Opis

Terroryści zwyciężyli. Tania i powszechna bioinżynieria pozwala każdemu człowiekowi zaprojektować i zsyntetyzować zabójczy wirus, w ten sposób szantażując świat globalną zarazą. Toteż bezpieczeństwo gwarantuje jedynie przepisanie się na odrębną genetykę: Artificial Genetics, AG. Świat podzielony został na strefy różnych AG, między którymi nie przemieszcza się żadne życie organiczne.  

Król Bólu urodził się z defektem układu nerwowego stanowiącym skutek uboczny przepisania na AG: niezwykła plastyczność sieci neuronowej pozwala mu wczuć się w dowolną psychologię - a zarazem każdy bezpośredni kontakt z ludźmi sprawia mu fizyczny ból. Żyje on zatem by proxy: w pożyczonych ciałach, cudzymi doświadczeniami.

Wykluczony z tej sfery życia - stał się najlepszym specjalistą i najwyższym kapłanem intymności.

Opowiadanie nagrodzone w 2011 roku nagrodą im. Janusza A. Zajdla za rok 2010.

Opowiadanie pochodzi z tomu "Król Bólu".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JACEKDUKAJ
KRÓL BÓLU I PASIKONIK
WYDAWNICTWO LITERACKIE
© Copyright by Jacek Dukaj © Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015 © Copyright for the illustrations by Wydawnictwo Literackie, 2015
Opowiadanie z tomu „Król Bólu” oparte na wydaniu Jacek Dukaj, „Król Bólu”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
Redaktor serii: ANITA KASPEREK
Projekt okładki: MACIEJ HARAF / Juice
Wydanie I, elektroniczne
ISBN 978-83-08-05603-5
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków Bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70
Konwersja: eLitera s.c.

KRÓL BÓLU I PASIKONIK

I

Król Bólu i Księżyc

Owej nocy w ogrodzie Króla Bólu zakwitł pies.

Król, wykapturzony, spędził wieczór w Nowym Jorku, zamykając ostatnie klauzule kontraktu rządowego; krzywa histaminowa zdążyła opaść niemal do zera. Wróciwszy, zaparzył herbatoherbatę i wyszedł na taras. Ze wschodu i od północy, od Zamościa, ciągnęły po niebie węże fioletowego światła. Przypomniał sobie, że w necie zapowiadano grzybobicie. Spojrzał na ogród. Pies kwitł gwałtownie, otwierały się w blasku Księżyca białe pąki. Był to collie rottweiler o piaskowej sierści. Wabił się Syska, należał do siostrzenicy Króla. Ukraińskie ćmy, większe od wróbli, krążyły wokół kwiatów suki, Król nawet na tarasie słyszał klekot ich skrzydeł.

Krzywa od razu skoczyła w górę. Sycząc przez zęby, wybrał numer lebenmaistrów Ziegler und Hochkupfer.

Wylądowali po kwadransie. Z miejsca położyli hermę na kawał ogrodu. Okazało się, że Syska zapuściła korzenie metr w głąb ziemi; serce psa już stanęło.

Król Bólu się zirytował.

Zadzwonił do siostry.

– Co wyście przywieźli znad tego Adriatyku?

– O co ci chodzi? – Nie spała, złapał ją na mieście, światła taksówek oślepiały telefon.

– Podbili wam GIP po powrocie?

– Straszysz mnie teraz. – Uniosła aparat do twarzy.

– Psa wam złamało. Tę Syskę Janki. Na amen. Białe kwiatuszki. Śliczne zresztą. O. 

Lebenmaistrzy składali już hermę.

Fatima wsiadła do samochodu. Dłuższą chwilę przyglądała się w milczeniu ogrodowi Króla.

– Ale właściwie co ona u ciebie robiła?

– Mhm?

– Syska.

– Janka mi zostawiła.

– Zaraz. Dzwoniłeś do niej?

– Dostała przecież wizę, nie? Czy ja tu czegoś nie łapię? Objaśnij mi. Korpus Pokoju nadal aktualny? Co? Fatima?

– Jadę do ciebie.

Wypił herbatę, zaparzył drugą filiżankę. Lebenmaistrzy przed odlotem przedstawili Królowi rachunek oraz wydruk pierwszej diagnostyki. Pełne metryki DNA obiecali za czterdzieści osiem godzin – chyba że chce zapłacić ekstra. Nie chciał.

