Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Król węży - Jeff Zenter

Ponure, zaściankowe miasteczko na południu Stanów Zjednoczonych. Młodzieńcze życie Dilla nie jest łatwe. Nie dość, że czuje się napiętnowany przez trudną rodzinną sytuację, to dodatkowo  w szkole traktowany jest jak odmieniec. Jedynym antidotum na cały ten wszechogarniający jad, jest jego przyjaźń z innymi wyrzutkami Travisem i Lydią. Historia wzlotów i upadków trójki przyjaciół, którzy za wszelką cenę chcą wyrwać się z tego nieprzyjaznego dla nich miejsca.

NAGRODY:

Indie Next List Top Ten

An Amazon Best Book of the Month

A Telegraph Best YA Books of 2016 Pick

Amazon’s July YA Book Club Pick

 

Jeden z 3 najlepszych debiutów 2016 wg Publishers Weekly!

Opinie o ebooku Król węży - Jeff Zenter

Fragment ebooka Król węży - Jeff Zenter

Tytuł oryginału: The Serpent King

Redakcja: Justyna Czebanyk

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Zdjęcia na okładce:

Copyright © David Lees/Taxi/Getty Images

Copyright © Roc Canals Photography/Moment Select/Getty Images

Copyright © Panoramic Images/Getty Images

Copyright © Rasstock/ Shutterstock

Copyright © wong yu liang/ Shutterstock

Copyright © 2016 by Jeff Zentner

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-581-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

Dla Tennessee Luke’a Zentnera,

mojego wspaniałego syna.

Mojego serca.

1 Dill

Istniały rzeczy, których Dillard Wayne Early Junior bał się bardziej niż rozpoczęcia szkoły w liceum Forrestville High. Niewiele, ale jednak. Na przykład myślenie o przyszłości. Dill nie lubił tego ani trochę. Nie lubił też rozmawiać z matką na temat religii. Nigdy nie czuł się ani szczęśliwy, ani zbawiony. Nie cierpiał też tego błysku rozpoznania, który przemykał po twarzach ludzi na dźwięk jego nazwiska. Następująca później rozmowa też raczej rzadko sprawiała mu przyjemność.

I szczerze nie lubił odwiedzać swego ojca pastora Dillarda Early’ego Seniora w więzieniu Riverbend. Tym razem celem jego wyprawy do Nashville nie była wizyta u ojca, lecz przez cały czas towarzyszyło mu dręczące poczucie niesprecyzowanego lęku. Nie rozumiał, o co chodzi. Możliwe, że lęk wywoływała perspektywa rozpoczęcia roku szkolnego, jednakże Dill odczuwał go jakoś inaczej niż w latach ubiegłych. Lęk byłby znacznie większy, gdyby nie perspektywa spotkania z Lydią. Najgorsze dni w jej towarzystwie były i tak lepsze niż najlepsze dni bez niej.

Dill przerwał brzdąkanie na gitarze, pochylił się i zaczął pisać w leżącym przed nim na podłodze tanim zeszycie z dyskontu. Rozpadający się wentylator zawył, przegrywając bitwę z duchotą panującą w pokoju.

Uwagę Dilla przyciągnął przebijający się przez szum pracującego wentylatora dźwięk osy obijającej się o szybę. Podniósł się ze zniszczonej sofy i podszedł do okna, po czym walnął w nie kilka razy, aż otworzyło się z piskiem.

Dill przegonił osę w stronę szpary.

– Nie chcesz tu zostać – mruknął. – Ten dom nie jest dobrym miejscem do umierania. No już. Zmykaj.

Osa przysiadła na parapecie, jeszcze raz rozejrzała się dokoła i pofrunęła na wolność. Dill zatrzasnął okno, niemal wieszając się na nim, by zechciało się zamknąć.

Do pokoju weszła matka ubrana w uniform pokojówki z motelu. Wyglądała na zmęczoną. Zresztą zawsze wyglądała na zmęczoną, a przez to na starszą niż swoje trzydzieści pięć lat.

– Otwarte okno i włączona klimatyzacja? Co ty sobie myślisz? Prąd nie jest za darmo.

Dill odwrócił się w jej stronę.

– Osa.

– Czemu ubrałeś się do wyjścia? Dokądś się wybierasz?

– Do Nashville. – Proszę, nie zadawaj tego pytania, które zamierzasz zadać.

– W odwiedziny do ojca? – Jej głos był pełen nadziei i pretensji zarazem.

– Nie. – Dill odwrócił wzrok.

Matka podeszła bliżej, szukając jego spojrzenia.

– Dlaczego nie?

Dill wciąż unikał jej wzroku.

– Dlatego. Nie po to tam jedziemy.

– Jacy „my”?

– Ja. Lydia. Travis. Jak zwykle.

Podparła się jedną ręką pod bok.

– W takim razie po co tam jedziesz?

– Po ubrania do szkoły.

– Twoje ubrania są w porządku.

– Nieprawda. Robią się za małe. – Dill uniósł chude ramiona. T-shirt podjechał do góry, ukazując płaski brzuch.

– Za co niby chcesz je kupić? – Brwi matki, i tak zmarszczone mocniej niż u większości kobiet w jej wieku, ściągnęły się jeszcze bardziej.

– Za napiwki z noszenia ludziom zakupów do samochodu.

– Darmowy przejazd do Nashville. Powinieneś odwiedzić ojca.

Chcesz powiedzieć: odwiedź ojca albo pożałujesz. Dill wojowniczo uniósł podbródek i spojrzał na matkę.

– Nie chcę. Nie cierpię tego miejsca.

Splotła ramiona na piersi.

– Z założenia ma być nieprzyjemne. To więzienie. Myślisz, że jemu się tam podoba?

Pewnie bardziej niż mnie. Dill wzruszył ramionami i znów popatrzył za okno.

– Wątpię.

– Nie proszę o wiele, Dillard. Byłoby mi miło. I jemu też.

Dill westchnął, ale nic nie odpowiedział. Prosisz o bardzo wiele, niby o nic nie prosząc.

– Jesteś mu to winien. Tylko ty masz dosyć wolnego czasu.

Wiedział, że matka będzie mu suszyć głowę. Jeśli nie odwiedzi ojca, będzie cierpiał znacznie dłużej, niż jeśli od razu się podda. Uczucie lęku w żołądku przybrało na sile.

Matka już zamierzała wymusić na nim bardziej konkretną deklarację, ale w tym momencie na drodze do ich domu pojawiła się oklejona znaczkami toyota prius, by po chwili zatrzymać się przy wtórze pisku opon i dźwięku klaksonu. Dzięki Ci, Boże.

– Muszę lecieć – powiedział Dill. – Miłej pracy. – Uściskał matkę na pożegnanie.

– Dillard.

Szybko wypadł za drzwi, nie dając jej szansy. Kiedy przysłaniając oczy wyszedł na zalane jaskrawym słońcem podwórze, poczuł się, jakby ktoś włożył mu na barki wielki ciężar. Była dopiero dziewiąta trzydzieści, a wilgotne i parne powietrze już atakowało z całych sił – jakby ktoś owinął mu gorący, mokry ręcznik wokół twarzy. Spojrzał na biały obłażący budynek Kalwaryjskiego Kościoła Baptystów. Z przyzwyczajenia zmrużył oczy, by przeczytać napis. BEZ JEZUSA NIE ZAZNASZ SPOKOJU. POZNAJ JEZUSA, ZAZNASZ SPOKOJU.

