Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 463 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy - Licia Troisi

Nashira jest światem, w którym powietrze jest niezwykle rzadkim dobrem. Jego jedynym źródłem są ogromne drzewa, znajdujące się w całym imperium Talarii, a przetrzymuje je tajemniczy kamień. To w cieniu tych gigantycznych drzew toczy się życie ludzi, którym antyczny dogmat zabrania bezpośredniego patrzenia na niebo i jego dwa słońca. Właśnie tak żyła do tej pory Talitha, córka hrabiego Królestwa Lata, dopóki niespodziewana śmierć ukochanej siostry nie zmusiła jej do wstąpienia do klasztoru. Ale Talitha jest wojowniczką i klasztorne życie, wraz z jego wszystkimi intrygami i zakazami, jest nie dla niej. Jej przeznaczeniem jest miecz, dlatego razem z wiernym sobie niewolnikiem Saiphem planują ucieczkę. Dziewczyna jeszcze nie wie, że zakonnice strzegą pewnej tajemnicy: świat zmierza ku zagładzie, a zagrażające mu zło wkrótce przemieni każdą rzecz w ogień. Tylko jeden człowiek, ukrywany i więziony pod zarzutem rozpowszechniania herezji, wie jak można temu zapobiec. W tym wszechświecie, tak wyraźnie podzielonym na niewolników i ludzi wolnych, na wiarę i wątpliwość, na prawdę i zaściankowość, Talitha musi odbyć podróż aż do najzimniejszej krainy Talarii i znaleźć odpowiedź, która może uchronić Nashirę przed unicestwieniem.

Opinie o ebooku Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy - Licia Troisi

Fragment ebooka Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy - Licia Troisi

MARZENIE TALITHY

Tłumaczenie: Katarzyna Kolasa-Garibotto

Tytuł oryginału

I REGNI DI NASHIRA. IS SOGNO DI TALITHA

Z włoskiego przełożyła

Katarzyna Kolasa-Garibotto

Redaktor prowadzący

Monika Koch

Redakcja

Edyta Domańska

Korekta

Jadwiga Przeczek

Skład i łamanie

PLUPART

© Copyright 2011 Arnoldo Mondadori Editore S.p.A., Milano

Cover illustration by Paolo Barbieri

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2012

ISBN 978-83-7612-706-4

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 96

00-807 Warszawa

tel. 22 576 25 50

fax 22 576 25 51

wydawnictwo@zielonasowa.pl

www.zielonasowa.pl

Carlowi.

Dziękuję za wszystko, co mi pozostawiłeś.

PROLOG

Otworzył powoli oczy. Była tylko ciemność i ból. Nie pamiętał, co się stało, i nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wszystko wydawało się bezładne i niepewne. Czuł suchość w ustach, co jeszcze nigdy dotąd mu się nie przytrafiło. Tam, skąd pochodził, wody było aż nadto. W takim razie dlaczego teraz paliła go skóra? Dlaczego czuł, jak łuszczy się wskutek podmuchu gorącego wiatru?

„Nigdy nie powinienem był znaleźć się tutaj. Nigdy nie powinienem był pragnąć zobaczyć”.

Ale czym było to „tutaj”, nie był w stanie sobie przypomnieć. Nie pamiętał też, co tak żarliwie pragnął zobaczyć.

Podniósł się powoli, ciągle nic nie widząc. Powiódł rękami po ciele. Wszystko miał nadal na swoim miejscu, lecz nawet przy najmniejszym dotyku odczuwał przeraźliwy ból. Pod opuszkami palców poczuł coś o konsystencji piasku i popiołu. Przetarł pięściami oczy. W końcu zaczął odzyskiwać wzrok.

Przed nim, na odległość wielu mil, rozprzestrzeniał się dywan popiołu. Przygnębiająco płaski i bezlitośnie pusty horyzont mieszał się z żółtawym niebem zasnutym drobnym pyłem. Miał tego pełne usta. Zakaszlał gwałtownie. Na języku poczuł kwaśny smak.

Zauważył, że jest nagi. Falami zaczynały powracać do niego wspomnienia, jeszcze niejasne i niepowiązane ze sobą, ale wiedział już, kim i przede wszystkim gdzie był. Jednak nic w tym krajobrazie nie przypominało mu miejsca, w którym znajdował się jeszcze chwilę wcześniej. No właśnie. Bo wystarczyła zaledwie chwila.

Stopy zanurzone w popiele zostały poranione odłamkami twardego, rozdrobnionego na maluteńkie kawałki materiału, które były wszędzie w promieniu kilkudziesięciu sążni. Całkowicie przykrywały jego skórę, a wiele z nich powbijało mu się w ciało. To stąd ten ból. To stąd to uczucie pieczenia.

Poruszył się, próbując zignorować rozpaczliwe sygnały, jakie wysyłało mu ciało.

– Jest tu kto? – zapytał cicho. – Lafta?

Potem ją sobie przypomniał. Klehr. Wykrzyknął jej imię najgłośniej jak potrafił i rozejrzał się dookoła zdesperowany. Przychodziły mu na myśl różne imiona wraz z mnóstwem twarzy. Oczywiście, ludzie z miasta. Tam musiało być jakieś miasto. Ale liczyła się tylko ona. I to jej szukał.

Był niespokojny. Serce dudniło mu w piersi, a skronie pulsowały ze strachu.

– Klehr! – zawołał ponownie.

Pobiegł.

– Fala uderzeniowa musiała mnie daleko wyrzucić. Zdaje się, że jestem poza stolicą –powiedział do siebie.

Bo teraz pamiętał. Oślepiający błysk, straszliwe ciepło. Prawdopodobnie wybuch. Widocznie stolica została zaatakowana. Ale przez kogo? Przez kogo, skoro te piaszczyste równiny od lat, od wieków nie znały wojny?

Biegł, ciągle krzycząc jej imię. Jednak nikt nie odpowiadał. Słychać było tylko ten okrutny wiatr, świst olakitowych kryształów przesuwających się po ziemi.

Przypomniał sobie zarys miasta, jakie widział zaledwie ubiegłego wieczoru, stojąc w objęciach Klehr na tarasie ich domu.

Teraz nie było już nic. Wszystko zostało zmiecione, zrównane z ziemią przez oczyszczający wiatr.

Padł na kolana i objął głowę rękami. Był na granicy szaleństwa – nie było innego wytłumaczenia. Gdzie podziało się miasto?A jego mieszkańcy?

Potem podniósł oczy ku niebu – ten gest jeszcze jakiś czas temu nie miał dla niego ani dla żadnego z przedstawicieli jego rasy najmniejszego znaczenia, a ostatnio stał się codziennością. I zobaczył. Za chmurą pyłu, za gęstą mgłą szczątków. Światło było oślepiające,wypełniało połowę nieba. I w końcu zrozumiał, co się stało.

Wykrzyczał swój ból, mając nadzieję, że rozwieje się w tym długim zawodzeniu. To właśnie wtedy po raz pierwszy odwiedził go orszak duchów.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Z KSIĘGI DARY MIRY, WSTĘP AUTORSTWA SIOSTRY DENEI Z KLASZTORU W GALACIE

Wielu uważa, że nim doszło do Zderzenia, na Nashirze było pod dostatkiem powietrza i było ono wszędzie. Nie wiadomo jednak, czy to prawda, bowiem żyjący w tym okresie błogości Pierwotni nie pozostawili nam po sobie żadnych kronik ani innych śladów. Jedyne, co możemy stwierdzić, to fakt, że w przeciwieństwie do tego, co sądzili niewykształceni, na Nashirze brakuje nie powietrza, lecz jego składnika nadającego się do oddychania. To właśnie on już od tysiącleci jest rzadki, nieuchwytny i delikatny. Jedynie moc Powietrznego Kamienia jest w stanie zgromadzić tę niewielką ilość powietrza, wytworzonego przez Talarethy pod ich ogromnymi koronami, umożliwiającą życie Talarytom. Dlatego we dnie i w nocy, nigdy nie możemy zaprzestać wychwalania Miry i dziękowania jej, że dała nam Kamień i Talarethy – stróża i ojców Talarii.

1

Niewielką arenę wypełniał odgłos krzyżujących się mieczy. Walczyli ze sobą dwaj wojownicy. Byli tak samo ubrani: w brązowe obcisłe kaftany opadające na wykonane z szorstkiego płótna bryczesy, które na wysokości ud i łydek były wzmocnione skórzanymi pasami. Na nogach mieli czarne wysokie buty, ich dłonie chroniły grube skórzane rękawice, a twarze były całkowicie zakryte hełmami.

Jeden z nich był niższy i drobniejszy, a drugi co prawda bardziej okazały, ale za to mniej zwinny. Wyglądało na to, że mniejszy zawodnik miał trudności: stał w pozycji zamkniętej, starając się bronić przed ciosami przeciwnika, atakującego szerokimi, kolistymi, bocznymi cięciami. Cofnął się, potem znowu. Pozostawał w defensywie, dopóki rywal nie przycisnął go do tego stopnia, że ramionami prawie dotykał muru. Wtedy wystarczył mu moment – kiedy wysoki napastnik poruszył głową, żeby osłonić oczy przed promieniami słońca, ożywił się, wykorzystując jego nieuwagę. Błyskawicznymi precyzyjnym ciosem przeciął skórę przeciwnika na wysokości klatki piersiowej – tam, gdzie biło jego serce – i kontynuował, aż do wizjera hełmu. Wyższy wojownik stracił równowagę, co drugi natychmiast wykorzystał: wolną dłonią chwycił płasko miecz i przyłożył go do gardła konkurenta.

– Koniec zabawy – wyszeptał.

Współzawodnik uśmiechnął się, podnosząc ręce i zdejmując hełm. Był Talarytą, miał około trzydziestu lat, karnację koloru cegły – dość jasną jak na jego rasę – i lekko szpiczaste uszy. Oczy mężczyzny przypominały zieleń mętnych bagien, a na kwadratowej szczęce rosła szczeciniasta i zaniedbana broda.

– Całkiem nieźle. Zrobiła to pani celowo? – zapytał, wygładzając ciemnośliwkowe włosy, które układały się w drobne loki na jego spoconym czole.

Przeciwnik przyjął pozycję „spocznij” i zdjął hełm. To była dziewczyna. Miała szczupłą twarz, mały, lekko zadarty nos, otoczony mnóstwem malutkich piegów, i duże oczy błyszczące intensywną zielenią. Karnacja koloru ciemnej cegły tworzyła kontrast z ognistorudymi włosami upiętymi w kok, z którego wydostało się kilka kosmyków, otaczających teraz jej twarz i długą, szczupłą szyję.

