Krew z krwi - Rafał Dębski - ebook
Opis

Skąd się wzięli Wilkozacy, wojownicy mogący przeistoczyć się w bezwzględnego drapieżnika? Ciężko chory Serhij Kostenko, były chorąży kozacki, wyrusza w poszukiwaniu ratunku dla siebie i przemienionej w Wilka żony. Być może droga do pustelnika zawiedzie go do źródła tajemnicy Wilkozaków i rozwiązania zagadki dziwnej słabości, która powoli go zabija.

Pochylająca się nad Kozakiem kostucha łakomie spogląda również na butnego syna samego Hetmana Chmielnickiego. Śmierć niejedno ma imię, a nienawiść, którą karmi się okrucieństwo Timofieja Chmielnickiego, może go zniszczyć równie skutecznie jak wojska koronne oblegające Suczawę.

Chętnych, aby dokonywać podstępnych morderstw jest więcej. Nie ustrzeże się przed nim nawet sam Hrehory, przywódca wilczej siczy. Żarna wojny i gorzki smak zadawnionej krzywdy mogą doprowadzić do zguby nawet najsilniejszych. Przetrwają nieliczni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1

Strzał padł z gęstwiny krzewów w chwili, kiedy Paweł Melech zeskoczył z konia, aby przyjrzeć się dziwnym śladom na drodze. Kula świsnęła nad siodłem i gdyby Kozak wciąż w nim siedział, zapewne dostałby w pierś. Natychmiast przetoczył się przez ramię, wydobywając zza pasa pistolet, i zaległ na poboczu traktu, ukryty za bruzdą. Odciągnął kurek – miał nadzieję, że sfatygowana już nieco sprężyna zamka kołowego nie zawiedzie. Szkoda, że drugi samopał został w olstrach przy siodle. Teraz było już jasne, czemu ślady wyglądały dziwnie. Ten, kto urządził zasadzkę, miał zbyt mało czasu, żeby zatrzeć je porządnie, stąd linie pozostawione przez gałęzie, którymi się posłużył. Te gałęzie leżały zresztą opodal, doskonale widoczne, i teraz Pawłowi przemknęła przez głowę myśl, że to wcale nie była nieudolność nieznanego wroga, ale celowe działanie, mające go skłonić do zatrzymania się. Chybiona kula też nie została wystrzelona zbyt późno zupełnym przypadkiem. Nie miała go zabić ani zranić.

Odetchnął głęboko, próbując uspokoić bicie serca. Z pewnością napastnik nie działał sam. Melech wydobył powoli szablę. Tanio życia nie sprzeda, to pewne. Zresztą życia nie szkoda, Kozak ma je wprawdzie tylko jedno i nie wiadomo, co czeka po drugiej stronie, ale śmierć mołojcowi niestraszna. Szkoda tylko, że nie zdoła pomścić śmierci brata. Wszak dlatego właśnie Szkaplerz zwolnił go na słowo. Umówili się, jak w przypadku układów z Tatarami – albo Paweł dokona pomsty i wróci do rozbójników, albo przywiezie za siebie okup. Niewysoki, trzeba powiedzieć. Przywódca zbójów zażądał go bardziej dla zasady niż z chęci zysku.

Kolejna kula utkwiła w kępie trawy tuż przed nosem Kozaka, obsypując mu twarz ziemią i pyłem z wyschniętych źdźbeł. Paweł rozejrzał się, lekki wiaterek powiał od strony burzanów. Doświadczony żołnierz pociągnął nosem. Konie. Gdzieś tam były ukryte wierzchowce, więcej niż jeden, bo powietrze przesycał zapach bardziej intensywny, niż gdyby wydzielało go jedno zwierzę. Melech spojrzał tęsknie w stronę swojego konia. Przy siodle przytroczony był znakomity muszkiet z zamkiem nowego rodzaju, nie lontowym ani kołowym, ale skałkowym. Szkoda...

Zaczął się odczołgiwać w stronę krzaków znajdujących się za jego plecami. Ale wtedy gruchnął następny strzał, wyjątkowo głośny, a kula zaryła się tuż pod bokiem Kozaka.

– Nie próbuj uciekać! – zawołał chrapliwy, niski głos. – Nie masz dokąd! Widzę cię lepiej niż ty własne palce.

Zawsze jest dokąd uciec, przeleciało przez głowę Pawłowi, choćby i na tamten świat.

– Kto jesteście?

– A skąd ci przyszło do łba, że jest nas więcej?

– A przyszło! Bo sam byś się nie odważył ze mną zadrzeć! – odpowiedział hardo Melech. – Musiałbyś mi strzelić w plecy, żebym cię nie rozerwał gołymi rękami!

– Czelnyś! – zaśmiał się mężczyzna. – Ale też praw. Nie sam cię w sak złapałem. Z każdej strony pilnuje cię celna lufa. Odrzuć zatem żelazo i samopał. A potem wstań.

Melech zaśmiał się, choć gardło mu ściskał gniew i strach.

– Wstanę, żebyś mi łatwiej kulę wsadził?

– To mogę w każdej chwili! – zniecierpliwił się napastnik. – Rób, co każę.

Paweł posłusznie cisnął szablę w bok, w ślad za nią posłał pistolet, a potem nieśpiesznie zaczął się podnosić. Spojrzał w dół. W hajdawerach tuż przy udzie ziała dziura. Widać ten głośny huk to były dwa strzały w jednej chwili. W burzanach zaszeleściło, na drogę wyszedł potężny mężczyzna w błękitnej kurcie, na której miał dragoński kolet. Z krzywym uśmiechem przyglądał się jeńcowi.

– Rozsądny jesteś – powiedział.

Paweł nie odpowiedział. Mierzył wzrokiem żołnierza, zastanawiając się, czego może od niego chcieć. Przecież z daleka było widać, że samotny podróżny nie ma przy sobie majątku wartego zrabowania, może poza doskonałym muszkietem i znakomitą szablą. Ale broni ten tu człowiek nie potrzebował. W dłoni trzymał wcale nie gorszą lufę, a przy pasie dyndała mu piękna czerkieska o głowicy ozdobionej sporym malachitowym guzem i szamerowanym srebrem jelcu.

– Dokąd to się wybrałeś, panie Melech? – spytał mężczyzna.

Paweł drgnął. Skąd ten żołnierz znał jego miano? Co to miało znaczyć? To nieprzypadkowa zasadzka, nie wpadł w ręce maruderów czy rozbójników w rodzaju bandy Szkaplerza.

– W podróż – odpowiedział zuchwałym tonem. – Wolny Kozak jestem, nie muszę się opowiadać byle łazęgom.

– Uważaj, co gadasz – syknął mężczyzna w kolecie. – Ja to puszczam mimo uszu, ale moi towarzysze mogą nie być tak wyrozumiali. Poczęstuje cię któryś kulką w głowę czy między łopatki i zakończymy znajomość.

Paweł zmrużył oczy.

– Na pewno nie uczynią nic bez twojego rozkazu – powiedział cicho. – To twoje psy, a tyś ich panem. I macie mnie wziąć żywcem. Takie dostałeś rozkazy.

– Powiedzieli mi, żeś bystry. – Napastnik skinął głową. – Ale nie licz na to, że będziemy cię utrzymywać przy życiu za wszelką cenę. Zaczniesz wierzgać, zginiesz. Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem. – Paweł odwrócił głowę w stronę swojego wierzchowca. Koń ze spuszczonym łbem próbował skubać wyschłe źdźbła. – Jak mniemam, udamy się teraz w daleką podróż?

– Dla kogo daleko, dla kogo bliską. Nie patrz tak na łoszaka, na swoim nie pojedziesz, nie wiemy, jakich sztuczek jest wyuczony, a ja nie mam chęci kończyć życia na gościńcu ze śladem podkowy na potylicy.

– A mogę przynajmniej manierkę z ziołową okowitą zabrać? Czuję, że zaczyna mnie trząść cokolwiek, powinienem się podkurować.

Przywódca napastników zaśmiał się krótko.

– Możesz się leczyć. Stój! – powstrzymał Kozaka, który już ruszył w stronę zwierzęcia. – Borys ci ją potem przyniesie.

Melech zatrzymał się w pół kroku, ramiona nieco mu opadły.

– Nie udał się podstęp, panie Melech? – spytał zjadliwie dragon.

Paweł odwrócił się, rozkładając bezradnie ręce...

I nagle przedłużył ruch, zakręcił się jak fryga. Szerokie hajdawery zafurczały, koszula aż wzdęła się na piersi. Zanim zaskoczony potężny mężczyzna zdążył cokolwiek uczynić, Kozak znalazł się za nim, błysnęło krótkie ostrze noża zamocowanego na rzemiennej pętli i ukrytego dotąd w fałdach spodni. Jakże Paweł był w tej chwili wdzięczny Kruchej za wszycie rzemienia i pokazanie, w jaki sposób uwalniać klingę, korzystając właśnie z takiego ruchu wirującego. Ostrze oparło się na gardle przeciwnika, Melech podciął mu kolana i pociągnął na siebie, padając tak, aby ukryć się jak najbardziej pod jego ciałem. Ciężki był, jucha, aż dech z piersi wypierało.

– Jeśli który strzeli – zawołał Paweł zduszonym głosem – poderżnę waszemu atamanowi gardło!

– Nie bądź głupi – wycedził dowódca napastników. Głos miał wprawdzie zupełnie spokojny, ale Melech wyczuwał mocne bicie serca.

„Każdy się boi” – przypomniał sobie słowa brata, wygłoszone kiedyś, gdy rozpytywali szczególnie upartego Tatara. „Każdemu strach odejmuje siły, jeno niektórzy potrafią nad nim zapanować lepiej niż inni i to ich można nazwać prawdziwymi mołojcami”.

Ten tutaj znakomicie panował nad strachem.

– Opłaci ci się ginąć teraz i zaraz? Zanim dowiesz się, czego od ciebie chcą?

– Lepsza śmierć niż tortury – odparował Kozak.

– Gdyby nawet tortury, nie zawsze oznaczają kres życia.

– Powiedz, kto was na mnie nasłał, wtedy cię może nie zarżnę.

– Może? – zaśmiał się z przymusem pojmany.

– Jeśli uznam, że łżesz, pojadę nożem po gardle i niech mnie twoi rozstrzelają. Co mi tam.

Dragon wahał się przez chwilę.

– Niech będzie – rzekł. – Powiem. Sam Chmiel nas przysłał, byśmy cię do niego zawiedli.

Paweł Melech wstrzymał na chwilę oddech.

– A co masz na potwierdzenie swoich słów?

– Glejty wystawione w Białocerkwi, podpisane jego ręką. Zdaje ci się, że w kraju ogarniętym pożogą mały oddział dałby radę dotrzeć aż tutaj bez mocnych dokumentów?

Paweł zastanawiał się przez jakiś czas. Mężczyzna ciążył mu coraz bardziej – jeszcze trochę, a zacznie się ćmić w oczach.