W ogrodzie pozostał wysoki krzak białego kwiecia na grobie psa. Ćmy już się doń nie zlatywały; krzew wyglądał świeżo i zdrowo, ale de facto był martwy, nakręcone przez lebenmaistrów zegary genetyczne odmierzały czas śmierci komórek. Księżyc, tej nocy wyjątkowo nieprzesłonięty przez mgły dionizydowe, topił wszystko w srebrnym blasku.

Król Bólu stał z filiżanką gorącej herbatoherbaty w dłoni i przyglądał się bękarciemu wyrostowi Artificial Genetics i chaosu. Kwiaty miały kształt asymetrycznych płomieni, z każdej łodygi bijących pionowo w górę, ku zenitowi; dwudziesto-, trzydziestocentymetrowych, smukłych, monarszych. Nie było dwóch takich samych. Król stał i drobnymi łykami pił herbatę. Filiżanka parzyła dłoń, łagodne cierpienie w nocnej ciszy.

Fatima wysiadła z taryfy pod domem Króla Bólu już po północy; tu zazwyczaj jechało się nawet dłużej, Król mieszkał na przedprzedmieściach, na końcu krętej odnogi bocznej drogi, za baobabami.

– Salaam.

– Salaam.

– Ściskam cię.

– Cmok-cmok.

Cofał się przez dom, zachowując metrowy dystans.

Fatima od miesiąca podciągała sobie kościec – na tymczasowych mięśniach poruszała się z ostrożnością staruszki cierpiącej na zaawansowaną osteoporozę. Usiadła w kuchni przy oknie wychodzącym na ogród, nalała sobie mlekomleka. Makijaż szybko adaptował się do jasno oświetlonego pomieszczenia i Król Bólu zauważył drobne konwulsje mięśni mimicznych siostry.

– Śmiejemy się.

– Śmiejemy, martwimy. Zabrałaby ze sobą to psisko, gdyby mogła. – Otarła usta wierzchem dłoni.

– I kto to mówi. Pamiętasz, co sama –

– Mówiła ci, że kiedy wkleją jej wizę?

– Nooo, potrwa to parę tygodni. Wam ani słowa?

Fatima wolno pokręciła głową.

Król oparł się o zlew, syknął, przysiadł na krawędzi stołu. Na chwilę go zaćmiło. Wziął głębszy oddech.

– ...co drugie, co trzecie pokolenie – wzdychała Fatima. – Akurat Mrówki. Co poradzisz? Syn znajomych wstąpił do Brygad Casaldaligi, wyskrobywali mu potem z wątroby amazońskie hify. My, nasi rodzice –

– Myśmy się jeszcze za bardzo bali.

– Tak. Ale dzieci Zimnej Wojny – one paliły ogniska pod bramami baz rakietowych.

– Każde pokolenie ma taki sześćdziesiąty ósmy, na jaki zasługuje.

Wyjęła zioło, zapalili fajki.

– Tobie powiedziała, nam nie – szepnęła Fatima i odliczyła pięć ruchów przepony. Popiła dym mlekomlekiem. – Co jeszcze ci mówiła? O Mrówkach?

– Nic. Niewiele.

– Co? Kiedy? Gadaj.

– Na proxyku, w anarklandzie. Ciąłem lokalny supeł gordyjski. Chłop jak dąb, skąd miałem wiedzieć? O Boże, coś ty mi tu –

– Ćśśśś.

– I potem zaczęła mnie odwiedzać. Nigdy się tak, ach, posmakuj tylko –

– A po co dała ci tego psa? Znam ją.

– Krew z twojej krwi.

– Popatrz –

– A-a. Jakie białe.

– No, bardzo sterylna ta pustelnia, bakterie giną na sam twój widok. Jak długo trzymałeś go u siebie? Psa, Syskę. Od kiedy ją –

– Zalewa mnie, przykręć światło.

– To Księżyc.

– Ale –

– No już, już.

– Ten Księęężyc!

– Dotknij.

– Nie –

– Dotknij.

Król Bólu wyciągnął rękę ponad stołem i musnął opuszkiem palca grzbiet dłoni siostry.

– Proszę – jęknął.

– Tchórztchórztchórztchórz...

– Mnie nie wolno – muszę się – może na proxykach – niech sobie póóójdzie!

Rozpłakał się.

Wstała, podeszła, światło Księżyca zmroziło mu mięśnie, nie mógł uciec.

– Całą prawdę, braciszku.

– Ale to booooooli!

Król Bólu i terroryści

++ KING_OF_PAIN

connection established

194533 CET / 154533 GMT-3

IP: <anonymized>

system: MS Puppeteer 7.10

crypto: Absolute Asymmetry 03EEI3K98R3MD9394

master: KING_OF_PAIN

slave: LOCA_LOCA#7599

body provider: IF Proxy do Brasil Empresas

Wstaje z łóżka i macha rękoma. Nic go nie boli. Lagi niewyczuwalne. Za otwartym na oścież oknem dusznego pokoju hotelowego krzyczy pod niebiosa puszcza Rio de Janeiro. Zbliża się wieczór, purpurowe Słońce rozlało się nad horyzontem jak niedosmażone jajko sadzone.

Król Bólu zerka na parametry transmisji i wchodzi do łazienki. W wysokim lustrze ściennym przygląda się swemu nagiemu ciału: Mulat, około trzydziestki, gęba raczej mało inteligentna, małpie brwi, nad lewą tatuaż IF PBE, czaszka ogolona, masywny kark, małpie łapska, nad mostkiem świeża blizna. Szczerzy zęby. Ma wszystkie, równe, białe.

– Wlazł kotek na płotek i mruga! I mrrruga!

Głos lekko zachrypnięty. Zamyka lewe oko, zamyka prawe. Podnosi palcami powieki. Staje nad sedesem, sika. Fizjologia okay. Wchodzi pod prysznic. (Prysznic działa!) Skóra przyjmuje gorącą wodę z przyjemnym pieczeniem. Król Bólu jest prawie w euforii.

Zawsze się tak zaczyna.

Ubranie przygotował był sobie sam proxyk – nie to, w którym tu przyszedł, ale też jego, na niego szyte: wkłada i wie, że już kiedyś miał je na sobie. Buty z cholewami, biały garnitur, koszula z jedwabiojedwabiu, biały kapelusz. Krawata nie zakłada.

W neseserze proxyka znajdują się kopie papierów klienta, Wyzwolonych Manufaktur Zjednoczonego Kościoła Siatkówki Plażowej, a także jednorodzony telefon i ptasie pióro.

Król Bólu włącza telefon.

– Jestem.

– Zachodnia loggia na siedemnastym.

– Okay.

Rozmawiają po angielsku; Mulat nie kłamał, jego nerwowody pamiętają głoski tego języka, akcent jest bardzo słaby.

Król zabiera z łazienki zapieczętowaną butelkę wody i wychodzi z pokoju.

Windy nie działają, musi wspiąć się na siedemnaste piętro schodami ewakuacyjnymi. Proxyk się nie męczy. Na szesnastym spotyka hotelowego szamana, uchyla kapelusza. Szaman pali pękate cygaro; drugą ręką karmi małego demona. Krążą wokół nich komary AG, wielkie jak ważki. Demon chwyta je kameleonim językiem i zjada, mlaskając głośno. Szaman śmieje się przez dym.

Król Bólu wychodzi na otwartą loggię na wyższej kondygnacji. Cumują tu dwa balonowce. Ten po prawej ozdobiony został jaskrawym graffiti przedstawiającym ciemnoskóre dziewczęta grające w siatkówkę na plaży na tle zachodzącego Słońca. Słońce, które zachodzi w tle za balonowcem, przepala polimerową powłokę oraz graffiti, rozświetlając erotyczny witraż.

Król wchodzi na pokład, pokład kołysze się lekko pod stopami. Mulat ma mało wrażliwy błędnik, tu również nie kłamał. Siada pod baldachimem na drewnianym stołku. Na obręczy baldachimu kiwa się sennie tłusta papuga.

Aquim de Neira krzyczy na pilota; ten daje znak, by odcumować. Cumy wyhodowano na twardej AG, z przeciągłym sykiem zwijają się synchronicznie, ich skóra lśni od lepkiego potu. Balonowiec odbija, kołysząc się mocniej. Król Bólu opiera się o baldachim.