– Oczywiście, że zrobiłam to celowo – odpowiedziała.–Już od jakiegoś czasu miałam na oku tę plamę światła – wskazała na ziemię – i wiedziałam, że jeśli cię tam zwabię, to biorąc pod uwagę twój wzrost, panie, i pozycję słońc o tej godzinie, uda mi się ciebie oślepić. A ponieważ jesteś silniejszy i bardziej zwinny ode mnie, była to dla mnie najlepsza okazja, żeby wygrać – dodała z bezczelnym uśmiechem.

Przeciwnik odwzajemnił uśmiech.

– Dobrze pani walczy, Talitho. W ostatnim czasie zrobiła pani spore postępy. Całkiem nieźle jak na hrabiankę. Gdyby przykładała się tak pani również do innych zajęć...

Dziewczyna przerwała mu gestem irytacji. Już kilkakrotnie próbowała dać do zrozumienia, że nie lubi, jak gwardziści nazywają ją hrabianką, i że tak samo zwracanie się do niej „pani” – co mistrz czynił wyłącznie w stosunku do niej i nikogo innego – bardzo ją denerwuje. Ale jej trud był daremny, bowiem jej ojca obawiano się nawet tutaj.

– Inni nauczyciele nie są tacy zdolni jak ty, panie, i to, czego uczą, interesuje mnie znacznie mniej.

– Robi pani błąd – powiedział mężczyzna, ściągając rękawiczki. – Historia i muzyka też mogą być potrzebne dobremu gwardziście.

Talitha westchnęła i wbiła miecz w ziemię.

– Nie walczy się książkami i fletami. Ale jeśli mówisz to ty, mistrzu... – Już miała ściągnąć rękawiczki, kiedy jej wzrok padł na stojącą na skraju areny postać.

Był to wychudzony chłopak w typowym stroju sługi: miał na sobie czarne bryczesy i ściśniętą skórzanym paskiem tunikę, na której widniał herb rodziny hrabiego. Jego ramiona były odkryte, a przeguby przewiązane skórzanymi opaskami. Miał duże dłonie i sprawiał wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić, więc pozwalał, by kołysały się wzdłuż ciała. Twarz młodzieńca, szczupłą i bardzo jasną – typową dla jego rasy – pokrywał lekki zarost, a długie, proste i spięte w luźny kucyk jasnozielone włosy opadały na nią, stanowiąc oprawę jego urody, a jednocześnie ukrywając jej kontury. Oczy miał wydłużone i niespotykanie duże jak na Femtytę, ale przede wszystkim zadziwiająco złote, co było rzadkim zjawiskiem w Talarii.

– Saiph! – zawołała dziewczyna, biegnąc mu naprzeciw.

– Skończyłaś ćwiczenia, moja pani? – zapytał chłopak.

– Dlaczego tak oficjalnie? – Talitha spojrzała za siebie,w stronę stojącego nieruchomo pośrodku areny mężczyzny. – Nie wydaje mi się, żeby mógł cię usłyszeć.

– Lepiej nie ryzykować – odpowiedział bardzo cicho. Przez chwilę szukał czegoś w worku, aż wyciągnął z niego obszerną pelerynę z czarnego materiału. – Włóż to, moja pani, żeby się nie przeziębić. Jesteś cała spocona.

Talitha westchnęła teatralnie.

– Przecież umieram z gorąca! Co mam zrobić z tą peleryną?

Saiph spróbował okryć nią dziewczynę, ale ta cofnęła się z grymasem na twarzy.

– Spróbuj, jeśli ci się uda! – W jej oczach błysnęła prowokacyjna iskra.

Przestraszony niewolnik rozejrzał się dookoła.

– Przecież wiesz pani, że tutaj nie możemy żartować – powiedział z nutą żalu.

Talitha wyrwała mu z ręki pelerynę i zarzuciła ją sobie na ramiona.

– Zadowolony? – zapytała ze śmiechem. – Jako pełny szacunku sługa jesteś po prostu nie do wytrzymania – dodała, mijając go i kierując się w stronę wyjścia.

Na zewnątrz siedziby Gwardii robiło się coraz ciemniej, nad Messe nadciągał zmierzch. Strumienie czerwonego światła oświetlały niemal perfekcyjną koronę Talarethu, znajdującą się około stu sążni nad ich głowami. To w chwilach takich jak ta ogromne drzewo sprawiało wrażenie inteligentnej istoty, która pod swoim bogatym listowiem życzliwie chroni całe miasto. Z imponującego wejścia na arenę widać było w oddali drgający z powodu gorąca obraz pnia i biały zarys cytadeli.

Drzewo miało w obwodzie sześćset sążni, a wznosiło się na wysokość prawie tysiąca ośmiuset. Wyglądało, jakby składało się z gigantycznych drewnianych filarów, złączonych w jednym objęciu, które w połowie wysokości otwierało się, by stworzyć dużą, bujną koronę. Lekki powiew wiatru poruszał liśćmi tak, że Miraval i Cetus – dwa słońca ukryte za listowiem drzewa – rzucały na dachy cienie o fantastycznych konturach i rysowały mieniącą się mozaikę jasnych i ciemnych plam.

W Talarii każde miasto żyło w cieniu Talarethów; drzewa nie tylko wytwarzały powietrze, lecz także je przetrzymywały. Odpowiedzialny za to był Powietrzny Kamień, którego strzeżono w klasztorach wznoszących się między najwyższymi gałęziami.

Mieszkańcy Messe chodzili wolno po ulicach, zmierzając ku wieczornym obowiązkom. W końcu lekki podmuch wiatru rozpraszał trudny do wytrzymania upał panujący w ciągu dnia. Biel budynków w najbogatszej i najbardziej okazałej dzielnicy miasta nie była już taka oślepiająca jak po południu i przybrała kolor bladego różu, który pozwalał odpocząć oczom.

– Widziałeś mnie na arenie? – spytała Talitha.

– Tak, walczyłaś całkiem dobrze. – Saiph szedł dwa kroki za nią, z pochyloną głową na znak poważania; tego oczekiwano od dobrego Femtyty towarzyszącego swojej właścicielce.

– Całkiem dobrze? Żartujesz?! Byłam po prostu wspaniała!

Saiph zaśmiał się cicho, uważając, żeby nikt go nie usłyszał. Była to jednak zbyteczna ostrożność, biorąc pod uwagę, że Talitha mówiła głośno, nie zważając na spojrzenia ludzi.

– Nie ma się z czego śmiać – powiedziała poważnym tonem. – Nie każdy kadet na trzecim roku jest w stanie pobić swojego mistrza!

Chłopiec spojrzał na nią zakłopotany.

– Wiesz, co myślę? Że więcej od twojego miecza zdziałała opinia o twoim ojcu.

– W Gwardii tak nie jest – odpowiedziała dotknięta. – Tam nikt nie traktuje mnie ulgowo, ponieważ jestem córką hrabiego Megassy. Dla nich jestem tylko kadetem, jak inni.

Saiph podniósł ręce.

–Ale jesteś porywcza... Ja jednak zawsze będę pamiętał ten dzień, kiedy powiedziałaś mi, że umiesz grać na wszystkich instrumentach znajdujących się w Sali Muzyki! – powiedział z szerokim uśmiechem.

– To było siedem lat temu! Trochę się zmieniłam od tamtego czasu.

– Nie za wiele – zażartował.

Wokół nich roiło się od zgorszonych spojrzeń. To był niezwykle rzadki przypadek, żeby Talaryta i jego niewolnik byli ze sobą aż tak zżyci. Pod ciężarem ciekawskich oczu Saiph ponownie spoważniał, a Talitha, na złość wszystkim, wzięła go pod rękę.

– Jesteś szalona – rzucił, szamocząc się.

– Saiph, ty za to jesteś zabawny jak zardzewiała siekiera...

– Próbuję tylko uchronić się przed karą.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– A czego niby się boisz? – Chwyciła go za ramię i wbiła w nie paznokcie, tak że na jego skórze pozostały niewielkie czerwone ślady. – Założę się, że nawet się nie zorientowałeś – powiedziała, patrząc na niego ukradkiem.

Chłopiec sprawdził od niechcenia zadrapania. Femtyci nie czuli bólu, ale od dziecka byli uczeni, że krwi mają się bać bardziej niż czegokolwiek innego. Lecz muszą też umieć odróżniać rany, które mogą być niebezpieczne od tych niegroźnych.

– Faktycznie, nie zorientowałem się – przyznał, patrząc na nią poważnie. – Ale ty dobrze wiesz, o co mi chodziło.

Zakłopotana Talitha spuściła wzrok.

Zobaczyli go chwilę po tym, jak weszli na dziedziniec pałacu. Naprzeciw szerokich schodów zbierał się niewielki tłum służących, a przed nimi stał z założonymi rękami hrabia Megassa. Ojciec Talithy miał twarde i kanciaste rysy twarzy kogoś, kto urodził się po to, by rządzić, i skrzywioną, srogą minę. Jego włosy wraz z upływem czasu poczerniały, co było dość częste wśród starzejących się Talarytów. Oczy, tak samo intensywnie zielone jak oczy córki, błyszczały niespokojnie. Choć sylwetka mężczyzny stała się z wiekiem ciężka, to dzięki codziennym ćwiczeniom z mieczem jego ciało nadal było energiczne i wysportowane.

W środku tłumu odpowiedzialny za dyscyplinę niewolników sługa trzymał w dłoni kij. Był to zaledwie kawałek drewna, ale na jego końcu został osadzony malutki Powietrzny Kamień. Tak malutki, że z trudem było go widać, gdy błyszczał słabym niebieskawym światłem. Kamień był źródłem wszelkiej magii i życia dla całej Talarii, lecz także jedynego bólu, jaki odczuwali Femtyci.

Klęczący niewolnik był niewiele starszy od Saipha. Płakał rozpaczliwie, patrząc na przemian w kierunku sługi i hrabiego.

– Nie ukradłem, przysięgam, panie! Nigdy bym tego nie zrobił! Nigdy nie naruszyłbym twojej własności!

Jego współtowarzysze uparcie wbijali wzrok w ziemię, niektórzy patrzyli w przeciwną stronę. Sługa spojrzał na hrabiego. Megassa nie zmienił wyrazu twarzy, ograniczając się do lekkiego skinięcia głową.

– Nie, proszę, nie! – krzyczał niewolnik.

Służący podniósł kij i uderzył. Gdy tylko Kamień dotknął pleców niewolnika, rozbłysł intensywnie na fioletowo. Twarz Femtyty wykrzywiła się w grymasie ogromnego przerażenia. To nie był zwyczajny lęk, tylko przejmujący strach, który zdawał się dręczyć go od środka. Kij wzniósł się ponownie, potem jeszcze raz i jeszcze... Przy każdym uderzeniu twarz chłopca sprawiała wrażenie, jakby wciągał ją wir bólu. Krzyczał wniebogłosy, ale na Megassie nie robiło to żadnego wrażenia. Asystował aż do końca, rozkoszując się z obojętną miną każdą chwilą tej agonii.