– Gdzie te glejty?

– W sakwie przy siodle. Hej, Borys! – zawołał dragon. – Weź pismo hetmana i daj do oczu temu niedowiarkowi! Tylko bez sztuczek, bo mi rozchlasta grdykę jak kogutowi!

Po chwili do leżących podszedł krępy Kozak w butach za kolana, zdjętych z jakiegoś niemieckiego najemnika. Powoli, nie wykonując gwałtownych ruchów, pochylił się i pokazał Pawłowi glejt zapełniony równym, pięknym pismem i opatrzony pieczęcią hetmańską.

– Umiesz czytać? – zapytał dowódca napastników.

– Umiem, umiem – mruknął Melech. – To nieważne zresztą. Poznaję pieczęć i podpis.

Puścił dragona, zrzucił go z siebie i odetchnął głęboko.

Nie stawiał oporu, kiedy wiązali mu ręce i nauczeni doświadczeniem obmacywali w poszukiwaniu ukrytej broni.

Parasza wylała wodę z cebrzyka na wysuszoną ziemię przed gankiem. Zaczynało się już robić chłodno, ale niebo skąpiło ziemi deszczu. Odwróciła się, żeby wejść z powrotem do chaty, kiedy jej wzrok padł na maleńką roślinkę, wyrastającą dokładnie pośrodku kałuży. Stara kobieta z westchnieniem schyliła się i wyrwała ją.

Wilcza jagoda. Popuścić jej, to zaraz cały ogródek zajmie. Uparta roślina. W ostatnim czasie pojawiała się zawsze w tym samym miejscu... W miejscu, gdzie padł tamten przeklętnik, który próbował zabić Marikę i zagryźć dziecko. Powiadano, że krew Wilków jest potężna i posiada czarodziejskie właściwości. Ten tutaj pokrzyk był chyba najlepszym tego przykładem, Parasza nigdy dotąd nie spotkała bowiem w bliższej i dalszej okolicy takiej rośliny. Znachorki używały jej w różnych celach, czy to leczniczych, czy wręcz przeciwnie. Zawsze to niebezpieczna rzecz taka wilcza jagoda. No i lepiej by było, gdyby Marika jej nie widziała. Po co ma dziewczynie przypominać złe czasy. Ledwie się trochę uładziła z Serhijem, ledwie przywiązała się sercem do nowego życia, zdążyła się nieco nacieszyć odzyskaną córeczką... Zasłużyła na odrobinę spokoju.

Powiadają mądrzy ludzie, że Wilcy zawsze upomną się o swoje, nie darowują krzywd, nie odstępują od zemsty. A te ich prawa są niby z najdawniejszych czasów wzięte, kiedy ludzie nie znali chrześcijańskiej miłości, kiedy za krew zawsze płacono krwią, bez litości i miłosierdzia. Ta zaś roślina zrodzona z posoki zaszlachtowanego Wilka zdawała się krzyczeć, iż to wszystko prawda.

Gdzieś tam w świecie szalała wojna. Z pobliskich siół bodaj wszyscy mężczyźni zdolni nosić broń skozaczyli się i uszli do Chmielnickiego. Pozostało trochę starców, by pomóc babom, trochę wyrostków. Nawet paru takich, co wcześniej gardłowali, poszło w końcu, żeby się nie narażać na pogardę i miano zdrajców.

Serhij słuchał takich wieści ze zmarszczoną brwią. To on powinien poprowadzić chłopów do wojsk powstańczych. Junacka duma przyprawiała go o cierpienie, tym większe, gdy spojrzał na kaleką rękę. Przestał już mieć nadzieję, że dojdzie w prawicy do dawnej sprawności. Do jakiejkolwiek sprawności... Poruszał nią, próbował uparcie stawiać szablą zasłony, wykonywać najprostsze cięcia. Bolało potwornie przy każdym gwałtowniejszym ruchu, pod łopatką zdawał się wówczas płonąć ogień. Parasza kiwała głową i powtarzała:

– Będzie dobrze, sokole. Coś poprzednio zaleczył w walce z Wilkami, poszło na marne, gdyś się wysilał i gdyś upadł.

Gdy pewnego dnia, będąc w wyjątkowo podłym nastroju, coś na to odburknął opryskliwie, uśmiechnęła się tylko.

– Wyleczy się wszystko, powiadam ci. Ponoć jeno cześć niewieścia nie może się na powrót zagoić i zrosnąć, ale i to – powiem ci w tajemnicy – że każda lepsza znająca ma swoje sztuczki, by tego dokonać... Chociaż na ten krótki czas, gdy panna młoda musi wszem i wobec okazać, iż dziewicą ją oblubieniec poślubił.

Serhij parsknął wtedy:

– Takimi sztukami nie jeno znachorki mogą się poszczycić. Wystarczy sprytnej dziewczynie trochę krwi kurzej w pęcherzu w dłoni ścisnąć, by na gieźle się rozlała niby dziewicza, a dobrze podpity żonkoś wszak nic nie dostrzeże. Dlatego im więcej na weselisku teść panu młodemu dolewa miodów i gorzałki, tym bardziej podejrzana sprawa.

– Ja o niebie, ty o chlebie, sokole. Nie mówię o alkowianych podstępach, ale prawdziwym scaleniu zerwanego dziewictwa. Nie na długo skutkują dekokty i zabiegi, ale wystarczy tego, by wstydu uniknąć.

– Tak jakby owo dziewictwo było najważniejsze – mruknął z niechęcią.

– Dla jednych nie jest, a dla innych owszem, i to nader często, bardzo, bardzo ważne. A przynajmniej tak utrzymują. Bo wiesz, synku, że dla ludzi najważniejsze nie jest to, o co naprawdę idzie, lecz pozór zaledwie wystarczy. Znasz pewnie takich, co w karczmie szastają groszem na prawo i lewo, choć w komorze dzieciska głodem przymierają, a żona oczy wypłakuje. Znasz takich, dla których liczy się jeno gładka buzia i krągły zad, a nie serce...

Machnął wtedy ręką, ale więcej się nie boczył, gdy go pocieszała. Ona, zgorzkniała starucha, która nie zaznała w życiu wiele miłości. Ona musiała to czynić... Bo Marika nie potrafiła. Jeszcze jej całkiem nie minęło zdziczenie wyniesione od Wilków. A może nigdy nie miało minąć?...

Rozmyślania przerwało starej znachorce pojawienie się dziewczyny. Dziewczyny? – zapytała natychmiast samą siebie. Tak, z pewnością była jeszcze w wieku, kiedy młode panienki bywają zwykłymi głupimi kozami, lecz oczy miała inne: należały do kobiety. Doświadczonej kobiety. Nie starej, steranej życiem, bez nadziei na przyszłość, ale z pewnością nie były to już oczy dziewczęce.

– Witaj, mateczko – powiedziała Marika lekko schrypniętym po spaniu głosem.

W staruszce coś drgnęło, jak za każdym razem, kiedy młoda kobieta tak się do niej zwracała.

– Witaj, córko – uśmiechnęła się.

Marika wykrzywiła wargi, ale próba odwzajemnienia uśmiechu spełzła na niczym. Zapewne dziewczynę znów dręczyły nocne koszmary, wracały wspomnienia z niedalekiej przeszłości. Podobno człowiek potrafi sobie poradzić ze wszystkim, a czas goi rany, ale kiedy Parasza patrzyła na wpadnięte policzki i ziemistą cerę pięknej niewiasty, zaczynała w to wątpić. Wprawdzie owa chudość nadawała Marice uroku, czyniła ją bardziej tajemniczą, lecz Serhijowi i małej niepotrzebna była tajemnica. Dziecko chciało mieć matkę, a Serhij żonę.

– Piękny dzień będzie – powiedziała znachorka, przerywając milczenie. – Słoneczny.

– Do południa – odparła Marika, łowiąc w lekko rozdęte nozdrza powietrze. – Potem może spaść deszcz. I wicher znad stepów nadciągnie. Jesienią już zawiewa...

Stara kiwnęła tylko głową. Wilczyca wyczuwała pogodę bezbłędnie.

– Zjadłabyś coś?

Marika nie odpowiedziała, wpatrzona w bezchmurne niebo myślała o jakichś swoich sprawach. Parasza nie naciskała. Nie chce dziewczyna rozmawiać, to nie.

Drzwi cicho skrzypnęły i stanął nich Serhij. Pocierał prawe ramię, wciąż jeszcze mocno niewładne, nie do końca wyleczone. Wprawdzie straszliwa rana podgoiła się już, skóra na łopatce pokryła się ciemnoróżowymi bliznami, rozerwane mięśnie pozrastały się jakoś, ale ostatnio działo się coś niedobrego. Trudno byłoby to wytłumaczyć samym tylko nadwerężeniem wcześniejszego urazu podczas starcia z Wilkozakami. Znachorka patrzyła na młodzieńca z troską.

– Zmieni się pogoda – mruknął Kozak. – Łamie mnie w całej łapie, jakby niedźwiedź ją w pysku trzymał i próbował rozszarpać.

– Ano, Marika to samo orzekła – powiedziała Parasza, żeby przerwać milczenie, jakie zapadło po jego słowach.

Chorąży podszedł do żony, objął ją zdrową ręką. Marika drgnęła, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność. Może tak zresztą było. W pierwszej chwili uczyniła ruch, jakby chciała się odsunąć, ale zaraz przywarła ramieniem do męża, a na jej twarzy odmalowała się ulga. Nie uszło to uwadze Serhija.

– Wciąż cię dręczą koszmary? – spytał.

– Tak, najdroższy – szepnęła. – Są takie noce, że kiedy przymknę oczy, przychodzą zjawy, okrutne mary tych, którzy żyją, i tych, co już umarli. I tych, których sama zabiłam – dodała ciszej.

Serhij spojrzał na Paraszę, a ta przymknęła powieki na znak potwierdzenia. Zbliżał się czas pełni, kiedy w młodą kobietę wstępował niepokój. Znów będzie wychodzić po ciemku przed dom, patrzeć w ciemność wielkimi oczami i nasłuchiwać odgłosów nocy.

Potrząsnęła głową, odetchnęła głęboko, a potem spojrzała w stronę chaty.

– Malutka nie wypadnie z kołyski? – zaniepokoiła się. – Ostatnimi czasy stała się bardzo ruchliwa.

– Obudziła się już – odparł Serhij. – Przeniosłem ją na skórę przy palenisku, ssie teraz palca... u nogi – uzupełnił po chwili i parsknął śmiechem.

Marika wygięła wargi w kolejnej próbie uśmiechu, ale i ta spełzła na niczym. Jeszcze nie potrafiła się szczerze śmiać. Parasza popatrzyła na nią z nową troską. Ale dobrze, że przynajmniej próbowała, zawsze to coś...

Serhij zdawał się nie zauważać nieudolnych poczynań żony, przytulił ją mocniej, jakby obawiał się, że zaraz wyfrunie z jego objęć niczym wolny ptak i uleci w przestworza, podąży w tę stronę, w którą ją tak ciągnęło każdej nocy w okolicach pełni...