A jeśli ktoś zna Jezusa, lecz nie może zaznać spokoju? Czy to znaczy, że napis jest błędny, czy też znaczy to, że ten ktoś nie zna Jezusa tak dobrze, jak mu się wydaje? Dill przypuszczał, że z obu tych stwierdzeń można wyciągnąć tylko niezbyt zadowalające wnioski.

Otworzył drzwiczki i wsiadł. Pory na jego ciele natychmiast skurczyły się w lodowatym powietrzu z klimatyzacji.

– Hej, Lydio.

Prędko chwyciła z siedzenia zniszczony egzemplarz Tajemnej historii i rzuciła go na tył.

– Przepraszam za spóźnienie.

– Nieprawda.

– Pewnie, że nie. Ale muszę udawać. Normy, umowa społeczna i tak dalej.

Można było regulować według Lydii zegarki, zawsze spóźniała się dokładnie dwadzieścia minut. I nie dało się jej oszukać, umawiając się dwadzieścia minut przed godziną, o której rzeczywiście chciało się umówić. W rezultacie spóźniała się czterdzieści minut. Miała szósty zmysł.

Lydia przechyliła się i uściskała Dilla.

– Tak wcześnie, a ty już spocony. Chłopcy są wstrętni.

Czarne oprawki jej okularów otarły się o jego kość policzkową. Zmierzwione szaroniebieskie włosy – w kolorze listopadowego nieba zaciągniętego chmurami – pachniały miodem, figą i wetiwerią. Wciągnął zapach w nozdrza. Przyjemnie zakręciło mu się w głowie. Na wyprawę do Nashville włożyła vintage’ową bluzkę bez rękawów z kraciastej czerwonej bawełny, dżinsowe szorty z podwyższonym stanem i kowbojki. Uwielbiał jej styl – we wszystkich odmianach i odsłonach, a było ich naprawdę wiele.

Zapiął pas, dosłownie na sekundę zanim przyspieszyła tak, że wcisnęło go w fotel.

– Wybacz. Nie dysponuję klimatyzacją, która mogłaby zmienić sierpień w grudzień. – Czasem przez wiele dni z rzędu nie miał okazji poczuć powietrza tak chłodnego jak w samochodzie Lydii, nie licząc chwil, gdy otwierał lodówkę.

Sięgnęła do przodu i nieco przykręciła klimatyzację.

– Uważam, że mój samochód powinien walczyć z globalnym ociepleniem na wszelkie możliwe sposoby.

Dill skierował wylot klimatyzatora na swoją twarz.

– Zastanawiałaś się kiedyś, jakie to dziwne, że Ziemia krąży w czarnej pustce kosmosu, gdzie panuje temperatura wynosząca jakieś tysiąc stopni1 poniżej zera, a my tu na dole się pocimy?

– Często zastanawiam się, jakie to dziwne, że Ziemia krąży w czarnej pustce kosmosu, a tu na dole żyje sobie taki świr jak ty.

– A dokąd się wybieramy? Opry Mills Mall czy jak?

Lydia rzuciła mu mordercze spojrzenie, po czym znów utkwiła wzrok w drodze, jednocześnie wyciągając rękę w jego stronę.

– Przepraszam, wydawało mi się, że przyjaźnimy się od dziewiątej klasy, a jednak wszystko wskazuje na to, że wcześniej się nie spotkaliśmy. Lydia Blankenship. Z kim mam przyjemność?

Dill skorzystał z okazji, by dotknąć jej dłoni.

– Dillard Early. Być może słyszałaś o moim ojcu, nosi to samo nazwisko.

To był wielki skandal w Forrestville w Tennessee, kiedy pastor Early z Kościoła Uczniów Chrystusa z Widocznymi Znakami trafił do więzienia stanowego – i bynajmniej nie z powodów, których można by się spodziewać. Wszyscy przypuszczali, że któregoś dnia wpadnie w kłopoty w związku z wężami, grzechotnikami i mokasynami w liczbie dwudziestu siedmiu, które każdej niedzieli poskramiała jego kongregacja. Nikt nie wiedział dokładnie, jakie łamią prawo, ale owe wyczyny wydawały się w jakiś sposób niewątpliwie bezprawne. I rzeczywiście, po jego aresztowaniu stanowy Wydział Ochrony Przyrody skonfiskował węże. Ludzie zapewne przypuszczali również, że pastor wejdzie w konflikt z prawem za nakłanianie swego stadka do picia rozwodnionego kwasu akumulatorowego i strychniny, co stanowiło kolejną ulubioną praktykę religijną. Ale nie, pastor trafił do więzienia Riverbend za truciznę zupełnie innego rodzaju: mianowicie za posiadanie ponad stu zdjęć przedstawiających nieletnich w jednoznacznie erotycznych sytuacjach.

Lydia przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.

– Dillard Early, hę? Coś mi to mówi. Ale nieważne, będziemy jechać półtorej godziny do Nashville po to tylko, by pójść do Opry Mills Mall i kupić ci takie same szmaty, jakie założą na rozpoczęcie roku Tyson Reed, Logan Walker, Hunter Henry i ich koszmarne dziewczyny.

– Zadałem proste pytanie.

Uniosła palec.

– Głupie pytanie.

– Dziękuję.

Oczy Dilla spoczęły na dłoniach Lydii trzymających kierownicę. Były smukłe, o długich zgrabnych palcach zakończonych pomalowanymi na jaskrawą czerwień paznokciami i ozdobionych całym mnóstwem pierścionków. Jej palce były niebywałe, wręcz agresywnie piękne. Dill uwielbiał patrzeć, jak prowadzi samochód. Jak pisze na klawiaturze. Jak robi cokolwiek rękami.

– Zadzwoniłaś do Travisa, żeby uprzedzić, że się spóźnisz?

– A czy do ciebie zadzwoniłam, żeby uprzedzić, że się spóźnię? – Wzięła prędki zakręt, z piskiem opon.

– Nie.

– Myślisz, że to będzie dla niego niespodzianka?

– Nie-e.

Sierpniowe powietrze było jak parna maligna. Już było słychać te owady – Dill nie miał pojęcia, jak się nazywają – te, które w upalne poranki wydają taki pulsujący grzechotliwy dźwięk, zapowiadając, że w ciągu dnia zrobi się jeszcze goręcej. Nie cykady, chyba nie. Grzechotki. Nazwa dobra jak każda inna.

– Jaki mam dzisiaj limit? – spytała Lydia. Dill posłał jej pytające spojrzenie. Uniosła rękę i potarła palcami. – Dalej, gościu, dawaj, co tam masz.

– Aaa. Pięćdziesiąt dolców. Dasz radę?

Prychnęła.

– Oczywiście, że dam radę.

– Dobra, tylko nic cudacznego.

Lydia znów wyciągnęła rękę w jego stronę – tym razem mocniejszym ruchem, jak karateka rozwalający deskę.

– Nie no, poważnie. Czy my się znamy? Powtórzysz nazwisko?

Dill znowu chwycił jej dłoń. Każdy pretekst dobry.

– Jesteś dzisiaj w świetnym humorze.

– Jestem w humorze na drobną premię. Niewielką. Nie rozpieszczaj mnie za bardzo.

– Gdzie bym śmiał.