Trzeba było wielu ciosów, by krzyki niewolnika stały się coraz cichsze, a jego ciało przestało się miotać. Przy czterdziestym uderzeniu lamenty ustały i mrożąca krew w żyłach cisza zawisła nad tłumem.

Hrabia popatrzył na wszystkich.

– Każdy podejrzany o kradzież podzieli jego los – powiedział bez cienia emocji, po czym zwrócił się do sługi: –Każ wynieść ciało i wrzucić je do masowego grobu za miastem.

Już miał odejść, gdy nagle dostrzegł w głębi dziedzińca Talithę i Saipha. Zdecydowanym krokiem ruszył w ich kierunku, podczas gdy niewolnicy pospiesznie się rozchodzili,a sługa wykonywał polecenie.

Talitha poszarzała na twarzy. Stała sparaliżowana strachem. Saiph próbował z całych sił nie patrzeć na leżące ciało.

– Miałeś przyprowadzić ją tutaj jak najszybciej – powiedział zdenerwowany Megassa. Niewolnik bełkotał coś na swoje usprawiedliwienie, ale hrabia podniósł rękę. – Czyżbym dał ci prawo głosu?

– Skończyłam późno ćwiczenia – wtrąciła Talitha.

Hrabia zmierzył ją surowym wzrokiem i podszedł bliżej.

– Kiedy wzywa cię twój ojciec, nigdy więcej nie pozwalaj sobie na spóźnienie – wysyczał, a żyły na szyi pulsowały mu z wściekłości. – Niedługo wyjeżdżamy, a ty jesteś w opłakanym stanie.

Dziewczyna spojrzała na swój strój wojowniczki i poczuła dumę. Nigdy nie powstydziłaby się niechlujnego wyglądu, jeśli byłby on konieczny do osiągnięcia doskonałości w walce. Mimo to spuściła wzrok. Kiedy ojciec mówił do niej w ten sposób, przeszywał ją dreszcz. Choć nienawidziła siebie za to, jego małe i złe oczy zawsze wzbudzały w niej strach.

– Chcę być jak najszybciej w Królestwie Wiosny. Dzień przed zaślubinami twojej kuzynki Kalymy odbędzie się ważne przyjęcie, na które jest zaproszona cała nasza rodzina.

Talitha rozpromieniła się: w końcu jakaś podróż, wreszcie opuści te przeklęte mury. Jedyne podróże, w jakich brała udział w ciągu siedemnastu lat swojego życia, były krótkie i nigdy nie wykraczały poza granice Królestwa Lata. A poza tym jej serce zatrzepotało z radości na myśl o osobie, która z pewnością też będzie obecna na tym bankiecie.

– Przygotuję się tylko i zaraz wracam – powiedziała wyważonym tonem, ukrywając entuzjazm.

–Masz pół godziny – rzucił Megassa. – I kiedy ponownie się tutaj pojawisz, postaraj się przynajmniej przypominać córkę hrabiego.

Raz jeszcze posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie i ruszył w stronę pałacu. Talitha stała nieruchomo pośrodku dziedzińca, nie mogąc ochłonąć z wrażenia. Jednak gdy tylko rozejrzała się dookoła, jej dobry humor spowodowany podróżą zniknął. Niewolnicy rozeszli się, a po ciele Femtyty nie było już śladu.

– Marnotrawić tyle wody! I to w czasach suszy! – narzekała Kolya, wynosząc kadź z pomieszczenia. Mimo nalegania służącej Talitha nie miała czasu na pachnącą kąpiel, jak robiła to zwykle przed kolacją. Tym razem ograniczyła się do wylania na siebie wody z dzbanka.

– Idź poskarżyć się mojemu ojcu – powiedziała, szczotkując mokre włosy. Szarpała je nerwowo, nie zwracając uwagi na ból.

– Przestań, pani! Jeszcze je sobie powyrywasz. A poza tym to moje zadanie – powiedziała Kolya.

Służyła w domu hrabiego, odkąd była dzieckiem. Mimo że nie miała jeszcze czterdziestu lat, wyglądała na dużo więcej. Zmarszczki wokół oczu i ust i prawie całkowicie już poczerniałe włosy powodowały, że sprawiała wrażenie starej kobiety. Zresztą Femtyci żyli krócej od swoich właścicieli, chociaż warunki służących w domach zamożnych rodzin były o wiele lepsze od tych, jakie mieli niewolnicy pracujący na polu czy w kopalniach.

Talitha nie pozwoliła jej wziąć szczotki.

– Nie ma na to czasu. Lepiej idź przygotować bagaże.

– Masz, moja pani, dzisiaj bardzo zły humor – stwierdziła Kolya, nim opuściła pomieszczenie.

Dziewczyna nie odezwała się ani słowem, starannie związując włosy wstążką. Mimo że cieszyła się na tę podróż, nie mogła zapomnieć o scenie, jakiej była świadkiem. Pomyślała gorzko, że właściwie nie było się czemu dziwić, bowiem Megassa nie miał litości dla nikogo.

Spojrzała na swoje nagie ciało odbijające się w lustrze stojącym w rogu pomieszczenia. Przyglądała się wysportowanej sylwetce, napiętym mięśniom ramion, zarysowanym ścięgnom i zgrabnym nogom. Była zadowolona ze swojego, niemal androginicznego ciała. Spłaszczyła rękami piersi. Gdyby nie wyraźnie zarysowane biodra, może nawet mogłaby uchodzić za chłopca. Mimo że Gwardia była otwarta również dla kobiet, czuła się inna od swoich męskich towarzyszy broni i nie znosiła być od nich słabsza.

Stanęła bokiem i wstrzymała oddech. Krytycznym okiem przyjrzała się swojemu brzuchowi i wpadła w zachwyt: widziany z tej strony wyglądał doskonale, był nienagannie płaski. Ponieważ jednak chwilę później musiała wypuścić powietrze, krągłości brzucha znów stały się widoczne. „Głupie mięśnie, dlaczego każecie się tak bardzo prosić?” – pomyślała ze złością. Chciała być chuda i zwinna. Chciała mieć ciało, które świadczyłoby wyłącznie o walce. Nie lubiła tych zaokrągleń. Nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego; wydawało jej się, że im drobniejsze będzie miała ciało, tym łatwiej będzie jej prześlizgiwać się między kratami klatki stworzonej przez ojca.

Pokiwała głową i popatrzyła na leżącą na łóżku suknię. Chociaż była przeznaczona na podróż i pozbawiona wszystkich dodatków, jakie Talitha musiała zakładać na oficjalne okazje, miała jednak zdobienia, mnóstwo sznurków przy gorsecie i delikatny pomarańczowy kolor, który zdaniem dziewczyny był nieznośnie ckliwy.

Zawołała Kolyę. Przestraszona możliwością kolejnego wybuchu złości służąca stanęła w drzwiach.

– Pomóż mi – powiedziała Talitha łagodniejszym tonem, jakby szukała u niej zrozumienia.

– Dobrze – odpowiedziała kobieta z pobłażliwym uśmiechem. Pomogła jej włożyć koszulę z lekkiego, prawie niewyczuwalnego muślinu, później rajstopy, a na końcu gorset, który zaciągnęła tak mocno, że Talitha musiała przytrzymać się szafy.

Kiedy wreszcie była ubrana, w miejscu młodego, spoconego treningiem kadeta stała elegancka i pełna wdzięku dziewczyna – doskonały okaz kochającej i posłusznej córki. Dokładnie tak, jak oczekiwał tego od niej ojciec.

–Jesteś bardzo ładna, moja pani – powiedziała Kolya, zaciągnąwszy ją przed lustro.

Talitha patrzyła na siebie, jakby jej ciało należało do kogoś innego. W porządku, może mogła być postrzegana jako ładna, ale kim była ta obca osoba w lustrze, patrząca na nią jej oczami?

– Przygotowałaś bagaże? – zapytała zrezygnowana

– Tak, moja pani.

– W takim razie idziemy.

2

Kareta czekała przed głównym wejściem do pałacu. Była bogato ozdobiona białą i granatową emalią, a na jej drzwiach widniał duży i dobrze widoczny herb rodzinny: tarcza z czarnym, zionącym ogniem smokiem – ten sam symbol, który każdy członek rodziny miał wytatuowany na lewym ramieniu. Najważniejsze jednak było to, że ciągnęły ją dwa wspaniałe ziemskie smoki.

Były koloru złotawożółtego i krwistoczerwonego; razem z falistym ogonem każdy z nich miał długość trzech sążni. Ich pyski były płaskie, wydłużone i najeżone ostrymi kłami, a z tyłu głów wyrastały kościste grzebienie, składające sięz licznych, czarnych na brzegach kolców. Jeden smok miał oczy jaskrawozielone, a drugi – złote. Z ich grzbietów wystawały błoniaste skrzydła, zbyt małe do latania, stanowiące jedynie element dekoracyjny, pozostawiony przez ewolucję. Dwie przednie łapy były nieco smuklejsze od tylnych, a każda uzbrojona w zakrzywione pazury.

Oba smoki miotały się, szarpały lejce i gryzły je, otwierając pyski ku niebu i wydając z siebie groźne ryki, podczas gdy woźnica starał się zachować nad nimi kontrolę.

Sługa z szacunkiem otworzył Talicie drzwi i pomógł jej usiąść na siedzeniu pokrytym miękkim i drogim materiałem. W środku czekali już na nią rodzice.

– Spóźniłaś się – stwierdził ojciec.

– Wybacz mi, ojcze – powiedziała, siadając naprzeciw matki.

Mówiło się, że Talitha jest bardzo podobna do swojej matki, ale dziewczyna wcale się z tego powodu nie cieszyła, chociaż hrabina była kobietą niespotykanej urody: pełna wdzięku i smukła jak łodyga kwiatu, miała cerę jaśniejszą od karnacji męża i córki, a oczy koloru akwamaryny przezroczyste i łagodne. Falujące, ognistoczerwone włosy były uczesane w sposób uwydatniający jej długą i szczupłą szyję. Fryzurę tę jednak Talitha uznawała za śmieszną: wyglądała jak wznoszący się na głowie tort weselny, udekorowany małymi wielobarwnymi kamieniami i zwieńczony groteskową spinką w kształcie liścia. Hrabina wyglądała przez okno karety, opierając na ustach wachlarz w kształcie serca. Była obrazem doskonałości, żoną, którą Megassa uwielbiał pokazywać, zupełnie jakby była klejnotem. Spojrzała przelotnie na córkę i posłała jej roztargniony uśmiech.

