Król hakerów. Niebezpieczni mężczyźni. Tom 1 - Reiss C.D. - ebook

Król hakerów. Niebezpieczni mężczyźni. Tom 1 ebook

Reiss C.D.

3,9

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Jeśli będzie współpracował, ona spełni jego najskrytsze pragnienia

Taylor Harden stoi u progu sławy i niewyobrażalnego bogactwa, gubi go jednak zbytnia pewność siebie. Cybernetyczny atak na jego technologiczne mocarstwo nadchodzi z zupełnie niespodziewanej strony – małego miasteczka na skraju ruiny, Barrington. To tam piękna i tajemnicza Harper trzyma w ręku wszystkie klucze do jego przyszłości – i zgodzi się je oddać, jeden po drugim, w zamian za bardzo konkretne usługi…

Nienawidzi jej. Nie może bez niej żyć. Z każdym dniem odszyfrowują wzajemnie swoje kody, aż w końcu wszystkie sekrety Harper ujrzą światło dzienne, a Taylor zaryzykuje utratę nie tylko swojej firmy, ale i serca.

Nieprzewidywalni mężczyźni, tajemnicze kobiety i namiętności, które zburzą ich świat – poznaj nową, elektryzującą serię!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (373 oceny)
148
96
86
32
11
Sortuj według:
zonnia

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno żadna książka tak mnie nie wciągnęła swoją wartką akcją, dynamiką i emocjami. Nie znam się na kodach itp., ale historia oparta na hakerskich trikach bardzo mnie zaintrygowała. Trzymała w napięciu do samego końca, nie nudziłam się przy niej nawet minuty. To dowód na to, że nawet w nerdowskim świecie programistów można znaleźć klucz do ciekawej historii. Polecam!
20
bieniuniu

Nie oderwiesz się od lektury

Super, czekam na kontynuację :)
00
Lidkai

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
00
Tamtamo

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastycznie zbudowana opowieść. Trzyma w napięciu, eskaluje emocje. Świetni bohaterowie.
00

Popularność




Nota od autorki

Choć w Stanach Zjednoczonych jest kilka miasteczek o nazwie Barrington, moje Barrington jest wytworem wyobraźni. Celowo nie podałam nazwy stanu ani miejsca na mapie. Barrington leży wszędzie w Stanach – wszędzie i nigdzie jednocześnie. Problemy w miasteczku odzwierciedlają zmagania wielu lokalnych społeczności, a ich kompletne przedstawienie wypełni mi kilka książek.

Dlatego też usiłowałam pozbawić mieszkańców mojego Barrington specyficznego dialektu, choć mogą się pojawiać pewne naleciałości. To niezamierzone.

Pragnę opowiedzieć historię Waszego miasteczka, bez względu na to, które miejsce na ziemi nazywacie domem.

Choć bardzo bym chciała Was zapewnić, że to (jak i wszystko inne) mi się udało, przekonam się o tym jednak dopiero po fakcie.

Mam nadzieję, że ta powieść Wam się spodoba – skądkolwiek jesteście.

1

Steve Jobs. Bill Gates. Jeff Bezos.

Królowie. Imperatorzy. Władcy królestw, które zbudowali własnymi rękami. W pocie czoła.

Zera, które wdrapały się na sam szczyt dzięki uporowi i sile.

Everett Fitzgerald. Nawet mój kumpel Fitz jest królem.

Rockefeller. Carnegie. Ford.

Oni zmienili świat.

A teraz przyszła pora, bym do nich dołączył.

Za kilkadziesiąt lat wszyscy będą mówić o tym, co niedługo podaruję światu.

Gdzie to wymyśliłem. Co wtedy jadłem na śniadanie. Jak tego dokonałem. Pracowałem ciężej, miałem większą wizję, drążyłem głębiej. Zmieniłem się nie do poznania, by do tego dojść.

Dziś przyjmują mnie królowie.

Za trzynaście dni ja, Taylor Harden, zostanę królem królów.

2

Kiedyś przyjdzie taki dzień, że nie będę musiał się pieprzyć w składziku.

Z jedną jej nogą na moim ramieniu i drugą zwisającą ze stolika. Wystarczająco rozebrani, by zaliczyć numerek, ale na tyle ubrani, by przeszkadzały nam paski i poły koszul. Od czterech lat nie pieprzyłem się w łóżku. Całymi tygodniami nie zaglądałem do mieszkania. Prysznic brałem na siłowni, dopóki nie kupiliśmy kwatery głównej i magazynu, kiedy to zamontowałem sobie w biurze kabinę prysznicową.

– Mocniej – jęczała w ciemności. – Rżnij mocniej.

Spełniłem jej życzenie. Z jej ust popłynęła wulgarna wiązanka, więc odpowiedziałem z jeszcze większą siłą, aż oboje byliśmy w stanie wydawać z siebie tylko pojedyncze sylaby. Potem została jedynie myśl o jak najszybszym powrocie do pracy.

Zaczęliśmy się pospiesznie ubierać.

– Klatka zainstalowana? – zapytałem, wkładając koszulę w spodnie.

– Wczoraj doprowadziliśmy ją do porządku. Jack musiał się ogarnąć.

Jack. Kochałem go jak brata i był fenomenalnym programistą, ale podczas mojej sesji dla „New York Timesa” zostawił na biurku list przewozowy z Tech World. Na szczęście na powiększeniu się rozmazało.

– Raven, nie chcę powtórki z…

– Nie będzie…

– Mówię serio.

– Taylor. – Jej głos przeniósł się pod drzwi. – Tym razem wszystko będzie idealnie, obiecuję.

Otworzyła drzwi, zanim zdążyłem jej przypomnieć, że to ja decyduję, co jest idealnie, a co do bani.

