Królewska rozgrywka - Lynn Raye Harris - ebook
Opis

Szejk Kadir al-Hassan uwielbia swoje życie i pracę: podróżuje po świecie, projektując i wznosząc wieżowce. Gdy dowiaduje się o śmierci ojca, wie, że on lub brat będą musieli przejąć władzę. Kadir wpada na pomysł, co zrobić, by rada wybrała brata. Wystarczy, że sam poślubi kobietę, która nie zostanie zaakceptowana z powodu pochodzenia i statusu społecznego. Oświadcza się więc swojej asystentce, Amerykance Emily Bryant…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lynn Raye Harris

Królewska rozgrywka

Tłumaczenie:

PROLOG

Król Kyru umierał. Siedział na balkonie okryty kocem – choć pustynne słońce nie schowało się jeszcze za horyzontem – i rozmyślał o swym życiu.

Miał za sobą długie rządy, ale nadszedł czas, by wyznaczyć następcę i zapewnić krajowi dalszy rozkwit. Musiał wezwać swych niepokornych synów i zdecydować, który z nich będzie królem; nie mógł z tym dłużej zwlekać.

Wstał, nie chcąc się wyrzec ani odrobiny niezależności. Wiedział, że przegra walkę z rakiem, ale jeszcze nie dzisiaj. Ruszył w stronę biurka w gabinecie, podczas gdy służący podążał za nim jak cień, gotów go w każdej chwili podtrzymać.

Ale on nie zamierzał upadać. Jeszcze nie.

Pozostała ostatnia rzecz do zrobienia. Podniósł słuchawkę telefonu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Emily Bryant wygładziła prostą czarną spódnicę i patrząc na drzwi sypialni Jego Wysokości, księcia Kadira bin Zaida al-Hassana, zapanowała nad drżeniem dłoni, w której trzymała filiżankę z kawą.

Liliowe niebo za oknami zwiastowało rychły świt. Pomimo wczesnej godziny Paryż rozbrzmiewał ulicznym gwarem. Emily wiedziała, że gdy tylko zapuka do rzeźbionych drzwi, Kadir też się zbudzi.

Odetchnęła głęboko. Ten człowiek był niemożliwy – i zapewne nie przebywał w sypialni sam. Podejrzewała, że będzie musiała omijać rozrzuconą po podłodze koronkową bieliznę, zmięte pończochy i drogą sukienkę.

Emily zacisnęła usta i zapukała trzykrotnie.

– Książę? Czas wstawać.

Zawsze chciał, by budzono go przed wschodem słońca. Czasem znów kładł się spać, ale wcześniej wydawał jej polecenia na nadchodzący dzień. I pił nieodmiennie kawę, którą mu przynosiła.

Na ogół wstawał z łóżka. Emily nauczyła się zachowywać kamienny wyraz twarzy, gdy odrzucał pościel, ukazując gładką opaloną skórę i szczupłe mięśnie. Odwracała też dyskretnie głowę, gdy zdarzało mu się odsłonić nieco więcej, zanim włożył szlafrok.

Gdyby chodziło o kogoś innego, nie kryłaby szoku. Ale to był książę Kadir; uprzedził ją, czego od niej wymaga. Zapewniła go, że jest odpowiednią osobą na stanowisko jego asystentki.

Znosiła zatem jego dziwactwa. Gdyby nie był genialny i nie wynagradzał hojnie – bardzo hojnie – nie wytrzymałaby tak długo. Poza tym taka posada świeżo po studiach była szczęśliwym zrządzeniem losu.

– Proszę wejść – rzucił zza drzwi zaspanym głosem.

Emily wkroczyła do ciemnego pokoju i rozsunęła adamaszkowe zasłony, a potem postawiła kawę na antycznym stoliku obok łóżka.

Okazało się, że jest sam. Odetchnęła z ulgą; nie przepadała za kobietami, z którymi się ostatnio spotykał. Lenore Bradford, modelka, była antypatyczna i złośliwa, zwłaszcza wobec niej.

Jeśli ta kobieta okazywała zazdrość, to niepotrzebnie, ponieważ Kadir widział w Emily wyłącznie kogoś, kto organizuje mu życie zawodowe i pilnuje terminarza.