– Bardzo ładnie dziś wyglądasz, moja droga – powiedziała.

Talitha utkwiła wzrok w oknie i nie odpowiedziała. Irytował ją sposób bycia matki, zawsze tak nieskazitelny, zawsze bez zarzutu. I to jej pasywne akceptowanie każdej decyzji męża, to znoszenie w milczeniu jego wybuchów złości.

Dziewczyna zauważyła Saipha siedzącego w wozie niewolników. Czasami prawie mu zazdrościła, bo ich warunki wydawały jej się lepsze od tych, w których żyła.

Jeden trzask lejców i smoki ruszyły. Początkowo jechali szerokimi i dobrze utrzymanymi ulicami cytadeli. Gdy Cetus i Miraval rzucały ostatnie promienie i na firmamencie wschodziły księżyce, wszystko wokół nich przybrało fioletowy odcień.

Dojechawszy do zewnętrznych murów, zatrzymali się naprzeciw dużych kamiennych wrót. Dwie wartowniczki ruszyły w ich stronę, a chwilę później jedna z nich zajrzała do środka karocy. Megassa spiorunował ją wzrokiem.

– To ja, idiotko! Nie uprzedzono cię?

Wartowniczka wyprostowała się w pośpiechu, przykładając do piersi prawą pięść.

– Tak jest, Wasza Wysokość, proszę o wybaczenie. W dzisiejszych czasach nigdy za wiele ostrożności.

Brama zaskrzypiała i wkrótce znaleźli się na zewnątrz,w pulsującym centrum Messe. Mimo godziny policyjnej widoczne były jeszcze ślady minionego dnia. Kilku gwardzistów zabierało się do naprawiania drzwi piekarni, wziętej niedawno szturmem. Czarny osad po długich płomieniach pokrywał okna i drzwi, nad którymi kołysał się wgnieciony metalowy szyld. Przed nimi leżało ciało niewolnika, Femtyty, w podartym habicie, z którego wystawała przeraźliwie wychudzona klatka piersiowa. Kiedy mijali fabrykę odzieżową, lamenty i płacze niewolników były tak głośne, że Megassa zamknął okna i zaciągnął zasłony.

– Powinni budować grubsze mury. Jak mieszkający w pobliżu ludzie mają spać? – powiedziała z roztargnieniem hrabina swoim łagodnym głosem.

– Raczej powinni bardziej ich zdyscyplinować – odpowiedział Megassa. – Słyszałaś kiedyś, żeby nasi niewolnicy płakali?

– Może nie płaczą dlatego, że za bardzo się boją – wtrąciła Talitha.

– Oczywiście, że tak. I tak właśnie ma być – skomentował Megassa. – Niewolnicy muszą znać swoje miejsce.

Talitha poczuła, jak ogarnia ją złość, ale powstrzymała się i do końca podróży pogrążyła się w absolutnej ciszy.

Odczekała kilka minut, po czym wykorzystując fakt, że w karecie panowała ciemność, a rodzice zasnęli, oparła głowę o okno i odsunęła zasłonę. Dojechali już do peryferii miasta i budowle z kamienia zastąpiły proste drewniane baraki. Na ulicach nie było nikogo oprócz kilku gwardzistów kręcących się z podejrzanym wyrazem twarzy. Gałęzie Talarethu znajdowały się tutaj zaledwie kilka sążni od ziemi. Talitha uchyliła okno i głęboko wdychała powietrze. Miało inny zapach. Od Saipha wiedziała, że przedmieścia są dużo bardziej oddalone od Kamienia umieszczonego na rozwidleniu gałęzi Talarethu, przez co powietrze tu jest rozrzedzone.

Zamknęła cicho okienko, by nie zostać przyłapaną przez ojca.

Niedługo potem karoca zaczęła się przechylać, co oznaczało, że dojechali do granicy miasta i teraz jechali w górę na Arterię – drogę łączącą z północy na południe wszystkie stolice Talarii, ciągnącą się od lodowych ziem Królestwa Zimy aż do bardzo słonecznego kraju, w którym Talitha się urodziła i od zawsze mieszkała, czyli Królestwa Lata.

Dziewczyna ponownie wychyliła się przez okno i spojrzała do tyłu. Jej oczom ukazał się niespotykany widok: w fioletowym blasku wieczoru Messe – przykryte wielkimi okręgami tworzonymi przez korony Talarethu – było dywanem różnorodnych świateł. Najbardziej błyszczała cytadela, wyróżniająca się jak diament na aksamitnej tkaninie. Na pozostałym obszarze, u stóp ogromnego drzewa, światła migotały. Wytężając wzrok, można było dostrzec krawędzie drzewa, a tuż za nimi dwa kawałki ciemnego nieba.

Talitha patrzyła na miasto, dopóki nie zniknęło. Wtedy poddała się kołysaniu karety i zasnęła, odczuwając dziwne poruszenie w sercu.

Cały czas jechali Arterią, która była nieustannie patrolowana przez uzbrojonych gwardzistów. Przejeżdżające karoce musiały bowiem być chronione przed niebezpieczeństwami czyhającymi na peryferyjnych przejściach, gdzie grasowały bandy desperatów, złodziei czy rzezimieszków zajmujących się rozbojami. Najczęściej byli to Femtyci, ale ostatnio także Talaryci, bowiem dewastująca Królestwo Lata susza powodowała, że w Talarii coraz więcej ludzi cierpiało głód. Arteria była bardzo uczęszczana, dzięki czemu można było bezpieczniej podróżować. Było przy niej wiele zajazdów, w tym sporo na wysokim poziomie, więc często gościły podróżującą szlachtę. Megassa był tam przyjmowany ze wszystkimi honorami.

Jak każda droga łącząca miasta Talarii, Arteria była wiszącym tunelem, którego ściany zbudowano z gałęzi wielu mniejszych, splecionych ze sobą Talarethów. W przeciwieństwie do peryferyjnych przejść, które również obsługiwały duży ruch miejski między jednym miastem a drugim, Arteria była ogromna. Pośrodku stworzonego z konarów tunelu znajdowała się główna droga – biegnąca w dwóch kierunkach i szeroka na prawie trzydzieści sążni – przeznaczona do przejazdu karet i towarów. Po jej bokach przebiegały dwie węższe drogi, po jednej w każdą stronę, zarezerwowane wyłącznie dla ruchu pieszych. Na najwyższych gałęziach Talarethu, w regularnych odstępach, zawieszono kryształy Powietrznego Kamienia wielkości głowy dziecka, które zwisały ze sklepienia tunelu. W zależności od stopnia ich naładowania błyszczały różnymi odcieniami niebieskiego koloru. Niektóre nadawały się już do wymiany na nowe i przewiezienia do klasztorów w celu reaktywacji, inne lśniły pełnią swojego blasku.

Plątanina gałęzi i liści była na tyle gęsta, że zasłaniała Miravala i Cetusa, ale pozwalała widzieć znajdujący się na zewnątrz krajobraz. Talitha wiedziała, czego może się spodziewać: tam, gdzie nie było Talarethu i Powietrznego Kamienia, nie mogło być powietrza, czyli życia takiego, jakie znali. Tereny za miastem i przejścia były pokryte trawiastą nawierzchnią błyszczącej czerni, co jakiś czas przerywaną wysokimi na dwa sążnie krzewami z całkiem białymi liśćmi i czerwonymi łodygami. Do tej pory widziała taki pejzaż tylko w książkach; zresztą nikt, kto nie chciał umrzeć przez uduszenie, nie ryzykował wyjścia poza system dróg i chodników łączący zamieszkane centra Talarii. Teraz, dzięki nieco większej luce w plątaninie gałęzi, zobaczyła to wszystko na własne oczy.

Mimo biedy na Arterii panował nieustanny ruch ludzi i towarów. Talicie udało się nawet dostrzec skrzydlatego smoka. Miał co najmniej cztery sążnie długości i wąskie ciało, a między szponami znajdowały się przezroczyste błony pławne. Wydłużoną i smukłą głowę chronił bujny grzebień wokół karku, a paszcza smoka była wyposażona w długie i ostre zęby. Przeleciał tuż nad nimi i zdawało się, że całe powietrze naokoło wibruje. Był złotawożółtego koloru, który na grzbiecie i brzegach skrzydeł przechodził w zielony. Dosiadał go mężczyzna całkowicie zakryty ciężką zbroją, najprawdopodobniej jakiś wysokiej rangi wojskowy w podróży. Talitha patrzyła za nim z otwartymi ustami, dopóki nie zniknął z ograniczonego pola widzenia, na jakie pozwalała jej kareta. Piesi natomiast byli zazwyczaj podróżującymi kupcami, ale zdarzały się też konwoje handlarzy niewolników: na przedzie właściciel, a z tyłu, w regularnych odstępach, jego poplecznicy uzbrojeni w kije, którymi ponaglali Femtytów. Ci ostatni mieli związane ręce, zapadnięte z głodu policzki, a niektórzy zataczali się z wycieńczenia.

Dwa razy mijali też porządkowych zajmujących się porzuconymi ciałami zmarłych niewolników, które rozkładały się na drodze. Widzieli również wielu żebraków – byli wszędzie i często rzucali się na podróżujących, błagając o jałmużnę.

Talitha z niedowierzaniem patrzyła na te sceny. Zobaczyła dzieci Femtytów ze spuchniętymi z głodu brzuchami, leżące na poboczach i pozostawione same sobie, i żebraka, którego gwardziści jej ojca pobili do krwi tylko dlatego, że rzucił się do karety, błagając o kawałek chleba.

– Życie poza Messe bardzo różni się od tego, które ty sobie wyobrażasz – powiedział jej kiedyś Saiph, gdy poprosiła go, by opowiedział, jaki jest świat poza cytadelą.

Zdarzyło jej się już widzieć dzielnice biedniejsze od Messe, ale słyszała, że na tych obszarach, między Królestwem Lataa Królestwem Wiosny, sytuacja jest dużo gorsza.

– Talaryci odczuwają niedostatek – powiedział chłopak pewnego wieczoru, kiedy zeszła do pomieszczeń niewolników. Często to robiła i stała się już niemal mistrzynią potajemnych wypadów. Od lat nikt jej nie przyłapał, jak spacerowała nocą po pałacu. Tamtego wieczoru pewien Femtyta śpiewał balladę o cierpieniu, biedzie i wolności. Saiph wyjaśnił jej, że podczas gdy w pałacu niewolnicy mieli przynajmniej co jeść, na zewnątrz wielu z nich umierało z głodu. – Zmuszają ich nawet do żebrania, a następnie pozbawiają tego, co zarobili.

Choć wtedy Talitha była pod wrażeniem opowieści, to tak naprawdę dopiero teraz zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Jej rozwijająca się w bezpiecznych warunkach wyobraźnia nie była gotowa na stworzenie sobie podobnego scenariusza.