3

– Skąd czwórka? – zapytał wiele lat wcześniej w mojej kawalerce Keaton. Przez swój brytyjski akcent sprawiał wrażenie wiecznie zniesmaczonego moimi wyborami życiowymi, ale uparł się odwiedzić mnie w tej dziurze, żeby móc się nade mną litować. Wybrałem drogę etycznego hakera i ledwie wiązałem koniec z końcem, a on wciąż był krakerem i zarabiał krocie. Jego koszula kosztowała więcej, niż wynosił mój czynsz.

– Jaka czwórka? – Usiadłem na krześle przed komputerem, bo tylko ono mi zostało, gdy oparł się swoją strzelistą sylwetką o drugie. Wypełniał połowę tego cholernego mieszkania.

– W nazwie twojej firmy, QI4. Q to „kwantowy”. I to „inteligencja”. A czwórka?

– Podoba mi się brzmienie.

Dopił piwo, wyprostował się i wyrzucił butelkę do kosza. Nie spieszył się z tym, jakby chciał mnie wyprowadzić z równowagi. Od liceum był dupkiem. Keaton Bridge, vel Wilk Alfa, 41ph4 W01ph (Alpha Wolf, jeśli nie znacie hack mowy), wprowadził mnie w tajniki dark webu, gdzie kwitł szemrany handel tożsamością, bronią i prochami.

– Siedemdziesiąt milionów – oznajmił.

Dobrze, że się nie wystroiłem na to spotkanie, bo usłyszawszy to, niemal się posikałem.

– Ale… – Zawiesił głos dla efektu.

– Ale?

Oparł się o blat w aneksie kuchennym i skrzyżował ręce na piersi.

– Doprowadź się do porządku. Wyglądasz jak cholerna fleja.

Przeczesałem palcami włosy. Od miesięcy nie widziały nożyczek. Krótkie były proste, ale sięgając za uszy, zaczynały się kręcić. Miałem krótką brodę, a cerę oliwkową, tylko ziemistą przez brak słońca. Straciłem na wadze, przestałem chodzić na siłownię i ubrania na mnie wisiały.

– Przynajmniej nie wyglądam jak polityk.

– Siedemdziesiąt milionów – powtórzył, przypominając mi, że nie powinienem obrażać jego garnituru. – W bitcoinach.

Cholera. Nie może mi zapłacić w szemranej cyfrowej walucie, którą przecież nie sfinansuję mojego legalnego biznesu.

– Stary, daj spokój. Niby jak to wymienię?

– Stary – przedrzeźnił mnie beznamiętnym tonem – pomogę ci.

– Nigdy nie dostanę rządowego kontraktu.

– Dostaniemy. To tylko zajmie trochę czasu.

– My?

– Zmęczyło mnie życie w cieniu.

– Hola, hola. Powiedziałem „cichy wspólnik”. Nie chcę, żeby ktoś właził mi z butami w robotę i dyktował, co mam robić. Nawet… uprzedzając twoje słowa… nawet Diabeł dark webu. A raczej: zwłaszcza nie on.

– Będziesz miał pełną kontrolę, Taylor. To twoja firma. Ja nawet nigdy nie pojawię się w biurze. Ale moja inwestycja ujawni tożsamość Wilka Alfa, co posłuży moim celom i utoruje drogę do wymiany.

Przechyliłem głowę najpierw na prawo, a potem na lewo, jakbym zrzucał z uszu ciężar oporu. To był moment na zaczerpnięcie oddechu. Spodziewałem się gorszego, prosząc go o pieniądze na rozkręcenie biznesu. Myślałem, że dorzuci parę setek kawałków, które mógłbym wpisać sobie w koszty, starając się o prawdziwy kapitał, a tymczasem okazało się, że sam chce być kapitałem. Zaglądałem darowanemu koniowi w zepsute zęby, ale i tak zaprowadziłem go do zagrody.

Ze wszystkimi ważnymi kontaktami, w tym z Keatonem, porozumiewałem się na szyfrowanych kanałach. Gdy wychodziłem ze schowka za Raven, telefon zabrzęczał mi w kieszeni. Wiadomość od Keatona.

<Powodzenia dziś. Nie spieprz tego>

<Powinieneś tu być, w świetle reflektorów>

<To ostatnie, czego mi trzeba. Żadnych pokwitowań na biurku>

Wychodząc na korytarz, Raven wyglądała świetnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą kazał mi się zajechać kutasem. Nie darzyłem jej żadnymi uczuciami – z wzajemnością. Szesnastogodzinny dzień pracy oznaczał, że albo rżniemy siebie, albo w ogóle się nie rżniemy.

Właśnie dlatego nie zatrudniałem kobiet – abstrahując od faktu, że zamieniały nerdowskie punkty ilorazu inteligencji w przedwczesne wytryski. Zazwyczaj kończyło się na tym, że je zaliczałem. Ale mój prawnik powiedział, żebym zatrudnił jedną, dobrze jej płacił i nie dymał. Zastosowałem się do dwóch trzecich jego rady. Podobnie jak ja Raven miała swoje potrzeby. Tak bardzo się brzydziła dramatyzowaniem i uczuciami, jakby sama miała fiuta.

– Zajrzyj do Jacka. – Zamknąłem drzwi schowka. – To pieprzona fleja.

– Pokój będzie uprzątnięty.

– Oby.

– Tak jest, El Presidente. – Rzuciła przez ramię, znikając w korytarzu.

Ruszyłem w drugą stronę i przyłożyłem kciuk do czytnika przy zamkniętych podwójnych drzwiach.

W głośniku rozległ się mechaniczny głos.

– Nazwisko.

To byłoby za łatwe. Nikt z nas nie używał nazwiska. Zamiast niego wyrecytowałem słowa piosenki:

– „Całujcie mnie wszyscy w dupę”.

