Króliki Pana Boga - Grzegorz Kozera - ebook
Opis

Poruszająca opowieść o przyjaźni, miłości, cierpieniu i potrzebie bliskości.

Maj 1945. Adam, Halina i Honza – rozbitkowie, którzy ocaleli z wojennej hekatomby – próbują wrócić do Polski. Niemcy skapitulowały, lecz wojna tak naprawdę się nie skończyła, a świat poukładanych wartości dawno runął. Bohaterowie niejednokrotnie przekonają się o tym podczas swojej wędrówki.

Króliki Pana Boga to najmocniejsza z pięciu dotychczasowych powieści Grzegorza Kozery. Przejmująca historia trojga ludzi, po zakończeniu drugiej wojny światowej wracających do domu. Postapokaliptyczna powieść drogi, której wędrowcy starają się przeżyć na przekór eksperymentom Boga. Chwilami przerażająca i okrutna, niesie jednak przesłanie, że dobro, o ile jest w człowieku, przetrwa razem z nim także koniec świata.

Piotr Adamczyk, pisarz, publicysta

Niepokojąco inna powieść w morzu (po)wojennych powieści. To książka, którą zaczynasz czytać o szóstej wieczorem, kończysz o ósmej wieczorem, ale śnisz o niej przez całą noc. Grzegorzowi Kozerze udaje się odnaleźć w niej człowieka tam, gdzie człowieczeństwa już nie ma. To wielka sztuka pisać o wielkich sprawach tak, że czyta się o nich lekko, ale myśli ciężko. Powieść ważna i potrzebna szczególnie dzisiaj, kiedy nic nie jest takie, jakie było jeszcze wczoraj.

Magdalena Parys, polska pisarka mieszkająca w Berlinie, autorka powieści „Tunel” i „Magik”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Grzegorz Kozera

Copyright © by Wydawnictwo Dobra Literatura – Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje sp. z o.o, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redaktor prowadzący: Olga Gorczyca-Popławska

Skład graficzny książki i projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie Autora na okładce: Antoni Kocela

ISBN: 978-83-65223-00-5

Wydawnictwo Dobra Literatura

[email protected]

www.dobraliteratura.pl

literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział I

Światło jest ciszą.

Adam otworzył oczy. Było już widno, słońce odbijało się od wiszącej na ścianie fotografii w oszklonej ramce. Obudził się i tak właśnie pomyślał: światło jest ciszą. Aż sam się zdziwił, że akurat to przyszło mu do głowy. Żadnych krzyków, wystrzałów, warkotu samochodowych silników. Nawet ptaki nie śpiewały o brzasku. Jakby wszystkie żywe istoty wymarły. Tylko wschodzące słońce było oznaką życia.

Spojrzał na Honzę. Chłopak leżał zwinięty w kłębek niczym wychudzony bezdomny pies. Teraz spał spokojnie, lecz w poprzednie noce Adama budziły jego krzyki. Ein, zwei, drei! Ein, zwei, drei!, wołał Honza przez sen i głośno płakał. Adam zrywał się na równe nogi, próbował go uciszyć. Po czym ponownie zasypiali, ale po godzinie czy dwóch chłopak znowu wyrzucał z siebie dramatyczne: Aufstehen! Raus, raus! I jeszcze: Ne, ne, ne!

***

Znalazł Honzę dwa tygodnie temu pomiędzy trupami w pasiakach. Kilkanaście ciał, niemal szkieletów, leżało przy drodze. Więźniowie zostali zastrzeleni, krew jeszcze nie zdążyła zaschnąć na zniszczonych drelichach. Chciał szybko wyminąć zwłoki, ale zauważył, że jeden człowiek się porusza. Przyjrzał się dokładniej. Chłopiec. Niemal dziecko. Nie miał na sobie więziennego ubrania, tylko zwykłe ciuchy. Podarty sweter, przewiązane sznurkiem spodnie, stopy owinięte szmatami. To był właśnie Honza. Prawdopodobnie dwaj więźniowie, upadając, osłonili chłopaka przed kulami. Nie został nawet ranny, ale był tak wycieńczony, że nie miał siły iść. Chwiał się i upadał. Adam dał mu się napić mleka z manierki, którą zabrał z domu Stolza, i wziął go na plecy.