Podkuliła kolana i oparła na nich brodę. Nagle Talaria ukazała jej się jako nieznany świat – świat, w którym ona zamieszkiwała jedynie odległy i uprzywilejowany zakątek.

Szóstego dnia dojechali do Larei. W pewnym momencie tworzący Arterię tunel z gałęzi otworzył się, by połączyć się z szeroką drogą zawieszoną na jednym ogromnym konarze Talarethu. Ale to był zupełnie inny Talareth od tego, do którego przyzwyczaiła się Talitha. Jego kora była ciemniejsza, głęboko wyżłobiona przez słoje, które rysowały nierówne prostokąty. Liście miały postrzępione brzegi i były tak wielkie, że jeden mógłby przykryć całego człowieka. Także korona była inna: Talareth z Messe miał koronę prawie doskonałą, a tymczasem ta była nieuporządkowana, z poskręcanymi w spirale gałęziami wznoszącymi się w szalonej plątaninie do nieba bądź chylącymi się ku ziemi. Na pniu rósł srebrzysty mech, a między konarami były rozwieszone długie czerwone liany.

Jednak najpiękniejsze okazało się usytuowanie miasta: Larea rozciągała się wzdłuż brzegu dużego lustra wody – jeziora Imorio. Rosnący na skalistej skarpie Talareth wychylał w tamtą stronę długą koronę, dotykając powierzchni wody najdłuższymi gałęziami i niemal zagłębiając w niej korzenie. Miasto było położone wokół drzewa, częściowo na szczycie urwiska, a częściowo w głębi lądu. Zdawało się niemal rozbijać o pień, jak fala próbująca ponownie złączyć się z jeziorem. Całe było bieluteńkie, dokładnie takie, jakie Talitha znała z opowiadań: zgodnie z panującym w Królestwie Wiosny zwyczajem zbudowane było ze śnieżnobiałej skały i w większości składało się z niskich i szerokich zabudowań. Wyglądało jak wielki mleczny wodospad.

Dziewczyna zaniemówiła na ten widok. Kiedy jednak podjechali bliżej, zauważyła coś dziwnego: część miasta najwyraźniej była zanurzona w wodzie.

Podekscytowana hrabina wychyliła się, wachlując.

– Nie wiedziałam, że Larea jest zbudowana na palach!

– Bo nie jest! – odpowiedział Megassa, nawet nie patrząc na zewnątrz. – Trzy tygodnie temu została częściowo zalana podczas powodzi. Ostatnimi czasy jest ich bardzo dużo w Królestwach Wiosny i Jesieni.

– Och, co za straszna rzecz... – wyszeptała hrabina.

– Ponad dwustu zabitych, na szczęście prawie wszyscy Femtyci i kilku niewykształconych Talarytów. Czyż to nie ironia losu? U nas panuje susza, a tutaj wody mają aż nadto – stwierdził Megassa z chrapliwym śmiechem, sięgając po duże ciastko.

Talitha spojrzała na rodziców z mieszaniną smutku i zakłopotania: ich małostkowość, ostentacyjny dystans do plebsu powodowały u niej mdłości. Zaczęła liczyć minuty dzielące ją od momentu, kiedy będzie mogła wysiąść z karety.

Wjechali na ostatni, wiszący nad jeziorem odcinek przejścia. Z czysto zielonej wody wynurzały się kłębki szkarłatnych glonów, których kwiatostany otwierały się i zamykały na powierzchni, a dookoła nich krążyły drobne owady o opalizujących pancerzach, wysysając od czasu do czasu złoty nektar. Pod nimi pluskała cicho woda i Talicie wydawało się, że lata. Wszystko to podniosło ją na duchu, dopóki nie ujrzała zalanych, na wpół zniszczonych domów i rozciągających się na całym obszarze gruzów i innych szczątków. Ogarnął ją niepokój. Być może starcy mieli rację, mówiąc, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat klimat bardzo się zmienił.

Z pałacu przyszłego męża Kalymy rozciągał się widok na jezioro. Jego fasada składała się z ułożonych w szachownicę białych i różowych kamiennych bloków, a dach zdobiły wieżyczki i fryzy – tak cienkie, że wyglądały jak haft.

Przywitała ich Kalyma. Talitha zupełnie jej nie pamiętała, ale ojciec i matka byli w stosunku do niej niezwykle uprzejmi. Miała proste jasne włosy i karnację niewiele jaśniejszą od koloru skóry rodziny Talithy. Wyglądała zwyczajnie. Wyróżniał ją tylko strój wielkiej pani i intensywnie orzechowe oczy, co było rzadkością wśród Talarytów. Talithę drażnił nienaturalny sposób bycia kuzynki, która gdy tylko ją zobaczyła, obdarzyła sztucznym uśmiechem.

– Ale urosłaś! – pisnęła. – Pamiętam, jak byłaś taka mała i miałaś zawsze brudne ręce i rozczochrane włosy! „Prawdziwa chłopczyca” – mówiłam sobie, a popatrz no tylko, jakim pięknym kwiatem zakwitła ta roślina!

– Dziękuję – powiedziała Talitha z lekkim uśmiechem, wspominając dzień, w którym mając około sześciu lat, wyciągnęła z bagna niewielkich rozmiarów płaza o sześciu łapach i wrzuciła go kuzynce za dekolt, powodując tym samym przeraźliwe krzyki jej matki.

Kalyma pokazała im przeznaczone dla nich pomieszczenia. Mieli do dyspozycji całe skrzydło pałacu.

– Mój przyszły mąż pochodzi z drugiej gałęzi rodu i aspiruje do tronu. Jego ojcem jest hrabia tego miasta – wyjaśniła. – Być może niedługo będziecie musieli nazywać mnie królową – dodała z przebiegłym uśmieszkiem.

Istotnie, przyszłość Królestwa Wiosny była niepewna: rządziła nim królowa Niepokalana Kambria, która zbliżała się już do sześćdziesiątki. Nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci, więc o tron rywalizowały dwie gałęzie rodu. Z tego powodu kasta kapłańska miała w tych stronach ogromną władzę: tylko najwyższy kapłan królestwa mógł koronować królów, którzy byli wybierani przez zgromadzenie Małych Ojców i Małych Matekna konsystorzu. Zazwyczaj brano pod uwagę linię sukcesji, ale zdarzyło się już, że wybrano także monarchów nienależących do rodziny poprzedniego panującego. Wszystko zależało od ścisłych ustaleń z różnymi ugrupowaniami. W przypadku Królestwa Wiosny to najwyższa kapłanka musiałaby zdecydować, której gałęzi rodu powierzyć władzę.

– Mała Matka Larei jest po naszej stronie – kontynuowała Kalyma. – Jej zakon jest bardzo bogaty.

Talitha westchnęła, nie mogąc się doczekać, kiedy skończą się te nudne rozmowy, była jednak ostatnią osobą zaprowadzoną do pokoju. Razem z Saiphem, który taszczył jej bagaż, przeszli długim korytarzem, na którego końcu znajdowały się małe drzwi.

– Zostawiam cię tutaj – powiedziała Kalyma. – Miłego pobytu, moja droga – dodała i uśmiechając się sztucznie, odeszła.

– Sympatyczna osóbka z mojej kuzynki – zauważyła sarkastycznie Talitha, kiedy została sama ze swoim niewolnikiem.

– Otwórz drzwi, moja pani, już nie dam rady trzymać twoich rzeczy.

Talitha przekręciła złotą gałkę i z rozmachem otworzyła drzwi, ale żartobliwe słowa, które chciała skierować do Saipha, zamarły jej na ustach.

Pośrodku pokoju obok łóżka stała dziewczyna. Miała ogniście rude włosy spięte w luźny kok i jaskrawozielone oczy z bardzo widocznymi sińcami. Była ubrana w długi czerwony habit, przewiązany w talii złotym pasem. Mimo zmęczenia na twarzy była piękna i miała bardzo przyjemny uśmiech.

W jednej chwili Talitha zapomniała o wszystkim: o podróży, nudnych pałacowych rozmowach, nawet o złości na rodziców. Podbiegła do niej.

– Lebitha! – krzyknęła, obejmując dziewczynę.

Lebitha pogłaskała ją po włosach, zagłębiając w nich palce.

– Witaj, siostrzyczko. Jak się miewasz?

3

Saiph wycofał się, zostawiając siostry w towarzystwie starszej kapłanki o surowej twarzy, która stała zawsze dwa kroki za Lebithą. Takie były reguły zakonu: orantki nie mogły nigdzie chodzić same. Początkowo trudno jej było to zaakceptować, ale ostatecznie Lebitha przyzwyczaiła się, podobnie jak i do wszystkich innych obowiązków, jakich wymagała od niej rola zakonnicy odpowiedzialnej za Powietrzny Kamień.

Lebitha była bardzo podobna do młodszej siostry. Miała te same oczy, ten sam kształt twarzy i coś podobnego w gestach i uśmiechu, nawet jeśli lata pobytu w zakonie zmieniły jej ruchy, czyniąc je powolnymi i pełnymi wdzięku. Wstąpienie do klasztoru nie było jej wyborem, lecz obowiązkiem wynikającym z jej statusu. Będąc starszą córką hrabiego Megassy, miała wyznaczoną już od dziecka drogę, a fakt, że posiadała silny rezonans, czyli zdolność zestrojenia się z Kamieniem, tylko ułatwił proces. Dzień, w którym Lebitha została wyświęcona i na zawsze porzuciła życie w pałacu, dla Talithy był jednym z najbardziej bolesnych epizodów z dzieciństwa.

Siostry spacerowały po ogrodzie, ciesząc się chłodnym powietrzem Królestwa Wiosny, stanowiącym przyjemną odmianę dla kogoś, kto mieszkał w duchocie Królestwa Lata.

Ogrody pałacu były rozległe i bardzo zadbane. Prawie wszystkie żywopłoty miały oryginalne kształty zwierząt, niektóre z nich były niskie i zaokrąglone, inne wznosiły się pagórkowato. Drzewa natomiast były kanciaste i nienaturalnie regularne. Przede wszystkim jednak wszędzie była woda. Na łące znajdowały się liczne kanały, niektóre doskonale imitowały naturalne cieki wodne z wieloma małymi kaskadami i pokrytymi mchem skałami. I wszędzie tryskały fontanny.

– A ja sądziłam, że to nasz ojciec ma obsesję na punkcie obnoszenia się z bogactwem... Zobacz, jak tutaj marnotrawią wodę – powiedziała Talitha.

Siostra uśmiechnęła się smutno.

