Królowa mafii - Piotr Pytlakowski, Monika Banasiak - ebook
lub
Opis

Żona Słowika opowiada Piotrowi Pytlakowskiemu o gangsterach, miłości i zdradzie.

Tajemnicza i ekscytująca Monika Banasiak, czyli Słowikowa. Oskarżono ją o kierowanie gangiem. Po wyjściu z aresztu zdecydowała się przerwać milczenie i opowiedzieć Piotrowi Pytlakowskiemu o swoim niezwykłym życiu.

Była żoną słynnego gangstera Słowika. Mówiono, że to związek aż po grób. Słowik budził wśród innych gangsterów strach, Monika – szacunek i podziw. Piękna dziewczyna z dobrego domu, studentka medycyny, weszła do egzotycznego dla niej świata narkotyków i zbrodni i wspięła się na sam szczyt.

Kochała i była wierna, nawet kiedy Słowik trafił na wiele lat za kraty. Ale w końcu spotkała innego, dla którego straciła głowę. Słowik mógłby wybaczyć jej wszystko, ale nie zdradę. Związek najsłynniejszej pary polskiej mafii się rozpadł.

Monika Banasiak fascynująco opowiada o swoim życiu w mafii, o złych mężczyznach, którzy ją otaczali, o ich żonach i kochankach, o miłości i zbrodni. To pierwsza tak szczera relacja najważniejszej kobiety w gangu pruszkowskim. Nie ma dla niej tematów tabu. Ujawnia wszystko aż do bólu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 254


„Wolność to stan umysłu”.

Mahatma Gandhi

Zamiast wstępu

Wiedziałem, że się spotkamy, jeszcze kiedy Monika siedziała w areszcie. Ktoś się do mnie zgłosił z pytaniem, czy chciałbym napisać książkę razem z tą słynną byłą żoną gangstera Słowika. Czyli ze Słowikową, jak ją nazywano. Ona miała niedługo wyjść, bo sąd już orzekł, że zostanie zwolniona, jeżeli wpłaci kaucję, bodajże 120 tysięcy zł. Kiedy dziennikarz słyszy taką propozycję, raczej nie odmawia. Nie odmówiłem.

Monika Banasiak wyszła na wolność 8 października 2015 r. Kilka dni potem się spotkaliśmy. Przyjechała do redakcji „Polityki”, gdzie pracuję. Nie wyglądała na osobę, która wiele ostatnich miesięcy spędziła za kratami. Elegancko ubrana, na twarzy dyskretny makijaż. Spodziewałem się innej Słowikowej. Przecież żona gangstera nie powinna rozmawiać o literaturze, cytować Remarque’a i Hemingwaya, wtrącać do rozmowy myśli Kanta i Hegla oraz powoływać się na Kotarbińskiego. Monika stanowczo burzyła mój obraz kobiety z pruszkowskiego świata.

Szybko przeszliśmy na ty, bo Monika jest bezpośrednia i skraca dystans. Odbyliśmy dziesiątki rozmów, wszystkie za jej zgodą nagrywałem. Tak powstała ta książka, w której Monika opowiada o swoim życiu, o mafii, o Słowiku, Wadimie, o przygodach, jakie jej się przytrafiły, o miłości i zdradzie. Opowiada też o więzieniu. To jej ostatnia trauma. W czasie kiedy rozmawiamy, właśnie się z niej wyzwala.

Zaproponowała, aby książkę rozpoczęła anonimowa rozmowa, z jaką się utożsamiła. Ktoś ją umieścił w internecie. – To o mnie, chociaż ktoś, kto to pisał, nigdy mnie nie poznał – powiedziała. – Ja też coś straciłam, tylko jeszcze nie wiem co.

Dobrze, Moniko. Tak zaczniemy.

Piotr Pytlakowski

Rozmowa z internetu

– Czy myślisz, że zaszły w tobie jakieś zmiany w ciągu ostatniego roku? Jakie?