Siwowłosy Aquim de Neira przysuwa sobie taboret, podaje Królowi kawogruszkę.

– Dziękuję.

– Druga tura, wyjęli noże. Masz pan te fotki z orbity? Słono zapłaciliśmy.

– Przejrzałem jeszcze u siebie. Wszystkie strony już wiedzą?

– Na pewno ci z Cthulhu, latają nad Amazonką dla ONZ.

– Zawsze możemy znowu postraszyć Waszyngton.

– Hry, hry, kiedy ostatnio przeszło coś przez Panamę?

– Boją się, boją. Wszyscy się boimy.

Kawogruszka nie smakuje ani jak kawa, ani jak gruszka.

Król Bólu wyjmuje z nesesera papiery. Furkoczą na wietrze, przyciska je do wieka. Balonowiec wznosi się ponad zadżunklone centrum Rio de Janeiro. Niebo ponad anarklandami pozostaje bezchmurne, cyrkulacja prądów powietrznych to jedyne, co nie jest tu przedmiotem negocjacji, wojny, przetargu i szantażu. Słońce odbija się od pokrytego diamentorostami Chrystusa Zbawiciela na Corcovado. Mrużąc oczy, Król wyrzuca ogryzek za burtę i wyciera ręce w chusteczkę.

Pod ażurowym balonowcem Wyzwolonych Manufaktur przesuwają się spiętrzone fale zieleni, fale kolorów bardziej drapieżnych: czerwieni, jadowitej żółci, głębokiego granatu. Dżunkla pochłonęła anarklandy, docierając do Atlantyku. Gdyby zeszli poniżej dziesięciu metrów, smród tego organicznego śmietnika stałby się dla Króla Bólu nie do zniesienia. Proxyk mógł się przyzwyczaić, Król Bólu nie przyzwyczai się nigdy. Junklee, liszaj AG na obliczu kontynentu, rozciąga się od Pacyfiku do Atlantyku, od Ziemi Ognistej do Frontu Panamskiego. Dżunkla pochłonęła i przetrawiła ponad dwieście milionów ludzi, bardziej żarłoczna od kilku wojen światowych razem wziętych.

Balonowiec skręca w cień drapacza chmur i w perspektywie Rio Branco ukazuje się ponadstumetrowej wysokości Drzewo Wiadomości Dobrego i Złego. Drugie rośnie nad brzegiem Rodrigo de Freitas, stąd go nie widać.

Aquim przeklina Drzewo po portugalsku.

– Nigdy mnie pan nie przekonasz! To szawłyści! Specjalnie je sadzą!

Drzewa są komputerami genetycznymi, megadionizydami. Programują nacelowane na Homo sapiens nowotwory i retrowirusy.

Szawłyści, katoliccy terroryści św. Pawła, uważają bioterror za konieczny „grzech oczyszczający z grzechu”: fazę, którą cywilizacja musi przejść, by powrócić do ideału społeczeństwa zbudowanego z niewielkich gmin chrześcijańskich i pozbawionego wyższych struktur władzy. Które są złe i w sposób konieczny rodzą zło z samej swojej istoty. Dla zasady atakują więc szawłyści wszelkie większe skupiska ludności, w pierwszej kolejności miasta. A już zbory w rodzaju tego, na który udaje się Król Bólu, działają na nich jak na byka czerwona szmata.

W każdym mieście Ameryki Południowej rośnie przynajmniej jedno Drzewo. Wypalano je do korzeni na rozmaite sposoby; zawsze odrastają. Do ich autorstwa przyznaje się połowa anarkii dżunkli. Król Bólu nie wierzy obwieszczeniom żadnej z anarkii – a już najmniej przechwałkom szawłystów: gdyby mieli w swoich szeregach takich artystów AG, nie ograniczyliby się do trucia byłych metropolii.

W koronie Drzewa nad Rio Branco obracają się czarnymi spiralami stada harpii i innego skrzydlatego pomiotu megadionizyda, ich cienie przesuwają się po podziurawionych ścianach wieżowców.

Król Bólu kartkuje raporty ze skanów orbitalnych.

– Tu, tu i tu. Pan patrzy. Zmiany proporcji gazów atmosferycznych – ale to zbyt subtelne. Tutaj. No! Wzory w podczerwieni, powtarzające się anomalie, co noc. Zdążyłem nawet zdobyć oficjalne ekspertyzy z paru uniwersytetów, robią wrażenie jak należy. Jeśli liczyć według ilości ognisk – no, to kilkadziesiąt rodzin, nie więcej. W górze Amazonki już nie tak gęsto.

– Jest pan pewien?

Król Bólu prycha.

– Oczywiście, że nie! Ja w ogóle w to nie wierzę! Niech się Vija tłumaczy!

– Może jednak jakaś prymitywna anarkia, o której nikt nie słyszał...

– Na jedno wychodzi. – Król Bólu wzrusza ramionami. – Ile miałeś chromosomów, jak ostatnio sprawdzałeś?

– Hry, hry, chromosomy, powiadasz? A co to takiego? Hry, hry.

Nagły hałas nad głową – papuga wierci się i macha skrzydłami.

– Znowu on, kruca bomba! – skrzeczy po polsku. – Nie, nie, nie! Za-ka-zu-ję!

Aquim drapie się w brodę.

– O co chodzi?

– Kto to jest? – pyta go Król Bólu.

– A bo ja wiem, kto ją dosiadł. Ivan i spółka.

Ptaszysko jest proxykiem marksistów-kreacjonistów.

– Oczywiście przyłączyli się do nas na pierwszą wzmiankę – ciągnie Aquim. – Dali swoich zakładników, byle przyspieszyć. Toż to ich ewangelia. Guillo przybił krwią. Płacą na ciebie po połowie.

– Nie wiedzieli, że na mnie.

– Pewnie właśnie się wygadałeś – szczerzy się starzec. – Dowiedzieliby się prędzej czy później, mają klucze do weryfikacji transmisji.

A papuga piekli się dalej.

– Wszystko to pic na wodę! Nigdy nic nie przychodzi z waszych rad! Forsa w błoto! Krucafuks!

Jakiś potomek gombrowiczowskiej emigracji, myśli Król Bólu.

– Wiesz przecież, plastusiów najmują wszyscy – mówi spokojnie.

– Wszyscy! I co? I pstro!

– A co się dzieje z tymi, co próbują sobie radzić bez?

– To jest korporacyjna zmowa kapitalistycznych oszustów! Gracie tak, żeby wydoić klientów! Taka sama zaraza jak prawnicy! Nikt ich do niczego nie potrzebuje, ale wystarczy, że jeden dureń najmie prawnika – i zaraz wszyscy musimy ich najmować, żeby bronić się przed ichnimi prawnikami! Zgroza i potępienie!

– Czaszki w dół! Małpiarnia! – woła z rufy pilot.

Król Bólu i Aquim de Neira pochylają się, kryjąc głowy poniżej relingu.

Balonowiec sunie między budynkami, które dżunkla wypełniła aż po dachy, kipiąc na zewnątrz przez wszystkie naturalne i nienaturalne otwory w ścianach. Z okien, z drzwi, z balkonów, z wentylatorów, ze szczelin, wyłomów i rozpadlisk wylewają się girlandy mięsożernych kwiatów, warkocze jadowitych lian, wiechcie metanowej trawy, kaskady zdrewniałej tkanki, zielonej, brunatnej, czarnej, spływają aż do ziemi, do ulicy kobierce splątanych korzeni, gałęzi, liści, kwiatostanów – z dwudziestego, czterdziestego, sześćdziesiątego piętra. A w ślad za florą przybyła fauna AG, w tym rozmaite chimeryzacje dziwomałp, hordy potomków czepiaków, barrigud, małpeczek, uakarisów, przepisanych po drodze przez kilka dzikich genetyk. Niektóre zwierzęta potrafią naśladować ludzką mowę, potrafią naśladować ludzkie gesty. Dziwomałpy Rio de Janeiro nabrały nawyku noszenia czapek, kapeluszy, mycek. Niektóre zakładają również wykradzione okulary, przeciwsłoneczne, korekcyjne i te z wybitymi szkłami – bez różnicy. Wszystkie zaś wrzeszczą, skaczą, plują i sikają na byle widok człowieka, ciskając przy tym w jego stronę, co tylko im w łapy wpadnie. Ostatnio opanowały sztukę konstrukcji i obsługi procy Dawida. O powłokę i burty balonowca Wyzwolonych Manufaktur bije grad kamieni, odłamków szklanych, plastikowych i betonowych oraz zgniłych owoców.