– Rozpalę ogień – rzekła Parasza. – Podgrzeję wczorajszą uchę, trzeba się posilić przed pracą. Potem pójdę na pola pozbierać trochę jesiennych ziół, zanim je zwarzy jakiś przymrozek. I zobaczę, co z Halszką.

Ale nie musiała się martwić o małą. W chwili, kiedy skończyła mówić, dziewczynka wypełzła na czworakach na próg. Z trudem pokonała niewysoką przeszkodę, zgrabnie przetoczyła się na pupkę i usiadła, chwiejąc się nieco na boki, wciąż jeszcze trochę zaspana, ale już gotowa do baraszkowania.

– Ghhhh – oznajmiła z powagą.

– Witaj, wnuczko – roześmiała się Parasza. – Jeśli twoi rodziciele nie chcą jeść śniadania, podzielę się nim z tobą.

Halszka uśmiechnęła się do starej kobiety, ukazując cztery drobne ząbki.

Kirył stał przed skruszonym kamiennym słupem, wodząc dłonią po chropowatej powierzchni, jakby opuszkami palców chciał odczytać zatarte, pokryte sadzą inskrypcje. Siczowe święte słupy Wilkozaków, jedyna świętość, jaką uznawali, zostały rozbite i zbezczeszczone. Nie czuł jednak złości ani nawet żalu, patrząc na ruiny. Wprawdzie rodowi Gotczych, z którego pochodził, powierzano zwyczajowo szczególną opiekę nad kolumnami wilczego prawa, ale większą szkodą było zniszczenie całej siczy niż tych paru kamieni. Czuł za to coś innego, na myśl przychodziły mu obrazy z dawnych lat, widział matkę pochylającą się nad nim, podnoszącą go z ziemi, widział krwawiącą ranę na rozbitym kolanie. Obudził się w nim ból pierwszego przemienienia, znów zobaczył nad sobą świetlisty księżyc, tak jasny, jakim nigdy przedtem nie był. Nawał dźwięków był prawie nie do wytrzymania, jednak nie sprawiał przykrości, Kirył szybko do niego przywyknął. A potem smak krwi w ustach – tej krwi, która stanowiła dar watahy dla nowego Wilka, i krwi pierwszej ofiary rozerwanej własnymi zębami, odór wyszarpanych pazurami wnętrzności... Dlaczego to wszystko do niego wracało? Czy chodzący nieśpiesznie po ruinach Michej odczuwał coś podobnego? Jak nazwać to, co czuł? Nie miał pojęcia. Ale było to zarazem niemiłe, jak i na swój sposób przyjemne: zupełnie jakby wspomnienia mogły zarazem ranić i nieść ukojenie.

– Co tak głaszczesz te słupy? – Michej podszedł do Kiryła.

– Po co tu wróciliśmy? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Czego szukasz?

Michej milczał przez chwilę, a potem podniósł odłamek kolumny.

– Patrz – powiedział. – Tak zwykli postępować ludzie. Zniszczyli wszystkie dziewięć świętych słupów. Zadali sobie wiele trudu, by rozbić te kamienie. Po co? Zwyciężyli w bitwie, powinno im to wystarczyć.

Kirył zmrużył oczy, potem odwrócił się do przyjaciela. Wciąż kotłowało się w nim wszystko, co poczuł, patrząc na kolumny prawa Wilków. Czy mogło chodzić właśnie o to?

– Może po prostu chcą zatrzeć po nas wszelkie wspomnienie? Może chcieli je rozbić zupełnie, obrócić w pył, ale musieli odejść, nim dokończyli pracę, gdyśmy zarżnęli im tamtych mnichów?

– Lecz jaka nam z tego krzywda? Tam jesteśmy siłą, gdzie mamy sicz. Cóż znaczy sterta spalonego drewna i kupa kamieni?

– W takim razie po co tu chciałeś wrócić? Ciągnęło cię coś?

Michej wzruszył ramionami, wskazał rozbite słupy:

– Muszę wyzwać na pojedynek Hrehorego, zanim doprowadzi to, co pozostało z watahy, na skraj przepaści. Weźmiemy trochę okruchów kolumn i cisnę mu je pod nogi.

– A po co, skoro tam nasza siła, gdzie sicz? – uśmiechnął się lekko Kirył. – Słupy można postawić nowe, na jakiś czas przysposobić choćby drewniane.

– Te odłamki będą świadczyć o tym, do czego doprowadził swoją polityką. Dopóki słupy stały na placu za częstokołem i pod okiem Wilków, były nietykalne, nikt by się nie ważył ich tknąć, obce oko bez pozwolenia nie mogło na nich spocząć. Teraz byle włóczęga może tu przyjść i wziąć sobie z nich, co chce, zobaczyć to, co zapisali nasi przodkowie.

– I uważasz, że to wystarczy, by Hrehory stanął do walki? Że rada mu na to zezwoli teraz, gdy sicz znalazła się w śmiertelnym zagrożeniu? Podążaliśmy za nimi prawie dwa tygodnie, widziałeś, jak się go słuchają. I nie odważyłeś się iść do obozu, wyzwać go na walkę. Wiesz doskonale, iż jeszcze długo będzie miał poparcie nawet tych, którzy są mu nieprzychylni.

Michej skinął głową.

– Wiem. Dlatego tu wróciliśmy i dlatego to tylko część mojego planu. Ta łatwiejsza i mniej ważna.

– A co chcesz jeszcze uczynić?

– Znajdziemy wreszcie Serhija Kostenkę i jego szczenię. Przyniesiemy ich głowy, by pokazać wszem i wobec, iż Hrehory, strasząc sicz pomstą walecznego Kozaka, ugrywał tylko swoje, a zgładzić wroga mogło dwóch z nas zaledwie.

Kirył znów odwrócił się ku słupom.

– Tak, to może wystarczyć... Jeno jak znajdziemy Kostenkę? Zaszył się gdzieś, a kraj wielki. Już kiedyś wszak nam się nie powiodło.

– Złapiemy ślad prędzej czy później. Trzeba mieć tylko uszy i oczy otwarte, wejść znowu między ludzi. Oni zwykli gadać więcej, niż potrzeba.

– Nie tylko oni – mruknął Kirył.

Michej wiedział, do czego przyjaciel pije, otworzył usta, by ostro odpowiedzieć, ale spojrzał na twarz towarzysza. Była ściągnięta w dziwnym grymasie. Gryszczy nie potrafił go nazwać, ale wydał mu się bardzo... tak właśnie – ludzki. Nieraz powiadano w siczy, że Kirył przypomina człowieka, zarówno w okrucieństwie, jak i niewytłumaczalnej trosce o swoje samice i szczenięta. Jakby Wilczyce nie potrafiły same o siebie zadbać. Może teraz właśnie odezwało się w nim coś takiego ludzkiego?

– Weź parę kamieni i chodź. – Pochylił się, schował do sakwy kilka odłamków kolumny.

Kirył drgnął, ujął posłusznie w dłoń kawałek słupa o ostrych krawędziach.

– Dokąd się udamy? – spytał.

– Do Białocerkwi – odparł zdecydowanie Michej. – Jakoś jestem dziwnie pewny, że nie tylko my poszukujemy chorążego kozackiego.

– A kto jeszcze? – zdziwił się Kirył.

– Chmielnicki. Dla nas Kostenko to morderca, a dla niego zdrajca. Pamiętasz, co mówił Paweł Melech jednego wieczora przy ogniu? Nie kocha Chmiel naszego Serhija. Ma większe troski niźli on, ale mściwy jest jak mało kto, z pewnością kazał go szukać. Tam może pochwycimy ślad.

– Jak chcesz, Micheju. Nie lubię jednakowoż przebywać między ludźmi. Zanadto są hałaśliwi i cuchną...

– My też nie pachniemy niby kwiatowa łąka.

– Ale aż tak nie śmierdzimy!

Michej machnął ręką.

– Nieważne. Nie chcesz ze mną iść do Białocerkwi, nie namawiam. Możesz złapać trop watahy. Na pewno ruszyli dalej gdzieś na wschód, na pustacie. Tam ludzi mało jeszcze, można znaleźć miejsce dla siczy.

– Z tobą pójdę – burknął Kirył. – Po co mam wracać? Po śmierć czy następne wygnanie?

– Nie, każda szabla u Hrehorego na wagę złota. Przyjmie cię, jeśli przysięgniesz wierność.

– No właśnie. Nie będę się korzył przed starym pierdunem, co już powinien sam się usunąć.

Michej nie odpowiedział, pokiwał tylko głową, a potem wciągnął powietrze nozdrzami.

– Pośpieszmy się – rzekł, kiedy skończył węszyć. – Mrozy nadchodzą, a do Białocerkwi szmat drogi. Dobrze, że zaczyna się Okołopełnia, ale nawet w wilczych ciałach nie dotrzemy do miasta prędzej niż za niedzielę.

Tymoszko Chmielnicki podniósł się z łoża. Spojrzał na równo oddychającą małżonkę. Rozanda była piękna i okazała się gorącą kochanką, gorętszą nawet od jego ulubionej Białki. Wprawdzie pamiętnej pierwszej nocy próbowała młodemu mężowi wrazić w biodro zatrutą igłę, ale ten na czas zauważył podstęp i zabrał narzędzie zemsty. A potem posiadł dziewczynę siłą. Wpierw się broniła zajadle, gryzła i kopała niby kryta pierwszy raz klaczka, ale gdy już w nią wszedł, uspokoiła się w jednej chwili i leżała tylko jak kłoda, łkając. Lecz gorąca mołdawska krew nie pozwoliła jej długo udawać obojętności. Ból dziewictwa ustąpił, w jego miejsce pojawiła się narastająca rozkosz, aż wreszcie wzięła całkowicie we władanie dumną córę hospodara. Znów zaczęła gryźć i wierzgać, ale teraz z krańcowo innej przyczyny.

Tymoszko podszedł do okna, wyjrzał przez szparę w zasłonach. Słońce właśnie ukryło się za chmurami, zaczął padać drobny deszczyk. Za miesiąc, najdalej dwa, ziemię na Ukrainie pokryje biały puch. Stopnieje zaraz na pewno, jeszcze trochę czasu minie, zanim nadejdzie prawdziwa zima, ale chłody już nie ustąpią. Tutaj zaś, na południu, wśród winnych ogrodów Mołdawii, śniegu daremnie wypatrywać. Jeśli przyjdzie, to jeno na chwilę. A gdyby go spadło nawet więcej, powietrze zawsze będzie łagodne.

Dziewczyna poruszyła się, jej smagłe ramię opadło na poduszkę, jakby chciała przytulić się do męża. Kiedy trafiła w pustkę, uchyliła powieki.

– Nie śpisz już? – spytała zaspanym głosem. – Jeszcze wcześnie... Troski spać nie dają?