– Zrodziło się we mnie więcej obojętności. Odwróciło się kilku ludzi. Kilka razy upadłam i nie potrafiłam się podnieść. Więcej niż kilka razy płakałam i nie umiałam przestać. Kogoś znienawidziłam, a kogoś chyba pokochałam. Ktoś dał mi lekcję życia. Uświadomiłam sobie, że nic nie jest na zawsze i że ludzie już do końca świata pozostaną egoistami. Przez cały rok trzymałam za rękę nadzieję, wierząc, że to pomoże. Zwątpiłam bardziej w międzyludzkie zaufanie. Postawiłam na swoim i dużo przez to w ciągu ostatniego roku wygrałam. Stałam się silniejsza na pokaz, słabsza, gdy zostaję sama. Polubiłam samotność, noc i ciszę. I wydaje mi się, że coś straciłam. Tylko jeszcze nie wiem co.

Na pewno zapytacie, dlaczego napisałam tę książkę. Oto powody.

Wierzę w dobro, choć może nikt mi nie uwierzy.

Wierzę, że za wszystko, co uczyniliśmy, przyjdzie nam zapłacić. I z pokorą płacę za to wielką cenę.

Nigdy nie byłam święta. I nigdy nie będę.

Możliwe, że zbyt długo uczyłam się rozumienia tego, co dobre, a co złe.

Być może zbyt wiele przekroczyłam granic. I co najgorsze, na przekroczenie zbyt wielu granic pozwoliłam innym, nieświadomie, bez premedytacji, milcząc.

I muszę stawić temu czoło.

Zdecydowałam się ponieść konsekwencje mojego milczenia.

I je przerwać.

Przez lata powiedziano i napisano o mnie wiele kłamstw, oskarżano mnie o nikczemności i czyny, których nie popełniłam. Krążą o mnie legendy i historie iście abstrakcyjne. Nie o wszystkim mogę dzisiaj powiedzieć, nie wszystko sprostować. Ci, którym zależy na moim milczeniu, doskonale wiedzą, że nie należy mnie drażnić. Sprowokowana nie zawaham się.

Przyszedł czas, by ludzie poznali prawdę o mnie i moim życiu.

W moim umyśle istnieje imperatyw, który każe mi kończyć wszystko, co zaczynam. Tą książką chcę zamknąć pewien rozdział w moim życiu. Niechlubny, acz inspirujący.

Zmiany są na ogół wymuszone ekstremalnymi wydarzeniami. Dla mnie takim przełomowym momentem był pobyt w więzieniu. Nie spodziewałam się, że mam w sobie tyle siły, by to piekło przetrwać. Jedynie znalezienie w sobie pokory pozwoliło mi przejść przez nie z godnością. I wyjść jeszcze silniejszą. Odartą ze złudzeń i nadziei.

Już wiem, że mogę liczyć tylko na nielicznych i prawie nic nie jest nam dane na zawsze. Nie wierzę w słowa „zawsze” i „nigdy”.

Ta książka to sposób na oczyszczenie.

Liczę, że życie da mi kolejną szansę. Byłam na szczycie i jeszcze na niego wrócę. Ale to będzie inny szczyt. Nie dla siebie. Dla tych niewielu, którzy przy mnie trwali.

Dla mojej Mamy, która nigdy nie zasłużyła na to, ile musiała znieść.

Dla Taty, który na mnie zaczekał, by przed śmiercią mnie zobaczyć.

Dla mojego syna, którego za wszelką cenę i bez strachu odzyskam.

Dobro zwycięża. I czas na to najwyższy.

Nie jestem królową mafii.

Nie jestem już żoną Słowika.

To ja. Po prostu Monika.

Monika Banasiak

Rozdział 1

O Saskiej Kępie,

ucieczce z własnego ślubu

i paryskiej kawie ze Słowikiem

Dzień dobry. Czy tak należy witać się z czytelnikami? Nie mam pojęcia, bo nigdy nie pisałam książek.

