Królestwo nędzników - Paullina Simons - ebook

Królestwo nędzników ebook

Paullina Simons

4,1

Opis

Królestwo nędzników, druga część trylogii Kres wieczności Paulliny Simons, opisuje dalszy ciąg perypetii związanych z uczuciem Juliana i Josephine, rozwijającym się w różnych okresach czasu.

Julian już raz zawiódł Josephine. Lecz mimo ogromnego niebezpieczeństwa oraz przeciwieństw losu, chce dokonać niemożliwego i jeszcze raz spróbuje ocalić kobietę, którą kocha. To historia miłosna niepodobna do innych. Przeklęci kochankowie wyruszają w niewiarygodną podróż w czasie i przestrzeni.

Na kartach historii, wśród piękna, smakując rozkosz, gdy krew się leje strumieniami, a zdrady są na porządku dziennym, napotykają śmiertelnych wrogów i niezliczone niebezpieczeństwa. Zawsze kiedy igrają ze śmiercią i ją zwodzą, dokonują niewyobrażalnych poświęceń i konfrontują się z najsurowszym ze wszystkich panów – z przeznaczeniem.

Ty i ja mamy szansę na prawdziwe życie... Ono gdzieś na nas czeka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 843

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału A BEGGAR’S KINGDOM

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaEwa Grabowska

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the titleA Beggar’s Kingdom© Paullina Simons 2019 Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Malita, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9538-0

Skład wersji elektronicznej

Dla Kevina, Wszystko mogę w Tobie, który mnie umacniasz[1].

1 Odwołanie do Listu do Filipian, 4,13. (Wszystkie cytaty biblijne z: Biblia Tysiąclecia, Poznań–Warszawa 1980).

Chyba się oszukiwałem, wierząc, że mam jakiś wybór, prawda?

Prolog   Prawdziwe przedmioty z wyobrażonych miejsc

Ashton stał z założonymi rękami, z jasnymi włosami wymykającymi się spod czapeczki baseballowej i z niedowierzaniem w błękitnych oczach przyglądał się, jak Josephine namawia Zakiyyah, by wybrała się na lot z Piotrusiem Panem. Julian, Josephine, Ashton i Zakiyyah przyjechali do Disneylandu, choć ta ostatnia dwójka ostro protestowała.

– Z, będziesz zachwycona. Polecisz nad Londynem z Piotrusiem Panem magicznym statkiem piratów do Nibylandii. No chodź, kolejka robi się coraz dłuższa.

– To udawany lot? – zapytała Zakiyyah.

– Nie – odparł Ashton. – Prawdziwy. Londyn też jest prawdziwy. I magiczny statek piratów. Nibylandia też jest zdecydowanie prawdziwa.

Zakiyyah przewróciła oczami. Prawie pokazała Ashtonowi środkowy palec.

– To jest szybkie? Kręci się? Jest ciemno? Nie chcę, żeby zakręciło mi się w głowie. Nie lubię się bać i nie chcę, żeby mnie popychano.

– Chciałabyś znaleźć się gdzieś indziej? – zainteresował się Ashton.

– Nie, chcę się tylko dobrze bawić.

– A magiczny lot z Piotrusiem Panem nad Londynem to nie jest zabawa? – zapytał Ashton i rzucił do Juliana: – Nie mogę uwierzyć, że Riley się zgodziła, żebym tu z wami przyjechał. Będę ją musiał zabrać na Jamajkę, żeby jej to wynagrodzić.

– Będziesz musiał sporo wynagrodzić nam wszystkim, zwłaszcza po tym przedstawieniu, jakie odegrałeś podczas lunchu w zeszłym tygodniu – odparł Julian. – Więc się zamknij i pogódź się z tym.

– To podsumowuje całe moje życie – rzucił Ashton.

– Czy z kimś takim w ogóle można się dobrze bawić? – powiedziała Zakiyyah do Josephine. – On się bawi, nabijając się ze mnie.

– Wcale się nie nabija, Z. Tylko się droczy.

– Nie droczy się!

– Cii. Doprowadzasz wszystkich do szału – szepnęła Josephine, a potem dodała głośniej: – Dla Z to nowość. Nigdy nie była w Disneylandzie.

– Jak można nigdy nie być w Disneylandzie? – szepnął Ashton do Juliana.

– Nieprawda! – wykrzyknęła Zakiyyah. – Byłam raz z kuzynami.

– Siedzenie na ławce, kiedy inne dzieci jeżdżą na karuzelach, nie oznacza, że było się w Disneylandzie, Z.

Zakiyyah zacmokała.

– Można się gdzieś wolno przejechać kolejką?

– Co powiesz na It’s a Small World? – Ashton zwrócił się do Zakiyyah, lecz patrzył na Juliana oczami wielkimi jak spodki. – To wolna przejażdżka łódką.

– Chyba może być. Jeśli łódka nie płynie po prawdziwej wodzie. Płynie?

– Nie – odparł Ashton. – Płynie po sztucznej.

– Czy to miałaś na myśli, mówiąc, że się ze mną droczy? – powiedziała Zakiyyah to Josephine. – Na pewno nie szydzi?

– Jasne, Z. To świat śmiechu, świat łez. Chodźmy do It’s a Small World.

Kiedy zapadł zmrok, a z parku zniknęły maluchy i tłum się przerzedził, przekonali Zakiyyah, by wybrała się na Space Mountain. Prawie się zgodziła, ale wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła czteroosobowy wagonik. Josephine miała usiąść przed Julianem między jego nogami, co oznaczało, że Zakiyyah będzie musiała usiąść przed Ashtonem.

– Możemy usiąść inaczej?

– Jak? – zapytał Ashton spokojnym głosem.

– Dziewczęta razem i chłopcy razem.

– Jules, kochanie, co ty na to? – zapytał Ashton głosem wyższym o dwie oktawy. – Chciałbyś mi usiąść między nogami, skarbie, czy tym razem ja mam usiąść między twoimi?

– Z, daj spokój – odparła Josephine. – Nie rób takiej miny. On ma rację. To tylko jedna przejażdżka. Będziesz zachwycona. Tylko…

– Skoro nie chcesz usiąść przede mną – Ashton radośnie zwrócił się do Zakiyyah – to może ja siądę przed tobą?

– Chcesz siedzieć między moim rozłożonymi nogami? – W pełnym niedowierzania tonie Zakiyyah nie było nic radosnego.

– Sugeruję tylko pewne rozwiązania. Staram się być pomocny.

– Poza innymi względami, nie będę nic widziała – powiedziała Z. – Jesteś za wysoki. Będziesz mi zasłaniał widok przez cały czas.

Gdy mieli wsiadać, Ashton wpadł na Juliana.