– Czy w ciągu tych dwóch lat, kiedy jeździmy razem na zakupy, kiedykolwiek ubrałam cię w coś cudacznego?

– Nie. Znaczy dostawało mi się za ciuchy, ale na pewno i tak by mi się dostało, niezależnie od tego, co bym włożył.

– Właśnie. Ponieważ uczęszczasz do szkoły z ludźmi, którzy nie poznaliby się na świetnym stylu, nawet gdyby ugryzł ich w dupę. Mam pewną wizję. Tradycyjny rustykalny styl dawnej Ameryki. Kowbojskie koszule z perłowymi zatrzaskami. Dżins. Klasyczne męskie ikoniczne linie. Podczas gdy wszyscy w Forrestville High rozpaczliwie próbują wyglądać tak, jakby nie mieszkali w Forrestville, my zaakceptujemy i wykorzystamy nasze wiejskie południowe korzenie, konsekwentnie rozwijając styl w duchu: Townes Van Zandt z lat siedemdziesiątych skrzyżowany z Ryanem Adamsem z czasów, gdy grał z Whiskeytown.

– Wszystko zaplanowałaś. – Dill ucieszył się, że Lydia o nim myślała. Nawet jeśli odgrywał w jej myślach jedynie rolę lepszej wersji manekina.

– A czego się spodziewałeś?

Dill wciągnął w nozdrza zapach samochodu. Waniliowy odświeżacz powietrza, frytki, balsam o zapachu jaśminu, pomarańczy i imbiru, rozgrzany makijaż. Byli już blisko domu Travisa. Mieszkał niedaleko Dilla. Na skrzyżowaniu Lydia zatrzymała samochód, zrobiła selfie komórką i podała ją Dillowi.

– Zrób ze swojego miejsca.

– Jesteś pewna? Twoi fani mogą pomyśleć, że masz przyjaciół.

– Bardzo śmieszne. Strzelaj, a ja będę martwić się resztą.

Minęli jeszcze kilka przecznic i zajechali przed dom Bohannonów. Był biały i zniszczony, miał stary blaszany dach, a przed frontowymi drzwiami leżał stos drewna. Ojciec Travisa męczył się na żwirowym podjeździe, wymieniając świece przy pickupie, na którym widniała z boku odrysowana od szablonu nazwa rodzinnej firmy Bohannon Lumber. Rzucił im przelotne spojrzenie, przytknął złożone dłonie do ust i wrzasnął:

– Travis, masz gości. – Oszczędził tym samym Lydii trąbienia klaksonem.

– Papa Bohannon chyba też jest w świetnym humorze – zauważyła Lydia.

– Z tego, co mówi Travis, papa Bohannon zawsze jest w humorze. Inaczej określa się ten stan mianem bycia totalnym palantem i jest on nieuleczalny.

Po chwili z domu wyszedł Travis. Znaczy, wyczłapał czy jakoś tak – stosowne byłyby wszelkie określenia odnoszące się do niedźwiedzi – w całej krasie, liczącej sześć stóp i sześć cali wzrostu oraz dwieście pięćdziesiąt funtów wagi2. Jego kosmate, kręcone rude włosy i kępkowata nastoletnia broda były mokre po prysznicu. Miał na sobie swoje charakterystyczne wysokie czarne buty robocze, czarne wranglery i workowatą czarną koszulę zapiętą na wszystkie guziki. Na jego szyi wisiał naszyjnik, tandetny cynowy smok trzymający w pysku purpurową kryształową kulę – pamiątka z Festiwalu Renesansu. Travis zawsze go nosił. W ręku trzymał któryś z tomów serii Bloodfall, tanie wydanie w miękkiej okładce z pozaginanymi rogami – rzecz, bez której również rzadko go widywano.

W połowie drogi przystanął, uniósł palec, obrócił się na pięcie i pobiegł z powrotem do środka, o mało nie przewracając się o własne stopy. Lydia pochyliła się z rękami na kierownicy.

– O nie. Kij – mruknęła. – Zapomniał kija.

Dill jęknął i zakrył twarz dłonią.

– No tak. Kij.

– Dębowy – powiedziała Lydia pompatycznym głosem jakby prosto ze średniowiecza.

– Magiczny kij królów, lordów, czarodziejów i… elfów czy kogoś tam.

Travis ponownie wynurzył się ze środka, tym razem ściskając w dłoniach kij pokryty symbolami i twarzami, które wyrył własnymi niezgrabnymi rękami. Jego ojciec popatrzył ze zbolałą miną, potrząsnął głową i wrócił do pracy. Travis otworzył drzwiczki samochodu.

– Hej wam!

– Kij? Poważnie? – zapytała Lydia.

– Zawsze zabieram go w podróż. A gdyby zaszła konieczność obrony własnej? Nashville to niebezpieczne miasto.

– Ta-a. Ale nie z powodu wymachujących kijami rzezimieszków. Teraz noszą oni broń palną. A ta pokona kij w każdej rozgrywce – stwierdziła Lydia.

– Śmiem wątpić, by przyszło nam walczyć na kije w Nashville – dorzucił Dill.

– Ale ja go lubię. Dobrze się czuję, kiedy mam go przy sobie.

Lydia wywróciła oczami i uruchomiła silnik.

– Nieuleczalny przypadek. Dobra, chłopaki, ruszamy. Ostatnie wspólne zakupy z okazji rozpoczęcia szkoły, Panu niech będą dzięki.

Przy tych słowach Dill uświadomił sobie, że lęk ściskający mu żołądek nieprędko ustąpi. A może nie zrobi tego już nigdy. Ostateczny afront? Wątpił, by udało mu się choćby zrobić z tego dobrą piosenkę.

2 Lydia

W oddali majaczyły zabudowania Nashville. Lydia lubiła to miasto. Uniwersytet Vanderbilt znajdował się na liście uczelni, do których zamierzała wysłać papiery. Może nie wysoko, ale jednak. Myśl o studiach wprawiła ją w dobry humor, podobnie jak perspektywa spędzenia kilku godzin w mieście. Czuła się znacznie szczęśliwsza niż kiedykolwiek dotąd ostatniego dnia przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Mogła sobie tylko wyobrazić, jak będzie się czuła za rok – dzień przed rozpoczęciem pierwszego roku na uczelni.

Kiedy wjechali na przedmieścia, Dill zapatrzył się za okno. Lydia dała mu aparat i mianowała fotografem ekspedycji, on jednak zapomniał, że miał robić zdjęcia. Na jego twarzy malował się, zwykle tam goszczący, nieobecny wyraz i wyraźny cień melancholii. Ale dzisiejszy dzień wydawał się wyjątkowy. Lydia wiedziała, że wizyty w Nashville z powodu ojca budzą w nim mieszane uczucia, i dlatego specjalnie próbowała wybrać inną trasę niż ta, którą zwykle odbywał, odwiedzając ojca w więzieniu. Spędziła sporo czasu na Google Maps, starając się znaleźć alternatywną drogę, jednak bez rezultatu. Liczba tras prowadzących z Forrestville do Nashville była bardzo ograniczona.

Może Dill przyglądał się mijanym budynkom… Wszystko wskazywało na to, że nawet w najbardziej podupadłych dzielnicach Nashville nie było domu, który dorównywałby stopniem zniszczenia jego domowi, a przynajmniej oni nie spotkali takiego po drodze. Może rozmyślał o muzyce płynącej w żyłach tego miasta. A może jego umysł zajmowało jeszcze coś innego… W przypadku Dilla istniało sporo różnych możliwości.