Nazywam się Monika Banasiak, a z domu jestem Zielińska. To ja, ta tajemnicza pani Słowikowa, jak mnie nazwałeś w jednym ze swoich artykułów, Piotrze. Mój były już mąż nosi pseudonim Słowik. No to ja jestem Słowikowa.

Media przedstawiały Andrzeja jako czołowego polskiego gangstera. No cóż, nie będę z tym polemizowała, byłoby to niemądre. Byłam żoną gangstera, i to nie byle jakiego. Samego Słowika z pierwszych stron gazet. Świadek koronny Masa opisywał Słowika jako człowieka superniebezpiecznego, z krwią na rękach. A ja mam w pamięci Słowika czułego, kochającego i trochę nieszczęśliwego. Każdy ma swoją pamięć.

Zamierzam opowiedzieć wam, czytelnikom, i tobie, Piotrze, o moim życiu. Nie dlatego, żeby was do czegoś przekonywać albo żeby się wybielać. Nie musicie mnie polubić ani uznać, że jestem superuczciwą i niczemu niewinną byłą żoną gangstera Słowika. Ale chcę jednego. Musicie mi uwierzyć, że każde słowo w tej książce to będzie prawda. Nie mam żadnego powodu, aby ściemniać, kłamać i manipulować. Będę z wami szczera aż do bólu. Zgoda?

Na pewno chcecie wiedzieć, jak dziewczyna z dobrego domu, studentka medycyny, jedynaczka kochana przez rodziców, poznała Andrzeja Z., pseudonim Słowik, i ruszyła z nim w tę podróż przez życie, która okazała się niesamowitą jazdą bez trzymanki. Trzeba się cofnąć do początku lat 90. i mojej pracy w biurze nieruchomości u pana Wojtka P., pseudonim Pimpek.

Pimpek, jakkolwiek by to zabrzmiało, był w tamtym czasie poważnie brany pod uwagę jako kandydat na wiceministra budownictwa. Dlatego nie podaję jego nazwiska, bo według policji to mafia forsowała go do rządu. Czy tak było? Mogło być, bo był człowiekiem dobrze ustosunkowanym i wśród możnych tego świata, i w kręgach gangsterskich. Znał wszystkich.

Ja poznałam go w jednej z kawiarni na Saskiej Kępie. Obok miał swoje biuro. Kiedyś siedziałam nad kawą smutna i zamyślona, bo pan, u którego wówczas pracowałam, a było to biuro podróży, miał problem z wypłaceniem mi pieniędzy. To znaczy ja miałam problem, bo czułam się oszukana. Właściciel biura dopiero potem miał problem, kiedy Pimpek dowiedział się ode mnie o tej sprawie.

Wojtek Pimpek, jak to Wojtek, był szarmancki w stosunku do młodych kobiet. Podszedł do mnie i zapytał, dlaczego mam takie smutne, piękne oczy. Ładnie zapytał, prawda?

Opowiedziałam mu o tych pieniądzach. Dopytywał się, kto jest taki niedobry i nie chce mi wypłacić. Oznajmił, że ma takich dwóch dużych kolegów, groźnie wyglądających, którzy mogą mi pomóc wyegzekwować od tego pana pieniądze. I tak poznałam Masę i Kiełbasę, bo to byli ci dwaj groźnie wyglądający.

Jeden większy, drugi mniejszy. Masa oczywiście stosownie do swojego pseudonimu był duży, gruby, zawsze spocony i milczący. Natomiast Kiełbasa szczupły, inteligentny, bystry. I przystojny, bardzo przystojny. Powiem nieskromnie, że myśmy się od razu sobie nawzajem spodobali. Był rozmowny i bardzo otwarty, a przy tym kreatywny, pomysłowy. Więc ci dwaj panowie, jeden przystojny, drugi budzący strach, bo taki gruby i spocony, pojechali ze mną do tego biura podróży i rzeczywiście wyegzekwowali moje pieniądze.