W odpowiedzi Tymoszko tylko westchnął. Był oczkiem w głowie starego Chmiela, który od lat przygotowywał go do sprawowania władzy. Pamiętał swoją i jego wielką radość, kiedy hospodar uległ wreszcie szantażowi i zgodził się wydać córkę za hetmańskiego syna. Ani Radziwiłłowie, ani Turcy nie byli w stanie zapobiec temu związkowi. Ledwie parę tygodni minęło od ślubu, a już Tymoszko przekonał się, że smak władzy więcej w sobie miewa goryczy niż miodu.

– Kiedy nadejdą posiłki? – Rozanda wstała, narzuciła na nagie ciało miękkie futro, jeden z darów teścia.

– Ojciec ma wysłać je jak najszybciej – odparł Tymoszko. – Wie wszak doskonale, że nasza Suczawa od miesięcy oblężona i potrzebuje pomocy.

– Na pewno przyśle?

– Słałem, by dali odsiecz.

– A bo trzeba było tu nie zostawać. – Zmarszczyła nosek.

– Jak mogłem opuścić miasto? Pozostania żądał też twój ojciec. Nie wybaczyłby mi, gdybym zaniechał pomocy.

I ty też byś mi nie darowała, dodał w myślach. Niepotrzebnie w ogóle opuszczał Ukrainę, a gdy już to uczynił, bez potrzeby zamknął się w tym przeklętym mieście. Tam, kiedy dowodził i pilnował wojsk, zwyciężały. A ledwie dowódcy stracili go z oczu, zaczęły się gierki i niesnaski.

Pociągnął zasłonę, założył ją na ozdobny haczyk przymocowany z boku okna. Do pokoju wtargnęło na chwilę jasne światło, zmuszając Rozandę do przymknięcia powiek. Na chwilę, bo zasłona zaraz wysmyknęła się z haczyka i opadła z powrotem. Tymoszko znów ją odsunął, z podobnym skutkiem. Rozanda chciała mu powiedzieć, że trzeba nie tylko zamocować materiał na haczyku, ale też podwiązać jedwabnym sznureczkiem, lecz nie zdążyła. Młody Chmielnicki poczerwieniał ze złości, a potem szarpnął ciężkie sukno z całej siły. Rozległ się głośny trzask, zasłona opadła na podłogę. Tymoszko kopnął skłębiony materiał, noga mu uwięzła i zachwiał się. Gdyby nie przytrzymał się okrągłego stolika, stojącego przy oknie, z pewnością by się przewrócił. Wyglądało to tak zabawnie, że Rozanda nie potrafiła powstrzymać parsknięcia.

Tymoszko spojrzał na nią przekrwionymi oczami.

– Ty suko – wycedził przez zęby. – Żadna baba nie będzie się ze mnie wyśmiewać.

Była zaskoczona, kiedy nagle znalazł się tuż przy niej. Nie zdążyła zasłonić twarzy, nie przyszło jej zresztą do głowy, że może ją spotkać to, co za chwilę nastąpiło. Co innego, kiedy brał ją prawie gwałtem w noc poślubną. Wtedy broniła się bardziej dla pozorów niż z przekonania, a w igle nie truciznę miała, lecz afrodyzjak, bo spodobał jej się dziki syn surowych stepów. Ale teraz ujrzała nie kozackiego mołojca, nie owego młodzieńca, który jeszcze wczoraj umilał wieczór, grając na bandurze i nucąc tęskne pieśni.

To był diabeł wcielony. Twarz wykrzywiła mu niepohamowana wściekłość, zaciśnięta pięść raz i drugi uniosła się i opadła, w zarodku dusząc wołanie o pomoc... I tak zresztą nikt by nie przybiegł, w końcu to Chmielnicki był tutaj panem... A służba przywykła do krzyków katowanych ludzi. Mężczyzn i kobiet. I nikt nie chciał być następny...

Rozanda dopiero po kolejnym ciosie uniosła ręce, ale mężczyzna nie zważał na to. Jednym uderzeniem rozbił słabą obronę, wbił twardy kułak w brzuch leżącej, chlasnął ją w twarz otwartą dłonią, poprawił pięścią.

– Chamski pomiot – szepnęła, wypluwając krew i wybity ząb.

Niepotrzebnie to mówiła. Tymoszko, który już zaczął się uspokajać, wpadł w prawdziwy szał.

Rozdział 2

No i co teraz? – Semen Poroh odsunął krużę z miodem, wziął się za gotowane mięsiwo.

Karczma okazała się wcale bogato zaopatrzona, szczególnie jak na panujące ciężkie czasy. Najdziwniejsze dla goszczących w niej Kozaków było to, że nikt jeszcze jej nie obrabował. Umiejscowiono ją wprawdzie mniej więcej pośrodku drogi między dwiema wioskami, jednakowoż zawsze stała przy trakcie na pustaci, o dobrą wiorstę od najbliższego osiedla, gdyby zjawili się zbóje, maruderzy czy Tatarzy, nic by jej nie uratowało. Nie miał wprawdzie gospody w arendzie Żyd zdzierca, więc nienawiść miejscowych nie obracała się przeciw właścicielowi, ale zapasy z pewnością stanowiły łakomy kąsek. Poroh zastanawiał się, czy rozwiązaniem zagadki nie jest właśnie osoba samego karczmarza. Jednooki, wielki jak góra chłop – wzrostem dorównujący Semenowi, a w ramionach jeszcze od niego szerszy – mógł przestraszyć niejednego. Lecz czy tylko o to szło? Na pewno nie. Choćby nie wiadomo, jak mocny, to tylko jeden człowiek, przeciwko liczbie nic nie poradzi.

Semen potrząsnął głową. W końcu to nie jego rzecz.

– Co teraz? – powtórzył pytanie. – Jesień idzie, musimy coś zdecydować.

Ilja Zając wzruszył ramionami.

– Na razie jest jeszcze ciepło, do wielkich mrozów daleko, a jak nadejdą, znajdziemy jakiś chutor albo sioło na leże. Cóż innego nam pozostało?

– Masz chęć spędzić tyle miesięcy w bezruchu? Nosząc wodę ze studni, rąbiąc drwa na opał, przytulając się do ciepłego biodra jakiejś wieśniaczki?

– To ostatnie brzmi bardzo, ale to bardzo zachęcająco – zaśmiał się Liwka Pastuch. – Masz coś przeciw ciepłym biodrom wieśniaczek? Że o innych częściach ciała nie wspomnę?

– Mam coś przeciw bezczynności. – Semen machnął ręką. – Przeszło nam na niej całe lato.

– Ledwie nieco wypoczęliśmy, a już cię nosi? – Ilja zmrużył oczy. – Do Czehrynia czy Białocerkwi chcesz się udać? Pamiętasz, co mówił pułkownik Koroman? Za śmierć ruskich kapłanów i uwięzienie moskiewskich dragonów Chmiel nam nie podziękuje. A jak podziękuje, flaki będziemy za sobą ciągnąć.

– A ty nie słyszałeś, co opowiadał potem lirnik? Hetman ma teraz większe zmartwienia, niż ścigać trzech nieposłusznych mołojców. Bardziej mu ninie szable potrzebne niźli zemsta. Wepchnął hospodarowi Bazylemu swego synaczka na zięcia i teraz ma przeciw sobie nie tylko Lachów, ale jeszcze sułtan z carem będą mu patrzyli na brudne łapy. Bardzo uważnie będą patrzyli. Nie mówiąc już o tym, że wprawdzie ma hospodara za kuma, jeno ów hospodar nie siedzi na swojej stolicy, bo go właśni ludzie zegnali. Nie będzie lepszego czasu, by mu się na oczy pokazać i uniknąć pomsty. Zasłużymy się i wrócimy do łask.

– Chcesz Chmielom buty lizać? – skrzywił się Liwka.

– A ty chcesz zaraz w łeb dostać? – zgrzytnął zębami Poroh. – Serhijowi trzeba wreszcie pomóc, skoro przedtem się nie udało. A jak chcesz to uczynić, działając na przekór hetmanowi i hetmańskim? Kiedy znów okrzepną, a się nie zasłużysz w porę, do lochu cię wrzucą, a nie dadzą możność przyłączenia się do jakiegoś grzecznego oddziału.

Liwka chciał coś odrzec, ale odezwał się Zając.

– Dobrze gada Poroh – mruknął. – Nie o nasze łby tu jeno chodzi, ale i o los chorążego. Ślubowaliśmy sobie wzajem braterstwo, krwią je pieczętowaliśmy, nie o sobie tylko nam myśleć.

– Ciekawe, swoją drogą, czy Serhij już wydobrzał i czy włada ręką.

– Możemy zajechać do niego po drodze – zaproponował Pastuch.

– Takie ci to po drodze do Białocerkwi, jak onemu, co ze Lwowa do Kijowa przez sam Kraków podróżował – fuknął Ilja. – Kiedy chcesz ruszać? – spytał Poroha.

Semen nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w tej chwili drzwi karczmy rozwarły się z hałasem i do środka wkroczyła grupa zbrojnych. Pięciu ich było, czy raczej pięcioro, bo wśród męskich ogolonych łbów widniały niewieście kosy, zawinięte misternie wokół głowy.

– Piwa, miodu i polewkę, karczmarzu! – zawołał najmniejszy w grupie, niepozorny chłop. Głos miał głęboki, nawykły do rozkazywania.

– I mięsiwa – odezwał się przysadzisty, potężnie zbudowany mężczyzna, poza mikrym wzrostem stanowiący przeciwieństwo tego, który odezwał się pierwszy. – Szkaplerz, patrzaj, tamci pod ścianą zaopatrzeni już niby komunik po zrabowaniu miasta! Może się przysiądziemy?

Niski, nazwany Szkaplerzem, przyjrzał się uważnie Kozakom, zmierzył się wzrokiem z Semenem. Poroh wytrzymał kolące spojrzenie przywódcy grupy.

– Zbóje – powiedział kącikiem ust Liwka. – Jak się przypną, będziemy mieli zaraz tańce.

Szkaplerz bez mrugnięcia patrzył na Semena, najwyraźniej się nad czymś namyślając.

– Siadaj, Guz – burknął wreszcie, odwracając oczy od potężnego Kozaka. – Nie na awantury tutaj przyszliśmy, jeno coś zjeść, jak Bóg przykazał.

– A bo zastałem się ostatnimi czasy. – Guz przeciągnął się, aż trzasnęły stawy. – Poruszałbym się...

– To się poruszasz, jeno nie teraz – uciął Szkaplerz. – Siadaj i nie zaczepiaj każdego, kogo zobaczysz.

Kozacy wrócili do rozmowy, choć Ilja nieznacznie cały czas obserwował przybyłych.

– A zatem jedziemy wpierw do chorążego czy od razu bierzem się do gawry Chmiela?

– Do Serhija wpierw – powiedział Semen.

– A ja bym tego poniechał – rzekł z przekonaniem Pastuch. – Co będziem go niepokoić? Najpierw się rozpatrzmy, co i jak.

– I ja tak mniemam – Zając poparł Liwkę.

– A zatem postanowione – westchnął Poroh. – Kończcie śniadać i ruszamy do Białocerkwi.

Przez chwilę panowało milczenie, przerywane tylko niezbyt głośnymi uwagami, jakimi dzielili się niedawno przybyli. Popatrywali na Kozaków, ale na razie nie szukali zwady, posłuszni rozkazom niepozornego przywódcy, który w zamyśleniu spoglądał przez niewielkie okienko. Semen pomyślał, że powinni opuścić karczmę, zanim tamci dobrze popiją.

Ale po chwili okazało się, że zwady tak czy inaczej nie da się uniknąć. Guz, który już przed przybyciem nieco przebrał miarę, podpijając gorzałkę z bukłaka ukrytego pod kurtą, teraz jednym haustem opróżnił kubek miodu, popatrzył przekrwionymi oczami na spokojnie biesiadujących Kozaków, a szczególnie wyzywająco na Poroha.

– Co, bracia rodzeni, trza by się zabawić! – oznajmił nieco bełkotliwie. – Po naszemu, po kozacku! Jak prawdziwi niżowcy, co?

– Ty sobie, wypierdku, mianem niżowego Kozaka gęby nie wycieraj! – poderwał się Liwka Pastuch, zawsze czuły na uchybienia czci mołojeckiej.

– Bo co? – spytał wyzywająco Guz. – Krucha, słyszałaś ty go? – zwrócił się do jedynej kobiety. Ta pokręciła tylko głową, ale nic nie powiedziała. – Wypierdkiem mnie nazwał! Ty, pański sługusie? Ja! Ja prawdziwie wolny jestem! Bo ni hetmanów, ni książąt nad sobą nie znam!

– Milcz! – warknął Semen, widząc, że Pastuch zbiera się do odpowiedzi.

Szkaplerz też coś powiedział do Guza, ale z równie mizernym skutkiem.

– Panów nie znasz? – wrzasnął Liwka. – I ja ich nad sobą nie mam, jeno Boga na niebiesiech!

– Patrzcie go! – Guz wytoczył się na środek izby, rozpychając stoły i przewracając ławy. – To czego ten tutaj biedroń gada ci, co masz robić?

Liwka również wyszedł zza stołu. Semen z rezygnacją westchnął. Znał Pastucha dość długo, by wiedzieć, że teraz się nie uspokoi, zanim komuś łba nie rozwali lub sam nie oberwie. Jednego chorążego by teraz może posłuchał, nikogo więcej. Spojrzał pytająco na Szkaplerza. Przywódca zbójów wzruszył lekko ramionami i nieznacznie pokręcił głową. I on nie miał ochoty na wszczynanie burdy. Niech te koguty same czubią się między sobą.

Liwka był żylasty, ale szczupły, głowę dumnie zadarł, zawinął za ucho długi osełedec. A Guz... Teraz widać było doskonale, skąd wzięło się jego przezwisko. Wytrzeźwiał w jednej chwili, przygarbił się, pochylił ramiona. Na pociemniałej polepie karczmy jego zupełnie łysa czaszka połyskiwała niby prawdziwy srebrny guz, nabity na skórze kaftana.

– Tylko bez ostrzy! – ostrzegł Poroh, spoglądając na Szkaplerza. – Na pięści!

– Bez ostrzy! – zgodził się przywódca zbójów. – Guz, oddaj kindżał!

Przysadzisty rozbójnik z niechęcią odpiął pas, rzucił pochwę z bogato zdobioną bronią na stół.

– Zaraz zobaczymy, kto tu niżowiec istny, a kto tchórzliwy bobak – warknął.

Stanęli naprzeciwko siebie z uniesionymi pięściami. Już, już Liwka chciał wyprowadzić uderzenie, kiedy niespodziewanie huknął strzał. Pod niskim sufitem od strony wejścia do kuchni pojawiła się chmura dymu. Karczmarz odrzucił pistolet, w jedną rękę ujął nieprzyjemnie wyglądający garłacz, w drugą guldynkę. Miał siłę konia, bo ciężki karabin, przeznaczony do podwójnego uchwytu, nawet nie zadrżał.

– Wynocha na majdan! – wrzasnął. – Nie będzieta mi tutaj karczmy rozbijać! Chcą się panowie mołojcy za łby wodzić, to tam! Ino trupy zabierajcie potem ze sobą! Karczmarz jestem, nie grabarz! Szkaplerz, nie za to ci się opłacam, żebyś mi rujnację urządzał!

Goście zamarli, a potem w ciszy nieoczekiwanie zabrzmiał wysoki śmiech. Pastuch rozejrzał się niepewnie, opadł nieco z niego bojowy zapał, aczkolwiek chętnie by dał nauczkę temu, komu tak się uczyniło wesoło. Semen spojrzał pod okno. Kobieta nazywana Kruchą, oparła się o belki ściany i już jawnie zanosiła się chichotem. Obok niej Szkaplerz siedział przez chwilę spokojnie, potem twarz mu zadrgała i dołączył do towarzyszki. Poroh zerknął na jednookiego karczmarza, nadal dzierżącego broń, potem na stojących wciąż w bojowych postawach pojedynkowiczów i nagle też poczuł ogarniającą go wesołość. Nie wiedział dokładnie, skąd się brała, czy to widok zaperzonych przeciwników tak działał, czy też śmiech Kruchej okazał się zaraźliwy, ale nie wytrzymał i zarżał niczym koń. Obok niego Ilja Zając uderzył pięścią w stół i także zaczął się śmiać. Po chwili wszyscy zbóje już rechotali, a Guz z Liwką stali wciąż w miejscu, coraz bardziej niepewni. Wreszcie przysadzisty rozbójnik opuścił ręce, ryknął i klepnął Pastucha po ramieniu.

– Zuch z naszego gospodarza! – zawołał. – Prawdziwy zuch!

Jedynie karczmarz pozostał poważny. Upewniwszy się, że już nic nie zagraża całości jego dobytku, wycofał się do kuchni dopilnować, by potrawy podano należycie gorące i w wystarczającej ilości. A Semen pomyślał, że teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego karczma jest takim bezpiecznym miejscem.

– Napijmy się! – Jeden ze zbójów wstał zza stołu, wzniósł krużę z miodem. – Za spotkanie! Za dzielnych mołojców!

– I za was! – poderwał się natychmiast Ilja.

Semen otarł łzę z kącika oka, spoważniał. Pomyślał smętnie, że dzisiaj chyba już nie wyruszą w drogę. A na pewno nie przed wieczorem...

– My wszystko płacim! – oświadczył Szkaplerz.

– O tym i mowy być nie może! – zaprotestował Poroh. – Myśmy tu byli, nim przybyliście, więc prawa gospodarza...

– Poczekaj, panie mołojcu – uniósł dłoń przywódca zbójów – tak naprawdę nie my nawet stawiamy poczęstunek, co jego wysokość książę Koniecpolski! Nie odmówisz chyba ugoszczenia przez tak ważną personę?

– Gdzieżbym śmiał! Dużo też podarował wam jego jasność?

– Wystarczająco, żeby się wściekł, gdy doń to wreszcie dotrze – zarechotał Guz. – A my następne kruże wypijemy za jego zdrowie. Oby zbyt długo nie trwało, oby stoczyły go żywcem robaki!

Ciemność... Niebo pokryte chmurami nie przepuszcza nawet śladu światła. Księżyc jeszcze nie podniósł się znad widnokręgu, nie przedziera się blaskiem przez zbite ciasno obłoki, nie wybiela ich upiorną plamą lśnienia. Ale jest. Gdzieś tam żyje swoim tajemnym życiem, rosnąc z każdym dniem, sprawiając, że oto nadszedł czas Okołopełni.

Łapy drą suchą trawę, mocne pazury w każdym skoku wbijają się w chłodną ziemię. Po wieczornej rosie nie pozostał nawet ślad, wilcze nozdrza zwęszyły jedynie jej ulotny zapach. Zapach... to on prowadził drapieżnika, sprawiał, że ślina ciekła z pyska, a wszystko wołało o świeże mięso i krew.

Wilczyca pędziła przez wielkie pole, na którym okoliczni chłopi latem wypasali bydło. Jeśli mieli co wypasać w czasach wojny i głodu. Gdy wyganiali na otwartą przestrzeń cenne zwierzęta, kilku pilnowało ich z bronią w ręku. Ale nie dziś, nie takiej nocy, kiedy ludzkie oczy nie są w stanie rozróżnić zarysów nawet pięciu palców podsuniętych tuż przed oczy. W taki czas lepiej siedzieć w ciepłej, bezpiecznej chałupie i tam podrzucać krowinom siano, żeby nie ryczały z głodu.

Tylko w taką noc mogła rozprostować łapy, przedzierzgnąć się i porzucić wszelkie zbędne myśli. W wilczej skórze czuła spokój. Bo pozbywając się ludzkiego ciała, nie do końca myślała jak człowiek... Nie myślała też jak bestia. To był stan bliski błogości, w którym pragnienia zlewały się w jedno z zamierzeniami i możliwościami. Tak jak teraz: żądza krwi, którą będzie mogła za chwilę zaspokoić. Pod warunkiem że przerażony zając nie znajdzie nory, w której zdoła się schować.

Nie znalazł... Zgoniony obejrzał się raz i drugi. Dla wilka to znak, że ofiara traci siły. Nie wolno się tak oglądać, trzeba rwać przed siebie ile sił. Czego jednak wymagać od głupiego bobaka, który żyje tylko po to, by stanowić żer dla silniejszych. Dopadła nieszczęsnej puchatej kulki, zaczepiła zębami o skoki. Zwierzątko przewróciło się, potoczyło kilka kroków, próbowało zerwać się i uciekać dalej, ale wtedy wilcza łapa spadła nań z ogromną siłą, łamiąc żebra. Serce bobaka waliło jak oszalałe, ze strachu nie czuł nawet bólu. W tej chwili patrzył na niewyraźny w mroku pysk, zbliżający się do niego nieubłaganie. Nagle pysk zamarł, drapieżnik wciągnął w nozdrza powietrze. Napawał się zapachem strachu, zwlekał z ostatnim, miłosiernym ciosem, opóźniał tę chwilę. Tak nie zachowywał się żaden zwykły wilk, ale bobak tego – oczywiście – nie wiedział. Czuł tylko coraz większy lęk, mały rozum wpadał w obłęd, gdzieś na granicach mętnej świadomości kłębiła się mgła szaleństwa. Sprawnym ruchem łapy prześladowca przewrócił go brzuchem do góry, a kiedy wilczy pysk znów zniżył się nad ofiarą, ta wreszcie zaczęła się bronić. Przednie łapy zamłóciły powietrze, zupełnie jak wtedy, kiedy młody samiec toczył pierwszą swoją walkę godową w życiu.

Pazur zadrasnął nos Wilczycy. Warknęła groźnie, ale małe zwierzątko postanowiło najwyraźniej walczyć do końca. Szybkiego końca, bo kolejne słabe uderzenie dosięgło już kłów w otwartej paszczy, a w następnej chwili pysk napastnika wypełnił się gorącą krwią.

Wilczyca uniosła łeb, otworzyła splamiony posoką pysk, ale nie wydała z siebie głosu, choć miała nieodpartą ochotę zawyć przeciągle, zwiastując triumf. Ludzki fragment rozumu, wypełniający część jestestwa, podpowiedział, że to by było nierozsądne. Kto wie czy gdzieś w okolicy nie grasują inne Wilki? Po rozbiciu siczy mogło się tak zdarzyć. W końcu nie tak dawno Hrehory przysłał do niej swoich żołnierzy... Wilkozacy nie zapominają krzywd i uraz...

Spojrzała na krwawy strzęp. W przystosowanych do mroku oczach krew wydawała się czarna. Skrawek księżyca wyłonił się już znad horyzontu. Dla ludzkich oczu wciąż był niewidoczny, ale wiedziała, że tam jest, czuła go całą sobą, noc stała się jaśniejsza, przypominając bardzo pochmurny, nabrzmiały deszczem dzień. Błogosławiony i zarazem przeklęty księżyc. Ten, który powołał do życia plemiona Wilkozaków, który dawał im moc, a zarazem czynił tak bardzo ograniczonymi.

Potrząsnęła łbem. Skąd u niej takie myśli? W dodatku teraz, kiedy przemieniona powinna raczej skupić się na zdobyczy? Konający bobak drgnął w ostatnim spazmie, wyprostował się i zamarł. Wilczyca oblizała pysk, na którym krew już nieco ochłodła.

A potem odwróciła się i popędziła z powrotem. Głód gdzieś zniknął, jakby został zaspokojony samym zabójstwem, jakby te parę kropel posoki było go w stanie zaspokoić. Ale zdawała sobie sprawę, że to coś innego, coś więcej. Nie należała już może do Wilków, ale też nie stała się na powrót człowiekiem.

Po przebyciu kilku wiorst zatrzymała się przy niskim płotku przed chatą. Dyszała ciężko, z pyska ciekła ślina. Gdyby zaszła potrzeba, Wilkozak mógłby tak gnać nawet całą noc mimo zmęczenia, wiedziała o tym doskonale, bo podczas ucieczki z Siczy Hylewskiej niejeden raz gnała ile sił od zmroku do samego rana. A i w dzień mogła biec bardzo długo w ludzkiej skórze. Dlaczego jednak nie pożarła bobaka? Czy to jakiś znak?

Przetoczyła się po ziemi, kiedy posłuszne woli ciało przybrało z powrotem człowieczy kształt.

Może to znak, a może coś innego? – dokończyła myśl. Tylko czy coś więcej, czy mniej?

Nieważne... Chyba nieważne... Tak naprawdę wiedziała przecież doskonale, dlaczego nie dokończyła uczty.

Cichutko wkradła się do izby. Na szczęście nie spała na jednym posłaniu z Serhijem. Wciąż jeszcze zbyt dokuczały mu zagojone już prawie rany, które odnowiły się podczas ataku Wilków na chatę, i łatwo go było urazić. Dlaczego nie chciały się należycie goić? Popatrzyła z żalem. Tak, to musiało się wreszcie skończyć. Ileż można...

– Zadałam mu wywaru z maku w gorącym miodzie – powiedziała zupełnie rozbudzonym głosem Parasza. – Nie musisz się tak kryć, gołąbeczko. Ulżyło ci choć trochę?

– Żeby to było tak łatwo, mateczko – westchnęła Marika. – Gdy w Okołopełni jestem człowiekiem, tęsknię, aby się przemienić, kiedy zaś wejdę w wilcze ciało, niebawem wszystko zaczyna rwać się we mnie, aby powrócić... Rozum się od tego mąci.

– A bo spotkało cię, gołąbeczko, coś, co nikogo spotkać nie powinno. Do tej pory bywało tak, że gdy dziewkę porywali Wilkozacy, zostawała u nich, nie wracała.

Marika usiadła na ciężkim trójnogim zydlu, ukryła twarz w dłoniach.

– Uważacie, że nie powinnam wracać, mateczko?

Parasza milczała przez chwilę. Gdyby Marika mogła widzieć teraz jej twarz, ujrzałaby łzy spływające po pomarszczonych policzkach. Ale kiedy stara kobieta się odezwała, jej głos brzmiał tak pewnie, jak zawsze.

– Nie wiem, dziecko. Nie mnie o tym sądzić. Jemu, twojemu mężowi, może byłoby łatwiej, ale czy znalazłby szczęście bez ciebie? Nie wierzę. Zamierzał, gdy tylko wydobrzeje na tyle, by móc wytrzymać w siodle, ruszyć na poszukiwania wbrew wszystkiemu i wszystkim.

– Może po to, by mnie zabić?

– Zabić? – Parasza zaśmiała się krótko, chrapliwie. – Nie kpij, Mariko. On kocha cię nad życie. To nie lekkomyślny mołojec, który dziewkę zbrzuchaci i zginie sobie na wojnie. Już nie – dodała ciszej. – Bo nie wiem, jaki był przedtem. Gdym go poznała, miał już oczy dojrzałego męża, który wie, czego chce, i który poznał całą bezdnię cierpienia.

Marika nie odpowiedziała. Która to już podobna rozmowa? Podobna, bo za każdym razem przebiegała inaczej, tykała różnych spraw, ale wszystkie prowadziły do jednego – Parasza starała się przekonać młodą kobietę, że jest tak, jak jest, bo inaczej być nie może, że jej związek z Serhijem przetrwa, a Marika słuchała tego, lecz nie potrafiła pozbyć się wątpliwości.

Tak, spotkało ją coś, co nie powinno spotkać, ale zdarzyło się i nic na to nie mogła poradzić. Popatrzyła na kołyskę. Dogasający w palenisku żar oświetlał mętnie jeden jej bok, wydobywał z mroku rzeźbione i malowane kwiaty, reszta tonęła w ciemności tym gęstszej właśnie, że graniczyła z niewyraźnym światłem. Dziecka w ogóle widać nie było, jakby wnętrze kołyski wypełniała tylko ciemność.

– Z jednej strony, gołąbeczko – ciągnęła stara po chwili milczenia – dotknęło cię nieszczęście, ale z drugiej zyskałaś takiego męża, który gotów za ciebie nie tylko życie oddać, ale i duszę własną narazić na zatracenie. Kocha cię.

– Myślę, że jednak bardziej kocha ją. – Marika wskazała ruchem brody kołyskę. – Jak na nią patrzy, jak do niej gaworzy... A do mnie rzuci jakieś słowo, niechby i dobre, ale czuję, jakby był gdzieś bardzo daleko.

Parasza podeszła do kołyski, pochyliła się, przez jakiś czas słuchała spokojnego oddechu dziecka.

– A może to ty jesteś gdzieś daleko, dziewczyno? – spytała, kiedy wróciła na swoje miejsce przy kominie. – Może to twoje pragnienia odlatują w inne strony?

Marika znów ukryła twarz w dłoniach. Jej pragnienia? A jakież mogła mieć pragnienia? Wszystkie zginęły, umarły wraz z przeszłością. Kiedyś marzyła, by wziął ją za żonę prawdziwy mołojec, otoczony szacunkiem przyjaciół, równie dzielnych wojaków. Spełniło się. Ale owo spełnienie stało się też przekleństwem, gdy okazało się, że ten wymarzony wojownik stanął naprzeciw potężnej, rozpędzonej pięści żądnych zemsty istot. Marzyła o dziecku ku pocieszeniu życia i dostała od Boga to dziecko tylko po to, by je zaraz stracić... i odzyskać wprawdzie, jednak w chwili, kiedy w jej sercu coś umarło. Kochała Halszkę, lecz wiedziała, że Serhij kocha dziewczynkę o wiele mocniej. Pragnęła jej ciepła i bliskości, ale za każdym razem, gdy brała dziewczynkę na ręce, ta patrzyła w stronę ojca. Nie płakała, nie krzywiła się, ale patrzyła tylko na niego. Albo na Paraszę. W wilkozackiej niewoli Marika pragnęła wrócić do wymarzonego chorążego, jednak powrót okazał się gorzki. Miłość niby wciąż żyła, lecz nie była już tak cudowna jak kiedyś... stała się inna... Tylko czy gorsza? Czułość to coś więcej niż samo zbliżenie dwóch ciał. Pamiętała ten pierwszy raz, kiedy kochali się po jej powrocie, zachłannie, choć i ostrożnie, z uwagi na jego rany. Czy to wystarczy? A może musi wystarczyć?

– Boję się mieć pragnienia, mateczko – wymamrotała. – Boję się marzyć.

– Wiem. – Stara pokiwała głową. – Nie myśl jeno, że innym jest lżej. I ja niegdyś marzyłam, a potem przestałam. To niedobrze. Gdybym nie bała się prosić Boga, odważyła się wstępować na inne niż najprostsza droga życia, może byłabym dzisiaj nieszczęśliwa, ale wiedziałabym przynajmniej, że chciałam coś osiągnąć i skąd moje nieszczęście.

– Jak to? – Marika podniosła głowę, przyjrzała się uważnie znachorce. – Wy? Pomagacie ludziom, są wam wdzięczni...

– Tak, są wdzięczni. Tylko nie będzie mi miał kto oczu zamknąć.

– Ja wam oczy zamknę, mateczko. Nie wiem, co uczyni Serhij, ale ja zostanę przy was.

– Nie powiadaj byle czego, dziecko. – Parasza strząsnęła niecierpliwie dłonią. – Twoje miejsce jest przy mężu i córce. Za nimi pójdziesz.

Marika wstała, otarła twarz rękawem koszuli. Podeszła do kołyski, popatrzyła na majaczącą w mroku jasną twarzyczkę Halszki, potem przeniosła wzrok na śpiącego twardo Serhija.

– Oj, mateczko – powiedziała cicho, prawie niedosłyszalnie – nie wiem, gdzie jest moje miejsce. I czy ono gdzieś w ogóle jest...

Ale Parasza usłyszała szept.

– O takie sprawy trzeba pytać własnego serca, gołąbeczko. Nikt inny ci tego nie podpowie.

Hospodar Mołdawii czekał pod drzwiami hetmana Chmielnickiego, zżymając się w sobie. Jeszcze nie tak dawno to u niego antyszambrowali różni bogacze i magnaci. A teraz był uzależniony od kozackiego watażki. Przeklinał dzień, w którym uległ i zgodził się wydać córkę za syna tego uzurpatora i okrutnika. Jadąc do Białocerkwi, widział rzeczy straszne – spalone do cna wioski, w których lisy i zdziczałe psy ogryzały rozwłóczone trupy. Widział szubienice, drzewa obwieszone rozkładającymi się ciałami i pale. Widział, jak wygląda ziemia po przejściu tatarskich czambułów, które choć sprzymierzone z Kozakami, poczynały sobie na umęczonej ziemi jak we wrogim kraju. Lepiej chyba mieć zaciętego wroga niż takiego sojusznika. Ale dla Chmielnickiego przymierze z Tatarami było cenne może mniej z militarnego punktu widzenia, a stanowiło bardziej kwestię polityczną, taki grożący palec skierowany w stronę Polski, a jednocześnie miało wzmacniać pozycję hetmana w rozmowach z Rosją.

Drzwi otworzyły się z hałasem. Bazyli spojrzał na wchodzącego mołojca z zawadiackim wąsem i pokaźnym osełedcem, opadającym aż na ramię. Zwyczaj noszenia długich kit na ogolonych łbach wydawał mu się barbarzyński, ale musiał przyznać, że pasował do tych ludzi o ostrych rysach i twardych oczach.

– Hospodarze Lupu – rzekł Kozak – jego jasność hetman czeka.

On czeka! Pozbawiony tronu władca skręcił się w sobie ze złości. To hospodar Bazyli zwany Wilkiem powinien przyjmować hetmana na audiencji, nie na odwrót. Szedł za mołojcem, uspokajając oddech. Złością wiele z Chmielem nie wskóra. Ale też nie może okazywać daleko posuniętej uległości, szczególnie po tym, co zaszło ostatnio.

Hetman czekał na niego, siedząc za wielkim, ciemnym biurkiem, będącym niegdyś własnością jakiegoś ruskiego magnata. W oczach hospodara wstający właśnie na jego powitanie hetman był zwykłym chłopem, który doszedł do stanowiska sprytem i bezwzględnością. Zaraz sam się skarcił w duchu za tę myśl. Na dobrą sprawę każdy miał przodków parających się niegdyś pracą na roli, kupiectwem czy rzemiosłem. Rządzący nie brali się znikąd, dziś jeszcze, mimo utrudnień, dopuszczano w Koronie do szlachectwa bogatych ludzi z niższych stanów. Tyle że władza sprawia, że człowiek bardzo chętnie i bardzo szybko zapomina o swoim pochodzeniu. Jak choćby on... Gdyby ten prymitywny Kozak miał pojęcie, skąd wywodził się ród hospodara, kogo miał wśród przodków... Na szczęście to stanowiło pilnie strzeżoną tajemnicę, przekazywaną z ojca na syna. Sam doszedł do władzy, wywołując wpierw bunt przeciwko Mironowi, aby potem, korzystając z poparcia tureckiego, odsunąć od władzy Mojżesza Mohyłę. A naiwni prostaczkowie wierzyli, że władza pochodzi od Boga. Prędzej szatana...

– Witaj, drogi kumie, wielki hospodarze. – Chmielnicki podszedł do Bazylego z otwartymi ramionami, uścisnął go. Lupu oddał wprawdzie uścisk, ale uczynił to zdawkowo, bez przekonania. Sprawa, z którą tu przyszedł, nie skłaniała do okazywania serdeczności i hetman doskonale o tym musiał wiedzieć. A jednak zachowywał się, jakby gość przyszedł ze zwykłą rodzinną wizytą. – Wybacz, że kazałem na siebie czekać, ale sam rozumiesz, sprawy wagi państwowej...

– Ja też przychodzę ze sprawą wagi państwowej – wpadł mu w słowo Bazyli.

– Wysyłam już niebawem wojska na Wołoszczyznę, jak obiecałem. Za dwie, góra trzy niedziele powinny dotrzeć z odsieczą.

– Wiem. Ale obaj też wiemy, co uczynił twój syn. Wieści lecą ptakiem, nawet z tak daleka. Skatował jak jakiś bisurman moją córkę, a twoją synową. Nie spodoba się to poddanym. Mnie zegnali z tronu, ale Rozandę otaczają miłością...

Lupu zadrgały szczęki, widać było, że ledwie się powstrzymuje przed wybuchem.

– Będziemy drzeć koty o te parę szturchańców? – Chmielnicki wzruszył ramionami. – Czasem się młodzi poczubią.

Bazyli czuł, że jeszcze chwila, a rozmowa skończy się nie tylko słowną utarczką. Byli z hetmanem dokładnie w tym samym wieku, obaj tędzy i potrafiący walczyć nie tylko w polityce. Obaj też wiedzieli przecież, że pobicie hospodarskiej córki, mimo iż bolesne dla Lupu, nie było sednem problemu. Ale o samym sednie rozmawiać nie mogli, nie wywołując ostatecznego konfliktu.

– Te parę szturchańców, Bohdanie – wycedził przez zęby hospodar – skończyło się na łożu boleści. Rozanda dopiero po kilku dniach odzyskała przytomność, jak mi doniesiono. Mało brakowało, a Timofiej przywiódłby ją do śmierci.

– Mogę jedynie wyrazić ubolewanie. – W głosie Chmielnickiego zabrzmiało zniecierpliwienie. – Uczynię też wszystko, by zadośćuczynić krzywdzie... Doprawdy wszystko.

W tej chwili do komnaty wszedł ten sam Kozak, który prowadził tutaj hospodara. Na widok gniewnie zmarszczonych brwi hetmana skłonił się tak nisko i z takim rozmachem, że zamiótł osełedcem podłogę.

– Wybaczcie, batko, że przerywam – rzekł śmiało – ale przybył Boria z tym człekiem, o któregoście zabiegali.

Na twarzy Chmielnickiego pojawił się przykry dla kogoś patrzącego z boku wyraz drapieżnego zadowolenia.

– Wprowadzić, nie mieszkając! – rozkazał, a potem zwrócił się do Lupu: – Zechcesz mi towarzyszyć przy tej rozmowie? Zaraz przywiodą kogoś, kto ośmielił się grozić mi pomstą i śmiercią.

Bazyli skinął tylko głową. To nie było pytanie, ani nawet prośba, ale raczej coś w rodzaju polecenia. Zresztą był ciekaw, kim jest człowiek, który tak bardzo naraził się hetmanowi. A Chmiel bez wątpienia pragnął zrobić wrażenie na gościu, pokazać mu, jak rozprawia się z przeciwnikami.

Po chwili weszło czterech ludzi. Trzej rośli żołnierze prowadzili związanego mężczyznę średniego wzrostu i średnich lat, krzepkiego, o pewnym, nawet butnym spojrzeniu mimo skrępowanych rąk. Wszyscy byli zakurzeni, zalatywało od nich końskim potem zmieszanym z odorem dawno niemytych ciał. Lupu skrzywił się lekko. Nie przywykł do takich przaśnych woni, a właściwie raczej odwykł od nich. Nawet podczas długich i uciążliwych marszów dbał o czystość własną, a także wymagał jej od otoczenia. Gdyby to on miał przyjmować tych Kozaków, wpierw kazałby im się wyparzyć w łaźni. Wszystkim, więźniowi też. Ale Chmielnickiemu to najwyraźniej nie przeszkadzało. Zbyt wiele wypraw odbył, by się nie uodpornić na przykre wonie, a poza tym sam nie grzeszył nadmierną czystością. Spojrzał na związanego, stanął przed nim o kilka kroków, uśmiechnął się.

– Ponoć chciałeś mnie zabić, panie Melech.

Bazylemu niewiele mówiło nazwisko. Gdzieś mu może znajomo pobrzmiewało, ale bardzo daleko.

– Chciałem – odparł śmiało Melech. – I nadal chcę!

– Czelnyś – rzekł z mimowolnym uznaniem Chmielnicki.

– Ja czelny? – zaśmiał się z przymusem Paweł. – To ty zarżnąłeś mojego brata jak barana, przódy wydając go na męki i samemu torturując. Ty byś zemsty poniechał?

– Widzisz... – hetman spoważniał – obiecałem twojemu bratu, że cię nie ruszę, pod warunkiem jednakowoż, że i ty nie będziesz dybał na moje życie. Ty zaś mi się odgrażałeś i od swoich zbójów odszedłeś, by mnie dopaść. Tak, tak. – Roześmiał się. – Wiem o tym i o innych sprawach. Wszędzie mam oczy i uszy.

– Oczy można omamić, a uszy zatknąć – odparł ponuro Melech. – O tym warto zawsze pamiętać. A poza wszystkim, świadectwo oczu i uszu nie zawsze bywa wiarogodne.

– Widzę, żeś się za filozofa został – prychnął pogardliwie Chmielnicki. – To filozofuj prędko i dużo, bo ci wiele czasu nie zostało.

Odwrócił się od jeńca, który uczynił ruch, jakby chciał się na niego rzucić mimo więzów, ale powstrzymała go ręka Borii.

– Dziwię się tylko – mruknął hetman – żeś się dał wziąć żywcem.

– Chciałem spojrzeć ci w oczy.

– A może raczej liczyłeś, że coś ci się uda przedsięwziąć, kiedy mnie już spotkasz? – W oczach przywódcy Kozaków, wlepionych znowu w jeńca, zalśniła stal.

– Może. Teraz to już bez znaczenia, prawda? Zabijesz mnie sam czy to także każesz zrobić swoim pieskom?

Chmielnicki nie odpowiedział, popatrzył na swoich ludzi.

– Przeszukaliście go dokładnie?

– Tak, hetmanie – odparł Boria. – Przetrząsnęliśmy wszystko.

– A jednak coś uszło waszej uwadze – oświadczył Chmielnicki. – Naprawdę nie przyszło wam do zakutych łbów, że taki wojak nie dałby się wziąć żywcem na pewną zgubę? Nie przyszło – odpowiedział sam sobie. – Tak, Boria, nic nie mówiłem o tym, bo chciałem sam...

Znienacka błyskawicznie podskoczył do więźnia, z krótkiego zamachu wyciął go w żołądek. Paweł zgiął się wpół z jękiem.

– Otwórzcie mu gębę, ale tak, żeby nie mógł zamknąć!

Twarde palce rozwarły Melechowi szczęki, o mało nie powodując ich wywichnięcia. Chmielnicki pogrzebał chwilę w ustach więźnia, wydobył niewielki szklany pęcherz wypełniony burą cieczą.

– Ale tego nie dostrzegliście jakoś?

Boria zbladł. Nie wiedział wprawdzie, co w istocie rzeczy trzyma w palcach hetman, ale czuł, że to coś bardzo groźnego, czego nie powinien przeoczyć.

– Widzisz, panie Melech? – Chmielnicki zadarł głowę łapiącemu z trudem oddech Kozakowi. – Na nic się zdał twój trud i chęć poświęcenia. Nie płaci się życiem za życie. Nie zawsze w każdym razie.

– A co to właściwie jest? – spytał Bazyli. Podejrzewał jakąś truciznę, nieobce mu były nawet takowe arkana, ale coś podobnego widział po raz pierwszy.

– Jad – padła zwięzła, spodziewana odpowiedź.

– To wiem, ale jaki?