Kadir oparł się o wezgłowie i sięgnął po filiżankę. Włosy miał w nieładzie i był nieogolony, ale i tak wydawał jej się najprzystojniejszym mężczyzną na świecie. Co nie znaczyło, by ją pociągał. Był aroganckim, utytułowanym i błyskotliwym zarozumialcem. Nie darzyłaby go jakąkolwiek sympatią, gdyby nie płacił jej tak dużo.

Tyle że nie była to do końca prawda. Denerwował ją swoją pewnością siebie i przekonaniem o własnej nieomylności, ale pamiętał o jej urodzinach i rocznicach dnia, w którym zaczęła dla niego pracować. Nie czuła do niego wyłącznie niechęci.

Emily otworzyła notatnik trzymany pod pachą, ignorując widok umięśnionej piersi i tej przeklętej strzałki ciemnych włosów, znikającej pod gumką bokserek.

– O siódmej trzydzieści ma pan spotkanie z dyrektorem RAC Steel, potem rozmowa telefoniczna z Andrakosem Shippingiem. Po południu spotkanie z agentem nieruchomości. No i wizyta na miejscu budowy.

Popijał kawę, przyglądając jej się spod długich rzęs. Ciemnoszare oczy błyskały inteligencją.

– Jak zawsze jest pani wzorem skuteczności, panno Bryant. Shukran jazeelan[1].

Zerknęła na zegarek, pragnąc ukryć zadowolenie.

– Zaraz podadzą śniadanie, Wasza Wysokość. Poleciłam kierowcy podjechać punktualnie o siódmej.

Przesunął po niej spojrzeniem. Oceniał ją, jak każdego, ale ona zawsze czuła wtedy dziwny dreszcz na plecach.

Nie była tym zachwycona. Oblizała nerwowo wargi i zamknęła notatnik.

– To wszystko, Wasza Wysokość?

– Tak.

Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi, gdy do pokoju wpadła jak burza Lenore Bradford.

Emily stanęła jak wryta. Za plecami kobiety dostrzegła zdenerwowanego ochroniarza w ciemnym garniturze, nieruchomego jak skała.

– Lenore. – Głos Kadira miał leniwe brzmienie, ale wyczuwało się w nim groźną nutę.

Emily zamknęła oczy, czekając na nieuchronną burzę. Usłyszała za plecami szelest; Kadir włożył szlafrok i pewnie dał ochroniarzowi znak, bo mężczyzna zniknął.

– Zostawiłeś mnie wczoraj wieczorem – oznajmiła piskliwie Lenore. – To było moje przyjęcie, a ty wyszedłeś.

– Zaprosiłaś sześciu reporterów i ekipę telewizyjną. Nie jestem przynętą dla twojej ambicji.

Lenore otworzyła szeroko oczy. Była blondynką, wysoką i szczupłą, i bardzo atrakcyjną. Nie odznaczała się jednak bystrością, kiedy chodziło o Kadira. Nie należał do mężczyzn, którzy dawali sobą manipulować.

Emily ruszyła ponownie do drzwi, nie chcąc uczestniczyć w tej awanturze.

– Proszę zostać, panno Bryant – rzucił rozkazującym tonem Kadir. – Lenore właśnie wychodzi.

Lenore oblała się rumieńcem.

– Nie wyjdę, dopóki tego nie omówimy, Kadirze. Jeśli mamy tworzyć związek, to musimy rozmawiać…

– Jestem książę Kadir albo Jego Wysokość – oznajmił chłodno. – I nie ma mowy o żadnym związku. A teraz wyjdź stąd.

Każde słowo było wypowiadane spokojnym tonem, jakby w ogóle się nie gniewał. Emily niemal zrobiło się żal tej kobiety.

Kadir stanął między swoją asystentką a drzwiami, naprzeciwko Lenore. Książę w każdym calu. Trudno było go nie podziwiać w takiej sytuacji.

Lenore oblała się purpurą.

– Nie chcesz nawet ze mną rozmawiać?

Kadir nie odpowiedział, patrząc na nią władczo. Emily nie widziała jego twarzy, ale znała doskonale to spojrzenie.

Nagle Lenore wycelowała w nią oskarżycielsko palec.

– Myślisz, że nie wiem, co się tu dzieje? Że nie wiem o twojej asystentce? – Zabrzmiało to jak „dziwka”. – Że od początku zamierzała między nas wkroczyć? Chcę cię wyłącznie dla siebie!

