Król magii - Lev Grossman - ebook
Opis

Quentin Coldwater, nad wiek rozwinięty intelektualnie uczeń szkoły średniej, wraz z przyjaciółmi osiada na stałe w czarodziejskie krainie o nazwie Fillory i zostaje jednym z jej z królów. Pewnego dnia podczas polowania przypadkowo przenosi się z powrotem na Ziemię, a szukając drogi powrotu, odkrywa istnienie ogromnego czarnoksięskiego podziemia, o którego istnieniu nikt wcześniej nie miał pojęcia. Kiedy wraca do Fillory, okazuje się, że nad baśniową krainą zbierają się czarne chmury: ktoś obudził bogów, którzy zamierzają odebrać światu magię.Quentin i jego przyjaciele wyruszają na poszukiwania siedmiu czarodziejskich kluczy, które pozwolą zachować magię na świecie, nie wie jednak, że za ocalenie Fillory przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Strony tytułowe

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

THE MAGICIAN KING

Copyright © Lev Grossman, 2011

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Anna Just

ISBN: 978-83-7508-658-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

Publikację elektroniczną przygotował

Dedykacja

Dla Sophie

Motto

A teraz będziemy szukać tego, czego nie znajdziemy

Sir Thomas Malory, Le Mort D’Arthur

Księga I

Rozdział 1

Rozdział 1

Quentin jechał na Nieustraszonej, szarej klaczy z białymi skarpetkami. Miał na sobie czarne skórzane buty po kolana, legginsy o nogawkach w różnych kolorach i długi granatowy płaszcz naszyty gęsto perłami i haftowany srebrną nicią. Na głowę włożył platynową koronę, a o nogę obijał mu się błyszczący miecz — nie ceremonialny, tylko prawdziwy, taki, którym naprawdę można zabić. Była dziesiąta rano, ciepły, choć pochmurny dzień pod koniec sierpnia. Quentin wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać król Fillory. I polował na zaczarowanego królika.

U boku króla Quentina jechała królowa. Królowa Julia. Przodem druga królowa i drugi król, Janet i Eliot — kraina Fillory miała w sumie czterech władców. Podążali leśną ścieżką pod łukiem tworzonym przez korony drzew. Pożółkłe opadłe liście ścieliły się na ścieżce w tak idealnych wzorach, jakby zostały wycięte z bibuły i poukładane przez florystkę. Monarchowie pokonywali drogę w milczeniu, powoli, w grupie, ale każde zatopione we własnych myślach, zapatrzone w zieloną, prawie jesienną głębię lasu.

Łatwo było tak milczeć. Wszystko było tu łatwe. Żadnych trudnych spraw. Spełnione marzenie.

— Stójcie! — powiedział nagle Eliot jadący przodem.

Zatrzymali się wszyscy prócz Quentina — Nieustraszona wysforowała się nieco naprzód i zeszła ze ścieżki, nim zdołał ją przekonać, żeby jednak przystanęła na chwilę. Choć już od dwóch lat zasiadał na tronie Fillory, nadal był gównianym jeźdźcem.

— O co chodzi? — zawołał.

Siedzieli nieruchomo w siodłach przez następną minutę. Nie było do czego się spieszyć. Nieustraszona parsknęła, przerywając na moment ciszę; wyniosła końska pogarda dla ludzkich przedsięwzięć.

— Myślałem, że coś zobaczyłem.

— Zaczynam się zastanawiać, czy wytropienie tego królika w ogóle jest możliwe — powiedział Quentin.

— To jest zając — poprawił go Eliot.

— Wszystko jedno.

— Nieprawda. Zające są większe. I nie mieszkają w norach, tylko budują sobie gniazda na otwartym terenie.

— Nie zaczynaj — powiedziały razem Janet i Julia.

— Prawdziwe pytanie brzmi: jeśli królik naprawdę widzi przyszłość, to czy będzie wiedział, że próbujemy go złapać? — wrócił do tematu Quentin.

— On widzi przyszłość, ale nie może jej zmienić — powiedziała Julia cicho. — Czy wy troje dyskutowaliście tyle w Brakebills?

Miała na sobie pogrzebowoczarną suknię do jazdy konnej i pelerynę z kapturem, również czarną. Zawsze ubierała się na czarno, jakby była w żałobie. Quentin nie miał pojęcia, po kim miałaby ją nosić. Od niechcenia, jakby przywoływała kelnera, wezwała do siebie małego ptaszka. Kiedy usiadł jej na nadgarstku, uniosła go do ucha. Ptaszek zaświergotał coś do niej, a ona kiwnęła głową i pozwoliła mu odlecieć.

Nikt tego nie zauważył prócz Quentina. Julia ciągle odbierała tajemnicze wiadomości od mówiących zwierząt. Zupełnie jakby nadawała na innej fali niż oni wszyscy.

— Powinieneś był pozwolić nam zabrać Jollyby’ego — powiedziała Janet. Ziewnęła, zasłaniając usta wierzchem dłoni. Jollyby był Wielkim Łowczym na Zamku Białoszczytym, gdzie wszyscy mieszkali. Zwykle nadzorował takie wyprawy.

— Jollyby jest świetny, ale nawet on nie wytropi zająca w lesie — odparł Quentin. — To znaczy bez psów. I kiedy nie ma śniegu.

— Jasne, ale za to ma świetnie rozwinięte mięśnie łydek. Lubię na nie patrzeć. Nosi legginsy.

— Ja też — mruknął Quentin, udając obrażonego.

— Podejrzewam, że Jollyby i tak gdzieś tu jest — parsknął Eliot. Nadal przyglądał się drzewom. — No wiecie, powstaje w odpowiedniej odległości. Tego faceta nie da się utrzymać z dala od królewskiego polowania.

— Uważaj, na co polujesz, Quentinie, bo możesz to złapać — oświadczyła Julia.

Janet i Eliot popatrzyli po sobie: kolejna enigmatyczna maksyma Julii. Ale Quentin zmarszczył brwi. Wiedział, że Julia ma swój rozum.

Nie zawsze był królem, Fillory czy czegokolwiek. Podobnie jak pozostali. Wychował się jak normalny, niemagiczny i niekrólewski chłopak w Brooklynie, w świecie, który mimo wszystko nadal uważał za prawdziwy. Sądził, że Fillory to nierzeczywista, zaczarowana kraina, gdzie się rozgrywała akcja cyklu powieści fantastycznych dla dzieci. Potem jednak studiował magię w sekretnym college’u o nazwie Brakebills i wraz z przyjaciółmi odkrył, że Fillory istnieje naprawdę.

Nie okazało się takie, jak sądzili. Było zdecydowanie mroczniejsze i bardziej niebezpieczne niż w książkach. Zdarzały się tu złe rzeczy, okropne rzeczy. Ludzie odnosili rany, ginęli... albo jeszcze gorzej. Więc Quentin wrócił na Ziemię pokonany i zrozpaczony. Włosy mu zupełnie posiwiały.

Potem jednak wszyscy jakoś się pozbierali i wrócili do Fillory. Stawili czoła swoim lękom i zajęli cztery trony na Zamku Białoszczytym, jako tutejsi królowie i królowe. I to było cudowne, choć czasami Quentin nie mógł w to uwierzyć, skoro Alice, dziewczyna, którą kochał, umarła. Z trudem akceptował te wszystkie dobre rzeczy, skoro Alice ich nie dożyła.

Ale nie miał innego wyjścia. Bo inaczej w imię czego by umarła? Wziął łuk i stanął w strzemionach, rozglądając się wkoło. Kolana usztywniły mu się z cichym trzaskiem. Było cicho, wyjąwszy szelest spadających liści ocierających się o inne liście.

W poprzek ścieżki, jakieś trzydzieści metrów od nich, przemknęła szara kulka i zniknęła w krzakach. Szybkim, płynnym ruchem, który kosztował go wiele godzin ćwiczeń, Quentin założył strzałę i naciągnął cięciwę. Mógł użyć magicznej strzały, ale to byłoby wbrew zasadom. Mierzył przez długą chwilę, stawiając opór energii łuku, po czym puścił cięciwę.

Strzała wbiła się w gliniastą ziemię aż po lotki, dokładnie tam, gdzie pięć sekund wcześniej znajdowały się łapki zająca.

— Prawie — stwierdziła Janet ze śmiertelną powagą.

W żadnym razie nie uda im się złapać tego królika.

— Pogrywasz ze mną, co? — krzyknął Eliot. — Ja!

Spiął swego czarnego rumaka, ten zarżał, po czym uprzejmie przysiadł na zadzie i stanął dęba. Następnie ruszył prosto w las, za zającem. Trzask gałązek, który znaczył jego drogę przez zarośla, prawie natychmiast ucichł. Po jego przejeździe gałęzie wracały na swoje miejsca i zamierały w bezruchu. Eliot nie był gównianym jeźdźcem.

Janet patrzyła za nim.

— Hej, ho — powiedziała. — Co my tu w ogóle robimy?

Pytanie nie było pozbawione podstaw. W gruncie rzeczy nie chodziło o złapanie zająca. Chodziło o... O co właściwie chodziło? Czego szukali? Ich życie na zamku składało się z samych przyjemności. Mieli setki służących, którzy musieli jedynie dbać o to, by każdy ich dzień był absolutnie idealny. Zupełnie jakby byli jedynymi gośćmi w dwudziestogwiazdkowym hotelu, z którego nikt nigdy nie każe im się wyprowadzić. Eliot był w siódmym niebie. Tu miał wszystko, co tak kochał w Brakebills — wino, jedzenie, ceremoniał — plus zero pracy. Eliot uwielbiał być królem.

Quentin też, choć zrobił się niespokojny. Szukał czegoś, mimo że nie wiedział czego. Ale kiedy w okolicach zamku zauważono Jasnowidzącego Zająca, postanowił zrobić sobie dzień wolny od nicnierobienia. Chciał go złapać.

Jasnowidzący Zając należał do Niepowtarzalnych Zwierząt z Fillory. Było ich dwanaście — wśród nich Ujadająca Bestia, która kiedyś spełniła trzy życzenia Quentina, i Wielki Ptak Pokoju, niezgrabny nielot podobny do kazuara, który mógł powstrzymać starcie, jeśli pojawił się pomiędzy wrogimi armiami. Każde z tych stworzeń było jedyne w swoim rodzaju — stąd nazwa — i każde miało jakiś szczególny dar. Niewidzialny Waran to była duża jaszczurka, która mogła na rok uczynić cię niewidzialnym, jeśli właśnie tego chciałeś.

Ludzie rzadko widywali Niepowtarzalne Zwierzęta, nie mówiąc już o ich łapaniu, dlatego opowiadano o nich najróżniejsze bzdury. Nikt nie wiedział, skąd pochodziły ani jaki był cel ich istnienia, o ile w ogóle jakiś był. Istniały od zawsze, jako stały element tutejszego magicznego krajobrazu. Wszystko wskazywało na to, że są nieśmiertelne. Dar Jasnowidzącego Zająca polegał na tym, że przepowiadał przyszłość osobie, która go złapała — przynajmniej według legendy, bo od wieków nikt go nie złapał.