– Hej – zagaiła cicho.

Drgnął i odwrócił się od okna.

– Hej, co?

– Nic. Hej. Tak cicho siedzisz.

– Nie mam dzisiaj zbyt wiele do powiedzenia. Myślę.

Przejechali przez rzekę i znaleźli się we wschodniej części miasta. Mijali kolejne kafejki i restauracje i po jakimś czasie dotarli do odnowionego niskiego budynku w stylu Craftsman. Na wiszącym od frontu ręcznie malowanym szyldzie widniał napis STRYCH. Lydia zaparkowała samochód. Travis sięgnął po kij.

Lydia ostrzegawczo uniosła palec.

– Nie.

Zanim weszli do środka, Lydia ustawiła się obok szyldu i kazała Dillowi zrobić zdjęcie, a potem jeszcze jedno, jak opiera się o szeroki ganek.

W sklepie pachniało starą skórą, wełną i dżinsem. Klimatyzator z pomrukiem wypuszczał chłodne powietrze zabarwione lekko stęchłym zapaszkiem. Z ukrytych głośników leciało Fleetwood Mac.

Drewniana podłoga trzeszczała pod ich stopami. Za szklanym blatem, na którym wystawiono ręcznie robioną biżuterię, siedziała atrakcyjna dwudziestoparoletnia rudawa blondynka, ubrana w stylu boho, intensywnie wpatrzona w laptop.

– Hej, podoba mi się twój styl. Gorąca dziewczyna – rzuciła w stronę Lydii.

Lydia dygnęła.

– Hm, dziękuję pani. I wzajemnie.

Lydia rzuciła Dillowi spojrzenie mówiące: Ciekawe, czy dostałbyś taką obsługę w Opry Mills Mall?

– Szukacie czegoś konkretnego?

Lydia chwyciła Dilla za ramię i pchnęła go przed siebie.

– Ubrań. Łachów. Ciuchów. Takich, które będą pasowały na tego oto jegomościa i sprawią, że na jego widok pomdleją wszystkie mieszkanki Wyżyny Cumberland.

Dill uciekł spojrzeniem.

– Może skupmy się na odpowiednim rozmiarze, Lydio – wycedził.

Kobieta wydała lekki okrzyk.

– Mało brakowało, a rodzice daliby mi na imię Lydia. Stanęło na April.

– Prowadź, panno April – powiedziała Lydia. – Widzę, że masz tu wybór doskonale wyselekcjonowanych ubrań.

Dill raz po raz wychodził z przymierzalni, by zaraz znów w niej zniknąć, tymczasem Travis zasiadł na trzeszczącym drewnianym krześle i zatonął w lekturze, nieobecny dla świata. Lydia była w swoim żywiole, mało co uszczęśliwiało ją tak jak sesje z Dillem – jej własny, mały, charytatywny projekt modowy.

Podała mu kolejną koszulę.

– Potrzebny nam stosowny podkład muzyczny, „Let’s Hear It for a Boy” czy coś w tym stylu. I pamiętaj, jeśli wyjdziesz z przymierzalni w stroju miejscowego karka, od razu zaprotestuję.

Dill włożył koszulę, zapiął ją i przyjrzał się sobie w lustrze.

– Oglądasz za dużo filmów z lat osiemdziesiątych.

W końcu wybrali kilka dżinsów i koszul, dżinsową kurtkę wykończoną barankiem oraz buty z cholewką.

– Uwielbiam zakupy z tobą w vintage’owych sklepach, Dill. Masz ciało gwiazdy rocka z lat siedemdziesiątych. Wszystko świetnie na tobie wygląda. – Zapamiętać: wszyscy potencjalni faceci w college’u powinni mieć ciało Dilla. Ubierać kogoś takiego to niesamowita frajda. Zapewne byłoby również niezłą frajdą… eee, nieważne.

– Nie stać mnie na to wszystko – wyszeptał Dill.

Lydia poklepała go po policzku.

– Spokojnie.

April podliczyła ich na kasie. Trzydzieści dolarów za trzy koszule. Kolejne trzydzieści za kurtkę. Czterdzieści za buty. Dwadzieścia za dwie pary dżinsów. Razem sto dwadzieścia dolarów.

Lydia pochyliła się nad kontuarem.

– Okej, April. Mam taką propozycję: sprzedasz nam to wszystko za pięćdziesiąt dolarów, a ja sowicie ci to wynagrodzę.

April współczująco przechyliła głowę.

– Ou, skarbie. Bardzo bym chciała. Wiesz co, spuszczę do stówki, po znajomości, bo chętnie bym cię bliżej poznała.

Lydia pochyliła się niżej i wskazała na laptop.

– Mogę?

– Jasne.

Wpisała w wyszukiwarkę Dollywould, zaczekała, aż strona się załaduje, i odwróciła komputer w stronę April.

– Wchodziłaś tu kiedyś?

April zmrużyła oczy.

– Ta-a… wygląda znajomo. Wydaje mi się, że tak. Był tu taki artykuł o najlepszych sklepach vintage w Tennessee?

– Aha.

April przewinęła w dół.

– Okej, jasne. Byłam. Świetny artykuł.

– Dziękuję.

– Czekaj, ty go napisałaś?

– Podobnie jak wszystkie pozostałe na Dollywould. Prowadzę tę stronę.

Szczęka April lekko opadła.

– Niemożliwe. Powaga?

– Aha.

– To ile ty masz lat? Pewnie z osiemnaście?

– Siedemnaście.

– A gdzie byłaś, kiedy ja chodziłam do liceum?

– W Forrestville, Tennessee, i marzyłam, by być tobą. Jak się reklamujesz?

– Głównie pocztą pantoflową. Nie mam zbyt wielkiego budżetu na marketing. Czasami, jak trafi się dobry miesiąc, zamieszczam reklamę w „Nashville Scene”.

– A gdybym tak opisała twój sklep na Dollywould w zamian za rabat?

April zabębniła palcami o kontuar. Po namyśle odparła:

– Sama nie wiem.

Lydia wyciągnęła telefon i zaczęła pisać. Potem położyła go na kontuarze, zrobiła krok do tyłu i splotła ramiona na piersi, uśmiechając się od ucha do ucha. Telefon zaczął wydawać różne dźwięki.

– Co to? Co robisz? – spytała April.

– Chciałam dać ci przedsmak. Jesteś na Twitterze?

– Mam konto sklepu.

– Właśnie zatweetowałam do moich 102 678 followersów, że stoję w najlepszym sklepie vintage w całym stanie Tennessee i że koniecznie powinni tu zajrzeć.

– Wow. Dzięki, ja…

Lydia uniosła palec, po czym zabrała telefon.

– Zaczekaj. Zobaczmy, co tu mamy. Siedemdziesiąt pięć osób dodało do ulubionych, pięćdziesiąt trzy retweetowały. „Dzięki za info, na pewno wpadniemy…”, „Zawsze ufam twojemu gustowi…”, „Trzeba będzie wybrać się do Nashville, może się spotkamy i razem skoczymy na zakupy…”.

– A jeśli…

Lydia znów uniosła palec.