Otworzyła się przegródka, włożyłem do niej telefon, po czym się zamknęła. Miałem analogowy zegarek marki Langematik, który kosztował mnie dwadzieścia kawałków (wierzcie mi, cena i tak była okazyjna). Nie był cyfrowy, więc nie trzeba go było sprawdzać przed wejściem. Zielona lampka. Wszedłem do klatki Faradaya, pustej i pozbawionej okien. Ściany, podłoga i sufit były zabezpieczone nieprzepuszczalną miedzianą siatką. W pomieszczeniu nie było internetu. Nie przedostawał się do niego ani z niego nie wydostawał żaden sygnał, nawet fale elektromagnetyczne z monitorów. Całą sekcję programowania oraz fabryczkę piętro niżej, gdzie inżynierowie konstruowali czipy i płyty, kazałem zabezpieczyć podobną siatką.

Na obu piętrach zamontowałem oświetlenie o pełnym spektrum. Ciemniało wraz z zapadającym mrokiem, rzucając na ściany stosowne do pory roku krajobrazy. Za rzędami monitorów siedzieli najlepsi programiści dwóch kontynentów. Trzech, jeśli liczyć Giorgia, który urodził się we Włoszech, ale studia skończył w Indiach. Nad nimi wisiał ogromny ekran, na którym przewijały się linijki kodu.

Zacząłem się im przyglądać. Nie przypominały C++, Javy ani niczego innego, ponieważ to był mój, całkowicie oryginalny wynalazek.

To był piękny widok.

Stanąłem na platformie przed ekranem, naprzeciwko trzydziestu trzech facetów przy komputerach.

– Jack!

Odwrócił się. Był ubrany w stylu eleganta z Doliny Krzemowej: koszulka Nirvany, dżinsy i trampki. Tylko ja nosiłem garnitur, ale z drugiej strony tylko ja tu rządziłem. Pieprzyć Zucka z jego bluzami i trampkami. Wprowadzałem nowe zasady.

– Ta cholerna fotka ma wylądować w szufladzie.

Chwycił zdjęcie swojego bratanka, wrzucił je do szuflady i ją zatrzasnął.

– Zamykać. – Nie czekałem, aż dojdzie do ładu z kluczykiem. – Wszyscy.

Ostatnia piątka odwróciła się od monitorów, próbując skupić na mnie uwagę. Normalne u osób z ADHD. Czekałem. To byli moi ludzie, moje plemię. Od tych najbardziej aspołecznych do katarynek – wszyscy się rozumieliśmy. Wiedziałem, jak dać im to, czego potrzebowali.

– Nie myślcie, że dziennikarki nie potrafią „przypadkowo” otworzyć szuflady w poszukiwaniu tamponu na czarną godzinę. Albo że nie obczają okablowania czy „niechcący” nie nacisną spacji, żeby wyłączyć wygaszacz ekranu. Nie sądźcie, że nie zabrali ze sobą kogoś z pamięcią fotograficzną. Wyłączyć maszyny. Nazwisko. Ranga. Rok zatrudnienia. Wyrazy zachwytu nad prawem wykupu akcji. Jeśli nie jesteście z niego zadowoleni, radzę wziąć głęboki oddech i porozmawiać z Raven.

Odpowiedział mi lekki śmiech. Kobiety przerażały nerdów. Kolejny powód, by nie wpuszczać ich do klatki. Chciałem, żeby moi chłopcy czuli się bezpiecznie.

– Małe przypomnienie, czego nie możecie potwierdzić ani czemu zaprzeczyć. – Podniosłem palec. – Istnienie trzeciej kwantowej bramki logicznej. – Podniosłem drugi palec. – Poprzecznego mikrojądra systemu operacyjnego. – Dołożyłem trzeci palec. – Translatorów kodu maszynowego.

Oparłem dłoń na barierce i się odepchnąłem.

– Możecie potwierdzić jedynie, że nikt z obecnych mieszkańców planety zwanej Ziemią nie jest w stanie zhakować QI4. A to dlatego, że doprowadziliście system do perfekcji. Wiecie, że zmieni świat. Wasz kod znajdzie się w każdej maszynie każdej firmy na świecie, a to jeszcze nic w porównaniu z tym, co będzie, kiedy rozszerzymy działalność i znajdziemy się w każdym domu, telefonie i czipie na świecie. To wasza zasługa.

Przerwałem, żeby to do nich dotarło, i przechyliłem się przez barierkę, jakbym szeptał im do ucha.

– Po dzisiejszym oświadczeniu będą walić do nas drzwiami i oknami. Uważajcie na oszustów z ich socjotechnicznymi sztuczkami. Nie będziemy w stanie się przed nimi obronić, jeśli się wedrą do systemu. Będą wam dawać pendrive’y, kable, cokolwiek. Nieznajomi będą was pytać o imię zwierzaka… którego nie możecie używać jako hasła, ale spróbują i od tej strony.

– A kto ma czas na zwierzaka? – zawołał Deeprak. – My tu mieszkamy!

Odpowiedział mu wybuch śmiechu. Deeprak umiał sypnąć żartem. Był takim samym wspólnikiem w firmie jak Keaton i niedługo miał się nieźle wzbogacić.

– W cholernym raju, Deeprak. Ale łapiecie, o co mi chodzi. Nie wyrywajcie nic na parkingu. Uważajcie na ładne dziewczyny… i chłopców, David. – Wskazałem na niego. – Uwaga na maile. Kamery. Nawet wasz telefon może być użyty przeciwko wam, jeśli dacie go dziewczynie w barze, żeby wpisała swój numer. – Wyjąłem z kieszeni ołówek i go uniosłem. – Jeśli któryś z was będzie potrzebował zapisać numer telefonu, niech się do mnie zgłosi po ołówek. Bo za trzynaście dni na nowojorskiej GreyHatC0n zaoferujemy pięć milionów dolarów temu, kto zdoła włamać się do Quantum Intelligence Four, a wtedy ty… – wskazałem Joego, który nigdy nie miał dziewczyny.