Pierwszą noc spędzili w lesie. Było wilgotno i zimno. Mały kasłał i majaczył, więc Adam zdjął marynarkę i go okrył. Rankiem podzielił się z nim chlebem i znów napoił mlekiem. Potem, z Honzą na plecach, ruszył w dalszą drogę. Pytał samego siebie, po co to robi, po co dźwiga, dosłownie przecież, ten ciężar, i nie znajdował odpowiedzi. Nic o nim wtedy nie wiedział: ani jak ma na imię, ani skąd pochodzi i ile ma lat, ani dlaczego był pośród więźniów obozu. Początkowo chłopak w ogóle się nie odzywał. Kiedy Adam o coś go pytał po polsku lub niemiecku, milczał. Tylko nocą, przez sen, krzyczał.

Następnego dnia Adam starał się trzymać z dala od głównej drogi. Co kilkadziesiąt metrów przystawał, żeby odpocząć. W porównaniu z Honzą był silny, ale nie na tyle, by nie robić częstych przerw w marszu. Siedem godzin później dostrzegł zabudowania. Był już bardzo zmęczony. Ostrożnie podszedł bliżej. Drewniany parterowy budynek wyglądał na niezamieszkały. Ułożył chłopaka na ławce przed domem i zastukał do drzwi.

– Jest tam kto? – zawołał i ponowił pukanie.

Dopiero po dłuższej chwili otworzył mu stary mężczyzna. Miał siwe włosy i twarz pooraną zmarszczkami. Siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt lat. Patrzył na Adama nieufnie. Wrogo.

– Jestem głodny – powiedział Adam po niemiecku.

– On też. – Pokazał na chłopaka.

Stary nawet nie wychylił się zza framugi, żeby spojrzeć na Honzę.

– Nic nie ma, wynoście się stąd.

– Jesteśmy głodni – powtórzył Adam.

– Mówiłem, nic nie ma.

Mężczyzna usiłował zamknąć drzwi, ale Adam mu na to nie pozwolił. Odepchnął starego tak mocno, że ten uderzył o ścianę, i wszedł do domu. W środku było czysto, jakby ktoś przed chwilą posprzątał. Zajrzał do kuchni, potem do pokoju i jeszcze do następnego. Na szerokiej kanapie siedziała stara kobieta, zapewne żona gospodarza. Była przestraszona. Nie odezwał się do niej. Wrócił do starego, który trzymał się za krwawiącą głowę.

– Potrzebujemy trochę jedzenia. Weźmiemy je i sobie pójdziemy.

Stary wzruszył ramionami.

– Ogłuchłeś? – zapytał. – Nic nie mam. Kim ty jesteś? Polaczkiem? Myślisz, że się ciebie przestraszę, brudna świnio?

Adam zmełł w ustach przekleństwo. Podszedł do kobiety, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Zaczęła krzyczeć. Nie zwracał na to uwagi. Kiedy stanęli przed starym, wyciągnął pistolet. Parabellum pamiętające chyba poprzednią wojnę, które znalazł w domu Stolza. Przyłożył broń do skroni kobiety.

– Dawaj żarcie, Szwabie.

Widok pistoletu zaskoczył mężczyznę, lecz tylko na moment.

– Wojsko wszystko zabrało – powiedział beznamiętnie. – Mieliśmy kury, krowę i świnię, a teraz nie mamy nic. Nawet owies się skończył. Możesz nas zabić.

– Nie wierzę ci!

Puścił kobietę i wszedł do kuchni. Tamci przyglądali mu się w milczeniu, gdy szukał jedzenia. Przetrząsnął wszystkie szafki, ale znalazł jedynie dwie wyschnięte cebule. Wyszedł na podwórze. Nad szopą dostrzegł klatkę dla ptaków.

Gołębie. Zawołał starego. Ten zbliżył się powoli, chyba przeczuwał, co Adam chce zrobić. Kobieta została w domu.

– Więc jednak macie coś do jedzenia. Stary pokręcił głową.

– To gołębie mojego wnuka. Opiekuję się nimi pod jego nieobecność. Hoduje je od dzieciństwa. Gdy wróci, znów się nimi zajmie.

– Wnuk pewnie walczy dzielnie za ojczyznę, co? Nie martw się, trochę mu zostawimy. Choć mam nadzieję, że nigdy nie wróci.

Wsunął pistolet za pasek od spodni, otworzył klatkę i wyciągnął jednego gołębia. Ptak trzepotał skrzydłami, gdy rzucił nim o ziemię. Potem zabił jeszcze jednego.

– Niech twoja żona je oskubie i ugotuje – rozkazał staremu. – I dołoży te dwie cebule. Rozumiesz?

Tamten nie odpowiedział, stał nieruchomo.

Adam dotknął kolby parabellum i dopiero wtedy stary powoli schylił się, żeby zabrać zabite gołębie i zanieść je do kuchni.