Użyli wyłącznie argumentów słownych, absolutnie nie siłowych. I tutaj właśnie prym wiódł Wojtek Kiełbasa, jako ten mądrzejszy. Wojtek mówił, a Masa stał i robił wrażenie. Po czym panowie mnie zawieźli do biura tego pana Pimpka na Saską Kępę. Podziękowałam mu za pomoc, a on zaproponował mi pracę w swoim biurze. Zgodziłam się, tym chętniej, że mi zaproponował dosyć dużą pensję. Poza tym nie ukrywam, że miejsce było ciekawe, luksusowe, w kwiatach, pachnące, i panowie eleganccy w garniturach się tam pojawiali.

To była firma budowlana, pierwsza wtedy, powiedziałabym, w Warszawie, ponieważ oddawała, tak mówiąc kolokwialnie, „pod klucz” mieszkanie. Przychodziło się do tej firmy, płaciło się określoną kwotę pieniędzy za metr użytkowy mieszkania i w zamian dostawało się mieszkanie pod klucz, czyli łącznie z wyposażeniem, łazienką, kuchnią.

U Pimpka zostałam dyrektorem do spraw sprzedaży, czyli zajmowałam się marketingiem, zachęcałam klientów do tego, żeby przychodzili, i sprzedawałam im te mieszkania. Podpisywałam akty notarialne. Oczywiście to było wszystko zgodne z prawem.

I właśnie tam pewnego pięknego, letniego popołudnia przyszedł mój przyszły mąż, czyli Andrzej, pseudonim Słowik. To jeszcze był taki chłopaczek nieopierzony, z plerezą włosów farbowanych, bo wtedy była taka moda. Panowie nosili pasemka i robili sobie trwałą ondulację, co z perspektywy czasu wydaje się śmieszne, ale wtedy śmieszne nie było, tylko normalne. Pojawił się z błyskiem w oku i prężnym krokiem wkroczył do biura. Nie bardzo wysoki to był mężczyzna, powiedziałabym, że nawet niski. Taki mały ktoś, zagubiony chłopiec, który bardziej chciał zrobić na ludziach wrażenie. To emanowało z jego oczu. No bo nie ukrywajmy, Andrzej pochodzi ze Stargardu Szczecińskiego, małego miasteczka pod Szczecinem. Za nim przez lata będzie się ciągnął kompleks chłopca z małego miasteczka. Aczkolwiek o dosyć silnym, specyficznym i trudnym charakterze.

Więc wracając do tego dnia – pojawił się i trochę arogancko stwierdził, że on oczywiście do Wojtka. Nawet się nie przedstawił, nie powiedział dzień dobry, tylko że on do Wojtka. Zrobiło to na mnie nieprzyjemne wrażenie, wstałam i powiedziałam:

– Przepraszam pana bardzo, ale zechce pan uprzejmie się przedstawić, bo tak wypadałoby, jest pan w szacownym miejscu, to jest jedno z lepszych biur w Warszawie.

Oczywiście zrobiłam pijar ogromny. On widocznie nie przywykł, żeby ktokolwiek go strofował, w związku z czym, ku mojemu zdziwieniu, usiadł i powiedział:

– Jestem Słowik, ja do Wojtka.

A ja powiedziałam mu uprzejmie, że ma poczekać, poszłam do gabinetu Pimpka i powiedziałam:

– Wojtek, jakiś Słowik do ciebie.

Byłam przekonana, że Słowik to nazwisko.

Wojtek mówi:

– O Jezu, Moni, Słowik. No i co powiedziałaś?

– No powiedziałam, żeby usiadł i czekał.

– Zwariowałaś?!

– A co ja miałam powiedzieć, żeby wszedł? Przecież masz kogoś w gabinecie.

– Ale wiesz, przecież to Słowik. Ale wiesz, to wariat.

– Wariat? – mówię. – Jeżeli tak, to sympatyczny wariat.

– Moni, może i sympatyczny, ale zupełny wariat.