– Uuu, to jest dobre. Od Sandry Chen-Liebowitz. Nazwisko pewnie nic ci nie mówi, ale jest ona zastępcą redaktora w „Cosmo”. Zobaczmy, co napisała: „Super, właśnie pracuję nad artykułem o Nashville. Dzięki!”. Może właśnie trafiłaś na strony „Cosmo”. Przekonana?

April popatrzyła na Lydię, po czym zaśmiała się i wyrzuciła ramiona do góry.

– Okej, okej. Wygrałaś.

– Obie wygrałyśmy.

– A więc, pewnie jesteś najfajniejszą dziewczyną w całej szkole, co?

Lydia zaśmiała się, a Dill i Travis jej zawtórowali.

– O tak, jestem najfajniejsza. Ale czy najbardziej lubiana? Powiedzmy, że internetowa sława niesie ze sobą pewne konsekwencje.

– Raczej negatywne – dorzucił Dill.

– On to powiedział. Istota płci żeńskiej otwarcie wyrażająca opinie na jakiś temat nie może liczyć na popularność w miejscowym liceum.

– Jestem pod wrażeniem – odparła April.

– Wspaniale. Ty podlicz mojego kolegę, a ja zastanowię się, jak by tu wydać trzysta dolarów.

– A ty? – sprzedawczyni zwróciła się do Travisa. – Chyba nie znajdzie się zbyt wiele rzeczy na osobę twojego wzrostu, ale możemy spróbować.

Travis zarumienił się i odparł z krzywym uśmiechem:

– O nie, dziękuję. Ja przeważnie noszę to samo, dzięki temu mam czas myśleć o innych rzeczach.

April i Lydia wymieniły spojrzenia. Lydia potrząsnęła głową. Mina April wyrażała głębokie zrozumienie.

Lydia bez najmniejszych trudności zdołała wydać sumę przeznaczoną na szkolną wyprawkę. Zanim wyszli, kazała Dillowi zrobić chyba z pięćdziesiąt ujęć jej nowych strojów w najprzeróżniejszych kombinacjach. A potem jeszcze ze dwadzieścia fotek z April. Wymieniły się numerami telefonów i obiecały pozostać w kontakcie.

Ledwo wyszli, od razu oblali się potem. Było co najmniej dziewięćdziesiąt pięć stopni3. Popołudniowe słońce grzało mocno. Pulsujący szum cykad brzmiał jak bicie serca na ultrasonografie.

Lydia kazała chłopakom przysunąć się bliżej i objąć.

– Zróbmy parę fotek całej naszej trójki. Ostatnia wspólna wyprawa po szkolne mundurki.

Dill uśmiechnął się z przymusem.

– Ej, stary, stać cię na więcej – powiedziała Lydia.

Spróbował jeszcze raz. Wcale nie wyszło lepiej.

– Hej, Lydia, mogłabyś zrobić kilka ujęć mnie z kijem?

Lydia była w bardzo radosnym nastroju z powodu rabatu, który tak wyczynowo zdobyła dla Dilla, własnych znalezisk oraz nowej stylowej koleżanki. Mimo to udała oburzenie, żeby nie wyszło, że jest niekonsekwentna.

– Och, no niech ci będzie. Przynieś kij swój, panie.

Travis potruchtał do samochodu, chwycił kij, przybiegł z powrotem i przybrał ponurą, zamyśloną minę.

– Dobra.

Lydia zrobiła kilka zdjęć. Travis zmieniał pozy: opierał się o kij, trzymał kij gotowy do ciosu.

– Tylko żeby było widać smoka.

– Chłopcze. Nie jestem nowicjuszką, potrafię zadbać, by na zdjęciu było widać ładne akcesoria.

Kiedy skończyła, Travis podszedł, by obejrzeć rezultaty. Na jego twarzy pokazał się szeroki, dziecięcy uśmiech. Pachniał potem i zduszonymi ciuchami, które ktoś za długo trzymał po upraniu w pralce.

– Nieźle – mruknął. – Jak Raynar Northbrook z Bloodfall.

Dill zapuścił żurawia.

– No, Raynar Northbrook jak żywy.

Travis najwyraźniej nie wychwycił jego sarkastycznego tonu.

Lydia klasnęła w ręce.

– Panowie. Jestem głodna. Chodźmy do Panery.

– Tam jest zbyt elegancko. Wolę do U Krystala – zaoponował Travis.

– Po pierwsze, do Krystal, bez U. A po drugie, nie.

– Daj spokój. Wybierałaś muzykę na drogę.

– W Forrestville też jest Krystal. A Panery nie ma. Jechaliśmy taki kawał drogi, żeby zjeść w beznadziejnym Krystal i dostać tej samej sraczki, której możemy dostać na miejscu?

– Niech Dill rozstrzygnie sprawę.

Dill, zapatrzony gdzieś w przestrzeń, odparł:

– Ja… nie jestem głodny. Zjem w domu.

– Nieistotne – odparł Travis. – Zagłosować możesz.

– Głos na Krystal oznacza, że wracacie z buta – oznajmiła Lydia.

– W takim razie wybieram Panerę – odparł Dill z uśmiechem.

Ale i tak pojechali do Krystal, specjalnie dla Travisa.

3 Dill

Dill miał nadzieję, że kiedy zapyta, czy w drodze do domu mogą zatrzymać się koło więzienia, Lydia odpowie, że z jakiegoś powodu musi szybko wracać do domu i nie może czekać, aż on złoży ojcu wizytę. Ale nie.

Więzienie Riverbend leżało w zwodniczo pięknej sielankowej części Nashville. Gęsty kobierzec drzew i łagodne wzgórza otaczały masywne beżowe budynki o wąskich oknach.

– To nie potrwa długo. Jak wiecie, nienawidzę tego miejsca – powiedział Dill, wysiadając z samochodu.

Lydia postukała w telefon.

– Nic się nie martw. Popracuję nad postem o powrocie do szkoły.

Travis uniósł książkę.

– Powinniście mi powiedzieć, że się spieszycie – odparł Dill.

– No tak – rzuciła Lydia, nie odrywając wzroku od ekranu. – Dobra, Dill, pospiesz się, bo przez ciebie dostanę szlaban albo lanie, czy coś w tym rodzaju.

– Tak, Dill, pospiesz się – dodał Travis. – Marzę, by jak najszybciej znaleźć się w domu i spędzić czas z moim fajnym tatą, zamiast czytać ulubioną książkę.

Dill posłał im wymuszony uśmiech i pokazał środkowy palec. Wziął głęboki wdech i ruszył w kierunku głównego budynku. Przeszedł przez bramkę kontrolną i wpisał się do zeszytu. Strażnicy zaprowadzili go do sali widzeń. Ani trochę nie przypominała tego, co widywało się na filmach. Nie było tu przezroczystych ścianek oddzielających więźniów ani słuchawek telefonicznych. Było to spore pomieszczenie pełne okrągłych stolików, przy których stały po dwa-trzy krzesła, pod ścianami zaś znajdowały się automaty z napojami. Miejsce przypominało szkolną stołówkę i wywoływało w nim podobne emocje. Było duszno, a panująca temperatura zapewne miała przypominać, że owszem, w budynku jest klimatyzacja, lecz z powodów finansowych bądź oporów natury moralnej nie korzysta się z niej w takim stopniu, by panowały naprawdę komfortowe warunki.

Dill okazał się jedynym gościem. Usiadł przy stole i zaczął bębnić po nim palcami. Jego nogi bujały się nerwowo. Nie mógł ich powstrzymać. Trzeba jakoś przez to przebrnąć.

Kiedy drzwi się otworzyły, odwrócił się. Strażnik wprowadził Dillarda Early’ego Seniora.

Jego ojciec był wysoki i chudy. Miał głęboko osadzone ciemne oczy, podkręcone do góry wąsy i długie czarne włosy przetykane siwizną, tłuste i związane w kucyk. Za każdym razem, gdy Dill go odwiedzał, zdawał się coraz twardszy. Coraz bardziej podstępny. Coraz bardziej zdziczały i wężowy. Więzienie ciosało go, zestrugiwało resztki miękkości i łagodności. Był prawie dziesięć lat starszy od matki Dilla, wyglądał jednak na starszego o co najmniej dwadzieścia lat.

Miał na sobie granatowe dżinsy oraz jasnoniebieską koszulę więzienną z numerem na piersi i literami TDOC na plecach.

Ojciec podszedł bliżej. Poruszał się czujnym krokiem drapieżnika.

– Hej, Junior. – Dill nienawidził, kiedy się tak do niego zwracano. Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem. Nie wolno im było obejmować się ani w ogóle dotykać. Dill czuł jego woń. Może nie odrażającą, ale niewątpliwie ludzką. Pierwotną. Jak skóra i włosy myte znacznie rzadziej niż w przypadku ludzi na wolności.

Usiedli. Ojciec Dilla położył ręce na stole. Na jednej, wzdłuż knykci, miał wytatuowane imię MAREK, a na drugiej 1618. Dill wcześniej ich nie widział. Zły znak. Ojciec wyraźnie coraz bardziej dziwaczeje.

Dill odpowiedział, starając się nadać głosowi swobodne brzmienie.

– Hej, tato. Widzę, że zrobiłeś sobie tatuaże.

Ojciec spojrzał na dłonie, jakby dowiedział się czegoś nowego.

– Tak, zgadza się. Nie pozwalają mi tu praktykować świadectwa znaków, więc noszę swą wiarę na skórze. Tego mi nie odbiorą.

Wygląda na to, że ci tu całkiem dobrze. Kiedy ojciec trafił do więzienia, wszyscy podejrzewali, że czeka go ciężkie życie, biorąc pod uwagę, za co go skazano. Ale nie docenili jego charyzmy. Najwyraźniej ktoś, kto potrafi przekonać ludzi, by brali do rąk jadowite węże i pili truciznę, potrafi też zapewnić sobie ochronę przed tymi, których określał mianem sodomitów.

Patrzyli na siebie przez krótką, niezręczną chwilę.

– A więc… jak się miewasz? – spytał w końcu Dill.

– Żyję z dnia na dzień, chwała Jezusowi.

– Karmią cię tu… wystarczająco? – Więzienna pogawędka szła opornie. Nawet o pogodzie nie bardzo dało się porozmawiać.

– Niczego mi nie brakuje. A jak ty i twoja matka?

– Jakoś żyjemy. Pracujemy ciężko.

Oczy o intensywnym spojrzeniu zalśniły dziwnym światłem, które obudziło w Dillu mroczne uczucie.

– Dobrze to słyszeć. Ciężka praca. Spłacicie nasze długi, tak bym mógł powrócić do posługi kapłańskiej, kiedy mój czas tutaj dobiegnie końca. Może mógłbyś do mnie dołączyć, jeśli twoja wiara urośnie w siłę.

Dill zaczął wiercić się na krześle.

– Ta-a, może. W każdym razie jutro zaczyna się szkoła.

Ojciec wsparł łokcie na stole i splótł palce, jak do modlitwy.

– Jak co roku o tej porze, prawda? A jak zamierzasz spędzić nadchodzący rok? Czy staniesz się żołnierzem Chrystusa, czy będziesz rozsiewał pośród swych rówieśników dobrą nowinę o zbawieniu i jego znakach? Czy wykonasz pracę, której ja nie mogę wykonać?

Dill znów poruszył się nerwowo na krześle i odwrócił wzrok. Nie lubił patrzeć ojcu w oczy. Potrafiły skłonić ludzi do robienia różnych rzeczy, rzeczy, które – jak dobrze wiedzieli – sprawią im cierpienie.

– To znaczy… moich kolegów z klasy chyba za bardzo nie interesuje, co mam do powiedzenia. – Idealnie. Przypomnienie, że nie jestem szczególnie lubiany plus przypomnienie, jak wielkim rozczarowaniem jestem dla swego ojca, wszystko zwinięte razem w jeden pakiet. Wizyty w więzieniu to niesamowita jazda.

Ojciec pochylił się, wbijając wzrok w Dilla i konspiracyjnie wyszeptał:

– A więc nie mów do nich. Śpiewaj. Wydaj z siebie głos, którym obdarzył cię Bóg. Posłuż się dłońmi, które Bóg pobłogosławił muzyką. Młodzi ludzie kochają muzykę.

Dill zdusił gorzki śmiech.

– Ta-a… ale nie muzykę o poskramianiu węży i tego rodzaju rzeczach. Taka muzyka nie jest popularna.

– Duch wstąpi w ich wnętrza, tak jak wstępował w dusze członków naszej kongregacji, kiedy śpiewałeś i grałeś. A kiedy stąd wyjdę, nasza kongregacja urośnie po dziesięciokroć.

A może po prostu spróbuję przeżyć ten rok szkolny? Może nie będę robił nic, co mogłoby dać im powód, by jeszcze bardziej się ze mnie naśmiewać?

– Posłuchaj, tato, twoja… nasza… sytuacja sprawia, że raczej nie mogę rozmawiać z kolegami w klasie o tego rodzaju sprawach. Oni nie chcą tego słuchać, rozumiesz?

Ojciec prychnął.

– A więc mamy się poddać Lucyferowi i zaprzepaścić świadczenie znaków? Oddać mu zwycięstwo bez walki?

– Nie, ja nie… – Świadomość surrealizmu tej sytuacji, w której człowiek odbywający karę więzienia próbował mu wmówić, że to on jest nic niewart, powstrzymała Dilla od dokończenia myśli.

– Pamiętasz, jak pisałeś psalmy i śpiewałeś je wraz z chórem? Pamiętasz?

– Tak. Chyba tak.

Ojciec Dilla odchylił się na oparcie i skierował spojrzenie w bok, lekko kręcąc głową.

– Te pieśni były piękne. – Znów skierował wzrok na Dilla. – Zaśpiewaj którąś.

– Znaczy, tutaj? Teraz? – Dill szukał na twarzy ojca oznak świadczących o tym, że żartuje. Byłoby to ekstremalnie rzadkie zjawisko, ale może jednak prawdopodobne.

– Tak. Tę, którą sam napisałeś. „A Chrystus nas wyzwoli”.

– Nie zabrałem gitary ani nic. Zresztą, to chyba byłoby trochę… dziwne? – Dill ruchem głowy pokazał na znudzonych, zajętych rozmową strażników.

Ojciec odwrócił się i popatrzył na nich, a potem znów na Dilla, z błyskiem w oku.

– Myślisz, że już nie mają nas za dziwnych?

Słuszna uwaga. Dill poczerwieniał. Trzeba zerwać ten plaster. Prędko, cichym głosem zaśpiewał pieśń a capella. Kątem oka dostrzegł, że strażnicy przerwali pogawędkę i słuchają.

– Jeszcze – poprosił ojciec, klaszcząc. – Jeszcze jedną.

– Od dawna… od dawna nie napisałem nic nowego.

– Zarzuciłeś muzykę?

– Nie do końca. Tyle że teraz piszę… inne rzeczy.

Twarz ojca pociemniała.

– Inne rzeczy. Bóg nie umieścił muzyki na twym języku po to, byś śpiewał na chwałę człowieka i wszeteczeństw.

– Nie piszę piosenek o wszeteczeństwach. Nie stworzyłem takiej ani jednej.

Ojciec wymierzył w niego palcem wskazującym.

– Zapamiętaj. Chrystus jest drogą. Jedyną drogą. Twoją ścieżką do zbawienia. Twoja muzyka zaś to twoja ścieżka do Chrystusa. Moją ścieżką jest pokazywanie znaków wiary. Jeśli stracimy ścieżkę do Chrystusa, stracimy ścieżkę do zbawienia. Stracimy nagrodę wiekuistą. Rozumiesz?

– Aha, rozumiem. – Rozmowa z ojcem przypominała przemawianie do ożywionego muru, który jakimś sposobem słyszał o niejakim Jezusie. – Okej, muszę już iść.

Twarz ojca pociemniała jeszcze bardziej.

– Dopiero przyszedłeś. Chyba nie po to jechałeś taki kawał drogi, żeby spędzić ze mną zaledwie kilku minut i zaraz wracać do domu.

– Nie. Zabrałem się z przyjaciółmi, którzy jechali na zakupy. Czekają na parkingu, a jest bardzo gorąco. Byli tak mili, że zgodzili się, bym wpadł tu na kilka minut.

Ojciec Dilla wypuścił powietrze nosem i wstał.

– Cóż, w takim razie powinieneś iść. Do zobaczenia, Juniorze. Przekaż matce wyrazy miłości i powiedz, że niedługo napiszę.

Dill również się podniósł.

– Dobrze.

– Powiedz, że dostaję jej listy.

– Tak.

– Kiedy znów cię zobaczę?

– Trudno powiedzieć.

– A więc zobaczymy się, kiedy Bóg zechce. Idź z Jezusem, synu. – Ojciec Dilla uniósł obie dłonie i złączył je. Marek 16,18. A potem odwrócił się i odszedł.

Dill wyszedł z budynku więzienia i z ulgą wypuścił powietrze, jakby wstrzymywał je przez cały ten czas, by przypadkiem nie wciągnąć w płuca świństw, które zapewne krążą w więziennym powietrzu. Czuł się tylko odrobinę lepiej, że już nie musi denerwować się wizytą u ojca. Teraz odczuwał tylko lęk towarzyszący mu od samego rana.

Dotarł do samochodu. Lydia właśnie tłumaczyła Travisowi, ile kalorii musiałby zjeść dziennie smok, by móc ziać ogniem. Travis nie wyglądał na przekonanego.

Spojrzała na Dilla.

– O, dzięki Bogu. – Zapaliła silnik. – Jak tata?

– Dziwny – odparł Dill. – Jest naprawdę dziwny.

– Czy… – zaczął Travis.

– Wolałbym o tym nie rozmawiać.

– Okej. Jezu.

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić. Po prostu… jedźmy do domu.

Podczas drogi powrotnej głównie milczeli. Travis czytał książkę. Lydia włączyła płytę z miksem utworów Nicka Cave’a and the Bad Seeds z Gun Club i stukała do rytmu w kierownicę. Niby czemu nie. To był dla niej dobry dzień.

Dill gapił się za okno na drzewa rosnące wzdłuż autostrady i na pojawiające się czasem przydrożne ręcznie robione krzyże, oznaczające miejsca, w których ktoś spotkał swój koniec, przebijając zwartą ścianę zieleni. W oddali krążyły trzy sępy, szybując w prądzie wstępującym. Dill próbował smakować ostatnie chwile wyprawy.

Ostatnie wspólne zakupy z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Cząstka mojego życia umiera. A ja nawet nie mogłem do końca nacieszyć się tą chwilą z powodu walniętego tatusia. Który na dodatek powoli popada w coraz poważniejsze opętanie.

Ukradkiem przypatrywał się Lydii za kierownicą. Kąciki jej ust, uniesione w niemal stałym złośliwym uśmieszku. Ledwo dostrzegalne ruchy warg, gdy nieświadomie śpiewała do płynącej muzyki.

Zapamiętaj to. Zapisz na własnoręcznie zrobionym krzyżu i umieść go w sercu, na pamiątkę tego zakończenia.

Kiedy dojechali do Forrestville, cienie były już długie, a światło wyglądało jak przesączone przez dzban pełen herbaty. Najpierw podwieźli Travisa.

Wyskoczył i pochylił się do okna, z ręką na dachu.

– Kolejny rok. Widzimy się jutro.

– Niestety – powiedział Dill.

Travis ruszył chodnikiem prowadzącym do domu. Na ganku odwrócił się i pomachał im, trzymając kij wysoko w górze.

Lydia odjechała z piskiem opon.

– Nie spieszy mi się do domu – rzucił Dill.

– Przyzwyczajenie.

– Chcesz pojechać do Bertram Park i popatrzeć na pociągi, aż zrobi się ciemno?

– Chciałabym, ale muszę poświęcić trochę czasu mojemu blogowi. Zamierzam wspomnieć o nim w podaniach na uczelnie, więc treść musi być naprawdę porządna.

– Daj spokój.

– Wiem, byłoby super w tradycyjnie nudny sposób, ale nie.

Podjechali pod dom Dilla. Jeszcze nie ruszał się ze swojego fotela, nie sięgał po klamkę. Odwrócił się w stronę Lydii.

– W tym roku będziesz dla nas zbyt zajęta?

Twarz Lydii przybrała wyzywający wyraz. Jej oczy stwardniały i cały entuzjazm się ulotnił.

– Przepraszam, ale chyba nie uważałam. Co robiliśmy przez kilka ostatnich godzin? A, no tak.

– Nie o to mi chodziło. Nie o dzisiaj. Tylko tak ogólnie. Czy tak będzie wyglądał nadchodzący rok?

– Ehm, nie, stary. To samo pytanie. Czy tak będzie wyglądał nadchodzący rok? Nadal nie będziesz potrafił zrozumieć? Nadal będziesz się dziwnie zachowywał, kiedy ja będę musiała się zająć sprawami niecierpiącymi zwłoki?

– Nie.

– Cóż, niezbyt dobry początek.

– Rozumiem. Jesteś zajęta. Nieważne.

– A ty będziesz siedział cicho i nic nie mówił, a czasem zachowywał się jak ostatni kutas.

– Mam sporo na głowie.

– Mówię poważnie, Dill. Nie zachowuj się tak wstrętnie, kiedy jestem zajęta.

– Nie zachowuję się wstrętnie.

– Właśnie że tak, trochę.

– Sorry.

Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby dawali sobie okazję do wypowiedzenia kolejnych żądań czy żali. Twarz Lydii złagodniała.

– Zmieniając temat, pół mojej sałatki z Panery to niezbyt obfity obiad.

– Niczego mi nie trzeba.

– Jesteś pewien?

– Aha.

– Okej. Muszę lecieć. W porządku? – Przechyliła się i objęła go na pożegnanie.

Dill jeszcze raz wciągnął w nozdrza jej zapach, zabierając go ze sobą wraz z torbami pełnymi nowych ubrań.

– Dzięki za dzisiaj. Nie chciałem wyjść na niewdzięcznika.

– I dobrze, bo mam coś dla ciebie. – Chwyciła leżącą na desce rozdzielczej płytę CD z wykonanym czarnym flamastrem napisem „Joy Division/New Order”. – Tego słuchaliśmy podczas jazdy do Nashville. Wiedziałam, że będziesz chciał kopię.

Dill popukał w pudełko.

– I miałaś rację. Dzięki.

– Powinieneś wiedzieć, że „Love Will Tear Us Apart” to moja najukochańsza piosenka na całej kuli ziemskiej.

– Zapamiętam.

– Jutro siódma piętnaście.

Uniósł kciuki.

– Będę czekał.

Dill wysiadł i ruszył w stronę domu. Wspiął się po spękanych, niszczejących schodach do drzwi frontowych i położył rękę na gałce, ale nagle zmienił zdanie. Uznał, że nie ma sensu siedzieć w ponurym domu, aż zrobi się ciemno. Położył zakupy i płytę na schodach, po czym usiadł i zapatrzył się w napis na kościele.

Nie zaznasz spokoju. Nie zaznasz spokoju.

4 Travis

Raynar Northbrook czuł radość w sercu za każdym razem, gdy wracał z polowania i jego oczom ukazywały się blanki Northome. Niczego więcej nie potrzebował, kiedy mógł zasiąść przy trzaskającym ogniu i przegonić zmęczenie dzbanem letniego miodu, wymieniając z kapitanem gwardii opowieści o podbojach obcych ziem i pięknych kobietach. Potrafił cieszyć się życiem – aż do dnia, gdy spojrzał z najwyższej wieży i ujrzał armię Randa Allastaira, szeregi dzikich mężów i Przeklętych zbliżające się do jego zamku…

Ojciec oglądał mecz bejsbolowy między Bravesami i Cardinalsami. Siedział rozwalony z nogami na stoliku, puszką piwa w ręku i talerzem pełnym zastygających resztek skrzydełek z kurczaka na kolanach. Oczy miał czerwone i zapuchnięte.

Nie odrywając wzroku od telewizora, zapytał:

– Gdzie byłeś?

– W Nashville, na zakupach do szkoły z Lydią i Dillem. Mówiłem ci.

Ojciec beknął, zgniótł puszkę i wziął kolejną z chwiejnego stosiku.

– Kupiłeś nowe łachy? Żeby wreszcie nie wyglądać jak Dracula? – Otworzył puszkę.

– Nie. Lubię swoje ubrania.

Ojciec zachichotał.

– Co byś miał nie lubić. Ciągle czytasz te gówna o czarodziejach i wróżkach.

– Clint, skarbie, nie klnij, proszę – zawołała z kuchni mama Travisa, nieśmiała rudowłosa kobieta. Pozostawało zagadką, jak to możliwe, że Travis wyszedł z ciała tak drobnej istoty. Właściwie pozostawało również niemałą zagadką, jak to się stało, że wyszedł z ciała swego ojca.

– To mój dom. Mogę w nim kląć do woli – krzyknął ojciec w odpowiedzi.

– Ale wolałabym, żebyś tego nie robił. Travis, jesteś głodny?

– Nie, mamo. – Travis ruszył do swojego pokoju.

– Czekaj no. Jeszcze nie skończyłem.

Travis odwrócił się.

– Pierwszy dzień szkoły – powiedział ojciec.

– Aha.

– Mówiłem ci, że w ostatniej klasie byłem rozgrywającym? Podałem zwycięską piłkę w półfinałowym meczu z Athens High. Matt też był rozgrywającym.

– Mówiłeś. Nawet kilka razy. – Travis poczuł ostre szarpnięcie w środku ciała na wspomnienie zmarłego brata. Matt zawsze siadał z nim wieczorem przed rozpoczęciem szkoły i wygłaszał specjalną mowę. Tłumaczył, jak trzeba rozmawiać z dziewczynami. Jak się bronić. Jak być przywódcą, a nie pionkiem. Travis nie miał ochoty na przemowę w wykonaniu ojca.

– Zamierzasz spędzić ten rok z fiutem w garści? – zapytał ojciec.

– Nie, ojcze. W spodniach, jak zwykle.

– Próbujesz pyskować?

– Nie, ojcze. – Travis zrobił krok w kierunku pokoju.

Ale ten nie skończył.

– To co zamierzasz robić?

– Chodzić na lekcje. Zdobywać dobre stopnie. Zdać. Uczyć się, jak sądzę.

Na twarzy ojca pojawił się krzywy uśmieszek.

– Znów skopiesz dupę jakiemuś Meksykańcowi?

– Nie mam tego w planach – odparł Travis. – Alex już się mnie nie czepia.

W pierwszej klasie Alex Jimenez przyparł Dilla do ściany w stołówce i zaczął grać w tak zwane klepanie. Gra miała proste reguły: Alex klepał Dilla, w nadziei, że go sprowokuje i Dill zacznie się bronić, dzięki czemu on będzie miał pretekst, żeby porządnie mu dowalić. Alex był jedynym Latynosem w klasie i zajmował niewiele wyższą pozycję społeczną od Dilla, a wygrana bójka zwykle pomagała wspiąć się chociaż o szczebel.

Dill robił uniki przed kolejnymi ciosami. Travis wreszcie nie wytrzymał, podszedł do Alexa i powiedział, żeby przestał. Alex natychmiast stracił zainteresowanie Dillem. Wygrać z kimś znacznie większym od siebie – to dopiero mogłoby znacząco zwiększyć jego status. Travis nie próbował się za bardzo bronić, aż do chwili, gdy Alex wymierzył mu mocny cios w oko. Wtedy w nim zawrzało. Chwycił go za poły koszulki sportowej i pół-pchnął, pół-rzucił na solidne siedem-osiem stóp. Kiedy Alex lądował, wykręciła mu się kostka, upadł i walnął głową o róg stolika. Buchnęła krew. Na chwilę stracił przytomność.

To był dla Travisa decydujący moment. Gdyby powiedział coś w stylu: I co teraz, pizdo?, a dodatkowo opluł przeciwnika, natychmiast skoczyłby do góry w szkolnej hierarchii. On jednak próbował podejść do Alexa i mu pomóc, ale tłum go powstrzymał. Przestępował z nogi na nogę, nerwowo przeczesując włosy palcami, łkając i opowiadając wszystkim, którym chciało się słuchać, jak bardzo mu przykro. Zjawili się ratownicy medyczni. Głęboka skrucha ocaliła go przed dwudziestodniowym zawieszeniem w prawach ucznia. Władze szkoły wiedziały, że jeśli ktoś wygrywa bójkę, ale okazuje taką łagodność, to tak naprawdę wychodzi na przegranego. Nieunikniona pogarda otoczenia stanowiła wystarczającą karę. Ich założenia potwierdził filmik wrzucony na YouTube’a zatytułowany „WIELKI GOŚCIU POWALA NAPASTNIKA I RYCZY JAK OSTATNIA CIPA, LOL”.