Królowi Bólu wydaje się, że w ujadaniu wściekłej małpiarni rozróżnia portugalskie przekleństwa.

Papuga w obawie o życie sfrunęła na pokład balonowca.

– No więc co radzisz? – skrzeczy do zgiętego w pół Króla. – Mistrzu!

– Najpierw muszę poznać stanowiska innych stron – mamrocze Król, zbierając papiery do nesesera.

– A ich plastusie mówią im to samo! Może nie? Może nie?

– Zapewne.

– Zaraza! Zaraza! Za-ra-za!

– Zamkniesz ty się wreszcie?

Królowi Bólu puszczają nerwy i czyni neseserem zamach na papugę. Neseser okazuje się niedomknięty, papiery na powrót się rozsypują. Król Bólu rzuca w ptaka butelką wody. Ptak uskakuje, butelka wypada za burtę. Król zdejmuje kapelusz, gotując się do pochwycenia weń krzywodziobego proxyka. Lecz dostaje od małp w potylicę skorupą kokosa i, pokonany, zwala się z opuszczonymi rękoma na stołek.

Papuga podskakuje w miejscu, tryumfalnie bijąc skrzydłami.

– Kacap! Kutafon! Krowiguz! Kózak! Kastrat! Kruczypisk! Kocichuj! Krypek! Kupojad! Kinolec! Karakon! Kiepoliz! Kaprawiec! Kłystek! Krzyp! Kozojeb!

De Neira wznosi oczy ku niebu.

– Nie dość, że marksista, to na dodatek papuga – nie przegadasz, zapomnij. A właściwie za co oni cię tak nie znoszą?

– Przydarzyło mi się kilka, mhm, zbyt szczerych wypowiedzi na polityczne tematy.

– Człowiek nie jest odpadkiem ewolucji! – drze się ptaszysko. – Proletariusze wszystkich genów łączcie się! Burżuje do próbówek! DNA do dna!

Aquim grozi mu palcem.

– Bo rozłączę! Kto tu kogo ujeżdża? Weź się opanuj.

– Wszystko się pieprzy, nie będę lepszy – kracze ponuro papuga i milknie.

Balonowiec podskakuje, zadzierając dziób.

– Dolatujemy!

Sto siedemdziesiąta ósma tura negocjacji pod auspicjami biskupa Rio de Janeiro oraz miejskiej anarkii marksistów-kreacjonistów odbywa się w penthousie jednego z wysokościowców niegdysiejszego centrum biznesowego. W zależności od przypływu i odpływu trendów medialnych, niektóre odsłony negocjacji mają bogatą oprawę PR i, relacjonowane na żywo, trafiają w tysiącach kanałów TV do milionów domostw; inne znowuż przebiegają na podobieństwo krwawej burdy w zadymionej melinie złodziei i morderców. Król Bólu uczestniczył w czterech. Ostatnim razem pijany ivanowiec obciął mu głowę maczetą. (Ubezpieczenie proxyka pokrywa klient). Gdyby nie wysoki kontrakt, nie zgodziłby się ponownie w to bawić. Ze wszystkich skazanych na niepowodzenie negocjacji, w jakich brał udział, te prowadzone przez południowoamerykańskie anarkie Otwartego Nieba jawią się Królowi jedynymi prawdziwie beznadziejnymi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Doświadczenie osobiste jest niewątpliwie pożyteczne. Ale gdyby się ściśle przestrzegało granic takiego doświadczenia, okropnie zacieśniłoby się twórczość poetycką, a nawet twórczość filozoficzną. Gdyby trzeba było czekać starości, aby się ośmielić o niej mówić, albo ciężkiej choroby, aby móc o niej wspomnieć, gdyby trzeba było samemu doznać wszelkiej udręki albo zamętu umysłu, aby je ująć w słowa, przekonalibyśmy się, że do napisania pozostaje zaiste niewiele. I jasne jest, że o wielu sprawach w ogóle by nie napisano, gdyż ten, co by ich doświadczył, mógłby nie być osobą obdarzoną talentem, zdolną do analizowania ich i wyrażania.

Konstandinos Kawafis, Ars Poeticatłum. Zygmunt Kubiak