– Tutaj nie ma suszy jak u nas – wyjaśniła. – Wody mają nawet za dużo. Powiedziano mi, że dziś po raz pierwszy od dziesięciu dni jest tu ładna pogoda. W kronikach nie ma wzmianek o tak długich i intensywnych deszczach, jakie nawiedziły te strony w ciągu ostatnich lat. Zapewne widziałaś zalane tereny.

Talitha przytaknęła z powagą.

– Tak, widziałam. I widziałam coś jeszcze: ludzi słaniających się z głodu za Messe. Nie miałam pojęcia, że na peryferiach panuje taka bieda. A nasz ojciec nie robi nic, żeby pomóc tym biedakom. Przeciwnie.

Lebitha sposępniała.

– Wiem. Nim wstąpiłam do klasztoru, też nie miałam pojęcia o tym, że sytuacja jest tak poważna i...

Jej słowa przerwał atak kaszlu.

Talitha podeszła do siostry i pogłaskała ją po ramieniu. Lebitha wyglądała na o wiele bardziej zmęczoną niż niespełna trzy miesiące temu, kiedy widziały się ostatni raz. Choć nie dzieliła ich zbyt duża odległość – zaledwie osiemset sążni wysokości w kierunku rozwidleń gałęzi Talarethu, gdzie znajdował się klasztor – to widywały się coraz rzadziej. Mimo sześciu lat różnicy aż do wyjazdu Lebithy były ze sobą bardzo zżyte. To do niej biegła w nocy Talitha, kiedy się bała, i to ona ją przytulała i kołysała, dopóki nie zapomniała o koszmarze.

– Dobrze ci w tym monasterze? – zapytała.

Lebitha wzruszyła ramionami.

– Tak, żyję normalnym życiem. Mała Matka starzeje się i wszyscy mówią, że wkrótce ją zastąpię.

– A nasz ojciec będzie miał to, czego zawsze chciał... – powiedziała Talitha z zaciśniętymi zębami.

– Mylisz się. Droga do tronu Królestwa Lata jest jeszcze długa: musi umrzeć obecna królowa, nim nasza matka będzie mogła zająć jej miejsce. A poza tym mój głos byłby tylko jednym z dziesięciu. Także inne Małe Matki musiałyby na nią zagłosować.

– Zobaczysz, że naszemu ojcu uda się je przekonać. Jedynie na tym tak naprawdę mu zależy. Także ta dzisiejsza kolacja, cała podróż, nawet nasza obecność tutaj mają tylko jeden cel. Pokazuje nas i steruje nami jak pionkami. Mam tylko nadzieję, że kiedy to się skończy i on wraz z matką zasiądą na tronie, przestanie wreszcie nas zadręczać.

Lebitha pobladła jeszcze bardziej. Talitha zauważyła jej zapadnięte policzki. Dostrzegła też, że włosy siostry są mniej bujne niż kiedyś. Dlatego postanowiła zakończyć ten smutny temat.

– Powiedz mi, widziałaś niebo?

– Tak, czasami coś dostrzegam. Wiesz, tylko Małe Matki mogą je widzieć w całości.

– I naprawdę jest takie straszne, jak mówią?

Lebitha zamilkła na chwilę.

– Tak, to niesamowity widok. Miraval jest świecącą silnym blaskiem kulą ognia. Tak szkodzi oczom, że nie możesz na niego patrzeć bezpośrednio, a znajdujący się u jego boku Cetus jest oślepiający. Nie znoszę tego światła.

Talitha wiedziała to już od dziecka: Miraval był ułudą, którą bogini Mira – matka wszystkich bogów – dała niebiosom, by kontrolował niszczącą siłę złego Cetusa. Te dwa ciała niebieskie miały przeciwstawne natury: Miraval – dobrą, a Cetus – złą. Cetus zagrażał światu, a Miraval odpowiadał mu swoją czystą i życiodajną energią. Oba słońca żyły razem na tym samym niebie i od początku istnienia Nashiry panowała między nimi doskonała równowaga.

– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że zmuszają cię do patrzenia na niego – powiedziała zaniepokojona Talitha.

– Nie... ale wiesz, największe Kamienie, te zawierające najwięcej powietrza, którym oddychamy, znajdują się na szczycie Talarethu, a tam gałęzie i liście są bardzo rzadkie. Stamtąd nie możesz nie widzieć nieba. Powietrze też ma inną konsystencję, zupełnie jakby u góry Kamień za bardzo je do siebie przyciągał.

– I to z tego powodu jesteś taka zmęczona?

– Nie widziałaś mnie przez trzy miesiące i już krytykujesz mój wygląd? – żartowała Lebitha. – Zwróć uwagę, że to ja jestem starszą siostrą.

– Mylisz się: ty jesteś starą siostrą, a to zupełnie co innego.

Obie szczerze się zaśmiały. Talitha wzięła siostrę pod ramię i oparła na nim policzek.

– Bardzo mi ciebie brakowało...

Lebitha pogłaskała ją po głowie.

– Mnie ciebie też. Straszliwie.

Przez kilka chwil milczały, ciesząc się swoją obecnością. Potem Lebitha zapytała siostrę, jak jej się wiedzie, i Talitha długo opowiadała jej z detalami o postępach, jakie zrobiła w sztukach walki.

– A Saiph?

– Jak zwykle, znasz go przecież: sprawia wrażenie bardziej nieszkodliwego, niż jest w rzeczywistości. Przynajmniej raz w tygodniu zabiera mnie na dół, do niewolników. Świetnie się tam bawimy.

– Cieszę się, że ma się dobrze.

Talitha nigdy do końca nie zrozumiała, co łączyło Saiphai jej siostrę. Wiedziała tylko, że jego zmarła kilka lat wcześniej matka Anyas była osobistą służącą Lebithy, bardzo przez nią kochaną, i że Saiph pojawił się tego samego dnia, kiedy jej siostra poszła do klasztoru. Nie wiedziała nic więcej, mimo że Lebitha zawsze o niego pytała.

Nagle zza żywopłotu wyszła zdyszana Kolya.

– Hrabianko Talitho! Wszędzie pani szukałam. Musi się pani przygotować do kolacji!

– Jest jeszcze czas! Zostaw nas same – odpowiedziała szorstko dziewczyna.

Siostra ścisnęła jej ramię.

– No, idź już. Zobaczymy się później, na kolacji.

– Ty też będziesz?

– Oczywiście. To należy do moich obowiązków.

– W takim razie do zobaczenia później. – Talitha cmoknęła ją w policzek i poszła za niewolnicą.

Salon, w którym podano kolację, był pomieszczeniem tak obszernym, że między jedną ścianą a drugą można było się zgubić. Oświetlały go dziesiątki pochodni. Duży stół był przykryty śnieżnobiałym lnianym obrusem, na którym rozłożono około trzydziestu bogato zdobionych talerzy. W głębi pomieszczenia stali w szeregu słudzy. Zgodnie z protokołem obecni byli też osobiści służący gości. Wśród nich znalazł się Saiph. Talitha chętnie wzięłaby go pod ramię i zabrała stamtąd, ale była to jedna z tych sytuacji, w których nie mogła uciec od wymogu ceremoniału. Ponieważ była tam także jej siostra, istniała nadzieja, że może uda jej się przeżyć tę kolację.

– Talitho! Cudownie wyglądasz w tej sukni – powiedziała matka, podchodząc do niej. Jak zwykle machała swoim wachlarzem i jak zwykle była perfekcyjna.

Talitha ukłoniła się lekko, czując ucisk w gardle. Ojciec nakazał Kolyi, by na tę okazję Talitha włożyła wyjątkowo zdobioną suknię. Była uszyta z błyszczącego jasnego materiału, a składały się na nią aż trzy sztywne halki, natomiast górną część zdobiły koronki i kosztowne kamienie. Jednak prawdziwą udręką był gorset, który Kolya zbyt mocno ścisnęła. „Tak musi być – powiedziała. – W przeciwnym razie nie zapniesz, moja pani, sukni”.

– Dziękuję, matko. Ty również wyglądasz jeszcze piękniej niż zwykle – odpowiedziała, gdy tylko odzyskała oddech.

Goście wchodzili pojedynczo. Byli wśród nich wybitni obywatele Larei, hrabiowie z Arbei i Lai, dwóch miast położonych bardziej na południu, i dowódca lokalnej Gwardii. Sala zaczynała wypełniać się głosami. Talitha trzymała się na uboczu. Kłaniała się, kiedy matka ją przedstawiała, i co jakiś czas rozdawała uśmiechy, ale nie miała zamiaru uczestniczyć w rozmowach. Tego rodzaju spotkania śmiertelnie ją nudziły. Nie znosiła głupich, zapleśniałych starców, którzy nie robili nic innego poza schlebianiem jej ojcu.

Kiedy weszła Lebitha, Talitha podeszła do niej, ale od razu zauważyła starszą zakonnicę, która szła u boku siostry, jakby ją eskortowała. Jej przezorne oczy były gotowe na wyłapanie każdego szczegółu.

– Odpoczęłaś? – spytała, nie odrywając wzroku od tej specyficznej ochrony.

– Trochę, czuję się już lepiej.

Talitha nie miała odwagi zapytać o coś jeszcze. Badawcze spojrzenie leciwej kapłanki wprawiało ją w zakłopotanie. Obserwowała wszystko, co działo się dookoła Lebithy, zupełnie jakby stanowiło to dla niej jakieś zagrożenie.

Megassa wszedł jako jeden z ostatnich gości. Ubrany był na pozór skromnie, lecz faktura i krój szat oraz jakość tkanin zdradzały jego władzę i bogactwo. Gdy tylko się pojawił, wszyscy zamilkli, a on rozkoszował się tą ciszą. Szedł uroczyście z poważnym wyrazem twarzy i dumnym wzrokiem.

Pozostali zaproszeni pozdrowili go ukłonami i okolicznościowymi zwrotami. Talitha także spuściła przed nim głowę, a Megassa spojrzał na nią usatysfakcjonowany.

Chwilę później ciężkim krokiem weszła ubrana na zielono postać; była to najwyższa kapłanka – ziemska przedstawicielka Keryi, bogini opiekunki Królestwa Wiosny – i najwyższa władza religijna w tym królestwie. Podążały za nią dwie siostry w niebieskich szatach, a dwa kroki za nimi, milcząca jak cień, szła ubrana na brązowo kobieta. Jej twarz zakrywała dziwna, ledwo co ociosana drewniana maska,z której wychodziły dwa liście. To była kombatantka, czyli zakonnica wojowniczka. Wszyscy uklękli na znak poważania, dotykając podłogi trzema palcami prawej dłoni – pozdrowienie dla przebywających pod ziemią bogów.

Na końcu weszli rodzice przyszłych małżonków, którzy sami się nie pojawili. Zgodnie z tradycją w dniu poprzedzającym zaślubiny nie mogli się widzieć. Rodzice pana młodego pozdrowili gości, którzy po oddaniu im hołdu na kolanach kolejno się podnosili.

– Jestem zaszczycony waszą gościnnością – powiedział Megassa, pozostając w pozycji klęczącej kilka sekund dłużej od pozostałych.

– Jestem zaszczycony, że mogę gościć człowieka tak prawego i sprawiedliwego, jakim jesteście – odpowiedział ceremonialnym tonem pan domu.

Z powodu szmeru głosów reszty rozmowy Talitha nie usłyszała. Przyjęcie natomiast było dokładnie takie, jak je sobie wyobrażała: niekończące się i nudne. Już znała scenariusz – goście wychwalający potrawy i zdyscyplinowanie niewolników, jej ojciec schlebiający obecnym w stopniu proporcjonalnym do ich władzy, przechodzący następnie do wychwalania kasty kapłańskiej, by na końcu gloryfikować zalety Lebithy.

Kolacja była wystawna, prawdziwy luksus w tych trudnych czasach. Dłubiąc niechętnie w grillowanym mięsie, Talitha zastanawiała się, ilu niewolników pościło tego wieczoru, by oni mogli delektować się tymi wszystkimi przysmakami. Oczywiście i tak nie mogliby spróbować najbardziej wyszukanych dań, tych na bazie pieczystego, Femtyci bowiem nie jedli mięsa. Ich pożywieniem były głównie owoce, warzywa i chleb, toteż wyżywienie niewolników nie było zbyt dużym wydatkiem dla ich właścicieli, ale kiedy jedzenia brakowało, służący byli pierwszymi, którzy to odczuwali.

– Chcieli wyświęcić ją na zakonnicę wcześniej, niż było to przewidziane. Czyż nie, siostro Lantanio?

– Tak, zawsze była wyjątkowo uzdolnioną nowicjuszką – odpowiedziała leciwa zakonnica towarzysząca Lebicie.

– A pani, hrabianko? – zwrócił się do Talithy jeden z gości. – O pani siostrze już sporo wiemy, a pani jak spędza czas?

Talitha już miała odpowiedzieć, ale uprzedził ją ojciec.

– Talitha jest jeszcze młoda: dba o swoje wykształcenie,a także uczy się walki w naszej Gwardii. – Rzucił porozumiewawcze spojrzenie szefowi Gwardii Larei.

Mężczyzna, korpulentny Talaryta o wydatnym nosie, piłz kieliszka sfermentowany sok.

– Gwardia z Messe może mówić o prawdziwym szczęściu, mając w swoich szeregach tak piękną dziewczynę – skomentował.

– I nie jest to takie szkolenie, jakie pobiera większość potomków innych rodów, ot tak, dla zabawy. Talitha na poważnie uczy się sztuki walki.

Przez chwilę dziewczynie wydawało się, że jej ojciec jest naprawdę z niej dumny.

– To dobrze. To bardzo dobrze – skwitował hrabia Lai. – Czyli chce pani zostać gwardzistką?

„Niczego na świecie bardziej nie pragnę” – chciała odpowiedzieć Talitha, ale zauważyła zimne spojrzenie ojca, więc ze wstydliwym uśmiechem rzekła:

– Jestem jeszcze młoda i nie zastanawiałam się nad tym. Kiedy nadejdzie właściwy moment, uczynię to, co będzie najlepsze dla mojej rodziny.

Szmer pochwał przebiegł przez audytorium.

– Doprawdy bardzo mądra dziewczyna – skomentował ojciec pana młodego, kierując w stronę Megassy pochlebny uśmiech.

Hrabia pochylił głowę.

– Zawsze przywiązywałem szczególną wagę do wykształcenia moich córek.

Talitha utkwiła wzrok w talerzu. Jej ojciec nic o niej nie wiedział; już jako dziecko została oddana w ręce różnych nauczycieli. Miałaby ochotę wstać i zapytać go, na jakim gra instrumencie albo jak nazywa się jej mistrz w Gwardii. Zabawnie byłoby widzieć, jak bełkocze przypadkowe imię i przed tymi wszystkimi ludźmi wychodzi na głupka. Ale nie mogła sobie na to pozwolić: nie do pomyślenia było, by kwestionować jego autorytet. Zagryzła więc wargi i pozostała na swoim miejscu.

Serwowano kolejne dania i kolejne puste rozmowy zajmowały współbiesiadników. Talitha skoncentrowała się na jedzeniu, dzięki czemu nie musiała patrzeć na twarze ludzi, którymi gardziła. Jednakże odnosiła wrażenie, że wszystkie potrawy miały taki sam smak i koniec końców zjadła niewiele i bez apetytu. Zauważyła, że również jej siostra prawie nie tknęła jedzenia i zabierano od niej pełne talerze.

Kiedy wreszcie i deser – mleczny krem o cytrusowym zapachu – znalazł się w żołądkach gości, pan domu wstał i zaprosił wszystkich do Niebieskiego Salonu, by tam przy dobrym trunku z kwaśnych jagód dyskutować o interesach.

Siostra Lantania, uskarżając się na swój wiek, wróciła do pokoju, sugerując uprzednio Lebicie, by ona też wkrótce udała się do swojego pomieszczenia. Talitha poczuła ulgę. W końcu mogła swobodnie porozmawiać z siostrą.

– Kim ona jest? Była do ciebie przyczepiona jak huba do drzewa – powiedziała. Dopiero teraz zauważyła, że oczy Lebithy błyszczały, a jej cera była szara. – Dobrze się czujesz?

– Ja... nie... – wybełkotała Lebitha. Kaszel spowodował, że słowa ugrzęzły jej w gardle. Kaszlała, plując krwią. Mimo że jedną dłonią zasłoniła usta, to i tak kilka czerwonych plamek pobrudziło wykonaną z cennych kamieni podłogę.

Potem wolno osunęła się na ziemię.

Zdawało się, że czas stanął w miejscu. Wszyscy goście obrócili się w jej stronę i znieruchomieli. Lebitha nie była teraz niczym więcej niż leżącym na podłodze czerwonym tobołkiem. Przez chwilę Talicie wydawało się, że to nie dzieje się naprawdę. Potem rzuciła się w kierunku siostry, wykrzykując jej imię.

4

To może być przemęczenie albo równie dobrze coś poważniejszego – powiedziała zakonnica Lantania, zamykając drzwi.

Talitha widziała Lebithę tylko przez moment: leżała w pościeli, pozostawiona sama sobie, a jej blada ręka zwisała z łóżka.

– Czy jutro będzie mogła uczestniczyć w ślubie? – zapytał Megassa.

– Wykluczone – odpowiedziała zakonnica. – Absolutnie potrzebuje leczenia. Jutro rano będzie musiała wrócić do klasztoru pod opiekę naszej siostry.

– Nie ma mowy! – zaprotestował stanowczo Megassa. – Wróci do pałacu, gdzie zajmie się nią moja zaufana opiekunka, którą zresztą dobrze znacie – oświadczył i nie dodając nic więcej, obrócił się na pięcie i odszedł.

Talitha patrzyła z niedowierzaniem, jak się oddala. Nawet w tak dramatycznej sytuacji był jak zawsze zimny i obojętny.

Otworzyła cicho drzwi i wślizgnęła się do środka. Usiadła po turecku na podłodze obok łóżka i przy świetle palącej się na szafce świeczki przyglądała się siostrze. Przez moment wydawała jej się obca i strach ścisnął żołądek Talithy. Sięgnęła pod gorset i wyciągnęła rzemyk, na którym wisiał kamień o nieregularnym kształcie, z wyraźnie przeciętą krawędzią. Znalazły go lata temu w ogrodach pałacu. Był bardzo ciekawy, wyglądał, jakby składał się z dwóch identycznych części, złączonych ze sobą jednym bokiem.

– Jest taki jak my – powiedziała wtedy jej siostra, trzymając go w dłoni i pokazując jej. – Dwie połówki całości.

To ona go przepołowiła i w każdej części zrobiła dziurkę.

– Jedna część będzie dla mnie, a druga dla ciebie. Za każdym razem, kiedy będziemy czuły się samotne, popatrzymy na niego i przypomnimy sobie, że zawsze mamy siebie.

Talitha zauważyła rzemyk na szyi siostry i uśmiechnęła się. Ścisnęła kamień, podniosła go na wysokość czoła i zacisnęła mocno powieki.

Następnego dnia Talitha musiała uczestniczyć w ceremonii zaślubin. Choć próbowała się przeciwstawić, ojciec pozostał nieugięty. Uroczystość była dla niej prawdziwą torturą. Być świadkiem radości zebranych wokół niej ludzi, widzieć ogromne ilości pożywienia i nie móc stamtąd uciec – wszystko to było nie do wytrzymania. Wykorzystując ogólne zamieszanie, Saiph biegał między pokojem Lebithy a salą bankietową i przekazywał Talicie informacje na temat samopoczucia siostry. Ale to jej nie wystarczało. Ona po prostu musiała być przy boku siostry, czuła, że tak powinna zrobić.

W końcu zapadł zmierzch i rodzice przygotowywali się do wyjazdu. Z uwagi na stan zdrowia Lebithy ojciec pana młodego podarował im skrzydlatego smoka, który miał zawieźć ich jak najszybciej do domu.

W innych okolicznościach Talitha cieszyłaby się z każdej minuty tej niecodziennej podróży, ale teraz wszystkie jej myśli krążyły wokół siostry, która nadal leżała nieprzytomna. Nic innego nie miało znaczenia.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła Lebitha, odzyskawszy przytomność, była twarz Talithy. Otworzyła powoli oczy, jakby drażniło ją słabe światło przedostające się przez zasłony do wnętrza pokoju.

– Jak się czujesz? – zapytała Talitha.

– Gdzie jesteśmy?

– W domu. Nic nie pamiętasz?

Czoło Lebithy pokryło się kropelkami potu.

– Pamiętam przyjęcie, ale potem...

– Zemdlałaś podczas kolacji i byłaś nieprzytomna przez trzy dni. Przywieźliśmy cię tutaj na grzbiecie smoka.

Lebitha obróciła się w jej stronę.

– Na grzbiecie smoka? Na pewno bardzo ci się podobało – szepnęła słabym głosem.

– Siostrzyczko... – Talitha mocno ścisnęła jej dłoń.

Lebitha spróbowała się podnieść, ale jej ramiona nie wytrzymały wysiłku.

– Zostaw to mnie – powiedziała troskliwie Talitha. Poprawiła poduszkę siostrze i pomogła jej usiąść. Poczuła, jak bardzo jest słaba, gdy Lebitha bezwładnie zawisła w jej ramionach.

– Bardzo się przeze mnie denerwowaliście?

– Trochę – zbagatelizowała sytuację.

– Od dawna czuję się ciągle zmęczona... I często kręci mi się w głowie. To pewnie przez to, że dużo się uczę.

– Twoja szefowa powiedziała, że dziś przyśle siostrę Lianę.

– Moja szefowa?

– No tak, Mała Matka. Zawiadomili ją, że źle się czujesz.

Lebitha zaśmiała się cicho.

– Moja szefowa... Dość impertynencki sposób na jej określenie.

Talitha uśmiechnęła się. Siostra przynajmniej miała dobry humor – to musiał być dobry znak.

– Ty i religia nadal zbytnio się nie kochacie, prawda? – stwierdziła Lebitha.

Młodsza siostra wzruszyła ramionami.

– Jestem gwardzistą i nie interesują mnie rzeczy duchowe.

Nagle otworzyły się drzwi i w progu stanął Megassa. Talitha poderwała się na równe nogi, a ojciec wszedł do pokoju. Za nim zjawiła się ubrana na czerwono kobieta z rozpuszczonymi, sięgającymi ramion włosami. Miała poważny, ale nie surowy wyraz twarzy i wzbudzała zaufanie. To była siostra Liana, opiekunka. Wymieniły z Lebithą uśmiechy.

Hrabia zatrzymał się obok łóżka.

– Jak się dzisiaj czujesz?

– Trochę lepiej, ojcze.

Megassa zauważył młodszą córkę.

– A ty co tutaj robisz? Powiedziałem ci, żebyś zostawiła siostrę w spokoju. Wyjdź! – rozkazał.

Talitha spojrzała przelotnie na Lebithę, jednak nie miała odwagi sprzeciwić się ojcu. Po raz kolejny przeklęła się za to, lecz było to silniejsze od niej. Ukłoniła się pospiesznie i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Oparła się o nie plecami i poczuła, jak ogarnia ją zmęczenie po nieprzespanych nocach. Teraz wszystko było w rękach opiekunki, po drugiej stronie drzwi.

Z cienia korytarza wyłonił się Saiph.

– Jak się czuje?

– Nie wiem. Jest u niej opiekunka.

Chłopak popatrzył na swoją właścicielkę, zastanawiając się, jak ona musi się czuć. Pięć lat wcześniej zmarła jego matka. To był wypadek podczas pracy: potrąciła duży garnek,z którego wylał się na nią wrzątek. Walczyła o życie przez trzy dni. Lebitha, dowiedziawszy się, co się stało, sprawiła, że zajęła się nią jedna z opiekunek, ale niestety nic nie dało się zrobić. Rankiem czwartego dnia jego matka zmarła. Saiph aż za dobrze pamiętał poczucie bezsilności i ślepą, niszczącą złość, która nim zawładnęła.

– Może potrzebuje tylko odpoczynku – powiedział.

– Pluła krwią – zauważyła oschle Talitha. – Nie wiem... to tak, jakby to przeklęte miejsce wysysało z niej duszę. Za każdym razem, kiedy wraca z klasztoru, jest coraz bardziej przygaszona. To ich wina, czuję to.

Saiph położył dłoń na jej ramieniu i mocno je ścisnął.

– Chcesz, żebym przygotował twój pokój? Dobrze by ci zrobił odpoczynek, ty też nie za dobrze wyglądasz.

Talitha potrząsnęła głową.

– Nie, moje miejsce jest tutaj.

Chłopak zwolnił uścisk i usiadł obok niej.

– W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli ja też zostanę?

Dziewczyna popatrzyła na niego i się uśmiechnęła.

– Nie, ty głuptasie.

Siedzieli tak obok siebie, nie odzywając się ani słowem. Za drzwiami panowała absolutna cisza.

Po pierwszej opiekunce przybyła druga, przysłana kilka dni później osobiście przez Małą Matkę z Messe, a potem trzecia – starsza kobieta o surowym wyglądzie przyjechała specjalnie z Królestwa Wiosny. Mówiło się, że jest jedną z najlepszych w całej Talarii.

Lebitha już od tygodnia nie wstawała z łóżka i Talicie coraz rzadziej pozwalano na odwiedziny.

– Mówią, że to tylko zmęczenie – próbowała ją pocieszać Lebitha podczas tych nielicznych okazji, kiedy mogły się widzieć. – Radzą mi więcej odpoczywać.

Talithy wcale nie przekonywały te wyjaśnienia, ale siostra ciągle się do niej uśmiechała, pogodna i spokojna.

– Nie cieszysz się? – spytała pewnego wieczoru, ściskając jej rękę. – Zawsze narzekałaś, że rzadko się widujemy, więc w końcu znalazłam sposób, żeby spędzać z tobą dużo czasu.

Ale nic nie było w stanie rozwiać wątpliwości, które szarpały Talithą. Jej siostra była coraz bledsza, a Saiph wyznał jej, że na dole niewolnicy ciągle piorą poplamione krwią chusteczki.

– To nie może być tylko zmęczenie! – powiedziała Saiphowi dziesiątego dnia choroby.

Odwiedziła go w kuchni i teraz siedziała obok niego na podłodze, podczas gdy on zjadał zachłannie resztki z kolacji, które mu przyniosła. Niewolnicy w pałacu wydawali jej się coraz bardziej wycieńczeni. Saiph również nie był w zbyt dobrej formie. Dowiedziała się od niego, że znowu zostały ograniczone porcje żywności i że często głodował.

Kiedy skończył jeść, obrócił się, by na nią spojrzeć. Talitha opierała brodę o kolana, a jej twarz była poważna i zmartwiona.

– Pluje krwią. Powiedziałeś, że ciągle pluje krwią. Ana dodatek jest tam zawsze ta zakonnica, która nie opuszcza jej ani na krok. Nie możemy pobyć same nawet przez minutę!

Chłopak doskonale wiedział, o czym myślała. Dżuma. Plaga dotykająca przeważnie osoby młode i – dziwnym zbiegiem okoliczności – najczęściej kler. Mówiło się, że miało to związek z długotrwałym kontaktem z Kamieniem lub że to wina zbyt gęstego powietrza w klasztorach. Chociaż nie znano przyczyny, wiadomo było aż nazbyt dobrze, jaki był skutek tej choroby. Nikt nigdy nie wyzdrowiał.

Saiph silił się na uśmiech.

– Niepotrzebnie się zamartwiasz. Tutaj, w podziemiach, niewolnicy bez przerwy kaszlą krwią, a jednak prawie wszyscy nadal żyją, wielu z nich nawet zdrowieje. Sporo chorób ma takie objawy, poza tym twoja siostra jest w dobrych rękach.

Mimo tych zapewnień Talitha miała w głowie tylko dżumę. Może była przekonana, że myśląc ciągle o najgorszym, uda jej się uratować Lebithę?

„Jeśli o czymś myślisz, to na pewno się nie zdarzy. Życie nigdy nie jest takie, jak oczekujemy”.

Doskonale wiedziała, że to rozumowanie było głupie,a mimo to jakaś część niej naprawdę wierzyła, że w ten sposób uratuje ją, że warto cierpieć, martwić się i czuć się źle, jeśli dzięki temu można nieco ulżyć siostrze.

Tymczasem stan Lebithy wcale się nie poprawiał. Leżała w swoim pokoju coraz bardziej blada i niemal całkowicie straciła apetyt. Talicie udało się uzyskać pozwolenie, żeby to ona mogła ją karmić.

– Litho, naprawdę nie jestem głodna... – protestowała słabo Lebitha, kiedy siostra nalegała, by zjadła jeszcze trochę.

– Jesteś za chuda, nic nie jesz.

– Czuję się, jakby coś ściskało mi żołądek.

Talitha opadła ciężko na krzesło. W rękach trzymała talerz z zupą.

Lebitha patrzyła na nią przez chwilę, a potem się uśmiechnęła.

– Kiedyś, jak byłaś chora, to ja cię karmiłam – zaczęła. – Zawsze byłam przy tobie, bo ty jadłaś tylko wtedy, gdy ja byłam.

Talitha doskonale pamiętała te chwile. Nawet kiedy majaczyła w gorączce, obraz jej siostry był zawsze wyraźny.

– A teraz to ty jesteś tą rozważną, tą, która musi mnie nakarmić...

– Bo teraz to ty jesteś chora. Nic innego to nie znaczy.

– Znaczy, że dorosłaś, Litho. Często myślałam o tym, jak będę stara i ktoś będzie musiał się mną opiekować – właśnie tak, jak robisz to teraz. Tam, w klasztorze, widziałam wiele leciwych sióstr. Z wiekiem człowiek staje się jak dziecko, wiesz? A ci, o których dbaliśmy, których wychowywaliśmy, muszą się nami zaopiekować. Tylko nie sądziłam, że mnie przytrafi się to tak szybko.

Talitha chwyciła ją za rękę.

– Nie mów tak!

Siostra położyła dłoń na jej włosach i pogłaskała ją.

– Głuptasie, czego się boisz? Mówiłam tylko, że w chorobie zachowujemy się trochę tak, jak byśmy nagle się zestarzeli. Ale w przeciwieństwie do starości, choroba mija i będzie jeszcze wiele chwil, kiedy to znowu ja będę o ciebie dbać i cię pocieszać.

Talitha powstrzymała łzy i cieszyła się z lekkiego dotyku dłoni siostry. Chciałaby zatrzymać tę chwilę na zawsze, bo w głębi serca czuła, że jeśli czas teraz się nie zatrzyma, to wydarzy się coś nieodwracalnego.

Wkrótce Lebitha była przytomna już tylko kilka godzin w ciągu dnia. Przez resztę czasu leżała w łóżku, pogrążona w lekkim i niespokojnym śnie.

– Mimo panującego niedostatku słono wam płacę, wasz klasztor nigdy nie prosperował tak dobrze jak teraz, lecz moja córka ciągle leży w tym przeklętym łóżku, niszczona przez chorobę! Gdzie podziały się wasze zdolności, gdzie jest wasza wiedza?! – krzyczał któregoś ranka Megassa, po tym jak odwiedził córkę.

Słychać go było nawet w pokoju Talithy, oddalonym o ponad piętnaście sążni od gabinetu hrabiego. Nie udało jej się zrozumieć słów, jakimi usprawiedliwiała się opiekunka, ale chwilę później ponownie dotarł do niej donośny głos ojca:

– Jesteście niedorajdy! Jeśli wy nie potraficie jej wyleczyć, to zrobi to Wielka Matka. A teraz idźcie sobie!

Talitha poczuła, jakby jej coś pękło w klatce piersiowej. Zaczęły piec ją oczy. Zamknęła je i z mocno zaciśniętymi pięściami pochyliła głowę. „Uzdrów ją, Miro, uzdrów ją!” – powtarzała to bez końca, aż słowa straciły sens, aż poczuła się wyczerpana.

Jeszcze