Poprawił okulary.

– Ty – przeszedłem do Laurence’a cierpiącego na dziwny tik twarzy. – Ty. – Roger. Świetnie funkcjonujący Asperger. – Ty. – Grady. Fobia społeczna. – Ty. – Thom. – Ty. – Perry. – Wszyscy się rozpromienili, gdy po kolei ich wskazywałem, i poziom energii w pomieszczeniu doszedł do granicy wrzenia. – Wszyscy zamienicie się w najseksowniejszych facetów na sali.

Wiwaty. Właśnie na to liczyłem. Spojrzałem na zegarek, ale dobrze wiedziałem, która godzina. Przedstawienie czas zacząć.

– Panowie. – Uniosłem rękę i wszyscy ucichli. – Wyłączyć maszyny. Szóstka, która zostaje, przykleić uśmiechy. Reszta może się ulotnić. Przybył „Wired”.

4

„Wired” przysłał siedmioro ludzi: cztery kobiety i trzech mężczyzn. Gdy wszedłem do lobby, zdążyli już oddać telefony, opaski monitorujące i inteligentne zegarki, zostali również sprawdzeni przez ochronę i przeszli przez skaner kupiony u tego samego dostawcy, który zaopatrywał jedną z agencji Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Zgodzili się używać naszego sprzętu do nagrywania i już zdążyli się z nim zapoznać.

Mona Rickard zapisywała coś sobie w notatniczku własnym ołówkiem. Był grubszy od tych, które im rozdaliśmy. Widząc misterny, oryginalny trzonek, postanowiłem przymknąć na to oko. Najwyraźniej go potrzebowała, a umieszczenie przekaźnika w litym drewnie sprawiłoby problem najzręczniejszej złotej rączce.

– Pięć milionów – odezwała się, nie przestając pisać, a brązowe loki podskakiwały jej przy twarzy. – To oferta otwarta czy skierowana wyłącznie do uczestników GreyHatC0n?

– Otwarta – odparłem. – Skierowana do całego świata. Zdalne próby również dopuszczamy. I to bardzo chętnie. Podobno wielkiego dnia mają się zalogować drużyny nawet z Râmnicu Vâlcea. To w Rumunii.

– Wiem, gdzie to jest, dziękuję za informację. Napisałam artykuł o Hackerville.

A więc przysłali babkę, która coś tam wie. Punkt dla „Wired”.

– Kod Quantum Four nie jest nawet osadzony w systemie binarnym – ciągnąłem. – Obwody budujemy w oparciu o myślenie trójwymiarowe.

– Kubit. Jeden, zero, losowa.

– Dokładnie. Gdy w przyszłym roku wyślemy maszyny do Oracle, mogą je rozebrać i spróbować inżynierii wstecznej, ale nic im to nie da. Nawet klient nie jest w stanie złamać naszych zabezpieczeń.

– Nie pan pierwszy tak twierdzi.

– Jeśli obudowa pęknie, obwody ulegną samozniszczeniu. Zapadną się i stopią.

– I produkujecie je tutaj, w Kalifornii?

– Tak, maszyny powstają na miejscu. Gdy już będziemy w stanie udzielić gwarancji bezpieczeństwa, planujemy rozszerzyć działalność.

Zespół „Wired” ruszył za mną i Raven do podwójnych drzwi prowadzących do klatki Faradaya. Stanąwszy przed nimi, odwróciłem się do dziennikarzy.

– W jaki sposób zidentyfikujecie zwycięzcę? – zapytała Mona, pobłyskując pierścionkiem z brylantem podczas pisania.

– Ukryty audyt wszystkich poleceń zgodnych – odparłem, gdy wsiedliśmy do windy. – Niezgodne będą wyglądały jak gówno na sukni ślubnej.

Nie zawracałem sobie głowy wyjaśnieniami. Jeśli „Wired” nie przysłał swojego najbardziej zorientowanego człowieka, to mogą się gonić. Nie zamierzałem tracić czasu na uczenie jej odczytu metadanych. Będzie musiała podpytać któregoś z informatyków.

– A więc macie protokół. Metafora zrozumiana. – Uniosła wzrok i odgarnęła z oczu brązowy kosmyk. – Jest pan bardzo pewny siebie.

– Jestem pewny ludzi czekających za tymi drzwiami.

– Podobno to sami mężczyźni.

– Zatrudniam najlepszych, bez względu na płeć.

– I wszyscy najlepsi mają penisy?

Ktoś z jej zespołu parsknął śmiechem. Drzwi windy się rozsunęły i poprowadziłem całe towarzystwo do drzwi klatki.

– Google zatrudnia same kobiety – rzuciłem.

– Jasne. – Zamknęła notes, schowała ołówek i się uśmiechnęła. Przejrzeliśmy się nawzajem, ale nie mogła opublikować tego, czego nie powiedziałem.

– Wchodzimy do foyer pomiędzy światem sygnałów Wi-Fi i EMP. Można je porównać do śluzy na stacji kosmicznej.

– Jestem gotowa – odparła Mona.

Stuknąłem w czytnik przy drzwiach.

– Nazwisko.

– „Całujcie mnie wszyscy w dupę” – wyrecytowałem sucho słowa piosenki.

Drzwi odblokowały się ze szczękiem.

– „Uczone małpy, ścisłowiedy, co oglądacie świat przez lupę i wszystko wiecie: co, jak, kiedy” – odezwał się leszcz z notesem za jej plecami.

Odwróciła się do niego niczym belferka.

– Słucham?

– „I ty za młodu niedorżnięta. Megiero” – dodałem, a Mona wytrzeszczyła na mnie oczy – „co masz taki tupet, że szczujesz na mnie swe szczenięta”*.

Leszcz wymierzył we mnie ołówek.

– Świetny wiersz i piosenka.

Mrugnąłem do niego i otworzyłem drzwi. Nie obejrzałem się na Monę, żeby zobaczyć, czy szok już jej minął. Wszyscy weszli do środka i zamknąłem za nimi drzwi.

– Jesteśmy gotowi. Za tymi drzwiami znajduje się pomieszczenie zabezpieczone przed sygnałem Wi-Fi. Nie ma połączenia z internetem. Wszystkie gniazda biegną przez bezpieczny panel. Quantum Intelligence Four to dziewiczy kod.

Krwawi, gdy się do niego wedrzeć.

Często powtarzaliśmy ten tekst przy stole konferencyjnym, ale w obecności Mony Rickard lepiej tego nie robić.

Otworzyłem drzwi. Moi programiści wstali. Na ekranie, przed którym stanąłem, jak również na ścianach normalnie przedstawiających scenki z natury, przewijały się linijki zamaskowanego kodu w postaci, w jakiej pojawią się na Torze. Były jedynym źródłem światła w pomieszczeniu. Położyłem dłoń na jedynej maszynie, którą zostawiliśmy. Była to miniaturowa klatka Faradaya rzucająca linijki kodu na ściany.

– Widzicie tu – pokazałem na moją załogę – najlepszych programistów na świecie. A na ścianach widnieje kod IQ4. Wygląda bezsensownie, bo jest zamaskowany, i tak zostanie, dopóki ktoś go nie złamie.

– Co się nigdy nie wydarzy. – Zza biurka wyłonił się Deeprak ze swoim śnieżnobiałym uśmiechem. Skubany czaruś. Gdy już będzie miał chwilę, żeby mrugnąć do jakiejś dziewczyny, sukcesy łóżkowe murowane.

Wyciągnął rękę, by się przywitać z Moną. Już miała ją uścisnąć, gdy nagle jego uśmiech rozpłynął się niczym lut na rozżarzonym żelazie, a dłoń zatrzymała się w pół drogi. Podążyłem za jego wzrokiem ku jednemu z rzutów.

Kod nie był zamaskowany.

Na ścianach przewijały się linijki ASCII. Nagle…

– Binarny? – szepnąłem i podszedłem do ściany. To niemożliwe. Obwody QI4 tak nie działały. – Wyłączyć!

Chaos. Klikanie. Brzęk kluczy otwierających szuflady, w których były schowane karty dostępu. Moje gruczoły otworzyły się niczym obwody potu, hormonów, przerażenia i rozedrganych neuronów w obliczu włamu, przeciwko któremu nie miałem algorytmu.

– Wyłączyć! – Ryknąłem gardłowo.

Jako pierwszy swój klucz wydobył Jack, ale zanim zdążył wklepać polecenie, cały system wygasił się przy wtórze cichnących twardych dysków.

Znaleźliśmy się w ciemnym pokoju bez okien.

Zapanowała grobowa cisza, przerywana jedynie skrobaniem ołówka Mony na papierze, jakby ktoś obudził się w ciemności i zaczął zapisywać szczegóły koszmaru.

* Fragment wiersza Całujcie mnie wszyscy w dupę Juliana Tuwima (przyp. red.).

5

Twitter

@Wired

Były haker Beezleboy tworzy system, do którego nie można się włamać. A potem ktoś się do niego włamuje.

@gizmodo

Człowiek chwali się systemem nie do zhakowania, aż tu nagle…

@nytimes

W obliczu włamania do QI4 Oracle Inc. rozważa wstrzymanie aktualizacji systemu cyfrowego.

@hackerbitch

Beezleboy leży i kwiczy. Wieczna ciota. #kleskaQI4

@git-up

Nareszcie ktoś, kogo nie może wydymać na pstryknięcie palcem. #młotek #dupek #kleskaQI4

@anon_00110001

@hackerbitch To pieprzony Król. Jak Cię wydymał? #QI4rzadzi #komputerowadziwka

@engadget

Czyżby ktoś właśnie wspiął się na Mont Everest hakerki?

@hackerbitch

@anon_00110001 Uważaj, fiuta Ci widać. #kleskaQI4

@anon_00110001

@hackerbitch Chwilowa niedogodność. A Ty umiesz tylko tweetować z rozłożonymi nogami. #QI4rzadzi #komputerowadziwka

@shelly-code

@beezleboy363636 Właśnie tak smakuje gorycz upokorzenia, kolego.

@hackeropz

Krążą pogłoski, że włam do QI4 to część większego przekrętu. Nie spisujcie jeszcze na straty @beezleboy363636 i Wilka Alfa.

@hackerbitch

@anon_00110001 080 114 111 110 032 104 097 115 032 114 117 105 110 101 100 032 121 111 117 013 010

@anon_00110001

@hackerbitch ASCII nie robi na mnie wrażenia. Porno albo duszno. W robocie umiesz tylko klęczeć. #QI4rzadzi

@DeadBeefCafe

Ktoś widział @beezleboy363636? Na Torze cisza. Jego konto milczy. Powiesił się w szafie?

6

Oto jak facet ląduje w samych slipach w pokoju bez okien pełnym komputerów. Wyrzuca wszystkich. Zamyka drzwi na klucz. Szuka skrótu danych. Spędza na tym mnóstwo czasu – zmiana oświetlenia, którą sam zaprogramował, mówi mu, że właśnie minęło dwadzieścia osiem godzin – i nic nie znajduje. Bierze prysznic, żeby oczyścić umysł. Gdy ma szampon na włosach, oświeca go, że mógłby sprawdzić zrzut pamięci. Nawet nie myśli o spłukaniu piany, a wytarcie się ręcznikiem zajęłoby za dużo czasu, więc wraca do klatki, tylko włożywszy bieliznę, która przywiera do jego ciała jak mokra koszulka do cycków. Siada i przeszukuje wszystko.

Nie widzi żywej duszy, dopóki nagle nie słyszy skrzypnięcia drzwi za plecami i odkręca się z fotelem, żeby zobaczyć, kto to.

– Jak ty wyglądasz…? – zapytał z niedowierzaniem Deeprak, rozkładając ręce.

Pędzący pociąg moich myśli przypomniał mi, dlaczego siedzę w samych gaciach przed laptopem w pokoju pełnym roztrzaskanych komputerów.

– Stanął ci? – Odwróciłem się z powrotem do monitora.

– Tak. I zerżnę cię w tyłek, jeśli nie wpuścisz wszystkich z powrotem.

– Nikt tu nie wejdzie, dopóki się nie dowiemy, kto to zrobił. Może być powtórka z rozrywki.

– Do cholery, Taylor. – Pchnął palcem stopy jeden z czterech roztrzaskanych komputerów.

Rozebrałem je metodycznie, kawałek po kawałku, ale nie znalazłem ani jednego niepasującego czipa. Potem straciłem nerwy i roztrzaskałem monitory o każdą ostrą krawędź, jaka się napatoczyła. I w końcu znalazłem. Klucz sprzętowy z antenką o długości trzech czwartych cala w samym środku płyty.

– W monitorach było pięć zatrutych pigułek. – Pchnąłem w jego stronę ten, który leżał najbliżej mojej stopy. Dwudziestosiedmiocalowy monitor z procesorem graficznym o prędkości światła. Nie mieliśmy sprzętu do budowy własnych monitorów, więc kupiliśmy je jak każdy.

Deeprak momentalnie zrozumiał i podniósł zieloną płytę.

– Skurwysyn.

– Nie inaczej.

– Z czym rozmawiał?

– Z czymś nadającym z klatki. Znalazłem listwę zasilającą z odbiornikiem w środku. Też kupna. Nigdy więcej.

Deeprak rozłożył wnętrzności monitora na stoliku obok mnie i rozpoczął badania.

– Jesteśmy młodym biurem. Musieliśmy kupić różne rzeczy, żeby się urządzić. Ekspres do kawy też. Nie możemy wszystkiego wypatroszyć w poszukiwaniu odbiorników.

– Teraz musimy.

– Pochodzą od jednego dostawcy? Monitory i listwa?

– Nie. To jeden wielki bałagan. Nie mogę znaleźć powiązania. Monitory są od TechWorld, a listwa z Amazona. Ekspres do kawy kupiliśmy od jakieś rzemieślniczej firmy z Seattle.

– Sprawdziłeś ekspres? – Wstał od stołu.

– Był czysty. Ale spójrz na to. Jestem teraz w zatrutej pigułce. – Wskazałem na mały czip w procesorze graficznym, który podłączyłem do laptopa, a potem na ekran.

– Coś ciekawego?

– Wszystkie części Sherlocka Holmesa.

– Serio?

– Serio. Skurwiel śmieje mi się w twarz.

Deeprak zerknął mi przez ramię. Nasz haker wkleił w sekcji komentarzy dzieła zebrane Arthura Conana Doyle’a, zmuszając mnie do przejścia przez każde słowo.

– Bierzesz pod uwagę, że to mógł być ktoś od nas?

– Nie.

To było wykluczone. Płaciłem swoim ludziom dobrze i traktowałem ich jak książęta. Każdy miał pakiet akcji i każdemu zależało na tym, co tu tworzyliśmy. Czymkolwiek to było – robak, wirus, włam Boga – nie byłem w stanie się do tego dobrać. Widziałem rozmiar pudełka, w którym zamknięto moje życie, ale nie mogłem go otworzyć. Nie podłączyłem zewnętrznych backupów, bo byliśmy poza siecią.

To nie był nikt z zespołu. Ufałem im, a bez mojej zgody do kodu źródłowego nie mogła się przedostać ani jedna linijka.

Wina leżała po mojej stronie. Straciłem czujność. Pozwoliłem, by cała ich praca poszła na marne. Zawiodłem ich. Polegali na moim przywództwie, a ja dałem plamę na całej linii.

– Wszystko w porządku? – zapytał Deeprak.

Pieprzyć to. Poczucie winy pożerało czas i energię. A te dwa zasoby już mi się kończyły.

Przez przypadek zbyt mocno przycisnąłem klawisz Page down i przeskoczyłem do środka zupełnie innej sekcji. Już miałem wrócić, gdy nagle dostrzegłem ukośniki. Nigdzie indziej ich nie widziałem. Potem w oczy rzuciła mi się cyfra na początku wiersza.

9 Prosz*ę, byś s*pojrzał nań

nie jak na zmięty melonik

lecz q*roblem* natury in*te/ll/ektua/l/nej.

– Spójrz. – Rzuciłem akapit na duży ekran na przodzie sali.

Deeprak stanął przed nim, krzyżując ręce na piersi. W obliczu problemu albo dziennikarki do oczarowania wspinał się na wyżyny swoich umiejętności.

– Wyizoluj niepasujące – powiedział.

Już to zrobiłem.

9zbsue/ll/tn/l/qm

– Potrzebował q – odezwałem się. – Więc zamienił p na q w „problemie”.

– Co jeśli ukośniki nie oznaczają liter?

– Inne opcje? Cyfry?

– Trzy „elki”?

– Lub jedynki. W stylu hack mowy.

9zbsue3tnqm lub 9zbsuetn3qm

Staliśmy z rękami założonymi na piersi przed zielonymi literami na czarnym tle.

Deeprak lekko przekrzywił głowę.

Cofnąłem się i rzuciłem okiem.

Deeprak spojrzał na ekran z boku.

Zmrużyłem oczy.

Zupełnie jakbyśmy mieli te same neurony, myśleliśmy w identyczny sposób. Tym razem było tak samo.

– Jedenaście cyfr. Współrzędne geohash – stwierdziłem. Geohash był nową wersją długości i szerokości geograficznej: podzielono świat na kwadraty i przydzielono każdemu z nich kod.

– Błagam, niech to będzie Tahiti. Chcę pojechać na Tahiti.

W klatce nie było internetu, ale miałem tu bazę geohash. Odpaliłem ją i na ekranie pojawiło się zdjęcie satelitarne z pamięci podręcznej. Szara masa. Współrzędne wskazywały jakiś akwen.

– Jezioro Górne – stwierdziłem. – Zamień trójkę w drugim ciągu.

– Zrobione. – W ułamku sekundy na ekranie pojawiło się zdjęcie lądu.

– To nie białe plaże. – Skrzyżowałem ręce na nagiej piersi, przypatrując się znacznikowi. Współrzędne wskazywały duży budynek w jakimś miasteczku na odludziu. – Gdzie jesteśmy?

Zamiast odpowiedzieć Deeprak pomniejszył mapę, żeby zobaczyć okolicę.

Nic.

Autostrada.

Tory kolejowe.

Farmy.

Międzystanówka.

Jakiś anonimowy dopływ.

Pierdolnik Dolny na zadupiu.

– Myślisz, że…? – zaczął Deeprak.

– Tak. Zostawił je, żebym się do niego pofatygował.

– Co zamierzasz?

– Pofatyguję się do niego.

– Najpierw załóż spodnie.

Byłem już za drzwiami.

7

W promieniu dwustu dwudziestu kilometrów od Zapadłej Dziury – vel Barrington – nie było żadnego lotniska.

Chociaż nie do końca. Mieli lądowisko na ubitej ziemi dla awionetek z nawozem. Minąłem je po drodze. Co za dziura. Ale gdybym coś wyczarterował, żeby tu przylecieć, ogłosiłbym swoje przybycie jeszcze przed startem.

Nie przepadałem za cadillacami. Sam jeździłem teslą. Cadillaki nie cieszyły się popularnością w San Jose, ale w lotniskowej wypożyczalni lepszego auta nie mieli. Dziewczyna za kontuarem przysięgała to z ręką na sercu, wywracając z uśmiechem oczami na samo jego wspomnienie. Trzeba przyznać, że choć prowadziło się je jak statek rejsowy, śmigało niczym statek kosmiczny.

Przy wjeździe do miasteczka stał znak oznajmiający, że liczba jego mieszkańców wynosi obecnie tysiąc dwieście dziewięć, ale przed jedynką widniało puste miejsce sugerujące, że kiedyś było ich o dziesięć tysięcy więcej.

Teren pokrywała zwiastująca zimę śniedź. Wypłowiałe jesienne barwy i zimowy chłód. Brąz, brak liści, kępy krzaków. Szare, acz bezchmurne niebo, niczym oddzielone od ziemi ponurą zasłoną.

Niemożliwe, żeby nasz haker zaszył się w tej mieścinie. To tylko pit stop w drodze do jakichś wielkich rewelacji, które okażą się dla mnie upokarzające albo kosztowne.

Byłem celem. Zdrajcą. Z hakera zamieniłem się w jego przeciwnika. Stworzyłem system, żeby pokrzyżować im szyki, i przechwalałem się nim na prawo i lewo. Byłem Mont Everestem hakerskiego świata. Chcieli mnie dopaść, bo byłem mocnym zawodnikiem i wyzwaniem podanym na talerzu.

Wjechałem na niewielki parking przed dwoma sklepami. A dokładnie przed restauracją i spożywczakiem. To były pierwsze obiekty handlowe, na jakie się natknąłem od wjazdu do miasteczka.

Gdy wysiadłem, ogarnęło mnie dziwne uczucie, którego doświadczałem tylko podczas odwiedzin z Fitzem w Scott’s Seafood. Wszyscy udawali, że się nie gapią. Na sali robiło się odrobinę ciszej. Klienci trącali się łokciami, delikatnie rozglądali i udawali, że robią sobie selfie, żeby obejrzeć się przez ramię.

Teraz było niby tak samo, a jednak inaczej. Naturalnie. Bo nasze wizyty w Scott’s Seafood były czymś normalnym, a moje poszukiwania hakera na głębokiej prowincji czystym szaleństwem.

Wspiąłem się po drewnianych schodkach do drzwi restauracji o nazwie Barrington Burgers. Zamknięta. Spojrzałem na zegarek. Była sobota, pierwsza po południu. Osłoniłem oczy i zajrzałem przez szparę w żaluzjach przeszklonych drzwi.

Na pierwszy rzut oka restauracja wyglądała okej. Małe, przytulne miejsce. Krzesła nie stały do góry nogami na stolikach, tylko były do nich przysunięte. Może to zwykła podrzędna knajpka?

Zauważyłem, że za barem nie było alkoholu. Rośliny doniczkowe pousychały. Na drewnianej, zakurzonej podłodze walały się saszetki cukru, postrzępione i zwinięte w kulki. Tylko białe saszetki zostały porozdzierane. Niebieskie i różowe były nietknięte.

Myszy. Może szczury. Bystre skurczybyki. Ja też nie ruszyłbym tamtych saszetek.

– Szuka pan kogoś?

Odwróciłem się w stronę głosu i aż dech mi zaparło. Najładniejsze okazy można znaleźć w najdziwniejszych miejscach. Długie blond fale sięgające do piersi schowanych pod męską flanelową kurtką w kratę. Dżinsy. Kowbojki. Zero makijażu. Duże pełne usta z bruzdą w dolnej wardze. Kanciasty nosek. Piegi. Brązowe oczy z niebieską obwódką.

Odwróciła wzrok lekko zarumieniona. Odgarnęła włosy za ucho. Pobłyskujący w jego płatku brylant musiał mieć jakieś półtora karata. Wyglądał równie autentycznie co jego właścicielka.

– Nikogo konkretnego – odparłem. – Zastanawiałem się, czy by tu nie przenocować.

Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że nie będę musiał tego robić, bo nikt zdolny włamać się do mojego systemu nie mógł tu mieszkać, ale trzeba było gdzieś zostawić rzeczy.

– Przy Oakwood jest hotel. – Wskazała kierunek. Miała delikatną, szczupłą dłoń, a stawy trzech palców oklejone białą taśmą.

Wyjąłem telefon. Wytrzeszczyła na niego oczy. Czyżby na zadupiu w obiegu wciąż były komórki z klapką?

– Zna pani jego nazwę? To sprawdzę.

– Zasięg nie jest tu najlepszy. Z parkingu proszę skręcić w prawo i po jakichś dwóch i pół kilometra zobaczy pan zjazd na Oakwood. Potem to już z górki.

– Jak się nazywa ten hotel? – Łatwiej było wstukać nazwę w GPS niż ciągle zerkać na licznik kilometrów.

– Chyba Bedtimey Inn. Ale jak mówię, zasięg jest tu kapryśny. – Wskazała kciukiem za plecy, na sklepik. – Pomagam właścicielowi. Może pan stamtąd zadzwonić i zapytać, czy mają wolne pokoje.

– Po prostu podjadę.

Prawie się nie poruszyła, ale widziałem, że obraziłem ją tą odmową.

– Jak pan chce. – Zatrzepotała powiekami. Miała ciemne rzęsy z jasnymi końcówkami.

Dziwna dziewczyna. Piękna i egzotyczna. Tylko trochę młodsza ode mnie. Sutki miała pewnie bladoróżowe, na środku wpadające w brąz. Albo na odwrót. Zapragnąłem się tego dowiedzieć. To pragnienie obudziło myśl, wspomnienie, przebłysk déjà vu. Pukanie w skorupę żółwia, który choć je usłyszał, jakoś nie chciał wyjść.

– Czy my się znamy? – zapytałem.

– Ee… chodził pan może do Montgomery High?

– Nie.

– Pracuje pan w centrum dystrybucji Amazona przy międzystanówce? Czasami biorę tam zastępstwa.

– Nie. – Nie mogłem powstrzymać złośliwego uśmieszku. Pomysł, że jestem stąd i pracuję w centrum dystrybucji przy międzystanówce, był niedorzeczny i nie potrafiłem tego ukryć. – Po prostu wygląda pani znajomo. Ale jestem tu pierwszy raz w życiu.

Na końcu języka miałem pytanie, czy była kiedyś w Dolinie Krzemowej albo studiowała na Massachusetts Institute of Technology, ale sobie darowałem. Gdyby taka piękność wyjechała z Barrington, już by tu nie wróciła.

– Okej. – Ścisnęła palcami dolną wargę i już wiedziałem, skąd ta bruzda. Jako skutek nawyku, a nie genetyczny detal była dużo seksowniejsza. – Na pewno nie chce pan najpierw zadzwonić? – Znowu wskazała kciukiem spożywczak.

– Nie trzeba.

Przed sklep zajechał lśniący niebieski pick-up. Pomachała do niego. Facet w bejsbolówce odsunął szybę i odmachał, patrząc na nas wilkiem, choć może tylko mi się zdawało. Był pewnie pod trzydziestkę, ale skórę miał zniszczoną słońcem i tytoniem. Przez jego kolana przechylił się duży pies, wystawił łeb za szybę i zaszczekał na nasz widok.

Dziewczyna odwróciła się z powrotem do mnie.

– To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Zrobiła dwa kroki w stronę parkingu, a jej włosy załopotały niczym flaga narodowa na jesiennym wietrze.

– Jak masz na imię? – zawołałem za nią.

Odwróciła się i zaczęła iść tyłem.

– Harper.

– Harper – powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej.

Nie zapytała mnie o moje, tylko podeszła do furgonetki, pogłaskała psa, zamieniła kilka słów z jego właścicielem, po czym wbiegła po schodkach do sklepu. Kręciłem kluczykami od cadillaca na palcu, odprowadzając ją wzrokiem. Gdy zniknęła, Bejsbolówka otworzył drzwi auta, nie spuszczając ze mnie wzroku. Pies wyskoczył i pobiegł za dziewczyną.

Harper.

Pomachałem do faceta w bejsbolówce. Ruszył za psem do spożywczaka, nie odwzajemniwszy pozdrowienia. Wsiadłem do cadillaca i przekręciłem kluczyk w stacyjce, ale tylko położyłem dłoń na skrzyni biegów. Nie byłem w stanie ruszyć, dopóki nie powiedziałem w środku tego, czego nie mogłem powiedzieć na zewnątrz.

– Wow.

8

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Nota od autorki
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51

TYTUŁ ORYGINAŁU:

King of Code

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Monika Kardasz

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © kiuikson / Shutterstock.com

Copyright © 2017 C.D. Reiss.

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Edyta Świerczyńska, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66890-36-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek