Król królów - Magdalena Lisińska - ebook + audiobook

Król królów ebook i audiobook

Magdalena Lisińska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Król królów umiera, nie wybrawszy następcy.
Część możnych Krainy popiera Gharta, syna z prawego łoża, lecz znajdują się i tacy, którzy na tronie chcą ujrzeć pierworodnego bękarta. Kraina spływa krwią. Aby przywrócić pokój, Ghart prosi o wsparcie tajemniczych wojowników, Czarne Elfy. Rzecz w tym, że elficcy juryści dotychczas nie wtrącali się w ludzkie sprawy.
Arhadhar, aktualny władca Czarnych Elfów, postanawia to zmienić i staje ze swoimi wojskami u boku młodego Króla Królów. Wraz z ludźmi i nielicznymi krasnoludami pod wodzą Irkrisa, szwagra księcia de Gra Yudherthardere, pokonują samozwańca i jego popleczników.
Tak rozpoczyna się przyjaźń człowieka, krasnoluda i elfa, która zmieni losy świata.
W nowej powieści Małgorzaty Lisińskiej wracamy do Krainy, świata znanego z serii Tropiciel, młodszego o kilkadziesiąt lat od tego, który bawił czytelnika na stronach bestsellerowych książek, lecz równie barwnego i pełnego przygód.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 325

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla wszystkich,

którzy tęsknili za Sodim.

Promienie słońca padły na miód w srebrnym pucharze. Książę Otar spojrzał na niego ponuro, a potem przeniósł wzrok na dzieci bawiące się w ogrodzie. Chłopcy biegali za sobą z drewnianymi toporkami, wrzeszcząc jak szaleni. Od wielu godzin kłócili się, który z nich będzie elfim pomiotem, a który krasnoludzkim pogromcą. W końcu ktoś ze służby podpowiedział im, żeby ciągnęli losy. Sodi wygrał, ale wtedy Dyrdo krzyknął, że kuzyn oszukiwał. Znając własnego syna, Otar gotów był przyznać siostrzeńcowi rację, ale mimo to nie zamierzał się wtrącać. Spryt u krasnoluda to raczej zaleta niż wada. Nie ta błaha sprawa uczyniła jednak miód w ustach księcia de Gra Yudherthardere mało smacznym, ale list, który przyniósł posłaniec.

– Kurwa mać! – przeklął Otar, a potem odłożył pergamin i podniósł się z dębowej ławy. – Niech ich parchaty osioł trąca, a cichodajki omijają jak owrzodzonych! Niech im rzyci zarosną pokrzywami, co przy każdym sraniu łzy z tych zezowatych ślepi wyciskać będą! Niech ich…

– A komuż to tak mile życzysz? – spytała Silde, która podeszła, trzymając u piersi najmłodsze dziecko książęcej pary. Kroczyła, kołysząc się na boki, okrągła jak idealna krasnoludzka kobieta. Nie uśmiechnęła się do męża, bo nie miała tego w zwyczaju. Usiadła na ławie, poprawiła niemowlęciu czepeczek, żeby mocne, wczesnojesienne słońce nie przypaliło mu główki, a potem spojrzała Otarowi w oczy.

Książę sapnął zachwycony widokiem odsłoniętej, wydatnej piersi, zazdroszcząc ssącemu ją berbeciowi. Od razu poprawił mu się nastrój. Niestety, tylko na moment, bo Silde warknęła cicho, odciągając mężowską uwagę od jakże pięknego obrazu.

– Otar, skup się! Co z tobą?

– A bo mi pokazujesz takie cudeńka i się potem dziwujesz, że się w oczyska nie gapię – burknął krasnolud.

– Pytałam o coś, nie?

– No.

– To komu tak byś się chciał przysłużyć?

– Pierdolonej Radzie.

– Aaaa…

Niemowlę wypuściło z ust sutek, więc księciu pierś ukazała się w pełnej krasie. Otar sapnął ponownie i już sięgał ku temu cudeńku, gdy żona trzepnęła go mocno po łapie.

– Zostaw! Dzieciaki ślepią!

Chłopcy rzeczywiście stanęli kilka kroków od dorosłych, wgapiając się w nich. Książę westchnął rozczarowany. Potem fuknął na dzieci, a one uciekły, chichocząc. W końcu Otar zasiadł obok żony. Przez jakiś czas przyglądał się niemowlęciu, które po krótkim pocmokaniu piersi przekręciło się w ramionach matki i zasnęło. Wreszcie ponownie spojrzał na księżną. Silde nie należała do urodziwych, nawet jak na krasnoludzkie standardy. Jemu jednak zawsze się podobała. Cenił jej siłę charakteru i rozum. Dlatego zamiast, jak większość znanych mu mężczyzn, zignorować jej pytanie, postanowił opowiedzieć o problemie.

– Rada żąda, abym poparł Beena – rzekł cicho. – Chcą, żebym wystawił zbrojnych i oddał ziemię na użytek tego skurwiela.

Silde zmarszczyła brwi.

– Dlaczego?

Wiedziała, że chociaż innym Krasnoludzka Rada odmówiłaby tłumaczeń, księciu de Gra Yudherthardere zapewne nie wydała ot tak polecenia.

Otar skinął niechętnie głową.

– Wiesz, że Rada uznaje Pierwsze Czytanie Tradycji? Wedle jej interpretacji pierworodny Króla Królów powinien zostać jego następcą bez względu na pochodzenie tegoż pierworodnego. Naturalnie według ludzkiego odczytania Been jako bękart nie ma prawa do tronu, ale Rada…

Silde przewróciła oczami i prychnęła głośno.

– No co?! – Otar uśmiechnął się krzywo, bo jedno zerknięcie na twarz żony i domyślił się, jaką odpowiedź usłyszy.

– Co za pieprzenie dla prostaczków! – stwierdziła księżna. – Wielkie idee, Tradycja i takie tam. Znam ja tę waszą Radę. Zawsze idzie tylko o władzę lub złoto.

Książę tego się spodziewał, ale i tak westchnął z zachwytem. Nikt nie miał tak mądrej kobiety. Mądrej i szalonej w alkowie.

– I czego się szczerzysz? – burknęła Silde.

– A tak mnie naszło.

– To niech ci odlezie. Dlaczego Rada naprawdę chce poprzeć bękarta?

– Obiecał im miejsce w Najwyższej Radzie Krainy oraz przywrócenie dawnych praw przypisanych możnym. Tym, których wygnał jego ojciec, odda ziemię, a pozostałych wynagrodzi terytoriami elfów.

– Wygna z Krainy Dobrych Ludzi?

Twarz Otara stężała.

– Sądzę, że chce raczej powtórzyć prawo Aagharta – oświadczył cicho. – Nienawidzi elfów tak jak jego dziad nienawidził gaalów. – Krasnolud wstał z ławy. – Jeśli zdobędzie tron, wybije Dobrych Ludzi niczym zwierzynę w przysyrellskich lasach. – Tupnął nogą w gniewie. – Urządzi na nich polowania, a w dobrym tonie będzie wysypać elfie kości na ganku… Kurwa mać!

Silde pokiwała głową w milczeniu. Książę chodził tam i z powrotem przez jakiś czas, aż w końcu ponownie usiadł obok żony.

– A ci idioci napalili się na te obietnice niczym gołowąs na kawał cycka! – sapał. – Polecieli do bękarta i ino czekają, aż rzyć nadstawi, co by mu ją wycałować mogli. Ni cholery nie rozumieją, że jak się Yergharty pozbyły gaalów, a teraz wybiją elfy, to im ino my na drodze do czystej Krainy zostaniemy. Jeno patrzeć, aż nowy Król Królów jakiś dekret wymyśli, że Mali Lordowie zagrażają komuś tam w czymś tam i na nas też polowanie ogłoszą. – Otar złapał żonę za rękę i kontynuował nerwowo: – Zdurniały te psiesyny. Obietnice im do łbów pierdyknęły jak mnie ów miodzik, co to twój ojczulek mnie nim, kiedym się pojechał o ciebie starać, uraczył. Pamiętasz, co żem wtedy robił?

– Ano – przytaknęła Silde. – Matka do dzisiaj z westchnieniem wspomina twoje wielkie, owłosione dupsko włażące jej do łoża. I coś się mnie zdaje, że żal jej ogromnie, że żeś się w porę opamiętał. Dziw, że po tym wszystkim ojciec jednak się zgodził na zrękowiny.

– Żeś się tak darła, że ojczulek, chociaż w wojnach wprawiony, chyba ze strachu popuścił. – Książę mrugnął zawadiacko. – Prawie na kolanach żebrał, żebym cię wziął.

– Pieprzycie, wasza miłość. – Usta księżnej drgnęły leciutko.

– Jeszcze nie, bo dzieciaki patrzą, ale poczekaj wieczora. – Pan de Gra Yudherthardere wyszczerzył zęby. Po chwili jednak spoważniał. Podrapał się po głowie i zwrócił do żony: – Nie mogę się pierdołom postawić, chociaż bogowie wiedzą, że bym chciał. Niczego tak nie pragnę, jak odwrócić się do panów krasnoludów z ukochanej Rady, gacie spuścić i pokazać, gdzie mnie mogą cmoknąć. – Silde uniosła brew, więc Otar znów się uśmiechnął. – No dobra, niech ci będzie, moja nadobna żoneczko. Prawie niczego tak nie pragnę.

– Jak już słońce zajdzie, panie mężu, chętnie na te spuszczone gacie se popatrzę – obiecała Silde. – A teraz mi ino rzeknij: nie zamierzasz chyba bękarta poprzeć?

– A kurwa, nigdy w życiu! – uniósł się krasnolud. Poderwał się z ławy, przeszedł kilka kroków, zawrócił, po czym duszkiem wychylił puchar miodu, by wreszcie popatrzeć na żonę. – Już tylko tym parchatym sukinsynom na złość, to bym tego nie zrobił, a jeszcze twój brat… No nijak nie idzie. Ino, cholera, nie wiem, jak to obejść, żeby mnie odstępcą i wichrzycielem nie obwołali. Dzieciom szkody nie chcę robić. Przecie Rada to ich dziedzictwo. Teraz tam żaden mądry łeb to i nie siedzi, ale dawniej bywało, że Yudherthardere przewodzili. – Krasnolud pokręcił głową. – Masz jakiś pomysł? Bo mnie do tej pustej mózgownicy nic przyjść nie może.

Silde uśmiechnęła się po raz pierwszy tego ranka.

– Boś się na cycki napatrzył, to i pomyślunek zsunął ci się poniżej tego fikuśnego paska ze skóry bazyliszka, co to mogłabym za niego ze cztery wioski kupić. – Poklepała męża po ręce. – Na szczęście ja nic ciekawego nie widziałam, to i u mnie rozum jest, gdzie trza.

A potem powiedziała małżonkowi, co powinien zrobić. On zaś patrzył na nią z uwielbieniem, ciesząc się wielce, że kilkanaście lat wcześniej teść na zrękowiny w końcu wydał zgodę. Nie po raz pierwszy, a zapewne i nie ostatni, Otar wspomniał tę skrzynię złota, co to nią o rękę Silde się starał. I nie pierwszy, i nie ostatni raz pomyślał, że to najlepsza inwestycja, jakiej w życiu dokonał. Jednocześnie jedyna, o której Silde nie miała pojęcia.

Bo czasami trzeba nawet przed miłością życia coś tam zataić.

Chłopiec miał nie więcej niż cztery lata. Chwytał rozpaczliwie sznur zaciśnięty wokół szyi, próbując go poluzować. Nie krzyczał, nie płakał, a jego duże, czarne oczy ani na moment nie spojrzały na oprawców. Kiedy pętla się zaciskała, łapał gwałtowniej oddech. Próbował nadążyć za żołnierzem, który bawił się, to pociągając, to popuszczając linę, ale nogi już odmawiały malcowi posłuszeństwa. Oprawcy śmiali się na widok tych coraz bardziej nieporadnych prób elfiego dziecka. Niemal je przeoczyli, bo zostało ukryte przez babkę w małej piwniczce pod chatą. Mieli już wyjeżdżać z siedliska po wyrżnięciu całej rodziny. Spędzili tam trzy długie dni, mordując mężczyzn, zabawiając się z kobietami, na oczach których wcześniej poderżnęli gardła dzieciom. I pewnie ten dzieciak umknąłby ich uwadze, gdyby wiedziony głodem nie wyszedł z kryjówki i przypadkiem nie przewrócił naczynia. Większość drużyny już odjechała, lecz ta ostatnia dwójka wojowników zabrała się do palenia śladów zabawy. Usłyszeli hałas, a kiedy zobaczyli chłopca, uznali, że umili im powrót do obozowiska.

Znęcali się nad nim przez godzinę i zaczynało ich to już nudzić. W przeciwieństwie do innych dzieci z wioski malec nie krzyczał i nie płakał. Nie zaszczycił ich choćby jednym dźwiękiem. Oprócz chwil, w których rozpaczliwie łapał oddech, jego śliczna buzia pozostawała bez jakiegokolwiek wyrazu.

– Powiesimy go tu – zaproponował niższy oprawca, wskazując głową jedno z drzew. – Niech inni widzą, co spotyka pieprzone ostrouchy.

Wyższy kompan zgodził się ochoczo. Zeskoczyli z koni, przytargali dziecko do drzewa, a później przerzucili sznur przez gałąź. Niższy szarpnął koniec liny i poderwał chłopca z ziemi…

Nagle świsnęła strzała. Żołdak zadygotał i puścił sznur. Dziecko upadło. Zaatakowany mężczyzna patrzył przez chwilę zaskoczony na srebrzystą lotkę wystającą z piersi, by w końcu opaść na kolana, a potem rąbnąć głową o trawę.

Drugi z wojów szybko wyszarpnął krótki miecz z pochwy i rozejrzał się nerwowo. Słońce oświetlało kompletnie pusty trakt. Nie dojrzał żywej duszy, jedynie kilkanaście potężnych drzew rosnących przy drodze. One jednak nie strzelały, więc ktoś musiał się za nimi skryć. Mężczyzna poderwał chłopca z ziemi i zasłonił się nim niczym tarczą.

– Pokaż się! – krzyknął, obracając się rozpaczliwie.

Przycisnął ostrze do gardła dziecka i powtórzył:

– Pokaż się albo zarżnę śmierdziela jak prosiaka!

Znów skądś śmignęła strzała. Trafiła prosto w ramię żołnierza. Mężczyzna wrzasnął i upuścił broń. Nadal jednak trzymał młodego elfa. Strach żołdaka zmienił się teraz w przerażenie, oczy wychodziły z orbit, a z przestrzelonego ramienia obficie płynęła krew. Chociaż jednak wojak cierpiał, desperacko starał się wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji. Nadal wodził wzrokiem to w jedną, to w drugą stronę, szukając zagrożenia.

Napastnik pojawił się znikąd. Uderzenie serca wcześniej trakt był pusty, a teraz, krok przed żołnierzem, stała niewysoka, szczupła i zakapturzona postać. Za plecami przybysza srebrzyła się w słońcu rękojeść miecza i kołczan pełen strzał ze srebrzystymi lotkami.

– Kim… kto… – Żołnierz zrobił krok do tyłu.

– Puść dziecko – polecił łagodnie nieznajomy.

– Jesteś elfem! – Mężczyzna odrzucił chłopca i sięgnął po sztylet przy pasku.

Napastnik był szybszy. Żołnierz nie zdołał nawet dostrzec ruchu, chwili, w której srebrzysta klinga wyskoczyła z pochwy i pomknęła ku dłoniom właściciela. Palce wojaka dopiero muskały rękojeść sztyletu, gdy elfie ostrze gładko weszło mu w pierś, przebiło mostek, potem serce, rozerwało kręgosłup, a w końcu ciężki skórzany kubrak w czerwono-brązowe pasy, barwy nieślubnego syna zmarłego Króla Królów.

– Nie umieraj! – warknął napastnik. – Jeszcze nie umieraj, do cholery!

Złapał drgające ciało, nim osunęło się na ziemię. Przycisnął palce do skroni konającego, żeby usłyszeć odpowiedź na pytanie, które zamierzał zadać. Wszedł w czerniejący umysł. Mrok jednak ogarnął umierającego szybciej, niż zdała zadziałać czarnoelfia moc. Splątane obrazy ginących, krwi, krzyków, rozerwanych zwłok i wszechobecnego bólu wypełniły myśli elfa. Zobaczył, niekończące się pasmo śmierci. Poczuł ból i strach. Dojrzał ostatnie wizje mordercy oraz cienie jego ofiar sięgające po duszę zabójcy. I samą duszę zamkniętą w niekończącym się kole cierpienia.

Elf odepchnął ciało z obrzydzeniem. Przeklął pod nosem własną niecierpliwość, przez którą nie zdołał wyciągnąć tak ważnych dla siebie informacji. A potem zrugał się za przeklinanie. Toen nie będzie zadowolony. Oj, nie będzie.

Odetchnął i spojrzał na półprzytomne dziecko, przyglądające mu się dużymi, czarnymi oczami. Zrobił krok w jego stronę, lecz chłopiec cofnął się nerwowo.

– Nie skrzywdzę cię – obiecał spokojnie.

Kiedy przerażone spojrzenie dziecka się nie zmieniło, elf powoli zsunął kaptur. Długie, czarne włosy rozsypały się na plecy niczym płaszcz. Mężczyzna odrzucił je niecierpliwym gestem, odsłaniając niezwykle urodziwe oblicze. Urodziwe i dobrze znane dziecku. Elf wyglądał jak jego matka.

– Jestem bratem Eany – powiedział wybawca, a następnie podszedł do malca i zdjął mu z szyi sznur. – Zwą mnie Arhadhar. – Delikatnie zmierzwił włosy dziecka, odsłaniając na moment niewielką czarną plamę na jego skroni. Nie musiał jej widzieć. Poczuł ją w chwili, w której dotknął chłopca. Zawsze wyczuwał znamię Czarnego Elfa. Podobne do tego, jakie zdobiło i jego skroń. To dlatego, magia płynąca w żyłach ocalonego siostrzeńca rozgrzewała mu skórę. – A ty jesteś Earch, prawda?

Chłopiec skinął głową, ale nie przylgnął do wuja, jak powinno było to zrobić wystraszone dziecko. Nie wybuchnął płaczem, nawet nie załkał. Podniósł się bez pomocy i wbił wzrok w ciemne oczy wybawcy. Arhadhar poczuł słabiutkie fale mocy, które próbowały czytać jego umysł. Uśmiechnął się odruchowo. Potem pochylił się nad dzieckiem i położył mu dłoń na ramieniu.

– Nie – powiedział krótko. – Jeśli zechcę podzielić się z tobą myślami, będziesz o tym wiedział. Rozumiesz?

Malec potaknął poważnie, a jego wuj zmarszczył brwi.

– Naprawdę? – mruknął. – Ile ty masz lat? Cztery? Nie możesz mieć więcej, bo Eana zawiozłaby cię na Czarną Górę. Cztery. I rozumiesz?

Drobna buzia dziecka nagle pobladła, rysy zastygły, a Earch wyszeptał całkiem dorosłym, kobiecym głosem:

– Rozumie. On wiele rozumie, synku. Za wiele. I za wiele widział. Zabierz mu te wspomnienia. Ocal go i wybacz! Wybacz mi, synku.

Chłopiec zesztywniał nagle, by zaraz zwiotczeć i osunąć się nieprzytomnym na trawę, a Arhadhar stał i patrzył na to oszołomiony. Nie słyszał głosu matki, odkąd skończył pięć lat, ale i tak go poznał. To wspomnienie boleśnie ścisnęło mu serce. Ukląkł przy siostrzeńcu. Zawahał się, lecz ostatecznie położył dłoń na chłodnym czole dziecka.

Czarnoelfia moc przeniosła umysł Arhadhara w rozdarte myśli malca. Teraz dorosły elf mógł zobaczyć to wszystko, czego widzieć wcale nie chciał. Obrazy i dźwięki z ostatnich chwil matki, sióstr, braci i innych członków rodziny, o której nie powinien pamiętać. Ta sama magia, która nie poradziła sobie z usunięciem wspomnień i emocji Arhadhara, zmusiła go teraz do oglądania śmierci bliskich Earcha. Jego bliskich. Widział i słyszał. W końcu nawet poczuł.

Czarne oczy starszego elfa zasnuła mgła. Zaklęcie oświetliło pusty trakt. Ten nagły rozbłysk spłoszył konie zabitych żołnierzy i otoczył blaskiem Arhadhara klęczącego przy małym elfie. Uderzenie magii zagłuszyło wszystkie dźwięki w okolicy. Na moment zapadła absolutna cisza. Minęło uderzenie serca, a potem drugie i kolejne…

Ciało dziecka dygotało, nie chcąc się poddać. Myśli krzyczały, wspomnienia paliły. Arhadhar jednak trzymał zaklęcie. Klęczał przy malcu, zaciskał zęby i nie cofał dłoni z czoła siostrzeńca. Usuwał obraz po obrazie, dźwięk po dźwięku. Earch jęczał, ale wuj nie puszczał. Raz, dwa, trzy… Póki ostatnia wizja nie rozjarzyła wyobraźni chłopca. Rozmazana, wręcz mglista, wyostrzała się niesłychanie wolno, aby w końcu nabrać konkretnej formy. Matka Arhadhara uśmiechnęła się do syna ostatni raz, po czym znikła.

Oślepiające światło zgasło, a gdzieś wśród drzew rozśpiewały się ptaki, dalej trzasnęły gałązki złamane przez jakieś zwierzę. Rzęsy Earcha zadrżały i uniosły się powoli.

– Ktoś ty? – zapytał chłopiec bynajmniej niewystraszony.

– Jestem Arhadhar – Wuj chłopca wyprostował się niespiesznie. – Król Czarnych Elfów. Przyjechałem zabrać cię do domu.

Las będący bramą do siedziby Czarnych Elfów nie wyróżniał się niczym spośród innych w Krainie. Wiodła przez niego tylko jedna zwężająca się z każdym krokiem droga, która kończyła się gęstą ścianą drzew. Niewielu znało odpowiednie zaklęcie, aby przekroczyć tę barierę, a już tylko wybrani nie musieli w ogóle używać magii, bo drzewa rozstępowały się przed nimi same z siebie. Nieduża elfia klaczka, niosąca na grzbiecie Arhadhara i śpiącego w jego ramionach chłopca, zarżała cicho, kiedy konary utworzyły szerokie przejście. Żadne z zaklęć nie zdołałoby jej uodpornić na uderzenie czarnoelfiej energii. Arhadhar i chłopiec również poczuli drżenie, ale zamiast chłodu, wbijającego się tysiącem igiełek w skórę, musnął ich tylko ciepły oddech mocy. Earch uniósł powieki i przez chwilę patrzył na skrawki jasnego nieba pomiędzy koronami drzew. Po chwili powolne kołysanie na końskim grzbiecie ponownie go uśpiło. Nie widział więc mijanych niewielkich chat wciśniętych między drzewa niczym przerośnięte drewniane grzyby, ani ogromnej polany, na której ćwiczyły w grupach elfy w różnym wieku – mali wojownicy doskonale precyzyjni, opanowani, sprawni i milczący.

Arhadhar zerknął na chłopca, a potem rozejrzał się z nieskrywaną błogością. Na jego pięknej twarzy odmalował się spokój. Dokładnie taki, jaki zawsze towarzyszył powrotowi do domu.

O tej porze większość elfów ćwiczyła na placu, więc ścieżki między chatami, a także główny dziedziniec i obszar bezpośrednio wokół królewskiej siedziby były opustoszałe. Jedynie przed chatą władcy siedział samotny mężczyzna, który przyglądał się nadjeżdżającym. Klaczka zatrzymała się tuż przed nim, a Arhadhar zsunął się z siodła, nie wypuszczając z objęć śpiącego dziecka.

Toen podniósł się powoli. Przez chwilę patrzył na Earcha, a potem przeniósł wzrok na władcę. Nie odezwał się, tylko patrzył. Arhadhar wytrzymał kilka uderzeń serca, lecz w końcu burknął cicho:

– Chłopiec ma znamię. .

Toen przytaknął. Nie wyciągnął rąk po dziecko. Koniec końców był doradcą króla, nie boną.

– I potrzebował pomocy – kontynuował Arhadhar, widząc chłodną przyganę na obliczu starszego elfa. – Tak, wiem, że mogłem wysłać jurystę – dodał. – Ale to była wyjątkowa sytuacja.

Doradca wciąż milczał, lecz najwyraźniej uznał, że trzeba zabrać chłopca z rąk Arhadhara, bo przywołał w myślach jedną z opiekunek. Smukła wojowniczka podeszła z obojętnym wyrazem twarzy. Nie przejęła jednak chłopca, ale stała i czekała. W wiosce Czarnych Elfów nikt nie nosił dzieci na rękach, chyba że zostały ranne i to na tyle poważnie, że nie mogły same chodzić. Arhadhar westchnął, a potem wniknął do umysłu Earcha, budząc go łagodnie.

Po chwili już patrzył, jak dziecko odchodzi u boku elfki. Malec nie podał jej ręki, lecz i ona nie wyciągała swojej, po prostu szli obok siebie. Mała, szczuplutka sylwetka chłopca obudziła coś w Arhadharze. Kolejne niechciane wspomnienie, kolejne szybsze uderzenie serca. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć po czarnoelfich zaklęciach.

– Dlatego bogowie dali nam moc, byśmy mogli zapomnieć – powiedział obojętnie Toen.

– Cóż – warknął Arhadhar, bo słyszał te słowa od doradcy wielokrotnie – najwyraźniej ze mną sobie nie poradzili.

– Nie bluźnij! – Toen nie zmienił tonu. Nigdy nie podnosił głosu, nawet gdy kogoś sztorcował.

– To nie wypominaj, że król Czarnych Elfów jest nieudany.

– Król Czarnych Elfów zawsze jest udany. Wybierają go bogowie w dniu narodzin.

– I prowadzą przez życie, od walki po władzę aż po śmierć z ręki następcy – wyrecytował poirytowany Arhadhar. – A po drodze usuwają mu wspomnienia i emocje, bo prawdziwy władca elfich obrońców, jurystów i mścicieli nie powinien czuć ani pozwalać się prowadzić miłości czy gniewowi. Wiem. Powtarzasz mi to, odkąd sięgnąłem po władzę. Może czas pojąć, że twoje słowa nie zmienią rzeczywistości? Obecny król Czarnych Elfów jest inny niż jego poprzednicy. Zapewne różni się również od swego następcy.

Toen nie zaprzeczył. Stał już u boku czterech czarnoelfich królów, zanim obecny rzucił wyzwanie na polu zmagań, by sięgnąć po władzę. Wszyscy przed Arhadharem poddali się magii, która uczyniła z nich doskonałe narzędzie, powołane przez bogów do ochrony elfiego gatunku. Za każdym razem, gdy rodził się władca, Toen wiedział, że nadchodzi zmiana. Wiedział też, jeszcze zanim matka Arhadhara przywiodła pięcioletniego chłopca na Czarną Górę, że to on zastąpi obecnego króla. Jednak w żaden sposób nie został przygotowany na to, że w przypadku tego młodzieńca magia bogów zawiedzie. W Arhadharze wciąż buzowały emocje, czyniąc go kompletnie niezrozumiałym dla Toena.

W pełni świadom rozmyślań doradcy Arhadhar usiadł na ławce przed chatą i przez chwilę przyglądał się odległym drzewom.

– Widziałem, że wielu jurystów opuściło dom – powiedział w końcu pojednawczym tonem.

– Kraina płynie elfią krwią – potaknął Toen. – Dobrzy Ludzie wzywają pomocy.

– Kraina płynie elfią krwią, odkąd zmarł Król Królów, a jego synowie walczą o władzę – przypomniał władca, chociaż obaj znali tę prawdę. – Może czas opowiedzieć się po którejś ze stron?

– Czarne Elfy nie mieszają się w sprawy ludzi.

– Nie zamierzam mieszać się w ich sprawy! – warknął Arhadhar. – Chcę zapobiec rzezi. Been nienawidzi Dobrych Ludzi. Jeśli zdobędzie tron, wyrżnie nas co do jednego. – Władca wstał z ławki i zaczął nerwowo chodzić. – Jego dziad wybił gaalów w Krainie, jego ojciec pozbawił elfich i krasnoludzkich możnowładców wpływu na losy państwa. Been jest gorszy niż oni obaj razem wzięci.

– Skąd wiesz, że Ghart jest inny?

– Nie wiem. – Westchnął władca. Zatrzymał się i przymknął oczy, a niechciane obrazy z pamięci Earcha rozbłysnęły z oślepiającą ostrością. Mordercy z wioski nosili barwy Beena. Ci, którzy chcieli powiesić dziecko, również je mieli na sobie.

– Chcesz zemsty? – Toen zmarszczył brwi. Znał słowo, acz nie rozumiał jego sensu. Emocje wykraczały poza jego pojmowanie.

Arhadhar uniósł powieki i skrzywił się niechętnie.

– Nie czytaj mi w myślach.

– Gdyby bogowie chcieli, żebym tego nie robił, nie daliby mi takiej umiejętności – zauważył obojętnie Toen. – Zemsta to błędne koło.

– Skąd możesz wiedzieć, co to zemsta, skoro uczucia są ci obce?

– Nigdy nie widziałem krasnoluda, a wiem, jak wygląda i znam pięć z ośmiu języków, którymi ten gatunek włada.

– I niewiele straciłeś – odburknął Arhadhar, po czym ponownie zaczął przemierzać wąską ścieżkę przed domem. – Nieważne, czy włada mną chęć zemsty, jeśli cel jest słuszny. Właśnie tak: nieważne. Aaghart nie wyciągnął ręki po Dobrych Ludzi, bo się bał czarnoelfich jurystów. Podobnie jego syn Erghart. Obaj pragnęli Krainy tylko dla ludzi. Dlatego pierwszy wyrżnął gaali, a drugi postarał się, żeby krasnoludy wolały emigrację niż własne ziemie. Po naszych nie sięgnęli, bo odstraszała ich legenda Czarnej Góry. To dzięki niej przez wieki żyliśmy w równowadze. Oni nie zabijali masowo, my nie szliśmy po sprawiedliwość. I zdaje się, że to, co było naszą siłą, z wolna staje się słabością. Been najwyraźniej w nas nie wierzy skoro jego żołdacy napadają na elfie siedliska i mordują tych, których powinniśmy bronić. Męczy mnie wysyłanie jurystów, kiedy i tak sprawiedliwy osąd, wyrok i kara nikogo nie odstrasza. Karzemy jednego mordercę, a w tym czasie pięciu innych, pod książęcym sztandarem, wyrzyna dzieci w jakiejś elfiej wiosce. – Głos Arhadhara nabierał mocy, przepełniał go gniew. – Jeśli nie opowiemy się po stronie Gharta, niedługo zabraknie elfów w Krainie i nie będzie kogo bronić, czy za czyją krzywdę sądzić.

– Już podjąłeś decyzję. – Toen popatrzył chłodno na swojego władcę. – A przecież nie wiesz, czy młody książę nie jest gorszy od brata.

Arhadhar zatrzymał się i popatrzył na doradcę. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jak powinien władca Czarnych Elfów, zupełnie jakby momentalnie opuściły go wszelkie emocje.

– Nie, nie podjąłem decyzji. Podejmę ją, kiedy poznam Gharta. – Arhadhar uśmiechnął się zimno. – Jeśli uznam, że jest podobny do brata… Cóż, trzeba będzie znaleźć nowego następcę tronu.

– Wypowiesz ludziom wojnę? – W głosie Toena nie pojawił się niepokój. Ostatecznie doradca był idealnym Czarnym Elfem.

– Nie, po prostu naprawię Krainę.

Toen przyglądał się królowi, gdy ten, pozornie spokojny, wszedł do swojej chaty. Nie rozumiał Arhadhara, nie potrafił nawet nazwać tego, co działo się w umyśle władcy. Było to dla niego tak nowe i niezwykłe, że gdyby był w stanie, zapewne poczułby zdumienie. Na to jednak nie pozwalała czarnoelfia magia.

Królewscy gwardziści stali wzdłuż dziedzińca, przyglądając się zmaganiom dwóch rycerzy. Obaj byli potężni, obaj młodzi i obaj jednakowo sprawni w wymachiwaniu mieczem, ale brunet używał broni ewidentnie ostrożniej, jakby z obawy przed ewentualnym zranieniem jasnowłosego oponenta. Co prawda miecze, którymi walczyli, zostały stępione specjalnie do ćwiczeń, jednakże nawet takim ostrzem można było zrobić krzywdę. Dlatego ciemnowłosy młodzieniec ostrożnie parował ciosy, a zadając je, spowalniał ruch dłoni w ostatniej chwili przed uderzeniem. Jasnowłosy pokrzykiwał ze złości, najwyraźniej poirytowany powściągliwością przeciwnika i napierał coraz mocniej, licząc, że antagonista wreszcie się złamie i użyje więcej siły. Jeden z takich ataków skończył się bolesnym trafieniem. Brunet jęknął głucho, złożył się w pół, po czym padł na kolana.

– Cholera! – Jasnowłosy odrzucił broń i uklęknął nad towarzyszem. – Żyjesz?

– Tak, panie – wysapał młodzieniec.

– Mówiłem, że masz mnie nie oszczędzać. – Ghart taksował wzrokiem niedawnego przeciwnika. Z ulgą dostrzegł, że skórzany ochraniacz jest cały, więc i rany zapewne nie będzie, a co najwyżej stłuczenie. – Koniec na dzisiaj.

– Mogę dalej, panie. – Chłopak zaczął wstawać. Zaciskał przy tym zęby najwyraźniej z bólu, więc Król Królów poklepał go po ramieniu.

– Wiem, że możesz – stwierdził łagodnie – ale ja mam chyba dość, przyjacielu. Poza tym doradcy już pięć razy posyłali po mnie. Zdaje się, że muszę koniecznie pojawić się na jakiejś naradzie czy innym takim. – Ghart wyprostował się i popatrzył na pozostałych gwardzistów. Machnął ręką, co oznaczało koniec ćwiczeń. Żołnierze szybko się rozeszli. Nawet poobijany młodzieniec skłonił się i ruszył w stronę zabudowań gwardzistów.

Ghart westchnął. Doradcy faktycznie wysyłali już umyślnych kilkukrotnie, więc zapewne czekały go kolejne długie obrady oraz nowe kiepskie wieści z Krainy. Ostatnio, za każdym razem, kiedy wchodził do sali narad, dowiadywał się o następnym królestwie lub księstwie, które poparło Beena. Już znaczna część Krainy, zwłaszcza tej z południowych rubieży, opowiedziała się za jego bratem, obwołując go jedynym i prawdziwym Królem Królów. Już nie szeptano o wojnie domowej, ale mówiono o niej głośno. Been nawoływał do powstania. Twierdził, że Ghart jest zbyt młody, zbyt nieporadny i podatny na wpływy, zwłaszcza matki. O tak, Been szczególnie nienawidził królowej-wdowy, obwiniając ją o to, że ojciec ostatecznie nie poślubił jego matki i nie uczynił go oficjalnym następcą.

– Jakby stary zbereźnik kiedykolwiek zamierzał oficjalnie uznać któregokolwiek z bękartów, cholera jasna – wymruczał pod nosem Ghart.

Zmarły ojciec nie budził w nim zbyt głębokich uczuć. Nigdy się specjalnie nie lubili. Szczególnie od czasu, gdy kilkunastoletni Ghart odmówił gwałtu na drobniutkiej niewolnicy, którą dostał w prezencie urodzinowym. Wiele to dziewczynie nie pomogło, bo ojciec, uznając syna za niegodnego prezentu, podarował ją jednemu ze swoich nieślubnych potomków. Przez wiele lat Gharta prześladowało spojrzenie dziewczęcia.

Wszedł do komnaty, a kilkanaście par oczu podniosło się znad map różnych regionów Krainy. Większość ze zgromadzonych mężczyzn doradzała jeszcze jego ojcu, kilku z nich zaś chętnie poparłoby Beena. Nie zrobili tego nie z szacunku, czy przywiązania, ale z czegoś, co oni nazywali religijnością, a on po cichu fanatyzmem. Ich ślepe przywiązanie do rozwiniętego czytania Tradycji było mu zdecydowanie na rękę. Nie zamierzał podważać ich… „religijności”. Zgodnie z wyznawaną przez nich interpretacją religijnego prawa, Królem Królów mogło zostać tylko dziecko z prawego łoża, z małżeństwa pobłogosławionego przez najwyższych kapłanów Krainy i uznanego przez przedstawicieli każdego z jej państw. Tradycja nie precyzowała płci tego dziecka, ale na szczęście ojciec Gharta nie spłodził z żadną z poprzednich żon dziecka, bez względu na płeć. Dlatego ortodoksyjni wyznawcy Tradycji bezwzględnie popierali Gharta, chociaż sam młodzieniec nie budził ich zachwytu. Wedle ich przekonań, odwrócenie się od niego zrzuciłoby przekleństwo bogów na całą Krainę, czyli na ich głowy również.

– Panowie – Ghart przywitał się z doradcami, po czym zasiadł przy stole.

Mężczyźni skłonili się, a potem ponownie usiedli. Milczeli, czekając, aż Ghart zabierze głos.

– Jakie nowiny? – zapytał w końcu.

– Niewesołe, panie – odrzekł korpulentny staruszek. Szczęśliwie jeden z przychylniejszych Ghartowi. – Dwa kolejne królestwa ze wschodu poparły bękarta. Wieść niesie, że Been słał umyślnych do krasnoludów. Większość z nich opuściła Krainę przed dekadami, ale na północy, nieopodal Gór Delgartu, pozostało kilka mniejszych księstewek, które jednakowoż posiadają mocne i bitne armie. Jeśli de Gra poprą uzurpatora, nasze wojsko może znaleźć się w kleszczach.

Ghart kiwał głową z niewesołą miną.

– Zarówno krasnoludom, jak i elfom nie po drodze z nami – powiedział z zastanowieniem. – Może więc nie zechcą wtrącać się w sprawy ludzi?

– Nie po drodze – przytaknął wysoki chudzielec, który nawet nie ukrywał niechęci wobec następcy tronu – ale jak się im obieca odpowiednio dużo, wyciągną toporki i pójdą w bitkę. Krasnoludy mówią, że krew nie woda. Lubią się tłuc, a jak im się jeszcze złoto obieca albo władzę, to różnie może być. Może należałoby…

– Nie – chłodno stwierdził Ghart. – Nie będę kupował stronników.

– A może powinniście, najjaśniejszy panie – zaproponował spokojnie staruszek.

– Skarbiec królewski nie jest bez dna – zimno zauważył władca. – Musimy opłacić żołnierzy, zadbać o prowiant i broń, a także wspomagać królestwa najeżdżane przez maruderów mojego przeuroczego braciszka i dawać schronienie tym, których wioski spalił. Nie stać nas na krasnoludzką lojalność. Ona nigdy nie była tania.

– Obietnice nic nie kosztują – zauważył brodaty grubasek.

Ghart popatrzył na niego zimno.

– Jestem Królem Królów – warknął. – Moje obietnice są święte.

Zapadła cisza. Mężczyźni wymieniali spojrzenia, aż w końcu odezwał się siedzący na końcu stołu doradca powołany przez samego Gharta. Poleciła go królowa-wdowa, więc pozostali patrzyli na niego z lekką kpiną. Chodziły bowiem pogłoski, że władczyni dość szybko pocieszyła się po śmierci męża. Szybko i wielokrotnie. Jednym z tych pocieszycieli miał być ów urodziwy mężczyzna, niewiele starszy od jej syna.

– A gdybyśmy tak, panie, poprosili o pomoc Czarne Elfy? – zapytał nieśmiało.

Copyright © Małgorzata Lisińska

Wydawnictwo COM-NET-FOX

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tychy 2026

Redakcja: Piotr Wałkówski

Korekta: Wydawnictwo COM-NET-FOX

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: D. B. Foryś | www.dbforys.pl

Okładka, strona tytułowa: Justyna Knapik/justynaes.portfoliobox.net

Grafiki w treści: D. B. Foryś | www.dbforys.pl

Elementy graficzne: magnific.com

www.lisinska.com.pl

e-mail [email protected]

ISBN: 978-83-980243-4-1

Powieść jest wyłącznie fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.