Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 152 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kroki - Jerzy Kosiński

Kroki  to zbiór obrazków, wspomnień, reminiscencji. Obrazków, bo nie każdy z epizodów ma fabułę. Czasem jest to właśnie wspomnienie, czasem fantazja. Często szkice zebrane w tym tomiku szokują swobodą czy nawet drastycznością obyczajową, osobistym, psychologicznym podejściem do tematu.

Opinie o ebooku Kroki - Jerzy Kosiński

Fragment ebooka Kroki - Jerzy Kosiński

Wydanie elektroniczne

O książce

Po­wieść skon­stru­owa­na jako zbiór aneg­dot, mi­kro­fa­buł, re­mi­ni­scen­cji oraz fan­ta­zji, przed­sta­wiająca sy­tu­acje eks­tre­mal­ne, szo­kujące bru­tal­nością lub dra­stycz­nością ero­tyczną. Za­wie­ra wszyst­kie ele­men­ty cha­rak­te­ry­stycz­ne dla twórczości au­to­ra Ma­lo­wa­ne­go pta­ka: epi­zo­dyczną formę, oszczędność środków wy­ra­zu i sty­lu, roz­bu­do­wa­ny ero­tyzm, wątki au­to­bio­gra­ficz­ne. Kosiński pro­wa­dzi swo­istą grę z wy­obraźnią czy­tel­ni­ka, zmu­szając go do wnik­nięcia w głąb własnej du­szy, w za­ka­mar­ki wy­obraźni. Ak­cja książki roz­gry­wa się w bliżej nie­określo­nych miej­scach i cza­sie.

Bo­ha­ter, in­struk­tor nar­ciar­ski w uzdro­wi­sku, angażuje się wsub­telnągręero­tycznąześmier­tel­nie­chorąmłodąko­bietą… Pod­czas roz­mo­wy z ko­chan­kiem ko­bieta usiłuje dojść, dla­cze­go mężczy­zna w uda­nym związku po­szu­ku­je wrażeń u pro­sty­tu­tek… W małej wio­sce bo­ha­ter uczest­ni­czy w nie­zwykłym ry­tu­ale: spośród kil­ku wy­pro­wa­dzo­nych na arenę ko­biet zgro­ma­dze­ni mężczyźni wy­bie­rają jedną, która odbędzie sto­su­nek płcio­wy z by­kiem… Za­ko­cha­ny w koleżance z pra­cy bo­ha­ter obmyśla szo­kującą in­trygę, która zbliży ją do nie­go fi­zycz­nie…

JE­RZY KOSIŃSKI

(1933-1991)

Wy­wodzący się z Pol­ski pi­sarz ame­ry­kański po­cho­dze­nia żydow­skie­go. Uro­dził się w Łodzi. W la­tach 1950-55 stu­dio­wał na­uki po­li­tycz­ne i hi­sto­rię na Uni­wer­sy­te­cie Łódzkim. W 1957 wy­emi­gro­wał do USA, gdzie ukończył Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia. Wykładał na uni­wer­sy­te­tach Yale, Prin­ce­ton i We­sley­an. W 1973 zo­stał wy­bra­ny pre­ze­sem ame­ry­kańskie­go Pen Clu­bu; funkcję tę spra­wo­wał przez dwie ka­den­cje. Był lau­re­atem wie­lu nagród li­te­rac­kich, a wśród nich nie­zwy­kle pre­stiżowej Na­tio­nal Book Award. Do­ro­bek li­te­rac­ki Kosińskie­go obej­mu­je dwa zbio­ry esejów so­cjo­lo­gicz­nych opu­bli­ko­wa­nych pod pseu­do­ni­mem Jo­seph No­vak, zbiór wspo­mnień Prze­chodząc obok oraz dzie­więć po­wieści na­pi­sa­nych w języku an­giel­skim, m.in. Ma­lo­wa­ny ptak, Kro­ki, Wy­star­czy być, Pa­sja, Pu­stel­nik z 69 Uli­cy.WPol­sce ko­mu­ni­stycz­nej jego książki znaj­do­wały się na in­dek­sie cen­zu­ry.

Tego au­to­ra

MA­LO­WA­NY PTAK

WY­STAR­CZY BYĆ

PA­SJA

RAND­KA W CIEM­NO

COCK­PIT

GRA

KRO­KI DIA­BEL­SKIE DRZE­WO

PU­STEL­NIK Z 69 ULI­CY

Ese­je

PRZE­CHODZĄC OBOK

Tytuł ory­gi­nału:

STEPS

Co­py­ri­ght © Je­rzy Kosiński 1968

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zo­fia Uhry­now­ska-Ha­nasz 2014

Re­dak­cja: Anna Ma­gier­ska

Zdjęcie na okładce: Geo­r­ge May­er/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-041-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­je­mu ojcu, człowie­ko­wi łagod­ne­mu

Dla nie­opa­no­wa­nych nie ma mądrości, nie­opa­no­wa­nym nie jest też właściwa siła sku­pie­nia; nie­zdol­ni do sku­pie­nia zaś nie za­znają spo­ko­ju. A czy nie­spo­koj­ni mogą za­znać szczęścia?

