Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 550 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Królowa Karaibów - Klementyna Suchanow

Klementyna Suchanow wyruszyła na Kubę, aby odnaleźć korespondencję będącą świadectwem bliskiej więzi łączącej poetę Virgilia Pińerę z Witoldem Gombrowiczem. Czas spędzony na niełatwych poszukiwaniach daje możliwość poznania kraju, który dziesięciolecia socjalizmu doprowadziły do stanu zapaści gospodarczej. Opis rzeczywistości pełnej absurdów przeplata się z opowieścią o losach „czterech muszkieterów rewolucji": Fidela Castro, Ernesta Che Guevary, Camila Cienfuegosa i Hubera Matosa. Najnowsza historia Kuby odbija się także w barwnym życiorysie Pińery. Królowa Karaibów to książka wielowątkowa, łącząca elementy reportażu, biografii i eseju literackiego. Ta mozaika tworzy złożony obraz kraju, który nie przestaje nas intrygować.

Nie tylko Kuba, nie tylko Virgilio, cały świat przeżywa fascynację fotogenicznymi chłopcami z Sierra Maestra. Ich wizerunek jest tak inny od dotychczasowego wyobrażenia o tym, jak może wyglądać mąż stanu - zwykle stary, brzydki i gruby. Trend wyznaczali przecież Roosevelci, Churchille, Eisenhowerzy, Staliny, Chruszczowy, de Gaulle'e. Kubańscy brodacze wprowadzają nowy styl. Romantyczne długie włosy, nonszalancja, pewność siebie i muskulatura zamiast opasłych brzuchów.

(fragment)

Opinie o ebooku Królowa Karaibów - Klementyna Suchanow

Fragment ebooka Królowa Karaibów - Klementyna Suchanow

KLE­MEN­TY­NA SU­CHA­NOW

Kró­lo­wa Ka­ra­ibów

Co­py­ri­ght © by Kle­men­ty­na Su­cha­now, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Prze­klę­ta oko­licz­ność wody wszę­dzie do­ko­ła

zmu­sza mnie, bym usiadł przy sto­li­ku z kawą.

Gdy­by nie po­czu­cie, że woda ota­cza mnie jak rak,

mógł­bym spo­koj­nie za­snąć.

Pod­czas gdy chłop­cy ścią­ga­li z sie­bie ubra­nia, by rzu­cić się do wody,

dwa­na­ście osób umie­ra­ło w po­ko­iku z cia­sno­ty.

Kie­dy nad ra­nem że­bracz­ka wśli­zgu­je się do wody

i gdy wła­śnie myje swój su­tek,

przy­wy­kam do por­to­we­go smro­du,

przy­wy­kam do tej ko­bie­ty, któ­ra nie­zmien­nie ma­stur­bu­je,

noc w noc, żoł­nie­rza na war­cie, w cza­sie gdy ryby śpią.

Fi­li­żan­ka kawy nie jest w sta­nie od­da­lić ode mnie tej upo­rczy­wej my­śli,

kie­dyś ży­łem jak Adam.

Co przy­nio­sła ta me­ta­mor­fo­za?

Vir­gi­lio Pi­ñe­ra, La isla en peso (Cię­żar wy­spy), 1942

(przeł. Kle­men­ty­na Su­cha­now)

Wszyst­kim moim ami­gos

Mea Kuba

Kubę od­krył Krzysz­tof Ko­lumb oraz jego to­wa­rzy­sze po­dró­ży (dwaj geje o na­zwi­sku Pin­zón, Cy­ga­nie z Tria­ny i Je­re­zu, prze­chrzta Tor­res i naj­prze­róż­niej­sze, choć owia­ne jed­nym du­chem, za­ło­gi) dnia 28 paź­dzier­ni­ka 1492 roku. Była to nie­dzie­la.

„Mówi Ad­mi­rał” – któ­re­go pió­ro pro­wa­dzi oj­ciec Bar­to­lo­mé de las Ca­sas – „iż nig­dy rze­czy pięk­niej­szej nie wi­dział”. Była to więc pew­na wer­sja raju.

Na ma­pie Ame­ry­ki, któ­ra wte­dy jesz­cze nie na­zy­wa­ła się Ame­ry­ką, z 1501 roku, Kuba po­ja­wia się dwa razy. Wpierw jako wy­spa, póź­niej jako kon­ty­nent.

Gu­il­ler­mo Ca­bre­ra In­fan­te, Mea Kuba (przeł. Mar­cin Mał­kow­ski)

na­gra­nia naj­wyż­szej ja­ko­ści – po­słu­chaj ulu­bio­ne­go au­to­ra – wrzuć mo­ne­tę

(Vir­gi­lio Pi­ñe­ra, „Vic­tro­la. Pi­smo Ru­chu Upo­ru”)

Wy­stę­pu­ją:

Vir­gi­lio

Wi­tol­do

Hu­ber

Fi­del

Er­ne­sto

Ca­mi­lo

Re­wo­lu­cja

Kuba

Hi­sto­ria

Ja

He­sia

oraz inni

odcinek pierwszy

27 kwiet­nia 2007, pią­tek

Tym ra­zem był pią­tek, gdy Ko­lumb po­ko­nał nie­bo, do tego był ko­bie­tą, i za­no­to­wał:

Na lot­ni­sku w Ha­wa­nie jest plac za­baw, sa­mo­cho­dzi­ki dla chłop­ców i lal­ki dla dziew­czy­nek oraz ma­te­rac dla znu­dzo­ne­go ro­dzi­ca. Kon­takt z urzęd­ni­ka­mi przy­jem­ny, ale po­zy­tyw­ne wra­że­nie psu­je dwu­go­dzin­ne cze­ka­nie na ba­gaż. Nie ma mo­jej wa­liz­ki. Szyb­ki ra­chu­nek strat. Roz­mo­wa w punk­cie Lost and Fo­und. W kom­pu­te­rze pani z okien­ka brak in­for­ma­cji. Aż tu na­gle – bin­go – na ta­śmie trans­por­to­wej wy­kwi­ta zna­jo­ma czer­wień. Nie za­sta­na­wiam się nad me­cha­ni­zmem deus ex ma­chi­na. Ru­szam w mia­sto.

Pod­jeż­dża no­wo­cze­sna tak­sów­ka. Funk­cjo­na­riusz­ka lot­ni­ska ka­te­go­rycz­nie każe mi do niej wsia­dać. To bę­dzie mój pierw­szy kon­takt ze zna­nym ze sły­sze­nia dy­cho­to­micz­nym po­dzia­łem ku­bań­skie­go świa­ta na stre­fę tu­byl­czą i tu­ry­stycz­ną. Moja ele­ganc­ka taxi mknie spraw­nie po do­brych dro­gach, a obok fur­czą i stę­ka­ją lo­kal­ne po­jaz­dy w sta­nie roz­syp­ki. Jed­nak twa­rze ich kie­row­ców we­so­łe i chęt­nie prze­sia­dła­bym się, po­ga­da­ła. Mój kie­row­ca tyl­ko gbu­ro­wa­to mil­czy. Nie wiem, kie­dy i jak z lot­ni­ska do­sta­li­śmy się do mia­sta, bo ja­koś nie za­uwa­ży­łam, gdzie się po­czę­ło to mia­sto. Ciem­no­ści na uli­cach, go­dzi­na dwu­dzie­sta trze­cia, w mie­ście brak prą­du. W pew­nym mo­men­cie roz­po­zna­ję jed­nak zna­ny ze zdjęć plac Re­wo­lu­cji z bu­dyn­kiem mi­ni­ster­stwa i por­tre­tem Che Gu­eva­ry. Gdzieś nie­da­le­ko stąd jest mój ku­bań­ski dom.

Se­ño­ra Ana, miła pani koło sześć­dzie­siąt­ki, po­ka­zu­je czy­sty po­ko­ik (co za od­mia­na po ob­skur­nym ho­te­lu w do­wn­town Mia­mi). Bę­dzie mi tu do­brze, bli­sko na uni­wer­sy­tet i targ z owo­ca­mi, wła­śnie jest se­zon na man­go. Cze­góż wię­cej po­trze­ba? Okna mo­je­go po­ko­ju wy­cho­dzą na uli­cę. To do­brze. Miesz­kam w dziel­ni­cy Ve­da­do, po­noć ele­ganc­ka, jak mó­wią go­spo­da­rze, ale cała w ru­inach. Spo­glą­dam przez ża­lu­zje. Na rogu dwaj mło­dzień­cy. Piąt­ko­wa noc, zwie­rze­nia na chod­ni­ku. Czy ona ko­cha? Wła­ści­wie to bar­dziej po­do­ba mu się ta dru­ga? Ju­tro pój­dą gdzieś po­tań­czyć? O czym mogą roz­ma­wiać? Nie sły­chać. W po­ko­ju te­le­wi­zor Sony z czte­re­ma pro­gra­ma­mi, lo­dów­ka Sam­sung. Wia­do­mo­ści do­ty­czą przy­go­to­wań do ob­cho­dów pierw­szo­ma­jo­wych, póź­niej prze­ko­nam się, że żyje nimi całe mia­sto. Na in­nym ka­na­le film ame­ry­kań­ski. Emi­sja koń­czy się, jak Pan Bóg przy­ka­zał, o pół­no­cy. Za­sy­piam, jest cie­pło, na ra­zie ob­cho­dzę się bez kli­ma­ty­za­cji.

Po co tu je­stem? Tak żal było zo­sta­wiać He­się. I po co mi słoń­ce, któ­re­go nie lu­bię? Cóż, mi­sja. Mu­szę od­na­leźć li­sty Wi­tol­da Gom­bro­wi­cza do jego ku­bań­skie­go przy­ja­cie­la Vir­gi­lia Pi­ñe­ry. A przy oka­zji może od­po­wiem so­bie na py­ta­nie, dla­cze­go od dłuż­sze­go cza­su czy­tam tyl­ko o ku­bań­skiej re­wo­lu­cji.

1. Che Gu­eva­ra, Ca­mi­lo Cien­fu­egos iJosé Mar­tí.

kim był Vir­gi­lio?

Kim był Vir­gi­lio, któ­ry spro­wa­dza mnie na Kubę? Uro­dzo­ny 4 sierp­nia 1912 roku (o osiem lat młod­szy od Wi­tol­da, uro­dzo­ne­go rów­nież 4 sierp­nia, ale w da­le­kiej i po­sęp­nej Pol­sce, pod Ostrow­cem Świę­to­krzy­skim), w miej­sco­wo­ści Cár­de­nas, pro­win­cja Ma­tan­zas. Czy­li na wschód od Ha­wa­ny, nad tą samą za­to­ką, przy któ­rej po­ło­żo­ny jest ku­rort Va­ra­de­ro, do­kład­nie na­prze­ciw­ko flo­rydz­kie­go Key West, przy­szłe­go domu Er­ne­sta He­min­gwaya. Moż­na by na­wet wy­kre­ślić pro­stą li­nię z jego domu w po­łu­dnio­wym sta­nie USA do domu Pi­ñe­ry, gdy­by tyl­ko nie roz­mi­nę­li się w cza­sie, bo na ra­zie He­min­gway jest trzy­na­sto­lat­kiem i miesz­ka w Oak Park, na przed­mie­ściach Chi­ca­go, ma za sobą pierw­sze pró­by po­etyc­kie, „nie boi się ni­cze­go” i spę­dza czas nad Je­zio­rem Niedź­wie­dzim, strze­la­jąc do go­łę­bi. Za rok pój­dzie do high scho­ol, a gdy ją ukoń­czy, wy­ru­szy do Eu­ro­py na swo­ją pierw­szą woj­nę, gdzie za­cznie zdo­by­wać pi­sar­skie szli­fy jako re­por­ter.

Vir­gi­lio był trze­cim z sze­ścior­ga dzie­ci in­ży­nie­ra Ju­ana Ma­nu­ela Pi­ñe­ry, któ­ry „po­dą­żał za ru­ty­ną dni i przy­jął mał­żeń­stwo jako jed­no z ko­niecz­nych nie­szczęść”, a dzie­ci „ro­bił z bra­ku in­nych waż­nych rze­czy do ro­bo­ty”, oraz Ma­ríi Cri­sti­ny Lle­ry – na­uczy­ciel­ki. Nikt le­piej nie jest w sta­nie opi­sać przyj­ścia na świat Vir­gi­lia niż sam Vir­gi­lio:

Uwa­żam za zby­tecz­ne po­da­wa­nie roku mego uro­dze­nia. Rok uro­dze­nia po­da­je się, gdy przy­cho­dzi się na świat w kra­ju, w któ­rym coś się wy­da­rza, coś się za­czy­na – czy to na polu woj­sko­wym, czy eko­no­micz­nym bądź kul­tu­ral­nym... [...] Ale kie­dy ja przy­cho­dzi­łem na świat – w 1912 roku (niech bę­dzie, po­dam datę, żeby za­spo­ko­ić cie­ka­wość) – nic wiel­kie­go (to do­pie­ro!) nie dzia­ło się na Ku­bie. Wy­cho­dzi­li­śmy, jak to się mówi, z okre­su ko­lo­nial­ne­go i wkra­cza­li­śmy na nową dro­gę, ska­za­ni na rolę śmiesz­ne­go kar­ła w do­li­nie ol­brzy­mów... Nie mie­li­śmy nic wspól­ne­go z żad­ną z mi­lio­na strasz­nych rze­czy, któ­re wów­czas dzia­ły się na świe­cie. Po­daj­my przy­kład: woj­na 1914 roku była dla mego ojca za­baw­ną sprzecz­ką Fran­cu­zów z Niem­ca­mi. A tak­że spo­so­bem na za­bi­ja­nie cza­su z po­wo­du bra­ku in­nych obiek­tów do eks­ter­mi­na­cji. Mój oj­ciec w to­wa­rzy­stwie in­nych oj­ców spę­dzał więk­szą część dnia na za­kli­na­niu się, że Niem­cy to wan­da­le (praw­do­po­dob­nie nig­dy nie przy­szło mu do gło­wy, by za­sta­no­wić się, co chce po­wie­dzieć, uży­wa­jąc wła­śnie tego okre­śle­nia), a Fran­cu­zi to anio­ły, że Foch to stra­teg, a Lu­den­dorff krwio­żer­ca. Z ko­lei moja mama, prze­wo­dząc ciot­kom i in­nym krew­nym, przyj­mo­wa­ła wia­do­mo­ści o nie­uchron­nym upad­ku Pa­ry­ża do­słow­nie, wy­pa­tru­jąc Niem­ców na­wet w zu­pie. Pew­ne­go dnia, gdy gru­ba ber­ta za­grzmia­ła do­nio­ślej niż zwy­kle nad pa­ry­ski­mi da­cha­mi, za­bro­nio­no nam wy­cho­dze­nia na uli­cę, gdyż oba­wia­no się bom­bar­do­wa­nia!1

W dniu za­koń­cze­nia woj­ny tłu­my zbie­ra­ją się w głów­nym par­ku mia­sta, do­kąd oj­ciec za­bie­ra dzie­ci. Vir­gi­lio ma sześć lat i po­zna smak lo­dów – bę­dą­cych wte­dy na Ku­bie no­wo­ścią – zwa­nych ski­mo pie. Rok przed koń­cem woj­ny oj­ciec stra­cił pra­cę, ale dzię­ki hos­sie na gieł­dzie ro­dzi­nę stać na nad­mor­skie wa­ka­cje. W 1919, gdy alianc­cy żoł­nie­rze zdą­ży­li po­znać już za­pach bro­ni che­micz­nej pod Ypres, cena cu­kru ku­bań­skie­go wzro­sła z 1,9 cen­ta za funt do 9,2. Cała Kuba wi­ro­wa­ła w sza­lo­nym tań­cu z mi­lio­na­mi (jak w mu­si­ca­lu La dan­za de los mil­lo­nes, wy­sta­wia­nym w Te­atro Na­cio­nal). W la­tach 1920–1921 na­dej­dzie kry­zys i fala ban­kructw – upad­nie Ban­co Na­cio­nal, ma­ją­cy sto trzy­dzie­ści fi­lii, oraz osiem­na­ście in­nych ku­bań­skich ban­ków. Na ra­zie jed­nak ro­dzi­na Vir­gi­lia ma się do­brze i sze­ścio­let­ni ra­chi­tycz­ny chłop­czyk ką­pie się w śmiesz­nym stro­ju się­ga­ją­cym ko­lan oraz wy­bie­ra się na prze­jażdż­ki kon­nym tram­wa­jem. A na Trzech Kró­li ro­dzi­ce ku­pu­ją dzie­ciom ame­ry­kań­skie pia­ni­no Ha­mil­ton. Vir­gi­lio chce się uczyć gry na pia­ni­nie, ale oj­ciec uwa­ża to za­ję­cie za nie­mę­skie.