Adam pomyślał, że wywar z gołębi pomoże chłopakowi, pod warunkiem że będzie mu go podawał w rozsądnych porcjach. Wiedział, że tak trzeba. Pamiętał jeszcze z Polski dwóch straszliwie wygłodzonych Żydów, którzy po ucieczce z getta w jego mieście rzucili się na marchew i marmoladę znalezione w jakiejś piwnicy. Umierali w męczarniach, leżąc we własnych odchodach, i nikt nie potrafił im pomóc.

Dlatego teraz musiał ostrożnie karmić chłopaka.

Przeniósł Honzę do pokoju i ułożył na tapczanie, który był chyba małżeńskim łożem gospodarzy. Kazał Niemcowi przynieść miskę z ciepłą wodą i czyste ubrania. Stare dał do spalenia. Gdy obmywał chłopaka, przekonał się, że to sama skóra i kości. Koszula i spodnie, w które go przebrał, były za duże, mniejszych stary nie miał. Musiał podwinąć rękawy i nogawki. Zmartwił się, gdy zobaczył stopy Honzy – były zdarte do krwi.

Swoją łamaną niemczyzną zapytał starego, czy ma coś, czym można by odkazić rany. Tamten milczał, więc pokazał na nogi Honzy i powtórzył pytanie.

– Żona może zrobić okład z aloesu – powiedział Niemiec w końcu.

– To niech zrobi.

Stary nie odchodził, tylko patrzył na Adama.

– Długo tu zostaniecie? – zapytał.

– Tyle, ile trzeba.

– A jak przyjdą Amerykanie albo bolszewicy, powiesz im, że wam pomogliśmy?

– Już nie przeszkadza ci, że jestem Polaczkiem? Powiem. Ale jak przyjdą twoi, to każesz im nas zabić, co?

– Sami was zabiją, zanim zdążymy się odezwać – mruknął stary.

Kobieta opatrzyła stopy chłopaka, a potem owinęła je lnianymi chustkami. Płakała. Adam stanął obok niej.

– Widzisz, jaki jest chudy? To zasługa waszych – powiedział. – Inni, tacy jak on, z obozu koncentracyjnego, nie zdążyli umrzeć z głodu, bo ich zastrzelono. Leżeli przy drodze. Jak myślisz, kto ich zabił?

Pokręciła głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi i słyszy. Nadal płakała.

Godzinę później przyniosła im wywar z gołębiego mięsa, z dodatkiem cebuli i odrobiną soli. Nie pachniał jak rosół z kury. Honza podniósł głowę, zapach go ożywił. Adam pomyślał, że kilka lat temu nie tknąłby takiego dania, dziś jednak miał ochotę spróbować.

Najpierw nakarmił chłopaka kilkoma łyżkami zupy. Potem sam zjadł trochę. Resztę zostawił na później.

Pomyślał jeszcze, że kilka lat wcześniej nie umiałby też zabić gołębia.

Chłopak nie spał. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w Adama. I wtedy przemówił po raz pierwszy.

– Kim jesteś? Zadał to pytanie po polsku, z dziwnym akcentem.

– Opiekuję się tobą od wczoraj. Mam na imię Adam.

– A gdzie są inni? Ci z obozu.

– Nie żyją. Ty jesteś bezpieczny – powiedział, choć wcale nie był tego pewien.

– Jestem Honza. Chcę wrócić do domu. Do mamy.

– Wrócisz, kiedy trochę odpoczniesz i nabierzesz sił. Teraz śpij, bo czeka nas długa droga. Bardzo długa.

Gdy Honza zasnął, Adam podszedł do okna, z którego widać było pole i kawałek lasu. Stamtąd mogło nadejść niebezpieczeństwo.

Odwrócił się do starego.

– Często macie gości takich jak my? – zapytał.

– Mieszkamy na uboczu, ale nie jesteśmy niewidzialni. Różni się trafiają. Żołnierze, dezerterzy, uciekinierzy z Berlina, robotnicy i zwykli bandyci. Zawsze chcą jedzenia albo żeby ich przenocować. Niektórzy proszą, chcą płacić Reichsmarkami, ale co miałbym za nie kupić? Inni grożą. Zabili nam psa. Tyle że gdy przyjdą Ruscy, tak dobrze nie będzie. Oni nie znają litości. Krzyżują ludzi na drzwiach, hańbią niemieckie kobiety, nawet małe dziewczynki i te w wieku mojej żony. Ludzie mówią, że są już blisko Berlina. Jeśli Führer ich nie powstrzyma, Niemcy przestaną istnieć.

Adam spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Więc jeszcze myślisz, że ten wasz Führer może cokolwiek zdziałać? Gdy najwięksi wrogowie są już na waszej ziemi?

– Mój syn walczył dla niego. Już nie wróci, zginął w Rosji. Czekamy na wnuka, który jest na froncie, ale nie wiemy gdzie. Tylko dla Horsta żyjemy. Ma dziewiętnaście lat.

Jest w moim wieku, pomyślał Adam.

– Liczysz na to, że się wzruszę? – zapytał starego. – Ten dzieciak jest młodszy od twojego wnuka, na niego też ktoś czeka. Nie chciałbyś przeżyć tego, co on przeszedł za sprawą takich jak twój wnuk.

– Nie zabijaj wszystkich gołębi – poprosił tamten cicho.

– Już ci mówiłem, Szwabie, że wszystkich nie potrzebujemy – powiedział i dodał po polsku, tak, żeby Niemiec nie mógł go zrozumieć: – Was dwojga też nie zabiję, chyba że będę musiał.

Zostali u nich jeszcze trzy dni. Po zmroku siedzieli po ciemku, żeby światło świec nie przyciągnęło niczyjej uwagi. Pili wywar przyrządzony przez kobietę i jedli ugotowane gołębie mięso. Kilka razy podała im kawę zbożową, której Adam nie znalazł, gdy szukał jedzenia. Czasami słyszeli w oddali pojedyncze strzały i serie z karabinów, salwy armatnie, jakieś krzyki, szum przejeżdżających samochodów.

W dzień, wysoko na niebie, widzieli przelatujące samoloty. Chyba amerykańskie.

Adam nie ufał staremu, dlatego gdy chciał się przespać, zamykał ich obydwoje w ciemnej komórce przylegającej do kuchni. z której nie mogli się wydostać. Nie protestowali.

Odchodząc, zabrał ze sobą ugotowane mięso gołębie zawinięte w gazetę. Trzewiki dla Honzy, tak jak ubranie, były za duże, ale przynajmniej chłopak miał prawdziwe buty.

***

Poprawił brudny koc, którym był okryty chłopak. Z domu, w którym ukrywali się od czterech dni, ocalała tylko połowa. Drugą prawdopodobnie zniszczył pocisk artyleryjski, ponieważ w pobliżu nie dostrzegł żadnego leja po bombie. Właściciele musieli uciec podczas ostrzału, może wcześniej. W każdym razie już ich nie było, gdy Adam z Honzą – po nocy przespanej w jakiejś stodole, a wcześniej pod gołym niebem – się tutaj dowlekli, klucząc lasami i polami.

Po drodze widzieli porzucone samochody, meble, książki i walizki, które ktoś zdążył już opróżnić. Natykali się też na martwych ludzi. Więźniów, cywilów i żołnierzy w niemieckich mundurach.

Tutaj, w tym domu, wybuch zamienił w gruzy dwa pokoje. Jednak kuchnia, a także sień nadawały się do zamieszkania. Adam przeszukał kredens i wszystkie zakamarki, znalazł trochę kaszy i słoik z ogórkami, a w szopie worek do połowy wypełniony ziemniakami. To już było coś, chociaż głównie właśnie ziemniakami żywił się przez ostatnie dwa lata. Stolz uważał, że jego polski parobek na lepsze posiłki nie zasługuje. Ale dla prawie zagłodzonego na śmierć Honzy ziemniaki, kasza i ogórki były darami niebios. Przydałyby się mięso, jajka i mleko, lecz tego w zrujnowanym domostwie nie znalazł.

W domu dostrzegł jeszcze garnki, zapałki i trochę węgla. Na szczęście piec i studnia nie zostały zniszczone. Gotował więc ziemniaki i kaszę. Jedli je powoli, w małych porcjach. Chłopak najchętniej połknąłby wszystko od razu, Adam mu nie pozwalał. Ogórki schował do chlebaka, zostawił na później. Marzył o kotlecie schabowym i jajkach na miękko.

Honza zaczął opowiadać o sobie. Nazywał się Gottlieb, miał jedenaście lat, chociaż wyglądał najwyżej na osiem. Był synem czeskiego Żyda i Polki. Mieszkał z rodzicami w Cieszynie. To wyjaśniało jego dziwny akcent. Niemcy ojca od razu nie zabrali, był im porzebny, ponieważ znał się na melioracji. W końcu jednak przyszli po niego rok temu i wysłali do obozu. Razem z Honzą. Matki wtedy nie było, pojechała do Skoczowa, do Niemki, której szyła sukienkę.