Emily już otworzyła usta, by zaprotestować, ale Kadir ją uprzedził.

– Nie obchodzi mnie, co panna Bryant o tobie myśli. Ważne jest, co ja myślę. Skończyłem.

Ujął ją za łokieć i pociągnął w stronę wyjścia, podczas gdy Lenore darła się na niego. Po chwili wyleciała za drzwi, które zamknięto z hukiem. Kadir odwrócił się, twarz miał pociemniałą z wściekłości. Emily wlepiła spojrzenie w podłogę.

Nigdy dotąd nie była świadkiem zerwania, ale wiedziała, że przez ostatnie cztery lata takie sceny odbywały się bezustannie. Niemal współczuła kobietom, które popełniały błąd, wierząc w swoją przyszłość z Kadirem. Był bogaty i utytułowany. Każda chciała go okiełznać. Żadnej się to nie udało.

– Przykro mi, że musiała pani tego wysłuchiwać.

Emily uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Zbliżył się do niej, a ona poczuła żywsze bicie serca.

– Nie zależy mi na panu – wypaliła.

Wspaniale.

Kadir uniósł brew.

– Naprawdę? Podobno jestem niezwykły. Jakież to zaskakujące… spotkać kobietę, która mnie nie chce.

Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Potem sobie uświadomiła, że się z nią drażni. Znów spuściła wzrok. Nie zamierzała ryzykować posady.

– Proszę mi wybaczyć moje zachowanie, Wasza Wysokość.

– Nie ma co wybaczać. Lenore była dla pani wyjątkowo niegrzeczna.

– To się nie powtórzy.

Roześmiał się.

– Och, jestem pewien, że nie.

Czuła w skroniach puls, ale po chwili uświadomiła sobie, że chodzi mu o scenę z Lenore.

– Niech się pani tak nie martwi – ciągnął. – Ona już nie wróci. Bez wątpienia jednak będą inne.

Emily nie wiedziała, gdzie podziać oczy.

– Chce pani coś powiedzieć? – spytał.

– Zaraz podadzą śniadanie.

– Nie o to chodzi. – Spojrzał na jej wargi, potem znów podniósł wzrok. Miała wrażenie, że jej dotyka, że przesuwa śniadym palcem po jej ustach. Uśmiechnął się, a ona doznała wrażenia, że jej wnętrze się roztapia. Nie była tym uszczęśliwiona. – Spokojnie, Emily. Znamy się od niemal czterech lat. Wie pani o moim życiu więcej niż ktokolwiek z mojego otoczenia.

Zwracał się do niej po imieniu setki razy. Zawsze wydawało jej się to pieszczotą. Dotykiem kochanka.

Jakby wiedziała, co to oznacza. Nie pamiętała już, kiedy ostatnim razem uprawiała seks. Zbyt często podróżowała z Kadirem, kiedy wędrował po świecie i wznosił swoje wieżowce. Nie pozostawało wiele czasu na sprawy osobiste.

– Płaci mi pan za to, żebym organizowała panu życie, a nie udzielała rad.

– A jednak chciała pani coś powiedzieć. Dostrzegłem to w pani twarzy. W tym zielonym ogniu, który zapłonął w pani oczach. Chciałbym wiedzieć, o co chodzi.

– Chcę zachować posadę – odparła z oschłością, nad którą nie mogła zapanować. Zielony ogień w oczach?

– I zachowa pani. Może pani mówić, co pani tylko zechce. Nie chcę, żeby dusiła pani to w sobie, panno Bryant.

Westchnęła. Nie zamierzał ustępować. Jeśli wiedziała cokolwiek o tym mężczyźnie, to właśnie to. Obserwowała go w trakcie niezliczonych negocjacji; atakował swoją ofiarę bezlitośnie.

– Chciałam powiedzieć, że mogłam się spodziewać tego co zwykle. Że gdyby postępował pan inaczej w swoich… hm… związkach, to może by się tak nie kończyły.

Wyglądał na rozbawionego.

– A jak powinienem postępować w swoich związkach? Myślę, że zerwanie z kobietami na dobre załatwiłoby sprawę. Ale o ile lubię kobiety, zawsze znajdą się takie, które będą uważały, że uczynię je księżniczkami. Kiedy się dowiadują, że nic z tego, niełatwo im to zaakceptować.