Pi­ñe­ro­wie żyją w kla­nie, oto­cze­ni pu­ry­tań­ski­mi ciot­ka­mi, wuj­ka­mi, ku­zy­na­mi.

Mia­łem szczę­ście uro­dzić się na pro­win­cji, co nie jest ni­czym złym, a wręcz może i do­brym [...]. Miesz­ka­łem więc w mie­ście pro­win­cjo­nal­nym, w sto­li­cy pro­win­cji, któ­ra ze swej stro­ny sta­no­wi­ła jed­ną z sze­ściu sto­lic pro­win­cjo­nal­nej pro­win­cji z pro­win­cjo­nal­ną sto­li­cą w sta­nie nie­zwy­kle pro­win­cjo­nal­nym. [...] Wie­le razy za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go ko­bie­ty i męż­czyź­ni z mo­je­go ro­dzin­ne­go mia­sta Cár­de­nas nie na­zy­wa­li się wszy­scy tak samo. Na przy­kład Ar­tu­ro. Ar­tu­ro spo­ty­ka się z Ar­tu­ro i opo­wia­da mu, że Ar­tu­ro przy­je­chał ze swo­im sy­nem Ar­tu­ro i swo­ją cór­ką Ar­tu­ro i że jego żona Ar­tu­ro nie­dłu­go uro­dzi ko­lej­ne­go Ar­tu­ro, ale że nie chce aku­szer­ki Ar­tu­ro, tyl­ko tę dru­gą Ar­tu­ro, któ­ra jest aku­szer­ką u szwa­gra Ar­tu­ro, u mat­ki tego ślicz­ne­go Ar­tu­ro, któ­re­go oj­ciec Ar­tu­ro pra­cu­je w fa­bry­ce Ar­tu­ro... Moja ro­dzi­na, rzecz ja­sna, była czę­ścią kla­nu Ar­tu­ro.

Mimo licz­nej ro­dzi­ny Vir­gi­lio spę­dza dzie­ciń­stwo prze­waż­nie sam, za­mknię­ty w domu. Dla­cze­go?

Na Ku­bie pa­nu­je wciąż se­gre­ga­cja ra­so­wa. Każ­da sza­no­wa­na ro­dzi­na ma czar­ne niań­ki, słu­żą­ce i ku­cha­rzy, ale ist­nie­ją róż­ne prze­pi­sy re­gu­lu­ją­ce, co wol­no blan­cos, czy­li bia­łym, a cze­go nie wol­no ne­gros, czy­li czar­nym. Oczy­wi­ście czar­ni nie mogą prze­by­wać w lo­ka­lach prze­zna­czo­nych dla bia­łych. Na dan­sin­gach par­kiet ta­necz­ny prze­dzie­lo­ny jest sznu­rem, któ­ry od­dzie­la stre­fę bia­łych od stre­fy czar­nych, tak samo jak na po­łu­dniu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Czar­ni nie mogą ko­rzy­stać z trans­por­tu pu­blicz­ne­go, a tym bar­dziej pra­co­wać jako kie­row­cy, bo „damy z to­wa­rzy­stwa wy­ra­zi­ły od­ra­zę wo­bec moż­li­wo­ści wej­ścia w fi­zycz­ny kon­takt z czar­ny­mi rę­ka­mi po­przez za­kup bi­le­tu”. Pla­że za­re­zer­wo­wa­ne są je­dy­nie dla bia­łych wiel­bi­cie­li słoń­ca i wody, czar­ni nie mogą też wy­na­jąć po­ko­ju w ho­te­lu, a tym bar­dziej peł­nić funk­cji pań­stwo­wych. W spi­sie lud­no­ści z roku 1907 tyl­ko czte­rech spo­śród ty­siąc trzy­stu czter­dzie­stu pię­ciu praw­ni­ków było okre­ślo­nych jako ne­gros bądź mu­la­tos. Czar­ni miesz­kań­cy kra­ju mo­gli wy­ko­ny­wać za­wo­dy ro­bot­ni­ka bu­dow­la­ne­go, far­me­ra, kraw­ca, szew­ca, pie­ka­rza czy tra­ga­rza, mo­gli też być żoł­nie­rza­mi i w ra­zie po­trze­by od­dać ży­cie za oj­czy­znę. Po­pu­lar­na na Ku­bie re­li­gia san­te­ría była od 1906 roku uzna­wa­na za re­li­gię los ne­gros bru­jos, czar­nych cza­row­ni­ków. W 1922 roku wpro­wa­dzo­no za­kaz tań­ców ple­mie­nia Lu­cu­mí:

Jak na­uczy­ło nas do­świad­cze­nie, or­ga­ni­zo­wa­nie po­dob­nych fiest, pod­czas któ­rych tań­czy się tan­go bem­bé, stwa­rza za­wsze oka­zję do kra­dzie­ży i po­ry­wa­nia lub za­bi­ja­nia dzie­ci rasy bia­łej, któ­rych krew jest upusz­cza­na w cza­sie tań­ca oraz pod­czas mo­dłów do świę­tych o rze­ko­me uzdro­wie­nie przez jed­ne­go z tych fa­na­ty­ków. (Sub­let­te)2

Jed­nym sło­wem, czar­ni byli źli i bia­łe dzie­ci prze­strze­ga­no przed za­ba­wą na uli­cy, stra­sząc po­rwa­niem przez czar­ną rękę.

Vir­gi­lio naj­bar­dziej lubi się ba­wić ze swo­ją sio­strą Lu­isą, naj­star­szą z dzie­ci. Do­sko­na­le się ro­zu­mie­ją, ale nie ro­zu­mie ich resz­ta ro­dzeń­stwa. Lu­isa jest or­ga­ni­za­tor­ką za­baw ma­łe­go Vir­gi­lia, a ich schro­nie­niem jest strych du­że­go drew­nia­ne­go domu w Cár­de­nas. Tam ca­ły­mi go­dzi­na­mi ba­wią się lal­ka­mi. Lal­ka Lu­isy ma na imię Ele­na, lal­ka Vir­gi­lia to Fa­bio­la. Wuj­ko­wie de­ner­wu­ją się, że mat­ka po­zwa­la chłop­cu na za­ba­wy z dziew­czyn­ką, oj­ciec krzy­czy: „czy ty wiesz, co z nie­go wy­ro­śnie?!”. Vir­gi­lio ra­zem z sio­strą prze­ja­wia­ją rów­nież in­kli­na­cje do ksią­żek. Ro­dzi­na za­ku­pu­je kil­ku­to­mo­wą en­cy­klo­pe­dię, dla któ­rej trze­ba za­mon­to­wać spe­cjal­ną pół­kę, są tak­że Trzej musz­kie­te­ro­wie, ale już Wol­te­ra nie wol­no czy­tać – w tej spra­wie ciot­ka Ju­lia skon­sul­to­wa­ła się ze spo­wied­ni­kiem, któ­ry za­gro­ził jej eks­ko­mu­ni­ką. Ro­dzi­na Pi­ñe­rów żyje we­dle re­stryk­cyj­nych za­sad ro­dem z Ka­sty­lii – oj­ciec jest wład­cą nie­po­dziel­nym, dzie­ci pło­dzi się co rok, męż­czy­zna utrzy­mu­je ro­dzi­nę, ale w za­mian wy­ma­ga po­słu­szeń­stwa. Prze­moc i wy­bu­chy oj­cow­skie­go gnie­wu są na po­rząd­ku dzien­nym, tak jak ro­man­se ze słu­żą­cy­mi oraz po­za­do­mo­we przy­go­dy mi­ło­sne, któ­re do­pro­wa­dza­ją mat­kę do pła­czu. Za za­kłó­ce­nie oj­cow­skie­go spo­ko­ju śmie­chem, nie daj Boże krzy­kiem, dzie­ciom na­le­ży się kara. Mu­szą usta­wiać się ko­lej­no, we­dle wie­ku, by oj­ciec wy­mie­rzył razy, po czym z miną do­bro­czyń­cy mógł od­pro­wa­dzić je do po­ko­ju i za­mknąć. Cho­wa­nie się pod spód­ni­cą mat­ki nie­wie­le daje, gdyż i żona mę­żo­wi po­słusz­na być musi.

Świa­to­wy kry­zys, na­kła­da­ją­cy się na nie­daw­ny kry­zys po­wo­jen­ny, po­wo­du­je, że po­wią­za­na go­spo­dar­czo ze Sta­na­mi wy­spa po­grą­ża się w re­ce­sji, a co za tym idzie, wie­le ro­dzin ku­bań­skiej mid­dle class, do któ­rej na­le­ży ro­dzi­na Pi­ñe­ry, prze­ży­wa po­waż­ne pro­ble­my eko­no­micz­ne. Oj­ciec wciąż zmie­nia pra­cę (pra­cu­je mię­dzy in­ny­mi dla Cu­ban Su­gar Cane Com­pa­ny), wszę­dzie wciąż i co­raz bar­dziej ob­ni­ża­ją mu wy­na­gro­dze­nie, tak że trud­no utrzy­mać ośmio­oso­bo­wą ro­dzi­nę. Ima się z całą po­my­sło­wo­ścią róż­nych biz­ne­sów, jak han­del kawą (o czym zde­gu­sto­wa­ne ciot­ki szep­czą ze zgro­zą, bo nie przy­stoi męż­czyź­nie z ta­kiej ro­dzi­ny zaj­mo­wać się han­dlem), ho­dow­la kur, upra­wa ogór­ków, pro­duk­cja vi­na­gre. Za każ­dym ra­zem wie­rzy, że jest na do­brej dro­dze, by zbić for­tu­nę oraz za­pew­nić ro­dzi­nie do­sta­tek.

Po­dą­ża­jąc za ko­lej­ny­mi pra­ca­mi taty Pi­ñe­ry, ro­dzi­na bę­dzie się kil­ka­krot­nie prze­no­sić. Naj­pierw po­ja­dą do Gu­ana­ba­coa pod Ha­wa­ną, gdzie oj­ciec roz­pocz­nie do­mo­wą pro­duk­cję świec, w czym mają po­ma­gać dzie­ci, a co czy­nią nad wy­raz nie­chęt­nie, szcze­gól­nie je­de­na­sto­let­ni Vir­gi­lio. Wy­sła­ny raz w nocy po świe­ce do od­le­głe­go po­ko­ju, od­mó­wi przej­ścia przez ciem­ny ko­ry­tarz. Gdy będą chcie­li do­dać mu ku­ra­żu, bo jest już prze­cież du­żym i od­waż­nym męż­czy­zną, Vir­gi­lio od­rzek­nie, że on żad­nym męż­czy­zną nie jest. Póź­niej Pi­ñe­ro­wie prze­nio­są się do Ca­ma­güey, gdzie Vir­gi­lio roz­pocz­nie na­ukę w li­ceum. Za­mie­ni w ten spo­sób oto­cze­nie „prze­klę­tej wody”, jak ją póź­niej na­zwie, na ląd sta­ły. Mia­sto Ca­ma­güey leży po­środ­ku wy­spy, na tej dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej co Ba­ha­my na pół­no­cy i Ja­maj­ka na po­łu­dniu, i za­sły­nie póź­niej jako mek­ka ho­mo­sek­su­ali­stów.

W Ca­ma­güey Vir­gi­lio na­uczy się pły­wać, wy­ślą go na rok do kon­ser­wa­to­rium, bę­dzie się uczył fran­cu­skie­go, za­cznie też gry­wać w pił­kę z ko­le­ga­mi, acz­kol­wiek nig­dy nie da się wcią­gnąć w ty­po­wo chło­pię­ce roz­ryw­ki, jak bój­ki po lek­cjach. Raz, gdy za­pro­po­nu­ją mu ta­kie po­lek­cyj­ne star­cie, sią­dzie na zie­mi i nie ru­szy się, aż znie­chę­ce­ni ko­le­dzy odej­dą. Po­nie­waż nie ma jesz­cze te­le­wi­zji, ra­dio też jest rzad­ko­ścią, w domu Pi­ñe­rów or­ga­ni­zu­je się wie­czor­ki ar­ty­stycz­ne, któ­rych głów­nym ani­ma­to­rem zo­sta­je Vir­gi­lio. Jest też czę­stym go­ściem w miej­sco­wym sa­lo­nie li­te­rac­kim, do któ­re­go spro­wa­dzo­no kie­dyś na­wet Bla­ise’a Cen­drar­sa. Oj­ciec ro­dzi­ny, mimo swej gwał­tow­nej na­tu­ry i ma­chi­stow­skich za­cho­wań, lubi wier­sze i nie wsty­dzi się re­cy­to­wać ich przed są­sia­da­mi, co od­bi­je się kie­dyś źle na sy­tu­acji fi­nan­so­wej ro­dzi­ny. Je­den z są­sia­dów uzna bo­wiem ta­kie rze­czy za śmiesz­ne, a papę Pi­ñe­rę za człe­ka nie­po­waż­ne­go, i za­de­nun­cju­je go przed po­li­cją za nie­le­gal­ną pro­duk­cję vi­na­gre w domu, co spro­wa­dzi na nich urząd po­dat­ko­wy. W re­wan­żu Vir­gi­lio na­zwie jed­ną z kur są­sia­dów imie­niem cór­ki owe­go są­sia­da.

Hi­sto­ria mo­jej ro­dzi­ny to hi­sto­ria ja­kiej­kol­wiek ro­dzi­ny z kla­sy śred­niej. Opis jest wprost prze­śmiesz­ny: po­zna­li­śmy cia­sno­tę po­ko­ju czte­ro­oso­bo­we­go dzie­lo­ne­go przez osiem osób, brak obu­wia, jak i całą gamę i źró­dła gło­du. By­li­śmy kla­są śred­nią, ale rów­nie do­brze mo­gli­śmy być kla­są czwar­tą czy dzie­sią­tą.

W tym sa­mym mie­ście Vir­gi­lio ukoń­czy na­ukę w li­ceum, za­li­czyw­szy za­ję­cia z wy­cho­wa­nia woj­sko­we­go, obo­wiąz­ko­we w cza­sie dyk­ta­tu­ry Ge­rar­da Ma­cha­do. Na­uczy­cie­le okre­ślą go jako ucznia „mało dba­łe­go o mun­dur i wy­gląd”, do tego „oka­zu­je brak sza­cun­ku i nie na­le­ży do punk­tu­al­nych”.

pierw­szy musz­kie­ter

Kie­dy mały Vir­gi­lio ma sześć lat, w in­nym mie­ście na wy­spie­Ku­bie ro­dzi się pierw­szy z czte­rech musz­kie­te­rów przy­szłej re­wo­lu­cji, któ­ra tak zmie­ni ob­li­cze tej zie­mi. W 1918 roku na świat przy­cho­dzi Hu­ber, chło­piec o nie­zwy­kle in­ten­syw­nie nie­bie­skich oczach. Dziw­ne imię nada mu oj­ciec, ama­tor psz­czół, po śle­pym psz­cze­la­rzu ze Szwaj­ca­rii, Fran­cisz­ku Hu­be­rze. Oj­ciec za­chwy­cił się jego książ­ką, za­ty­tu­ło­wa­ną Krót­ka na­uka o cho­do­wa­niu psz­czół w kusz­kach z pod­staw­ka­mi, z któ­rych miód wy­rzy­nać moż­na bez uszko­dze­nia psz­czół i za­ro­du, a któ­re so­bie każ­dy go­spo­darz zro­bić może ze sło­my po­dług po­da­ne­go tu spo­so­bu. Syn dłu­go nie bę­dzie ro­zu­miał, dla­cze­go do­sta­ło mu się ta­kie imię, na po­dwór­ku będą się z nie­go śmia­li, bo ani to Hu­bert, ani Hum­ber­to. W koń­cu oj­ciec wy­ja­śni, że Fran­ci­szek Hu­ber oślepł, a mimo to przez dwa­dzie­ścia lat pra­co­wał nad spi­sa­niem swo­jej wie­dzy o psz­czo­łach. „Ale co to ma wspól­ne­go ze mną?”, bę­dzie py­tał Hu­ber. „Ty też masz być sil­ny we­wnętrz­nie”.

Na ra­zie jed­nak je­ste­śmy na wschod­nim krań­cu wy­spy, w miej­sco­wo­ści Yara w pro­win­cji Orien­te. Tam, gdzie wzno­szą się góry Sier­ra Ma­estra, któ­re za nie­speł­na czter­dzie­ści lat owio­nie re­wo­lu­cyj­na le­gen­da. Hu­ber przy­cho­dzi na świat w tym sa­mym drew­nia­nym domu, w któ­rym uro­dzi­ła się jego mat­ka, Sa­lu­sti­na. Ro­dzi­ce chłop­ca nie są zbyt za­moż­ni. Ro­dzi­na mat­ki to rdzen­ni Ku­bań­czy­cy o na­zwi­sku Be­nítez, ze stro­ny ojca Hu­ber dzie­dzi­czy nie­wy­ja­śnio­ne por­tu­gal­skie po­cho­dze­nie i na­zwi­sko Ma­tos. Hu­ber Ma­tos jest pierw­szym sy­nem swo­je­go ojca (ma już dwie star­sze sio­stry) i pierw­szym dziec­kiem swo­jej mat­ki. Bę­dzie miał jesz­cze dwóch bra­ci i jed­ną sio­strę, któ­re zro­dzą się z tego mał­żeń­stwa. Oj­ciec Ro­ge­lio jest wła­ści­cie­lem pól ry­żo­wych i sza­no­wa­nym lo­kal­nym sę­dzią. Funk­cja ta jest czy­sto ho­no­ro­wa, nie do­sta­je się za nią wy­na­gro­dze­nia – Ro­ge­lio po pro­stu go­dzi skłó­co­ne stro­ny. Chce, by jego syn był „sil­ny i pra­wy” i żeby nie był bek­są-lalą. Dla­te­go gdy mały Hu­ber się ska­le­czy, nie może pła­kać. Bab­ka Hu­be­ra uwa­ża, że wnuk ma do­bre­go ojca, ale nie po­do­ba­ją jej się sto­so­wa­ne kary cie­le­sne. Czy jest jed­nak inny spo­sób, by dzie­ci nie kła­ma­ły, sza­no­wa­ły ro­dzi­ców i oj­czy­znę? Sa­lu­sti­na, z za­wo­du na­uczy­ciel­ka, pięk­nie śpie­wa, czy­ta dzie­ciom książ­ki hi­sto­rycz­ne i po­wie­ści, sta­ra­jąc się, aby po­zna­ły świat i wi­dzia­ły coś wię­cej niż czu­bek wła­sne­go nosa. Dwie star­sze sio­stry Hu­be­ra, Eva Luz i Ar­ge­lia Li­via, plus młod­sze ro­dzeń­stwo: bra­cia Ro­ge­lio César i Hugo Ro­lan­do oraz naj­młod­sza Sa­lu­sti­na Elvi­ra będą sta­no­wić zgra­ną pacz­kę, bo cała ro­dzi­na ko­cha się i wspie­ra. Wy­da­wa­ło­by się, że oto mamy do czy­nie­nia z kla­sycz­ną, przy­zwo­itą fa­mi­lią z pro­win­cji, gdy­by nie dzia­dek ze stro­ny mat­ki, do któ­re­go chło­piec wy­da­je się po­dob­ny. Dzia­dek jest le­ka­rzem i cie­szy się ta­kim po­wo­dze­niem, że ma w oko­li­cy sześć–sie­dem ko­biet na­raz. Z nie­któ­ry­mi ma dzie­ci, a wszyst­kie utrzy­mu­ją ze sobą kon­tak­ty i od­wie­dza­ją się. „Taki był zwy­czaj, to było cy­wi­li­zo­wa­ne i doj­rza­łe spo­łe­czeń­stwo. Gdy­by moja bab­cia od­czu­wa­ła za­zdrość, obu­rzy­ła się z po­wo­du ry­wal­ki, któ­ra sy­pia z pa­nem Be­nítez, jej mę­żem, zo­sta­ła­by sama” (Stą­pór).

Ma­to­so­wie miesz­ka­ją na­prze­ciw­ko par­ku, przy głów­nym pla­cu Yary. Nie­da­le­ko ich domu jest ko­ściół, Cír­cu­lo So­cial, gdzie zbie­ra­ją się na wie­czor­ne dys­pu­ty męż­czyź­ni, oraz ro­dzin­ny dom ojca i ciot­ki. Dom Ma­to­sów stoi na rogu. La­tem, gdy uli­cą prze­jeż­dża­ją wozy, wzbi­ja­ją się tu­ma­ny ku­rzu. Z tyłu domu roz­cią­ga się pa­tio o wy­mia­rach dwa­dzie­ścia na sto me­trów, na któ­rym oj­ciec sa­dzi drze­wa owo­co­we, upra­wia kawę, po­mi­do­ry i sa­ła­tę. Po dru­giej stro­nie uli­cy jest duży ogród. Hu­ber rzu­ca ka­mie­nia­mi w man­go i wspi­na się na wy­so­ki ta­ma­ryn­do­wiec, aż bab­ka za­ła­mu­je ręce: „pew­ne­go dnia chło­pak się za­bi­je”. Rze­czy­wi­ście, cza­sem nie­wie­le bra­ku­je. Na drze­wie Hu­ber ma do­bry punkt wi­do­ko­wy: wi­dzi fa­bry­kę cu­kru trzci­no­we­go i nie­da­le­kie góry Sier­ra Ma­estra. Ma­rzył za­wsze o tym, by kie­dyś na­ma­lo­wać taki ob­raz. Kto by zgadł, kto by po­tra­fił wy­wró­żyć ze zna­ków na błę­kit­nym nie­bie i obłęd­nie zie­lo­nej zie­mi, kto jest na tyle prze­ni­kli­wy, kto po­sia­da tę zdol­ność, by po rze­czach ma­łych po­znać rze­czy wiel­kie? Wie­dzieć już te­raz, gdy Hu­ber sie­dzi na drze­wie, że chło­pak wpa­tru­je się w swo­je prze­zna­cze­nie? Że tam na ho­ry­zon­cie, w tych gó­rach, tkwi klucz, we­dle któ­re­go od­czy­ty­wa­ne bę­dzie jego ży­cie?

Z owo­ców ta­ma­ryn­dow­ca robi się pysz­ne soki w ko­lo­rze mio­du, ale w ogro­dzie są jesz­cze śliw­ki, ożyw­cze ko­ko­sy, de­ko­ra­cyj­ne níspe­ro (żół­te ku­lecz­ki z tok­sycz­ną pest­ką uło­żo­ną jak para by­czych ją­der, spro­wa­dzo­ne z Azji do No­we­go Świa­ta przez Hisz­pa­nów) i bez­wstyd­ne gu­ana­by z nie­groź­ny­mi kol­ca­mi, pę­ka­te ana­na­sy, eg­zo­tycz­ne jabł­ka w kształ­cie bom­by z ga­łąz­ką jak za­pal­nik, ide­al­ne do ser­wo­wa­nia na zim­no, któ­re po prze­cię­ciu w po­przek mru­ga­ją prze­bar­wio­ną gwiazd­ką, a na­zy­wa­ne są ca­ini­to (tyl­ko czy te zie­lo­ne, bar­dziej so­czy­ste, czy te ciem­niej­sze, słod­sze i o grub­szej skór­ce, któ­re De­rek Wal­cott na­zwał star-ap­ple i któ­re uczy­nił sym­bo­lem Ka­ra­ibów?), oraz róż­ne od­mia­ny bo­skich po­ma­rań­czy. Jed­nym sło­wem, so­czy­sty raj. Hu­ber bar­dzo lubi owo­ce, a naj­bar­dziej mię­si­ste man­go. Ich sok spły­wa po bro­dzie, gdy wdzie­ra się w nie zę­ba­mi, nie­cier­pli­wie od­ry­wa­jąc skór­kę, by do­trzeć do wło­cha­te­go sed­na, któ­re wy­rzu­ca się po kon­sump­cji w ge­ście prze­sy­tu, wy­cie­ra­jąc po­ma­rań­czo­wą śli­nę czym po­pad­nie.

Jed­nym z naj­waż­niej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa będą dla Hu­be­ra wy­jaz­dy na wieś, gdzie Ma­to­so­wie upra­wia­ją ka­wa­łek zie­mi. Dla dzie­ci to raj, ale pew­ne­go dnia ten raj zo­sta­nie utra­co­ny. Oj­ciec nie ra­dzi so­bie ze spła­tą hi­po­te­ki i pod­czas jed­ne­go z nie­dziel­nych wy­pa­dów oświad­cza ro­dzi­nie, że to ich ostat­ni wy­jazd. Od trzech lat mat­ce nie wy­pła­ca­ją wy­na­gro­dze­nia w szko­le, ro­dzi­ce mu­szą co mie­siąc sprze­da­wać pięć–sześć krów z po­nad stu sztuk by­dła i nie dają już rady. Hu­ber za­pa­mię­ta jesz­cze strzel­bę ojca i dzień, w któ­rym jako bo­daj­że sze­ścio­la­tek upo­lu­je rzad­kie­go pta­ka. Ro­ge­lio Ma­tos bę­dzie dum­ny z syna, sam jest za­pa­lo­nym my­śli­wym. Hu­ber pa­mię­ta też pierw­szy au­to­mo­bil, któ­ry pew­ne­go dnia po­ja­wił się u nich w Yarze.

Nie ma tu przed­szko­la, ale jako sze­ścio­la­tek Hu­ber zo­sta­je wy­sła­ny na na­ukę do wiej­skiej szko­ły, gdzie skoń­czy czte­ry kla­sy. Lubi ma­te­ma­ty­kę, lubi też śpie­wać, a przede wszyst­kim ry­so­wać. Jest zdol­ny, ale nie­śmia­ły. Na­wet gdy zna od­po­wiedź, nie pod­no­si ręki. Gdy skoń­czy dru­gą kla­sę, na świe­cie po­ja­wi się dru­gi musz­kie­ter. I od­tąd za­cznie ty­kać ze­gar Hi­sto­rii.

dru­gi musz­kie­ter

Jest 13 sierp­nia 1926 roku, dru­ga w nocy. Vir­gi­lio ma czter­na­ście lat i od­krył już ta­jem­ni­cę sek­su, Wi­tol­do od­po­czy­wa w Wi­śle po za­li­cze­niu czwar­te­go roku pra­wa i z sek­sem u nie­go nie wia­do­mo jak, a Hu­ber cie­szy się z wa­ka­cji.

A tu – plan­ta­cje trzci­ny cu­kro­wej do­oko­ła, wschod­ni kra­niec wy­spy, je­ste­śmy w za­to­ce Nipe, pro­win­cja Orien­te, so­czy­sto­zie­lo­ne oko­li­ce miej­sco­wo­ści May­arí. Ta ko­ja­rzy nam się z pio­sen­ką Chán Chán śpie­wa­ną przez Com­paya Se­gun­do z Bu­ena Vi­sta So­cial Club, opo­wia­da­ją­cą o wy­pra­wie z Ceu­ty do May­arí: De Alto Ce­dro voy para Mar­ca­né / Lle­go a Cu­eto, voy para May­arí. Z May­arí prze­no­si­my się trzy­dzie­ści sześć ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy za­chód, do ma­łe­go Bi­rán. Pio­sen­ka zo­sta­nie na­pi­sa­na do­pie­ro w 1940 roku, na ra­zie na­zwy May­arí i Bi­rán ni­ko­mu poza Kubą nic nie mó­wią.

Nu­cąc so­bie pod no­sem, po­wróć­my do te­ma­tu. I uwa­ga, uwa­ga, bo tu ro­dzi się Hi­sto­ria! Na świat przy­cho­dzi bo­wiem po­nad­czte­ro­ki­lo­gra­mo­wy chło­piec. Da­dzą mu na imię Fi­del. Uro­dzo­ny w zna­ku Lwa, zo­sta­nie Kró­lem. Na ra­zie jest jed­nak nie­mow­lę­ciem o bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym sta­tu­sie spo­łecz­nym. Jego oj­ciec Án­gel Ca­stro y Ar­giz w 1895 roku przy­był na Kubę z hisz­pań­skiej Ga­li­cji wraz z woj­skiem, któ­re zo­sta­ło tu wy­sła­ne, by bić się z czar­ny­mi mam­bi­sta­mi wal­czą­cy­mi o nie­pod­le­głość wy­spy. Ku­pił ka­wa­łek zie­mi, na któ­rej upra­wia trzci­nę i owo­ce, ma też ka­wa­łek lasu i małą ko­pal­nię ni­klu. Jego żona pra­co­wa­ła kie­dyś jako na­uczy­ciel­ka. Mają dwo­je dzie­ci: Li­dię i Pe­dra Emi­lia.

Fi­de­li­to jest jed­nak sy­nem in­nej ko­bie­ty. Lina Ruz, mło­da Do­mi­ni­kan­ka, w wie­ku czter­na­stu lat za­czę­ła pra­co­wać u Ca­strów jako po­moc do­mo­wa i szyb­ko prze­bran­żo­wi­ła się w mat­kę dzie­ci pana. Te­raz ma lat dwa­dzie­ścia trzy, a Fi­del jest już trze­cim dziec­kiem jej i Án­ge­la. Lina Ruz jest ko­bie­tą twar­dą, nie­raz wi­du­je się ją z bro­nią, jeź­dzi kon­no i po­tra­fi wal­czyć o swo­je. Dzie­cię odzie­dzi­czy po mat­ce sro­gość spoj­rze­nia oraz za­cię­tość twa­rzy. Po­tem uro­dzi się jesz­cze Raúl, bar­dzo od­da­ny mat­ce, ze wza­jem­no­ścią, i trzy cór­ki: Ju­ani­ta, Emma i Agu­sti­na.

Mały Fi­de­li­to nie miesz­ka na­wet z oj­cem, bo dom Án­ge­la Ca­stro zaj­mu­je pra­wo­wi­ta żona. Wy­cho­wu­je się z bab­ką Do­mi­ni­kan­ką, któ­ra wy­zna­je san­te­ríę, re­li­gię czar­nych. Jej przod­ko­wie po­cho­dzą z za­chod­nie­go Su­da­nu, Kon­ga lub Ka­ra­ba­li. Dzia­dek ze stro­ny mat­ki ma rów­nie ory­gi­nal­ne po­cho­dze­nie – to tu­rec­ki Żyd ze Stam­bu­łu. Mat­ka chce za­pew­nić dzie­ciom lep­sze ży­cie, więc Fi­del jako mniej wię­cej pię­cio­la­tek zo­sta­je wraz ze star­szym ro­dzeń­stwem, bra­tem Ra­mó­nem oraz sio­strą Án­ge­lą, wsa­dzo­ny do po­cią­gu i wy­sła­ny do San­tia­go de Cuba – sto­li­cy pro­win­cji Orien­te, po­ło­żo­nej pięk­nie mię­dzy Mo­rzem Ka­ra­ib­skim a gó­ra­mi Sier­ra Ma­estra. San­tia­go de Cuba, za­ło­żo­ne w 1514 roku, to dru­gie pod wzglę­dem wiel­ko­ści mia­sto na wy­spie. Kró­lew­ski wy­słan­nik Die­go de Ve­lázqu­ez, wi­dząc bo­gac­two tej zie­mi i do­god­ną ko­mu­ni­ka­cję z Do­mi­ni­ka­ną, pod­ów­czas miej­scem po­by­tu rzą­du No­wych In­dii, spro­wa­dził tu swe­go cza­su samą eli­tę kon­kwi­sta­do­rów, mię­dzy in­ny­mi Her­nána Cor­tésa. W tym mie­ście, gdzie krzy­żu­ją się wpły­wy kul­tur ha­itań­skiej, ja­maj­skiej i do­mi­ni­kań­skiej z afry­kań­ską, na­ro­dzi się też słyn­ny kar­na­wał, ku­bań­ski od­po­wied­nik kar­na­wa­łu z Rio de Ja­ne­iro. Fi­del tra­fia na przed­mie­ścia San­tia­go, do „ma­łe­go drew­nia­ne­go dom­ku, w któ­rym wszyst­ko było mo­kre, kie­dy pa­dał deszcz”. Mo­kre oka­że się też jego łóż­ko, gdy obu­dzi się pierw­sze­go dnia po przy­jeź­dzie. To dom jego na­uczy­ciel­ki z Bi­rán, Mu­lat­ki, któ­ra po­ślu­bi­ła ha­itań­skie­go kon­su­la Lu­isa Hib­ber­ta, rów­nież Mu­la­ta. Fi­de­li­to nie lubi ani ich, ani tego miej­sca. Jego ro­dzeń­stwo cho­dzi do szko­ły, a on, mimo że roz­po­czął na­ukę jesz­cze w szkół­ce w Bi­rán, jest zmu­szo­ny przez dłu­gi czas prze­sia­dy­wać za­mknię­ty w sta­rym domu. Bę­dzie po­tem wspo­mi­nał, że był bar­dzo chu­dy, wiecz­nie głod­ny i brud­ny.

Przede wszyst­kim pa­mię­tam, że by­łem ode­rwa­ny od ro­dzi­ny. Wy­sła­li mnie do San­tia­go i to już spo­wo­do­wa­ło pro­ble­my, bo by­łem z dala od ro­dzi­ny, od domu, od miejsc, któ­re lu­bi­łem, gdzie so­bie bie­ga­łem, spa­ce­ro­wa­łem, by­łem wol­ny.

Dzie­ci rzad­ko ktoś od­wie­dza, oj­ciec nie przy­jeż­dża w ogó­le. Na­wet świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia spę­dza­ją u Hib­ber­ta. Fi­de­li­to bę­dzie dłu­go pa­mię­tał nędz­ne pre­zen­ty znaj­do­wa­ne pod łóż­kiem na Trzech Kró­li. „Trzy razy do­sta­łem trąb­kę, mógł­bym zo­stać mu­zy­kiem”. Pierw­sza była tek­tu­ro­wa, z me­ta­lo­wym albo alu­mi­nio­wym ust­ni­kiem, dłu­go­ści ołów­ka. Dru­ga była tek­tu­ro­wo-me­ta­lo­wa, a trze­cia „cała z me­ta­lu i mia­ła trzy kla­wi­sze”. Na Trzech Kró­li trze­ba było przy­go­to­wać tra­wę i szklan­kę wody dla zmę­czo­nych wiel­błą­dów, na któ­rych przy­jeż­dża­li kró­lo­wie. Dla sa­mych kró­lów nic nie szy­ko­wa­no, „być może dla­te­go nie byli wo­bec mnie zbyt szczo­drzy”.

Po la­tach Fi­del wy­zna bra­tu Beto w wy­wia­dzie o re­li­gii, że był „ofia­rą wy­zy­sku”. Hib­bert do­sta­je pie­nią­dze za to, że dzie­ci u nie­go miesz­ka­ją, po­śred­ni­czy tak­że w prze­wo­że­niu nie­le­gal­nych imi­gran­tów z Ha­iti i Do­mi­ni­ka­ny. San­tia­go jest bo­wiem – oprócz Gu­an­tána­mo – naj­da­lej wy­su­nię­tym na po­łu­dnio­wy wschód mia­stem Kuby. Nie­le­gal­ni ro­bot­ni­cy bar­dzo się przy­da­ją don Án­ge­lo­wi, bo to głów­nie ich za­trud­nia na swo­ich plan­ta­cjach, zna­ny jest wszak z cięż­kiej ręki, wy­zy­sku oraz chci­wo­ści. W oko­li­cy mó­wią o nim la­drón, zło­dziej. Jego syn Fi­de­li­to też do­cze­ka się nie­mi­łych przy­dom­ków. Za­nim przy­bie­rze mia­no El Co­man­dan­te, wo­ła­ją na nie­go loco (wa­riat), a póź­niej ca­bal­lo (koń), bi­cho (gni­da), gu­aji­ro (wie­śniak) albo po pro­stu hijo de puta (skur­wy­syn). Chło­piec nie jest lu­bia­ny. Do tego po­zo­sta­je nie­ochrz­czo­nym bę­kar­tem, a Kuba jest ka­to­lic­ka. Szko­łę, do któ­rej Fi­de­li­to za­cznie w koń­cu cho­dzić, pro­wa­dzą je­zu­ici. Dzie­ci wo­ła­ją na nie­go ju­dío de po­rqu­ería, czy­li par­cha­ty Żyd. Nie ro­zu­mie, co to zna­czy.

trze­ci musz­kie­ter

Teté, tak go na­zy­wa­ją w ro­dzi­nie, to trze­ci z musz­kie­te­rów re­wo­lu­cji. Ro­dzi się da­le­ko od wy­spy, w ar­gen­tyń­skim Ro­sa­rio, 14 maja 1928 roku. Miał się uro­dzić mie­siąc póź­niej w Bu­enos Aires, do­kąd ro­dzi­ce pły­nę­li rze­ką Pa­ra­ná z pół­noc­nej pro­win­cji Ar­gen­ty­ny, Mi­sio­nes, gdzie zie­mia czer­wo­na, nie­bo nie­bie­skie, a zie­leń zie­lo­na jak nig­dzie. Tam oj­ciec chłop­ca, Er­ne­sto Gu­eva­ra Lynch, za­mie­rza upra­wiać yer­ba mate, jak wie­lu na­pły­wa­ją­cych wte­dy do Ar­gen­ty­ny pol­skich, ży­dow­skich, bia­ło­ru­skich i ukra­iń­skich imi­gran­tów, zwa­nych czę­sto los ju­díos – w od­róż­nie­niu od Ży­dów, na­zy­wa­nych los ru­sos. Ojcu się nie uda, nie ma gło­wy do biz­ne­su, z za­wo­du jest ar­chi­tek­tem, uda się za to wie­lu in­nym imi­granc­kim ro­dzi­nom, któ­re z bie­giem cza­su zdo­mi­nu­ją upra­wę ar­gen­tyń­skiej mate. Na­wy­kli do cięż­kiej pra­cy w trud­nych wa­run­kach, po­ra­dzą so­bie i z dżun­glą.

Na­ro­dzi­ny pierw­sze­go syna zbie­gną się więc z re­zy­gna­cją mło­dej pary z pio­nier­skich ma­rzeń. Mał­żon­ko­wie (po­bra­li się rok wcze­śniej w Bu­enos Aires) po­wra­ca­ją te­raz do sto­li­cy i osia­da­ją nie­da­le­ko w San Isi­dro. Tu re­zy­du­je rów­nież Vic­to­ria Ocam­po, pierw­sza dama li­te­ra­tu­ry ar­gen­tyń­skiej, za­ło­ży­ciel­ka pi­sma „Sur”, któ­re za­cznie wy­cho­dzić za trzy lata, trzy­ma­ją­ca li­te­ra­tów że­la­zną, acz ka­pry­śną ręką. Tu tak­że kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej osią­dzie Ma­ria Świe­czew­ska, któ­rą czę­sto od­wie­dzać bę­dzie Wi­tol­do, do­jeż­dża­jąc pod­miej­skim po­cią­giem ze sta­cji Re­ti­ro. U niej bę­dzie spo­ży­wać syte obia­dy i dys­ku­to­wać o fi­lo­zo­fii z Ka­ro­lem, mę­żem pani domu, cze­go nie omiesz­ka opi­sać po­tem w Dzien­ni­ku.

Mat­ka chłop­ca, Ce­lia de la Ser­na y Llo­sa, z tych de la Ser­nów, ale nie z tych Llo­sów (jej ko­rze­nie się­ga­ły ostat­nie­go hisz­pań­skie­go wi­ce­kró­la Peru), wnio­sła w mał­żeń­stwo pie­nią­dze oraz duch an­ty­kle­ry­kal­ny, okra­szo­ny po­sta­wą fe­mi­ni­stycz­no-so­cja­li­stycz­ną, odzie­dzi­czo­ną po mat­ce i star­szej sio­strze Car­men, dzia­łacz­ce par­tii ko­mu­ni­stycz­nej i przy­szłej żo­nie po­ety oraz ko­mu­ni­sty Cay­eta­na Cór­do­vy Itur­bu­ru, z któ­rym lata póź­niej Wi­tol­do bę­dzie wiódł ostry spór ide­olo­gicz­ny.

Ro­dzi­na na­zy­wa chłop­ca Teté, ale tak na­praw­dę imię Er­ne­sto odzie­dzi­czył po ojcu, po­dob­nie jak do­miesz­kę krwi ir­landz­kiej. Teté rósł­by zdro­wo, ko­cha­ny przez ro­dzi­ców, gdy­by nie je­den in­cy­dent. Nie­dłu­go przed dru­gi­mi uro­dzi­na­mi, 2 maja 1930 roku, mat­ka – świet­na pły­wacz­ka – za­bra­ła syna do klu­bu że­glar­skie­go Ri­ver Pla­te, gdzie ujaw­ni­ła się ast­ma chłop­ca, któ­ra bę­dzie go prze­śla­do­wać przez całe ży­cie.

Je­ste­śmy w bo­ga­tej Ar­gen­ty­nie, któ­ra aspi­ru­je do mia­na kra­ju Pierw­sze­go Świa­ta i któ­ra w 1913 roku pod wzglę­dem do­cho­du na gło­wę miesz­kań­ca zna­la­zła się na trzy­na­stym miej­scu na li­ście naj­bo­gat­szych państw, wy­prze­dza­jąc Fran­cję. I o ile w roku 1912 na Ku­bie nie wy­da­rzy­ło się nic spe­cjal­ne­go, na co bę­dzie się skar­żyć Vir­gi­lio, o tyle w Ar­gen­ty­nie rok ten jest bar­dzo zna­czą­cy. Kraj sta­wia waż­ny krok na dro­dze ku de­mo­kra­ty­za­cji, wpro­wa­dza­jąc po­wszech­ne, taj­ne wy­bo­ry, choć pra­wo do gło­so­wa­nia przy­słu­gu­je tyl­ko męż­czy­znom. Gło­sy od­da­wać mogą rdzen­ni oby­wa­te­le oraz na­tu­ra­li­zo­wa­ni imi­gran­ci. Dzię­ki tej usta­wie czte­ry lata póź­niej wy­bo­ry wy­gra Hi­pó­li­to Yri­goy­en (właśc. Juan Car­los Hi­pó­li­to del Sa­gra­do Co­ra­zón de Je­sús Da Si­lva de Yri­goy­en y Ro­ble­do Ar­gen­ti­no Se­gun­do Sur­ca­do), któ­ry po sze­ścio­let­nich rzą­dach po­wró­ci jesz­cze na fo­tel pre­zy­den­ta Re­pu­bli­ki kil­ka mie­się­cy po na­ro­dzi­nach Teté, obej­mu­jąc wła­dzę po nie­lu­bia­nym Mar­ce­lu T. Álve­arze – z tych Álve­arów. Yri­goy­en, mi­styk, ży­ją­cy jak asce­ta, po­ru­sza­ją­cy się po domu pra­wie bez oświe­tle­nia, mo­ra­li­sta, po­ku­to­wał za sta­re grze­chy. Bo to on, po­mi­mo swych so­cja­li­stycz­nych po­glą­dów, dzie­sięć lat wcze­śniej był od­po­wie­dzial­ny za zbroj­ne roz­gro­mie­nie straj­ku ro­bot­ni­ków, gdy ci do­ma­ga­li się zmniej­sze­nia licz­by go­dzin pra­cy z je­de­na­stu do ośmiu dzien­nie, lep­szych wa­run­ków zdro­wot­nych, pod­wy­żek oraz wol­nych nie­dziel. Pod­czas La Se­ma­na Trági­ca (Tra­gicz­ne­go Ty­go­dnia) zgi­nę­ło sie­dem­set osób, a czte­ry ty­sią­ce zo­sta­ło ran­nych. Wte­dy też po­sta­no­wio­no za­trzy­my­wać wszyst­kich ob­co­kra­jow­ców, któ­rzy przy­wo­zi­li z Eu­ro­py nie­zdro­wy po­wiew so­cja­li­zmu oraz anar­chii, czy­li Ży­dów, Po­la­ków, Ro­sjan i Niem­ców. Atak zwo­len­ni­ków tra­dy­cji, pa­trio­tów i „obroń­ców do­brych ro­dzin oraz oby­cza­jów” na dziel­ni­cę ży­dow­ską (la caza de los ru­sos) uzna­wa­ny jest jed­no­cze­śnie za pierw­szy po­grom w Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej. Nie­dłu­go po na­ro­dzi­nach Er­ne­sta Gu­eva­ry, w 1929 roku, pra­wa, o któ­re wal­czy­li ro­bot­ni­cy, oraz te do­ty­czą­ce pra­cy ko­biet i dzie­ci, są już za­gwa­ran­to­wa­ne w ko­dek­sie pra­cy. Jed­nak mimo po­li­czal­nej co naj­mniej szóst­ki dzie­ci z róż­ny­mi ko­bie­ta­mi Hi­pó­li­to Yri­goy­en bę­dzie prze­ciw­ny roz­wo­dom, uzna­jąc ko­mór­kę ro­dzin­ną, któ­rej nig­dy nie za­ło­żył, za naj­waż­niej­szą.

czwar­ty musz­kie­ter

I oto po­zna­je­my ostat­nie­go z czte­rech musz­kie­te­rów. Ca­mi­lo Cien­fu­egos de Gor­ria­rán przy­cho­dzi na świat w 1932 roku, pod­czas gdy resz­ta na­szych bo­ha­te­rów albo już cha­dza do szkół, albo już je ukoń­czy­ła. Hu­ber jest star­szy od nie­go o czter­na­ście lat, Fi­del o sześć, Ar­gen­tyń­czyk Er­ne­sto o czte­ry lata. Mimo swe­go pro­mien­ne­go uśmie­chu, z ja­kie­go za­sły­nie lata póź­niej, nie bę­dzie miał w ży­ciu szczę­ścia.

Jego hisz­pań­scy ro­dzi­ce, Emi­lia Gor­ria­rán Za­bal­la i Ra­món Cien­fu­egos, po­cho­dzi­li z astu­ryj­skiej Pra­vii i kan­ta­bryj­skie­go Ca­stro Urdia­les. Oj­ciec przy­je­chał na Kubę, gdy był kil­ku­let­nim dziec­kiem, mat­ka, gdy mia­ła pięt­na­ście lat. Obo­je mają anar­chi­stycz­no-re­wo­lu­cyj­ne po­glą­dy. Ca­mi­lo uro­dzi się na przed­mie­ściach Ha­wa­ny, przy uli­cy Po­ci­to 71 (dzi­siaj Po­ci­to 228), w jed­nej z naj­bied­niej­szych dziel­nic mia­sta – Law­ton, 6 lu­te­go o siód­mej rano jako trze­ci z sy­nów. Dro­ga z Law­ton pro­wa­dzi­ła do San­tia­go de las Ve­gas y Be­ju­cal – już wte­dy w tych oko­li­cach ukry­wa­li się dzia­ła­cze ko­mu­ni­stycz­ni. Ro­dzi­na żyje bar­dzo bied­nie. Oj­ciec jest kraw­cem, dzia­ła w związ­ku ro­bot­ni­ków bran­ży tek­styl­nej i wal­czy prze­ciw­ko dyk­ta­tu­rze Ge­rar­da Ma­cha­do. Mat­ka zaj­mu­je się do­mem i dzieć­mi, do­ryw­czo tak­że szy­ciem. Cóż jed­nak po­wie­dzieć o rocz­nym bo­ba­sie? Ro­śnie zdro­wo, ma blond wło­ski, jest po­god­ny i ma dwóch star­szych bra­ci: Osma­níe­go oraz Hum­ber­ta.

odcinek drugi

28 kwiet­nia, so­bo­ta

Za­do­ma­wiam się. Rano śnia­da­nie z go­spo­dy­nią, za­ła­twia­nie for­mal­no­ści, wy­mia­na wa­lu­ty na dwor­cu au­to­bu­so­wym. Opro­wa­dza mnie cór­ka go­spo­dy­ni o imie­niu Kri­sh­nia, któ­re otrzy­ma­ła na cześć Krisz­ny. Dru­ga cór­ka miesz­ka w Mia­mi i ma na imię Ke­nia. Moż­na wy­wo­ły­wać zdję­cia, in­ter­net jest dro­gi, ale jest, moż­na z nie­go ko­rzy­stać tak­że w bi­blio­te­ce, w po­nie­dzia­łek spró­bu­ję. Kie­dy po dwu­dzie­stu mi­nu­tach wra­ca­my z wy­mie­nio­ny­mi pie­niędz­mi do domu, jest tam już funk­cjo­na­riusz­ka spi­su­ją­ca moje dane. Kim je­stem? Czy przy­by­wam jako tu­ryst­ka, stu­dent­ka, czy może dzien­ni­kar­ka? Do by­cia dzien­ni­kar­ką oczy­wi­ście nie moż­na się przy­znać. I rzecz ja­sna, to nie mnie za­da­wa­ne są py­ta­nia. Wszyst­ko od­by­wa się w bia­łych rę­ka­wicz­kach.

Cho­dzi­my po Ve­da­do. Słu­cham hi­sto­rii Kri­sh­ni. Pra­cu­je na uni­wer­sy­te­cie jako so­cjop­sy­cho­log, z wy­kształ­ce­nia jest na­uczy­ciel­ką na­ucza­nia po­cząt­ko­we­go ze spe­cja­li­za­cją z mu­zy­ki. Wy­ja­śnia mi, że jej obo­wiąz­ki so­cjop­sy­cho­lo­ga po­le­ga­ją na opie­ce nad sprzę­tem w aka­de­mi­kach oraz na ucze­niu stu­den­tów po­sza­no­wa­nia zdo­by­czy re­wo­lu­cji. Po raz pierw­szy sły­szę tu­taj to sło­wo. Na Ku­bie re­wo­lu­cja trwa już pra­wie pół wie­ku. Moja go­spo­dy­ni z no­stal­gią i pa­trio­tycz­nym sa­mo­za­do­wo­le­niem wspo­mi­na cza­sy do­bro­by­tu pod opie­kuń­czy­mi skrzy­dła­mi Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Mie­li wszyst­ko: lo­dów­ki, pral­ki, szko­ły, mle­ko dla dzie­ci. A kie­dy po 1989 roku na­stą­pił krach, Fi­del wy­my­ślił tu­ry­sty­kę. Oni wi­dzą, że dzie­je się nie­spra­wie­dli­wość, bo tu­ry­ści od­da­ją się kon­sump­cji, któ­rą za­ra­ża­ją się Ha­wań­czy­cy i miesz­kań­cy nad­mor­skich ku­ror­tów. Ile na tej li­nii od­by­wa się prze­róż­nych szwin­dli, wie­dzą ci, któ­rzy nie za­po­mnie­li po­cząt­ków III RP w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych. Kan­to­ry, cink­cia­rze, pi­rac­kie ka­se­ty, wy­no­sze­nie je­dze­nia i szam­po­nów z ho­te­lu – jed­nym sło­wem to, co moja go­spo­dy­ni na­zy­wa „in­ven­to”, a na co ję­zyk pol­ski ma swo­je cza­sow­ni­ko­we okre­śle­nie: „kom­bi­no­wać”. Ję­zyk pro­pa­gan­dy jest wszech­obec­ny, nic tyl­ko: ka­pi­ta­li­ści, im­pe­ria­li­ści, ter­ro­ry­ści. Może Ku­bań­czy­cy po­trze­bu­ją ta­kich men­tal­nie ostrych gra­nic, in­a­czej ży­cie nie mia­ło­by sen­su?

2. Tita iKri­sh­nia po­zu­ją do „re­wo­lu­cyj­ne­go” zdję­cia.

kró­lo­wa Ka­ra­ibów, rok 1933

Gdy na­dej­dzie rok 1933 – Hi­tler przej­mie wła­dzę w Niem­czech, Sta­lin bę­dzie roz­krę­cał swo­je czyst­ki, na Ukra­inie za­pa­nu­je Wiel­ki Głód, a w Pol­sce Wi­tol­do opu­bli­ku­je Pa­mięt­nik z okre­su doj­rze­wa­nia – Kró­lo­wa Ka­ra­ibów za­prząt­nię­ta bę­dzie spra­wa­mi swo­je­go eg­zo­tycz­ne­go kró­le­stwa. Eu­ro­pa jest da­le­ko, a Kuba znaj­du­je się w or­bi­cie in­te­re­sów Sta­nów Zjed­no­czo­nych i doj­rze­wa do zmia­ny sta­tu­su ko­lo­nial­nej re­pu­bli­ki ba­na­no­wej. Nowy pre­zy­dent USA Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt, zwo­len­nik dia­lo­gu, za­po­wia­da zmia­nę po­li­ty­ki wo­bec kra­jów Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej. Po­wią­za­nia rzą­du ku­bań­skie­go i in­te­re­sów bo­ga­tych Ku­bań­czy­ków z in­te­re­sa­mi ame­ry­kań­ski­mi wznie­ca­ją wciąż żywe an­ty­ame­ry­kań­skie i na­cjo­na­li­stycz­ne na­stro­je wśród mniej za­moż­nych miesz­kań­ców Kuby, któ­rzy nie mogą za­po­mnieć USA po­praw­ki Plat­ta. Po­praw­ka ta, wpro­wa­dzo­na do ku­bań­skiej kon­sty­tu­cji w 1901 roku, po­zwa­la­ła Sta­nom Zjed­no­czo­nym na in­ge­ren­cję zbroj­ną na Ku­bie, w ra­zie gdy­by USA uzna­ły to za ko­niecz­ne, za­bra­nia­ła ku­po­wa­nia ku­bań­skiej zie­mi oby­wa­te­lom in­nych na­cji poza USA, ze­zwa­la­ła USA na za­kup „zie­mi nie­zbęd­nej w ko­pal­nic­twie oraz pod bazy mor­skie” i ogła­sza­ła prze­ję­cie przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne za­to­ki Gu­an­tána­mo.

W 1933 roku, gdy nasi bo­ha­te­ro­wie już pod­ro­śli, na Ku­bie do­cho­dzi do pu­czu, na któ­re­go cze­le sta­je trzy­dzie­sto­dwu­let­ni ofi­cer Ful­gen­cio Ba­ti­sta. Upa­da rząd sko­rum­po­wa­ne­go pre­zy­den­ta Ge­rar­da Ma­cha­do, wiel­bi­cie­la Mus­so­li­nie­go, któ­ry rzą­dzi już dru­gą ze swych sze­ścio­let­nich ka­den­cji. Wpraw­dzie Ma­cha­do, star­tu­ją­cy w wy­bo­rach z pro­gra­mem „Woda, dro­gi i szko­ły”, uno­wo­cze­śnił wy­spę – zbu­do­wał au­to­stra­dę Ca­re­te­ra Cen­tral (bie­gnie ona z Pi­nar del Río na za­cho­dzie kra­ju do Ha­wa­ny), wzniósł im­po­nu­ją­cy bu­dy­nek Ca­pi­to­lio w sto­li­cy i otwo­rzył mię­dzy­na­ro­do­we lot­ni­sko im. José Mar­tíe­go – ale jego rzą­dy za­czy­na­ły co­raz bar­dziej przy­po­mi­nać dyk­ta­tu­rę. Wy­daw­cę ga­ze­ty „El Día” zna­le­zio­no mar­twe­go za­raz po tym, jak opu­bli­ko­wał ka­ry­ka­tu­ry pre­zy­den­ta, za­mor­do­wa­no se­kre­ta­rza ku­bań­skie­go związ­ku za­wo­do­we­go i wie­lu jego człon­ków. W kra­ju raz po raz wy­bu­cha­ły straj­ki, w miej­scach pu­blicz­nych pod­kła­da­no bom­by. Woj­sko kon­tro­lo­wa­ło na­wet szko­ły, szcze­gól­nie wyż­sze uczel­nie. W roku aka­de­mic­kim 1927/1928 oraz w la­tach 1930–1933 uni­wer­sy­tet był za­mknię­ty, a wie­lu pro­fe­so­rów zna­la­zło się na emi­gra­cji. Szum­nym de­kla­ra­cjom o roz­wo­ju szkol­nic­twa to­wa­rzy­szył sześć­dzie­się­cio­pro­cen­to­wy wskaź­nik anal­fa­be­ty­zmu. Je­dy­ny suk­ces pre­zy­den­ta w dzie­dzi­nie edu­ka­cji to wy­bu­do­wa­nie gi­gan­tycz­nych mar­mu­ro­wych scho­dów przed wzgó­rzem, na któ­rym stoi gmach uni­wer­sy­te­tu. Te scho­dy sta­ną się sce­no­gra­fią nie­jed­nej de­cy­du­ją­cej roz­gryw­ki w ku­bań­skiej hi­sto­rii.

W tym wła­śnie mniej wię­cej cza­sie po­ja­wia się nowa po­stać, któ­ra zmie­cie z po­li­tycz­nej sce­ny dyk­ta­to­ra Ma­cha­do. To Ful­gen­cio Ba­ti­sta, na­zy­wa­ny El Mu­la­to Lin­do (Ład­ny Mu­lat) – taki przy­do­mek nada­li mu ko­le­dzy ko­le­ja­rze z pra­cy w Uni­ted Fru­it Com­pa­ny. W przy­szło­ści zo­sta­nie na­stęp­nym dyk­ta­to­rem w ku­bań­skim pan­te­onie sa­tra­pów i pierw­szym „ko­lo­ro­wym” pre­zy­den­tem Kuby, do tego ni­skie­go po­cho­dze­nia. Uro­dził się nad za­to­ką Nipe, w Bi­rán w pro­win­cji Orien­te, tam gdzie póź­niej przyj­dzie na świat Fi­del. Edu­ka­cję prze­rwał w wie­ku ośmiu lat, bo mu­siał po­ma­gać ojcu – na­jem­ne­mu pra­cow­ni­ko­wi – przy zbio­rach trzci­ny. Zro­bił ka­rie­rę w woj­sku, naj­pierw jako ste­no­graf, bo woj­sko było je­dy­nym miej­scem, gdzie przyj­mo­wa­no nie­bia­łych. Przy­stoj­ny, ro­bią­cy wra­że­nie na ko­bie­tach i nie tyl­ko, o uj­mu­ją­cej po­wierz­chow­no­ści gwiaz­dy wo­de­wi­lu: nie­co an­dro­gi­nicz­na uro­da, re­gu­lar­ne rysy twa­rzy, ciem­na cera, per­fek­cyj­nie bia­łe zęby i czar­ne wło­sy, do tego po­włó­czy­ste spoj­rze­nie mig­da­ło­wych oczu. Ado­nis stro­ją­cy się w mun­du­ry z licz­ny­mi od­zna­cze­nia­mi, do­sko­na­ły mów­ca, uważ­nie stu­diu­ją­cy pi­sma José Mar­tíe­go, na­tchnio­ne­go po­ety – le­gen­dy ku­bań­skiej woj­ny z Hisz­pa­na­mi o nie­pod­le­głość i bo­ha­te­ra uwiel­bia­ne­go przez na­ród. Mimo po­wab­ne­go wy­glą­du i sa­lo­no­wej ogła­dy Ba­ti­sta po­tra­fi być bez­względ­ny. Pod­trzy­mu­jąc tra­dy­cję usta­no­wio­ną przez po­przed­nie­go pre­zy­den­ta, wy­daw­cę wro­giej mu ga­ze­ty każe po­rwać i śmier­tel­nie na­po­ić ben­zy­ną. Po­pu­lar­ne na wy­spie stu­denc­kie pro­te­sty stłu­mi w za­rod­ku, a na uli­cach Ha­wa­ny wciąż ście­lić się będą tru­py.

Do tego wła­śnie ofi­ce­ra, któ­ry szy­ku­je za­mach sta­nu, zgła­sza się pew­ne­go dnia Ame­ry­ka­nin Mey­er Lan­sky z pro­po­zy­cją po­par­tą spo­rych roz­mia­rów wa­liz­ką o cie­ka­wej za­war­to­ści. Pan Lan­sky jest ele­ganc­kim męż­czy­zną o rok młod­szym od ku­bań­skie­go pre­zy­den­ta, nosi sza­ry gar­ni­tur i kra­wat (z bie­giem cza­su do­ro­bi się im­po­nu­ją­cej licz­by kra­wa­tów). Już od kil­ku lat in­te­re­su­je się Kubą, któ­ra do­tych­czas słu­ży­ła jego mo­co­daw­com za mor­ski punkt prze­ła­dun­ko­wy nie­le­gal­ne­go al­ko­ho­lu. Ze swym przy­ja­cie­lem Char­liem „Luc­kym” Lu­cia­no, człon­kiem cosa no­stry, nie­raz roz­ma­wiał o tym, cze­go moż­na by do­ko­nać na Ku­bie przy sprzy­ja­ją­cym na­sta­wie­niu lo­kal­ne­go rzą­du, sły­ną­ce­go z ko­rup­cji. Wszak w USA do­bie­ga koń­ca pro­hi­bi­cja i ma­fia po­trze­bu­je no­wych ryn­ków zby­tu.

Lan­sky za­brał Ba­ti­stę do na­sze­go ho­te­lu, otwo­rzył wa­liz­kę i wska­zał na go­tów­kę. Ba­ti­sta ga­pił się na pie­nią­dze, nie wy­rze­ka­jąc ani sło­wa. Po czym uści­snął rękę Mey­ero­wi i wy­szedł. Wi­dy­wa­li się kil­ka razy w cią­gu na­stęp­ne­go ty­go­dnia i wi­dać było, że Mey­er do­brze ro­zu­mie się z Ba­ti­stą. Da­li­śmy Ba­ti­ście gwa­ran­cję na od 3 do 5 mi­lio­nów rocz­nie, tak dłu­go jak bę­dzie­my mieć mo­no­pol na ka­sy­na w Ho­tel Na­cio­nal i wszę­dzie tam, gdzie na wy­spie po­ja­wiać się będą tu­ry­ści. (Eisen­berg)

Przy­jaź­nie w ma­fii to rzecz może nie­zbyt sta­ła, ale Sy­cy­lij­czyk Luc­ky Lu­cia­no zna się z Mey­erem z cza­sów no­wo­jor­skie­go dzie­ciń­stwa. Zna­jo­mość za­war­li na uli­cy po lek­cjach w szko­le. Luc­ky do­ra­biał so­bie, wy­mu­sza­jąc na młod­szych uczniach ha­ra­cze za „ochro­nę”. Jed­nak młod­szy o pięć lat Mey­er po­sta­wił się i nie chciał pła­cić, a na pro­po­zy­cję „dar­mo­wej ochro­ny” od­po­wie­dział, że „ma ją gdzieś”, a do­słow­nie „w du­pie”. W ten spo­sób na­ro­dzi­ła się dłu­go­let­nia przy­jaźń. Mey­er po­cho­dził z ży­dow­skiej ro­dzi­ny i przy­szedł na świat w 1902 roku w Grod­nie, gdzie miesz­ka­ła jesz­cze Eli­za Orzesz­ko­wa. Ro­dzi­na ucie­kła stam­tąd przed bie­dą oraz prze­śla­do­wa­nia­mi, gdy Mey­er miał dzie­sięć lat. W Sta­nach ro­dzi­ce chłop­ca, Jet­ta i Maks Su­chow­liń­scy, zmie­ni­li na­zwi­sko na Lan­sky. Mey­er pil­nie uczęsz­czał do szko­ły, był ge­niu­szem ma­te­ma­tycz­nym, cy­to­wał z pa­mię­ci Szek­spi­ra i z bie­giem cza­su stał się fi­nan­so­wym mó­zgiem ma­fii oraz pier­wo­wzo­rem po­sta­ci Hy­ma­na Ro­tha w dru­giej czę­ści sagi Cop­po­li o ojcu chrzest­nym. W tym cza­sie nie żyje już capo di tut­ti capi Man­za­no, jest tak zwa­ny czas rzą­dów pię­ciu ro­dzin. Po­nie­waż Lan­sky nie jest Wło­chem, sze­fem ma­fii zo­sta­je Lu­cia­no, któ­ry w prze­ci­wień­stwie do or­to­dok­syj­nych Wło­chów z Włoch ro­zu­miał, że w Ame­ry­ce po­dzia­ły na­ro­do­wo­ścio­we nie mają sen­su i że do or­ga­ni­za­cji trze­ba do­pu­ścić świe­żą krew, krew ży­dow­ską. Mey­er zo­sta­je wpły­wo­wym biz­nes­me­nem ma­fii. Uda­je mu się za­pro­wa­dzić po­rzą­dek w ku­bań­skim Gran Ca­si­no Na­cio­nal i opa­no­wać wy­ści­gi kon­ne Orien­tal Park Ra­ce­track, ale tu­ry­sty­ka ku­bań­ska po okre­sie Wiel­kie­go Kry­zy­su ma się śred­nio, w 1936 aresz­to­wa­no Luc­ky’ego Lu­cia­no i ska­za­no na czter­dzie­ści lat wię­zie­nia. A do tego woj­na w Eu­ro­pie za pa­sem. Wszyst­ko to prze­szka­dza w stwo­rze­niu na wy­spie wy­ma­rzo­ne­go przez Lan­sky’ego tro­pi­kal­ne­go Las Ve­gas.

W ob­rę­bie za­in­te­re­so­wań ma­fii po­zo­sta­je jesz­cze jed­na z waż­nych ga­łę­zi go­spo­dar­ki Kuby – pro­sty­tu­cja. Ta bran­ża jest na wy­spie dość do­brze roz­wi­nię­ta. Już na jed­nym z trzech stat­ków Ko­lum­ba, któ­ry­mi do­pły­nął do Kuby, Ha­iti i Ba­ha­mów, po­szu­ku­jąc dro­gi do In­dii, po­dró­żo­wa­ło sześć ko­biet, któ­re słu­ży­ły męż­czy­znom: Fer­nan­da, Ju­ana, Alon­sa (Cuyo), Ca­ri­dad, Fer­mi­na (La Tata) i Ve­ne­ra­da (Con­cha). Praw­do­po­dob­nie wy­mknę­ły się ze szpo­nów San­to Ofi­cio i prze­my­co­no je na sta­tek w ta­jem­ni­cy przez Kró­la­mi Ka­to­lic­ki­mi. Za­raz też od­kry­te „In­dian­ki” za­czę­ły słu­żyć w tym sa­mym celu. Męż­czyź­ni, któ­rzy przez całą po­dróż nie za­zna­li ko­bie­ty, mu­sie­li dać so­bie upust (o ile nie ro­bi­li tego mię­dzy sobą). Die­go Ve­lázqu­ez już w cza­sie pierw­sze­go po­by­tu na wy­spie Ju­any (jak na­zwał Kubę Ko­lumb) za­ło­żył spe­cjal­ną ca­si­tę, do­mek, gdzie trzy­mał co pięk­niej­sze abo­ry­gen­ki na wła­sny uży­tek. Wy­da­no rów­nież po­zwo­le­nie, by żoł­nie­rze po „spa­cy­fi­ko­wa­niu” tu­byl­ców mo­gli uży­wać „nie­wol­nic do uga­sze­nia swych żą­dzy”. Już w 1526 roku, 4 sierp­nia (w dzień uro­dzin Vir­gi­lia i Wi­tol­da), w Por­to­ry­ko za­ło­żo­no pierw­szy bur­del. Na Ku­bie pierw­szy przy­by­tek tego ro­dza­ju otwar­to w San­tia­go de Cuba. Pro­sty­tu­cja ści­śle zwią­za­na była z ra­so­wy­mi pa­ra­dyg­ma­ta­mi, gdy wy­bi­to już „In­dian­ki”, przy­szła ko­lej na ko­bie­ty spro­wa­dza­ne z Afry­ki. Bia­łe i Me­ty­ski wkra­cza­ją na ścież­kę pro­sty­tu­cji póź­niej, mniej wię­cej w XIX wie­ku, a szcze­gól­nie po woj­nie dzie­się­cio­let­niej z Hisz­pa­na­mi o nie­pod­le­głość – żony, któ­re na woj­nie stra­ci­ły mę­żów, mu­szą ja­koś za­ro­bić na dzie­ci i utrzy­ma­nie. I tak Kuba zo­sta­nie na­zwa­na Bur­de­lem Ka­ra­ibów: we­dług ra­por­tu z 1899 roku na wy­spie dzia­ła ty­siąc czte­ry­sta do­mów pu­blicz­nych, zwa­nych ca­sas de to­le­ran­cia, do­ma­mi to­le­ran­cji (pod­czas gdy w tym cza­sie w Por­to­ry­ko jest ich dwie­ście sześć­dzie­siąt, a na Do­mi­ni­ka­nie pięć­set dwa­dzie­ścia trzy). Kuba ustę­pu­je tyl­ko Pa­na­mie, gdzie dzia­ła aż dwa ty­sią­ce sto trzy­na­ście przy­byt­ków roz­ko­szy. Za cza­sów ma­fii pro­sty­tu­cja przy­bie­ra inne ob­li­cze: za­miast ko­rzy­stać z usług ta­nich dzi­wek z uli­cy, moż­na wy­brać się do eks­klu­zyw­ne­go bur­de­lu. Naj­spraw­niej dzia­ła Doña Ma­ri­na, któ­ra po­sia­da sieć bur­de­li, tak­że w luk­su­so­wych ho­te­lach. W jej rę­kach jest też Casa Ma­ri­na, trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek w Sta­rej Ha­wa­nie ze spe­cjal­ny­mi po­ko­ja­mi, okrą­gły­mi łóż­ka­mi i an­tycz­ny­mi re­kwi­zy­ta­mi. Doña Ma­ri­na re­kla­mu­je się na­wet w ame­ry­kań­skim pi­śmie dla męż­czyzn jako „Sin – With a Rum­ba Beat”:

Plu­szo­we dra­pe­rie i an­tycz­ne me­ble ozda­bia­ją sa­lo­ny. Na­po­je od­świe­ża­ją­ce po­da­je go­ściom ob­słu­ga w bia­łych far­tusz­kach, z wdzię­kiem dy­ga­jąc w po­dzię­ko­wa­niu za na­pi­wek lub za­pła­tę. Dom Ma­ri­ny ofe­ru­je usłu­gi rzad­ko wi­dzia­ne na Ku­bie lub na­wet poza nią – dwie wy­szko­lo­ne pie­lę­gniar­ki sto­ją w „szpi­tal­nym” punk­cie od świ­tu do nocy, dba­jąc o zdro­wie klien­tów.

Dzię­ki sta­ra­niom ma­fii pro­sty­tu­cja kwit­nie tak­że w Se­vil­la Bilt­mo­re, za­le­d­wie kil­ka kro­ków od Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go. A tam El Mu­la­to Lin­do spra­wu­je wła­dzę nad woj­skiem, ob­sa­dza co rusz to no­we­go pre­zy­den­ta, gdyż sam nie osią­gnął jesz­cze wie­ku, jaki zgod­nie z kon­sty­tu­cją musi mieć pre­zy­dent Re­pu­bli­ki Kuby. W cią­gu kil­ku lat przez Pa­łac Pre­zy­denc­ki prze­wi­nie się kil­ka­na­ście głów pań­stwa. Naj­pierw pre­zy­den­tem zo­sta­je na je­den dzień ge­ne­rał Al­ber­to Her­re­ra y Fran­chi, póź­niej plan­ta­tor Car­los Ma­nu­el de Céspe­des y Qu­esa­da, któ­ry po­rzą­dzi od sierp­nia do wrze­śnia, ale woj­sko­wi nie są z nie­go za­do­wo­le­ni, więc za­stę­pu­ją go „pię­cio­pa­kiem” (Ra­món Grau San Mar­tín, Ser­gio Car­bó, Por­fi­rio Fran­ca, José Mi­gu­el Iri­sar­ri i Gu­il­ler­mo Por­te­la), a na­stęp­nie z tego skła­du wy­ła­nia­ją pro­fe­so­ra uni­wer­sy­tec­kie­go (spe­cja­li­za­cja fi­zjo­lo­gia) – Ra­mó­na Grau San Mar­tína. Na­cjo­na­li­sta Grau San Mar­tín spra­wu­je rzą­dy aż sto dwa­dzie­ścia osiem dni, do mo­men­tu gdy Ful­gen­cio Ba­ti­sta za­stą­pi go in­nym fi­gu­ran­tem – nie­speł­na „trzy­dnio­wym” pre­zy­den­tem, z za­wo­du chi­rur­giem, Car­lo­sem He­vią y Rey­es Ga­vi­la­nem, a na­stęp­nie fo­tel zaj­mie na kil­ka go­dzin dy­plo­ma­ta Ma­nu­el Márqu­ez Ster­ling, po czym mia­no­wa­ny zo­sta­nie pra­wie na rok Car­los Men­die­ta y Mon­te­fur (za jego rzą­dów ko­bie­ty zdo­bę­dą pra­wo do gło­so­wa­nia), póź­niej praw­nik José Bar­net (pięć mie­się­cy), syn by­łe­go pre­zy­den­ta Mi­gu­el Ma­ria­no Gó­mez (ten ma szczę­ście utrzy­mać się przez sie­dem mie­się­cy), i wresz­cie puł­kow­nik Fre­de­ri­co La­re­do Brú, któ­ry po­rzą­dzi aż czte­ry lata.

Co sły­chać w tym cza­sie u na­szych chłop­ców?

Vir­gi­lio ma dwa­dzie­ścia je­den lat i wia­do­mo już, że nie bę­dzie żad­nym musz­kie­te­rem. Nie brak mu jed­nak od­wa­gi, by w świe­cie ma­cho przy­znać się naj­pierw przed sa­mym sobą do by­cia in­nym. Do­cho­dzi do tego dość wcze­śnie:

Le­d­wo osią­gną­łem wiek, by pro­ces my­śle­nia prze­kła­dał się na coś wię­cej niż plu­cie śli­ną i wy­rzu­ca­nie ra­mion, do­wie­dzia­łem się o trzech rze­czach dość nie­czy­stych, by móc je kie­dyś z sie­bie zmyć. Do­wie­dzia­łem się, że je­stem bied­ny, że je­stem ho­mo­sek­su­ali­stą i że po­do­ba mi się Sztu­ka.

Dwie ostat­nie będą mia­ły szcze­gól­ny wpływ na jego ży­cie.

Pierw­szą rzecz od­kry­łem pew­ne­go dnia, gdy po­wie­dzia­no, że „nie ma nic na obiad”.

Dru­gą, kie­dy po­czu­łem, jak ogar­nia mnie wstyd, gdy od­kry­łem u jed­ne­go z mo­ich licz­nych wuj­ków wy­brzu­szo­ny czło­nek pod spodnia­mi. Trze­cią, gdy pew­ne­go dnia usły­sza­łem, jak moja bar­dzo gru­ba ku­zyn­ka, ści­ska­jąc moc­no w dło­ni kie­li­szek, wzno­si­ła to­ast, śpie­wa­jąc Tra­via­tę.

Spra­wę gło­du jako sied­mio­la­tek roz­wią­zał ła­two – zwi­ja­jąc u ulicz­ne­go sprze­daw­cy ba­na­na. Spra­wę sek­su w spo­sób bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny, acz­kol­wiek dość kla­sycz­ny, to zna­czy scho­wał się gdzieś przed do­mow­ni­ka­mi, a resz­tę pod­po­wie­dział mu in­stynkt. Głód sztu­ki z ko­lei za­spo­ka­jał wy­obraź­nią. Vir­gi­lio za rok skoń­czy li­ceum i zda ma­tu­rę. Po la­tach sko­men­tu­je w swo­jej au­to­bio­gra­fii wy­da­rze­nia 1933 roku:

Od upad­ku Ma­cha­do do Fi­de­la Ca­stro wi­dzie­li­śmy całą de­fi­la­dę: Ba­ti­sta, Men­die­ta, Mi­gu­el Ma­ria­no Gó­mez, Bar­net, Grau San Mar­tín, i zno­wu Ba­ti­sta, Prío i po­now­nie Ba­ti­sta. Każ­dy łe­pek u są­sia­dów zna na pa­mięć te na­zwi­ska i zby­tecz­ne jest ich po­wta­rza­nie. Jed­nak­że dla tych, któ­rzy cier­pie­li przez te lata nie­rzą­dów, wy­li­czan­ka ta spi­sa­na jest atra­men­tem czar­niej­szym od czar­ne­go.

Gdy upa­da Ma­cha­do, naj­star­szy z musz­kie­te­rów, Hu­ber, ma lat pięt­na­ście. Pa­mię­ta to do dzi­siaj. Był 12 sierp­nia, pra­co­wa­li z oj­cem na fin­ce Bu­ena Vi­sta, gdzie dzier­ża­wi­li ka­wa­łek zie­mi pod upra­wę ryżu. Było ja­koś koło je­de­na­stej czy dwu­na­stej rano, gdy usły­sze­li dzwo­ny bi­ją­ce na wie­ży ko­ścio­ła w od­da­lo­nej o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów Yarze. Biły moc­no, a oni nie wie­dzie­li, co się dzie­je, aż nad­je­chał kon­no zna­jo­my ojca, Ra­fa­eli­to, i prze­ka­zał wia­do­mość, że oba­lo­no pre­zy­den­ta Ma­cha­do. Od razu wszy­scy za­czę­li świę­to­wać, lu­dzie wy­cho­dzi­li na dro­gę, cie­szy­li się, wi­wa­to­wa­li. Wie­rzy­li, że na­dej­dzie wol­ność, że znik­nie bie­da i ko­rup­cja. W tym cza­sie Hu­ber z ma­łe­go chłop­ca, któ­ry szó­stą i siód­mą kla­sę skoń­czył w po­bli­skim Man­za­nil­lo, miesz­ka­jąc u jed­nej z ko­cha­nek swe­go dziad­ka, prze­mie­nia się w co­raz bar­dziej świa­do­me­go mło­dzień­ca. Gdy jed­na z na­uczy­cie­lek gnę­bi go w szko­le, w ak­cie sprze­ci­wu na­si­ka na oczach wszyst­kich przed drzwia­mi kla­sy (za co póź­niej do­sta­nie baty). Od dwu­na­ste­go roku ży­cia uczest­ni­czy w mę­skich dys­ku­sjach w Cír­cu­lo So­cial, wpro­wa­dzo­ny tam przez lo­kal­ne­go po­li­ty­ka, wuj­ka Do­min­go, któ­ry wciąż po­wta­rza, że „z tego chłop­ca coś bę­dzie” i że „zaj­dzie da­le­ko”. Pa­no­wie pod­su­wa­ją mu książ­ki, a Hu­ber ma dużo cza­su na lek­tu­ry, gdyż od dwóch lat nie cho­dzi do szko­ły – wszyst­kie za­mknię­to prze­cież na po­le­ce­nie pre­zy­den­ta Ma­cha­do. Pra­cu­je tyl­ko w skle­pie ojca, któ­ry chciał­by z nie­go zro­bić han­dlow­ca.

W tym cza­sie pa­sjo­nu­je się lek­tu­rą, któ­ra zde­ter­mi­nu­je jego ży­cie. To książ­ka Ar­gen­tyń­czy­ka José In­ge­nie­ro­sa, zwa­ne­go Mi­strzem Mło­dzie­ży Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej. In­ge­nie­ros, z za­wo­du le­karz psy­chia­tra (zaj­mo­wał się mię­dzy in­ny­mi ba­da­niem sy­mu­la­cji sza­leń­stwa), z za­mi­ło­wa­nia był fi­lo­zo­fem. Na po­cząt­ku XX wie­ku za­ło­żył w Bu­enos Aires In­sty­tut Kry­mi­no­lo­gii i Ar­gen­tyń­skie To­wa­rzy­stwo Fi­lo­zo­ficz­ne. Jego książ­ka Las fu­erzas mo­ra­les (Siły mo­ral­ne) sta­ła się bi­blią mło­dzie­ży. Za­an­ga­żo­wa­ny w two­rze­nie pod­staw na­ro­do­wo­ści ar­gen­tyń­skiej, był tak­że an­ty­im­pe­ria­li­stą, a jego pra­ce fi­lo­zo­ficz­ne cie­pło przyj­mo­wa­li ko­mu­ni­ści i anar­chi­ści. Z tymi ostat­ni­mi zresz­tą pod ko­niec ży­cia otwar­cie sym­pa­ty­zo­wał. In­ge­nie­ros na­uczył Hu­be­ra, że trze­ba żyć etycz­nie i być uczci­wym. Te pro­ste ha­sła sta­ną się prze­wod­nią ideą w ży­ciu Ma­to­sa. W 1925 roku In­ge­nie­ros pi­sał o No­wym Po­ko­le­niu, któ­re dzię­ki temu, że mło­de, czy­li wol­ne od do­gma­tów i nie­ob­cią­żo­ne ba­ga­żem prze­szło­ści, musi kształ­to­wać świat i po­py­chać go do przo­du:

Za każ­dym ra­zem, gdy ja­kieś po­ko­le­nie się sta­rze­je, a jego ide­ały za­stę­pu­je zde­ge­ne­ro­wa­ny ape­tyt, ży­cie pu­blicz­ne osu­wa się w nie­mo­ral­ność i prze­moc. W ta­kiej chwi­li za­da­niem mło­dzie­ży jest po­nieść Po­chod­nię i wy­po­wie­dzieć Sło­wo, ich mi­sją jest od­no­wić mo­ral­ność świa­ta [...].

Mło­dość to droż­dże spo­łe­czeństw, na nich wy­ra­sta nowe. Dzię­ki mło­do­ści Po­chod­nia nig­dy nie zga­śnie, trze­ba ją tyl­ko prze­ka­zy­wać z rąk do rąk, od­na­wia­jąc nor­my i pod­trzy­mu­jąc war­to­ści. Tej mo­ral­nej siły mło­do­ści boją się ty­ra­ni i wszy­scy nie­gdy­siej­si, po­sta­rza­li re­wo­lu­cjo­ni­ści. Mło­dy Hu­ber za­mie­rza po­nieść Po­chod­nię i za­siać ziar­no, choć In­ge­nie­ros uprze­dza, że moż­na „nie zdo­łać ze­brać owo­ców swo­je­go sie­wu”.

W tym cza­sie ło­buz Fi­del ma lat sie­dem i miesz­ka nadal u Mu­la­ta w San­tia­go. Sły­szy wrze­nie w mie­ście, ale ni­cze­go nie ro­zu­mie. Zmia­ny nie są ko­rzyst­ne dla jego ojca, zde­kla­ro­wa­ne­go kon­ser­wa­ty­sty, któ­ry po­pie­ra rzą­dy Ma­cha­do i wście­ka się na wieść o no­wych po­rząd­kach. Nie za­mie­rza zresz­tą ich prze­strze­gać, na swo­ich wło­ściach to on jest pa­nem. Po­trze­bu­je nie­wol­ni­ków i ba­sta. Mały Fi­del też jest twar­dy – w je­zu­ic­kim Co­le­gio La­sal­le, do któ­re­go cho­dzi, przy­wa­li ko­le­dze, któ­ry wy­zwie go po­now­nie od „Ży­dów”. Odda też za­kon­ni­ko­wi, któ­ry go ude­rzy, bę­dzie ko­pał, gryzł, rzu­cał obe­lga­mi. Szko­ła chce wy­rzu­cić to „dzi­kie zwie­rzę”, ale Fi­del nie za­mie­rza re­zy­gno­wać z na­uki, a wręcz prze­ciw­nie, roz­pocz­nie bunt, by prze­nieść go z domu Mu­la­ta do in­ter­na­tu, czy­li bę­dzie wy­zy­wał i bił jesz­cze bar­dziej. W in­ter­na­cie dzie­ci – w czwart­ki oraz nie­dzie­le, gdy nie ma lek­cji – są za­bie­ra­ne na pla­żę i na spa­ce­ry. On też chce cho­dzić na pla­żę i na spa­ce­ry. Dzia­ła va ba­nque, in­stynk­tow­nie, ale sku­tecz­nie. „By­łem bar­dzo szczę­śli­wy [...], cie­szy­łem się wol­no­ścią, ło­wi­łem ryby, pły­wa­łem, bie­ga­łem, upra­wia­łem sport”. „Mo­głem ba­wić się po lek­cjach na po­dwó­rzu szko­ły ze wszyst­ki­mi chłop­ca­mi, już nie by­łem sam”.

Tym­cza­sem pię­cio­let­ni Er­ne­sti­to, któ­ry ma już sio­strzycz­kę Ce­lię i bra­cisz­ka Ro­ber­ta, prze­no­si się wraz z ro­dzi­ną z Bu­enos Aires w góry, w oko­li­ce Cór­do­by, mia­sta od za­wsze kon­ku­ru­ją­ce­go ze sto­li­cą. Naj­pierw tra­fia­ją do miej­sco­wo­ści Ar­gu­el­lo, ale kli­mat jest tu nie­do­bry, więc zmie­nia­ją pla­ny i jadą do Alta Gra­cia. Wszyst­ko z po­wo­du nie­daw­no od­kry­tej u Er­ne­sta ast­my, mat­ka mar­twi się o syna. Naj­pierw przez sześć ty­go­dni miesz­ka­ją w ho­te­lu Grau, po­tem jest Vil­la Chi­chi­ta i Vil­la Ny­dia. Cią­głe wę­drów­ki sta­ną się nie­od­łącz­ną czę­ścią ży­cia ro­dzi­ny Gu­eva­rów.

Nie jest to szczę­śli­wy rok, w lip­cu umie­ra Hi­pó­li­to Yri­goy­en, pre­zy­dent Ar­gen­ty­ny. Trzy lata wcze­śniej, jako sie­dem­dzie­się­cio­ośmio­la­tek, zo­stał zmie­cio­ny ze sce­ny po­li­tycz­nej przez woj­sko­wy za­mach sta­nu. W XX wie­ku groź­ba woj­sko­wych pu­czów jak czar­na chmu­ra za­wi­śnie nad „hi­sto­rią ofi­cjal­ną Ar­gen­ty­ny”.

A Ca­mi­lo – nasz ostat­ni bo­ha­ter – ma do­pie­ro ro­czek i wła­śnie za­zna­je sma­ku pierw­szej prze­pro­wadz­ki. Z po­wo­du bra­ku pie­nię­dzy jego ro­dzi­na prze­no­si się na uli­cę O’Re­il­ly, do przy­bu­dów­ki na da­chu dwu­pię­tro­we­go bu­dyn­ku. Chłop­czyk może już cho­dzi, może coś mówi, ale na pew­no już się pięk­nie uśmie­cha.

odcinek trzeci

29 kwiet­nia, nie­dzie­la

Wczo­raj by­łam w ki­nie z Kri­sh­nią i jej ko­le­żan­ką. Film pro­duk­cji hisz­pań­sko-ku­bań­sko-we­ne­zu­el­skiej o ty­tu­le La edad de la pe­se­ta wy­świe­tla­ny był z pły­ty DVD w ki­nie Yara, miesz­czą­cym się koło słyn­nej lo­dziar­ni Cop­pe­lia. Przed nim wy­świe­tlo­no pro­gram wszyst­kich kin w mie­ście, przy czym wy­glą­da­ło to jak pol­skie re­kla­my z po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, co po­ja­wia­ją się jesz­cze w lo­kal­nych te­le­wi­zjach, np. re­kla­my do­mów we­sel­nych. Wy­kwi­ta­ją­ce i za­ni­ka­ją­ce rom­by z efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi w ro­dza­ju ko­lo­ro­wych ra­mek, a wszyst­ko – jak to na Ku­bie – okra­szo­ne gło­śną mu­zy­ką.

Ak­cja fil­mu roz­gry­wa się w przed­re­wo­lu­cyj­nej Ha­wa­nie. Ko­bie­ta z dzie­się­cio­let­nim sy­nem ucie­ka od męża – zda­je się ja­kiejś sza­lo­nej mi­ło­ści z lat mło­dzień­czych – do mat­ki. Wszy­scy, za­rów­no mat­ka, syn, jak i bab­ka żyją ma­rze­nia­mi. Mat­ka, za­pa­trzo­na w gwiaz­dy fil­mo­we, ma­rzy o lep­szym ży­ciu, bab­ka wie­rzy w nie­zli­czo­ną ilość świę­tych, a za­ra­zem jest bar­dzo no­wo­cze­sną fo­to­graf­ką. Sa­mu­el zaś prze­ży­wa ty­po­we dla wie­ku do­ra­sta­nia mło­dzień­cze męki. Hi­sto­ryj­ka spraw­nie po­ka­za­na i opo­wie­dzia­na, za­dba­no o ład­ne stro­je z epo­ki. Film koń­czy się re­wo­lu­cją i wy­jaz­dem mat­ki z sy­nem oraz z no­wym mę­żem do Mia­mi. Bab­ka, z po­cząt­ku oschła w sto­sun­ku do wnu­ka – owo­cu za­ka­za­nej mi­ło­ści – zdą­ży­ła się już z nim zżyć, więc wy­jazd chłop­ca jest dla niej trud­ny.

Po fil­mie dziew­czy­ny po­szły się z kimś spo­tkać, a ja wy­ru­szy­łam w stro­nę Ma­le­có­nu, czy­li nad­mor­skie­go dep­ta­ka. Miły chło­dek, za­ko­cha­ne pary. Nie je­stem wy­bred­na, bio­rę, co się na­wi­nie, prze­waż­nie drep­cząc po mie­ście jak „nie­spiesz­ny prze­cho­dzień”. Albo na­wet sie­dząc w po­ko­ju. Moje po­zna­wa­nie Kuby to głów­nie pro­ces my­ślo­wy. Wy­glą­dam przez okno, przy­glą­dam się dzie­ciom, są­sia­dom, od­da­ję się ryt­mo­wi nie­dziel­nych ulic. Z re­flek­sji po spa­ce­rze na Ma­le­cón zo­sta­je mi żal, że re­wo­lu­cji nie uda­ło się zmie­nić ku­bań­skiej psy­chi­ki ma­cho, co Fi­del uwa­żał za je­den z jej ce­lów. Jak przy­jem­nie by­ło­by przejść się po Ma­le­có­nie, gdy­by nikt na mnie nie czy­hał, nie za­ga­dy­wał, gdy­bym mo­gła się po­czuć praw­dzi­wie wol­na. Ale zna­mię tu­ry­sty oraz sa­mot­ność mło­dej ko­bie­ty nie może po­zo­sta­wić obo­jęt­ny­mi tych aman­tów Mu­la­tów, Kre­olów i tak da­lej. Jaki żal. Uzna­ła­bym Kubę za wy­spę szczę­śli­wo­ści w tym mo­rzu wiecz­ne­go ła­ciń­skie­go pod­ry­wu, od­gry­wa­ne­go po ty­siąc razy, we­dle tych sa­mych pro­ce­dur. Ale nie jest tak źle – fa­ce­tów tu­ry­stów cią­gle na­ga­bu­ją tak zwa­ne ji­ne­te­ras, czy­li pro­sty­tut­ki, któ­ry­mi cza­sem są zwy­kłe dziew­czy­ny, jak­by były na­szy­mi ko­le­żan­ka­mi z blo­ku czy ze szko­ły, choć w wy­da­niu bar­dziej tro­pi­kal­nym. Obok Bra­zy­lii to chy­ba je­dy­ny kraj ta­kie­go rów­no­upraw­nie­nia płci, to zna­czy wszy­scy są po­ten­cjal­ny­mi obiek­ta­mi sek­su­al­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Dla mnie jed­nak by­cie przed­mio­tem, choć­by na­wet i po­żą­da­nia, jest mę­czą­ce.

3. Ro­wer naj­lep­szym środ­kiem lo­ko­mo­cji.

W domu pysz­na ko­la­cja, mię­sko su­per, szy­necz­ki wy­bor­ne, jaj­ka kosz­tu­ją kro­cie – mówi go­spo­dy­ni – zdo­by­wa je dla mnie. Ku­pu­ją je w cho­pin­gach [czyt. cio­pin­gach], czy­li shop­pin­gach poza kart­ka­mi. Ja tam wolę jed­nak owo­ce, a jest wła­śnie se­zon na man­go. Se­ño­ra Ana bada i po­wo­li otwie­ra się. Jej po­glą­dy za­ska­ku­ją mnie i nie za­ska­ku­ją. Przy­jeż­dżam ze świa­ta, gdzie mówi się o koń­cu Kuby, cze­ka na śmierć Fi­de­la, de­ba­tu­je, co się sta­nie, gdy El Co­man­dan­te odej­dzie z tego świa­ta. Tym­cza­sem tu spra­wy mają się in­a­czej. Ana do­ce­nia to, co dał jej sys­tem, czy­li wy­kształ­ce­nie i dar­mo­wą służ­bę zdro­wia. To man­tra, któ­rą po­wta­rza­ją wszy­scy. Za­rzu­ca mło­dym Ku­bań­czy­kom apa­tię i le­ni­stwo. Mówi, że nie jest śle­pa i wi­dzi rów­nież złe stro­ny sys­te­mu, ale re­wo­lu­cja dużo jej dała i choć miesz­ka­ła też w Sta­nach i jest tam jej ro­dzi­na, ona wró­ci­ła, bo tu też się da żyć. Oczy­wi­ście ży­cie Any nie jest ty­po­we dla wszyst­kich Ku­bań­czy­ków, ma po­zwo­le­nie na wy­naj­mo­wa­nie po­ko­ju tu­ry­stom, a to do­dat­ko­wy do­chód, któ­ry po­zwa­la jej na utrzy­ma­nie ca­łej ro­dzi­ny i do­bre ży­cie. Do­bre w sen­sie pod­sta­wo­wych miesz­czań­skich osią­gnięć cy­wi­li­za­cji, ta­kich jak: kli­ma­ty­za­cja, kuch­nia, lo­dów­ki, te­le­wi­zo­ry i tak da­lej, któ­re z pew­no­ścią nie na­le­żą do dóbr po­wszech­nie do­stęp­nych. Pod­eks­cy­to­wa­na zbli­ża­ją­cy­mi się ob­cho­da­mi 1 Maja, wy­bie­ra się na uro­czy­sto­ści, by zo­ba­czyć Fi­de­la. (To zda­je się bę­dzie wiel­kie świę­to, w lo­dziar­ni Cop­pe­lia wi­dzia­łam na­pi­sy z po­par­ciem dla Fi­de­la i wy­ra­za­mi obu­rze­nia w sto­sun­ku do ter­ro­ry­zmu Bu­sha. Taki świat na opak.) Ana mówi, że to bzdu­ry, iż nie ma wol­no­ści sło­wa: ona prze­cież kry­ty­ku­je wszyst­ko, co jej się nie po­do­ba. Nie ma też gło­du na Ku­bie, dzie­ci cho­dzą obu­te i nic im nie bra­ku­je, bo do siód­me­go roku ży­cia do­sta­ją mle­ko (ile? chy­ba dwie bu­tel­ki dzien­nie). A tu­ry­ści przy­jeż­dża­ją i fo­to­gra­fu­ją tyl­ko same man­ka­men­ty. Ma cu­krzy­cę, py­tam, jak tam służ­ba zdro­wia, mówi, że OK, że ma le­kar­stwa. Ale w ap­te­ce, któ­rą wi­dzia­łam przy głów­nym szpi­ta­lu Ca­li­xto Gar­cía, było chy­ba le­d­wo dzie­sięć le­karstw, rów­no i w du­żych od­stę­pach uło­żo­nych na zmur­sza­łych pół­kach, by ja­koś za­peł­nić prze­strzeń. W nocy Anie sko­czy­ło ci­śnie­nie, za­bra­li ją do szpi­ta­la. Jed­nak już od rana krzą­ta się po ca­łym domu i go­tu­je. Czu­ję się tu tro­chę nie na miej­scu, nie dys­ku­tu­ję, je­stem w sta­nie przy­jąć jej oso­bi­stą hi­sto­rię i punkt wi­dze­nia, pod wa­run­kiem że ona sama wie­rzy w to, co mówi.

do­ra­sta­nie Vir­gi­lia

Vir­gi­lio do­ra­sta w cza­sach wy­so­kie­go stę­że­nia ko­rup­cji klas rzą­dzą­cych. Po­wi­nien już iść na stu­dia, ale pre­zy­dent Ge­rar­do Ma­cha­do za­mknął uni­wer­sy­te­ty – głów­ne ośrod­ki dy­wer­sji an­ty­rzą­do­wej. Rze­czy­wi­ście o bunt nie było trud­no, ta­kie ak­cje prze­ciw­ko uni­wer­sy­te­tom oraz in­te­lek­tu­ali­stom po­wo­do­wa­ły po­wsta­wa­nie tzw. ter­ro­ry­stycz­nych or­ga­ni­za­cji. Sam Vir­gi­lio wraz z ro­dzeń­stwem uczest­ni­czył w spo­tka­niach pod­ziem­ne­go ugru­po­wa­nia an­ty­ma­cha­dow­skie­go i był na­wet aresz­to­wa­ny za kol­por­to­wa­nie pi­sem­ka „In­dio bra­vo”. Jed­nak bar­dziej od wal­ki klas i so­cja­li­zmu po­cią­ga­ła go dy­wer­syj­na dzia­łal­ność w in­nej sfe­rze ży­cia. W 1935 roku ra­zem z ko­le­ga­mi Lu­isem oraz Aníba­lem za­ło­żył Sto­wa­rzy­sze­nie Mło­dych Ku­bań­czy­ków, któ­re bę­dzie pro­mo­wa­ło wy­cho­wa­nie po­przez kul­tu­rę. Zo­sta­nie jego dy­rek­to­rem i or­ga­ni­za­to­rem wie­czor­ków po­etyc­kich, uda mu się na­wet spro­wa­dzić ze sto­li­cy te­atr La Cu­eva, co sta­nie się tak wiel­kim wy­da­rze­niem, że bę­dzie mu­siał na tę oka­zję spra­wić so­bie gar­ni­tur. Kon­takt z ak­to­ra­mi jest dla nie­go wiel­ką in­spi­ra­cją: de­cy­du­je się na­pi­sać swo­ją pierw­szą sztu­kę, za­ty­tu­ło­wa­ną Cla­mor en el pe­nal, któ­ra mimo że nie bę­dzie po­tem włą­cza­na do ofi­cjal­nych wy­dań jego dzieł, zo­sta­je do­brze przy­ję­ta jako nowy głos ku­bań­skiej dra­ma­tur­gii. Jed­nak z ja­kichś przy­czyn – fi­nan­so­wych? – od zda­nia ma­tu­ry aż do dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku ży­cia po­zo­sta­je na utrzy­ma­niu ro­dzi­ny. Dzia­łal­ność na ni­wie pro­win­cjo­nal­nej kul­tu­ry przez te trzy lata (bez pod­ję­cia nor­mal­nej pra­cy – co wy­rzu­cać mu bę­dzie przy każ­dej oka­zji je­den z bra­ci) oraz sek­su­al­ne nie­speł­nie­nie zmu­szą go do prze­pro­wadz­ki.

I tak wy­ru­sza do Ha­wa­ny, by roz­po­cząć stu­dia na wy­dzia­le hu­ma­ni­stycz­nym. Bo w koń­cu uni­wer­sy­tet po­now­nie zo­stał otwar­ty, po tym jak w 1933 roku Ful­gen­cio Ba­ti­sta oba­lił rzą­dy dyk­ta­to­ra Ge­rar­da Ma­cha­do. Vir­gi­lio je­dzie do Ha­wa­ny cię­ża­rów­ką pro­wa­dzo­ną przez ko­le­gę z dzie­ciń­stwa, dzię­ki cze­mu może za­osz­czę­dzić czte­ry pe­sos na bi­le­cie au­to­bu­so­wym. O czym my­śli, ja­dąc do sto­li­cy?

Osią­gnąw­szy do­ro­słość, upra­wia­łem na pra­wo i lewo re­cy­ta­cję oraz ma­stur­ba­cję. [...] Wy­ra­ża­nie ob­cych my­śli oraz uni­ka­nie ja­kie­go­kol­wiek re­al­ne­go sto­sun­ku sek­su­al­ne­go prze­kształ­ci­ło się u mnie w co­dzien­ny me­cha­nicz­ny od­ruch. [...] Ha­wa­na wy­le­czy mnie z re­cy­ta­cji i ma­stur­ba­cji: na­uczę się nie­odwo­łal­nie tech­ni­ki, któ­ra po­le­ga na opo­wia­da­niu snów na­sze­go ży­cia, rzu­cę się w ra­mio­na pierw­sze­go lep­sze­go męż­czy­zny i po­znam w koń­cu smak sek­su, tak jak go ro­zu­mia­łem ja. Ta­kie re­flek­sje kieł­ko­wa­ły mi w gło­wie, pod­czas gdy koła cię­ża­rów­ki od­da­la­ły mnie od pro­win­cji. I jak­by od uogól­nień prze­cho­dząc do kon­kre­tów, po­czu­łem na­gły dreszcz na śmia­łą myśl, że wraz ze mną po­dró­żu­ją dwaj pięk­ni i szla­chet­ni męż­czyź­ni, z któ­ry­mi mo­głem urze­czy­wist­nić swo­je ero­tycz­ne ma­rze­nia. (tu i da­lej: La vida tal cual)

Gdzieś nad stru­my­kiem pa­sa­że­ro­wie ro­bią so­bie prze­rwę w po­dró­ży i za­czy­na się de­gu­sta­cja trun­ków al­ko­ho­lo­wych.

Za­uwa­ży­łem, że po­moc­nik mo­je­go ko­le­gi spo­glą­da na mnie z uko­sa i bacz­nie ob­ser­wu­je [...]. Za­ofe­ro­wał mi naj­bar­dziej wy­po­le­ro­wa­ny ka­mień do sie­dze­nia. Od razu po­dał mi bu­tel­kę i za­py­tał z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem, czy po łyku al­ko­ho­lu nie chcę aby na­pić się wody. Wte­dy mój ko­le­ga roz­po­czął uświę­co­ną gad­kę na te­mat ko­biet. W cza­sie krót­szym niż ten, w ja­kim o tym opo­wia­dam, roz­to­czy­li przede mną wi­zje ar­cy­skom­pli­ko­wa­nych po­zy­cji i choć moja zna­jo­mość psy­cho­lo­gii mę­skiej była ra­czej po­wierz­chow­na, spo­strze­głem na­gle [...], że ja tak­że, wy­stra­szo­ny im­be­cyl, opo­wia­dam o swo­ich wy­ima­gi­no­wa­nych do­ko­na­niach z dzie­siąt­ka­mi ko­biet. Ga­da­łem jak na­ję­ty i taką mę­skość roz­po­star­łem przed nimi, że byli lek­ko zszo­ko­wa­ni [...]. Po raz ko­lej­ny po­nio­słem po­raż­kę. Wró­ci­li­śmy w mil­cze­niu do cię­ża­rów­ki i nie za­trzy­ma­li­śmy się już nig­dzie po dro­dze, aż do­je­cha­li­śmy do sto­li­cy.

A w Ha­wa­nie, sto­li­cy Kró­lo­wej Ka­ra­ibów czy też Per­ły An­ty­li, lu­dzie żyją peł­nią ży­cia. Nie­dłu­go przed przy­jaz­dem Vir­gi­lia wy­bu­do­wa­no luk­su­so­wy, pię­cio­gwiazd­ko­wy Ho­tel Na­cio­nal, któ­ry sta­nie się sie­dzi­bą pa­nów Mey­era Lan­sky’ego i Luc­ky’ego Lu­cia­no i wszyst­kich przy­by­wa­ją­cych na Kubę gwiazd fil­mo­wych (są wśród nich Fred Asta­ire, Rita Hay­worth, Er­rol Flynn, Bu­ster Ke­aton, John Way­ne, Mar­le­ne Die­trich, Gary Co­oper, Mar­lon Bran­do czy Frank Si­na­tra), a tak­że ta­kich po­sta­ci, jak Win­ston Chur­chill czy kró­lo­wie bel­gij­scy. Część fun­du­szy, z któ­rych sfi­nan­so­wa­no bu­do­wę ho­te­lu, po­cho­dzi­ła z pie­nię­dzy ma­fii. Po­wstał ogrom­ny eklek­tycz­ny bu­dy­nek, któ­re­go ar­chi­tek­tu­ra łą­czy w so­bie styl art déco z ba­ro­kiem i ko­lo­nial­nym sty­lem hisz­pań­skim oraz kre­ol­skim. Ho­tel Na­cio­nal sta­nął w no­wej czę­ści Ha­wa­ny, w dziel­ni­cy Ve­da­do. Wzno­si się na ma­łym wzgó­rzu i opa­da ka­ska­dą wprost nad pro­me­na­dę bie­gną­cą wzdłuż brze­gu, zwa­ną Ma­le­có­nem. Sta­ra Ha­wa­na pre­zen­tu­je się pięk­nie z po­sze­rzo­ny­mi uli­ca­mi i głów­ną skle­po­wo-spa­ce­ro­wą ale­ją Pra­do, ale jest już cia­sna i mia­sto roz­ra­sta się w stro­nę dziel­ni­cy Ve­da­do, któ­ra wcze­śniej była wiel­kim za­chwasz­czo­nym ugo­rem. Od koń­ca XIX wie­ku po­wsta­ją tu naj­pięk­niej­sze wil­le, któ­re cią­gną się da­lej w stro­nę Ma­ria­nao oraz eks­klu­zyw­ne­go Mi­ra­mar z sze­ro­ką Pią­tą Ale­ją. Kwit­nie tu­ry­sty­ka, w tym głów­nie sek­su­al­no-roz­ryw­ko­wo-ha­zar­do­wa. Jak pi­sze Gra­ham Gre­ene, „spra­wy płci sta­no­wi­ły w tym mie­ście nie tyl­ko głów­ną dzie­dzi­nę han­dlu, ale tak­że je­dy­ną ra­ison d’être ży­cia męż­czy­zny. Czy sprze­da­wa­no, czy ku­po­wa­no seks, mniej­sza z tym, w każ­dym ra­zie nig­dy nie za dar­mo”. Ma­ri­hu­anę pali się tak jak cy­ga­ra czy pa­pie­ro­sy, w Ba­rio Chi­no (dziel­ni­cy chiń­skiej) nie bra­ku­je pa­lo­ne­go opium i ko­ka­iny. Gdy do por­tu przy­pły­wa­ją stat­ki, pro­sty­tut­ki wy­cho­dzą im na po­wi­ta­nie, cho­ciaż od 1920 roku zwy­cza­je te tro­chę się zmie­nia­ją, od kie­dy za­czy­na­ją się re­gu­lar­ne loty z Key West. Mi­ło­śni­cy ha­zar­du mają do dys­po­zy­cji licz­ne ka­sy­na, wy­ści­gi kon­ne i lo­te­rie, dzia­ła­ją te­atry, wo­de­wi­le, klu­by i or­kie­stry, jest oko­ło czte­ry­stu sal ki­no­wych. Ko­mer­cyj­ne ra­dio PWX dzia­ła od 1922 roku, po dwóch la­tach od otwar­cia pierw­szej sta­cji ra­dio­wej w USA. Do­lar trak­tu­je się jak dru­gą wa­lu­tę ku­bań­ską.

W Vir­gi­liu Ha­wa­na nie wzbu­dza ta­kie­go za­chwy­tu jak w tu­ry­stach. Nie dla nie­go wszak ko­bie­ty, ha­zard ni ka­sy­na. Ku­bań­ską sto­li­cę okre­śli mia­nem „gro­bow­ca”. „Ale wy­ja­śniam od razu, że moje gro­bo­we wra­że­nie nie ma nic wspól­ne­go z ar­chi­tek­tu­rą mia­sta. [...] Ha­wa­na jest mia­stem du­żym, ale nig­dy wiel­kim”. Bę­dzie z niej ucie­kał i do niej wra­cał:

Tak jak dro­ga krzy­żo­wa ma swo­je sta­cje, tak ja mam po­roz­sie­wa­ne po mie­ście swo­je gro­by, ka­wał­ki ogrom­ne­go gro­bow­ca. Z bie­giem lat i po kil­ku za­gra­nicz­nych po­sto­jach nie uda­ło mi się po­zbyć tego wra­że­nia czy też lek­ko go zni­we­lo­wać [...], pie­czo­ło­wi­cie uni­ka­łem pew­nych ulic i do­mów, gdzie cier­pia­łem nę­dzę.

Jest do­syć zim­ny paź­dzier­nik. Vir­gi­lio miesz­ka naj­pierw u ro­dzi­ny, gdzie śpi na pod­ło­dze, po czym de­cy­du­je się na wy­na­ję­cie po­ko­ju. Co moż­na jed­nak wy­na­jąć za dwa­dzie­ścia pe­sos z na­uczy­ciel­skiej eme­ry­tu­ry mat­ki, gdy mi­ni­mal­na cena za po­kój to trzy­dzie­ści pe­sos?

Na uli­cy San Láza­ro, dwie prze­czni­ce od uni­wer­sy­te­tu, wi­sia­ła kar­tecz­ka: „Wy­naj­mę po­kój za pięt­na­ście pe­sos”. [...] Trzę­sąc się ze stra­chu, na­ci­sną­łem dzwo­nek. Drzwi otwo­rzy­ły się na­tych­miast, jak­by ktoś za nimi stał, cze­ka­jąc na wia­do­mość w spra­wie ży­cia i śmier­ci. Uj­rza­łem czar­ną opuch­nię­tą twarz, czar­ne pa­ku­ły z od­sta­ją­cy­mi na wszyst­kie stro­ny ko­smy­ka­mi jak sta­do to­tíes i wiel­kie czar­ne usta, któ­re mó­wi­ły: „To jest wła­śnie to, cze­go pan szu­ka”..., aż w koń­cu uj­rza­łem czar­ną rękę, któ­ra mnie chwy­ci­ła. „To jest wła­śnie to, cze­go pan szu­ka. Nig­dzie pan nie znaj­dzie ta­niej”. Po­sta­no­wi­łem wejść. [...] In men­ti spo­rzą­dzi­łem li­stę obiek­cji, wszyst­kie bar­dzo po­waż­ne: Co po­my­śla­ła­by moja mat­ka? A gdy­by ja­kiś krew­ny po­sta­no­wił od­wie­dzić mnie w sto­li­cy? A je­śli do­wie­dzą się moje ciot­ki i po­wie­dzą ro­dzi­nie? Czy to nie bę­dzie pla­ma na „nie­ska­zi­tel­nej” czy­sto­ści na­szej ro­dzi­ny? Czy czar­ni nie za­nie­czysz­czą mo­jej du­szy i cia­ła? Czy to nie do­tknie nas fi­zycz­nie i mo­ral­nie? Czy mogę miesz­kać w jed­nym domu z czar­ny­mi, ja, któ­ry w pro­win­cjo­nal­nych par­kach zaj­mo­wa­łem miej­sce w ko­lej­ce dla bia­łych? [...] Na­gle przy­po­mnia­łem so­bie o mo­jej czar­nej mam­ce, któ­ra wkła­da­ła mi swo­ją pierś do ust, czy­ści­ła, bez pro­te­stu, moje kup­ki. Po­czu­łem się jak dziec­ko, tak da­le­ki od wszel­kich uprze­dzeń, i po­wie­dzia­łem do Mer­ce­des, jak­by uspo­ka­ja­jąc tę pierś z dzie­ciń­stwa: Pro­szę, tu ma pani pięt­na­ście pe­sos. Wie­dzia­łem, że tak oto prze­kra­czam swój Ru­bi­kon.

Mło­dość Vir­gi­lia przy­pa­da na cza­sy, kie­dy dys­kry­mi­na­cja na tle ra­so­wym jest czymś oczy­wi­stym. Pre­zy­dent Ma­cha­do wpi­sał się w tra­dy­cję ku­bań­skich pre­zy­den­tów wpro­wa­dza­ją­cych ra­so­we re­stryk­cje. Za jego cza­sów (dru­ga po­ło­wa lat dwu­dzie­stych i po­czą­tek trzy­dzie­stych) za­ka­za­no uży­wa­nia bęb­nów w sa­lach ho­te­lo­wych. Za­bro­nio­no gra­nia na słyn­nych kon­gach, bę­dą­cych nie­od­łącz­nym ele­men­tem kar­na­wa­łu w San­tia­go de Cuba. Tań­ce do me­lo­dii wy­gry­wa­nych na kon­gach, per­wer­syj­ne ru­chy, „bru­tal­ne” i „nie­wła­ści­we kon­tor­sje oraz nie­mo­ral­ne ge­sty”, w cza­sie któ­rych zgar­nia­no po dro­dze przy­pad­ko­wych lu­dzi do po­cho­du, uzna­no za nie­przy­zwo­ite i „ob­ra­ża­ją­ce mo­ral­ność” bia­łych ko­biet oraz dzie­ci. Tań­ce czar­nych uwa­ża­no za „pry­mi­tyw­ne” i „bar­ba­rzyń­skie”, po­dob­nie jak ich wie­rze­nia. Zgod­nie z po­pu­lar­ny­mi wów­czas, szcze­gól­nie w Eu­ro­pie, ba­da­nia­mi an­tro­po­lo­gicz­ny­mi czar­ni uwa­ża­ni byli za po­tom­ków gor­szej rasy, bliż­szej ne­an­der­tal­czy­kom, któ­ra nie prze­szła od­po­wied­niej ewo­lu­cji jak rasa bia­ła, w związ­ku z czym nie może jej do­rów­nać. Isra­el Ca­stel­la­nos, głów­ny an­tro­po­log ku­bań­ski, pi­sał o mu­zy­ce afro­ku­bań­skiej: „uwa­ża­na jest, na­wet przez naj­bar­dziej su­ro­wych kry­ty­ków mu­zycz­nych, za bar­dziej ogłu­sza­ją­cą niż pięk­ną”, „więk­szość in­stru­men­tów wy­wo­łu­je ra­czej ha­łas niż przy­jem­ne dźwię­ki”.