Bha­ga­wad­gi­ta

Je­chałem co­raz da­lej na południe. Po dro­dze mijałem małe, bied­ne wio­ski. Ile­kroć za­trzy­małem się w którejś z nich, wokół mo­je­go sa­mo­cho­du gro­ma­dził się tłum, a dzie­ci nie odstępowały mnie ani na krok.

Zde­cy­do­wałem się spędzić ze dwa dni w na­giej, po­zba­wio­nej zie­le­ni wio­sce z po­bie­lo­ny­mi do­ma­mi. Po­sta­no­wiłem wy­począć i dać ubra­nie do pra­nia i re­pe­ra­cji. Ko­bie­ta, która się tego podjęła, za­pew­niła mnie, że zro­bi to szyb­ko i spraw­nie, po­nie­waż za­trud­nia po­moc — młodą sie­rotę, która musi się sama utrzy­mać. Wska­zała na przyglądającą nam się przez okno dziew­czynę.

Na­za­jutrz przy­szedłem ode­brać ubra­nie i na­tknąłem się na nią we fron­to­wym po­ko­ju. Od cza­su do cza­su spoglądała na mnie znad szy­cia, ale ile­kroć na­sze oczy się spo­ty­kały, po­chy­lała się nad igłą co­raz niżej, sta­rając się ukryć za­in­te­re­so­wa­nie, ja­kie w niej wzbu­dziłem.

Kie­dy przekładałem do­ku­men­ty do kie­sze­ni świeżo wy­pra­so­wa­nej ma­ry­nar­ki, zwróciłem uwagę na cie­ka­wość, z jaką dziew­czy­na przyglądała się moim pla­sti­ko­wym kar­tom kre­dy­to­wym, które chwi­lo­wo położyłem na sto­le. Za­py­tałem ją, czy wie, co to jest, ale od­parła, że nig­dy cze­goś po­dob­ne­go nie wi­działa. Wyjaśniłem jej, że mając którąkol­wiek z tych kart, można ku­po­wać me­ble, bie­liznę poście­lową, sprzęt ku­chen­ny, żywność, ubra­nie, pończo­chy, buty, to­reb­ki, per­fu­my — pra­wie wszyst­ko, cze­go tyl­ko du­sza za­pra­gnie — bez pie­niędzy.

Tłuma­czyłem jej da­lej od nie­chce­nia, że mógłbym używać tych kart w naj­droższych skle­pach w po­bli­skim mieście i że samo po­ka­za­nie ich w do­wol­nej re­stau­ra­cji wy­star­czy, bym zo­stał obsłużony, że mógłbym również za­trzy­my­wać się w naj­lep­szych ho­te­lach i że to wszyst­ko do­ty­czy także każdej wy­bra­nej prze­ze mnie oso­by.

Dodałem też, że po­nie­waż mi się po­do­ba i ład­nie wygląda, a poza tym po­dej­rze­wam, że jej chle­bo­daw­czy­ni nie trak­tu­je jej naj­le­piej, chętnie bym ją ze sobą za­brał. Jeśli będzie chciała, może zo­stać ze mną tak długo, jak jej się spo­do­ba. W dal­szym ciągu nie patrząc na mnie, za­py­tała — jak­by się chciała upew­nić — czy musi mieć ja­kieś pie­niądze. Za­pew­niłem ją po­now­nie, że ani ona, ani ja nie będzie­my po­trze­bo­wa­li żad­nych pie­niędzy, pod wa­run­kiem że weźmie­my ze sobą kar­ty i wy­ra­zi­my wolę ich użycia. Obie­całem jej, że we dwo­je będzie­my podróżowa­li do różnych miast, a na­wet krajów; nie musi pra­co­wać ani w ogóle robić cze­go­kol­wiek poza dba­niem o sie­bie. Kupię jej wszyst­ko, o czym tyl­ko za­ma­rzy: będzie mogła nosić piękne rze­czy i wyglądać uro­czo — dla mnie; będzie zmie­niać ucze­sa­nia, a na­wet ko­lor włosów na zawołanie. Aby się to wszyst­ko ziściło, po­wie­działem, musi tyl­ko wyjść z domu późnym wie­czo­rem i nie mówiąc nic ni­ko­mu, spo­tkać się ze mną przy zna­ku dro­go­wym na skra­ju wsi. Po przy­jeździe na miej­sce, za­pew­niłem ją, za­wia­do­mię jej chle­bo­daw­czy­nię li­stow­nie, że tak jak wie­le in­nych dziew­czyn przed nią, wy­je­chała do dużego mia­sta w po­szu­ki­wa­niu pra­cy. Na ko­niec powtórzyłem, że będę na nią tej nocy cze­kał i mam na­dzieję, że przyj­dzie.

Kar­ty kre­dy­to­we leżały na sto­le. Dziew­czy­na wstała, wpa­trując się w nie z mie­sza­niną czci i nie­do­wie­rza­nia; wyciągnęła prawą rękę, jak­by chciała ich do­tknąć, ale szyb­ko ją cofnęła. Wziąłem jedną z kart i wręczyłem jej. Trzy­mała ją nie­pew­nie w pal­cach jak ko­mu­ni­kant, unosząc ją do światła, żeby zo­ba­czyć wytłoczo­ne na niej licz­by i li­te­ry.

Wie­czo­rem za­par­ko­wałem sa­mochód w krza­kach w od­ległości kil­ku metrów od zna­ku dro­go­we­go. Za­nim się całko­wi­cie ściem­niło, minęło mnie wie­le wozów jadących z tar­gu do wio­ski, ale nikt mnie nie za­uważył.

Na­gle za mną wyłoniła się dziew­czy­na, zdy­sza­na i prze­rażona, z tobołkiem swo­ich rze­czy. Otwo­rzyłem drzwi sa­mo­cho­du i bez słowa wpuściłem ją na tyl­ne sie­dze­nie. Na­tych­miast za­pa­liłem sil­nik, ale do­pie­ro kie­dy wy­je­cha­liśmy z wio­ski, zmniej­szyłem prędkość i po­wie­działem jej, że jest wol­na i że dni bie­dy się dla niej skończyły. Przez chwilę sie­działa w kom­plet­nym mil­cze­niu, po czym nie­pew­nie spy­tała, czy w dal­szym ciągu mam te swo­je kar­ty. Wyjąłem je z kie­sze­ni i jej wręczyłem. Parę mi­nut później prze­stałem ją wi­dzieć we wstecz­nym lu­ster­ku: zasnęła.

Do mia­sta przy­je­cha­liśmy na­za­jutrz późnym ran­kiem. Obu­dziła się i z twarzą przy­le­pioną do szy­by ob­ser­wo­wała ruch ulicz­ny. Na­gle do­tknęła mo­je­go ra­mie­nia, wska­zując na dom to­wa­ro­wy, który właśnie mi­ja­liśmy. Po­wie­działa, że chciałaby się prze­ko­nać, czy rze­czy­wiście moje kar­ty mają większą moc niż pie­niądze. Za­trzy­małem sa­mochód.

W domu to­wa­ro­wym uwie­siła się mego ra­mie­nia, a ja po­czułem, że z pod­nie­ce­nia ma wil­gotną dłoń. Wy­znała mi, że nig­dy przed­tem nie była w mieście, na­wet w małym mia­stecz­ku, i nie mogła uwie­rzyć, że tylu lu­dzi ze­brało się w jed­nym miej­scu, a mimo to jesz­cze tak wie­le rze­czy zo­stało do ku­pie­nia. Wska­zała kil­ka su­kie­nek, które jej się po­do­bały, i przyjęła parę uwag do­tyczących tego, w czym moim zda­niem byłoby jej do twa­rzy. Z po­mocą dwóch pra­cow­nic skle­pu, które pa­trzyły na moją to­wa­rzyszkę z wyraźną za­zdrością, wy­bra­liśmy kil­ka par butów, ręka­wicz­ki, pończo­chy, bie­liznę, kil­ka su­kie­nek i to­re­bek, a także płaszcz.

Te­raz wy­da­wała się jesz­cze bar­dziej prze­rażona. Kie­dy spy­tałem, czy się boi, że nie będę w sta­nie zapłacić kar­ta­mi za to wszyst­ko, w pierw­szej chwi­li za­prze­czyła, ale w końcu przy­znała, że tego się właśnie oba­wiała. Za­py­tała mnie, dla­cze­go tylu lu­dzi z jej wio­ski mu­siałoby tyrać na ta­kie pie­niądze przez całe życie, pod­czas gdy ja, nie będąc ani słyn­nym piłka­rzem, ani gwiazdą fil­mową, ani na­wet prałatem, nie po­trze­bo­wałem żad­nych pie­niędzy, żeby mieć wszyst­ko, cze­go tyl­ko za­pragnąłem.

Kie­dy na­sze za­ku­py zo­stały za­pa­ko­wa­ne, wręczyłem ka­sjer­ce jedną z kart; po­dziękowała mi grzecz­nie, na mo­ment zniknęła, po czym wróciła i oddała mi kartę ra­zem z ra­chun­kiem. Moja przy­ja­ciółka stała za mną, nie mogąc się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie do­rwie się do pacz­ki, ale nadal była zbyt prze­rażona, żeby to zro­bić.

Wy­szliśmy ze skle­pu. Kie­dy wsie­dliśmy do sa­mo­cho­du, otwo­rzyła paczkę i zaczęła oglądać za­ku­py, do­ty­kając każdej sztu­ki, wąchając ją, znów do­ty­kając, za­my­kając i otwie­rając pudło. Gdy tyl­ko ru­szyłem, zaczęła przy­mie­rzać pan­to­fle i ręka­wicz­ki. Za­trzy­ma­liśmy się przed nie­wiel­kim ho­te­li­kiem i we­szliśmy do środ­ka. Nie przej­mując się znaczącym spoj­rze­niem re­cep­cjo­ni­sty, po­pro­siłem o dwa połączo­ne ze sobą po­ko­je. Wnie­sio­no mój bagaż na górę, ale dziew­czy­na uparła się, że pudło z za­ku­pa­mi wnie­sie sama, jak­by się bała, że je ktoś za­bie­rze.

Na górze poszła do swo­je­go po­ko­ju, żeby się prze­brać, i wróciła w no­wej su­kien­ce. Pa­ra­dując przede mną, po­ru­szała się nie­pew­nie w no­wych pan­to­flach na wy­so­kich ob­ca­sach. Co chwi­la przeglądała się w lu­strze, zni­kając w swo­im po­ko­ju i przy­mie­rzając co­raz to nowe rze­czy.

Po­zo­stałe pa­kun­ki, za­wie­rające bie­liznę, sklep do­star­czył późnym popołudniem. Tym­cza­sem wino, które wy­pi­liśmy do lun­chu, zdążyło już ude­rzyć jej z lek­ka do głowy: chcąc za­pew­ne zro­bić na mnie wrażenie swo­im świeżej daty świa­to­wym oby­ciem, za­czerp­niętym z filmów i ko­lo­ro­wych pi­se­mek, stanęła przede mną z rękami na bio­drach i zwilżając war­gi języ­kiem, roz­bie­ga­nym wzro­kiem szu­kała mo­je­go spoj­rze­nia.

Było nas kil­ko­ro asy­stentów pro­fe­so­ra ar­che­olo­gii, który na jed­nej z wysp od lat pro­wa­dził wy­ko­pa­li­ska w po­szu­ki­wa­niu śladów sta­rożyt­nej cy­wi­li­za­cji, kwitnącej tu tysiąc pięćset lat przed naszą erą.

Pro­fe­sor twier­dził, że była to wy­so­ko roz­wi­nięta cy­wi­li­za­cja, którą jakiś ka­ta­klizm zmiótł z po­wierzch­ni zie­mi. Nie po­dzie­lał ogólnie przyjętej teo­rii, że wyspę na­wie­dziło potężne trzęsie­nie zie­mi, po którym przyszła wiel­ka fala. Zbie­ra­liśmy sko­ru­py garnków, prze­sie­wając po­pioły w po­szu­ki­wa­niu po­zo­stałości przed­miotów co­dzien­ne­go użytku, i wy­ko­py­wa­liśmy ma­te­riały bu­dow­la­ne. Wszyst­ko to uczo­ny skrzętnie ka­ta­lo­go­wał jako do­wo­dy, które miały uza­sad­niać tezy za­war­te w jego nie­opu­bli­ko­wa­nej jesz­cze pra­cy.

Po upływie mie­siąca po­sta­no­wiłem opuścić wy­ko­pa­li­ska i prze­nieść się na sąsied­nią wyspę. Spiesząc się na prom, nie wziąłem wypłaty, ale obie­ca­no mi, że czek opie­wający na należną mi sumę zo­sta­nie wysłany naj­bliższą łodzią pocz­tową. Tego, co miałem, wy­star­czyłoby mi na je­den dzień.

Po przy­by­ciu na wyspę cały dzień spędziłem na zwie­dza­niu. Kra­jo­braz był zdo­mi­no­wa­ny przez drze­miący wul­kan. Jego roz­ległe sto­ki po­kry­wała po­ro­wa­ta skała wul­kaniczna, która pod wpływem czyn­ników at­mos­fe­rycz­nych po­kryła się warstwą ubo­giej, ale upraw­nej gle­by.

Po­szedłem do por­tu; na go­dzinę przed za­cho­dem słońca, kie­dy zro­biło się chłod­niej, łodzie ry­bac­kie wypływały na noc w mo­rze. Pa­trzyłem, jak suną po spo­koj­nej, nie­mal całko­wi­cie gład­kiej po­wierzch­ni wody, aż wresz­cie ich długie, płaskie syl­wet­ki ginęły mi z oczu. Na­gle zgasło światło od­bi­jające się od ska­li­stych grzbietów wysp, których za­ry­sy stały się su­ro­we i ciem­ne. A po­tem zaczęły zni­kać jed­na po dru­giej, jak­by je jakaś siła w kom­plet­nej ci­szy wciągała pod wodę.

Rano cze­kałem na przy­sta­ni na łódź pocz­tową. Ku mo­jej kon­ster­na­cji czek nie przy­szedł. Stałem na na­brzeżu, za­sta­na­wiając się, jak przeżyję i czy w ogóle będę mógł opuścić wyspę. Ob­ser­wo­wało mnie kil­ku siedzących przy swo­ich sie­ciach ry­baków; czu­li, że coś jest ze mną nie w porządku. Trzech z nich po­deszło do mnie i za­ga­dało. Nie ro­zu­miejąc ich, od­po­wie­działem w dwóch języ­kach, ja­kie znałem: na twa­rzach mężczyzn po­ja­wił się po­nu­ry wy­raz wro­gości — na­gle odwrócili się ode mnie. Wie­czo­rem wziąłem śpiwór i po­szedłem spać na plażę.

Po prze­bu­dze­niu za ostat­nie pie­niądze kupiłem so­bie kawę, a następnie ru­szyłem spa­ce­rem krętymi ulicz­ka­mi na tyłach por­tu, przez nędzne pola do naj­bliższej wio­ski. Miej­sco­wi sie­dzie­li w cie­niu, przyglądając mi się ukrad­kiem. Głodny i spra­gnio­ny w upal­nym słońcu wróciłem na plażę. Nie miałem nic, co mógłbym wy­mie­nić na żywność czy pie­niądze: ani ze­gar­ka, ani wiecz­ne­go pióra, ani spi­nek do man­kietów, apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go czy port­fe­la. W południe, kie­dy słońce stało wy­so­ko na nie­bie, a wieśnia­cy po­cho­wa­li się w swo­ich do­mach, po­szedłem na po­licję. Je­dy­ny na wy­spie po­licjant drze­mał przy te­le­fo­nie. Obu­dziłem go, ale naj­wy­raźniej na­wet nie próbował zro­zu­mieć choćby naj­prost­sze­go z mo­ich gestów. Wska­załem na te­le­fon, wy­wra­cając na drugą stronę pu­ste kie­sze­nie; wy­ko­ny­wałem różne ru­chy, próbowałem coś na­ry­so­wać, a na­wet po­ka­zy­wać na migi, że chce mi się pić i je­stem głodny. Wszyst­ko to bez skut­ku: nie wy­krze­sałem z po­licjanta ani za­in­te­re­so­wa­nia, ani zro­zu­mienia, a te­le­fon po­zo­stał za­mknięty na klucz. Był to zresztą je­dy­ny te­le­fon na wy­spie; prze­wod­nik, który prze­czy­tałem, na­wet za­mieścił tę in­for­mację.

Po południu snułem się po wsi, uśmie­chając się do miesz­kańców w na­dziei, że mnie ktoś poczęstu­je czymś do pi­cia albo za­pro­si na posiłek. Nikt jed­nak nie od­po­wia­dał na moje po­zdro­wie­nia; miesz­kańcy wio­ski od­wra­ca­li się, a skle­pi­ka­rze po pro­stu mnie igno­ro­wa­li. Kościół znaj­do­wał się na naj­większej z gru­py wysp, a ja nie miałem się jak tam do­stać, żeby po­pro­sić o coś do je­dze­nia i o ja­kieś schro­nie­nie. Wróciłem na plażę, jak­bym ocze­ki­wał, że po­moc przyj­dzie z mo­rza. Umie­rałem z głodu i zmęcze­nia. Upał przy­pra­wił mnie o mi­grenę; czułem nad­chodzące fa­la­mi za­wro­ty głowy. Na­gle usłyszałem roz­mowę w ob­cym języku. Odwróciłem się i zo­ba­czyłem siedzące nad wodą dwie ko­bie­ty. Z ud i ra­mion zwi­sały im wały sza­re­go, po­zna­czo­ne­go żyłkami tłuszczu, a ich wiel­kie, ob­wisłe pier­si tkwiły upchnięte w ogrom­nych biu­sto­no­szach.

Opa­lały się, leżąc na ręczni­kach, oto­czo­ne ty­po­wo pik­ni­ko­wy­mi re­kwi­zy­ta­mi: ko­szy­ka­mi je­dze­nia, ter­mo­sa­mi, pa­ra­so­la­mi i siat­ka­mi pełnymi owoców.

Stos książek po­zwa­lał od­czy­tać nu­me­ry bi­blio­tecz­ne. Ko­bie­ty były naj­wy­raźniej tu­ryst­ka­mi miesz­kającymi u ja­kiejś miej­sco­wej ro­dzi­ny. Zacząłem się do nich zbliżać po­wo­li, ale otwar­cie, robiąc wszyst­ko, żeby ich nie spłoszyć. Prze­stały roz­ma­wiać, a ja po­zdro­wiłem je z uśmie­chem, próbując po ko­lei mo­ich dwóch języków. Od­po­wie­działy w jesz­cze in­nym; nie mie­liśmy wspólne­go, ale bli­skość je­dze­nia, którą czułem, działała na mnie jak ma­gnes. Usiadłem obok, jak­bym zro­zu­miał, że zo­stałem za­pro­szo­ny. Kie­dy zaczęły się po­si­lać, pożerałem je­dze­nie wzro­kiem, ale one albo tego nie za­uważały, albo igno­ro­wały moje in­ten­syw­ne spoj­rze­nie. Po upływie kil­ku mi­nut ko­bie­ta, którą oce­niłem jako starszą, poczęsto­wała mnie jabłkiem. Jadłem wol­no, sta­rając się nie zdra­dzić z moim głodem i marząc o czymś so­lid­niej­szym. Tu­ryst­ki przyglądały mi się uważnie.

Na plaży pa­no­wał upał, więc wkrótce za­padłem w drzemkę. Ale kie­dy ko­bie­ty z ra­mio­na­mi i ple­ca­mi czer­wo­ny­mi od świeżej opa­le­ni­zny zaczęły wsta­wać, obu­dziłem się na­gle. Strużki potu wiły się po pia­sku, który przy­warł do ich ob­wisłych ud, a gdy z wysiłkiem schy­lały się, zbie­rając swo­je rze­czy, na bio­drach widać było zwały tłuszczu. Próbowałem im po­ma­gać. Ko­kie­te­ryj­nie skinąwszy głowa­mi, zaczęły się od­da­lać brze­giem mo­rza; ru­szyłem za nimi.

Do­szliśmy do domu, w którym miesz­kały. Przy wejściu do­stałem ko­lej­ne­go za­wro­tu głowy. Po­tknąłem się o próg i upadłem. Chi­chocząc i pa­plając, ko­bie­ty ro­ze­brały mnie i wtasz­czyły na duże, ni­skie łoże. W dal­szym ciągu za­mro­czo­ny po­ka­załem na żołądek. Nie mu­siałem długo cze­kać: w pośpie­chu przy­niosły mięso, owo­ce i mle­ko. Za­nim jed­nak zdążyłem skończyć posiłek, zaciągnęły zasłony i zdjęły ko­stiu­my kąpie­lo­we, po czym nago rzu­ciły się na mnie. Zo­stałem przy­wa­lo­ny ich ciężkimi brzu­cha­mi i sze­ro­ki­mi tyłkami; przy­trzy­mały mi ręce, do­wol­nie ma­ni­pu­lując moim ciałem, ści­skając je, na­pie­rając na nie i waląc w nie.

O świ­cie zja­wiłem się na przy­sta­ni. Łódź pocz­to­wa wpraw­dzie przypłynęła, ale nie przy­wiozła mi ani pie­niędzy, ani li­stu. Stałem i pa­trzyłem, jak zni­ka w gorących pro­mie­niach słońca, które rozpędziły po­ran­ne mgły, odsłaniając jedną po dru­giej da­le­kie wy­spy.

Zo­stałem za­trud­nio­ny jako in­struk­tor nar­ciar­ski w górskim uzdro­wi­sku, do którego przy­jeżdżali na ku­rację lu­dzie cho­rzy na gruźlicę. Z mo­ich okien widać było sa­na­to­rium i bla­de twa­rze nowo przy­byłych pa­cjentów, których bez tru­du odróżniałem od opa­lo­nych „we­te­ranów” leżakujących na ta­ra­sach.

Pod ko­niec każdego dnia moi zmęcze­ni nar­cia­rze wra­ca­li do swo­ich schro­nisk, a ja szedłem na sa­mot­ny obiad. Większość cza­su spędzałem sam. Po ko­la­cji stłumio­ny dźwięk gon­gu do­chodzący z sa­na­to­rium oznaj­miał ciszę nocną, a kil­ka mi­nut później gasły jed­no po dru­gim światła, jak­by je za­bie­ra­no z ko­lej­nych okien.

Gdzieś w położonej wy­so­ko na zbo­czu cha­cie zawył pies; gdzie in­dziej trzasnęły drzwi. Za­uważyłem syl­wet­ki lu­dzi brnących w głębo­kim śnie­gu przez po­bli­skie pole: to in­struk­to­rzy nar­ciar­scy z oko­licz­nych schro­nisk skra­da­li się na noc­ne rand­ki. Z ota­czających sa­na­to­rium ciem­ności wyłoniło się kil­ka po­sta­ci, które po­spie­szyły w stronę cze­kających na dole mężczyzn: to pa­cjent­ki wy­my­kały się ukrad­kiem na spo­tka­nie ze swo­imi ko­chan­ka­mi. Syl­wet­ki sty­kały się po dwie i zle­wając się w jed­no, jak gdy­by na­pra­wiały ko­lej­ny frag­ment cie­nia. Pary od­da­lały się osob­no. W świe­tle księżyca wyglądały jak karłowa­te górskie so­sny, które schodzą ze zbo­czy, by błądzić po bez­wietrz­nych po­lach. Wkrótce wszyst­ko znikło.

W ciągu kil­ku następnych ty­go­dni zo­rien­to­wałem się, że zdrow­szym pa­cjen­tom wol­no było spędzać część dnia poza sa­na­to­rium. Spo­ty­ka­li się w knajp­ce u stóp zbo­czy i wie­lu z nich nawiązywało zna­jo­mości z tu­ry­sta­mi i pra­cow­ni­ka­mi sa­na­to­rium. Dość często z młod­nia­ka świer­ko­we­go ob­ser­wo­wałem, jak łączą się w pary, jak od cza­su do cza­su zmie­niają part­nerów, i za­cho­wy­wałem w pamięci zarówno tych, którzy cie­szy­li się dużym po­wo­dze­niem, jak i tych bez wzięcia. A po­tem, gdy gasły reszt­ki światła i na­wet w moim za­cisz­nym punk­cie ob­ser­wa­cyj­nym na­gle robiło się chłodno, wra­całem do sie­bie.

Jed­na z ko­biet zwróciła moją szczególną uwagę. Nie była ciężko cho­ra i mówiło się, że jej re­kon­wa­le­scen­cja prze­bie­ga fan­ta­stycz­nie; miała opuścić sa­na­to­rium pod ko­niec mie­siąca. O jej względy za­bie­gało dwóch mężczyzn — młody in­struk­tor nar­ciar­ski z po­bli­skie­go ho­te­lu i tu­ry­sta, który często mówił, że zo­sta­nie w uzdro­wi­sku aż do jej wy­jaz­du.

A ona obu równo ob­dzie­lała swo­imi względami. Co­dzien­nie po południu tu­ry­sta spie­szył ze swo­je­go ho­te­lu, pod­czas gdy in­struk­tor po skończo­nych zajęciach zjeżdżał ze sto­ku na nar­tach. Ko­bie­ta sie­działa w knajp­ce, ob­ser­wując pod­cho­dy swo­ich ad­o­ra­torów.

In­struk­tor sta­rał się wy­grać spraw­nością fi­zyczną. Zjeżdżał z góry z naj­wyższą możliwą prędkością i kie­dy wy­da­wało się, że jest już za późno, przed samą ba­rierką ta­ra­su do­ko­ny­wał gwałtow­ne­go zwro­tu, ha­mując i wznie­cając białą fon­tannę śnie­gu tuż przy sto­li­ku dziew­czy­ny. Jego ry­wal, nar­ciarz za­le­d­wie śred­ni, snuł się u podnóża sto­ku, na wszel­kie możliwe spo­so­by sta­rając się po­krzyżować in­struk­to­ro­wi pla­ny: wcho­dził mu w drogę, wy­mu­szając ha­mo­wa­nie albo zmianę kie­run­ku jaz­dy, co na­tu­ral­nie psuło efekt.

Pew­ne­go popołudnia po­ja­wiłem się w knajp­ce, za­nim jesz­cze in­struk­tor zakończył swo­je zajęcia. Tu­ry­sta był już na sta­no­wi­sku; naj­wy­raźniej znu­dziły mu się nie­zdar­ne ma­new­ry na sto­ku. In­struk­tor za­brał swoją grupę na oślą łączkę położoną nie­co powyżej knajp­ki i w bok od niej. Kie­dy słońce zaczęło za­cho­dzić, zwol­nił kur­santów, ale za­miast wy­star­to­wać ze szczy­tu, jak miał to w zwy­cza­ju, kie­dy z fa­so­nem zajeżdżał do sa­me­go lo­ka­lu, zaczął pod­cho­dzić w górę wzdłuż ośnieżone­go grzbie­tu, za­wsze oznaczone­go chorągiew­ka­mi ostrze­gającymi przed nie­bez­pie­czeństwem. Nikt oprócz ka­dry na­ro­do­wej nie miał tam wstępu. Goście po­wsta­wa­li od sto­lików i tłocząc się przy ba­rier­ce, ob­ser­wo­wa­li po­wolną wspi­naczkę mężczy­zny. Ko­bie­ta ze­rwała się i wy­biegła na zewnątrz, by go ocze­ki­wać u stóp zbo­cza. Tu­ry­sta ru­szył za nią.

In­struk­tor roz­począł zjazd, szu­sując wdzięczny­mi za­ko­sa­mi i zręcznie omi­jając na­gie skały, które wy­stając spod śnie­gu, po­twier­dzały złą re­pu­tację szla­ku. Sys­te­ma­tycz­nie na­bie­rając szyb­kości, zjeżdżał z mi­strzowską pre­cyzją i gib­kością. Za­sta­na­wiałem się, czy za­trzy­ma się przy słupku ozna­czającym ko­niec szla­ku, czy wy­ko­na spek­ta­ku­lar­ny zwrot u stóp dziew­czy­ny. Wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech. Długie, nie­mal po­zio­me pro­mie­nie słońca oświe­tlały syl­wet­ki dziew­czy­ny i tu­ry­sty stojących u podnóża zbo­cza.