Wojtek nazywał mnie Moni. To on wymyślił ten skrót. Teraz na aktach mojej sprawy sądowej występuję jako Monika Banasiak, pseudonim Moni. Jaki to pseudonim? Skrót imienia po prostu.

Na mnie Słowik rzeczywiście zrobił wrażenie człowieka takiego trochę impulsywnego, ale do ujarzmienia. Zanim wszedł do tego gabinetu, spojrzał na mnie z taką, jak już powiedziałam, arogancją i wręcz nawet ze wzburzeniem, że kazałam mu czekać. Oczywiście osobiście wprowadziłam go do gabinetu prezesa Pimpka. Trzeba było wejść po trzech schodkach do takiego korytarzyka i potem do gabinetu szefa. To były czasy, kiedy chodziło się na dwunastocentymetrowych szpilkach, w krótkich spódnicach, które opinały pupcię, i nosiło się długi warkocz, który mi gdzieś tam w tych rejonach pupy się kończył. Powiem wprost, robiło się na facetach wrażenie. Ja wtedy jeszcze mogłam, bo teraz to już raczej nie, ale wtedy podobno mogłam. W każdym razie Andrzej, jak już bliżej się poznaliśmy, powiedział, że zrobiło to na nim wrażenie, bo na przestrzeni tych trzech stopni zrobiłam kocim, plażowym, jak on to określił, krokiem 250 ruchów i dwie rzeczy mu utkwiły w pamięci – moje oczy brązowe i te długie, długie nogi. No i tak poznałam właśnie Andrzejka.

Potem na życzenie Andrzeja wchodziłam jeszcze kilka razy do tego gabinetu. Przynosiłam kawę, bo akurat ode mnie kawy chciał się napić Andrzejek. Wodę mineralną, bo mu się pić zachciało. Kiedy wchodziłam, Andrzej bacznie mi się przyglądał. Nawet trochę bezczelnie. Ja też go z ukosa obcinałam i nie ukrywam, że zafascynowały mnie jego oczy niebieskie, takie trochę płochliwe i takie trochę bezradne, kompletnie jakby niekompatybilne z tą jego agresją, z którą wszedł do biura.

W końcu Andrzej zaproponował, abyśmy umówili się na kawę. Powiedziałam, że nie przywykłam umawiać się na kawę z takimi aroganckimi mężczyznami. A ten niezrażony, że wymyśli fajne miejsce i na pewno się zgodzę. Próbuj, powiedziałam. I rzeczywiście wymyślił fajne miejsce, spróbował i mu się udało. Zaprosił mnie na kawę do Paryża. I rzeczywiście pojechałam do tego Paryża. Tam oprócz trzymania się za rękę i patrzenia sobie w oczy do niczego więcej nie doszło. Piliśmy przepyszne chablis i jedliśmy ostrygi. Chyba po raz pierwszy w życiu on wtedy jadł ostrygi. A ja po raz kolejny.

Z tymi ostrygami to mnie trochę wykorzystał. Nie wiedziałam wtedy, że go uczę, jak je jeść. Sprytnie uczył się ode mnie dobrych manier. Kiedy podszedł kelner, Andrzej zaproponował, jak na dżentelmena przystało, abym zamówiła, na co mam ochotę, a on weźmie to samo. No to zamówiłam ostrygi i powiem, że zanim zabrał się do konsumpcji, przyglądał mi się uważnie, jak te ostrygi powinno się jeść. Kiedy tak patrzył, wydawało mi się, że jest zauroczony i zapatrzony we mnie. Potem zrozumiałam, że właśnie udzieliłam mu pierwszej lekcji savoir-vivre’u.

Był bardzo ambitny, nigdy nie chciał pytać, jak należy się zachowywać, jakie wino dobierać do jakiego mięsa, jak się ubierać gustownie. Jak on czegoś nie wiedział, to obserwował. I w ten sposób się uczył. To taka jego inteligencja emocjonalna. No i z tego Paryża wróciliśmy do Polski, potem był sylwester, były narty w Davos i długie spacery po parku. Wszyscy się dziwili, jak to jest możliwe, że Słowik takie rzeczy robi z kobietą, bo on raczej był arogancki w stosunku do wszystkich, do kobiet też.