– Stary – syknął – nie powiedziałeś jej, że Space Mountain to czarna dziura, w której nic nie widać?

– Nie powiedzieliśmy jej nawet, że to kolejka górska – odparł Julian. – Chcesz, żeby pojechała, czy nie?

– Naprawdę muszę odpowiadać?

Wsiedli. Ashton i Julian jako pierwsi, dziewczęta usadowiły się przed nimi. Zakiyyah próbowała przesunąć się jak najbardziej do przodu, ale ławeczka była wąska i krótka. Jej biodra wpasowały się między rozsunięte nogi Ashtona.

– Możesz rozłożyć nogi szerzej? – zapytała.

– Powiedział biskup do barmanki – rzucił Ashton.

– Josephine! Przyjaciel twojego przyjaciela robi niestosowne uwagi pod moim adresem.

– Tak. Nazywają się żarty – objaśnił Ashton.

– To na pewno nie są żarty, bo żarty są zabawne. Ludzie się z nich śmieją. Słyszałeś, żeby ktoś się śmiał?

Zakiyyah siedziała sztywno, trzymając torebkę na podołku.

Ashton pokręcił głową, westchnął.

– Może położysz torebkę na podłodze i chwycisz się blokady.

– Tak jest mi bardzo dobrze, dziękuję. Nie przysuwaj się za bardzo.

– Nie martw się.

Ruszyli.

Zakiyyah odrzuciło do tyłu – na pierś Ashtona. Jej biodra zaklinowały się między jego nogami. Torebka spadła na podłogę. Zakiyyah chwyciła blokadę i krzyczała przez dwie minuty w czarnej jak jaskinia kopule.

Kiedy jazda dobiegła końca, była roztrzęsiona. Julian pomógł jej wysiąść. Josephine pierwsza wyskoczyła z wagonika i klaskała.

– Z! Jak było? Byłaś zachwycona?

– Czy mogę być zachwycona, gdy coś mnie przeraża?

Podczas jazdy zrobiono im zdjęcie: Zakiyyah z szeroko otwartymi ustami, wielkimi oczami, pozostała trójka roześmiana i rozbawiona. Dali jej zdjęcie jako pamiątkę po pierwszej jeździe Space Mountain, prawdziwy przedmiot z wyobrażonego miejsca.

– Może następnym razem spróbujemy Piotrusia Pana – powiedział Ashton, gdy wychodzili.

– Kto powiedział, że będzie następny raz? – spytała Zakiyyah.

– Dzięki, że to zorganizowałeś – szepnęła Josephine do Juliana, przytulając się do jego ramienia na parkingu. – Wiem, że na to nie wygląda, ale naprawdę dobrze się bawiła. Ale wiesz, co nie pomogło? Twój Ashton udający błazna. Nie trzeba się tak bardzo starać, kiedy wygląda się jak rycerz. Próbuje być zabawny jak ty?

– Uwierz mi, on jest błaznem i rycerzem bez żadnej pomocy z mojej strony – odparł Julian.

Josephine pocałowała go, nie gubiąc kroku.

– Dzisiaj zarobiłeś punkty bonusowe – powiedziała. – Poczekaj, aż wrócimy do domu.

Kiedy ona szła przez Otchłań pośród okrutnych heretyków i wiosłowała po rzece Styks w Raju w parku, Julian jeździł po L.A., szukając nowych miejsc, w których mogłaby się w nim zakochać, takich jak Disneyland. Nowych miejsc, w których mógłby dotykać jej ciała. Spacerowali po Beverly i kupowali sztuczną biżuterię, siedzieli w Montage i z nostalgią wspominali stary hotel Bel Age z widokiem na wzgórza. Unosił kieliszek w toaście w Viper Room, gdzie nie tak dawno umarł ktoś młody i piękny. Ktoś młody i piękny zawsze umierał w L.A. A kiedy wiał wiatr od strony Laurel Canyon, leżała z nim w łóżku zanurzona w jego miłości i marzyła o koralodrzewach i eukaliptusach kamaldulskich, a Julian nie marzył o niczym, bo wszystko już miał.

Ale to było wtedy.

Część pierwsza   MISTRZ MENNICY

Złota dość, żeby szaleć, wybór mężczyzn, wybór fryzur, wybór bród, wybór nóg i wybór wszystkiego[1].

Thomas Dekker, Cnotliwa ladacznica

2 Thomas Dekker, Cnotliwa ladacznica

1   Klub bokserski

Ashton spoglądał na niego życzliwie, ale mimo wszystko sceptycznie.

– Czemu mamy sami malować mieszkanie?

– Bo praca fizyczna to zaczątek cnoty – odparł Julian, maczając wałek w farbie. – Nie stój tak. Zabieraj się do roboty.

– Kto ci wcisnął taki kit? – Ashton nawet nie drgnął. – I wcale mnie nie słuchasz. Chodzi mi o to, że malowanie to poważna sprawa. Po co w ogóle to robimy? Przecież nie zostaniemy w Londynie na kolejny rok. Odbija ci jak zwykle, czy próbujesz zaoszczędzić na czynszu albo… Jules? Powiedz prawdę. Nie zbywaj mnie. Jestem dorosłym mężczyzną. Potrafię to przyjąć. Nie zostaniemy w Londynie, kiedy za rok skończy się umowa najmu, prawda? Nie dlatego malujesz?

– Weźmiesz w końcu ten wałek? Prawie skończyłem moją ścianę.

– Odpowiedz na pytanie!

– Bierz wałek!

– O Boże. W co ja się wpakowałem?

Ale Julian wiedział. Ashton mógł uznać, że rok w Londynie to stanowczo za długo, lecz Julian miał pewność, że nie wystarczy.

Dwanaście miesięcy, by wyprowadzić się ze starego mieszkania przy Hermit Street i uspokoić zapłakaną panią Pallaver, choć był tylko lokatorem samotnikiem, który odrzucił jej jedyne dziecko.

Dwanaście miesięcy, by urządzić nowe kawalerskie gniazdko w Notting Hill, pomalować ściany na męski granat, a łazienki na dziewczyński róż, tak dla zabawy.

Dwanaście miesięcy, by wrócić do Nextel, jakby mu to było przeznaczone, budzić się co rano, brać prysznic, wkładać garnitur, jechać metrem, kierować ludźmi, poprawiać teksty, organizować spotkania, podejmować decyzje i zawierać nowe przyjaźnie. Dwanaście miesięcy, by włóczyć się z Ashtonem jak za starych dobrych czasów, dwanaście miesięcy, by powstrzymywać go od picia co wieczór i od umawiania się z każdą ładną dziewczyną, dwanaście miesięcy, by zapuścić brodę długą do połowy piersi, czasem udawać, że flirtuje, dwanaście miesięcy, by nauczyć się uśmiechać, jakby był wesoły, a jego dusza nowa.

Dwanaście miesięcy, by przeczytać książki. Dokąd trafi następnym razem? To musi być gdzieś i kiedyś po 1603 roku. Mnóstwo epok do poznania, mnóstwo krajów, ogrom historii. Nie miał czasu do stracenia.

Dwanaście miesięcy, by zapamiętać, co wywołuje zakaźne choroby skóry: świerzb, syfilis, szkarlatyna, liszajec. Odleżyny i krwiaki. Pajączki i ziarniniaki na twarzy.

I czyraki. Nie można zapominać o czyrakach.

Dwanaście miesięcy, by nauczyć się fechtować, jeździć konno, dzwonić dzwonami, topić wosk, robić przetwory.

Dwanaście miesięcy, by raz jeszcze przeczytać Shakespeare’a, Miltona, Marlowe’a, Bena Johnsona. W swoim następnym wcieleniu Josephine może znów być aktorką; musi być przygotowany na taką ewentualność.

Dwanaście miesięcy, by nauczyć się, jak nie umrzeć w jaskini, nauczyć się nurkować w podziemnych wodach.

Dwanaście miesięcy, by nauczyć się skakać.

Dwanaście miesięcy, by stać się lepszym dla niej.

To nie dość czasu, by przygotować się na podróż w przeszłość.

*

Co środę Julian jeździł pociągiem do Hoxton, mijając po drodze obskurne miasteczko z namiotami pokrytymi graffiti i podpórkami na ogórki, by zjeść lunch z Devim Prakiem, kucharzem i szamanem, uzdrowicielem i niszczycielem. Pił wodę ze sproszkowanymi kośćmi prawdziwego tygrysa, poddawał się akupunkturze, czasami zapadał w głęboki sen, czasem zapominał wrócić do pracy. W końcu zaczął brać wolne w środowe popołudnia. Teraz, kiedy jego szefem w Nextel był Ashton, podobne praktyki nie groziły już wyrzuceniem z pracy.

Ashton, wiecznie taki sam bez względu na kontynent, na którym przebywał, żył, jakby wcale nie tęsknił za L.A. Zawarł nowe przyjaźnie i nieustannie imprezował, wybierał się na biwaki, świętował, oglądał przedstawienia i parady. Musiał specjalnie zaznaczać w kalendarzu wieczory, które spędzą z Julianem. Raz w miesiącu latał do L.A., by spotkać się ze swoją dziewczyną, a Riley raz w miesiącu spędzała weekend w Londynie. Razem z nią zjawiały się kwiaty i organiczny miód, mieszkanie było pełne jej dziewczyńskich rzeczy i dziewczyńskich zapachów, a w różowej łazience pojawiały się kremy nawilżające.

Na jeden weekend w miesiącu Ashton znikał na dobre, Julian nie miał pojęcia gdzie. Raz go zapytał i usłyszał w odpowiedzi, że idzie się zająć swoimi sprawami. Kiedy zaczął naciskać, Ashton rzucił: A gdzie ty się podziewasz w środowe popołudnia? Zajmujesz się swoimi sprawami, tak? Na co Julian odparł: Nie, spotykam się z akupunkturzystą, wietnamskim uzdrowicielem, bardzo miłym człowiekiem, cichym, skromnym. Polubiłbyś go. Nie miał się czego wstydzić. I była to prawie cała prawda.

– Mhm – odparł Ashton z uśmiechem. – No to ja też spotykam się z uzdrowicielem.

Ashton miał przed nim tak niewiele sekretów, że Julian wiedział, iż nie powinien drążyć tematu. Nie zapytał więc.

Był przecież bardzo zajęty. W sobotnie poranki uczęszczał na lekcje jazdy konnej, a popołudniami uczył się chodzić po jaskiniach. Zapisał się do klubu bokserskiego niedaleko swojego dawnego mieszkania w pobliżu Finsbury Park i toczył pojedynki w czwartki i soboty wieczorem. Co drugą niedzielę wyruszał na wędrówki z grupą niezwykle przyjaznych i nieznośnie aktywnych Malezyjczyków, którzy byli piękni, lecz przygnębiająco niezmordowani.

Ćwiczył ciało, poszcząc całymi dniami, pijąc tylko wodę. Riley byłaby z niego dumna i rzeczywiście była, gdy opowiedział jej o swoich wysiłkach. Nadal pieszo wędrował po Londynie, czytając każdą tabliczkę, chłonąc każde słowo. Nie wiedział, czy podczas następnej przygody wróci do Londynu, ale chciał mieć choć minimum kontroli. Po pracy, gdy Ashton szedł pić, Julian przemierzał piechotą dziewięć kilometrów z Nextel do Notting Hill, wymieniając pod nosem ciekawostki historyczne znajdywane po drodze, jak szalony włóczęga w eleganckim garniturze. We wrześniu wziął udział w jednym z londyńskich triatlonów zorganizowanym w Docklands. Półtora kilometra pływania, czterdzieści kilometrów na rowerze i dziesięć kilometrów biegu. Zajął siódme miejsce. Zdumieni Ashton i Riley powitali go na mecie radosnymi okrzykami.

– Kim ty jesteś? – zapytał Ashton.

– Ashtonie Bennetcie, nie zniechęcaj go! – Riley podała Julianowi ręcznik i butelkę z wodą.

– Czy proste pytanie może zniechęcić?

– On pracuje nad sobą, a ty? To było niesamowite, Jules.

– Dzięki, Riles.

– Może w przyszłym roku przebiegniesz Maraton Londyński. To byłoby coś.

– Może. – Julian pozostał niewzruszony. Nie planował być tu w przyszłym roku. Liczyło się tylko tu i teraz. W przyszłości nie było żadnego działania, dlatego nie było przyszłości. Tego nauczył go Devi. Nauczył go bardzo dużo. Przyszłość to tylko możliwość. „Może” jest właściwą odpowiedzią, jedyną. Może tak.

Ale też może nie.

– A tak dokładnie, to czym się zajmujesz? – zapytał Ashton. – Nie krytykuję, tylko pytam. Bo wszystko wydaje się takie eklektyczne i dziwne. Triatlon, szermierka, boks, łażenie po jaskiniach. Książki historyczne, Shakespeare. Jazda konna.

– Postanowiłem nie wydawać się najlepszy – odparł Julian – ale naprawdę stać się najlepszy.

– To może zaczniesz od zgolenia tego zagajnika z twarzy?

– Ashton! To nie jest krytyka?

– W porządku, Riles – rzucił Julian. – Jest tylko zazdrosny, bo dopiero co zaczął się golić.

Przyszła do Juliana podczas nowiu, z twarzą pełną miłości, machając dłonią.

W astronomii nów to krótki moment w miesiącu, kiedy Księżyc jest w koniunkcji ze Słońcem w układzie ekliptycznym. Devi miał rację: wszystko sprowadza się do południka, niewidocznej mitycznej linii odmierzającej czas i odległość. Kiedy Księżyc i gwiazdy ustawiały się w jednej linii, Josephine szła z uśmiechem w jego stronę i czasami Julian przyłapywał się na tym, że odpowiadał jej uśmiechem. Wiedział, że czeka na niego. Czas płynął zbyt wolno do chwili, gdy znów ją zobaczy.

Znaleźć się na południku – to było życie.

Reszta była oczekiwaniem.

*

Julian niechętnie dał się namówić Ashtonowi na wyjazd do Kalifornii, by spędzić święta z rodziną w Simi Valley. Na znak protestu pojechał tak jak stał: z długą brodą i kucykiem, jak świeżo namaszczony mnich.

Przed wyjazdem z Londynu zadzwoniła do niego Zakkiyah, by się dowiedzieć o wisiorek z kryształem należący do Josephine. Ava stale o niego pyta, powiedziała. Czy mógłby go przywieźć do L.A.? Julian skłamał i oświadczył, że go zgubił. Z jakiegoś powodu jej głos brzmiał bardzo sceptycznie, gdy zapytała: Jesteś pewny? Nie leży przypadkiem w jakimś widocznym miejscu, na przykład na szafce przy łóżku?

Leżał.

– Proszę, Julianie. To pamiątka rodzinna.

Ale teraz należy do mnie.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć.

– Kto dzwonił? Z? – zapytał Ashton, podsłuchując.

– Tak. Zawraca mi głowę tym głupim kryształem.

– Tym, który leży na szafce?

– Właśnie tym.

Podczas świąt w Simi Valley jego rodzice, bracia, ich żony i dziewczyny, bratanice, bratankowie i Riley koniecznie chcieli się dowiedzieć, kiedy wrócą z Ashtonem do domu. Nie chcąc urazić matki ani budzić w niej nadziei, Julian uchylał się od odpowiedzi. To cały on: zawsze studził oczekiwania.

Powoływał się na etykę: nie mogą zerwać umowy najmu mieszkania. Powoływał się na rodzinę: ojciec Ashtona po problemach ze zdrowiem w końcu przeszedł na emeryturę i przekazał większość codziennych obowiązków synowi. Powoływał się na przyjaźń: ktoś musiał pomagać Ashtonowi sprawować rządy. Powodzenie Ashtona kolejny raz było uzależnione od Juliana.

– Ktoś musi go osłaniać – powiedział do matki.

– Jesteś pewny, że to ty mnie osłaniasz, Jules? – Ashton poparł go jednak. To prawda, nie byli jeszcze gotowi, by wyjechać z Anglii. – Bez niego nie potrafię się poruszać po Londynie – powiedział. – Pani syn jest szalony – zwrócił się do pani Cruz. – Riley może potwierdzić. Przypomina autystycznego sawanta. Jego psychotyczna wiedza na temat Londynu jest jednocześnie pobieżna i wstrząsająco dokładna. Nie ma pojęcia, jak wyglądają dzieła wystawiane w Tate, ale wie, o której godzinie otwierają i zamykają galerię. Zna godziny otwarcia i lokalizację niemal każdego przybytku w centrum miasta. Wie, gdzie znajdują się wszystkie puby i kościoły, które sklepy sąsiadują ze sobą. Choć nigdy nie jechał piętrowym autobusem, może podać numery i trasy wszystkich linii. Wie, jakie sztuki gra każdy teatr na West Endzie. Wie, gdzie i kiedy odbywają się stand-upy. Wie, gdzie są kluby dla dżentelmenów, choć zaklina się, że nigdy nie był w żadnym z nich, a patrząc na mnisi zarost na jego twarzy, jestem skłonny mu wierzyć. Nie potrafi powiedzieć, jak smakuje najlepszy waniliowy koktajl w Londynie, ale na pewno powie pani, gdzie trzeba się ustawić w kolejce, by go kupić. Chyba w Clapham.

– Wytłumacz się, Jules – zażądał Tristan.

– Bo nadal wszędzie chodzi piechotą, prawda? – spytała matka Juliana, potrząsając głową, jakby nagle pojęła coś o swoim czwartym z kolei synu (albo, jak lubił mówić Julian, „czwartym ulubionym”), coś, czego nie chciała dopuścić do siebie. – Jules, myślałam, że masz się lepiej?

– Bo tak jest, mamo.

– To dlaczego wciąż szukasz tej nieistniejącej kawiarni? Chyba nie dręczy cię nadal ten koszmar?

Ojciec ocalił Juliana przed koniecznością odpowiedzi.

– Synu, Ashton powiedział nam, że wróciłeś do boksowania – rzucił Brandon Cruz. – Powiedz, że to nieprawda. – Po blisko czterdziestu latach przepracowanych w kalifornijskim systemie edukacji Cruz senior przeszedł na emeryturę i teraz próbował ratować podupadający sklep Ashtona. – Matka bardzo się martwi. Czemu po latach wracasz do tych bzdur?

Kiedyś walka na ringu była całym życiem. Reszta była oczekiwaniem. To nie bzdury, tato, chciał powiedzieć Julian. To nie bzdury.

– Synu, mówię to z przykrością, ale ojciec ma rację. Nie powinieneś boksować, jesteś ślepy na jedno oko.

– Nie jestem ślepy, mamo. Jestem ślepy pod względem prawnym. A to różnica. – Rzucił im znużony uśmiech dręczonego człowieka.

– Mimo wszystko czemu znów boksujesz?

– On próbuje nad sobą pracować, proszę pani – wtrąciła Riley z czułą aprobatą, poklepując Juliana po plecach. – Wzmacnia wiarę w siebie, poprawia sprawność i buduje masę mięśniową. – Ścisnęła jego ramię. – Pragnie się odstresować i odnowić. Dba o zdrowie. Czuje się o wiele lepiej, naprawdę.

– Och, Ashton! – wykrzyknęła matka Juliana. – To nie jest łatwe, ale naprawdę cudownie sobie z nim radzisz. Riley ma rację, wygląda o wiele lepiej, z wyjątkiem tego zarostu. Dziękuję, że nad nim czuwasz. – Cała rodzina Juliana zasypała Ashtona czułością i pochwałami. Joanne posadziła go po swojej prawej stronie i podała mu półmisek z domowymi ciasteczkami z kardamonem. Ashton z radością przyjął ciasteczka, a altruistyczny uśmiech oznajmiał, że nie ma nic przeciwko takiemu wykorzystywaniu.

Julian bez słowa obserwował wszystkich przez kilka minut.

– Tristan, bracie, pytałeś wcześniej o podpowiedź dotyczącą życia w Londynie? – powiedział w końcu. – Mam coś dla ciebie. – Odstawił piwo i złożył dłonie. – Jeśli chcesz wystawić na widok publiczny głowę odciętą od ciała, musisz ją najpierw zakonserwować. Inaczej po kilku tygodniach zostanie goła czaszka. A przecież chcesz zachować rysy twarzy w chwili śmierci, wytrzeszczone oczy. Zanim więc głowa zacznie się rozkładać, gotujesz ją w woskowatej żywicy nazywanej pakiem. Wiesz, co to takiego pak, Trist? Nie? Można powiedzieć, że to rodzaj gumy, pozostałość po oddestylowaniu smoły pogazowej. Bardzo skuteczna. Potem możesz trzymać głowę na włóczni do upojenia, w każdej pogodzie, nawet londyńskiej. Chcesz spytać, jak długo przetrwa? Dobre sto lat. – Julian uśmiechnął się znacząco. – Ktoś powiedział o głowie Williama Wallace’a nabitej na włócznię przy Great Stone Gate na moście Londyńskim, że za życia nigdy nie wyglądał tak dobrze.

To Ashton, z ustami pełnymi ciasteczek, przerwał zdumione milczenie rodziny Cruz. Objął Juliana ramieniem, przełknął i powiedział:

– Jules próbuje powiedzieć, że nie jest jeszcze gotowy wrócić do radosnego życia w L.A.

– W dawnych czasach w Londynie wybijano walczącym niedźwiedziom zęby – rzucił Julian w odpowiedzi, wysuwając się spod ramienia Ashtona. – Chciano w ten sposób wyrównać siły i przedłużyć walkę, bo niedźwiedź, nawet bez zębów, rozrywał atakujące go psy na strzępy.

– Uspokój się, Jules. – Riley podała mu butelkę z wodą. – Uwierz mi, zakonserwowana głowa załatwiła sprawę.

– Człowiek to coś więcej niż geny i wychowanie – ciągnął Julian, odmawiając wody i biorąc do ręki piwo. – Człowiek to siła życiowa. Ale jest także sługą zmarłych. I jako taki stanowi narzędzie potężnej magii, gdyż zarówno życie, jak i śmierć to mistyczne siły. Kluczem jest żyć w równowadze pomiędzy nimi, by nabrać więcej mocy.

– Proszę się nie martwić – szepnęła Riley do załamanej Joanne Cruz. – On potrzebuje czasu.

Znaleźć się na południku, w jaskini, na rzece, to jest życie.

Reszta to tylko oczekiwanie.

*

W końcu nadeszły idy marcowe i dzień urodzin Juliana. A to oznaczało, że po roku treningów, boksowania i fechtowania doczekał się równonocy wiosennej.

– Szkoda, że nie mogę wziąć ze sobą pieniędzy – powiedział do Deviego kilka dni przed dwudziestym marca.

– A niby jak pieniądze miałyby ci pomóc?

– Gdybym miał je w 1603 roku, poprosiłbym ją, żeby za mnie wyszła wcześniej. Moglibyśmy wyjechać. – Byłoby inaczej. – Czułbym się lepiej, gdybym miał jakieś opcje.

– Opcje. – Devi potrząsnął czarną głową. Dopiero zaczynał siwieć. Najwyższy czas. Miał przecież ponad siedemdziesiąt lat. – Niektórzy nigdy nie są zadowoleni.

– Możesz odpowiedzieć na moje pytanie?

– Nie ma łatwego sposobu, by zrobić to, co chcesz.

– A trudny jest?

– Nie.

– Czemu nie mogę zabrać ze sobą pieniędzy?

– Z tysiąca powodów.

– Wymień dwa.

– Nie wiesz, dokąd trafisz – odparł Devi. – Chcesz zabrać wszystkie możliwe monety ze wszystkich krajów na świecie z każdego wieku?

Julian zamyślił się.

– A złoto? Diamenty?

– Chcesz zabrać ze sobą diamenty. – To nie było pytanie.

– Tak. Coś wartościowego.

– Nie możesz. I potraktuj to dosłownie. Gdzie wydobyto diament, o którym mówisz? W Rosji? Afryce Południowej? Czy obrabiały go ludzkie ręce? Czy potem te same ręce zapakowały go i wysłały do miejsca, w którym mogłeś go kupić? Czy zanim ty położyłeś na nim swoje łapy, był kupowany i sprzedawany kilkanaście, sto razy? Tysiąc serc pękło z powodu twojego diamentu. Mordowano, porzucano ciała, wykorzystywano je, zakopywano, wykopywano. Twój diament oblała krew chciwości, zazdrości, wściekłości i miłości. Gdzie chcesz skończyć, Julianie? Z nią czy bez niej?

*

Julian kupił solidny wodoszczelny plecak Peak Design, załadował do niego wszystkie rzeczy, których mógł potrzebować i które się zmieściły, i w końcu postanowił go nie zabierać. Choć „postanowił” nie jest właściwym słowem. Pokazał plecak Deviemu, który oświadczył, że Julian jest idiotą.

– Bardzo mi się podoba – rzucił Devi. – Co jest w środku?

– Woda, baterie, latarki, zwróć uwagę na liczbę mnogą, składany kijek, raki, batoniki energetyczne, apteczka, folia z mylaru, niezniszczalny zegarek Suunto, ocieplane wodoszczelne rękawice, trzy zapalniczki, sztylet ze stali damasceńskiej, linka spadochronowa, karabińczyki, haki i lampka czołówka.

– A łopata i gaśnica?

– To nie jest śmieszne.

– Okulary polarne?

– Po co mi okulary polarne?

– Skąd wiesz, że nie trafisz do jaskini lodowej? – Devi zawiesił głos. – Wieczna zmarzlina. Woda, która tworzy zamarznięte wodospady, lodowe kolumny, lodowe stalagmity. – Znów urwał. – Czasami sufit w jaskini to krystaliczny blok wypełniony śniegiem, skałami i gruzem.

– Chodzi ci o rzeczy, które zamarzają w lodowym suficie?

– Tak – odparł Devi z twarzą jak blok lodu. – Chodzi mi o rzeczy, które zamarzają w matowym lodzie grubym na sto dwadzieścia metrów. Które widzisz nad głową, ale nie możesz do nich dotrzeć. – Devi zadrżał. Zamrugał, jakby wyrwał się z transu. – To mi przypomina, że powinieneś też zabrać czekan.

– Bardzo śmieszne.

– Nie wspomniałeś o przyborach toaletowych, dzienniku, aparacie fotograficznym, szaliku i czapce z polaru. Czuję, że nie jesteś w pełni przygotowany.

– Mam już dość tych twoich kpin.

– Nie, nie, wszystko w porządku. Ruszaj. Kiedy nadejdzie południe i otworzy się błękitna szczelina, wrzuć do niej plecak. Bo będzie tam dość miejsca albo dla plecaka, albo dla ciebie. Ale skoro w plecaku jest wszystko, da sobie radę.

– Czemu nie mogę wrzucić plecaka, a potem sam wskoczyć?

– Nie wiem czemu. Ale o ile pamiętam, utknąłeś w szybie. Co się stanie, jeśli utknie plecak i nie będziesz się mógł do niego dostać?

– Czemu zawsze jesteś takim pesymistą? „Nie” jest twoją odpowiedzią na wszystko.

– Jestem jedyną osobą w twoim życiu, która powiedziała „tak” w najważniejszej sprawie – odparł Devi – a ty jęczysz, że nie powiedziałem „tak” na inne? Mówię „nie” plecakowi, Julianie. „Tak” wiecznemu życiu.

*

– Jeśli nie mogę wziąć plecaka, to czy mogę zabrać przyjaciela? – zapytał pokonany Julian. Przekonałby Ashtona, żeby z nim poszedł. Nie był gotowy, by rozstać się z nim na zawsze.

– Nie wiem. Czy on ją kocha?

– Nie, ale… – Julian zastanowił się. – Może będę jak Nightcrawler. Zabiorę ze sobą wszystko, czego dotknę.

– Twoja wiedza na temat komiksów nie robi na mnie wrażenia – odparł Devi. – Nie wiem, kim jest Nightcrawler. A jeśli wystarczy czasu tylko dla jednego z was? Ty zostaniesz tutaj, a twój przyjaciel utknie w Jaskini Rozpaczy bez ciebie?

– No to wskoczę pierwszy.

– I zostawisz go tutaj samego? Uroczo.

Czy właśnie nie zamierzał tego zrobić? Porzucić Ashtona bez słowa, bez pożegnania? Poczuł w sercu ucisk winy.

– Jaskinia Rozpaczy? Wydawało mi się, że Q’an Doh znaczy Jaskinia Nadziei?

– Rozpacz i nadzieja brzmią niemal tak samo w twoim języku, moim i każdym innym – wyjaśnił Devi. – Po francusku nadzieja to l’espoir, a rozpacz désespoir. Dosłownie oznacza to utratę nadziei. Po włosku nadzieja to speranza. A rozpacz disperazione. Po wietnamsku mamy hy vong i tuyet vong. Z nadzieją i bez nadziei. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jaki jest dziś twój, Julianie?

Julian przyznał, że dziś, tuż przed kolejnym skokiem w przeszłość, pomimo wyrzutów sumienia z powodu Ashtona, skłania się ku pierwszemu.

– Po angielsku nadzieja i rozpacz to dwa osobne słowa.

Devi spróbował domowego kimchi, wzruszył ramionami i dodał jeszcze trochę cukru i octu.

– Anglicy zapożyczyli słowo rozpacz od Francuzów, którzy z kolei wzięli je z łaciny, a po łacinie oznacza ono daleko od nadziei.

– A co z Rosjanami? O nich nie masz pojęcia, prawda?

– O co ci chodzi? – odparł spokojnie Devi. – Po rosyjsku rozpacz to otczajanije. A czaj to inne słowo określające nadzieję. Wszystko pochodzi z tego samego źródła, Julianie, mimo twojej wzgardy.

Julian obserwował plecy Deviego, gdy ten nadal przyprawiał pikantną kapustę. Bardzo polubił kimchi.

– To co tak naprawdę oznacza nazwa jaskini?

– Q’an Doh to Czerwona Wiara.

*

Julian chciał zabrać tyrolkę – linę, dwa haki i uprząż – na tyle wytrzymałą, by mogła utrzymać dorosłego mężczyznę.

Devi pięć minut jęczał z głową ukrytą w dłoniach, mamrocząc na zmianę „om” i „bożezmiłujsię”.

– Hak trzeba przerzucić nad przepaścią – powiedział w końcu. – Potrafisz go rzucić tak daleko i zaczepić po drugiej stronie o coś tak mocnego, że wytrzyma ciężar twoich dziewięćdziesięciu kilogramów?

– Wyluzuj, ważę siedemdziesiąt siedem. – Odzyskał trzynaście straconych z rozpaczy kilogramów.

– No dobra, waga lekkociężka – odparł Devi. – Obżeraj się dalej, zanim wsuniesz się w tę uprząż. Nie pokonasz jaskini. To będzie śmiertelna jazda.

– Nie wiesz wszystkiego – rzucił poirytowany Julian.

– Wolałem twoją zeszłoroczną wersję, kiedy byłeś jak dziecko we mgle, zdesperowany i niedouczony. Teraz nadal jesteś zdesperowany, ale niestety wiesz dość, by się zabić.

– W zeszłym roku zamarzałem i dzięki tobie byłem nieprzygotowany.

– No to weź ze sobą tyrolkę, skoro jesteś taki mądry – odparł Devi. – Po co mnie pytasz? Weź śpiwór. I łatwy do rozkładania namiot. Zalecam też miskę i sztućce. Mówiłeś, że w elżbietańskiej Anglii nie mieli widelców. Więc weź własny.

Przyglądali się sobie w milczeniu.

– Posłuchaj. – Devi odłożył tasak i kapustę. – Wiem, co robisz. W pewnym sensie to godne podziwu. Ale nie rozumiesz, że kiedy tam wrócisz, musisz odkryć na nowo, z czego cię zrobiono? Tak jak musisz na nowo odkryć ją. Nie wiesz, kim jest ani gdzie się znajduje. Nie wiesz, czy nadal będziesz jej pragnął. Nie wiesz, czy uwierzysz. Nie pomoże ci nic poza ślepym lotem wiary, zanim dotrzesz do księżycowej bramy. Jeśli przez nią przejdziesz, będziesz wiedział, że jesteś gotowy. Dzięki temu będziesz wiedział, że jesteś sługą nie tylko żywych i martwych, ale także samego siebie. Czy pomoże ci w tym skok o tyczce? Tyrolka? Czy połączenie karabińczyków, haków i lin przybliży cię do tego, czym musisz się stać?

Julian się przygarbił.

– Byłeś ze mną na sali gimnastycznej. Widziałeś, jak skaczę. Bardzo się staram, ale nie potrafię pokonać trzech metrów.

– A jednak – odparł Devi – kiedy nie zdawałeś sobie sprawy z własnych ograniczeń, udało ci się polecieć.

Ten drobny mężczyzna był taki irytujący.

Mimo to Julian posłuchał i spakował tylko lampkę czołówkę, zapasowe baterie, żarówki i trzy (słownie: trzy) wodoszczelne supermocne latarki. Oplótł miękki rzemyk wisiorka wokół zwiniętego czerwonego beretu. Teraz beret przypominał skórzany kołnierz ukryty na karku Juliana pod kucykiem. Kryształ zwisał na jego piersi. Nie musiał się już martwić, że zgubi którąś z cennych pamiątek.

– Masz dla mnie jakąś radę, mądry człowieku? – Była północ przed równonocą wiosenną.

– Pożegnałeś się z przyjacielem?

W ciele Juliana pojawiło się wyraźne napięcie.

– Nie. Ale spędziliśmy razem całą niedzielę. To był dobry dzień. Masz jego numer?

Kucharz pokręcił głową.

– Jak zwykle martwisz się o niewłaściwe rzeczy.

Nieprzenikniona zwykle twarz Deviego zdradzała, że kucharz z czymś się zmaga.

– Odliczaj dni – powiedział.

– Co to znaczy?

– Dlaczego zawsze każesz mi powtarzać najprostsze rzeczy? Dwa słowa, a mimo to niejasne. Odliczaj dni, Julianie.

– Po co?

– Chciałeś rady? To ją masz. Skorzystaj albo daj sobie spokój.

– Czemu?

– Ależ ty wszystko odwlekasz. Idź się prześpij.

Julian rzeczywiście wszystko odwlekał. Pamiętał, jak to jest znaleźć się samemu w jaskini.

– Idź złowić tego tygrysa, Wart – powiedział Devi szorstkim, lecz pełnym czułości głosem. – W pierwszej części swojej przygody musiałeś się przekonać, czy potrafisz wyciągnąć miecz z kamienia. Okazało się, że tak. W drugiej części, przy odrobinie szczęścia znów spotkasz swoją królową światła i ciemności. I poznasz też znaczenie długoletniej przyjaźni ze swoim rycerzem spod ciemnej gwiazdy.

– A w ostatnim akcie?

– W ostatnim akcie może odkryjesz, jaką masz moc, a jakiej nie masz. A to cenna lekcja. Kiedy człowiek zrobi coś, co uznaje za niemożliwe, pamięta o swoich ograniczeniach.

– Kto przy zdrowych zmysłach chciałby zrobić coś takiego – mruknął Julian. – Mam nadzieję, że masz rację, a Gertrude Stein się myli.

– Stara, dowcipna Gertrude – odparł kucharz. – No dobra, mów. Co powiedziała?

– Że nie ma odpowiedzi. Nie będzie. I nigdy nie było. To właśnie jest odpowiedź.

– Czy liczę na zbyt wiele – powiedział Devi – czekając, że pewnego dnia nauczysz się zadawać lepsze pytania? Nie zadałeś ani jednego przyzwoitego od czasu, gdy zapytałeś moją matkę: „Po czym można rozpoznać Boga?”.

– Nauczę się – rzucił Julian – kiedy ty i twoja matka nauczycie się udzielać lepszych odpowiedzi. – Niemowlę owinięte w pieluszki, też coś!

2   Tlen dla Juliana

Trafił do innego szybu, do innej jaskini, do innego życia.

Nad południkiem zerowym w Królewskim Obserwatorium w Greenwich zawisło południe, promień słońca uderzył w kryształ na dłoni Juliana, wybuchł kalejdoskop barw, raz jeszcze otworzyła się błękitna otchłań. Tym razem Julian nie utknął. Zsunął się gładko, dosłownie przeleciał przez powietrze. Mógł wziąć ze sobą większy plecak, Ashtona, Deviego, Sweeneya, samolot. Przyszło mu do głowy, że jeśli nie przestanie spadać, rozbije się o ziemię. Zanim zdążył się nad tym zastanowić, wpadł do ciepłej wody.

Zupełnie jakby osunął się w przerażenie.

Jego buty nie dotknęły dna. W panice wydostał się przez hebanową wodę na powierzchnię i poszukał w kieszeni lampki czołówki. Kiedy ją włączył, poczuł się lepiej, a jeszcze lepiej, gdy włożył ją na głowę. Skalisty brzeg znajdował się tuż obok od niego. Podpłynął, podciągnął się i wydostał z wody. Początkowo zaniepokojony jej ciepłem – w jaskini! – teraz poczuł wdzięczność. Co by począł, gdyby była lodowata? Jak długo pasażerowie „Titanica” przetrwali w północnym Atlantyku?

Trudno uznać jakiekolwiek obuwie za wodoszczelne, gdy wszystko ocieka wodą: skafander z neoprenu, buty, kurtka i spodnie, dwie koszule. Otarł twarz i poświecił lampką wokół jaskini. Był to podziemny świat zupełnie inny od tego, do którego trafił podczas pierwszej wyprawy rok wcześniej. Znajdował się na skraju czarnej zatoczki na dnie górskiego wąwozu. Wokół niego strzelały w górę setki ostrych skał. Po dwóch stronach zatoczki wznosiły się pionowe ściany z nienadającego się do wspinaczki wapienia. Jednak na brzegu, na którym stał, i naprzeciwko niego zbocza były łagodniejsze, a ściany, choć skaliste i nierówne, wyglądały na możliwe do zdobycia. Dobrze, że zabrał raki. Przymocował je do butów ostrożnie, by nie skaleczyć się o ostre kolce. Zazgrzytały o skałę, gdy zrobił kilka kroków, by się przyzwyczaić. Zupełnie jakby balansował na drucie ostrzowym Poppy W.

Czując się ociężale i niezgrabnie, Julian wykręcił kurtkę, otrzepał się jak pies i sprawdził sprzęt przed rozpoczęciem wspinaczki w poszukiwaniu księżycowej bramy. Baterie, zapasowe latarki, jej kamień na piersi, beret owinięty rzemykiem na karku, zegarek Suunto – imponujący komputer na rękę z barometrem, wysokościomierzem i monitorem pracy serca. Dumny z tego nowego gadżetu Julian włączył zegarek, by sprawdzić temperaturę w jaskini i współrzędne GPS. Jak głęboko poniżej poziomu morza się znajduje? W jakim kierunku się zwraca?

Niezniszczalny, precyzyjny czasomierz pokazał dwunastą, współrzędne południka zerowego i kierunek północny. Innymi słowy dokładne położenie teleskopu Transit Circle w chwili, gdy słońce padło na kryształ. To by było na tyle za czterysta funtów.

Poruszając się na czworakach, Julian pokonał zbocze do najwyższego punktu dna jaskini i stanął w miejscu, gdzie łączyło się ono ze ścianą z wapienia. Szukając dłońmi księżycowej bramy, chodził tam i z powrotem wzdłuż ściany, ale nie znalazł żadnego otworu. Przynajmniej z tej strony komora była hermetycznie zamknięta.

Wiedział, że musi istnieć jakieś wyjście, bo inaczej nie byłoby rzeki ani Josephine. W oddali słyszał też szum wody. Wrócił do zatoczki i poświecił supertrwałą, niezniszczalną latarką w górę i w dół ścian jaskini. W końcu coś zauważył. Po drugiej stronie zatoczki, jakby ukryta przed przypadkowym spojrzeniem, woda wyciekała z idealnie okrągłego otworu w skale i spływała w dół.

Na drugi brzeg można się było dostać, tylko przepływając zatoczkę. Julian poczuł coś na kształt ulgi. Nie musi już skakać w dal przez kanion. Kiedy wpadł do wody pierwszy raz, po prostu popłynął na niewłaściwy brzeg, to wszystko. Szkoda, ale teraz popłynie tam, gdzie trzeba.

Zawahał się na chwilę, zanim wskoczył do wody. Czy zatoczka jest tunelem czasoprzestrzennym, skrótem pomiędzy dwoma punktami w nieskończonym czasie i nieskończonej przestrzeni? Nie wiedział. I nie wydawało mu się, by tak było. Odległość nie była duża, jakieś dziewięć, dwanaście metrów. I woda była ciepła. Dobrze pływał. Zajął siódme miejsce w londyńskim triatlonie. Riley była z niego taka dumna. Zgoda, nie zapisał się do najwyższej grupy, ale i tak musiał przepłynąć półtora kilometra, a nie nędzne kilkanaście metrów. Pewny siebie wskoczył do wody, jakby usłyszał wystrzał startera. Płynął metodycznie, spokojnie, zbytnio się nie forsując. Lampka czołówka oświetlała tylko niewielki obszar czarnej wody tuż przed nim. Nie widział drugiego brzegu. Nieważne. Jeszcze minuta, najwyżej dwie i się tam znajdzie. Cieszył się, że posłuchał Deviego i zabrał tylko minimum sprzętu. Dwadzieścia trzy kilo więcej byłoby niepotrzebnym obciążeniem.

Julian płynął, płynął, płynął i płynął. Wydawało mu się, że pokonał więcej niż dwanaście metrów. Pewnie się pogubił, stracił orientację. Wszystko wyglądało tak prosto – płynąć do przodu – ale z jakiegoś powodu nie zawiodło go to na drugi brzeg, a lampka z krótkim zasięgiem zapewniała irytująco niewielkie wsparcie.

Płynął, płynął, płynął i płynął. Nad nim wznosiły się skały, złowieszcze i przytłaczające jak kamienni Tytani. Jak mógł je widzieć, choć znajdowały się tak wysoko, a nie widział drugiego brzegu niewielkiej zatoczki?

Zaczął odczuwać zmęczenie, płynęło mu się coraz trudniej. Kiedy poczuł, że robi się coraz cięższy, wpadł w panikę.

A gdy wpadł w panikę, zaczął tonąć.

Buty, kurtka, rękawice, latarki – wszystko przypominało kotwice przymocowane do jego ciała. Woda była ciepła, ale co z tego? Czuł, że powoli wciąga go ciepły odpływ.

Pływa w miejscu czy porusza się do przodu? Obrócił się, ale nie dojrzał miejsca, z którego wyruszył, ani brzegu, do którego zmierzał. Znalazł się pośrodku niczego. Przestał płynąć, wstrzymał oddech i nasłuchiwał wody spływającej po skałach. Nie usłyszał żadnego dźwięku z wyjątkiem własnego sapania.

Nie wiedział, co robić.

Nie miał odwrotu. Jedynym wyjściem było przepłynąć zatoczkę.

Wrócił do stylu klasycznego, ale w zwolnionym tempie. Ciało mu ciążyło, jakby do stóp miał przywiązane bloki z cementu. Odmawiało współpracy i nie chciało utrzymać się na powierzchni. Próbował się odwrócić na plecy, by odpocząć, ale nadal tonął. Kiedy przestawał machać rękami, tonął. Tonął nawet wtedy, gdy płynął do przodu. Z wielkim trudem utrzymywał głowę nad powierzchnią.

Odrzucił wodoszczelne rękawice, zapasowe latarki, baterie, karabińczyki, haki, niedziałający zegarek Suunto za czterysta funtów. Zrzucił kurtkę, rozpiął i strząsnął buty z rakami. Rozpiął i zdjął spodnie bojówki. Zrzucił z siebie wszystko z wyjątkiem lampki czołówki i cienkiej latarki Maglite, która mieściła się w kieszonce na piersi skafandra.

Mimo to tonął dalej. Strach był o wiele cięższy niż dwadzieścia trzy kilogramy sprzętu.

Głowa zanurzyła mu się pod wodę. Wrócił na powierzchnię, otworzył usta, próbował płynąć. Nadal tonął. Utrzymywał się na powierzchni z coraz większym wysiłkiem. Oddech stał się urywany, czas pod wodą się wydłużał. W panice i desperacji, chwytając rozpaczliwie powietrze, opuścił brodę na pierś i rzucił się głową do przodu.

Lampka na czole uderzyła w coś twardego i nieruchomego. Skała! Lampka pękła, zsunęła mu się z głowy i zniknęła w głębinie. Julian chwycił się brzegu skały, chwilę ciężko dyszał i wreszcie wydostał się z wody.

Przez długi czas leżał w ciemności, próbując odzyskać oddech. Gdyby lampka na czole nie złagodziła uderzenia, rozbiłby sobie czaszkę. Musiał płynąć dość szybko, choć wydawało mu się, że jest inaczej. Bo przyjął niezły cios. Co za parszywe oszustwo nie móc ufać własnym zmysłom.

Cztery źródła światła nie wystarczyły. Podobnie jak nowe buty, haki, raki, nowa kurtka i spodnie. Zapasowe baterie, żarówki, rękawice, wszystko znalazło się na dnie. Po drobiazgowych przygotowaniach, by ukazać się swojej kobiecie jako nowy, lepszy mężczyzna, wrócił na dawny kurs: wspinał się po stromym, nierównym terenie boso i bez ubrania, trzymając małą tanią latarkę w szczękających zębach.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.