym cichły. Tobias, który w którymś momencie pozbył się łuku, umieszczając go na grzbiecie Kudłatej wraz z jukami i śpiworami, podszedł do psa, żeby wziąć broń i umieścić w niej strzałę.

– Amber, jesteś ze mną? – przemówił cicho.

Dziewczyna, wyrwana z odrętwienia typowego dla znużonego wędrowca, popatrzyła uważnie na przyjaciela i rozejrzała się badawczo wokół.

Nie dalej jak pięćdziesiąt metrów od nich z lasu wybiegła sarna i pogalopowała w zarośla.

– Zaczekaj chwilę – ostrzegła Amber. – Nie dam rady pokierować strzałą aż tak daleko.

– Wiem. Matt, zostań tutaj z Kudłatą, a my podejdziemy powolutku bliżej.

Matt spełnił polecenie, wyciągając przed siebie dłoń, żeby powstrzymać psa.

Jeszcze siedem miesięcy temu, w innym życiu, które wiódł jako zwykły obywatel Nowego Jorku, pochorowałby się, gdyby miał zabić sarnę. Teraz był to czyn niezbędny, żeby istnieć. Konieczny, by przetrwać. Od kiedy przestano masowo hodować bydło, którego jedynym przeznaczeniem było trafić do rzeźni w imię konsumpcji, Matt potrafił się łatwiej z tym pogodzić. Polowali wyłącznie wtedy, kiedy zaszła taka potrzeba, nigdy częściej.

Tobias i Amber znajdowali się zaledwie jakieś trzydzieści metrów od zwierzęcia, kiedy wiatr zmienił kierunek. Sarna podniosła głowę i dostrzegła dwoje drapieżców. Skoczyła do przodu, w chwili gdy Tobias mierzył z łuku i wypuszczał strzałę.

Amber skupiła się, z całej siły przyciskając czubki palców do skroni.

Strzał nie był zbyt celny, brakowało mu impetu. Nagle drewniany pocisk zmienił tor lotu jak uniesiony gwałtownym porywem wiatru i skierował się ku biegnącej ofierze. Zwierzę miało takie same szanse, jakby ścigała je rakieta naprowadzana laserem. Mimo że zmieniało pozycję, strzała mknęła wprost na nie i za sekundę miała się wbić w jego ciało.

Właśnie wtedy utraciła prędkość i zniknęła w wysokiej trawie.

– O nie! – krzyknęła Amber. – Nie potrafię zachować kontroli przy długich dystansach.

Zwierzę było już daleko.

Matt podszedł bliżej i poklepał każde z nich przyjacielsko po ramieniu.

– To nic takiego, z czasem nabierzemy wprawy – powiedział. – Nad przeobrażeniem trzeba po prostu zapanować, prawda?

– Ale nie tak! – wykrzyknął Tobias.

Sarna zbliżała się właśnie do słupów. Dokładnie w momencie gdy przechodziła pod przewodami, jedna z gąsienic spadła na dół, a za nią dziesiątki następnych. W mgnieniu oka zwierzę pokryły czarne kształty, które wbiły w nie swe haczykowate zęby, wczepiając się mocno. Zniknęło zasypane gąbczastymi ciałami, które zaczęły ssać.

– Już dość widziałam – oświadczyła Amber, ruszając w dalszą drogę.

Posuwali się w milczeniu, odnajdując hipnotyczny rytm wędrowca dręczonego wyczerpaniem i głodem.

Wreszcie szare chmury rozsunęły się nieco, odsłaniając promienie słońca, po czym w ciągu popołudnia całkowicie się rozstąpiły.

Drzewa stały się mniej rozstrzelone, tworząc gaje, następnie laski. W oddali przed sobą zobaczyli las. Matta ogarnęła nadzieja. Przed nimi wyłoniły się trzy potężne kształty spowite plątaniną gałęzi i lian – to mogły być budynki. Bezwiednie przyspieszyli kroku powodowani słodkim przeświadczeniem, że wkrótce zjedzą porządny posiłek.

Gładkie pnie, listowie z prześwitami. Potem ściana bluszczu i zatopiony w mchu dach. Dom mieszkalny! A trochę dalej jeszcze jeden.

– To miasto! – zawołał Tobias. – Będziemy mogli się najeść!