Pierwszy raz kochaliśmy się właśnie w Davos, podczas tej narciarskiej wyprawy. Uczyłam go jeździć na nartach. Ja uwielbiam narty. Jak się kochać, nie musiałam go uczyć. Był w tym naprawdę świetny.

Jazda na nartach to jedna z rzeczy, które podobno dobrze robię i lubię. Nie jeżdżę na krechę, ale klasycznie, krystianią, jak w starych dobrych czasach. Kolanko pod kolanko, jak ktoś jeździ na nartach, to powinien wiedzieć, o czym mowa. Przeszłam dobrą szkołę na Gubałówce. Tam właśnie rodzice mnie w trzecim roku życia na narty postawili. Po latach to samo zrobiłam ze swoim synem, który również świetnie jeździ. To mi się udało zrobić, jeszcze go nauczyłam jeździć na nartach, zanim trafiłam za kraty i utraciłam z nim kontakt.

Skoro mowa o moich rodzicach, to wyjawię, że pochodzę z rodziny mieszczańsko-artystycznej, z korzeniami mieszanymi, trochę żydowskimi, a trochę innej mieszanki. Te żydowsko-łódzkie to po mieczu. Tata urodził się w Łodzi, mama taty była Żydówką z raczej bogatej rodziny, mieli sklep jubilerski na Piotrkowskiej. Po babci odziedziczyłam dwie duże działki i część kamienicy. Jak poznałam Andrzeja, to nie byłam biedną dziewczynką, która prosiła o pięć złotych na rajstopy. Miałam pieniądze ze spadku. Można powiedzieć, że byłam posażną panną.

Ojciec mojego taty to lwowiak z krwi i kości. Pod Lwowem miał majątek ziemski. Zieleniewo, tak to się nazywało. Nosił się jak ziemianin, zawsze chodził w muszce, kupował pączki u Bliklego. Pamiętam nasze rodzinne, wspaniałe obiady u dziadków, jak przyjeżdżaliśmy z mamą i tatą do nich na ulicę Walecznych. Był tam ogromny dom, potem restauracja na dole. Taka rodzina z tradycjami, bogata, prawdziwa, związana ze sobą emocjonalnie.

Z kolei mama to dusza artystyczna, kończyła szkołę baletową w Bytomiu, w klasie tańca klasycznego. Dyplom zdawała u profesora Burkego, jednego z lepszych profesorów w tamtych latach. Tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”. Potem w „Mazowszu”. Tańczyła też w operze bytomskiej i w warszawskiej. Uczyła choreografii na Moliera, w Szkole Baletowej, a potem, już przed moim urodzeniem, to były lata 60., tańczyła w operetce warszawskiej. Po mamie odziedziczyłam temperament.

Moja mama nazywała się z domu Marietta Tatiana Rybakow. Nazwisko i imiona kojarzą się z rosyjskim pochodzeniem, ale to nie do końca prawda, bo chociaż moja mama urodziła się w Mołdawii, a to jeszcze kiedyś była republika należąca do ZSRR, jej rodzina to była mieszanka niemiecko-włosko-rosyjska. W każdym razie ja jestem mieszanką, może dlatego jestem taka zwariowana. Jak widać, pochodzę z rodziny multi-kulti, w najwyższym stopniu narodowościowy miks. Taka krew podobno jest najbardziej gorąca.