– Może więc powinien pan wybierać kobiety ze względu na intelekt, a nie rozmiar stanika.

Wybuchnął śmiechem, a ona poczuła dreszcz na plecach. Nie ze strachu. Być może z ulgi, że coś takiego powiedziała.

– Wezmę pani czarującą sugestię pod uwagę.

– Sam pan pytał.

– Rzeczywiście.

Przeciągnął się jak giętki i zwinny kot. Szlafrok się rozchylił, ukazując zwarte mięśnie brzucha i tę przeklętą strzałkę włosów. Na szczęście nosił dostatecznie przyzwoite bokserki. Emily odwróciła czym prędzej wzrok, tłumiąc ogień, który nagle poczuła.

Nie należała do osób, które ulegają namiętnościom. Które żywią jakiekolwiek namiętności – już nie. Kosztowało ją dużo wysiłku, by się ich pozbyć.

Co się więc z nią dzisiaj działo? Kadir był diabelnie przystojny, ale przecież nie po raz pierwszy to zauważyła. Wydawało jej się, że jest już od dawna uodporniona na takie rzeczy. Najwidoczniej, w sprzyjających okolicznościach, jej puls wciąż mógł przyspieszyć.

Pomyślała, że powinna pójść do lekarza. Coś złego działo się z jej hormonami. Jedyne wyjaśnienie.

Kadir wszedł z powrotem do sypialni. Nie zamknął drzwi i wkrótce Emily usłyszała szum prysznica. Wyobrażała sobie, jak zdejmuje szlafrok, zsuwa bokserki ze szczupłych, mocnych ud…

Zacisnęła palce na notatniku, poprawiła włosy, wygładziła i tak już idealnie ułożony kostium i poszła się zająć śniadaniem Kadira.

Dzień był długi i owocny. Kadir siedział w limuzynie i rozcierał kark po kilku godzinach spędzonych przy biurku. Pracował nad wizualizacjami swojego najnowszego projektu – biurowca w paryskiej dzielnicy biznesowej, jednego z wielu, jakie wzniósł w ciągu ostatnich dwóch lat.

Kochał to i uwielbiał patrzeć, jak stalowy szkielet zaczyna wyrastać ponad miastem. Ten ostatni budynek był nowoczesny, elegancki i funkcjonalny. Wierzył, że firma, która zleciła mu to zadanie, będzie bardzo zadowolona z końcowego efektu.

Siedząca obok asystentka stukała na swoim laptopie. Zerknął na nią i doszedł do wniosku, że nigdy nie miał lepszej. Pracowita, profesjonalna w każdym calu, czuwała nad jego życiem zawodowym ze skutecznością, którą niezwykle cenił.

Nic nie umykało jej uwadze. Nawet tysiąc kobiet pokroju Lenore nie mogło jej wyprowadzić z równowagi.

Lubił, kiedy wchodziła do jego pokoju, bez względu na to, w jakim akurat mieście przebywali, i stawała nad nim w tym swoim prostym kostiumie i brzydkich butach, by przedstawić mu plan dnia.

Emily była cudownie nieskomplikowana. Jedyna taka kobieta w jego życiu. Na szczęście nie pociągał jej, bo bez wątpienia zniszczyłby najdłuższy związek uczuciowy, jaki mu się kiedykolwiek przytrafił.

Myślał o tym, co mu powiedziała tego ranka – że o wyborze partnerki powinien decydować jej intelekt, nie rozmiar biustonosza. Zaszokowała go i rozbawiła jednocześnie. Poprosił ją o opinię, ale nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Była zwykle taka ostrożna, że nigdy by jej nie podejrzewał o jakąś sarkastyczną uwagę.

Podobała mu się ta szczerość, której niemal nigdy nie zaznawał w swoich związkach. Nikt nie chciał się sprzeciwiać księciu.

Odezwała się jego komórka. Podał ją Emily, zbyt zmęczony, żeby z kimkolwiek rozmawiać. Zamknął oczy i oparł głowę o siedzenie. Zamierzał spać tej nocy jak kamień.

– Wasza Wysokość. – Jej głos wydawał się pozbawiony tchu. – To pański ojciec.

[1] Bardzo dziękuję (przyp.tłum.)

Tytuł oryginału: Gambling with the Crown

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2014 by Lynn Raye Harris

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2092-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.