– Przedziwny. Gdyby nasz drogi gość rozgryzł tę ampułkę i plunął mi w twarz, tylko bym się obtarł. I zginął marnie w strasznych męczarniach przed upływem dwóch dni. On też byłby skazany. Ale on i tak by już nie żył, zanimby trucizna zaczęła działać. Liczył na to, że jeśli nic innego mu nie wyjdzie z planów i nie da rady mnie zabić inaczej, zechcę go zgładzić osobiście, a przynajmniej chociaż na chwilę podejdę dość blisko, by mógł splunąć celnie. A ty – popatrzył na więźnia – już wiesz, co cię zdradziło?

– Wiem – odparł ponuro Paweł.

Po co się ciskał w stronę hetmana? Chmiel prędzej czy później sam by podszedł, a wtedy... Kosztował ów specyfik wiele zachodu. Krucha w tajemnicy przed Szkaplerzem znalazła znającą babę, sławną szeptuchę i trucicielkę, której obawiano się gorzej diabła. Ale cały trud poszedł na darmo. Paweł nie docenił Chmiela. Obawiał się, że jego brat także popełnił swego czasu podobny błąd. Ale ten podlec zdawał się mieć jakiś dodatkowy zmysł, którym wyczuwał niebezpieczeństwo.

Lupu przyglądał się Kozakowi z zainteresowaniem. Było w tym człowieku coś, co nakazywało szacunek, jakaś niezłomna wola, poczucie, że jest niebezpieczny zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności.

– Wyprowadzić i powiesić na rynku, na szafocie. Ku przestrodze. A potem na mury głową w dół, niech go ścierwojady...

Żołnierze pociągnęli Pawła, który nie próbował się opierać.

– Zaraz! – zawołał Lupu. – Stójcie!

Ludzie Chmielnickiego zatrzymali się, popatrując niezdecydowanie na hetmana. Nie wiedzieli, czy należy usłuchać tego przybłędy, zegnańca z mołdawskiego tronu, czy też wykonywać dalej polecenie wodza. Ten zatrzymał ich ruchem ręki.

– Czego chcesz, wielki hospodarze? – spytał z lekką drwiną.

Bazyli przymknął na chwilę oczy, walcząc z pokusą odpowiedzenia tak, jak rozmówca na to zasłużył. Kiedy się już odezwał, głos miał spokojny i pewny:

– Pamiętasz, co mi przed chwilą obiecałeś, Bohdanie?

Obserwowali miasto z daleka. Wilcy nie lubili przebywać w dużych ludzkich skupiskach. I chociaż Michej z Kiryłem spędzili całkiem sporo czasu między ludźmi, nadal czuli się nieswojo na myśl, że trzeba będzie wejść w ciżbę, zlać się z tłumem i uważać zarazem, żeby się czymś nie zdradzić. Najgorsze były konie. W czasie Okołopełni szczególnie mocno wyczuwały obecność Wilków, zwłaszcza nocą, a właśnie zbliżał się wieczór. Własne zwierzęta jakoś zdołały do nich z czasem przywyknąć, chociaż potrafiły się boczyć, ale obce mogły ich zdradzić. W ostatnim czasie poruszali się na własnych nogach, właśnie tak, jak im było najdogodniej.

– Wejdziemy teraz czy czekamy do jutra? – spytał Kirył.

Michej popatrzył na bramę. Przed wieczorem ruch panował nieduży, rano mogło być pod tym względem gorzej. Przybędą do miasta chłopi z towarami i może kupcy, którzy wprawdzie ostatnio rzadziej odwiedzali ogarniętą pożogą ziemię, ale zawsze znaleźli się śmiałkowie pragnący szybko się wzbogacić, a gdzie łatwiej to uczynić niż na wojnie? Wreszcie zawsze mogą się pojawić patrole wysłane na nocną wartę...

– Idziemy – zdecydował. – Nie ma na co czekać. Znajdziemy może jeszcze kwaterę, a jeśli i nie, zakradniemy się do jakiejś stajni.

Strażnicy przy bramie nudzili się setnie. Jeszcze trochę i słońce zajdzie wreszcie, i będzie można zamknąć wrota, udać się na nadbramną wyżkę, a tam już czeka kolacja, jeden kubek z winem i drugi z kośćmi. Zanim nadejdzie nocna zmiana, zdążą się trochę zabawić.

Na widok nadchodzących ludzi żołnierze ożywili się nieco. A nuż uda się złupić z nich parę groszy? Chociaż... Czy człek majętny poruszałby się pieszo, miast konno lub koleśno? Kto tam zresztą wie. Może ci dwaj konie gdzieś stracili, ale to nie znaczy, że nie mogą posiadać jakichś błyskotek czy gotowizny. W każdym razie można spróbować coś uzyskać. Wprawdzie trzeba się będzie potem dzielić zyskiem ze złodziejskim dziesiętnikiem, ale zawsze trochę grosza zostanie.

– Widzisz ich, Pawka? – spytał młodszy strażnik.

– A co mam nie widzieć? – Starszy i szczuplejszy wzruszył ramionami. – Ludzie jak ludzie.

– Strasznie jacyś brudni – rzekł młodszy. – Dziwni, nie uważasz?

Pawka ziewnął przeciągle. Teraz i on to dostrzegł i stracił nieco z nadziei na łatwy zysk. Przybysze wyglądali tak, jakby przez cały dzień szli zakurzonym traktem, i pewnie tak było.

– Czego chcecie? – burknął nieprzyjaźnie, kiedy tamci podeszli.

– Do miasta wejść – odparł Michej, marszcząc brwi. Tego się nie spodziewał, poprzednim razem, kiedy odwiedzali jakieś miasto, nikt ich nie zatrzymywał, strażnicy bardziej się interesowali takimi gośćmi, którzy wjeżdżali na wyładowanych dobrami wozach. No tak, ale tamto nie była Białocerkiew, siedziba hetmana powstańców. A może jednak trzeba było poczekać do jutra, prześliznąć się właśnie obok wozów?

– Do miasta, powiadasz? – rzekł przeciągle Pawka. – A po co wam do miasta?

– Nie twoja rzecz – odparł Michej. – Brama otwarta, to i wstęp niewzbroniony.

– Komu niewzbroniony, temu niewzbroniony. – Strażnik ujął mocniej drzewce halabardy, jedynej zresztą na posterunku. Pozostali strażnicy uzbrojeni byli raczej w krótkie piki czy włócznie. Pawka był dumny ze swojej broni, zdobytej na pewnym niemieckim piechurze podczas szturmowania Baru. – A my możemy was przepuścić albo i nie, to jak nam wypadnie i się zachce. Możemy też wezwać jaki runt, żeby was odprowadził do aresztu, a jutro przed oblicze pisarza koszowego, któren was wybada.

Michej i Kirył wymienili spojrzenia. Mogli bez trudu uciec teraz tym nieruchawym, leniwym pijawkom, ale nazajutrz opisy ich fizjonomii trafiłyby do wszystkich wart i żadną miarą nie zdołaliby dostać się za bramy.

– Nie ma takiej potrzeby – powiedział spokojnie Kirył. – My ludzie spokojni, zwady nie szukamy.

– I bardzo słusznie, że nie szukacie – rzekł Pawka, nie zmieniając tonu. – Jeno albo powiecie nam, czego szukacie w mieście, albo... – Uczynił znaczącą przerwę, która mogła zarówno oznaczać „fora ze dwora”, albo i coś innego. – Nowych włóczęgów nam nie trzeba, mamy dość swoich. A pod cerkwiami wszystkie miejsca żebracze zajęte – dorzucił szyderczo.

– Potrzebujemy się z kimś widzieć. – Michej starał się mówić spokojnie, choć czuł, jak zaczyna go krew zalewać. – A może zechcemy się zaciągnąć do hetmańskiego wojska?

Młodszy strażnik prychnął pogardliwie.

– Akurat potrzebują tam takich oberwańców – rzucił.

Michej zbierał się do ostrej odpowiedzi, ale wtedy wkroczył Kirył. Rozpiął kurtę, wydobył zawieszony na rzemieniu mieszek. Na ten widok strażnicy zamilkli, wpatrując się w pobrzękujący woreczek niczym zaskroniec w żabę. A Kirył wydobył sporą srebrną monetę, podał starszemu strażnikowi. Pawka nerwowo oblizał wargi. To było o wiele więcej, niż spodziewał się dostać. To było więcej, niż dałby bogaty kupiec za to, by warta nie interesowała się zanadto jego wozami, albo przerażony Żyd za przepuszczenie jego rodziny bez obmacywania niewiast i przekopywania dobytku. Ci dwaj naprawdę byli dziwni.

– Możemy już iść? – spytał Kirył.

– To dałeś ty. A on? – Pawka postanowił zagrać w ciemno, wskazał Micheja. Jeśli zapłacą więcej, dobrze, jeśli zaś poślą do diabła, ten denar i tak wszystko wynagrodzi. Z nawiązką. – Chcecie wejść we dwóch, a płacicie jedną monetą?

– Tobie co? – zirytował się w końcu Kirył. – Może oddać ci wszystko, co mamy?

Tak, ludzie byli bardzo łasi na złoto i srebro. Wilkozak tego nie rozumiał, nie wiedział, dlaczego aż tak cenią metale, z których niczego pożytecznego uzyskać się nie da, ale nauczył się już, że nie można zanadto ulegać ludzkim zachciankom, bo to budzi w ich duszach bestię. Widział przecież, jak zbóje, będący na co dzień druhami, kłócili się przy podziale łupów. Gdyby nie zdecydowanie Szkaplerza, pominęliby chętnie obu Wilków, którym nie świeciły się oczy na widok błyskotek. Guz wyśmiewał się z nich nawet, że polują niby sokoły, za byle ochłap, a potem można im na oczy naciągnąć kaptury. Pożałował tych słów, bo Michej bez słowa wyciął go w roześmianą gębę, aż tamten padł bez ducha i leżał dobre dwa pacierze. A potem Szkaplerz wręczył każdemu z Wilkozaków po wypchanej sakiewce. Po raz pierwszy od tamtego czasu przyszło im się rozstać z częścią zawartości.

– Niech już będzie moja krzywda – westchnął z fałszywym żalem Pawka. – Idźcie, jeno mi bez burd i zaczepiania dziewek na ulicach.

Patrzył za odchodzącymi, a potem spojrzał na kompana.

– Dziwni jednakowoż?

– Ano dziwni. – Młodszy strażnik patrzył łakomym wzrokiem na srebrny pieniądz, który Pawka włożył za pazuchę, dołączając do marnych miedziaków, zebranych dzisiaj. Wiedział, że starszy nie podzieli się z nim zyskiem, odda należną część dziesiętnikowi i spędzi dzisiejszą noc na hulance. Że też nie jemu wcisnął srebro ten włóczęga! Już on by wiedział, co z nim zrobić! Poszedłby do tej Hanki, o której biegłości cuda opowiadali, a na której usługi nie było go do tej pory stać.

Pawka zerknął na słońce, znikające już za widnokręgiem. Czas zawrzeć furtę.

– No to leć do dziesiętnika i mu o nich opowiedz! Ale już!