Krew świętych i jej tajemnice - Henryk Bejda - ebook
Opis

Od wieków ludzi ciekawią, fascynują i przyciągają tajemnicze zjawiska związane z relikwiami krwi, jak choćby zmieniające regularnie swój stan skupienia ze stałego w ciekły i odwrotnie relikwie św. Januarego w Neapolu. Nad tajemnicą tej niezwykłej przemiany wciąż pochylają się teologowie i naukowcy, a także licznie gromadzący się wierni.

Autor ruszył zatem śladem tych niewytłumaczalnych osobliwości i, prowadząc religijne śledztwo, przemierzyli Włochy i Hiszpanię, odwiedzając:

Neapol (relikwia krwi św. Januarego),

Madryt (relikwie krwi św. Pantaleona),

Amaseno (relikwia krwi św. Wawrzyńca),

Mugnano del Cardinale (relikwie św. Filomeny)

i Torre Le Nocelle (relikwie krwi św. Cyriaka),

oraz docierając do świadków, teologów, dziennikarzy i naukowców.

Zabieramy Cię zatem, drogi Czytelniku, w podróż, podczas której poznasz nie tylko niezwykłe „krwawe” relikwie, frapujące historie, rzetelne argumenty, jak również wiele innych fascynujących miejsc, ciekawych ludzi, gorących klimatów i intrygujących tematów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Relikwie świętych niejedno mają „imię”. Najczęściej są nimi kości, zdarzają się jednak również inne części ciała – włosy, fragmenty serca, a nawet cudownie zachowane mózgi. Są także relikwie drugiego stopnia. To należące do nich przedmioty: sutanny, koszule, okulary, pisane przez nich listy.

Do najbardziej osobliwych i tajemniczych należą jednak relikwie krwi. Niektóre z nich są zwykłymi zaschniętymi skrzepami, ale są i takie, które zachowują się tak, jakby wciąż... żyły. Od wieków ciekawskich przyciągają znajdujące się w Neapolu relikwie krwi św. Januarego, które regularnie zmieniają swój stan skupienia ze stałego w ciekły i odwrotnie. Nad tajemnicą tej niezwykłej przemiany wciąż pochylają się teologowie i naukowcy.

Ja i Agnieszka Gracz postanowiliśmy podążyć ich śladem. Naszym religijnym śledztwem objęliśmy jednak również podobnie się zachowującą krew św. Patrycji, św. Pantaleona, św. Wawrzyńca i św. Cyriaka.

Aby zgłębić te tajemnicę, podróżowaliśmy do Włoch i Hiszpanii, odwiedziliśmy Neapol, Madryt, Amaseno, Mugnano del Cardinale i Torre Le Nocelle. Przyglądaliśmy się relikwiarzom, „przesłuchiwaliśmy” świadków – teologów, dziennikarzy i naukowców, szperaliśmy w rozlicznych źródłach...

Zabieramy Cię zatem, drogi Czytelniku, w podróż, podczas której poznasz nie tylko niezwykłe „krwawe” relikwie, frapujące historie dotyczące ich pochodzenia oraz świętych, do których one przynależą, argumenty naukowców próbujących rozwikłać ich zagadkę, ale także wiele innych fascynujących miejsc, ciekawych ludzi, gorących klimatów i intrygujących tematów...

Rozdział I W Neapolu ze św. Januarym

Pierwsza zza masywnych, otwartych na oścież drzwi neapolitańskiej katedry wyłoniła się św. Rita. W nieśmiałych promieniach majowego popołudniowego słońca prezentowała się nad wyraz godnie, ba! olśniewająco. Schodziła po schodach powoli i z godnością. Lekko przygarbiona, z miłością spoglądała na trzymany w dłoniach duży krucyfiks. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że to ona, rozwiał je anonsujący ją, stojący na czerwonym podium kapłan. Została powitana falą oklasków zgromadzonych przed świątynią wiernych. Chór zaintonował fragment hymnu Kościół Zmartwychwstałego.

Po niej w stroju ksieni i z pastorałem w ręku pojawiła się św. Gertruda, mistyczka z niemieckiej Helfty, a tuż za nią dzierżąca palmę w dłoni św. Łucja z Syrakuz. Smętnie spoglądały na nas niesione przez nią na tacy... niebieskie oczy, symbol jej męczeństwa. Potem kapłan zaanonsował św. Marię Franciszkę od Pięciu Ran, pierwszą neapolitankę wyniesioną do chwały ołtarzy. I choć – z twarzą pooraną zmarszczkami i wychudłą od ascezy – nie była piękna, jej przybycie wywołało spory aplauz. Wiadomo, swojaczka.

Po niej – zamiast zapowiadanego św. Alfonsa ­Liguoriego – tuląc Dzieciątko Jezus w ramionach, wyszedł ze świątyni św. Jan Józef od Krzyża, mało znany poza Neapolem franciszkanin z przełomu XVII i XVIII wieku, patron wysepki Ischia. Podążający za nim z regułą zakonu pod pachą założyciel redemptorystów, najwyraźniej chciał spłatać wszystkim figla, zamieniając się z nim miejscami.

Następny, w srebrno-złotej szacie z przedstawieniami obracających się w gruzy budynków, pojawił się w drzwiach znany mi biskup i męczennik św. Emidiusz. Znany, bo ten patron chroniący przed trzęsieniami ziemi – choć do dziś nie mogę pojąć, dlaczego właśnie on – w pozie leżącej na wznak znajduje się w rzeźbionym relikwiarzu pod głównym XIX-wiecznym ołtarzem bazyliki Dominikanów w moim rodzinnym Krakowie.

Potem ukazywali się kolejno: bohater hucznie obchodzonego w Neapolu styczniowego święta – św. Antoni Opat, św. Klara z Asyżu z monstrancją w dłoni, biskup Neapolu św. Euzebiusz, św. Filip Neri z płonącym sercem, św. Teresa z Ávili i założyciel dominikanów św. Dominik Guzman. Sporo braw zebrała nieznana szerzej poza Neapolem św. Patrycja w złotej koronie na głowie i z lilią w dłoni. Święty teatyn Andrzej z Avellino kroczył przed patronem Kalabrii św. Franciszkiem z Paoli. Za nimi w drzwiach katedry pojawiła się Ta najcudowniejsza i najpiękniejsza, Ta, która wśród ludzi nie ma sobie równych, Dziewica, Matka i Królowa – Niepokalana z półksiężycem u stóp i wieńcem z dwunastu złotych gwiazd nad głową. Przywitano Ją nie tylko oklaskami i śpiewem, ale także modlitwą.