Oczywiście w tej chwili przyszłość nie wydawała się sprawą pilną. Quentin miał dość wyrobiony pogląd na to, jak będzie wyglądała w jego przypadku. Mniej więcej tak samo, jak w tej chwili. Wiódł dobre życie.

Ruszyli tropem zająca wcześnie rano, kiedy jeszcze leżała rosa. Śpiewali Zabić króliczka na melodię Cwału Walkirii, naśladując wadę wymowy Elmera Fudda, myśliwego z kreskówek Looney Tunes. Zając prowadził ich za sobą przez las, zygzakując, zamierając w bezruchu, ruszając dalej, biegając w kółko i cofając się po własnych śladach, kryjąc się po krzakach albo przebiegając im drogę. Przez całe kilometry. Raz po raz.

— Eliot chyba nie zamierza wrócić, Janet — stwierdziła Julia.

Ostatnio nie mówiła wiele, nabrała natomiast irytującego zwyczaju zwracania się cały czas do wszystkich po imieniu.

— No cóż, skoro nie możemy wytropić zająca, może uda nam się przynajmniej wytropić Eliota — Janet delikatnie skłoniła swego wierzchowca, by zjechał ze ścieżki w las. Miała na sobie zieloną bluzkę z wielkim dekoltem i męskie skórzane spodnie. Jej męskie stroje wywołały w tym sezonie prawdziwy skandal na dworze.

Julia nie jechała na koniu, tylko na wielkim puszystym czworonogu, którego nazywała wiwerą. Wyglądał zupełnie jak normalna wiwera, długa, brązowa i podobna do kota, z grzbietem wygiętym w łuk, tyle że był wielkości konia. Quentin podejrzewał, że potrafi mówić — miała nieco zbyt bystre spojrzenie i zawsze przysłuchiwała się ich rozmowom z nadmiernym zainteresowaniem.

Nieustraszona nie chciała jechać za wiwerą, ze względu na jej piżmowy, niekoński zapach, ale po paru chwilach przepychanek zrobiła, co jej kazał, choć złośliwie kroczyła na zupełnie sztywnych nogach.

— Nie widziałam żadnych driad — stwierdziła Janet. — Myślałam, że tu będą driady.

— Ja też nie widziałem — odparł Quentin. — Nie widuje się ich już w Puszczy Królowych.

Wielka szkoda. Lubił driady, tajemnicze nimfy, które strzegły dębów. Człowiek naprawdę czuł, że jest w zaczarowanej krainie, kiedy piękna kobieta, ubrana w kusą sukienkę uszytą z liści, nagle zeskakiwała z drzewa.

— Myślałem, że może pomogą nam go złapać. Julio, nie możesz jakiejś zawołać czy wezwać, czy coś?

— Możesz je sobie wołać, ile chcesz, Quentinie. One nie przyjdą.

— A tak się kłóciły o przydziały ziemi — parsknęła Janet. — I gdzie się podziały, pytam, skoro tu ich nie ma? Jest może jakaś inna, fajniejsza i bardziej magiczna puszcza, gdzie wszystkie poszły straszyć?

— Driady to nie są duchy, żeby straszyć — powiedziała Julia. — To są nimfy.

Konie szły tarasem przecinającym zbocze wzgórza, zbyt równym, żeby mógł być dziełem natury. To pewnie umocnienia, diabli wiedzą jak stare.

— Może powinniśmy zakazać im wyjazdów — stwierdziła Janet. — Nie wiem, przygotować pakiet przywilejów socjalnych albo zatrzymywać je na granicy. To draństwo, że w Puszczy Królowych nie ma już driad.

— Życzę ci powodzenia, Janet — odparła Julia. — Driady potrafią walczyć. Mają skórę twardą jak drewno. I kije.

— Nigdy nie widziałem walczącej driady — zauważył Quentin.

— To dlatego, że nikt nie jest na tyle głupi, żeby je prowokować, Quentinie.

Dotrwawszy do pointy, wiwera uznała, że chwila jest właściwa, by pomknąć naprzód. Dwa krzepkie dęby odchyliły się usłużnie na bok, żeby Julia mogła między nimi przejechać, a potem wróciły do pionu, zmuszając Janet i Quentina do objechania ich naokoło.

— Tylko jej posłuchaj — złościła się Janet. — Całkiem się zasymilowała! Mam dość tego jej gówna jestem-bardziej-filloriańska-niż-wy. Widziałeś, jak gadała z tym pieprzonym ptakiem?

— Och, daj jej spokój. Julia jest w porządku — powiedział Quentin.

Julia nie studiowała magii tak jak oni, nie przeszła przez bezpieczny, uporządkowany system edukacyjny magicznego świata. Chodziła do liceum razem z Quentinem, ale oblała egzamin wstępny do Brakebills. Dlatego została wiedźmą: nauczyła się magii sama, poza systemem. Jej magia nie była oficjalna, zinstytucjonalizowana. W niektórych dziedzinach Julia miała ogromne braki, a jej technika była tak prymitywna, że czasami dziwił się, że w ogóle działa.

Ale wiedziała również rzeczy, o których Quentin i inni nie mieli pojęcia. Nikt nie stał jej przez cztery lata nad głową i nie pilnował, żeby kolorowała obrazki, trzymając się linii. Rozmawiała z ludźmi, do których Quentin w życiu by się nie odezwał, nauczyła się rzeczy, których jego nauczyciele nigdy nie pozwoliliby mu tknąć. Jej magia miała ostre, poszarpane brzegi, które nigdy nie zostały wyrównane.

Ów odmienny rodzaj edukacji sprawił, że sama też była inna. Mówiła inaczej. Brakebills nauczyło ich traktować magię żartobliwie i z ironią, ale Julia brała ją śmiertelnie poważnie. Była kwintesencją gotyku, ubierała się w czarne suknie ślubne i malowała oczy czarnym eyelinerem. Janet i Eliot uważali, że to śmieszne, ale Quentinowi się podobało. Miał do niej słabość. Julia była dziwaczna i mroczna, a Fillory sprawiło, że cała reszta, łącznie z nim, była taka świetlista i jasna. Podobało mu się, że Julia nie jest tak do końca w porządku i że guzik ją obchodzi, kto o tym wie.

Fillorianom też to się podobało. Julia świetnie się z nimi rozumiała, szczególnie z tymi co bardziej egzotycznymi, duchami, nimfami i dżinami, a nawet z tymi jeszcze dziwniejszymi i ekstremalnymi — bytami z mrocznej strefy pomiędzy życiem biologicznym a czysto magicznym. Była ich królową czarownicą, a oni ją uwielbiali.

Ale niestandardowe wykształcenie kosztowało Julię coś, co trudno było określić. Cokolwiek to było, wywarło na nią ogromny wpływ. Sprawiała wrażenie, jakby ani nie chciała, ani nie potrzebowała towarzystwa ludzi. W środku uroczystej kolacji czy królewskiego balu, czy nawet zwykłej rozmowy nagle traciła zainteresowanie i po prostu odchodziła. Zdarzało się to coraz częściej. Czasami Quentin zastanawiał się, jak kosztowna była jej edukacja i w jaki sposób za nią zapłaciła, ale kiedy ją o to pytał, unikała odpowiedzi. Niekiedy zastanawiał się też, czy się w niej nie zakochuje. Znowu.

W oddali rozległ się dźwięk rogu myśliwskiego — trzy wypolerowane srebrzyste nuty przytłumione ciężką ciszą zalegającą w lesie. Eliot ich wzywał.

Nie był Jollybym, ale radził sobie z rogiem myśliwskim całkiem dobrze. Stanowienie praw niewiele go obchodziło, jednak jeśli chodzi o królewską etykietę, okazał się naprawdę pedantyczny, nawet w kwestii filloriańskiego protokołu polowań. (Choć uważał zabijanie zwierząt za wstrętne i zwykle udawało mu się od niego wywinąć). Dźwięk rogu był wszystkim, czego potrzebowała Nieustraszona. Zadrżała w podnieceniu, czekając na sygnał, by ruszyć do przodu. Quentin uśmiechnął się szeroko do Janet, a ona odpowiedziała tym samym. Wówczas krzyknął jak kowboj, kopnął konia piętami i oboje ruszyli galopem.

To była szaleńczo niebezpieczna jazda, jak landspeederem z „Gwiezdnych wojen”. Przed nimi bez ostrzeżenia otwierały się rowy, znikąd pojawiały się nisko rosnące gałęzie, żeby im głowy rozwalić (oczywiście nie dosłownie, choć jeśli chodzi o starsze, bardziej powykręcane drzewa, nie miało się pewności). Ale pieprzyć to, po coś w końcu jest ta magia lecznicza. Nieustraszona była koniem czystej krwi. Przez cały ranek jechali stępa, zatrzymywali się co chwila i generalnie opierdzielali się, a ona marzyła, by wreszcie pobiegać.

A zresztą jak często Quentin miewał okazje wystawienia na ryzyko swojej królewskiej osoby? Kiedy po raz ostatni choćby rzucił zaklęcie? Jego życie raczej nie było najeżone niebezpieczeństwami. Wylegiwał się przez całe dnie na poduszkach, a nocami zajadał się i zapijał do nieprzytomności. Ostatnio za każdym razem, kiedy usiadł, dochodziło do jakiejś dziwacznej interakcji między jego brzuchem a sprzączką od paska. Przybyło mu chyba z siedem kilo, odkąd zasiadł na tronie. Nic dziwnego, że królowie na portretach są tacy grubi. W jednej chwili jesteś dzielnym księciem, a w następnej Henrykiem VIII.

Janet prowadziła, kierując się stłumionymi tonami rogu. Kopyta koni uderzały głośno o poszycie lasu. Wszystko, co w dworskim życiu wydawało się nużące — całe to bezpieczeństwo i nieznośne wygody — na chwilę zniknęło. W przelocie migały im tylko drzewa, zagajniki, rowy i stare kamienne murki, na przemian zanurzali się w blask gorącego słońca i w chłodny cień. Pęd sprawiał, że żółte liście zamierały w powietrzu, nie dolatując do ziemi. Quentin starannie wybrał właściwy moment, i kiedy wyjechali na otwartą łąkę, skręcił nieco w prawo. Przez długą chwilę jechali z Janet ramię w ramię, równolegle do siebie.

A potem nagle Janet ściągnęła konia. Najszybciej, jak tylko się dało, Quentin wyhamował Nieustraszoną do stępa i zawrócił. Dyszała ciężko. Miał nadzieję, że koń Janet nie okulał. Chwilę potrwało, nim zdołał do niej wrócić.

Siedziała nieruchomo, wyprostowana w siodle i zmrużywszy oczy, patrzyła w mrok lasu. Tony rogu umilkły.

— O co chodzi?

— Myślałam, że coś zobaczyłam — odparła.

Quentin też zmrużył oczy i popatrzył. Coś tam było. Jakby jakieś kształty.

— Czy to Eliot?

— Co oni, u diabła, robią? — spytała Janet.

Quentin zsiadł z konia, odczepił łuk i założył na niego kolejną strzałę. Oddał wodze Janet i ruszył przodem. Słyszał, jak Janet rzuca jakieś podstawowe zaklęcie ochronne, słabą tarczę, tak na wszelki wypadek. Poczuł znajome brzęczenie w powietrzu.

— Kurwa — mruknął pod nosem.

Opuścił łuk i ruszył biegiem. Julia klęczała na jednym kolanie, rękę przyciskała do piersi. Albo miała trudności z oddychaniem, albo szlochała gwałtownie — nie potrafił określić. Eliot pochylał się nad nią i mówił coś cicho. Zsunął z jednego ramienia kurtkę ze złotogłowiu.

— Wszystko w porządku — powiedział na widok pobladłej twarzy Quentina. — Ta cholerna wiwera zrzuciła ją i uciekła. Próbowałem ją złapać, ale bez skutku. Nic jej nie jest, po prostu się zatchnęła.

— Nic ci nie jest. — Znowu ta fraza. Quentin potarł plecy Julii, która oddychała z rzężeniem. — Wszystko w porządku. Wciąż ci powtarzam, żebyś sobie sprawiła normalnego konia. Nigdy nie lubiłem tej wiwery.

— Ona też cię nie lubiła, Quentinie — udało się wykrztusić Julii.

— Patrzcie — Eliot wskazywał coś w półmroku. — To dlatego się spłoszyła. Zając tam wbiegł.

Kilka metrów od nich zaczynała się okrągła polanka, nieruchomy staw trawy ukryty w środku puszczy. Drzewa urywały się na jej skraju, jakby ktoś oczyścił ją specjalnie, przycinając gałęzie. Jakby została narysowana cyrklem. Quentin podszedł bliżej. Bujna, intensywnie szmaragdowa trawa porastała nierówną, czarną ziemię. Na środku polanki stał samotny olbrzymi dąb z dużym okrągłym zegarem w pniu.

Zegarowe drzewa stanowiły spadek po Nadzorczyni Czasu, legendarnej — ale zupełnie prawdziwej — wiedźmie z Fillory, która potrafiła podróżować w czasie. To była zwykła magiczna sztuczka, w dodatku, na ile mogli stwierdzić, zupełnie nieszkodliwa, a przy tym malownicza na swój surrealistyczny sposób. Nie było powodu pozbywać się tych drzew, zakładając, że ktoś w ogóle dałby radę. A poza tym bardzo dokładnie wskazywały czas.

Jednak Quentin nigdy nie widział aż tak wielkiego. Musiał odchylić się do tyłu, żeby zobaczyć koronę. Miało chyba ze trzydzieści metrów wysokości i było niezwykle grube u podstawy — z piętnaście metrów w obwodzie. Jego zegar też wyglądał niezwykle, miał tarczę wyższą od Quentina. Z pnia wyrastała masa powykręcanych gałęzi, drzewo przypominało Krakena wyrzeźbionego w drewnie.

A przy tym się poruszało. Jego czarne, prawie pozbawione liści gałęzie skręcały się i wiły na tle szarego nieba. Można było odnieść wrażenie, że miota nim burza, ale Quentin nie czuł ani nie słyszał wiatru. Dzień, przynajmniej ten dzień, który wyczuwał swymi pięcioma zmysłami, był bezwietrzny. Burza była zatem niewidzialna i nienamacalna, taka magiczna. Zegarowe drzewo w agonii zadusiło swój zegar — drewno zacisnęło się na nim tak mocno, że oprawa zgięła się i szkło pękło. Przez rozbitą tarczę na trawę wypadły mosiężne kółka zębate.

— Jezu Chryste — powiedział Quentin. — Co za potwór!

— Big Ben zegarowych drzew — Janet stała tuż za nim.

— Nigdy takiego nie widziałem — stwierdził Eliot. — Myślicie, że to pierwsze, jakie powstało?

To był prawdziwy filloriański cud, dziki, dziwaczny i wspaniały. Quentin od dawna nie widział zegarowego drzewa, albo może po prostu od dawna żadnego nie zauważył. Poczuł ukłucie czegoś, czego nie doświadczył od czasu wydarzeń w Grobowcu Embera: strachu. I czegoś jeszcze. Nabożnego podziwu? Patrzyli prosto w twarz tajemnicy. To było coś prawdziwego, coś zasadniczego, prastara magia.

Stali rzędem na skraju łąki. Minutowa wskazówka zegara sterczała z pnia pod kątem prostym, jak złamany palec. Jakiś metr od podstawy, tam gdzie spadły kółka, wyrosła siewka i kołysała się gwałtownie w bezdźwięcznej wichurze. Srebrny zegarek kieszonkowy tykał sobie w zgrubieniu na jej cienkim pniu. Typowo filloriańska cecha.

Będzie dobrze.

— Ja pójdę pierwszy.

Chciał ruszyć, ale Eliot położył mu rękę na ramieniu.

— Ja bym tam nie szedł.

— A ja owszem. Bo czemu nie?

— Bo zegarowe drzewa nie poruszają się w ten sposób. I nigdy wcześniej nie widziałem zepsutego. W ogóle nie wiedziałem, że mogą się popsuć. To nie jest zwyczajne miejsce. Zając musiał nas tu specjalnie doprowadzić.

— Wiem, jasne? To klasyka.

Julia pokręciła głową. Była blada, we włosach miała suchy liść, ale stała o własnych siłach.

— Zobacz tylko, jak regularna jest ta polana, Quentinie — powiedziała. — To idealne koło. Albo elipsa. Z jej środka promieniuje bardzo silne zaklęcie modyfikujące okolicę. Albo z ogniska — dodała cicho. — Jeśli to jednak elipsa.

— Jeśli tam pójdziesz, nie wiadomo, gdzie trafisz — ostrzegł Eliot.

— Oczywiście, że nie wiadomo. Dlatego tam idę.

Właśnie tego potrzebował. O to mu chodziło — czekał na to, nawet sam o tym nie wiedząc. Boże, ileż czasu to trwało! To była przygoda. Nie mógł uwierzyć, że inni się wahają. Za jego plecami zarżała cicho Nieustraszona.

To nie kwestia odwagi. Zupełnie jakby zapomnieli, kim są, gdzie są i dlaczego. Quentin zdjął łuk i wyjął kolejną strzałę z kołczana. W ramach eksperymentu stanął we właściwej pozycji łuczniczej, naciągnął cięciwę i strzelił w pień drzewa. Strzała zwolniła nad łąką, jakby leciała przez wodę, a nie powietrze. Patrzyli, jak płynie, koziołkując od czasu do czasu do tyłu, w zwolnionym tempie. Wreszcie straciła resztę impetu i po prostu zatrzymała się półtora metra nad ziemią.

Potem wybuchła, bezdźwięcznie, w fontannę białych iskier.

— Wow — Quentin zaczął się śmiać. Po prostu nie mógł się powstrzymać. — To miejsce jest kurewsko naładowane magią. — Odwrócił się do pozostałych. — Jak sądzicie? Bo mnie to wygląda na przygodę. Pamiętacie przygody? Takie jak w książkach?

— Czy pamiętamy? — powiedziała Janet. Wyglądała na wkurzoną. — A ty może pamiętasz Penny’ego? Nie widzieliśmy go coś ostatnio, no nie? Nie mam ochoty przez resztę królowania kroić ci jedzenia na talerzu.

Równie dobrze mogła zapytać: „Pamiętasz Alice?”. Owszem, pamiętał Alice. Umarła, ale oni przeżyli, i czy nie o to właśnie chodzi w życiu? Podskoczył na palcach. Mrowiły i pociły mu się w butach, zaledwie piętnaście centymetrów od wyraźnego skraju zaczarowanej łąki.

Wiedział, że przyjaciele mają rację, to miejsce praktycznie cuchnęło dziwaczną magią. Było niczym pułapka, zwinięta sprężyna, która wystrzeli, żeby go uwięzić, złamać. A on tego chciał. Chciał tam wetknąć palec i zobaczyć, co się stanie. Tutaj, w tym miejscu zaczynała się jakaś historia, jakaś misja, a on chciał się jej podjąć. To było coś świeżego, czystego, niebezpiecznego. W niczym nie przypominało ciężkiego ciepłego sadła zamkowego życia. Tu na pewno zdjęto ochronny plastik.

— Naprawdę nie idziecie? — spytał.

Julia tylko na niego patrzyła. Eliot pokręcił głową.

— Ja tam wolę bezpieczeństwo. Ale jak chcesz, będę cię stąd osłaniał.

I w skupieniu zaczął rzucać pomniejsze zaklęcie ujawniające, takie, które odsłaniało wszystkie oczywiste magiczne zagrożenia. Kiedy pracował, wokół jego palców trzeszczała i prychała w powietrzu magia. Quentin wyciągnął miecz. Inni śmiali się z niego, że go nosi, ale on po prostu lubił trzymać go w ręku. Czuł się wtedy jak bohater. A przynajmniej wyglądał jak bohater.

Julia nie uważała, że to śmieszne. Choć w zasadzie rzadko się teraz śmiała z czegokolwiek. Poza tym może go przecież wyrzucić, jeśli trzeba się będzie uciec do magii.

— Co chcesz zrobić? — spytała Janet, opierając dłonie na biodrach. — Tak na poważnie, co? Chcesz się wspiąć na to drzewo?

— Kiedy nadejdzie czas, będę wiedział, co robić — odparł, zataczając kółka ramionami.

— Mnie się to nie podoba, Quentinie — powiedziała Julia. — To miejsce. To drzewo. Jeśli wyruszymy na tę przygodę, nastąpi wielka zmiana w naszym życiu.

— Może zmiana dobrze nam zrobi.

— Mów za siebie — parsknęła Janet.

Eliot dokończył zaklęcie i ułożył kciuki i palce wskazujące w kwadrat. Zamknął jedno oko i popatrzył przez niego, przesuwając ręce, by objąć całą łąkę.

— Nie widzę niczego...

W gałęziach drzewa odezwał się pogrzebowy ton. Przy wierzchołku drzewo wypuściło parę ogromnych kołyszących się kościelnych dzwonów z brązu. Czemu nie? Jedenaście uderzeń: nadal dobrze mierzyło czas, choć mechanizm się rozsypał. Po chwili zapadła cisza, jakby wzburzona woda znów się uspokoiła.

Wszyscy na niego patrzyli. Gałęzie zegarowego drzewa jęczały na bezdźwięcznym wietrze. Nie ruszył się z miejsca. Myślał o ostrzeżeniu Julii: wielka zmiana w naszym życiu. Jego życie było teraz świetne, musiał to przyznać. Miał cholernie fajny zamek pełen zacisznych dziedzińców i przewiewnych wież, i złocistego filloriańskiego słońca, którego promienie przypominały rozgrzany miód. Nagle stracił pewność, o co mu tak naprawdę chodzi. Mógł tu zginąć. Alice tu zginęła.

No i był teraz królem. Czy miał w ogóle prawo uganiać się za bardzo magicznym królikiem, który machał mu arogancko ogonkiem? To już nie była jego robota. Nagle poczuł się bardzo samolubny. Zegarowe drzewo tkwiło przed samym jego nosem, chwiejąc się i machając gałęziami, obiecując przygodę, ale jego entuzjazm opadł. Pojawiły się wątpliwości. Może to jednak nie był taki dobry pomysł?

Potrzeba wejścia na łąkę zaczęła mu zdecydowanie mijać. Tak jak kiedy ustaje działanie narkotyku, nagle zrobił się zupełnie trzeźwy. Kogo chciał oszukać? Zostanie królem nie było początkiem opowieści, było jej końcem. Nie potrzebował czarodziejskiego królika, żeby przepowiedzieć sobie przyszłość; on znał swoją przyszłość, ponieważ właśnie ją przeżywał. To była ta część: „i żyli potem długo i szczęśliwie”. Zamknij książkę, odłóż ją i daj sobie spokój.

Cofnął się o krok i jednym płynnym ruchem schował miecz do pochwy. To była pierwsza rzecz, jakiej nauczył go mistrz fechtunku: dwa tygodnie wyciągania i chowania miecza, nim w ogóle przeciął nim choć raz powietrze. Teraz był zadowolony z tych nudnych ćwiczeń. Trudno wyjść na większego fiuta niż wtedy, gdy bezskutecznie szuka się otworu w pochwie czubkiem miecza.

Poczuł dłoń na ramieniu. Julia.

— W porządku, Quentinie — powiedziała. — To nie jest twoja przygoda. Nie zaczynaj jej.

Miał ochotę opuścić głowę i otrzeć się policzkiem o jej rękę, jak kot.

— Wiem — powiedział. Więc tam nie pójdzie. — Rozumiem.

— Naprawdę rezygnujesz? — Janet wydawała się niemal rozczarowana. Zapewne chciała zobaczyć, jak on też wybucha w fontannie iskier.

— Naprawdę rezygnuję.

Mieli rację. Niech kto inny będzie sobie bohaterem. On zadowoli się swoim szczęśliwym zakończeniem. Nic i tak nie jest warte, żeby za to umierać.

— Chodź, już niemal pora na lunch — stwierdził Eliot. — Znajdźmy sobie jakąś mniej ekscytującą polankę i zjedzmy coś.

— Jasne — powiedział Quentin. — Hip, hip, hura.

W jednym z koszy był magicznie schłodzony szampan, czy raczej coś przypominającego szampana — nadal pracowali nad filloriańskim ekwiwalentem. Te kosze piknikowe — ze specjalnymi pętlami ze skóry na butelki i kieliszki — należały do asortymentu, jaki wcześniej widywał jedynie w katalogach z drogimi i bezużytecznymi rzeczami, na które nie było go stać w prawdziwym świecie. A teraz patrzcie tylko! Mógł mieć wszystkie kosze, jakich tylko zapragnął. Mimo że to, co pił, nie było szampanem, miało bąbelki i można się było tym upić. A Quentin zamierzał się porządnie upić przy lunchu.

Eliot wdrapał się na siodło i pomógł Julii wsiąść za siebie. Wyglądało na to, że wiwera dała nogę na dobre. Julia miała na tyłku dużą plamę z wilgotnej ziemi, pamiątkę po upadku. Quentin włożył właśnie stopę w strzemię Nieustraszonej, kiedy usłyszeli krzyk.

— Haj!

Obejrzeli się.

— Haj!

Tak właśnie mówili Filloriańczycy zamiast „hej”.

Filloriańczyk, który to powiedział, był krzepkim, energicznym mężczyzną tuż po trzydziestce. Szedł szybko przez okrągłą polankę, a entuzjazm promieniował z niego każdym porem skóry. Kiedy ich zobaczył, puścił się biegiem, przy czym zupełnie ignorował gałęzie zepsutego zegarowego drzewa, które miotały się dziko nad jego głową. Po prostu trudno byłoby ignorować je bardziej. Ot, kolejny dzień w magicznej puszczy. Filloriańczyk miał obfitą blond grzywę i szeroką pierś i zapuścił do tego wielką blond brodę, by ukryć nieco zbyt zaokrąglony podbródek.

Jollyby, Wielki Łowczy. Miał na sobie fioletowo-żółte legginsy w pasy i jego nogi naprawdę robiły wrażenie, szczególnie że nigdy nie dane mu było przebywać w tym samym wszechświecie co stepper czy atlas. Eliot miał rację, zapewne jechał za nimi przez cały ten czas.

— Haj! — odkrzyknęła radośnie Janet. — No to będziemy mieli przyjęcie — dodała sotto voce.

W wielkiej, odzianej w skórzaną rękawiczkę pięści Jollyby ściskał uszy dużego kopiącego z całych sił zająca.

— A niech mnie szlag — powiedziała Nieustraszona. — Złapał go!

Nieustraszona była mówiącym koniem. Tyle że nieco milczącym.

— Istotnie — zgodził się Quentin.

— Szczęśliwy przypadek! — zawołał Jollyby, kiedy zbliżył się dostatecznie, by nie musieć krzyczeć. — Trafiłem na niego, jak siedział sobie cały szczęśliwy pod skałą, jakieś sto metrów stąd. Przyglądał się wam, a ja go spłoszyłem w taki sposób, że skoczył w niewłaściwą stronę. Złapałem go gołymi rękami. Dacie wiarę?

Quentin wierzył, choć nadal nie uważał, żeby to miało jakiś sens. Jak można się podkraść niepostrzeżenie do zwierzęcia, które widzi przyszłość? Może królik widział przyszłość ludzi, ale własnej nie? Zwierzak przewracał szaleńczo oczami.

— Biedaczek — rozczulił się Eliot. — Patrzcie, jaki jest wkurzony.

— Och, Jolly — powiedziała Janet. Założyła ręce na piersiach w udawanym gniewie. — Powinieneś był nam pozwolić go złapać. Teraz przepowie tylko twoją przyszłość.

Wcale to nie zabrzmiało, jakby była rozczarowana, lecz Jollyby — wspaniały, wszechstronny łowczy, ale niekoniecznie Okręgowy Mistrz Intelektu — strapił się. Zmarszczył krzaczaste brwi.

— Może będziemy go sobie podawać? — zaproponował Quentin. — I przepowie przyszłość każdemu po kolei?

— To nie jest skręt, żeby go sobie podawać — mruknęła Janet.

— Nie, lepiej go nie pytajcie — powiedziała Julia ostrzegawczo.

Ale Jollyby cieszył się swoją wielką chwilą. Był w centrum królewskiej uwagi.

— Czy to prawda, ty bezużyteczne zwierzę? — spytał. Poprawił chwyt na uszach Jasnowidzącego Zająca i uniósł go w górę, tak że znaleźli się nos w nos.

Zając przestał kopać i wisiał teraz bezwładnie, a oczy miał puste ze strachu. To był kawał zająca, miał prawie metr długości od nosa do czubka ogona i gęste futerko w kolorze wyschniętej trawy w zimie. Wcale nie był uroczy. To nie był żaden oswojony czarodziejski zając. To było dzikie zwierzę.

— Widzisz coś? — Jollyby potrząsnął stworzeniem, jakby to wszystko był jego pomysł, a zatem i wina. — Co tam jest, w przyszłości?

Zając skupił wzrok. Popatrzył prosto na Quentina. Obnażył wielkie pomarańczowe siekacze.

— Trup — wychrypiał.

Stali nieruchomo przez jakąś sekundę. Słowa zająca wydały im się nie tyle przerażające, co niewłaściwe, jakby ktoś właśnie opowiedział świński dowcip na przyjęciu urodzinowym dla dzieci.

Jollyby bardziej zmarszczył brwi i oblizał wargi. Quentin zauważył krew na jego zębach. Łowczy zakaszlał, a potem głowa opadła mu bezwładnie do przodu. Zając wyrwał się z jego bezwładnych palców i pomknął przez trawę jak rakieta.

Martwy Jollyby padł na trawę.

— Trup! Tragedia i trwoga! — wołał zając, uciekając, na wypadek gdyby wcześniej nie wyraził się dostatecznie jasno. — Trauma i tortury!

Rozdział 2

Rozdział 2

Zamek Białoszczyty mieścił specjalną komnatę, w której spotykali się królowie i królowe. To była kolejna zaleta bycia królem: wszystko, co miałeś, zostało zrobione specjalnie dla ciebie.

Komnata była prawdziwie królewska. Kwadratowa, na szczycie kwadratowej wieży, z czterema oknami wychodzącymi na cztery strony świata. Wieża obracała się bardzo powoli, jak niektóre inne wieże — fundamentem Zamku Białoszczytego był skomplikowany i ogromny mosiężny mechanizm zegarowy, przemyślne dzieło krasnoludów, absolutnie genialnych w takich sprawach. Codziennie wieża wykonywała pełny obrót, ale jej ruchu niemal nie dało się wyczuć.

Na środku komnaty stał specjalny kwadratowy stół i cztery krzesła — w zasadzie trony, albo coś je przypominającego, dzieło kogoś, kto posiadał dość rzadki, jak wynikało z doświadczeń Quentina, talent produkowania krzeseł wyglądających jak trony, ale nadających się do siedzenia. Na blacie wymalowano mapę Fillory i zabezpieczono ją wieloma warstwami lakieru, a na każdym z krzeseł wyryto imię władcy, który na nim zasiadał, oraz przypisywane mu atrybuty. Quentin miał wizerunek Białego Rogacza, pokonanego Martina Chatwina i talię kart. Krzesło Eliota było najbardziej ozdobne, jak przystało na tron Najwyższego Króla. Stół może i był kwadratowy, ale nikt nie miał wątpliwości, kto zasiada u jego szczytu.

Jednak dziś krzesła nie wydawały się wygodne. Scena śmierci Jollyby’ego utkwiła Quentinowi w pamięci, wyraźnie i w żywych kolorach; odtwarzała mu się w mózgu prawie bez przerwy, tak co trzydzieści sekund. Kiedy Jollyby upadał, Quentin rzucił się naprzód, złapał go i opuścił delikatnie na ziemię. Obmacał bezradnie wielką pierś łowczego, jakby się spodziewał, że gdzieś, w jakiejś sekretnej kieszeni trzyma zapasowe życie, i jakby tylko on, Quentin, mógł je znaleźć i oddać mu z powrotem. Janet krzyczała. To był ogłuszający, niekontrolowany wrzask jak z horrorów, który trwał dobre piętnaście sekund, póki Eliot nie złapał jej za ramiona i siłą nie odwrócił tyłem do trupa Jollyby’ego.

Równocześnie polana wypełniła się upiornym zielonym światłem — skutek ponurego, obcego zaklęcia Julii, którego szczegółów Quentin nadal nie rozumiał, a w zasadzie nawet jego ogólnych zasad. Wiedział jedynie, że było to zaklęcie ujawniające wszelkie złe byty obecne na polanie. Miało dość zaskakujący skutek uboczny: oczy Julii zrobiły się zupełnie czarne, bez białek czy źrenic. Jedynie ona pomyślała, żeby zaatakować. Ale nie było kogo.

— No dobra — powiedział Eliot. — Więc porozmawiajmy o tym. Myślimy, że co się dziś zdarzyło?

Popatrzyli po sobie, nadal roztrzęsieni i zaszokowani. Quentin chciał coś zrobić albo coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Prawda była taka, że wcale nie znał tak dobrze Jollyby’ego.

— Był taki dumny — powiedział wreszcie. — Sądził, że dokonał czegoś wielkiego.

— To na pewno wina królika — stwierdziła Janet. Oczy miała czerwone od płaczu. Przełknęła głośno ślinę. — Prawda? Albo zająca, wszystko jedno. To on go zabił. Bo co innego?

— Nie możemy tego zakładać. Zając przepowiedział jego śmierć, ale nie musiał jej spowodować. Post hoc ergo propter hoc. To błąd logiczny.

Gdyby zaczekał chwilę, dotarłoby do niego zapewne, że Janet nie jest zainteresowana łacińską nazwą błędu logicznego, który mogła popełniać lub nie.

— Przepraszam — powiedział. — To znowu skutek mojego Aspergera.

— Czyli to tylko przypadek? — warknęła Janet. — Że padł trupem na miejscu, zaraz po tym, jak zając przepowiedział jego śmierć? Może źle to rozumiemy? Może zając nie przepowiada przyszłości, może on ją kontroluje?

— Może nie lubi, jak go łapać? — wyraziła przypuszczenie Julia.

— Nieco trudno mi uwierzyć, że historia wszechświata została napisana przez mówiącego królika — stwierdził Eliot. — Choć z drugiej strony wiele by to wyjaśniało.

Była piąta po południu, normalna pora ich spotkań. Przez kilka pierwszych miesięcy po przybyciu na Zamek Białoszczyty Eliot pozwalał im robić, co chcieli, zgodnie z teorią, że w końcu w sposób naturalny odnajdą swoje predyspozycje jako władcy i zajmą się rzeczami, które odpowiadać im będą najlepiej. Wynikł z tego totalny chaos — albo nikt się nie zajmował daną kwestią, albo zajmowały się nią dwie osoby, na dwa sposoby. Eliot ustalił więc, że będą się spotykać codzienne o piątej i decydować, kto się zajmie czym spośród najbardziej palących spraw królestwa. Ich spotkaniom tradycyjnie towarzyszył zapewne najwspanialej zaopatrzony barek z whiskey, jaki widziano na którymkolwiek z nieskończonej liczby światów wielowszechświata.

— Powiedziałem rodzinie, że zajmiemy się pogrzebem — powiedział Quentin. — Miał tylko rodziców. Był jedynakiem.

— Powinienem pewnie coś powiedzieć — stwierdził Eliot. — W końcu nauczył mnie grać na rogu.

— Wiedzieliście, że był lwołakiem? — Janet uśmiechnęła się smutno. — Naprawdę. Działał według kalendarza słonecznego, zmieniał się tylko podczas równonocy i przesileń. Mówił, że to pomaga mu rozumieć zwierzęta. Miał włosy dosłownie wszędzie.

— Proszę — jęknął Eliot. — Oddam wszystko, byle nie wiedzieć, skąd to wiesz.

— To pomagało w wielu sprawach.

— Mam teorię — wtrącił się pospiesznie Quentin. — Może to robota Fenwicków? Są na nas wściekli, odkąd się tu zjawiliśmy.

Fenwickowie byli najstarszym z rodów, które kierowały sprawami w Fillory przed powrotem brakebillczyków. Nie byli szczęśliwi, że wykopano ich z Zamku Białoszczytego, ale nie mieli wystarczająco dużego kapitału politycznego, by coś z tym zrobić. Zadowolili się więc knowaniami na dworze.

— Zabójstwo to byłby dla Fenwicków wielki krok naprzód — stwierdził Eliot. — Nie mają praktycznie żadnego znaczenia.

— I dlaczego mieliby zabić właśnie Jollyby’ego? — spytała Janet.

— Wszyscy go kochali.

— Może ich celem było któreś z nas, a nie on? — wyraził przypuszczenie Quentin. — Może to jedno z nas miało złapać zająca? No bo wiecie, już próbują rozpuścić plotkę, że to my go załatwiliśmy.

— Ale jak niby planowali to zrobić? — spytał Eliot. — Chcesz powiedzieć, że nasłali na nas królika zabójcę?

— Nie mogli wysłać Jasnowidzącego Zająca, Eliocie — powiedziała Julia. — Niepowtarzalne Zwierzęta nie ingerują w sprawy ludzi.

— Może to wcale nie był Jasnowidzący Zając, może to był ktoś w ciele zająca. Zającołak. Jezu, nie wiem! — Quentin pomasował sobie skronie. A mogli zapolować na tę głupią jaszczurkę! Był wściekły na siebie, że zapomniał, jakie jest Fillory. Pozwolił sobie uwierzyć, że wszystko zmieniło się tu na lepsze, odkąd Alice zabiła Martina Chatwina, że nie ma już trupów i tragedii, i traumy, i co tam jeszcze powiedział ten królik. Ale to wszystko nadal tu było. Nie tak jak w książkach. Et in Arcadia ego.

A choć wiedział, że to szaleństwo, nie mógł się pozbyć niejasnego i dziecinnego uczucia, że Jollyby zginął z jego winy, że to by się nie stało, gdyby nie kusiła go ta przygoda. Albo może nie dość kusiła? Jakie zasady obowiązywały? Może powinien był jednak wyjść na tę polanę? Może to jemu była pisana śmierć? Miał wyjść na polanę i umrzeć, ale nie wyszedł, więc umarł Jollyby.

— Może nie ma wyjaśnienia? — powiedział na głos. — Może to po prostu tajemnica? Kolejny szalony przystanek w Magical Mystery Tour[1] po Fillory? Nie było żadnej przyczyny, po prostu tak się stało. Nie można tego wyjaśnić.

Eliota to nie zadowoliło. Wprawdzie pozostał dawnym Eliotem, leniwym moczymordą z Brakebills, ale kiedy został Najwyższym Królem, ujawniły się w nim przerażające skłonności do pedantyzmu.

— Nie możemy dopuścić, by w królestwie pojawiały się przypadki niewytłumaczalnych zgonów — oświadczył. — Tak nie może być. — Odchrząknął. — Oto co się stanie: nastraszę Fenwicków, tak na wszelki wypadek. Niewiele do tego trzeba, bo to banda wymuskanych cipć. I mówię to z całą odpowiedzialnością wymuskanej cipci.

— A jeśli to nie zadziała? — spytała Janet.

— Wówczas ty, Janet, przyjrzysz się Lorianom. — Loria sąsiadowała z Fillory od północy. Janet zajmowała się stosunkami zagranicznymi, Quentin przezywał ją Fillory Clinton. — W książkach to zawsze oni stali za wszelkim złem. Może próbują usunąć tutejsze władze? Głupie pseudowikingowskie fiuty. A teraz, na litość boską, porozmawiajmy przez chwilę o czym innym!

Ale nie mieli o czym rozmawiać, więc zapadła cisza. Nikt nie był szczególnie zachwycony planem Eliota, najmniej sam Eliot, ale nie mieli lepszego. Ani nawet gorszego. Sześć godzin po zdarzeniu Julia nadal miała oczy zupełnie czarne od zaklęcia, które rzuciła w lesie. Efekt był niepokojący z powodu braku źrenic. Quentin się zastanawiał, czy teraz widzi coś, czego nie widzą inni.

Eliot przeglądał notatki, szukał kolejnego tematu spotkania, ale ostatnio mieli nieurodzaj na tematy.

— Już czas — stwierdziła Julia. — Musimy wyjść na balkon, Eliocie.

Codziennie po popołudniowym spotkaniu wychodzili na balkon i machali do ludu.

— Cholera — powiedział Eliot. — Masz rację.

— Może dziś nie powinniśmy? — zaprotestowała Janet. — Mam wrażenie, że to niewłaściwe.

Quentin wiedział, o co jej chodzi. Istotnie, wychodzenie na wąski balkon z uśmiechami przyklejonymi do twarzy i machanie do Fillorian, którzy zebrali się na codzienny rytuał, wydawało się nieco niewłaściwe. A jednak...

— Powinniśmy to zrobić — powiedział. — Szczególnie dzisiaj.

— Przyjmujemy hołdy za nicnierobienie.

— Dajemy ludziom poczucie trwałości władzy w obliczu tragedii.

Wyszli na wąski balkon. Na dziedzińcu zamku, daleko pod nimi na dnie pionowego spadku, zebrało się kilkuset Filloriańczyków. Z tej wysokości wyglądali nierealnie, jak lalki. Quentin pomachał.

— Chciałbym, żebyśmy mogli zrobić dla nich coś więcej — powiedział.

— Co mianowicie? — spytał Eliot. — Jesteśmy królami i królowymi magicznej utopii.

Z dołu dobiegły ich słabe wiwaty. Dźwięk był przytłumiony i dochodził z oddali — przypominał muzyczkę w grających kartkach świątecznych.

— Jakieś postępowe reformy? Chcę w czymś komuś pomóc. Gdybym był Filloriańczykiem, zdetronizowałbym sam siebie jako arystokratycznego pasożyta.

Kiedy Quentin i pozostali zasiedli na tronach, nie bardzo wiedzieli, czego się spodziewać. Szczegóły nie zostały jasno określone — Quentin podejrzewał, że będą mieli jakieś obowiązki ceremonialne i zapewne będą odgrywać wiodącą rolę w polityce, że spocznie na nich odpowiedzialność za dobro narodu, którym władali. Ale tak naprawdę nie mieli wiele pracy.

Dziwne, lecz Quentinowi jej brakowało. Spodziewał się, że Fillory będzie czymś w rodzaju średniowiecznej Anglii, ponieważ wyglądało jak średniowieczna Anglia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Postanowił, że oprze się na europejskiej historii, w stopniu, w jakim ją pamiętał, i zrealizuje standardowy program oświecenia, nic nadzwyczajnego, tylko największe przeboje, by przejść do historii jako postępowy dobry król.

Ale Fillory nie było Anglią. Przede wszystkim miało mikroskopijną populację — nie więcej niż dziesięć tysięcy ludzi, plus drugie tyle mówiących zwierząt, krasnoludów, duszków, olbrzymów i takich tam. Tak więc on i pozostali monarchowie — czy raczej tetrarchowie, zresztą wszystko jedno — byli raczej czymś w rodzaju burmistrzów małego miasteczka. A poza tym, choć magia działała na Ziemi, samo Fillory było magiczne. I na tym polegała różnica. Tu magia była częścią ekosystemu, tkwiła w pogodzie, oceanach i ziemi, niesamowicie żyznej. Jeśli chciałeś, żeby zbiory ci się nie udały, musiałeś się naprawdę mocno postarać.

Fillory było krainą nadmiaru. Wszystko, co wymagało wyprodukowania, prędzej czy później dostarczali krasnoludowie, a oni z kolei nie byli wyzyskiwanym proletariatem przemysłowym, tylko zwyczajnie lubili robić różne rzeczy. O ile nie było się naprawdę nikczemnym tyranem, jak Martin Chatwin, w sprawach socjalnych nie miało się nic do roboty: po prostu zasoby były zbyt wielkie w stosunku do zbyt małej liczby ludzi. Jedynym brakiem, na jaki cierpiała gospodarka Fillory, okazał się chroniczny brak braków.

W rezultacie kiedy któreś z brakebillczyków — jak ich nazywano, choć Julia nigdy nie studiowała w Brakebills, co zawsze podkreślała — próbowało zabrać się do czegoś na poważnie, okazywało się, że nie bardzo jest się do czego zabierać. Wszystko ograniczało się do rytuału, pompy i okazji. Nawet pieniądze były tylko na pokaz, jak te z gry Monopol. Reszta już dawno przestała próbować być pożyteczna, ale Quentin nie bardzo potrafił odpuścić. Może to go właśnie gnębiło, kiedy stał na skraju okrągłej polany? Gdzieś tu musi istnieć coś prawdziwego, ale on nie potrafi tego znaleźć.

— No dobrze — powiedział. — To co dalej?

— No cóż — odparł Eliot, kiedy wrócili do pokoju — mamy problem na Najdalszej Wyspie.

— Gdzie?

— Na Najdalszej Wyspie. — Eliot wziął do ręki jakieś monarsze z wyglądu dokumenty. — Tak tu jest napisane. Jestem jej królem, a nawet nie wiem, gdzie to jest.

Janet parsknęła.

— To przy wschodnim wybrzeżu. Kawałek drogi, chyba ze dwa dni statkiem. Boże, nie wierzę, że w ogóle pozwalają ci być królem. To najbardziej na wschód wysunięty punkt imperium filloriańskiego. Tak mi się zdaje.

Eliot popatrzył ma mapę namalowaną na stole.

— Nie widzę jej.

Quentin też popatrzył na mapę. Podczas swej pierwszej wizyty w Fillory wypłynął daleko na Zachodnie Morze, po drugiej stronie kontynentu filloriańskiego, ale jego znajomość wschodu była dość powierzchowna.

— Ta mapa jest za mała — Janet wycelowała palcem w podołek Julii. — Wyspa byłaby tam, gdybyśmy mieli większy stół.

Quentin próbował ją sobie wyobrazić: niewielki skrawek białego piasku ozdobiony dekoracyjną palmą wynurzający się ze spokojnego niebieskozielonego oceanu.

— Byłaś tam? — spytał Eliot.

— Nikt tam nie był. To tylko kropka na mapie. Ktoś tam założył kolonię rybacką, jak jego statek zderzył się z tą wyspą, chyba z milion lat temu. Dlaczego piszą ci o Najdalszej Wyspie?

Eliot wrócił do papierów.

— Wygląda na to, że od dwóch lat nie płacą podatków.

— No to co? — spytała Janet. — Zapewne nie płacą, ponieważ nie mają pieniędzy.

— Wyślij im telegram — poradził Quentin. — „DRODZY NAJDALSZYCY STOP WYŚLIJCIE PIENIĄDZE STOP JEŚLI NIE MACIE PIENIĘDZY NIE WYSYŁAJCIE PIENIĘDZY STOP”.

Spotkanie rozłaziło się w szwach, gdy Eliot i Janet zaczęli ze sobą konkurować, kto wymyśli bardziej bezużyteczny telegram do Najdalszyków.

— No dobrze — powiedział wreszcie Eliot. Wieża obróciła się tak, że za plecami miał teraz ognisty filloriański zachód słońca, a nad jego ramionami piętrzyły się drabiny różowych chmur. — Nastraszę Fenwicków w kwestii Jollyby’ego. Janet pogada z Lorianami, a ktoś — tu wykonał ogólny gest ręką — niech zrobi coś w sprawie tej Najdalszej Wyspy. Ktoś poda szkocką?

— Ja pojadę — zgłosił się Quentin.

— Przecież stoi na barku.

— Nie, mówię o Najdalszej Wyspie. Pojadę tam. Dopilnuję tych podatków.

— Co? — Eliota wyraźnie wkurzył ten pomysł. — Po co? To, kurwa, na końcu świata. A poza tym to sprawa skarbu. Pojedzie tam wysłannik. Po to są, żeby ich wysyłać.

— Lepiej wyślij mnie.

Quentin nie potrafił wyjaśnić tego impulsu, po prostu czuł, że musi coś zrobić. Pomyślał o okrągłej polance i zepsutym zegarowym drzewie i w głowie znów odtworzył mu się klip wideo z umierającym Jollybym. Jaki to wszystko miało sens, skoro mogłeś paść trupem, tak po prostu? To właśnie chciał wiedzieć. Jaki to wszystko ma sens?

— Przecież nie zamierzamy przeprowadzić inwazji — wytknęła mu Janet. — Nie musimy wysyłać tam króla. Nie płacą podatków, zgoda, ale to pewnie jakieś osiem ryb i na pewno nie spowoduje ruiny skarbu.

— Wrócę, nim się obejrzycie. — Już wiedział, że dobrze robi. Napięcie, które dotąd odczuwał, zelżało, kiedy to powiedział. Czuł ulgę, ale z jakiego powodu, nie wiedział. — Kto wie? Może się czegoś nauczę?

To będzie jego misja: ściągnięcie podatków z bandy wsioków z zaścianka. Nie wyruszył na przygodę obiecywaną przez zepsute drzewo, i dobrze. Mógł za to wyruszyć na tę.

— To może słabo wypaść, zważywszy na sprawę Jollyby’ego — Eliot pomacał się po królewskim podbródku. — Wracasz na pierwszą oznakę kłopotów.

— Jestem królem. Nie muszą mnie ponownie wybierać czy coś.

— Zaczekaj — powiedziała Janet. — Ale nie zabiłeś Jollyby’ego, prawda? Czy o to tu chodzi?

— Janet! — zmitygował ją Eliot.

— Nie, naprawdę. Wszystko by do siebie pasowało, gdyby...

— Nie zabiłem Jollyby’ego — zapewnił ją Quentin.

— No dobra. Świetnie. Wspaniale — Eliot wykreślił sprawę ze swojej listy. — Sprawa Najdalszej Wyspy załatwiona. To w takim razie wszystko.

— Mam nadzieję, że nie pojedziesz sam — powiedziała Janet. — Ember jeden wie, jacy oni są. Może się skończyć jak z kapitanem Cookiem.

— Nic mi nie będzie — mruknął Quentin. — Julia ze mną popłynie. Prawda, Julio?

Eliot i Janet zmierzyli go wzrokiem. Ile czasu minęło, odkąd zaskoczył tych dwoje? Czy w ogóle kogokolwiek mu się udało? Musi się czymś zająć. Uśmiechnął się do Julii, a ona popatrzyła na niego. Przez te czarne oczy nie dało się odczytać wyrazu jej twarzy.

— Oczywiście — powiedziała tylko.

* * *

Tej nocy Eliot odwiedził Quentina w jego sypialni.

Kiedy Quentin znalazł ten pokój, wypełniały go paskudne quasi-średniowieczne graty. Minęły dosłownie wieki, odkąd ktoś zasiadał równocześnie na wszystkich czterech tronach na Zamku Białoszczytym, stąd dodatkowe apartamenty królewskie wzięła w posiadanie obrzydliwa armia niepotrzebnych kandelabrów, kulawych lichtarzy, wyschniętych jak meduza wyrzucona na brzeg zepsutych instrumentów muzycznych, bezzwrotnych dyplomatycznych prezentów, stołów i krzeseł tak żałośnie ozdobnych, że mogły się złamać od samego patrzenia na nie (a nawet i bez tego), martwych zwierząt, bezwzględnie wypchanych w pozach błagania o litość, urn i dzbanów oraz innych, trudniejszych do zidentyfikowania naczyń służących do spożywania napojów albo załatwiania innych potrzeb.

Quentin kazał opróżnić ten pokój do gołych ścian. Wynieść wszystko. Zostawił tylko łóżko, jeden stół, dwa krzesła, kilka co lepszych dywanów oraz część arrasów ładnych lub z podtekstem politycznym, nic więcej. Lubił szczególnie jeden, przedstawiający potężnego gryfa, który zmuszał do ucieczki oddział pieszych żołnierzy. Zapewne arras miał symbolizować triumf jakiejś grupy dawno nieżyjących ludzi nad inną grupą od dawna martwych ludzi, których nikt nie lubił, ale z jakichś powodów w samym środku starcia gryf przechylał głowę na bok i popatrzył prosto na widza, jakby chciał powiedzieć: „Jasne, załatwione, jestem w tym dobry. Ale czy to na pewno najlepszy sposób spożytkowania mojego czasu?”.

Po opróżnieniu pokój nagle zrobił się trzy razy większy. Znowu oddychał. Można było w nim myśleć. Był prawie tak duży jak boisko do siatkówki, miał gładką kamienną podłogę, wysoki drewniany sufit, który niknął w mroku i rzucał ciekawe cienie, oraz przeraźliwie gotyckie okna, w których otwierało się nawet kilka szybek. Był tak cudownie wielki i pusty, że kiedy szurało się nogą po kamieniach, odpowiadało echo. Panowała tu taka cisza, taki spokój, jakiego na Ziemi można doświadczyć w niewielu miejscach. Bezruch muzeum albo katedry nocą.

Wyżsi rangą służący utyskiwali, że królowi Fillory nie przystoi mieszkać w tak spartańskich warunkach. Quentin doszedł do wniosku, że jedną z najfajniejszych rzeczy w byciu królem Fillory jest to, że samemu można zdecydować, co jest stosowne dla króla Fillory, a co nie.

A poza tym jeśli tęsknili za prawdziwie królewskim stylem, mieli przecież Najwyższego Króla Fillory. Apetyt Eliota na przepych był po prostu niewyczerpany. Jego sypialnię — leże boga króla — pokrywały pozłacane, zdobione diamentami i inkrustowane macicą perłową rokokowe dekoracje, bezwzględnie odpowiadające tutejszym gustom.

— Wiesz, że w książkach o Fillory można było wejść w arras? — Było dobrze po północy. Eliot stanął oko w oko z tkanym gryfem i popijał ze szklanki coś o bursztynowym kolorze.

— Wiem — Quentin leżał na łóżku w jedwabnej piżamie. — Uwierz mi, próbowałem. Jeśli naprawdę to zrobili, nie mam pojęcia jak. Moim zdaniem to są zwyczajne arrasy. Nawet się nie poruszają jak w Harrym Potterze.

Eliot przyniósł szklaneczkę i dla Quentina. Quentin nie napił się jeszcze, ale i nie wykluczył takiej możliwości. A już na pewno nie zamierzał pozwolić jej wypić Eliotowi, co niewątpliwie ten będzie próbował zrobić, kiedy skończy swoją. Wymościł w pościeli gniazdko na szklankę, zaraz pod łokciem.

— Raczej nie miałbym ochoty wejść w ten arras — stwierdził Eliot.

— Wiem. Czasami się zastanawiam, czy on przypadkiem nie próbuje wyjść.

— Ale popatrz na tego faceta — powiedział Eliot, podchodząc do portretu rycerza w zbroi. — Nie miałbym nic przeciwko wejściu w ten arras, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

— Rozumiem, co masz na myśli.

— I wyciągnięciu miecza z pochwy.

— Złapałem, naprawdę.

Eliot zmierzał do czegoś, ale się nie spieszył. Tylko że jeśli nie przejdzie wkrótce do rzeczy, Quentin zaśnie.

— Myślisz, że gdybym się tam dostał, zobaczyłbyś na arrasie małą wełnianą wersję mnie? Nie wiem, czyby mi się to spodobało.

Quentin czekał. Już dawno nie czuł się tak spokojny, jak od chwili, kiedy zdecydował, że popłynie na Najdalszą Wyspę. Okna w pokoju były otwarte w takim stopniu, w jakim dawały się otworzyć, i do środka wpadało ciepłe nocne powietrze pachnące trawą pod koniec lata i pobliskim morzem.

— Jeśli chodzi o tę twoją wyprawę — powiedział w końcu Eliot.

— Jeśli?

— Nie rozumiem, dlaczego to robisz.

— A musisz?

— To coś w stylu misji i przygód, i czego tam jeszcze? Popłynąć poza horyzont? Wszystko jedno. Nie jesteś tu potrzebny w związku ze sprawą Jollyby’ego. Któreś z nas zapewne naprawdę powinno tam popłynąć — pewnie nawet nie wiedzą, że znowu mają królów i królowe — aby przekazać szczegóły dla dobra państwa.

— Wystarczy.

— Ale chcę porozmawiać z tobą o Julii.

— Och. — Czas na whiskey. Próbując pić na leżąco, Quentin pociągnął większy łyk, niż zamierzał, i poczuł w trzewiach ogień. Stłumił kaszel. — Słuchaj, jesteś Najwyższym Królem, a nie moim ojcem — wysapał. — Poradzę sobie.

— Nie musisz się bronić, po prostu chcę mieć pewność, że wiesz, w co się pakujesz.

— A jeśli nie wiem?

— Czy opowiadałem ci kiedyś, jak poznałem Julię? — spytał Eliot, siadając na jednym z dwóch krzeseł pozostawionych w sypialni.

— Jasne. — Naprawdę? Szczegóły były niejasne. — To znaczy bez detali.

Jednak prawda była taka, że w ogóle nie rozmawiali o tamtym okresie. To było po wielkiej katastrofie w Grobowcu Embera. Quentin został ciężko ranny i musieli go zostawić pod opieką irytujących, ale niezwykle biegłych w sztuce medycznej centaurów. Eliot, Janet i inni wrócili do prawdziwego świata, a Quentin spędził rok na rekonwalescencji w Fillory. Potem wrócił na Ziemię i zrezygnował z magii. Przez następne sześć miesięcy pracował w biurze na Manhattanie, póki w końcu nie przyszli po niego Janet, Eliot i Julia. Gdyby nie przyszli, zapewne dalej by tam siedział. Był im za to wdzięczny i zawsze będzie.

Eliot patrzył przez okno w ciemną, bezksiężycową noc. W swym niezbyt wygodnym, za ciężko haftowanym szlafroku wyglądał jak orientalny władca.

— Wiesz, Janet i ja byliśmy w marnym stanie, kiedy opuszczaliśmy Fillory.

— Wiem. Ale przynajmniej Martin Chatwin nie przegryzł was prawie na pół.

— To nie jest jakiś cholerny konkurs, ale tak, masz rację. Jednak byliśmy wstrząśnięci. My też kochaliśmy Alice, no wiesz, na swój sposób. Nawet Janet. I byliśmy pewni, że ciebie też straciliśmy. Więc postanowiliśmy całkowicie dać sobie spokój z Fillory, z całą tą sprawą.

Josh pojechał do rodziców do New Hampshire, a Richard i Anaïs gdzieś tam, robić to, co robili przed wyprawą do Fillory. No wiesz, żadni z nich żałobnicy. Ja nie mogłem znieść Nowego Jorku ani tej mojej groteskowej tak zwanej rodziny z Oregonu, więc pojechałem z Janet do Los Angeles.

Okazało się, że to świetna decyzja. Wiesz, że jej rodzice są prawnikami? Prawnikami gwiazd. Są fantastycznie bogaci, mają wielki dom w Brentwood, pracują na okrągło i nie wykazują żadnych oznak życia uczuciowego. No więc siedzieliśmy w Brentwood przez tydzień czy dwa, aż nawet oni mieli dość widoku naszych zaszokowanych twarzy, kiedy szliśmy do łóżek, akurat wtedy, kiedy wstawali przed świtem na poranny mecz squasha. I wpakowali nas na dwa tygodnie do takiego wymyślnego spa w Wyoming.

Na pewno o nim nie słyszałeś, to miejsce, do którego nie sposób się dostać. Jest po prostu groteskowo drogie, ale dla tych ludzi pieniądze nic nie znaczą, a ja nie zamierzałem się kłócić. Janet praktycznie tam dorastała, cały personel znał ją od małego. Wyobraź sobie tylko, nasza Janet jako mała dziewczynka. Mieliśmy dla siebie cały bungalow i legiony służby. Mam wrażenie, że Janet miała osobną manikiurzystkę do każdego paznokcia.

Robili też różne rzeczy z błotem i gorącymi kamieniami. Przysięgam ci, była w tym prawdziwa magia. Nic nie może być aż takie dobre bez magii.

Oczywiście wkrótce wyszła na jaw straszliwa tajemnica dotycząca takich miejsc. One są po prostu koszmarnie nudne. Nie masz pojęcia, do jakich ekstremów nas to doprowadziło. Grałem w tenisa. Ja! Chociaż robili się paskudni, jeśli chodzi o picie na korcie. Więc ich poinformowałem, że od tego zależy moja forma. Nie można nauczyć się techniki, nie w moim wieku.

No więc trzeciego dnia zaczęliśmy z Janet rozważać, czy może zacząć uprawiać seks, po prostu żeby rozproszyć nudę. A wtedy niczym mroczny anioł miłosierdzia, który przybył bronić mojej cnoty, zjawiła się Julia.

Zupełnie jak w jednym z tych kryminałów o Poirocie, no wiesz, rozgrywającym się w jakimś wymyślnym miejscu na wsi. Doszło do jakiegoś wypadku przy basenie — nigdy nie poznałem szczegółów, ale zrobiło się straszne zamieszanie. Podejrzewam, że właśnie za to się tam płaci: za pierwszorzędne zamieszanie. Tajemnicza dama. Było boleśnie oczywiste, że jest tu zupełnie nie na miejscu. Miała fryzurę jak gniazdo szczura, po prostu nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić. Gorszą niż teraz. I skórki przy paznokciach ogryzione do krwi. Garbiła się. Jąkała się nerwowo. I nie miała zielonego pojęcia, jak tam wszystko działa. Próbowała dawać napiwki. Wymawiała nazwy francuskich win z prawdziwym francuskim akcentem.

Oczywiście natychmiast zaczęło mnie do niej ciągnąć. Obstawiałem, że jest Rosjanką, córką oligarchy, który siedzi w więzieniu, coś w tę mańkę. Tylko Rosjan stać na pobyt w takim miejscu i taką fatalną fryzurę. Janet natomiast uważała, że właśnie jest po odwyku, a sądząc z wyglądu, powinna zaraz tam wrócić. W każdym razie rzuciliśmy się na nią jak umierające z głodu wilki. Podjęliśmy delikatne kroki. Nie chcieliśmy jej spłoszyć, z daleka było widać, że balansuje na skraju paniki. To Janet, ta mistrzyni uwodzenia, wreszcie ją złamała — usiadła w recepcji i zaczęła się w głos skarżyć na jakiś trudny problem komputerowy. Widzieliśmy, jak Julia ze sobą walczy, ale to było fait accompli.

Potem — no sam wiesz, jak to jest na wakacjach. Jak tylko kogoś poznasz, nie sposób się go pozbyć. Wszędzie na siebie wpadaliśmy. Nie uważasz, że takie miejsca są nie w jej stylu? Ale była tam, po szyję w błocie, z plastrami ogórka na oczach. Ciągle przesiadywała w łaźniach i innych takich. Raz Janet próbowała pójść z nią do sauny, ale tak podkręciła temperaturę, że wszyscy zwiali. Zapewne kazała się nawet bić wierzbowymi witkami. Zupełnie jakby starała się zmyć z siebie jakąś skazę.

Okazało się, że ma słabość do kart, więc godzinami piliśmy i graliśmy w brydża z dziadkiem. Żadnych rozmów. Nie wiedzieliśmy oczywiście, że jest czarodziejką. Bo skąd mieliśmy wiedzieć? Ale zauważyliśmy, że ukrywa jakąś okropną tajemnicę. I miała to coś, co się lubi w czarodziejach: była wyjątkowo bystra i dość smutna, i trochę popaprana. Powiem ci prawdę, moim zdaniem podobało nam się w niej to, że przypominała nas samych.

No wiesz, w tych kryminałach o Poirocie on zawsze jedzie na wakacje, żeby uciec od tego wszystkiego, od tajemnic i czego tam jeszcze, i na tej wyspie, na którą przyjeżdża, żeby mieć ciszę, spokój i dobrą kuchnię, natychmiast zostaje popełnione morderstwo. Z nami było dokładnie tak samo, tyle że my uciekaliśmy przed magią. Pewnego razu zaszedłem do bungalowu Julii o dziesiątej czy jedenastej wieczorem. Pokłóciliśmy się z Janet i szukałem kogoś, komu mógłbym się wypłakać w mankiet.

Kiedy przechodziłem pod oknem Julii, zobaczyłem, że rozpala ogień. Już to samo w sobie było dziwne. W tych bungalowach były olbrzymie kominki, ale mieliśmy środek lata i nikt przy zdrowych zmysłach ich nie używał. No ale Julia rozpaliła wielki ogień. Podsycała go metodycznie, starannie układając drewno. Znaczyła każdy kawałek, nim go włożyła — coś tam wycinała małym srebrnym nożykiem.

A potem na moich oczach... Nie wiem, jak to opisać, żebyś zrozumiał. Uklękła przed ogniem i zaczęła do niego wrzucać różne rzeczy. Niektóre na pewno były cenne — rzadka muszla, stara księga, garść złotego pyłu. Niektóre musiały być cenne tylko dla niej. Sztuczna biżuteria. Stara fotografia. Za każdym razem, jak coś wrzucała, czekała z minutę, ale nic się nie działo, tyle że to, co się tam paliło czy topiło, śmierdziało. Nie wiem, na co czekała, ale nic się nie stało. Więc robiła się coraz bardziej zdenerwowana.

Czułem się strasznie pretensjonalnie, tak ją szpiegując, ale nie mogłem się powstrzymać. Wreszcie skończyły jej się cenne rzeczy i zaczęła płakać, a potem sama rzuciła się do ognia. Wspięła się na palenisko i padła na nie, płacząc, jakby jej miało pęknąć serce. Nogi jej wystawały z kominka. To był okropny widok, naprawdę. Oczywiście ubranie spaliło się od razu, a twarz miała czarną od sadzy, ale ogień nie tknął jej skóry. Płakała i płakała, trzęsły jej się ramiona...

Eliot wstał i podszedł do okna. Przez chwilę mocował się z szybką, a potem pewnie znalazł haczyk, którego Quentin nie zauważył, ponieważ otworzył całe okno. Quentin nie miał pojęcia, jak to zrobił. Eliot postawił szklankę na parapecie.

— Nie wiem, czy naprawdę się w niej zakochujesz, czy tylko tak uważasz — powiedział. — Zapewne nie powinienem cię za to winić, zawsze potrafiłeś sobie maksymalnie utrudnić życie. Ale po prostu posłuchaj, co ci mówię.

Tak to się zaczęło, tak się dowiedzieliśmy, że jest jedną z nas. To jej zaklęcie to było coś cholernie silnego. Słyszałem, jak szumi, nawet ponad huczeniem ognia. Światło w pokoju nabrało dziwnego koloru. Zauważyłeś, że jej magia zwykle nie poddaje się rozbiorowi? Wiedziałem od razu, że nigdy nie chodziła do Brakebills, ponieważ zaklęcie brzmiało dla mnie jak bełkot i nie miałem zielonego pojęcia, jak działa ani co ona usiłuje zrobić. Nigdy mi nie powiedziała. Zresztą nie pytałem. Gdybym jednak musiał zgadywać, powiedziałbym, że próbowała coś przywołać. Powiedziałbym, że próbowała odzyskać coś, co straciła, albo coś, co jej odebrano, coś, co było dla niej bardzo cenne. I gdybym musiał zgadywać, tobym powiedział, że jej się nie udało.

Rozdział 3

Rozdział 3

Następnego ranka Quentin udał się do portu w czarnym powozie z aksamitnymi zasłonami w oknach i aksamitnymi, miękkimi siedzeniami. W przytulnym wnętrzu trochę śmierdziało stęchlizną, jakby to była bawialnia na kółkach. Obok niego, kołysząc się zgodnie z ruchami powozu, siedziała królowa Julia. Miejsce naprzeciwko nich, praktycznie stykając się z nimi kolanami, zajmował admirał filloriańskiej floty.

Quentin postanowił, że jeśli ma wyruszyć w podróż na wyspę na krańcu świata, powinien porządnie się do tego przygotować. Powinien Poczynić Przygotowania. W takich sprawach obowiązywały pewne zasady. Takie jak: jeśli wyruszasz w podróż morską, potrzebny ci solidny statek.

W teorii wszystkie statki pozostawały do dyspozycji korony, ale w większości gotowe do drogi były okręty wojenne, jak się okazało, przeraźliwie spartańsko urządzone. Rzędy hamaków i stojaki z twardymi siennikami. Żadnych prywatnych kabin. Tak naprawdę wcale się nie nadawały na Wielką Podróż Króla Kwentina, jak Eliot lubił pisać jego imię w oficjalnych dokumentach. Więc jechali do portu znaleźć taki, który będzie odpowiedni.

Quentin czuł się dobrze. Tryskał energią i determinacją, jakich nie czuł już od dawna. Na to właśnie czekał. Admirał, niemal niepokojąco niski mężczyzna o imieniu Lacker, miał chudą szarą twarz, która wyglądała tak, jakby przez lata wyryły ją w szarej skale wiatry i morska woda.

Nie chodziło o to, że Quentin nie potrafił wyjaśnić, czego szuka. Chodziło o to, że nie chciał wyjaśnić, ponieważ gdyby to uczynił, sytuacja zrobiłby się żenująca. Szukał statku z jednej z powieści o Fillory, konkretnie „Prędkiego”, który występował w czwartym tomie sagi, Sekretnym Morzu. Jane i Rupert, ścigani przez Nadzorczynię Czasu — mógłby to wyjaśnić admirałowi Lackerowi, ale tego nie zrobił — wsiedli na gapę na statek o nazwie „Prędki”. Okazało się, że to statek piracki, tyle że piraci tylko udawali piratów. Tak naprawdę byli to niesłusznie oskarżeni filloriańscy szlachcice, którzy chcieli oczyścić swoje imię. „Prędki” nie został nigdzie poprawnie opisany, ale i tak po lekturze książki miało się o nim jasne wyobrażenie: był mocny, lecz przytulny, niewielki, elegancki, ale skuteczny podczas walki, miał elegancką linię i jaskrawożółte luki, przez które widziało się ładne kabiny.

Oczywiście gdyby to była powieść o Fillory, statek, jakiego potrzebował, już stałby w porcie na kotwicy, czekając na jego rozkazy. Tak po prostu. Ale to nie była powieść o Fillory. To było Fillory. Dlatego wszystko zależało od niego.

— Potrzebne jest mi coś nie za dużego i nie za małego — powiedział. — No, statek średniej wielkości. I musi być wygodny. I szybki. I mocny.

— Rozumiem. Czy będziesz potrzebował dział?

— Nie, nie. Albo może kilku. Tak, przyda się kilka dział.

— Kilka dział.

— Proszę, admirale, abyś się nie zachowywał jak dupek. Będę wiedział, że to ten, kiedy go zobaczę, a jeśli z jakichś powodów nie będę wiedział, ty mi podpowiesz, dobrze?

Admirał Lacker pochylił niemal niezauważalnie głowę, potwierdzając, że zawarli układ. Będzie się starał być dupkiem w jak najmniejszym stopniu.

Zamek Białoszczyty wznosił się nad szeroką, okrągłą zatoką dziwnie jasnego zielonego morza. Zatoka była niemal zbyt idealna: zupełnie jakby została wycięta celowo w wybrzeżu przez jakiegoś boga zainteresowanego dobrem ludzi, którzy musieli gdzieś trzymać statki, kiedy ich nie używali. Quentin uznał, że niewykluczone, iż tak właśnie było. Kazał woźnicy zatrzymać się na końcu nabrzeża. Wysiedli, cała trójka, i mrugali oślepieni przez poranne słońce. W powozie panował półmrok.

Powietrze przesycał zapach soli, drewna i smoły. Było upajające, jakby wdychali czysty tlen.

— No dobra — powiedział Quentin. — Zaczynamy. — Klasnął w ręce.

Przeszli powoli z jednego końca portu na drugi, robiąc wielkie kroki przez napięte grube cumy, depcząc wyschnięte rybie szkielety i obchodząc masywne pachołki do cumowania, kołowroty i labirynty skrzynek. Przy nabrzeżu cumowały zdumiewająco różnorodne statki przybyłe ze wszystkich stron imperium filloriańskiego, a także z innych krain. Był tam olbrzymi pancernik z czarnego drewna o dziewięciu masztach, z figurą skaczącej pantery na dziobie i kwadratową szalupą z czerwonym żaglem, przykrytą brezentem. Były tam slupy i kutry, galeony i szkunery, groźne korwety i małe szybkie karawele. Wyglądało to jak wanna pełna drogich pływających zabawek.

Godzinę zajęło im dotarcie na drugą stronę portu.

— No to jak myślisz? — zwrócił się Quentin do admirała Lackera.

— Myślę, że odpowiednie są „Toporek”, „Jętka” i „Ziołowe Wzgórza”.

— Na pewno masz rację. Julio?

Julia przez cały ten czas prawie się nie odzywała. Była rozkojarzona, jakby lunatykowała. Quentin pomyślał o tym, co opowiedział mu wczoraj Eliot. Zastanawiał się, czy Julia znalazła w końcu to, czego szukała. Może miała nadzieję, że znajdzie to na Najdalszej Wyspie?

— To bez znaczenia. Wszystkie są dobre, Quentinie. Naprawdę bez różnicy.

Oboje oczywiście mieli rację. Miał tu masę porządnych statków. Nawet pięknych. Ale żaden z nich nie był „Prędkim”. Quentin założył ręce na piersiach i zmrużonymi oczami popatrzył na port skąpany w blasku słońca zbliżającego się niemal do zenitu. Potem spojrzał na statki w zatoce.

— A tamte?

Lacker wydął usta. Julia popatrzyła na morze. Oczy miała równie czarne jak wczoraj i nie musiała osłaniać ich przed słońcem. Co więcej, patrzyła prosto w nie.

— One również są do twojej dyspozycji, wasza wysokość — oświadczył admirał. — Oczywiście.

Julia ruszyła najbliższym pomostem, wyprostowana, zdecydowanym krokiem do przycumowanego tam skromnego jednomasztowego kutra rybackiego. Wskoczyła na pokład i zaczęła go odcumowywać.

— Chodź, Quentinie — zawołała.

Lacker gestem wskazał Quentinowi, żeby ruszył przodem.

— Czasami trzeba po prostu coś zrobić, Quentinie — powiedziała, kiedy wszedł na pokład. — Za dużo czasu poświęcasz na oczekiwanie.

Dobrze było znaleźć się na wodzie, chociaż wiatr prawie nie wiał, a kiedy kuter rozgrzał się na słońcu, zaczął cuchnąć. Gdy wypłynęli, spod pokładu wyszedł właściciel, który zapewne tam spał, człowiek z szarą brodą, ogorzały od wiatru i słońca. Miał na sobie kombinezon, pod który najwyraźniej nic nie włożył. Lacker zwrócił się do niego w języku, którego Quentin nie rozpoznał. Na szczęście wcale nie wydawał się urażony, czy nawet zaskoczony, że na pokładzie jego kutra znajduje się dwoje monarchów i admirał.

Jeśli chodzi o Lackera, było mu wyraźnie niewygodnie w mundurze galowym, kiedy zwiedzali jeszcze większą zbieraninę nieodpowiednich statków. Większość stała tu na kotwicy ze względu na zbyt duże zanurzenie: ogromny awanturniczy okręt, nadęty jacht jakiegoś szlachcica, gruba kupiecka balia w kolorze masła.

— A może ten? — spytał Quentin, wskazując ręką.

— Błagam o wyrozumiałość, wasza wysokość, ale mój wzrok ucierpiał w służbie naszego wielkiego narodu. Chyba nie mówisz o tym...

— Tak. — Koniec tego dramatu. — O tamtym. Tam.

Z cypla wielkiej zatoki wyłaniała się płaska mierzeja. Tuż koło niej, na płyciźnie, leżał statek. Przypływ osadził go delikatnie na boku, na piaszczystym dnie. Jego podbrzusze wyglądało jak biały brzuch wieloryba.

— Ten statek, wasza wysokość, od dawna nie opuszczał zatoki.

— Mimo to.

Upierał się po części z zamiłowania do precyzji, a po części z powodu perwersyjnego pragnienia odegrania się na admirale, który mimo obietnicy zachowywał się trochę jak dupek. Właściciel statku i admirał wymienili spojrzenia. Ich znaczenie było jasne: ten facet jest walnięty.

— To może wróćmy na „Ziołowe Wzgórza”.

— Tak zrobimy — zapewniła Julia. — Ale najpierw król Quentin chce obejrzeć tamten statek.

Przyhalsowanie do niego zabrało im dziesięć minut. Żagiel łopotał, kiedy rybak dzielnie płynął pod wiatr. Quentin zapisał sobie w myślach, żeby mu potem hojnie zapłacić za te wysiłki. Okrążyli wrak leżący obojętnie na płyciźnie. Kadłub pomalowano na biało, ale farba z czasem się złuszczyła, odsłaniając szare drewno. Miał nieco dziwną sylwetkę — było w niej coś zaskakująco obłego. Kończyła się długim wąskim bukszprytem, który złamał się na pół.

Podobał mu się. Nie wyglądał ani groźnie i masywnie jak okręty wojenne, ani zbyt ładnie, jak jachty. Był elegancki, ale odpowiedni. Szkoda, że to wrak, a nie statek. Może gdyby przybył tu z pięćdziesiąt lat wcześniej?

— Co myślicie?

W