Moja babcia prowadziła na Saskiej Kępie kawiarnię Sułtan. To kultowe w latach 60. i 70. miejsce. Przychodziła tam ówczesna bohema, artyści, piosenkarze, pisarze, ale też tak zwani prywaciarze i złota młodzież. Ciekawi, przeróżni ludzie. I w tej kawiarni bywała Agnieszka Osiecka. Przyjaźniła się z moimi rodzicami. Napisała Piosenkę dla Zielińskiej, śpiewali to Skaldowie. Krążyła opinia, że był to prezent dla jednego z braci Zielińskich ze Skaldów, który akurat brał ślub, ale ja znam inną opinię. To był wiersz dedykowany mojej mamie. Dotyczy Saskiej Kępy, a bracia Zielińscy mieszkali w Krakowie, nie mieli nic wspólnego z Saską. Agnieszka Osiecka przychodziła do Sułtana na kawę, miała swój stały stolik. A potem moja mama pamięta ją z tych najgorszych już czasów, kiedy niestety chodziła w jednej skarpetce po Saskiej Kępie, kiedy miała te ogromne załamania nerwowe.

Do Sułtana przychodził także sławny śpiewak operetkowy Mieczysław Wojnicki, ten, który śpiewał słynne Jabłuszko pełne snu. Kochał się w mojej mamie. Cała operetka warszawska przychodziła. Do babci mojej co czwartek przychodziły panie na brydża, jeszcze zachował się taki stolik specjalnie do brydża z zielonym suknem, elegancki. Pamiętam jak przez mgłę te czasy, kiedy jeszcze Józia, która była u nas służącą, podawała przyjaciółkom babci ciasteczka i herbatkę.

Sułtana już nie ma. Najpierw należał do mojej babci, potem do mojego chrzestnego, a potem przechodził z rąk do rąk. Jakiś czas funkcjonował pod nazwą Maska. Dzisiaj nazywa się jeszcze inaczej.

Opowiadam o tym wszystkim, żeby pokazać, jakim paradoksem było moje życie. Dziewczyna z dobrego domu, która powędrowała do innego świata. Podobno ciekawszego. To we mnie kiełkowało od dawna. Chciałam narozrabiać. Poczuć się niegrzeczną dziewczynką. Wiele kobiet ma takie ciągoty, ale brakuje im odwagi. Ja się odważyłam.

W liceum byłam jeszcze grzeczna. Skończyłam słynną „Czwórkę”, ogólniak imienia Mickiewicza, jeden z trzech najlepszych wtedy w Warszawie. Wtedy Batory był na topie, Mickiewicz i jeszcze Rejtan. Po maturze próbowałam dostać się na medycynę, ale zdałam na farmację. Nie chciałam na farmację, chciałam uparcie na medycynę. Pracowałam dziewięć miesięcy w szpitalu na Mokotowie, przy ulicy Goszczyńskiego, żeby uzbierać punkty. Zasuwałam szmatą, zmywałam krew i ropę na sali operacyjnej. Brałam dodatkowe dyżury, chciałam zobaczyć, jak wygląda ten szpital prawdziwy, nie filmowy. Zdobyłam dziewięć punktów, przydały się, dostałam się na medycynę, ale jej nie skończyłam, bo się zakochałam, na IV roku poszłam na urlop dziekański i już tak zostało.

Zakochałam się w chłopcu z dobrego domu. Taki trochę pogubiony był, ale go wyprowadziłam na ludzi. Dzięki mnie zdał dobrze maturę i dostał się na studia. Zaplanowaliśmy ślub, ale w ostatniej chwili odwidziało mi się. Uciekłam sprzed ołtarza, dosłownie. Czemu? Bo był za nudny, chyba. Już wtedy wiedziałam, że potrzebuję czegoś innego. Już się we mnie zagotowało i uciekłam sprzed ołtarza. Już jadąc do kościoła, wiedziałam, że to zrobię. Kazałam kierowcy limuzyny ślubnej czekać, bo będę go potrzebować. Ksiądz zapytał, czy biorę tego oto Krzysztofa za męża, a ja krzyknęłam, że nie. Krzysiek spytał, czemu to mu robię. Ale nie odpowiedziałam, bo już pędziłam do wyjścia. Kiedy wybiegałam z kościoła, wszyscy wpadli w szok, a mama zemdlała. Kazałam kierowcy, żeby zawiózł mnie do domu i czekał. Miałam spakowany plecak, wzięłam narty i pojechaliśmy na dworzec. Ruszyłam w góry.

Krzysiek chciał sobie potem ułożyć życie, ożenił się, miał dziecko, ale gdzieś tam z tyłu głowy zawsze mnie miał, dzwonił do mojej mamy, dzwonił do mnie. Któregoś razu nie było mnie w Polsce, bo wyjechałam z Andrzejem, i nagle otrzymałam wiadomość, że Krzysiek skoczył z dachu. Podobno ostatnie dwa połączenia na komórce były do mojej mamy i do mnie. Ani do niej, ani do mnie się nie dodzwonił. To straszne. Może gdybym z nim porozmawiała, zmieniłby decyzję.

Byłam na jego pogrzebie i ta śmierć do dzisiaj nie daje mi spokoju. Tak sobie myślę, że całe życie plączemy się między dobrymi i złymi wyborami. Zawsze tylko my jesteśmy odpowiedzialni za drogę, jaką idziemy. Krzysiek wybrał tak, jak chciał. Efektem mojego wyboru, kiedy zakochałam się w Słowiku i wyszłam za niego za mąż, jest to, że teraz siedzę przed tobą i wyrzucam z siebie wszystko, co gniotło mnie przez lata. Taka spowiedź.

Słowika poznałam w 1989 roku. Wyobraźcie sobie ten mezalians. Dziewczyna z dobrego domu, niedoszła lekarka, poznaje jednego z czołowych polskich gangsterów. Gwoli prawdy, wtedy nie był jeszcze gangsterem, raczej złodziejem. Z zawodu fryzjer, wyuczył się tego fachu, odsiadując wyrok za kradzieże w zakładzie karnym w Płocku. Nawet podobno był dobrym fryzjerem męskim. I ten chłopczyk ze Stargardu Szczecińskiego, który był wtedy nieznanym światu złodziejem, przyjechał do Warszawy, żeby w wielkim mieście się ukryć. Bo trzeba wiedzieć, że wyszedł z więzienia na przepustkę i już nie wrócił. To się fachowo nazywa niepowrotem. Wybrał Warszawę, bo tu mieszkał jego poznany w kryminale przyjaciel, niejaki Zygmunt R., pseudonim Bolo albo Raźniaczek. Według mnie ten Zyga był tak naprawdę jedynym prawdziwym przyjacielem Słowika w całym jego życiu.

Zyga był bardzo męski, dobrze zbudowany, robił dobre wrażenie. Wyszedł wcześniej z więzienia i z tego, co pamiętam, to załatwił Andrzejowi taki telegram o śmierci mamy, który oczywiście był fikcyjny. W tym czasie dawało to możliwość wyjścia na pogrzeb. I Andrzej wyszedł, i już nie wrócił. Przyjechał do Warszawy do Zygmunta, Zygmunt wtedy mieszkał na Żoliborzu i załatwił Słowikowi jakieś mieszkanie u swojej koleżanki. No i Andrzej zaczął funkcjonować razem z Zygmuntem, wchodził w ten świat warszawski. Zyga był dla niego kimś w rodzaju mentora. Andrzej bardzo słuchał się Zygmunta i bardzo go szanował, do dzisiejszego dnia chyba tak jest, to jest jedyny prawdziwy przyjaciel i jedyny człowiek, który wie, jaki Andrzej jest. Oprócz mnie, bo ja też wiem, jaki Andrzej jest naprawdę.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd.,

Poznań 2016

Text © copyright by Monika Banasiak and Piotr Pytlakowski, 2016

All rights reserved

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Krzysztof Tropiło

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Michał Pawłowski / www.kreskaikropka.pl

Fotografia na okładce

© Kristina Hruska/Millennium Images, UK

Wkładka ilustracyjna: O ile nie zaznaczono inaczej, zamieszczone fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Moniki Banasiak.

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Królowa mafii, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-723-9

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl