Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 606 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Królestwo - Emmanuel Carrère

Książka roku we Francji według dziennika „Le Monde”. Ponad 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy!

Porywające dzieło o początkach chrześcijaństwa, religijnej ekstazie i utracie wiary.

Emmanuel Carrere, ceniony francuski pisarz i reżyser filmowy, dwadzieścia lat temu przeżył religijne uniesienie – zaczął codziennie chodzić do kościoła i przyjmować eucharystię. Każdą wolną chwilę spędzał nad lekturą Pisma Świętego i dzieł ojców Kościoła, filozofów i wybitnych teologów. Wszystkie swoje myśli skrupulatnie zapisywał. Jednak pewnego dnia wiara odeszła. Równie niespodziewanie, jak się pojawiła.

Carrere po latach powraca do tych doświadczeń i pisze Królestwo. Stara się – już z pewnej perspektywy i jako sceptyk – zrozumieć, co w istocie przeżył. Spłynęła na niego łaska boska, a może padł ofiarą zbiorowej hipnozy? Opierając się na prywatnych zapiskach, odtwarza czas, gdy wierzył wiarą krystalicznie czystą.  Nie poprzestaje jednak na opisaniu swoich przeżyć. Wątki autobiograficzne na oczach czytelnika zaczyna przeplatać licznymi dygresjami na temat sztuki,  przeczytanych książek, obejrzanych filmów, a przede wszystkim refleksjami na temat Pisma Świętego. Carrere z właściwą sobie lekkością, ale i uzbrojony w gruntowną wiedzę z różnych dziedzin, pochyla się nad Dziejami i Listami Apostolskimi i w porywający sposób odmalowuje epokę, w której rodziło się chrześcijaństwo. Opowieść autobiograficzna przeradza się tym samym w pasjonującą powieść o uczniach Jezusa i początkach nowej religii. Na pierwszy plan wysuwają się apostoł Paweł i ewangelista Łukasz. Wędrujemy razem z nimi od Troady, gdzie po raz pierwszy się spotkali, poprzez Jerozolimę, aż do Rzymu. Przyglądamy się zakładaniu kolejnych lokalnych kościołów, a w końcu prześladowaniu chrześcijan za rządów Nerona.

Jak było naprawdę? W jaki sposób niewielka grupka wyznawców Jezusa powołała do życia jedną z najważniejszych instytucji w historii ludzkości? Czy między ewangelistami istniała rywalizacja?

Szczera autobiografia, powieść dygresyjna, a może współczesny traktat teologiczny? Królestwo Carrere’a to epickie dzieło, które wymyka się wszelkim  klasyfikacjom. Zachwyca i nie daje o sobie zapomnieć.

Wybitna książka – dla tych, którzy wierzą, bo dzięki niej pogłębią swoją wiedzę na temat narodzin chrześcijaństwa, i dla tych, którzy podobnie jak Carrere wciąż szukają swojego Królestwa.

Opinie o ebooku Królestwo - Emmanuel Carrère

Fragment ebooka Królestwo - Emmanuel Carrère

Le Royaume © P.O.L Editeur, 2014 © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016 TYTUŁ ORYGINAŁU: "Le Royaume" KONSULTACJA NAUKOWA: dr Przemysław Piekarski PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marek Pawłowski REDAKTOR PROWADZĄCY: Jolanta Korkuć REDAKCJA: Paweł Ciemniewski KOREKTA: Anita Kasperek, Ewa Kochanowicz, Małgorzata WójcikWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05832-9 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

PROLOG

(Paryż, 2011)

1

Tamtej wiosny współtworzyłem scenariusz do serialu telewizyjnego. Oto jego treść: pewnej nocy do małego górskiego miasteczka powracają zmarli. Nie wiadomo, dlaczego właśnie ci zmarli, a nie inni. Przybysze nie zdają sobie sprawy, że nie żyją. Odczytują to w przerażonych spojrzeniach tych, których kochają, którzy ich kochali, przy których chcieliby odzyskać swoje miejsce. To nie są zombi, to nie są duchy, to nie są wampiry. I nie jest to film fantasy, lecz rzeczywistość. Na serio zadajemy sobie pytanie: co by się stało, gdyby coś tak niewiarygodnego n a p r a w d ę się wydarzyło? Powiedzmy, że wchodzicie do kuchni i zastajecie tam swoją zmarłą przed trzema laty nastoletnią córkę, przygotowującą sobie miseczkę płatków zbożowych i obawiającą się, że dostanie burę, bo wróciła późno, a nie przypomina sobie wcale, co się działo minionej nocy. Jak byście zareagowali? Konkretnie: jakie byście wykonali gesty? Jakie słowa wypowiedzielibyście?

Od dawna nie tworzę fikcji, ale potrafię rozpoznać chwytliwy pomysł na fabułę. Ten był bez wątpienia najlepszy, jaki ktokolwiek podsunął mi w mojej karierze scenarzysty. Przez cztery miesiące dzień w dzień, od rana do wieczora, współpracowałem z realizatorem Fabrice’em Gobertem, przejawiając entuzjazm, często połączony ze zdziwieniem, dla sytuacji, które inscenizowaliśmy, uczuć, którymi manipulowaliśmy. Ale w pewnym momencie popsuły się moje stosunki z naszymi sponsorami. Jestem prawie o dwadzieścia lat starszy od Fabrice’a i gorzej niż on znosiłem konieczność nieustannego spowiadania się młodzianom z trzydniowym zarostem, którzy z powodzeniem mogliby być moimi synami, i którzy z grymasem zblazowania na twarzach komentowali to, co napisaliśmy. Ogromnie nas kusiło, żeby im wypalić: „Jeśli tak dobrze wiecie, co trzeba zrobić, zróbcie to sami”. W końcu nie wytrzymałem. Pomimo rozsądnych rad Hélène, mojej żony, i François, mojego agenta, zabrakło mi pokory i trzasnąłem drzwiami w połowie pierwszego sezonu.

Swojego czynu pożałowałem dopiero po paru miesiącach, dokładnie podczas kolacji, na którą zaprosiłem Fabrice’a razem z głównym operatorem Patrickiem Blossierem, który kręcił zdjęcia do mojego filmu Wąsy. Byłem pewien, że świetnie się sprawdzi przy Les Revenants1, pewien, że Fabrice i on doskonale się porozumieją, i tak się właśnie stało. Ale słuchając ich tego wieczoru przy stole w kuchni, jak rozmawiają o wykluwającym się serialu, o tych historiach, które obaj wymyślaliśmy w moim gabinecie, a do których teraz już wybierano dekoracje, aktorów, techników, czułem niemal fizycznie, że zostaje wprawiona w ruch potężna i podniecająca machina, jaką jest kręcenie filmu, i powtarzałem sobie, że też mógłbym uczestniczyć w tej przygodzie, że to z własnej winy obejdę się smakiem. Nagle posmutniałem, pewnie tak bardzo jak niejaki Pete Best, który był przez dwa lata perkusistą mało znanej kapeli z Liverpoolu, zwanej The Beatles. Best odszedł z zespołu tuż przed podpisaniem pierwszego kontraktu nagraniowego i musiał przez całe życie, jak sobie wyobrażam, gorzko tego żałować. (Les Revenants odniosły globalny sukces, a w chwili, gdy piszę te słowa, właśnie otrzymały International Emmy Award, nagrodę za najlepszy serial na świecie).

Podczas tej kolacji za dużo wypiłem. Doświadczenie nauczyło mnie, że lepiej nie rozwodzić się o tym, co się pisze, dopóki się tego nie ukończy, a zwłaszcza gdy się jest na cyku, egzaltowane zwierzenia zawsze przypłaca się tygodniowym zniechęceniem. Ale tego wieczoru — niewątpliwie, by ukryć swoje rozczarowanie, pokazać, że ja też robię coś interesującego — wspomniałem Fabrice’owi i Patrickowi o książce na temat pierwszych chrześcijan, nad którą pracowałem już od kilku lat. Odłożyłem ją na bok, gdy zajmowałem się Les Revenants, a teraz znów się do niej zaprzągłem. Opowiedziałem im o niej w taki sposób, jak się opowiada o serialu.

Akcja się toczy w Koryncie, w Grecji, około pierwszego roku po Chrystusie — choć nikt, oczywiście, wtedy się nie domyśla, że żyje „po Chrystusie”. Na początku widzimy, jak do miasta przybywa wędrowny kaznodzieja, który otwiera skromny warsztat tkacki. Nie odrywając się od krosien, ten, którego będzie się później nazywać świętym Pawłem, tka swoje płótno, rozciągając je niczym pajęczynę nad całym miastem. Łysy, brodaty, cierpiący na gwałtowne ataki jakiejś tajemniczej choroby, snuje cichym i przymilnym głosem opowieść o proroku ukrzyżowanym dwadzieścia lat wcześniej w Judei. Mówi, że ten prorok został wskrzeszony z martwych, a jego powrót do życia jest zapowiedzią czegoś niesamowitego: przemiany ludzkości, zarazem radykalnej i niewidocznej. Bakcyl się rozprzestrzenia. Wkrótce wyznawcy tej dziwnej wiary, szerzonej przez Pawła wśród najuboższej ludności Koryntu, sami siebie zaczynają uważać za odmieńców: ukrywają się pod maską przyjaciół, sąsiadów, są nie do wytropienia.

Fabrice’owi błyszczą oczy: „Tak, jak to opowiadasz, to istny Dick!”. Pisarz science fiction Philip K. Dick był dla nas wzorem podczas pracy nad scenariuszem; czuję, że przykułem uwagę swoich słuchaczy, więc podbijam bębenka: tak, istny Dick, a historia o początkach chrześcijaństwa zupełnie przypomina Les Revenants. Mój serial opowiada właśnie o ostatnich dniach, jakie w swoim mniemaniu przeżywali zwolennicy Pawła — dniach, gdy zmarli powstaną z grobów i odbędzie się sąd nad światem. Pod wpływem tego zaskakującego wydarzenia, jakim jest zmartwychwstanie, tworzy się wspólnota pariasów i wybrańców. To historia czegoś niemożliwego, co jednak nastąpiło. Podniecam się, wychylam kolejne kieliszki, namawiam do picia swoich gości, a wtedy Patrick mówi coś w gruncie rzeczy banalnego, co jednak mnie zdumiewa, czuję bowiem, że wpadł na to niespodziewanie; wcześniej o tym nie pomyślał, ba, sam był tą myślą zdziwiony.

„To jednak zaskakujące — mówi — gdy pomyślisz, że normalni, inteligentni ludzie mogli uwierzyć w coś tak niedorzecznego jak religia chrześcijańska, w coś, co zupełnie przypomina mitologię grecką lub baśnie. W dawnych czasach, zgoda: ludzie byli bardziej łatwowierni, nauka nie istniała. Ale dziś?! Facet wierzący w opowieści o bogach, którzy zamieniają się w łabędzie, aby uwodzić zwykłe śmiertelnice, albo o księżniczkach, które całują ropuchy, a wtedy te przekształcają się w urodziwych książąt, to wariat — wszyscy by tak powiedzieli. Tymczasem mnóstwo ludzi wierzy w historię równie obłędną, i wcale nie uchodzą za wariatów. Nawet nie podzielając ich wiary, traktuje się ich poważnie. Pełnią jakąś rolę społeczną, mniej doniosłą niż w przeszłości, ale zasługującą na szacunek i w sumie raczej pozytywną. Ich urojenia nie kłócą się z całkiem sensownymi zajęciami. Prezydenci składają im wizyty, wyrażając uznanie. Dziwne, prawda?”.

Les Revenants (Zjawy) — serial w reżyserii Fabrice’a Goberta, wyświetlany we Francji i w Belgii od 26 listopada 2012 roku na Canal+ i Be TV. Powstała także wersja amerykańska (przyp. tłum.). [wróć]

2

Tak, to dziwne. Nietzsche, którego parę stroniczek codziennie czytam przy kawie, odprowadziwszy Jeanne do przedszkola, w takich oto słowach wyraża to samo zdumienie co Patrick Blossier:

„Kiedy w niedzielny poranek słuchamy, jak mruczą stare dzwony, pytamy siebie: czyż to możliwe? Robi się to na cześć Żyda, ukrzyżowanego dwa tysiące lat temu, który mówił, że jest Synem Bożym. Na takie twierdzenie nie ma dowodu (…). Bóg, który ze śmiertelną kobietą dzieci płodzi; mędrzec, wzywający do porzucenia pracy, do zaniechania sądów, lecz do zważania tylko na znaki zbliżającego się końca świata; sprawiedliwość, przyjmująca niewinnego jako ofiarę zastępczą; kto, co — każe swoim uczniom pić krew swoją; modły o zsyłanie cudów; grzechy przeciw Bogu przez Boga odkupione; obawa świata pozagrobowego, do którego śmierć jest wrotami; krzyż jako symbol w czasach, kiedy się już nie zna ani jego przeznaczenia, ani hańby krzyża — jakim dreszczem wieje na nas to wszystko, jakby z grobu prastarej przeszłości! Czyż można wierzyć, że wierzy się jeszcze w coś podobnego?”1.

A jednak się w to wierzy. Wielu ludzi w to wierzy. Gdy idą do kościoła, recytują Credo, którego każde zdanie urąga zdrowemu rozsądkowi, i recytują je po francusku, który to język w założeniu rozumieją. Gdy byłem mały, ojciec zabierał mnie na niedzielną mszę i żałował, że już nie celebruje się jej po łacinie, bo fascynowała go przeszłość. Poza tym przypominam sobie, jak mówił: „Słuchając tych modłów po łacinie, ludzie nie zdawali sobie sprawy, że są takie głupie”. Możemy się pocieszyć, mówiąc sobie: przecież oni w to nie wierzą. Nie wierzą bardziej niż w świętego Mikołaja. Ta tradycja wchodzi w skład dziedzictwa i jest jednym z pięknych, odwiecznych obyczajów, do których ludzie są przywiązani. Zachowując je, podkreślają napełniającą nas dumą więź z duchem, który zainspirował budowę katedr czy muzykę Bacha. Klepią te swoje formułki, tak jak my, nowocześni postępowcy, którym kurs jogi w niedzielę rano zastąpił mszę, szepczemy mantry, naśladując swojego mistrza, nim przejdziemy do praktyki. I mamrocząc mantrę, wyrażamy pragnienie, by ludzie żyli w pokoju lub by w odpowiedniej porze spadł deszcz, co niewątpliwie należy do pobożnych życzeń, lecz nie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Na tym polega zasadnicza różnica między buddyzmem a chrystianizmem.

Mimo wszystko wśród wiernych, oprócz tych, którzy dają się oczarować muzyce, nie przejmując się słowami, na pewno są i tacy, którzy je głęboko przemyśleli i wypowiadają z przekonaniem, ze znajomością rzeczy. Jeśli ich zapytać, odpowiedzą, że wierzą n a p r a w d ę. Wierzą, że pewien Żyd dwa tysiące lat temu narodził się z dziewicy, zmartwychwstał trzy dni po ukrzyżowaniu i wróci, by osądzić żywych i zmarłych. Przyznają, że uważają te wydarzenia za najważniejsze w swoim życiu.

Tak, istotnie to dziwne.

Fryderyk Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, przeł. Konrad Drzewiecki, Warszawa 1908, s. 132 i 133. [wróć]

3

Jeśli poruszam jakiś temat, lubię nadać mu konkretne ramy. Kiedy zacząłem pisać o pierwszych wspólnotach chrześcijańskich, wpadłem na pomysł, aby jednocześnie zrobić reportaż o tym, co się stało z ich wierzeniami dwa tysiące lat później. W tym celu postanowiłem się zapisać na jeden z rejsów „śladami świętego Pawła”, jakie organizują agencje wyspecjalizowane w turystyce religijnej.

O czymś takim, podobnie jak o wycieczce do Lourdes, marzyli nieżyjący już rodzice mojej pierwszej żony. Tamtejsze sanktuarium ostatecznie odwiedzili parę razy, ale rejs szlakiem świętego Pawła pozostał w sferze marzeń. Słyszałem, że ich dzieci w pewnym momencie zamierzały się złożyć, aby mojej — wtedy świeżo owdowiałej — teściowej zafundować tę podróż. Byłaby tym gestem zachwycona, gdyby mogła popłynąć wraz z mężem. Kiedy jednak go zabrakło, straciła chęć na wyprawę; po niezbyt natarczywych naleganiach rodzina odpuściła.

Jeśli o mnie chodzi, to oczywiście nie mam takich upodobań jak moi eksteściowie. Z rozbawieniem i zgrozą wyobrażałem sobie trwające pół dnia postoje w Koryncie lub Efezie, grupę pielgrzymów podążających za przewodnikiem, młodego księdza wymachującego chorągiewką i czarującego swoje owieczki poczuciem humoru. To jak zauważyłem powracający temat w katolickich domach: księżowskie dowcipy i ich poczucie humoru… Na samą myśl o tym ciarki mi chodzą po plecach. Miałem znikome szanse, by w takim otoczeniu trafić na jakąś ładną dziewczynę — a nawet gdyby się to udało, zastanawiałem się, jakie zrobiłaby na mnie wrażenie, skoro zapisała się z własnej nieprzymuszonej woli na katolicki rejs. Czy byłem na tyle zboczony, by uznać to za seksowne? Od razu sprostuję: nie miałem zamiaru nikogo podrywać. Chciałem jedynie potraktować uczestników rejsu jako reprezentatywną grupkę gorliwych chrześcijan i przez dziesięć dni systematycznie wypytywać ich o różne sprawy. Czy należało przeprowadzić tego rodzaju ankietę incognito, udając, że podzielam ich wiarę, jak to czynią choćby dziennikarze, którzy próbują przeniknąć do środowisk neonazistowskich, czy też grać w otwarte karty? Długo się nie wahałem. Pierwsza metoda mi się nie podoba, a druga, moim zdaniem, zawsze daje lepsze rezultaty. Powiem im najszczerszą prawdę: że jestem pisarzem agnostykiem, który próbuje się dowiedzieć, w co w ł a ś c i w i e wierzą dzisiejsi chrześcijanie. Jeśli będą mieli ochotę ze mną o tym porozmawiać, będę szczęśliwy, jeśli nie, przestanę się naprzykrzać.

Znam siebie, wiem, że wszystko potoczyłoby się gładko. Z biegiem dni, podczas rozmów przy posiłkach w końcu uznałbym tych ludzi, właściwie całkiem mi obcych, za ujmujących, nawet wzruszających. Wyobrażałem sobie, jak siedzę przy stole wśród katolickich biesiadników i uprzejmie przypieram ich do muru, na przykład zdanie po zdaniu przytaczając Credo. „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, stworzyciela nieba i ziemi”. Wierzycie w niego, ale jak go sobie przedstawiacie? Jako brodacza na chmurce? Jako siłę wyższą? Jako istotę, w porównaniu z którą bylibyśmy tym, czym mrówki są dla nas? Jako jezioro albo płomień w głębi naszego serca? A jak Jezusa Chrystusa, jego jedynego syna, „który powróci w chwale sądzić żywych i umarłych, a panowaniu Jego nie będzie końca”? Opowiedzcie mi o tej chwale, o tym sądzie, o tym panowaniu. Przechodząc od razu do sedna sprawy: sądzicie, że on n a p r a w d ę został wskrzeszony z martwych?

To był Rok św. Pawła: duchowieństwo na pokładzie statku będzie miało pole do popisu. Wśród zapowiedzianych prelegentów figurował Jego Ekscelencja Vingt-Trois, arcybiskup Paryża. Pielgrzymi byli liczni, przybyło wiele par, a osoby samotne przeważnie godziły się dzielić kabinę z kimś nieznajomym tej samej płci — na co ja nie miałem najmniejszej chęci. Jeśli ktoś preferował kabinę pojedynczą, rejs kosztował niezłą sumkę: bez mała 2000 euro. Uiściłem połowę z prawie półrocznym wyprzedzeniem. Zostało już niewiele miejsc.

Gdy zbliżał się termin zapłaty drugiej połowy, zacząłem się niepokoić. Denerwowałem się, że domownicy zobaczą w stosie poczty leżącej na szafce przy wejściu kopertę z nadrukiem agencji organizującej rejsy śladami świętego Pawła. Hélène, która od dawna się domyślała, że jestem, jak powiedziała, „trochę katolem”, podchodziła do tego projektu z mieszanymi uczuciami. Nikomu o nim nie mówiłem. W gruncie rzeczy trochę się tego wstydziłem.

Wstydziłem się podejrzenia, że wybieram się na tę przejażdżkę, zamierzając sobie podkpiwać z wiernych. Że powoduje mną pobłażliwa ciekawość, która daje impuls do reportaży telewizyjnych pokazujących rzuty karłem, terapeutów dla świnek morskich lub zawody sobowtórów Siostry Uśmiech, tej nieszczęsnej belgijskiej zakonnicy z gitarą i kitkami, która śpiewała Dominique nique nique, a po krótkiej karierze popadła w alkoholizm i narkomanię. Gdy miałem dwadzieścia lat, trochę chałturzyłem dla pewnego tygodnika, który chciał uchodzić za trendy i prowokacyjny i w swoim pierwszym numerze zamieścił ankietę zatytułowaną „Konfesjonały na cenzurowanym”. Przebrany za wiernego, to znaczy w wyjątkowo nietwarzowym stroju, dziennikarz usiłował usidlić księży w różnych paryskich parafiach, wyznając coraz wymyślniejsze grzechy. Opowiadał o tym rozbawionym tonem, zakładającym oczywiście, że on cieszy się sto razy większą wolnością i jest sto razy bardziej inteligentny niż nieszczęśni kapłani i ich wierni. Nawet w owym czasie uważałem, że to debilne, szokujące — tym bardziej debilne i szokujące, że gdyby ów typ pozwolił sobie na coś podobnego w synagodze lub w meczecie, natychmiast wywołałby we wszystkich formacjach ideologicznych falę gwałtownych protestów. Wydaje się, że chrześcijanie są jedynymi ludźmi, z których mamy prawo bezkarnie się nabijać, zjednując sobie poklask prześmiewców. Zacząłem więc myśleć, że pomimo zapewnień o dobrych intencjach mój projekt safari u katoli jest trochę w tym guście.

Jeszcze był czas skreślić się z listy i nawet odzyskać zaliczkę, ale nie potrafiłem podjąć tej decyzji. Kiedy nadeszło wezwanie do zapłacenia drugiej połowy, wrzuciłem je do kosza. Następne ponaglenia zignorowałem. W końcu zatelefonowała do mnie agencja, a ja odpowiedziałem, że nie, coś mi stanęło na przeszkodzie i nie pojadę. Pani z agencji grzecznie zauważyła, że powinienem był zawiadomić o tym wcześniej, bo miesiąc przed wyjazdem nikt już nie zabukuje mojej kabiny, więc nawet gdybym zrezygnował, muszę zapłacić całą sumę. Zdenerwowałem się, powiedziałem, że ta połowa to i tak za dużo za rejs, którego nie odbędę. Powołała się na umowę, która nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Odłożyłem słuchawkę. Postanowiłem przeczekać kilka dni. Chyba musiała istnieć lista rezerwowa i jakiś pobożny singiel byłby zachwycony, zajmując moją kabinę? Chyba nie wytoczą mi procesu? A jeśli jednak? Agencja na pewno miała dział reklamacji, będzie mi wysyłać jeden list polecony za drugim, a jeśli nie zapłacę, sprawa znajdzie swój finał w sądzie rejonowym. Nagle ogarnął mnie paniczny strach, że choć nie jestem bardzo znany, ktoś mógłby o tym napisać szyderczy artykulik i odtąd moje nazwisko będzie się kojarzyć ze śmieszną aferą: odmowy zapłacenia za rejs dla bigotów. Szczerze mówiąc, co zresztą nie jest mniej śmieszne, do obawy, że zostanę złapany na gorącym uczynku, dołączyła jeszcze myśl, że planowałem popełnić jakąś nieuczciwość. Powinienem więc ponieść karę i zapłacić. Wiem, to również śmieszne. Nie czekając na pierwszy list polecony, wysłałem drugi czek.