Amber powstrzymała chłopców przed rzuceniem się do pierwszych budynków, zachęcając, żeby poszukali raczej sklepu spożywczego, w którym będą mogli zdobyć prawdziwy prowiant.

Podążali czymś, co musiało być kiedyś główną ulicą: idealnie prostym ciągiem trawy biegnącym przez las w kierunku jeszcze bardziej nieprzebytego gąszczu, który przypominał centrum miasta.

Matt zauważył ogromną polanę porośniętą skąpanymi w słońcu paprociami. W samym środku zbita masa niknęła pod lianami i gałęziami.

– Wygląda jak supermarket – stwierdził. – Chodźcie.

Przebili się przez morze paproci, znalezienie zaś wejścia pod kaskadą zielonych liści zajęło im pięć minut.

– Centrum handlowe! – obwieściła triumfalnie Amber. – Świetnie!

Wewnątrz panowały całkowite ciemności; szklane kopuły w dachu były tak bardzo porośnięte mchem, że światło dzienne nie mogło się przez nie przedrzeć. Tobias wyjął swój kawałek świecącego grzyba i niósł przed sobą. Zalał ich biały, niemal srebrzysty blask.

Znajdowali się w obszernym holu, którego podłogę pokrywał prawie zupełnie dywan z liści i cierni. Na piętro prowadziły dwa ciągi ruchomych schodów. Wspiąwszy się po nich bez najmniejszego trudu, trójka przyjaciół jęła krążyć wśród sklepowych witryn. Głównie butików z ubraniami. Matt stwierdził, że wiele drzwi pozostało otwartych, zauważył poprzewracane stojaki, chociaż się do nich nie zbliżał. Korytarz, którym podążali, wychodził na antresolę górującą nad niższymi poziomami.

Odłączywszy się od grupy, Amber przystanęła przed zakurzoną wystawą. W półmroku dało się dostrzec na półkach dziesiątki płyt, nad którymi wisiały plakaty informujące o wyjątkowych obniżkach cen. Obaj chłopcy czym prędzej ją dogonili.

– Brakuje mi muzyki – wyznała. – Tak bardzo bym chciała posłuchać jakiejś płyty.

– Ja tam wolę Internet – odrzekł Tobias, wpatrując się w ciemność.

– Tobias – zawołał Matt – mógłbyś tu poświecić?

W blasku obok wejścia do sklepu sportowego ukazała się wysoka postać chłopaka o brązowych włosach. Matt minął kilka bieżni i atlasów, po czym zatrzymał się przed hulajnogami dla dorosłych. Wybrawszy jeden z modeli, wypróbował go na wykładzinie alejki, zataczając szerokie koła.

– Weźcie po jednej, w ten sposób będziemy się poruszać szybciej!

Amber i Tobias spojrzeli na siebie rozbawieni, po czym podbiegli ze śmiechem do hulajnóg.

Na krótką chwilę zapomnieli o głodzie i zmęczeniu, prześcigając się i wzajemnie na siebie wpadając.

Zabawę przerwało im warczenie siedzącej na progu sklepu Kudłatej.

Matt i Amber zahamowali równocześnie i zastygli obok siebie, gdy tymczasem Tobias wbił się w regał z adidasami.

– Ćśś! – zawołali jednogłośnie Matt i Amber.

– Nie zrobiłem tego spec...

– Cicho! – ucięła Amber.

Nastawili uszu, lecz nic nie usłyszeli. Kudłata, wpatrzona w główny korytarz centrum handlowego, przestała warczeć. Matt podszedł do niej i delikatnie ją pogłaskał.

– Wszystko w porządku, ślicznotko?

Kudłata obserwowała uważnie jakiś punkt w oddali, którego ludzki wzrok nie był w stanie dosięgnąć. Przejechawszy językiem po nosie, zerknęła na swego młodego pana.

– No i co? – zapytała Amber, dołączając do nich.

– Sam nie wiem, nie wygląda na spanikowaną, pewnie to lis albo coś w tym rodzaju.

– Gdzieś tu powinien być plan z wykazem sklepów – podsunął pomysł Tobias. –Ruszajmy!

Matt zamierzał mu doradzić większą ostrożność, ale nie zdążył; musiał śmigać za przyjaciółmi na hulajnodze, żeby nie zostać sam w ciemnościach. Tobias jechał na czele kawalkady, odpychając się nogą. Blask kulistego grzyba dodawał im otuchy w dwupiętrowym labiryncie korytarzy. Tobias zatrzymał się przed dużym kolorowym planem centrum. Orszak zamykała truchtająca Kudłata. Przysiadła z westchnieniem tyłem do planu, jakby pełniła straż.

– Jesteśmy tutaj... – odezwał się Tobias. – A cała strefa spożywcza znajduje się w podziemiach. Cholera! To fast foody, zapasy mrożonek już dawno pogniły. Tam dalej, na naszym piętrze, jest restauracja; jak poszperamy w magazynie, na pewno znajdziemy jakieś konserwy.

– Właśnie w tamto miejsce wpatrywała się przed chwilą Kudłata i warczała – wtrącił Matt.

– Patrzcie! – powiedziała Amber. – Supermarket! Jest po przeciwnej stronie!

– Genialnie – stwierdził Matt. – Zasuwamy.

Trzy hulajnogi popędziły na północ kompleksu, po czym zjechały na parter na ogromną powierzchnię supermarketu. Całą przestrzeń przy wejściu zajmowały telewizory z płaskimi ekranami. Odepchnąwszy się kilka razy, dotarli do działu spożywczego, zgarniając ile się dało herbatników i batonów czekoladowych, nim dostrzegli regały z puszkami konserw, którymi napełnili plecaki oraz juki Kudłatej.

– Musimy to robić bardziej metodycznie – mitygowała ich Amber. – Nie bierzmy byle czego. Tylko produkty nieprzeterminowane i łatwe do przyrządzenia.

– Doug mówił, że konserwy nie mają limitu ważności – sprzeciwił się Tobias.

– Nie wydaje mi się. Tak czy inaczej nie mamy wyboru. Weź cały zielony groszek i fasolkę, ale zostaw serca palm w słoikach, bo mają wstrętny kolor. Musimy też opróżnić całą półkę z zupkami chińskimi: są lekkie i proste w przygotowaniu.

– Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę patrzeć na to całe żarcie! – obwieścił Matt. – Tobias, możesz wyjąć palnik gazowy?

Rozsiedli się na środku wielkiego supermarketu i podgrzali dwie puszki fasoli w sosie pomidorowym, które pochłonęli z połamanymi sucharkami. Napełniwszy żołądki, położyli się na płaszczach wśród pudełek po ciastkach i pustych puszek po napojach gazowanych. Uwolniona z juków Kudłata od razu zniknęła. „Pewnie poszła zapolować na coś małego”, pomyślał Matt.

Odpoczywali, gawędząc przez ponad godzinę, nim powrócili do zbiórki żywności. Znalazłszy chemiczną latarkę podobną do tych, które zabrali jeszcze z Nowego Jorku, Matt przełamał ją na pół. Reakcja wyzwoliła żółte światło dostatecznie silne, by potrafili się zorientować w położeniu. Amber zrobiła to samo, dzięki czemu każdy mógł swobodnie krążyć między regałami.

Matt wędrował wzdłuż półek z płytami DVD, następnie z grami wideo, czując dotkliwy smutek na wspomnienie życia, które wydawało się takie odległe. „I pomyśleć, że wtedy uważałem swoje życie za pełne niespodzianek!”

Kiedy dotarł do rzędów książek, przystanął przed działem „Fantastyka naukowa”. Żółtawe światło tłumiło jaskrawość okładek, i nadawało im przerażający wygląd. Rozważał przez chwilę, czy nie wybrać jednej z książek, aby od czasu do czasu, gdy rozbiją obóz, uciec do innego świata, powstrzymał się jednak. Opowieści te przestały już w nim budzić taką fascynację jak kiedyś. Co do przygód zaś, miał ich codziennie pod dostatkiem, a jeśli się dobrze zastanowić, wcale nie zapierały tchu w piersiach.

Zawiesił sobie chemiczną latarkę na szyi na kawałku sznurka; chwycił jakiś komiks i oświetlał nią wertowane strony.

Drgnął, kiedy znad jego ramienia wyłoniła się niespodziewanie czyjaś dłoń i złapała latarkę.

Gdy włosy Amber musnęły go w policzki, uspokoił się natychmiast, chociaż serce nadal waliło mu jak szalone. Co ona robi za jego plecami? Czyżby zamierzała go pocałować?

Nagle Matt zaczął się zastanawiać, jak powinien zareagować. Czy pragnie, żeby go pocałowała? Uważał, że jest słodka, śliczna i bardzo silna, ale czy naprawdę...

Pociągnęła go do tyłu i zmusiła do ukucnięcia.

– Co cię napadło? – zapytał z niepokojem, chwiejąc się.

Kładąc mu dłoń na ustach, żeby go uciszyć, jednocześnie pociągnęła gwałtownie za sznurek i schowała latarkę w kieszeni nylonowych spodni. Przez włókna przebijało nikłe światło – akurat tyle, by Matt zdołał dostrzec jej przerażoną minę.

Amber uwolniła go z uścisku.

– Coś weszło do supermarketu – szepnęła jak mogła najciszej.

– Co takiego?

– Nie mam pojęcia, ale jest wielkie i węszy za nami.

Co powiedziawszy, chwyciła go pod brodę, nakierowując na wejście do działu kultury.

Matt prawie nic nie widział w ciemnościach. Z ogromnych dachowych okien sączył się widmowy blask.

W odległości niecałych dziesięciu metrów udało mu się wszakże dostrzec jakiś kształt: olbrzymią przemieszczającą się powoli postać, która głośno wciągała powietrze, z czymś, co zapewne było jej głową, przy podłodze. Jednocześnie wokół wydzielała jakąś substancję... Sporą ilość śliny!

To nie była Kudłata, stwór znacznie przewyższał ją rozmiarem. Miał wzrost konia.

I pomimo imponujących gabarytów poruszał się bezszelestnie.

– Nie widział cię? – szepnął Matt.

– Nie, ale nie znalazłam Tobiasa. Jeżeli dopadnie go przed nami, nie ręczę za to, co się może wydarzyć.

– Chodź.

Chwycił ją za rękę i zaprowadził na koniec alejki. Czuł skrępowanie i jednocześnie złość na siebie, że zostawił miecz razem z resztą ekwipunku przy palniku gazowym. Nie mieli żadnej broni.

Podążali za stworem równoległą alejką oddzieleni od niego rzędami regałów. Patrzyli, jak podbiega do ich rzeczy i długo je wącha.

Następnie rozbłysło srebrzyste światło.

– Tobias... – rzucił przez zęby Matt.

Zawrócił w stronę butelek z wodą źródlaną i napojami gazowanymi, chcąc się zbliżyć do potwora.

Przykląkł skulony, aby wypatrzyć przyjaciela.

Tobias posuwał się powoli, pchając przed sobą wózek, z którego wystawał teleskop. Trzymał w jednej dłoni grzyb i uważnie czytał jakąś ulotkę.

Szedł prosto na stwora, wcale nie zwracając na niego uwagi, stwór zaś chciwie się weń wpatrywał. Światło zalewało go coraz bardziej.

Stwór nie miał już ani jednego włosa, mleczna skóra upodabniała go do grizzly albinosa, nie miał też uszu, tylko czarne dziury. Fafle odsłaniały pysk pełen zaślinionych zębów, łapy zakończone były żółtymi pazurami.

– Trzeba działać natychmiast albo Tobias zginie – rzuciła Amber.

– Nie mogę dosięgnąć miecza, który jest pod tym... tym czymś! Możesz go tu przyciągnąć?

– Spróbuję.

– Trzeba będzie się spieszyć. Jak tylko broń drgnie, niedźwiedź czy cokolwiek to jest wyczuje ruch.

Matt wiedział, że kolejna okazja zadania ciosu już się nie powtórzy. Jeśli stwór zareaguje, z miejsca rozniesie go na strzępy. Musiał dobrze wycelować. I mocno uderzyć.

Serce waliło mu jak młotem. Mattowi zaczynało już brakować tchu, chociaż jeszcze nawet nie zaatakował.

Amber skoncentrowała całą uwagę.

Wtem miecz się przesunął, najpierw o kilka centymetrów, potem o metr. Ślizgał się po podłodze.

– Jest za ciężki – jęknęła Amber, krzywiąc się.

Niedźwiedź, który wyczuł ruch między łapami, odskoczył na bok, wpatrując się pilnie w przedmiot. Następnie podniósł czerwone ślepia, sondując otaczającą go ciemność. Jego wzrok zatrzymał się na Amber, a w końcu na Matcie.

Powietrze zadrżało od gardłowego ryku.

Matt dostał gęsiej skórki. Odniósł wrażenie, że niedźwiedź się śmieje. Okrutnym śmiechem.

3Bezlitosna Drużyna

Poruszył łapami, mięśnie zagrały pod białą skórą, szykował się do skoku.

„Już po nas!”, wrzasnął bezgłośnie Matt. Rozejrzał się w mroku w poszukiwaniu czegoś, co by się nadało na broń. Nic.

Tobias osłupiał na ten potworny widok.

Po chwili rozległ się okrzyk wojenny.

Po nim zaś dziesiątki wściekłych wrzasków.

Główną alejkę przecięła ze świstem wiązka czarnych strzał, wbijając się w bok niedźwiedzia albinosa, który zaryczał, rozdziawiając paszczę i odsłaniając podwójny rząd zębów niczym u białego rekina.

Natychmiast zapomniał o Amber i Matcie i popędził w stronę, skąd dobiegały krzyki. Regały zachwiały się od jego ciężkich kroków, ryk rozbrzmiewał w całym centrum handlowym.

Matt ujrzał czerwony płomień, przez halę przeleciała świeca dymna i upadła obok łap potwora.

– ŁEB! – zawołał ktoś.

Na chwilę znów rozbrzmiały świsty, niedźwiedź zmienił kurs i nadział się z ogłuszającym hukiem na boczną ścianę regału. Sterty puszek z tuńczykiem wzbiły się w powietrze, po czym poturlały we wszystkich kierunkach, podczas gdy stwór wydawał ostatnie rzężenie.

Matta zatkało. Wszystko działo się tak szybko, że nie pojmował, co się wydarzyło.

Zobaczywszy tuzin strzał tkwiących w ciele niedźwiedzia, zrozumiał.

Zapłonęły dwie lampy oliwne, następnie pojawiło się dziesięć bezkształtnych postaci.

– Dopadliśmy go! – zawołał triumfalnie dziecięcy głos.

– Nikt nie jest ranny? – zapytał inny dostatecznie głośno, by do Matta dotarło, że zwracają się do nich.

Amber wyszła pierwsza, za nią Matt. Tobias, jeszcze ciągle w szoku, został z tyłu.

Stojący naprzeciw nich Piotrusie nosili zbroje zrobione z naramienników do futbolu amerykańskiego, nagolenników bramkarza i hokejowych kasków. Trzymali kusze, kije bejsbolowe, najmłodszy zaś był uzbrojony w kij do golfa.

– Jesteście cali i zdrowi? – zapytał największy z grupy.

Amber skinęła głową.

– Chyba tak – wyjąkał Tobias za ich plecami.

Duży zdjął kask, odsłaniając twarz czarnoskórego piętnasto-, może szesnastolatka z zieloną bandaną na włosach.

– Jestem Terrell – oznajmił, podchodząc do Matta – z Bezlitosnej Drużyny. A wy?

– Ja mam na imię Amber, on Matt, a ten tam Tobias. Wszystko w porządku, Toby?

Chłopak przytaknął słabo i postąpił krok do przodu.

Terrell, który ignorował Amber, najwyraźniej chciał rozmawiać z Mattem.

– Tropimy Wielkiego Białasa od dwóch dni – wyjaśnił. – Właśnie go zgubiliśmy, kiedyśmy zobaczyli, jak tu wchodzicie. Nie zdążyliśmy nawet was powitać, jak wyściubił nos. Wielkie Białasy są diabelnie sprytne!

– A bo co, on nie jest sam? – wtrąciła Amber zmieszana.

Nie zwróciwszy uwagi na jej pytanie, Terrell dodał:

– Przepraszamy, żeśmy was wystawili na przynętę, ale nie mieliśmy wyboru. W czasie Burzy wszystkie niedźwiedzie w okolicy zmutowały w te... obleśne cosie. Skąd się wzięliście?

– Z północy, z Wyspy Carmichaela albo Wyspy Zamków – odrzekł Matt. – Czy odwiedzali was Długodystansowcy?

– Prawdę mówiąc, jeden cztery miesiące temu i od tamtej pory nic. Nie wiemy nawet, czy wciągnął nas na listę, czy gdzieś w pobliżu są jakieś inne osady Piotrusiów, nie mamy żadnych wieści.

Najmłodszy z nich, który nie ukończył jeszcze dziesięciu lat, podszedł do trupa niedźwiedzia i pomacał jego rany kijem golfowym.

– Oho, nie chybiliśmy! – skwitował z rozbawieniem i zarazem fascynacją.

Dym ze świecy zaczynał zatruwać atmosferę, wypełniając pomieszczenie. Terrell powiedział, wskazując Wielkiego Białasa:

– Pozbierajcie strzały, wrócimy po jego mięso później, teraz trzeba wracać, bo zaraz zapadnie noc. – Następnie, zwracając się do trójki przybyszów, dodał: – Musicie iść z nami, po zmroku to miejsce jest niebezpieczne.

Przymierze Trojga wzięło swoje rzeczy, następnie Terrell zaprowadził całą bandę do podziemi. Po drodze pociągnął Matta za rękaw, oddalając się od reszty.

– Możesz ręczyć, że ta samica jest niegroźna?

– O kim ty mówisz w ten sposób? O Amber? To moja przyjaciółka! Oczywiście, że mogę ręczyć!

– Świetnie, w takim razie miej ją na oku. Jesteś za nią odpowiedzialny.

Matt patrzył osłupiały, jak tamten odchodzi i staje na czele grupy.

Przeszli pod markizą kina i wkroczyli do cichego holu.

– Oni są dziwni! – szepnął Matt na ucho Tobiasowi. – Gdybyś tylko słyszał, co on mi właśnie powiedział!

– Widziałeś, jakim potworem był ten niedźwiedź? Jeszcze teraz cały się trzęsę...

– Dlaczego oni wszyscy mnie ignorują? – zapytała Amber, podchodząc bliżej. – Zauważyliście to? Zachowują się tak, jakby mnie tu w ogóle nie było.

Matt, który wolał nie budzić niepokoju w dziewczynie, zmienił temat.

– Martwię się o Kudłatą – oznajmił. – Nie lubię jej zostawiać z tyłu.

– Nie przejmuj się, kiedy się zdecyduje nas dogonić, wyniucha nasz trop.

Terrell zastukał trzy razy w ciężkie dwuskrzydłowe drzwi, które otworzyły się, ukazując korytarz wiodący do sal projekcyjnych.

Z sufitu zwisały lampy oliwne rzucające przyćmione światło. Wzdłuż długiego korytarza piętrzyły się metalowe półki pełne puszek, zgrzewek wody mineralnej, koców, a także mnóstwa poupychanych byle jak narzędzi do majsterkowania, gier i białej broni.

Wśród zapasów krążyło kilkoro nastolatków, którzy zmierzali właśnie do sali numer jeden, kiedy zjawił się Terrell wraz z ekipą. Wszyscy natychmiast rzucili się ku niemu, zasypując go lawiną pytań, gdy wtem spostrzegli obecność trójki nieznajomych. W jednej chwili zapadła cisza.

– To są goście – wyjaśnił Terrell.

– Jesteście Długodystansowcami? – zapytała jakaś dziewczynka. – Przynosicie wieści o naszych rodzicach?

Amber przygryzła wargę, powoli kręcąc głową.

– Nie, przykro mi – odparła. – Przybywamy z północy, z wyspy, która leży jakieś dwa tygodnie drogi stąd.

– Dwa tygodnie! – wykrzyknął ktoś.

– To niedaleko – odrzekł kto inny.

– Jaja sobie robisz? To  s u p e r d a l e k o!  – sprostował trzeci.

Do Matta podszedł mały siedmio- lub ośmioletni chłopiec i zmierzył go od stóp do głów.

– Macie coś dla nas? – zapytał.

– Eee... nie – odparł z zakłopotaniem Matt. – Właśnie prowadziliśmy poszukiwania.

– W jakim celu? – chciał wiedzieć Terrell, którego to bardzo zaintrygowało.

– Żeby znaleźć odpowiedzi. Pewnie nie wiecie, ale wszyscy dorośli, którzy przetrwali Burzę, ci, którzy nie zostali przemienieni w Żarłoków, Cynicy, jak ich teraz nazywamy, znajdują się obecnie na południu. Utworzyli coś w rodzaju królestwa, którym rządzi pewna królowa. Podobno na jej ziemi niebo jest czerwone, a oni polują na Piotrusiów.

– Dlaczego na nas polują? Nie zrobiliśmy nic złego! – zdumiał się mały chłopiec stojący obok Matta.

– Nie mam pojęcia, ale znaleźliśmy wiadomość, w której była mowa o „Poszukiwaniu Skór”. Właśnie dlatego tam idziemy, żeby się dowiedzieć.

Matt starannie przemilczał list gończy z własnym portretem, który znaleźli kilka tygodni wcześniej wśród rzeczy Cyników.

– To niebezpieczne! – przeraził się malec. – Złapią was!

– Mam nadzieję, że nie – wtrąciła Amber.

Terrell podniósł ręce, a wówczas wszyscy zgromadzeni ucichli.

– Wracamy z wyczerpującej wyprawy, nasi goście są zmęczeni, proponuję więc, żebyśmy udali się wspólnie na kolację, przedyskutujemy wszystko przy jedzeniu.

Oblegali salę kinową numer jeden, wielkie pomieszczenie, którego sufit ginął w ciemnościach. Na schodach paliły się dziesiątki świec, lampy oliwne zaś oświetlały przestrzeń przed olbrzymim ekranem, który w półmroku wydawał się szary. Na palnikach gazowych stały liczne rondle, z których unosił się zapach pomidorów.

– Dziś jest zupa z makaronem! – zawołał ktoś z radością.

Zebrało się tu ze dwadzieścioro Piotrusiów w wieku od siedmiu do piętnastu, szesnastu lat, jak ocenił Matt. Stanęli w kolejce po zupę, którą nalewali sobie do głębokich talerzy, następnie wszyscy usiedli w fotelach, żeby delektować się posiłkiem.

Miejsce obok Matta i Tobiasa zajął rudowłosy chłopiec w okularach sklejonych taśmą samoprzylepną.

– Cześć! Mam na imię Mike. Brakuje nam umiejętności, żeby upiec chleb, a także wiedzy na temat upraw wieloletnich, jak wyczerpiemy całe zapasy w mieście. Moglibyście nam pomóc?

– Niestety, sami też tego nie umiemy – przyznał Tobias – ale jeden Długodystansowiec opowiadał, że w jakiejś osadzie Piotrusie zaczęli uprawiać rolę. Słyszeliście o Edenie?

– Nie. Co to takiego?

– Miasto! Dziesiątki klanów Piotrusiów, którzy przybywają ze wszystkich stron i jednoczą się, żeby urosnąć w siłę, żeby zbudować miasto! Większość innowacji pochodzi właśnie od nich.

– Genialnie! A gdzie jest ten Eden?

– Z tego co wiem, w samym sercu kraju, niedaleko miejsca, gdzie przed Burzą znajdowało się Saint Louis.

Pochyliwszy się ku rudzielcowi, Matt zapytał:

– Ilu was jest?

– Dwadzieścia sześć osób. Zebraliśmy się zaraz po Burzy, najpierw w zajezdni autobusowej w śródmieściu, a potem zamieszkaliśmy tutaj. Z początku było nas więcej, ale... Później się zorganizowaliśmy i nieźle dajemy sobie radę. Wystarczy przestrzegać pewnych zasad, a wtedy wszystko jest w porządku.

– Jakich zasad?

– Po pierwsze, codziennie myć zęby, i to po kilka razy. Bo jeden kumpel miał próchnicę i bez dentysty to się szybko zamieniło w koszmar nie do zniesienia. Prawie każdego dnia musieliśmy zwiększać dawkę leków przeciwbólowych.

– W jaki sposób go wyleczyliście?

Mike wbił wzrok w talerz z zupą.

– Nie wyleczyliśmy go. Zmarł z powodu leków. Za dużo ich wziął.

Trójka nastolatków pogrążyła się w kłopotliwym milczeniu. Amber, która trzymała się nieco na uboczu, podeszła bliżej i zapytała:

– Gdzie śpicie?

Mike zmierzył ją tak, jakby palnęła jakieś kompletne głupstwo.

– Chłopcy w sali numer dwa, dziewczyny w sali numer trzy – powiedział z zalęknioną miną.

– Coś takiego, zupełnie jak na naszej wyspie! – zauważyła ze śmiechem Amber. – Dziewczyny po jednej stronie, chłopaki po drugiej. To zabawne, że wszyscy tak robimy!

Mike skrzywił się, przytakując, niezdolny zapanować nad skrępowaniem, jakie czuł w obecności Amber. Wstał, pożegnał się z Mattem i Tobiasem, po czym się oddalił.

– Co ja takiego zrobiłam? – zasmuciła się Amber.

– Nie wydaje mi się, żeby chodziło o ciebie – stwierdził Matt, wpatrując się kolejno w twarze osób, które ich obserwowały i szeptały między sobą pozbijane w grupki.

Po kolacji Terrell zgromadził wszystkich wokół trójki przybyszów, a wtedy rozpoczęła się gra w pytania i odpowiedzi. Po jednym pytaniu zadawanym przez Matta lub Tobiasa padały trzy ze strony gospodarzy. Do Amber błyskawicznie dotarło, że nie jest tu mile widziana i że nie ma sensu, by wtrącała się do rozmowy. Założyła ręce na piersiach, poprzestając na słuchaniu z sercem ściśniętym z powodu tej niesprawiedliwości.

Piotrusie najbardziej martwili się tym, co się działo ze światem zewnętrznym. W jaki sposób organizują się pozostałe wspólnoty, czy jest ich dużo? Matt i Tobias udzielali jak najbardziej wyczerpujących odpowiedzi, wydobywając z pamięci wspomnienia słów zasłyszanych z ust Długodystansowców, którzy przewinęli się przez Wyspę Carmichaela.

– Dlaczego żaden Długodystansowiec się już u nas nie zatrzymał? – chciał wiedzieć jakiś mały chłopiec.

– Nie mam pojęcia – przyznał Matt. – Bardzo trudno im zlokalizować osadę Piotrusiów, muszą starannie obserwować obrzeża każdego mijanego miasta, żeby natrafić na ślady. Większość wspólnot się ukrywa ze strachu przed drapieżcami, Żarłokami i Cynikami.

– W jaki sposób Długodystansowcy znajdują wioski Piotrusiów? – dopytywało się inne dziecko.

– Nie wiem.

Mimo złożonej sobie obietnicy Amber, która pasjonowała się tym zagadnieniem, wtrąciła:

– Zaczynają od szukania sklepów spożywczych albo supermarketów i sprawdzają, czy są tam ślady ludzkiej aktywności. Następnie krążą wokół stref naturalnych ogrodów; świeże owoce są niezbędne dla zdrowia Piotrusiów, a Długodystansowcy o tym wiedzą. Jeśli zauważą ślady regularnej aktywności, istnieją spore szanse, że to obszar zamieszkany. Wtedy wystarczy tylko wypatrywać dymu z ognisk albo próbować podążyć za świeżym tropem. Potrzeba determinacji, wiele odwagi i łutu szczęścia. Ale możecie być pewni, że prędzej czy później zawita tutaj jakiś Długodystansowiec, a wówczas znów znajdziecie się na liście i będą do was docierały wieści, to tylko kwestia czasu.

Wszyscy słuchali jej z uwagą i nieufnością. Ledwie skończyła, odwrócili od niej głowy.

– Kontrolujecie przeobrażenie? – dodał Tobias.

– Co takiego? – zapytał jakiś upstrzony piegami wyrostek.

– Przeobrażenie. Właśnie tak nazywamy nasze zdolności. Chyba zauważyliście zmiany, jakie zaszły w waszych ciałach w ciągu ostatnich miesięcy, prawda? Jedni z was są szybsi niż kiedyś, inni silniejsi, może ktoś potrafi rozpalić ogień jednym palcem albo przesuwać przedmioty za pomocą myśli, nic z tych rzeczy?

Głos zabrał Terrell.

– Nikt tutaj nie potrafi robić nic takiego. A teraz, dopóki pozostaniecie u nas, nie poruszajcie więcej tego tematu; wszystko, co może nas zmienić, jest złe.

– Ale...

– Przestrzegaj naszych zasad! – uciął sucho Terrell.

Matt skorzystał z zamieszania, żeby przemówić i wyjawić ich plan:

– Nie pójdziemy na zachód, żeby znaleźć przesmyk w Ślepym Lesie, zamierzamy go przekroczyć tutaj, jak tylko do niego dotrzemy.

– Przekroczyć go? – powtórzyła jakaś mała dziewczynka. – Tam jest pełno potworów!