W obozie zostali rozdzieleni. Ojciec Honzy szybko skończył w piecu krematoryjnym. Co się stało z matką, chłopak nie wiedział. Jego samego po czterech miesiącach przeniesiono z Auschwitz do obozu w Niemczech.

– Gdy wybuchła wojna, przestałem rosnąć – powiedział.

Adam nie zapytał, jak mu się udało tak długo przetrwać w obozach.

Co parę godzin wychodził nieco dalej od zniszczonego domu. Z ukrycia obserwował drogę. Widział sznur wojskowych ciężarówek, gromady cywilów z rowerami i wózkami, na których wieźli swój dobytek. Domyślał się, że uciekają przed Rosjanami.

Oni musieli iść w przeciwnym kierunku niż tamci. Martwił się, że pojawią się Niemcy. Gdyby ich znaleźli, byłoby po nich, tak jak mówił stary. Podobno Amerykanie, a może Francuzi lub Rosjanie byli blisko.

Słyszał, jak Stolz mówił o tym żonie. Niemcy najbardziej bali się Sowietów i tego, co z nimi zrobią.

– Nas zabiją, a to ścierwo przeżyje – powiedział wtedy Stolz i splunął.

Patrzył złowrogo na Adama, który nosił do drewutni porąbane przez siebie drewno. Najchętniej kolejny raz oćwiczyłby parobka batem.

To było trzy tygodnie temu, pod koniec marca. Trudę, swoją córkę, Stolzowie już wcześniej wysłali do rodziny na południu, gdzie miało być bezpieczniej. Z tamtej strony nadciągali Amerykanie, którzy nie budzili tak wielkiej grozy jak bolszewicy. Pewnego dnia dziewczyna po prostu zniknęła i Adam nie zdążył się z nią pożegnać.

Niewiele wiedział o tym, co się teraz dzieje na froncie. Ale to jedno na pewno – wojna się nie skończyła. Niemcy, mimo że przegrywali, mogli przecież powrócić. I zabić ich obu łatwiej, niż zabija się pluskwy.

Słońce było ich drogowskazem. Patrząc na niebo, Adam orientował się, w którym kierunku iść. Na północny wschód.

Do domu.

Gdy wyruszali – Honza jeszcze słaby, lecz szedł już o własnych siłach – znowu usłyszeli pomruk artylerii. Nie wydawał się odległy.

Rozdział II

Z oddali dobiegały odgłosy wystrzałów.

Mężczyzna w średnim wieku, który szedł pierwszy, miał skrępowane z tyłu ręce, a na szyi zawieszony kawałek tektury z niemieckim napisem ZDRADZIŁEM FÜHRERA. Za nim podążali trzej inni, dużo młodsi. Nieśli karabiny wycelowane w jego plecy, ale mimo wojskowych hełmów na głowach nie byli żołnierzami. O tym, że należą do Volkssturmu, świadczyły zielone opaski z literą V na rękawach. Był jeszcze jeden mężczyzna, mniej więcej pięćdziesięcioletni, też ubrany po cywilnemu, z kaburą u pasa. Trzymał się nieco z tyłu, pod pachą niósł czarną aktówkę. Gdyby nie hełm i wojskowy pas można by go wziąć za urzędnika magistratu lub bankowca, który wybrał się na wiosenny spacer.

Cała piątka przeszła na drugą stronę ulicy, minęła spalony samochód, który niegdyś był oplem, i zatrzymała się przy latarni ze stłuczoną oprawą na szczycie.

Nieopodal, najwyżej trzydzieści metrów dalej, kilkanaście kobiet odgruzowywało zniszczony dom. Większość pracujących miała na sobie obozowe płaszcze w biało-niebieskie pasy, ale niektóre były w zwyczajnych, mocno zniszczonych i brudnych sukienkach. Pilnowali ich dwaj strażnicy, stojący na dwóch krańcach rumowiska. Kobiety pracowały powoli. Jedna grupa łopatami odgarniała gruz, druga – przenosiła go w rękach na bok. Strażnicy od czasu do czasu spoglądali na nie, ale bardziej interesowali się tym, co dzieje się na końcu ulicy. Sprawiali wrażenie, jakby kogoś wypatrywali.

Jeden z mężczyzn z Volkssturmu przy pomocy kolegi wspiął się na latarnię i na jej wierzchołku zawiązał gruby sznur. Potem zsunął się na ziemię i na drugim końcu liny zrobił pętlę, którą nałożył na szyję człowiekowi ze skrępowanymi rękami. Skazaniec był blady, mówił coś cicho, lecz tamci go nie słuchali. Mężczyzna przypominający urzędnika wyjął z aktówki kartkę, rozłożył ją i zaczął głośno czytać:

– Johannes Schwarz, lat czterdzieści sześć, syn Heinricha i Doris, jest oskarżony o zdradę Rzeszy i Führera. Zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość, że Johannes Schwarz rozrzucał ulotki wzywające niemieckich żołnierzy do złożenia broni i poddania się wrogowi, ponieważ wojna jest przegrana. Za ten haniebny czyn, decyzją komendanta miasta, Martina Krügera, zostaje skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok nie podlega apelacji, należy go wykonać bezzwłocznie.

Kiedy tamten skończył odczytywanie, Schwarz próbował zrobić krok w jego stronę, ale został powstrzymany przez mężczyzn z karabinami.

– Nie możecie tego zrobić, nie macie prawa! – krzyknął. – To wszystko nieprawda!

Szarpnął się, jednak nie pozwolili mu ruszyć się z miejsca, mocno chwytając za ramiona. Ten, który odczytał wyrok komendanta obrony miasta, zaczął się rozglądać w poszukiwaniu czegoś. Odszedł kilkanaście kroków i po dłuższej chwili wrócił pod latarnię, prowadząc przed sobą wózek dziecięcy bez jednego kółka. Przewrócił go na bok. Pozostali mężczyźni wepchnęli opierającego się skazańca na wózek. Jeden sprawdził, czy sznur jest odpowiednio naciągnięty. Potem drugi nachylił się i wyszarpnął wózek spod nóg Schwarza.

Strażnicy na gruzowisku przyglądali się temu obojętnie, obaj wiele razy musieli być świadkami podobnych egzekucji. Może brali w nich udział jako kaci. Jeden powieszony mniej czy więcej nie stanowił różnicy.

Więźniarki, nawet jeśli patrzyły na to, co się dzieje, robiły to ukradkiem, żeby nie zauważyli tego pilnujący ich mężczyźni. Kobiety, które codziennie oglądały śmierć z bliska, skupiały się przede wszystkim na tym, aby włożyć jak najmniej wysiłku w pracę, którą kazano im wykonywać, i żeby strażnicy nie uznali, iż tylko udają, że ciężko pracują. Były śmiertelnie zmęczone, głodne. Jeśli miały jakiekolwiek marzenie, to jedynie takie, by wrócić do obozowego baraku, położyć się na pryczy i zasnąć. Do końca dnia było jednak jeszcze daleko.

Johannes Schwarz zawisł na latarni. Czterej mężczyźni nie czekali, aż jego ciałem przestaną wstrząsać przedśmiertne drgawki. Uznali egzekucję za zakończoną. Odwrócili się i pośpiesznie odeszli, ale nie do centrum miasta, skąd przybyli, lecz w przeciwnym kierunku, na przedmieścia. Na więźniarki nawet nie spojrzeli.

Pojedyncze wystrzały zamieniały się w regularną i coraz głośniejszą wymianę ognia.

Godzinę później obaj strażnicy naradzili się między sobą i ruszyli tą samą drogą, co wcześniej mężczyźni, którzy powiesili Schwarza. Kobiety zostały same na gruzowisku. Pierwszy raz, od kiedy znalazły się w obozie, nikt ich nie nadzorował. Była to dla nich niezwykła sytuacja. Nie wiedziały, jak się zachować: nadal pracować, odpocząć czy uciekać.

W końcu jedna z nich, z czarnym trójkątem na pasiaku, przerwała pracę, a za jej przykładem poszły kolejne – zaczęły siadać, a niektóre kłaść się tam, gdzie stały. Trwały tak w bezruchu. Czekały, same nie wiedząc na co.

Trochę później zobaczyły w oddali żołnierzy. Nosili inne mundury niż Niemcy. Oprócz karabinu każdy z nich miał przy sobie wszystko, co jest potrzebne żołnierzowi na froncie: plecak, ładownicę, mapnik i manierkę. Ich hełmy różniły się od niemieckich.

Szli powoli, z bronią gotową do strzału, rozglądając się dokoła. Wypatrywali snajperów.

Nikt jednak do nich nie strzelał. Można by pomyśleć, że obrońcy i wszyscy mieszkańcy miasta się wynieśli.

Dwóch młodych żołnierzy zatrzymało się przed więźniarkami siedzącymi i leżącymi na gruzowisku. Przyglądali się im z niedowierzaniem. Kobieta z czarnym trójkątem na piersi podniosła się i podeszła do nich.

– Are you Americans? – zapytała.

Kiedy potwierdzili, odwróciła się do współtowarzyszek i powiedziała coś, czego tamci nie mogli rozumieć, ponieważ nie znali niemieckiego. Na twarzach niektórych kobiet pojawił się uśmiech.

– Co tutaj robicie? – zapytał niższy z żołnierzy.

– Jesteśmy z obozu.

Powiedziała im, że zostały tutaj przyprowadzone wcześnie rano do odgruzowywania, ponieważ tylko one miały jeszcze siłę pracować. I że strażnicy, którzy ich pilnowali, poszli sobie.

– Co się teraz z nami stanie?

– Jesteście wolne, wasz obóz został rano wyzwolony.

– Ale co mamy robić, dokąd pójść? Niektóre z nas są tak słabe, że mogą umrzeć. Żołnierze nie wiedzieli, co powiedzieć.

– Na razie stąd nie odchodźcie – odezwał się niższy.

– Nie bójcie się. Niemcy uciekli, lecz na wszelki wypadek dwóch naszych zostanie z wami. Potem przyślemy samochody, które zabiorą was w bezpieczne miejsce, gdzie zajmą się wami lekarze.

Kobieta znów się odwróciła i przetłumaczyła jego słowa pozostałym.

– Gdzie nas zawieziecie? – zapytała.

– Jesteście wolne – powtórzył Amerykanin. Wydawał się zdziwiony. – Dlaczego się nie cieszycie? Kobieta wzruszyła ramionami.

– Jeszcze w to nie uwierzyłyśmy, proszę pana. Po tym wszystkim, co przeżyłyśmy, trudno się cieszyć. Ciągle jesteśmy po stronie śmierci.

Żołnierze spojrzeli na siebie, nie byli pewni, czy ją właściwie zrozumieli.

– Będzie dobrze, zaopiekujemy się wami. Mamy jedzenie, lekarzy i lekarstwa. Powoli wrócicie do zdrowia. A pani nie jest chyba Angielką?

– Polką. Tu nie ma Angielek i Amerykanek. Są Polki, Holenderki, Greczynki, Francuzki i Czeszki. I nic już nigdy nie będzie dobrze, proszę pana – dodała spokojnie po chwili.

Mężczyźni znów nie wiedzieli, co powiedzieć. Ich młodość im tego nie ułatwiała. Współczuli tym nieszczęsnym kobietom.

– A tam co się stało? – Niższy wskazał na wiszącego mężczyznę.

– Niemcy powiesili Niemca.

– Swoich też wieszają? – zdziwił się. – I to teraz, gdy Hitler się zastrzelił.

– Nie wiedziałyśmy o śmierci Hitlera. W obozie takich wiadomości nam nie przekazywano. Dokąd nas zabierzecie? – powtórzyła pytanie.

– Powstają specjalne ośrodki dla więźniów obozów koncentracyjnych – odpowiedział. – Pewnie tu blisko też zostanie zorganizowany taki obóz…

– Obóz? – przerwała mu. – Ani ja, ani one nie chcemy wracać do żadnego obozu.

– Proszę się uspokoić, to tylko nazwa, nie chodzi o obóz koncentracyjny, tylko przejściowy. Jest wiele różnych miejsc…

Nie dokończył, ponieważ kobieta nagle się zachwiała i prawie upadła. Ten wyższy złapał ją pod ramię.

– Ja też jestem trochę słaba – przyznała, gdy pomógł jej usiąść.

Niższy żołnierz wyciągnął z plecaka dwie tabliczki czekolady w niebieskim opakowaniu.

– To dla was. Na razie tyle, później będzie więcej jedzenia. Teraz musimy już iść, ale wrócimy po was – obiecał.

Polka skinęła głową. Kiedy odeszli, rozpakowała czekoladę, ostrożnie połamała na małe kawałki, po czym wstała i zaczęła je rozdawać pozostałym więźniarkom. Sama zjadła ostatnią cząstkę.

Dwaj inni żołnierze, którzy zostali, żeby ochraniać kobiety, pomogli im opuścić rumowisko. Powoli, jakby to były zniedołężniałe pacjentki szpitala, przeprowadzali je, podtrzymując, na trawnik obok czteropiętrowej kamienicy. Jedynie Polka i jeszcze kilka innych przeszły tam bez pomocy. Greczynka, która była w obozie od ośmiu miesięcy i która liczyła, że uda jej się wrócić do rodzinnych Salonik, pozostała na gruzowisku. Zmarła tak cicho, że nikt tego nie zauważył. Może to nadzieja przyspieszyła jej śmierć.

Parę kobiet, żeby oszukać głód, zapaliło papierosy, którymi poczęstowali je żołnierze.

Miasto jednak zupełnie nie opustoszało. Słońce jeszcze nie zdążyło schować się za domami, gdy dwie niemłode Niemki przeszły obok więźniarek i obu Amerykanów. Spoglądały na nich lękliwie. Puste wiaderka, które niosły ze sobą, wskazywały, że wybrały się po wodę. Nikt się do nich nie odezwał.

O zmierzchu zmarła kolejna kobieta. Holenderka, która tuż przed wojną ukończyła historię sztuki. W obozie, podczas nielicznych wolnych chwil, opowiadała współwięźniarkom o sławnych malarzach i ich obrazach.

Wieczorem przyjechały karetki i dżip. Z tego ostatniego wysiadł żołnierz, ten niższy. Podszedł do Polki.

– Jesteśmy, tak jak obiecałem. Trochę to trwało, ale mamy rannych i musieliśmy się nimi zająć. Teraz was będziemy przewozić w bezpieczne miejsce.

Sanitariusze wyciągnęli nosze i po kolei przenosili kobiety do karetek. Szybko stało się jasne, że będzie potrzebny jeszcze jeden kurs.

– Co to za bezpieczne miejsce? – spytała Polka. Amerykanin zwlekał z odpowiedzią.

– Niestety, na razie pojedziecie do starego obozu, to decyzja naszego dowództwa. Widać było, że jest niezadowolony, iż musiał ją o tym poinformować.

– Wcześniej mówił pan co innego.

– Tylko tymczasowo, zanim przygotujemy odpowiedni ośrodek. Już nad tym pracujemy. Więźniów jest dużo, nie zdołamy ich wszystkich od razu przetransportować.

– Pan nic nie rozumie. Nie wie pan, co oni z nami robili. Nie wrócę tam.

– W starym obozie są już nasze służby medyczne. Przygotowano czyste koce, jest kuchnia polowa.

– Nie wrócę – powtórzyła.

Amerykanin patrzył na nią bezradnie. Zaskoczył go upór tej Polki, ale wydawał się też ją rozumieć. W jej spojrzeniu była taka determinacja, że zaczął się nad czymś zastanawiać.

– Pojedzie pani ze mną – zadecydował po chwili. – Nie do obozu. Proszę mi zaufać. Zgoda?

Skinęła głową. Ułożyła się na tylnym siedzeniu. Przykrył ją pledem, sam usiadł z przodu i polecił kierowcy, żeby prowadził ostrożnie.

Jechali nocą. Polka, leżąc, wpatrywała się w ciemną otchłań nieba, którą co pewien czas rozjaśniały błyski pocisków artyleryjskich wystrzeliwanych gdzieś daleko.

– Nazywam się Joseph Downey, jestem porucznikiem. Przyjaciele mówią do mnie Joe. A pani? Milczała. Odwrócił się do niej.

– Jak ma pani na imię? – powiedział głośniej. Nie podniosła głowy.

– Nie jestem pewna. Do dzisiaj byłam numerem. Kiedyś, dawno temu, miałam na imię Halina. Może teraz znów będzie można mnie tak nazywać.

– To polskie imię, prawda? A wie pani, że mamy w oddziale sierżanta, którego ojciec jest Polakiem? Nie zareagowała, jakby jej to było całkowicie obojętne.

– Nazywa się Ostrowski, Stan Ostrowski i mówi po polsku, będzie pani mogła z nim porozmawiać – ciągnął niezrażony. – Jego ojciec, a może dziadek pochodził z Warszawy. Tyle że podobno z Warszawy nic nie zostało, Niemcy ją zniszczyli.

Kiedy wspomniał o Warszawie, twarz Haliny na moment nieznacznie się ożywiła, choć w ciemności nie mógł tego zauważyć. Mówił dalej, również o sobie i swojej rodzinie w Ohio, gdzie zamierzał wrócić po wojnie, by pracować w kancelarii adwokackiej ojca. Potok słów wypływał z jego ust i ktoś postronny mógłby uznać, że Joe Downey opuścił właśnie zakon, w którym obowiązywała surowa reguła milczenia.

Halina go nie słyszała. Zasnęła.

Dżip zatrzymał się przed dwupiętrowym budynkiem z dużymi oknami. Downey obudził kobietę, delikatnie dotykając jej ramienia, potem pomógł wysiąść z samochodu.