In­struk­to­ro­wi po­zo­stało ostat­nie sto metrów, które po­ko­ny­wał szyb­ko i w pro­stej li­nii. Ko­bie­ta strząsnęła dłoń tu­ry­sty, która spo­czy­wała na jej ręce, i wy­rwała się do przo­du, wyciągając ra­mio­na i wołając in­struk­to­ra po imie­niu. Tu­ry­sta rzu­cił się za nią, łapiąc ją za ramię. Jesz­cze se­kun­da i nar­ciarz zakończyłby zjazd. Ze­brał się w so­bie, jak­by szy­kując się do sko­ku, ale za­miast wybić się w górę i do przo­du, wy­ko­nał nie­na­tu­ral­nie gwałtow­ny zwrot w lewo. Nie mogąc już ani zmie­nić kie­run­ku, ani zmniej­szyć szyb­kości, z nar­ta­mi w górze, całą siłą długie­go rozpędu ude­rzył na­gle ra­mie­niem w nie­osłoniętą pierś tu­ry­sty. Oba ciała przez jakiś czas zsu­wały się po sto­ku, by wresz­cie za­trzy­mać się na skra­ju ta­ra­su. Na­tych­miast rzu­cił się do nich tłum gapiów. Z ust nie­przy­tom­ne­go tu­ry­sty, którego wnie­sio­no do re­stau­ra­cji, sączyła się krew. In­struk­tor sie­dział przez chwilę na stop­niach ta­ra­su z głową ukrytą w dłoniach, pod­czas gdy ko­bie­ta roz­pi­nała mu kurtkę. Po chwi­li pod­je­chała ka­ret­ka po­go­to­wia i nie­przy­tom­ne­go tu­rystę ułożono na no­szach. Kie­dy sa­ni­ta­riu­sze go za­bie­ra­li, spoj­rzałem na stop­nie ta­ra­su. Ale in­struk­to­ra i jego to­wa­rzysz­ki już tam nie było.

Po­now­nie zo­ba­czyłem in­struk­to­ra do­pie­ro po dłuższym cza­sie. Pew­ne­go wie­czo­ru za­uważyłem go w to­wa­rzy­stwie ja­kiejś ko­bie­ty.

Schro­ni­li się we wnęce ka­mien­ne­go muru ho­te­lu. Dokoła sza­lała za­mieć śnieżna; na po­lach biały puch kotłował się jak wzbu­rzo­ne wody za­to­ki. Wznie­ca­ne wia­trem tu­ma­ny śnie­gu z ry­kiem przy­bie­rały różne kształty, by po chwi­li opaść niby chmu­ra gęsie­go pie­rza, zni­kając osta­tecz­nie w prze­past­nych głębi­nach skal­nych szcze­lin. Mężczy­zna, opar­ty o ścianę i od cza­su do cza­su mu­ska­ny roz­chy­bo­ta­nym światłem wiszącej nad ścieżką la­tar­ni, stał niżej; przy­ciągał do sie­bie ko­bietę, która na­chy­lo­na ku nie­mu tuliła się do jego pier­si, uległa i czuła, obej­mując go za ra­mio­na. Po­ry­wi­sty wiatr szar­pał ją za płaszcz, roz­wie­rając jego poły. Przez chwilę wyglądali, jak­by im na­gle wy­rosły skrzydła, na których mie­li wy­frunąć z wnęki, opuścić białe pola i zniknąć mi z oczu. Podjąłem de­cyzję.

Na­za­jutrz po południu zna­lazłem pre­tekst, by iść do sa­na­to­rium. Po ko­ry­ta­rzach snu­li się pa­cjen­ci w swe­trach w ko­lo­ro­we wzo­ry i w ob­cisłych spodniach. Inni spa­li otu­le­ni ko­ca­mi. Na opusz­czo­nych leżakach usta­wio­nych na słonecz­nym ta­ra­sie igrały zwiew­ne cie­nie; w ostrych po­ry­wach wia­tru ata­kującego z górskich szczytów łopo­tały ich płótna.

Do­strzegłem od­po­czy­wającą na jed­nym z leżaków ko­bietę. Jej szal, nie­dba­le za­rzu­co­ny na ra­mio­na, odsłaniał długą opa­loną szyję. Po­nie­waż przyglądałem się nie­zna­jo­mej, zwle­kając z odejściem, po­pa­trzyła na mnie w za­du­mie, a na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Kie­dy się jej przed­sta­wiałem, padł na nią mój cień.

Re­gu­la­min wi­zyt był bar­dzo re­stryk­cyj­ny; mogłem spędzać w jej po­ko­ju nie więcej niż dwie go­dzi­ny dzien­nie. Nie do­pusz­czała też do żad­nych zbliżeń. Mu­siała być bar­dzo cho­ra, bo ciągle kasłała. Często przy tym pluła krwią. Do­sta­wała dresz­czy i wy­pieków; widać było, że gorączku­je. Pociły jej się ręce i sto­py.

Pod­czas jed­nej z mo­ich wi­zyt za­pro­po­no­wała, żebyśmy się ko­cha­li. Za­mknąłem drzwi na klucz. Kie­dy się ro­ze­brałem, zażądała, żebym spoj­rzał w duże lu­stro znaj­dujące się w rogu po­ko­ju. Zo­ba­czyłem ją w tym lu­strze i na­sze oczy się spo­tkały. Ko­bie­ta wstała z łóżka, zdjęła płaszcz kąpie­lo­wy i po­deszła do lu­stra. Stała bar­dzo bli­sko, jedną ręką do­ty­kając mo­je­go od­bi­cia, a drugą przy­ci­skając do swo­je­go ciała. Wi­działem jej pier­si i boki. Cze­kała na mnie, pod­czas gdy ja co­raz bar­dziej kon­cen­tro­wałem się na myśli, że to ja stoję przed lu­strem i że to mo­je­go ciała do­ty­kają jej ręce i usta.