Bohater wychodzi na scenę

Myślicie, że opowiadam Wam swój sen? Nie, to wcale nie był sen. W sobotę 6 maja 2017 roku ja i towarzysząca mi w znacznej części mojej podróży śladami krwi świętych Agnieszka staliśmy na schodach katedry w Neapolu, podziwiając niezwykłą paradę, bo święci Pańscy naprawdę przed nami paradowali, tyle że wyobrażeni za pomocą masywnych, pięknie rzeźbionych, srebrnych popiersi (busto reliquiario). Ba! obecni byli nie tylko duchowo, ale również cieleśnie, bowiem w każde z popiersi lub – tak jak w przypadku św. Rity czy św. Marii Franciszki – w całą postać wkomponowane było małe oszklone „oczko” z fragmentem doczesnych szczątków każdego z nich.

Tym razem to nie Maryja była „gwoździem programu”. Jej pojawienie się nie ostudziło emocji. Ludzie czekali na innego bohatera wieczoru. Zanim nadszedł, krótką mowę wygłosił gospodarz diecezji kard. Crescenzio Sepe. Kiedy skończył, stało się wreszcie to, na co tak długo czekano. W relikwiarzu zawierającym ampułkę z jego krwią oraz w najpiękniejszym i najcenniejszym, odzianym w biskupie szaty busto skrywającym jego czaszkę, wyszedł on – św. January, największy i najważniejszy patron Neapolu. Towarzyszyli mu karabinierzy w galowych mundurach, z fantazyjnymi kapeluszami na głowach.

Inni święci, nawet sama Maryja, byli tego dnia jedynie niebiańską świtą św. Januarego. W jego orszaku znajdowała się jednak nie tylko owa wyniesiona z wielką pompą „zakuta” w srebro mocna reprezentacja kilkunastu z pięćdziesięciu dwóch (!) współpatronów miasta (chyba nie ma ich tylu żadne inne miasto na świecie; we Włoszech, po Neapolu, sytuuje się Wenecja z dwudziestoma pięcioma patronami), piastujących tę funkcję w różnych latach i epokach, ale także wielu innych świętych niesionych przez licznie przybyłych duchownych w mniejszych relikwiarzykach.

Święci schodzili wolno i majestatycznie i ustawiali się przy czekających na nich sztandarach. Na via Duomo formowała się wielka procesja.

Prosto z... Mostu na rzece Kwai

Miałem niebywałe szczęście. Ludzie niosący wspaniały relikwiarz ozdobiony wielkim południowoamerykańskim szmaragdem, zawierający tekę z ampułkami z krwią św. Januarego zatrzymali się tuż koło mnie. Dzieliła nas tylko barierka. Wychyliwszy się nieco, podziwiać mogłem więc nie tylko relikwiarz, ale również wypełniającą ampułkę ciemnoczerwoną ciecz. „Porusza się? Nie porusza?” – zastanawiał się głośno jeden ze stojących za mną Włochów. „Porusza się” – stwierdził w końcu, przekonując wszystkich naokoło, że udało mu się dostrzec niewielkie wahnięcie się poziomu krwi. Miałem co do tego poważne wątpliwości.

Kiedy po jakichś dziesięciu minutach św. January ze swoją czaszką i krwią dołączył wreszcie do pozostałych świętych, orkiestra karabinierów zaczęła grać... Tu-ru tu-ru-ru tu tu tu – zagrzmiały dęciaki, a potem zadźwięczały talerze i zadudnił bęben. Przecież to... No nie... Nie mogłem uwierzyć... Ależ tak... Most na rzece Kwai. Muzyka Malcolma Arnolda. Dlaczego Most na rzece Kwai? – zachodziłem w głowę. No cóż, może na tę samą nutę śpiewa się jakąś neapolitańską religijną pieśń. Kto tam rozgryzie ludzi, którym tylko fiesty w głowie. Nie próbowałem nawet.

Niosący busty zaczęli... podrygiwać do rytmu i wreszcie się zaczęło. Najpierw majestatycznie nad głowami wiernych zaczął płynąć krzyż, potem ruszyli święci, a za nimi duchowni i oficjele – przedstawiciele władz miasta, grupy najważniejszych czcicieli i promotorów kultu św. Januarego, czyli członkowie Deputacji i Komitetu, kapłani i arcybiskup Neapolu kard. Crescenzio Sepe wraz z biskupami. Po nich wyruszyli wreszcie niosący relikwie świętego – krew w relikwiarzu i popiersie z jego głową. Na końcu sunęli liczni neapolitańscy wierni.

Procesja przeciskała się wąziuteńkimi uliczkami historycznego centrum Neapolu. Uczestnicy kluczyli pomiędzy śmigającymi jak gdyby nigdy nic skuterami i autami, mijali się z przebijającymi się pod prąd indywidualnymi turystami, a nawet całymi wycieczkami. Policja nie kierowała ruchem, ale nikomu to jakoś specjalnie nie przeszkadzało.

Nad naszymi głowami powiewało suszące się pranie – bielizna, prześcieradła, ręczniki, koszulki małych piłkarzy z nazwiskami ich idoli (byli wśród nich także grający w barwach SC Napoli Polacy – Milik i Zieliński). Niektórzy ludzie machali nam z balkonów. „Niech żyje św. January!” – wykrzykiwali.

Po Moście na rzece Kwai orkiestra nie zagrała już żadnych innych świeckich melodii, a idący w procesji wierni zaczęli odmawiać litanię do św. Januarego. Tak szliśmy noga za nogą via Duomo, via Tribunali, via delle Zite, via Forcella, via San Biagio dei Librai (podaję to dla tych, którzy lubią sprawdzać wszystko na mapie!). Zatrzymywaliśmy się kilka razy – przed parafialnymi świątyniami św. Agrypina, św. Filipa i Jakuba i św. Dominika. Z kadzielnicami w dłoniach, przy dźwiękach kościelnych dzwonów witali tam św. Januarego i kard. Sepe zarówno proboszczowie, jak i lokalne kopie busto.

Krew się rozpuściła!

Po niespełna godzinie procesja, zwana też paradą, zgodnie z tradycją dotarła do jednej z najpiękniejszych świątyń miasta – franciszkańskiej bazyliki św. Klary. Popiersie świętego spoczęło na specjalnie przygotowanym miejscu po lewej stronie ołtarza, a relikwiarz z krwią – po prawej.

Kiedy gwar tłumu wiernych wreszcie nieco ucichł i wszyscy znaleźli już kawałek przestrzeni dla siebie, rozpoczęły się główne uroczystości. Ich najważniejszym punktem była Msza Święta, której przewodniczył arcybiskup Neapolu kard. Crescenzio Sepe. Dopiero po niej rozpocząć się miał ceremoniał, który wśród tłumów wiernych zgromadzonych w kościele św. Klary wzbudzał największe emocje.

Zanim to jednak nastąpiło – tuż po zakończeniu Mszy Świętej – kard. Sepe przekazał relikwiarz z fragmentem kości czaszki św. Januarego duchownym prawosławnym z Białorusi (relikwia trafiła do katedry w Soligorsku).

Potem odmówiono specjalne modlitwy. Następnie kardynał wziął do ręki tekę z ampułkami wyjętą z relikwiarza, obrócił ją w jedną i w drugą stronę... i nic. Choć poruszał teką – ku rozczarowaniu oczekujących – krew się nie rozpuściła. Po ogłoszeniu tego ponowiono modlitwy, po których hierarcha znów kilka razy przechylił tekę na boki, spojrzał na ampułkę i się uśmiechnął. Zgodnie ze zwyczajem, stojący obok niego przedstawiciel Deputacji dr Mariano Bruno, machając białą chusteczką, obwieścił wszystkim obecnym radosną wieść: krew się rozpuściła. Rzesza wiernych zareagowała na tę wieść burzliwymi oklaskami i okrzykami. Wielu odetchnęło z ulgą, bowiem poprzednim razem – w grudniu – nie doszło do cudownej przemiany, co w powszechnej opinii oznaczało, że miastu, a nawet światu grozi jakieś poważne niebezpieczeństwo.

Deszcz kwiatów i ptaszków tysiące

Ponad sto lat temu majowe uroczystości wyglądały nieco inaczej. Tekę z krwią wyjmowano z relikwiarza nie o godzinie 17.00, ale już od rana modlono się o cud. 4 maja 1901 roku w wydarzeniu tym uczestniczył nasz rodak, autor Chłopów, noblista Władysław Stanisław Reymont.

„Towarzysze moi pojechali na Caprerę, a ja około ósmej rano poszedłem do kościoła. Ulice główne, prowadzące do katedry od Via Nazionale, były pokryte bramami triumfalnemi i łukami, przerzucanemi od domu do domu, na których powiewały barwy i sztandary z herbami domu Sabaudzkiego i wielkie monogramy Świętego – pisał Reymont w jednym z trzech szkiców literackich opublikowanych pod wspólnym tytułem Z ziemi polskiej i włoskiej. – Kaplica była tak przepełniona, że z wielkim trudem, bocznemi drzwiami, dostałem się do środka, niezbyt daleko od ołtarza wielkiego. Tysiące świec i lampek płonęło na ołtarzu i w całej kaplicy. Stopnie ołtarzy, kolumny, lichtarze nawet tonęły pod masą kwiatów. Przysłonięte okna rzucały posępny cień, w którym te masy żółtych świateł tworzyły niby mozaikę bizantyjską, rozbłyskującą tłem złotem. Z wielkich bronzowych kadzielnic, stojących z boku ołtarza, płynęły ustawicznie czerwonawe długie pasma dymów i rozwłóczyły się wolno nad głowami pobożnych postrzępionym obłokiem, snuły się wkoło kolumn i niby siecią pajęczą przysłaniały wszystko.

Wpół do dziesiątej – jakiś stary ksiądz, cały w purpurze, złożył popiersie św. Januarego na ołtarzu, z lewej strony, wtedy księża, siedzący dotąd długiemi szeregami w stallach, zaczęli się podnosić, zapalać świece, iść ku ołtarzowi – i ustawiać się z obu stron, na stopniach.

Przy księdzu, który złożył popiersie, stanęło kilku najstarszych wiekiem.

Głowa świętego jest zamknięta w popiersiu srebrnem, złoconem, przedstawiającem twarz jego podług najdawniejszych tradycyj i pomników. Popiersie pokryte godłami dostojności biskupiej i ozdobione przepysznemi kamieniami. Mitra szyta perłami i złotem, a sznur ogromnych pereł spada na ramiona świętego.

Naraz gwar cichy, szmery, westchnienia, wszystko to ucichło, bo ksiądz, podtrzymywany pod ramiona, podniósł popiersie do góry i trzymał, okazując je ludowi. Przez kaplicę przeleciał jakby wicher splątany z tysiąca krzyków, tłum zakołysał się gwałtownie, uderzył o bronzową balustradę prezbiterjum i opadł ciężko na kolana w pył i smugi dymów, który zakrył wszystkich jakby obłokiem.

Wyjęto ze skrzyneczki okrągłej relikwjarz z krwią męczennika. (...)

Ksiądz zeszedł z relikwjarzem do balustrady i uniósł go w górę, dwóch świeciło z tyłu ścianek kryształowych.

– San Gennaro! San Gennaro!

Buchnął jeden olbrzymi krzyk z tysiąca piersi, przedarł się przez dymy i mroki i bił w kamienne sklepienia wielkiemi rytmami uniesienia, wiary, miłości i prośby.

Ksiądz z relikwjarzem cofnął się do ołtarza i dał go do całowania najbliżej stojącym i głosem mocnym rozpoczął modlitwy.

– San Gennaro! San Gennaro! – jęczał, prosząc, tłum, i zaczął głośno powtarzać za księżmi hymny: głosy się podnosiły, rozpalały, brzmiały coraz większą prośbą, ręce wyciągano do ołtarza, łzy płynęły strumieniami, usta się trzęsły, płacz przechodził w łkanie, spazm jakiś ogarniał wszystkich i trząsł, łamał i rzucał nimi coraz potężniej.

Po kilkunastu minutach wziął relikwjarz ksiądz drugi, ten pierwszy nie był już w stanie utrzymać się na nogach ze zmęczenia.

Krzyki i płacze podniosły się jeszcze gorętsze, kobiety, klęczące najbliżej, zaczęły drżeć całem ciałem, padać twarzą na posadzkę i zduszonemi przez łkanie głosami wołały, prosiły o cud.

– San Gennaro! San Gennaro!

Jeden tylko jęk wstrząsający było słychać. Kaplica zdawała się drżeć od brzmień.

Światła świec i dymy chwiały się i kłębiły, niby tuman, w który wichry biją, a z głównego kościoła, wielkiemi drzwiami, wdzierał się taki sam potok płaczów, krzyków, modlitw i próśb o cud.

Wtem ksiądz, trzymający relikwjarz, dał znać ręką – przycichnął orkan i wyciągnięte ręce, twarze rozpłakane, oczy błagające, ciała wyprężone, usta niedomknięte, wszystko to jakby skamieniało.

Cud się spełnił.

– Te Deum laudamus! – zaintonował ksiądz.

– Te Deum laudamus! – powtórzył chór i rozległy się poważne, namaszczone, przeniknięte uwielbieniem dźwięki hymnu i wznosiły się spokojnie ponad orkan krzyków radości, który wybuchnął w kościele, ponad grzmiący odgłos braw, jakie się rozległy.

– Bene! San Gennaro! Bene!

– Bravo, San Gennaro!

– Bravo, San Eccelenza, bravo! – krzyczeli z całą gwałtownością swojego temperamentu i deszcz kwiatów, bukiecików, wieńców, gałązek laurowych zaczął zalewać ołtarz, padać na księży, na balustrady, na stalle i posadzki; tysiące ptaszków, przyniesionych w klatkach, przeważnie kanarków, wypuszczano pośpiesznie na wolność i ten rój skrzydlaty ze świergotem ulatywał, obsiadał ołtarze, chwiał się na kapitelach kolumn, fruwał po głowach posągów, bił skrzydłami o kolorowe okna, trzepotał się w przyćmionem świetle i zapełniał kościół cudownemi głosami gajów.

– Bravo, San Gennaro! – wołał wciąż tłum ogromnym głosem rozradowania i cisnął się do ołtarza, aby ujrzeć tę zeschłą krew, przemienioną na kilka chwil w płyn krwi świeżej.

Koło prezbiterjum powstał taki szalony ścisk, tak mocniejsi kułakowali słabszych, tak się wprost tratowano, że się musiałem wycofać na bok, nie zobaczywszy dobrze. Zgnieciony i zmięty, napół żywy z gorąca, wydostałem się na ulicę”1.

Czy wieczorem tamtego dnia także odbyła się procesja? Chyba nie, bo o tym Reymont nic już nie wspomniał.

Biskup męczennik

Ciekawi Was zapewne, kim był św. January. Otóż wywodził się on najprawdopodobniej z gens Ianuaria – nobliwego arystokratycznego rodu, który w czasach pogańskich szczególną czcią otaczał „dwulicowego” bożka Janusa. Ianuario znaczyłoby zatem „poświęcony Janusowi” (wynika z tego, że January to raczej nazwisko niż imię). Pewna starożytna tradycja przypisuje mu zaś inne imię – Prokulus.

Jako datę przyjścia na świat Januarego podaje się często 272 rok. Gdzie się urodził? Nie za bardzo wiadomo. Do dziś toczą o to boje mieszkańcy Benewentu i Neapolu. Jako młody człowiek (ponoć mając zaledwie 20 lat!) został biskupem Benewentu i pełnił tę posługę w czasach prześladowań chrześcijan rozpętanych przez cesarza Dioklecjana. Tradycja głosi, że pomagał wszystkim bez wyjątku i z tego względu cenili go również poganie.

Pewnego dnia – o czym zaświadcza najstarszy życiorys św. Januarego, czyli tak zwane Akta Bolońskie z przełomu VI i VII wieku – biskup Benewentu dowiedział się, że jego przyjaciel (a może także krewny) liczący sobie około 30 lat, „roztropny i pełen lęku przed poganami” diakon Sozjusz (Sossus) z Miseno (była to mała mieścina na półwyspie pod Neapolem) znalazł się w więzieniu w Puteoli (tak zwano wówczas dzisiejsze miasteczko Pozzuoli). Zakuwszy w łańcuchy, uwięził go tam rządzący w imieniu cesarza namiestnik Drakoncjusz. Za co? Dokładnie tego nie wiemy. Być może za to tylko, że był chrześcijaninem, a być może za to, że występował przeciwko kultowi przepowiadającej przyszłość Sybilli Kumańskiej, do której tłumnie pielgrzymowali poganie (starożytne Cumae z jaskinią Sybilli znajdowało się bowiem zaledwie kilka kilometrów od Puteoli).

January wybrał się do więzienia wraz z diakonem Festusem i lektorem Dezyderiuszem. Chciał udzielić Sozjuszowi duchowego wsparcia, utwierdzić go w wierze. Najprawdopodobniej nie miał jednak złudzeń, że zdoła go stamtąd wydostać. Już wcześniej otrzymał bowiem znak z nieba, że jego przyjaciel zostanie męczennikiem.

„Z jakiego powodu uwięziłeś tego męża Bożego?” – wykrzyknął biskup, stając u bram więzienia. Strażnicy donieśli o tym Drakoncjuszowi, a ten kazał aresztować wszystkich trzech przybyłych mężczyzn i przyprowadzić ich przed swoje oblicze. Akta Bolońskie opisują dość oszczędny w słowach dialog, jaki się wtedy wywiązał.

„Człowieku, jaką religię wyznajesz?” – zapytał Drakoncjusz Januarego. „Jestem chrześcijaninem i biskupem” – odparł zapytany. „Z jakiego miasta?” – kontynuował sędzia. „Z kościoła Benewentu” – usłyszał. „A kim są oni?” – spytał sędzia, wskazując na dwóch pozostałych. „Jeden jest moim diakonem, a drugi lektorem” – odparł biskup. „Czy oni też uważają się za chrześcijan?” – drążył sędzia. „Oczywiście – stwierdził January. – I ufam Panu Jezusowi Chrystusowi, że gdyby miano ich przesłuchiwać, nie będą zaprzeczać, że są chrześcijanami” – dodał. Drakoncjusz zwrócił się zatem z tym pytaniem do Festusa i Dezyderiusza. „Jesteśmy chrześcijanami i gotowi jesteśmy umrzeć z miłości do Boga” – potwierdzili. Wówczas rozgniewany namiestnik, który pełnił też funkcję sędziego, rozkazał Januaremu, aby – zgodnie z cesarskim dekretem – złożył ofiarę pogańskim bogom i zapewnił, że jeśli tak uczyni, wyjdzie z tego bez szwanku. „Każdego dnia składamy ofiarę uwielbienia naszemu Panu, wszechmocnemu Jezusowi Chrystusowi, a nie twoim fałszywym bożkom!” – odważnie oświadczył January. Słysząc to, sędzia kazał zamknąć ich w więzieniu, a następnego dnia na arenie miejskiego amfiteatru wraz z Sozjuszem rzucić ich na pastwę dzikich niedźwiedzi.

Arenę przygotowano, przywiedziono też skazańców, wyroku ad bestiam jednak nie wykonano. Czy dlatego, że – jak czytamy w „Aktach Bolońskich” – Drakoncjusz spóźnił się i było już na to za późno, czy też – jak chcą inni – uległ presji tłumów (skazańcy byli przecież Rzymianami). Niezależnie jednak od tego, jaka była przyczyna, sędzia zabrał ich wszystkich z powrotem do sądu i wydał nowy wyrok. „Biskup January, Sozjusz, diakon Festus i lektor Dezyderiusz, którzy zadeklarowali, że są chrześcijanami, i pogardzili naszymi [rzymskimi] prawami” zostaną zdekapitowani – jednym słowem kat odetnie im głowy.

Kiedy prowadzono skazańców na męczeńską śmierć, z tłumu wyszedł pewien prokonsul (z czasem stał się on w hagiografiach Prokulusem), diakon kościoła w Puteoli, oraz dwóch innych świeckich chrześcijan – Eutyches i Akucjusz. „Czym zawinili ci ludzie, że skazano ich na śmierć?” – zapytali. To wystarczyło. Zadali tylko jedno, niewinne z pozoru pytanie, które podało w wątpliwość wydany wyrok. Niezwłocznie doniesiono o tym Drakoncjuszowi, który nakazał ich aresztować i ściąć z pozostałymi.

Kolejnym człowiekiem, którego skazańcy napotkali na swojej drodze, był pewien biedny staruszek. Miał on nadzieję, że kontakt ze świętymi męczennikami wyjedna mu u Boga szczególne łaski. Upadł więc na twarz do stóp Januarego i zapytał, czy jest godzien otrzymać jakiś fragment jego szat. „Kiedy moje ciało będzie już martwe, wiedz, że osobiście podaruję ci chusteczkę [najprawdopodobniej chodziło o stułę], którą będę miał zawiązane oczy” – zapewnił go biskup.

Po dotarciu na teren Solfatary, wulkanicznego krateru, a jednocześnie kopalni, gdzie pozyskiwano siarkę, biskup January uklęknął i zatopił się w modlitwie. „Panie Boże Wszechmogący, w ręce Twoje oddaję ducha mego” – wyszeptał. Następnie wstał, zasłonił sobie oczy chusteczką (stułą?), padł na kolana i przykładając dłoń do szyi, poprosił kata, by spełnił swoją powinność. Kat włożył w uderzenie sporo siły, za jednym zamachem odcinając nie tylko głowę, ale także palec biskupa. Po Januarym zgładzeni zostali również pozostali skazańcy.

January spełnił przyrzeczenie dane starcowi. Ukazał się mu i wręczył obiecaną chusteczkę (stułę). Uradowany staruszek, z wielką czcią schował ją za pazuchę. Kat i żołnierze, nie widząc tego, natrząsali się z mężczyzny. „No i co? Dostałeś to, co obiecał ci ten ścięty przez nas skazaniec?” – pytali. „Oczywiście” – odparł starzec i pokazał im swój skarb. Jakież było ich zdziwienie.

W Aktach Bolońskich czytamy też, że matka Januarego, która pozostała w Benewencie, na trzy dni przed śmiercią syna miała sen, w którym wiedziała go ulatującego ku niebu. Znajdujemy tam także fragment mówiący o tym, że po zapadnięciu zmroku w tajemnicy zabrano ciała zabitych chrześcijan, aby pogrzebać je na prywatnej ziemi. January miał ukazać się wtedy jednemu z tych, którzy szli po ciała, i przekazać mu informację o swoim odciętym palcu. „Odszukaj go i dołącz do reszty ciała” – polecił.

Młodszy, bo z IX wieku, żywot św. Januarego zwany „Aktami Watykańskimi”, choć nie zmienia sensu całości, to wprowadza do tej historii nieco zamieszania. Dodaje bowiem sporo mniej lub bardziej wiarygodnych szczegółów. Opowiada o tym, że nakaz uwięzienia Januarego wydał nie Drakoncjusz, ale Tymoteusz, nowy namiestnik Kampanii, i że przetransportował go do Noli, gdzie rezydował. Tam biskupa nakłaniano do wyparcia się wiary, ale oczywiście nic nie wskórano (no może oprócz biskupiego zapewnienia, że za bluźnienie prawdziwemu Bogu Tymoteusza spotka kara – „stanie się niemy, głuchy i jak ślepiec”).

Żywot ten szczegółowo opisuje również tortury, jakim miał zostać poddany January (między innymi wrzucenie do rozpalonego pieca, z którego wyszedł bez szwanku). Festus i Dezyderiusz mieli dołączyć do niego dopiero w Noli. Przybyli tam za nim z Benewentu, oświadczyli, że są chrześcijanami i – jak można się było spodziewać – także trafili do celi. Rozsierdzony Tymoteusz zabrał wówczas wszystkich trzech do amfiteatru w Pozzuoli, by na arenie – ku uciesze gawiedzi – razem z uwięzionym wcześniej Sozjuszem, Prokulusem, Eutychesem i Akacjuszem rzucić ich na pastwę dzikich zwierząt. Jakże wielkie musiało być jego zdziwienie, gdy wygłodniałe bestie, zamiast ich pożreć, spoczęły jak łagodne owieczki u stóp biskupa.

Wówczas Tymoteusz zabrał ich do sądu i zmienił wyrok na ścięcie. Na to January wzniósł oczy ku niebu i... Tymoteusza dosięgła kara: oślepł. Kiedy mrok otoczył sędziego, zaczął on błagać skazańca o pomoc. Biskup ponownie podniósł oczy ku niebu i poprosił Boga, by uzdrowił namiestnika Kampanii. I tak się stało.

„Czy nie należy się obawiać tak wielkiego Boga i tak wielkiego człowieka? Czyż za jego śmierć Bóg nie zemści się na nas i nie ukarze nas śmiercią?” – zaczęli wykrzykiwać zgromadzeni w sądzie świadkowie tych wydarzeń. Tymoteusz okazał się jednak nieugięty i wyroku nie zmienił. Januarego i jego sześciu towarzyszy ścięto.

Stać się to miało 19 września 305 roku. Tego dnia Kampania – która do tej pory była wolna od krwawych prześladowań wyznawców Chrystusa – skropiona została krwią swoich pierwszych męczenników.

Tak o życiu i męczeństwie św. Januarego – głównego patrona Neapolu i wielu okolicznych miejscowości, krwiodawców, złotników, włoskich emigrantów, a także zawałowców i osób chorujących na miażdżycę (ten ostatni patronat nadał świętemu w 2014 roku kard. Crescenzio Sepe) – oraz jego towarzyszy opowiadają jego mniej lub bardziej wiarygodne najstarsze żywoty i pasje.

W tych najstarszych dokumentach próżno szukać jednak jakiejkolwiek wzmianki o krwi świętego. Legenda o tym, że tuż po ścięciu około 30-letniego biskupa pobożna kobieta o imieniu Eusebia zebrała jego krew do dwóch szklanych ampułek narodziła się najprawdopodobniej nieco, a może nawet dużo później.

Nie wiemy też dokładnie, w jaki sposób Eusebia miała zbierać tę krew. Czy robiła to gąbką z ziemi lub kamienia, czy też – jak wyobrażał to sobie na obrazie z 1727 roku Girolamo Pesce – bezpośrednio z tryskających krwią przeciętych żył i tętnic.

Ciało Januarego pogrzebano na prywatnej własności ziemskiej – polu Marciano (Agro lub Campo Marciano), aby uchronić je od zbezczeszczenia przez pogan. Dokąd zabrane zostały czaszka i ampułki? Co do czaszki – nie za bardzo wiadomo (ponoć Rzymianie w przypadku skazańców zabraniali chować ją razem z ciałem), a krew – jeśli wierzyć legendom – być może zabrała do siebie Eusebia.

Krew na kamieniu?

To, że do cudownego lub – jak kto woli – niezwykłego zjawiska rozpuszczenia się krwi św. Januarego doszło już w sobotę, było dla nas szczęśliwym trafem. Jeśli by się tak nie stało, musielibyśmy zostać w Neapolu i przez kolejnych osiem dni, w czasie których relikwiarz ukazywany jest wiernym i przez nich adorowany, czatować na to wydarzenie. Na szczęście doszło do przemiany i zamiast pędzić rankiem do katedry mogliśmy pojechać na miejsce zbrodni – do Pozzuoli.

Kościół Kapucynów – sanktuarium św. Januarego – w Pozzuoli stoi na niewielkim wzniesieniu, z którego roztacza się piękny widok na morze. Wybudowano go po to, by godnie upamiętnić śmierć świętego. W XVI wieku stanął na miejscu znacznie starszej bazyliki z przełomu VI i VII wieku, zniszczonej po wybuchu wulkanu Solfatara w 1198 roku.

Świątynia jest niewielka i skromna, ale pełna januaryjnych pamiątek. Loc decollaciois santi Ianuarii et sociorus eius („Miejsce ścięcia Januarego i jego towarzyszy”) – głosi napis na jednym z kościelnych filarów, wmurowany pod piękną XVII-wieczną marmurową płaskorzeźbą autorstwa Lorenzo Vaccaro przedstawiającą ścięcie świętego. W tle dzieła siedzi rzymski namiestnik, przy Januarym zaś klęczy Eusebia trzymająca w jednej ręce gąbkę, a w drugiej ampułkę. Moment tuż po ścięciu i pobożną niewiastę zbierającą krew przedstawia również obraz w ołtarzu. Czy istotnie dokładnie w tym właśnie miejscu to się stało? Pewności co do tego nie mamy i pewnie już nigdy mieć nie będziemy.

Freski na sklepieniu kościoła ukazują inne sceny z życia św. Januarego – skazanie na śmierć przez Drakoncjusza, świętego w glorii, pośmiertne ukazanie się męczennika starcowi i przekazanie mu opaski na oczy, a także procesję z jego popiersiem w czasie szalejącej w okolicy zarazy.

Sercem sanktuarium jest kaplica św. Januarego, w której – jeśli spojrzymy w górę – dostrzeżemy fresk przedstawiający świętego stojącego na arenie w otoczeniu lwów i... tygrysa. To właśnie w tej kaplicy zdeponowane są najcenniejsze przedmioty. W ściennej niszy, za chroniącymi je drewnianymi drzwiczkami i pancernym szkłem znajduje się kamień, na którym – jak głosi tradycja – św. January miał zostać ścięty. Widnieją na nim „krwawe” ślady, które w czasie, gdy w katedrze krew świętego ulega rozpuszczeniu, przybierają ponoć bardziej intensywną czerwoną barwę.

W 1980 roku naukowcy wzięli ów kamień pod lupę i orzekli, że pochodzi on ze starożytnego, wczesnochrześcijańskiego ołtarza i czasowo jest o jakieś kilkaset lat późniejszy niż wydarzenie, jakim była dekapitacja świętego. „Krew” to czerwona farba – pozostałość po jakimś malowidle – połączona ze śladami wosku ściekającego ze stojących na tym ołtarzu świec, a rzekoma zmiana barwy to jedynie wynik sugestii.

Kapucyni nie negują wyników owych badań. Umieszczona obok relikwiarza informacja głosi, że ów kamień to marmurowy blok, który podtrzymywał mensę ołtarza w środkowej części niszy zawierającej relikwie męczenników, i że datowany jest obecnie na VI wiek. W opisie przywołane zostają również przekonania, że to kamień, na którym ścięto Januarego lub na którym po śmierci spoczywało jego ciało i że w opinii wiernych naznaczony jest krwią świętego, która od czasu do czasu zmienia kolor. I choć naukowcy mają pewnie rację, to jednocześnie wierzyć się nie chce, że w wielowiekowej tradycji nie ma jakiegoś choćby najmniejszego ziarnka prawdy.

Przyjrzeliśmy się owemu kamieniowi i zauważyliśmy, że istotnie, było na nim coś czerwonego. Ślady te widzieliśmy jednak po raz pierwszy, więc – nie mając żadnego porównania – nie mogliśmy stwierdzić, czy są mniej czy bardziej czerwone niż zwykle. Wezwany na pomoc kapucyn z Brazylii też nie mógł tego orzec, a w klasztorze nie było tego dnia żadnego „tubylca”.

Po drugiej stronie starożytnego ołtarza, na którym widnieje wizerunek Januarego przedstawionego w czasie mistycznej ekstazy, znajduje się kolejna pozzuolska „świętość”. Chodzi o uznawane za najstarsze z istniejących marmurowe popiersie świętego (z doklejonym nosem!) stojące na podstawie relikwiarza wykonanego przez złotników francuskich w XIV wieku (znajdujące się na nim intarsje wyobrażają dwie ampułki z krwią). I choć znów tradycja głosi, że busto pochodzić ma z czasów antycznych, współczesnych męczennikowi, że nos obcięli mu Saraceni atakujący Pozzuoli w 761 roku (scenę tę przedstawia jeden z fresków w sanktuarium), a znaleźli go w swoich sieciach rybacy z Bacoli, to także co do tych faktów naukowcy mają sporo wątpliwości.

Jakby jednak nie było, św. January jest tu gorliwie czczony, biorąc pod swoją opiekę tych, którzy proszą go o pomoc i wstawiennictwo. Świadczy o tym wyłożona przed jego popiersiem pełna wpisów księga próśb i podziękowań za łaski otrzymane za jego przyczyną. Wierni – nie bez racji – wciąż wierzą w jego wstawiennictwo, a on wciąż się im za to sowicie odpłaca.

W piekle Solfatary

Wszystkie żywoty św. Januarego są co do tego zgodne – zginął on na wulkanicznym terenie Solfatary. Niektórzy piszą o kopalni siarki i to też się zgadza – wydobywano tu bowiem ów bardzo cenny surowiec.

Czy jednak święty ścięty został dokładnie w tym miejscu, w którym wznosi się obecny kościół? Czy może miejsce to wybrane zostało przypadkowo i jedynie symbolicznie? Nikt nie był w stanie nam tego wyjaśnić. W najwyższym punkcie wulkanu – na krawędzi stożka – stoi biały metalowy krzyż, ale on też nie wyznacza dokładnego miejsca śmierci, ale jest jedynie jej symbolem.

Z sanktuarium poszliśmy obejrzeć z bliska Solfatarę, owego znanego od starożytności drzemiącego wulkanicznego potwora. Na własne oczy chcieliśmy zobaczyć ziemię i kamienie, z których zebrana miała zostać krew męczennika.

Solfatarę, zwaną też Forum Vulcani, uważano za mityczne wejście do starożytnego rzymskiego piekła. Jego obecna nazwa pochodzi od sulphur terra, czyli „siarkowa ziemia”.

Solfatara to jeden z kraterów superwulkanu Campi Flegrei (Pól Flegrejskich – jednego z najbardziej aktywnych sejsmicznie miejsc na ziemi, na które składa się aż 24 kraterów i stożków wulkanicznych). Ostatni raz do jego wybuchu doszło w XII wieku, ale wciąż wykazuje oznaki życia.

Na płaszczyznę wulkanicznego krateru dotarliśmy niezapowiadającym niczego ciekawego, pełnym niskich drzewek i krzewów zielonym zagajnikiem i... oniemieliśmy z wrażenia. To miejsce absolutnie niesamowite, kosmiczne. Nie dziwota, że uważano, iż właśnie tu znajdują się wrota do piekła albo inaczej – piekło wychodzi tu na ziemię. Nie dziwota też, że scenerię Solfatary wykorzystano podczas kręcenia wielu filmów.

Nieziemsko wyglądają pożółkłe, obrośnięte siarkowymi kryształkami skały osnute wydobywającymi się z ziemi siarkowymi oparami. Niezwykłe są Wielka Paszcza – La Bocca Grande – największa na tym terenie fumarola, będąca niczym innym jak dziurą w ziemi ziejącą parą o temperaturze 160 stopni Celsjusza zawierającą rozmaite siarczki i cuchnącą zgniłymi jajkami (to z uwagi na siarkowodór). Niesamowita jest bulgocąca na skutek wydobywających się z kilkuset metrów gorących gazów (o temperaturze między 170 a 250 stopni Celsjusza), pełna minerałów, sadzawka z białawego błota zwana La Fangaia. Interesujące jest też Pozzo, czyli „Źródło”. Na znajdujących się przy nim tablicach przeczytać można, że wypełnione gorącą, pełną minerałów wodą było jednym z czterdziestu na Polach Flegrejskich znanych i opisywanych już w średniowieczu. Ałunowo-siarkowo-magnezowa woda ze źródła uważana była za remedium na choroby nerwowe, problemy ze wzrokiem, na gorączkę, choroby skórne i bezpłodność.

Na terenie Solfatary od czasów rzymskich aż do 1920 roku działało swego rodzaju uzdrowisko. Jednym ze świadectw jego istnienia są Le Stufe – „Piece”. Tym mianem określa się dwie antyczne, obmurowane w XIX wieku groty – swoiste sauny, z których jedna zwana jest Czyśćcem (temperatura sięgała tu 60 stopni Celsjusza), a druga Piekłem (90 stopni Celsjusza). Wypacano się w nich jak w saunie i inhalowano wyziewami siarki. Żeby się solidnie spocić, wystarczyło posiedzieć zaledwie kilka minut. W ten sposób leczono ponoć choroby układu oddechowego, choroby skóry i reumatyzm. Można tu było nie tylko oczyścić swój organizm, ale nawet... się odchudzić. Dziś już niestety „Piece” nie są czynne. Ruchy ziemi związane ze zjawiskiem zwanym flegrejskim bradyseizmem pozamykały bowiem znaczną część otworów, z których do grot dochodziły uzdrawiające opary.

Solfatara jest również poligonem badawczym dla przyrodników. Biologicznym rarytasem są lubiące wysoką temperaturę i siarkowe kwasy zielone glony porastające zbocza przy Wielkiej Paszczy, a także „taplające się” w gorącym błocie Fangai ciepłolubne mikroorganizmy.

Jedna z porozstawianych na terenie Solfatary tablic, opisujących różnorakie znajdujące się tu cuda natury, szczególnie nas zaintrygowała. Była nieco inna niż pozostałe. Zawierała skan artykułu z dziennika „La Repubblica” z 2009 roku pod tytułem... Pozzuoli, szczęśliwy seks dzięki wulkanowi Solfatara. Jego autorka sugerowała w nim, że utrzymująca się w Pozzuoli wysoka w porównaniu do reszty Włoch liczba zawieranych małżeństw i ponad 1000 rodzących się tu corocznie dzieci to zasługa... wulkanu, a przede wszystkim wydobywającej się z niego, wpływającej na potencję naturalnej viagry – owego „śmierdzącego diabłem” siarkowodoru. Z artykułu wynikało jednak, że samo wdychanie nie wystarcza; trzeba się w tym gazie „skąpać”... Czy to prawda, nie powiem. Nie sprawdzałem.

Jak się okazuje, Solfatara pełna jest niespodzianek. Niestety, nie tylko tych przyjemnych, ale i tych śmiercionośnych. Zaledwie cztery miesiące po tym, jak zwiedzaliśmy to miejsce, przeczytałem w prasie mrożącą krew w żyłach wiadomość. 12 września 2017 roku wulkan pochłonął trzy osoby z czteroosobowej włoskiej rodziny – małżeństwo w wieku 42 i 45 lat oraz ich 11-letniego syna. Chłopiec najprawdopodobniej wyszedł poza ścieżkę (a nie jest to wcale takie trudne, bo sami nie mogliśmy się zorientować, co jest, a co nie jest zagrodzone) i utknął. Rodzice próbowali mu pomóc. Twarda z pozoru skorupa załamała się pod nimi jak zbyt cienki lód na jeziorze i cała trójka spadła trzy metry w dół – w głąb wulkanu. Na uratowanie ich nie było najmniejszych szans – z pewnością niemal natychmiast zabiły ich silnie trujące siarkowodorowe wyziewy i wysoka temperatura. Trudno sobie nawet wyobrazić szok, jakiego musiało doznać jedyne pozostałe przy życiu dziecko – siedmioletni syn nieszczęsnej pary.

W portowej Pozzuoli, którą – jak wiemy – niegdyś zwano Puteolą, miasteczku leżącym... na płynnej lawie w centrum Pól Flegrejskich, w którym w biedzie spędziła swoje dzieciństwo słynna Sophia Loren, odwiedziliśmy również inne miejsce związane z życiem, a raczej z legendą dotyczącą wielkiego patrona Neapolu, św. Januarego. Były to ruiny rzymskiego amfiteatru Flawiuszów, w którym biskup miał zostać rzucony dzikim niedźwiedziom (lub lwom) na pożarcie. Czy do tego doszło (jak sugerują freski na sklepieniu sanktuarium w Pozzuoli), czy też nie – nie wiadomo.

Amfiteatr jest duży i nieźle zachowany. Spore wrażenie robią zastosowane w nim rozwiązania architektoniczne i inżynierskie – wyjścia prowadzące widzów na trybuny, miejsca, gdzie trzymano dzikie zwierzęta i gladiatorów. Notabene podziemne struktury tego amfiteatru należą ponoć do jednych z najlepiej zachowanych na świecie! Dzięki nim arenę można było zamieniać w las albo w jaskinię, a nawet – z pomocą doprowadzonego tu akweduktu – w morze, by wystawiać przedstawienia o morskich bataliach.

Światło w mroku katakumb

Ciało pochowanego na terenie zwanym Agro lub Campo Marciano biskupa i męczennika już od chwili śmierci zaczęto otaczać kultem. Początkowo rozwijał się on potajemnie, ale po roku 313, kiedy – za panowania cesarza Konstantyna – chrześcijanie przestali być prześladowani, rozpoczęły się regularne pielgrzymki do jego grobu. Przyjmuje się, że w 431 roku na polecenie biskupa Neapolu Jana I otoczone czcią wiernych szczątki Januarego przeniesione zostały do katakumb wyciosanych w żółtym wulkanicznym tufie na neapolitańskim wzgórzu Capodimonte leżącym poza murami ówczesnego miasta (po tym wydarzeniu katakumby Capodimonte przemianowano na katakumby św. Januarego).

Przeniesienie ciała świętego z Campo Marciano do katakumb upamiętniają dziś dwa wybudowane po drodze kościoły: San Gennaro al Vomero i San Gennaro ad Antignano. Ta druga świątynia według nieudokumentowanej tradycji wzniesiona została w miejscu, gdzie w czasie uroczystych przenosin szczątków dojść miało do pierwszego rozpuszczenia się krwi. Stało się to ponoć, kiedy Eusebia przyniosła przechowywane przez siebie ampułki z krwią i ofiarowała je Kościołowi. Tu można się dopatrywać również źródeł legendy o tym, że upłynnianie się krwi wiąże się z umieszczeniem ampułki z nią w bliskości relikwii czaszki świętego (popiersie z czaszką miałoby zatem w pewnym sensie uaktywniać tę przemianę, ale to – naszym zdaniem – jedynie niepoparta żadnymi faktami teoria), a także twierdzenia, iż rozpuszczanie się krwi jest znakiem, że święty „niecierpliwi się w oczekiwaniu na swoje zmartwychwstanie” (choć jako święty jest już oczywiście w niebie).

Znajdujące się w dzielnicy Sanita – uważanej za „serce Neapolu” – wielopoziomowe katakumby św. Januarego zajmują obszar 5800 metrów kwadratowych. Oprowadzał nas po nich Marco – młody człowiek, który w 2006 roku wraz z grupą przyjaciół tworzących Spółdzielnię „La Paranza” (to po neapolitańsku „nadzieja”) zapragnął uratować je przed zniszczeniem. Podejmujący przeróżne inicjatywy – od studia nagraniowego po hoteliki – rzutcy i przedsiębiorczy chłopcy i dziewczęta z dzielnicy Sanita, podkreślający swoje przywiązanie do wiary i Kościoła i wspierani przez proboszcza miejscowej parafii Santa Maria della Sanita, odkupili ten teren od miasta i utworzyli muzeum. Ci młodzi ludzie, którzy są bohaterami książki Noi del Rione Sanita (My zdzielnicy Sanita), uważają, że sztuka i historia jest własnością wszystkich i należy ją udostępniać, a nie trzymać pod kloszem i kluczem. Dzięki nim miejsce, które przez wiele lat było opuszczone i niszczało, dziś nie narzeka na brak turystów (katakumby w roku 2006 odwiedziło 5 tysięcy osób, w 2017 roku – rekordowa liczba prawie 104 tysięcy).

W katakumbach na Capodimonte chowano początkowo pogan (ponoć już od II wieku przed Chrystusem). Chrześcijanie zaczęli ich używać dopiero w III wieku po Chrystusie. Spoczął tu zmarły w III wieku szósty biskup Neapolu, pierwszy neapolitański święty i patron miasta – św. Agrypin. Wtedy też zaczęto grzebać tu chrześcijan i dokonano pierwszej rozbudowy katakumb – budowy trzech galerii. Kolejna przebudowa nastąpiła w związku z przeniesieniem ciała św. Januarego. Katakumby stały się wówczas bardzo popularnym miejscem pochówku. Wokół szczątków Januarego powstała podziemna bazylika, podobnie jak wcześniej – do dziś istniejąca – bazylika św. Agrypina, w której wciąż sprawowane są Msze Święte.

Wielu chrześcijan chciało spocząć tuż obok wielkiego świętego męczennika (jednym z pierwszych był ten, który go tu sprowadził – biskup Jan I). Nad wieloma wykutymi w miękkiej skale niszami grobowymi malowano lub układano z mozaiki wizerunek św. Januarego (najstarsze wyobrażenie świętego datowane jest na drugą połowę V wieku), pisano inskrypcje na jego cześć. Groby nie były bowiem jednakowe. Różniły się nie tylko ozdobami, ale i wielkością.

– Wielkość grobów wykuwanych