Krew sióstr. Lazur - Krzysztof Bonk - ebook

Krew sióstr. Lazur ebook

Krzysztof Bonk

0,0

Opis

— Saga siedmiu barw — Krew sióstr. Opowieść o tym, co zostało zrodzone z miłości, a co z nienawiści. Część szósta — Lazur.

Kici kici miau miau miau. Czy ty taką byś mnie chciał? Kici kici miau miau miau, Razem ze mną byś się śmiał? Kici kici miau miau miau. Czy też może byś się bał? Kici kici miau miau miau, Bez miłości głupio stał? Powiedz mi to dalej już! Albo głowę zetnie nóż!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



KREW SIÓSTR

KRZYSZTOF BONK

O TYM, CO ZOSTAŁO ZRODZONE Z MIŁOŚCI, A CO Z NIENAWIŚCI

CZĘŚĆ SZÓSTA – LAZUR

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

e-wydaniepierwsze 2020

ISBN: 978-83-8221-568-7

Kontakt:

[email protected]

https://bonkbook.pl/

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Prolog

„Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska”…

I. Alabaster Złoty i Ekru

„Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… klęska, klęska, klęska!

Złoty się wpatrywał pomieszanym wzrokiem w sarkofag Srebrnej. Patrzył w tę srebrzystą pustkę, jakby naprawdę wierzył, że jego ukochana zaraz się w niej zamanifestuje. Pojawi się w tej lodowej skrzyni, by powstać z martwych. Stanie koło niego, ucałuje i powie, że nigdy go już nie opuści. Chociaż to on poprzysięgał nie opuszczać jej nigdy, przenigdy, gdy tymczasem…

To ona zostawiła go na pastwę wściekłości, żalu i samotności! Co mogło ukoić ten ból po stracie? Absolutnie nic! Nie było takiego remedium na tym okrutnym łez padole! Chociaż namiastką zadośćuczynienia mogła być… zemsta. Zabicie tych wszystkich, którzy na to zasłużyli. Zamordowali jego szczęście, zabili ukochaną, unicestwili miłość, zabrali mu wszystko, co drogie, co kochał!

Książę oparł dłoń o sarkofag. Przejechał ręką po jego śliskiej i gładkiej fakturze. Do niedawna podobnie dotykał Srebrną. Mógł ją głaskać, tulić, pieścić. Obecnie mógł już tylko dotykać jej grób, zimny i pusty. Takie samo stawało się jego martwe serce, gdzie umysł sączył nieustannie już tylko jedną treść; srebrzystą wróżbę:

„Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… Serce lub umysł, miłość lub zemsta, co wybierzesz, wygrasz albo czeka cię sromotna klęska… klęska, klęska, klęska!

Tak, właśnie tego teraz chciał! Kierować się umysłem, nie sercem. Wybrać zemstę i zesłać klęskę. Jednak nie na siebie, on bowiem już przegrał. Na ten złowrogi czas pogrom ześle na niszczycieli jego szczęścia. Zabije wszystkich katów swego uczucia. Jego miłości bynajmniej to nie przekreśli. Albowiem ona umarła, już jej nie miał. Ostało się mu ino pragnienie dokonania słusznej pomsty.

Złoty wyciągnął miecz.

– Właściwa decyzja – powiedziała pustym głosem towarzysząca księciu Alabaster. – Na nic się zdadzą tu łzy. Tutaj potrzebna jest krew. Wiesz, co czynić. Wszak nie bez powodu wybrałam cię sobie niegdyś na męża. – Ruszyli wspólnie do tajemnego wyjścia ze Skazy Niebios.

*

Ekru siedziała na śniegu między Mysią i Kremi. Nie była skrępowana, ale nawet nie myślała o ucieczce. Główny powód stanowiły białe smoki, które na rozkaz wielkiej księżnej nie odklejały gadzich ślepi od trójki zabójczyń. Czwarty z zamachowców w osobie Króla Lwie Serce zdążył zbiec na południe.

Ponadto pani Ekros myśl o ucieczce była obca także z tego powodu, że w swym mniemaniu postąpiła słusznie. Oto pomściła Feldgrała Pierwszego, ale przede wszystkim położyła kres niesnaskom sióstr krwi na zimnej północy. Tym samym w postaci zabójstwa Srebrnej i upadku siły czerwonej rasy na wschodzie wielka księżna otrzymała przestrzeń do nieskrępowanego władania tą częścią świata. Ale też dowód lojalności Ekru. Musiała docenić wkład pani Ekros w powyższe kwestie i o ile jej nie nagrodzi, a powinna, to przynajmniej uwolni. Tak nakazywały nawet nie pryncypia blasku, a rozsądek i wyrachowanie bezwzględnej władczyni, jaką była Alabaster.

Ekru szczerze wierzyła, że zimne kalkulacje jej nie zawiodą. Lecz kiedy dostrzegła kroczącą ku sobie parę uzbrojonych osób, nagle ogarnęła ją niepewność. W ręku księcia Złotego zobaczyła miecz. Ostrze dzierżyła również skrzydlata siostra krwi. Wspólnie wyglądali jak drapieżne zwierzę o barwie bieli i złota, które obnażyło kły, namierzywszy ofiarę.

Pani Ekros przebiegło też przez myśl, że oglądała parę dawnych małżonków. W tej chwili wydali się jej do siebie tacy podobni; nieczuli, bezlitośni. Dotąd z trudem budowana przez nią pewność siebie zaczęła ją opuszczać. Rozpuszczała się niczym śnieg podczas roztopów na nasłonecznionym stoku. Czyżby jej samej miał zostać zesłany najciemniejszy mrok unicestwienia?!

– Nie będzie pożegnalnej mowy. – Stając przed Ekru, rzuciła ze wzgardą Alabaster. Jej oczy mroziły lodowatością. – Zabiłaś mi siostrę, odsyłając ją w krainę śmierci. Teraz do niej dołączysz. Wszystkie dołączycie.

– Zlituj się… mam małe dziecko. Przecież wiesz.

– Nie rozśmieszaj mnie. Nie ośmieszaj siebie. – Władczyni wzięła zamach mieczem. To samo uczynił książę. – Wraaah!

– Wstrzymajcie się. – Egzekucję z zimną krwią przerwał kobiecy głos.

– Kim jesteś i czemu szukasz tu dla siebie śmierci? Mało jej tutaj? – syknęła Alabaster do różowoskórej kobiety w czerwonej sukni. Ta postać wkroczyła właśnie na zaśnieżoną przestrzeń przed Skazą i spokojnie odparła:

– Nazywam się Eozyna, korespondowałyśmy już. Obecnie przybyłam tu po… siostrę. – Popatrzyła z troską na ranną Fuksję.

– Chcesz zginąć razem z nią? Da się to szybko załatwić.

– Wystarczy już śmierci. – Eozyna przeniosła wzrok na zamarzające na wschodzie pobojowisko pełne piętrzących się tam martwych ciał. – Pragnę porozmawiać o życiu – stwierdziła.

– Kiepski sobie wybrałaś czas. Miejsce też niezbyt adekwatne. – Alabaster powiodła za spojrzeniem kobiety na stosy zlodowaciałych trupów. Ona opuściła głowę, jakby ze wstydem. Następnie wskazała ręką Ekru:

– Ta kobieta nie może zginąć – oświadczyła. Ruchem miecza władczyni zachęciła ją, aby rozwinęła myśl. – Zdradzę wam tajemnicę w jaki sposób możecie…

– Tak…?

– Wskrzesić… jedną osobę. W zamian oddajcie mi siostrę.

– Wskrzesić?! – wyrwał się Złoty. Fuksja potwierdziła:

– Istnieje taka możliwość.

– Mów – wycedziła przez zęby Alabaster.

– Ale czy…

– Mów! – Wielka księżna wymierzyła ostrze w kierunku Eozyny. Ta pokiwała ze zrozumieniem głową.

– Chodzi o cztery czerwone klejnoty – zaczęła wyjaśniać. – Ich połączenie w jedność może przywrócić jedno życie. Jednak dokonać tego jest w stanie tylko osoba, która zebrała wszystkie elementy razem. Wiem już, że tą osobą jest ona. – Ponownie wskazała Ekru. – Tylko ona może scalić i ściągnąć z zaświatów duszę zmarłej osoby do zrewitalizowanego i odtworzonego w przestrzeni ciała.

– Zaskakujące… – Alabaster opuściła miecz. – Jeżeli to by się rzeczywiście dokonało… twoja siostra będzie wolna. To znaczy, być może będzie wolna i na pewno nie wcześniej niż wspomniany cud odrodzenia się ziści.

– Przyjmuję to do wiadomości. Lecz zaznaczam, że procedura wskrzeszenia wymaga czegoś więcej niż tylko połączenia klejnotów.

– Zatem?

– Trzeba się udać do wymiaru upiornych sióstr i uzyskać od nich łaskę wskrzeszenia.

– Klejnoty muszą zyskać moc… – zgadywała władczyni.

– To prawda. Do tej pory sami ich nie wykorzystaliśmy, bo bez tego elementu są bezużyteczne.

– Jak sądzę… – zamyśliła się Alabaster. – Zamierzaliście tym sposobem przywrócić na świat czerwonego demona?

– Nie.

– A to ciekawe. Więc kogo?

– Czerwoną Cesarzową.

– Coraz ciekawsze…

– Jak się dostać do wspomnianego wymiaru? – Złoty uniósł miecz, demonstrując gotowość do działania. Eozyna uciekła od niego wzrokiem.

– Ona tego nie wie… – uśmiechnęła się z drwiną Alabaster. – Ona… tego… nie wie. – Kiwała głową, się utwierdzając w swym spostrzeżeniu.

– Wiem to ja. – Przestrzeń pod Skazą ugościła jeszcze jedną postać. Również była kobieca, ale o brunatnym kolorze skóry.

– Na lód i mróz, to Wichrzyciel, ten nowy, z wychodka! – wyrwała się milcząca dotąd Soplica. Aż do tej pory skrycie dopingowała egzekucję Ekru. Kiedy jej widmo się zaczęło oddalać, przystąpiła do nerwowego obgryzania paznokci. Lecz obecnie całą uwagę skupiła na znanej sobie postaci o kolorze brązu. Podobnie rzecz się miała z pozostałymi pod Skazą Niebios osobami. Pierwsza z nich na nowego gościa zareagowała Alabaster:

– Jeżeli to rzeczywiście Wichrzyciel… – załamał się jej głos, co było dla niej wielce nietypowe. – Udowodnij to! – syknęła do przybysza. Jednak on zignorował wielką księżną, jakby była nic nieznacząca. Za to się zwrócił do Złotego:

– Wprowadzę cię w inny wymiar. Odnajdziesz tam upiorne siostry. Droga wiedzie przez Martwicę.

– Jak się tam dostaniemy?! – rzucił żywiołowo książę. W odpowiedzi brunatna dziewczyna rozdarła na niebie kremowe obłoki. Spomiędzy nich się wyłonił latający okręt mahoniowych bliźniaków. – Oczywiście. – Książę skinął głową.

– Dość tego. – Lekceważona Alabaster wykonała krok w kierunku domniemanego Wichrzyciela. Gdy ten wyciągną przed siebie dłonie, powstrzymała ją zagęszczona ściana powietrza. – Taka z ciebie czarodziejka? – Wielka księżna się porozumiała mentalnie ze smokami. Zwróciły one łby ku brązowej postaci. Ta siłą woli zdjęła z nieba więcej białych obłoków. Chmury odsłoniły hordę czarnych aniołów. W rezultacie władczyni się z respektem cofnęła.

– To jest… Wichrzyciel Czasów – oświadczyła naraz Eozyna, czyniąc to z siłą w głosie, aby uciąć spekulacje. – Monitorujemy strukturę energetyczną tego bytu na kontynencie. Jego tożsamość została potwierdzona.

– Powiedzmy, że wam wierzę… – Z Alabaster uszło powietrze. – Aż przesadnie szeroko się uśmiechnęła i kłaniając, drwiąco rzekła: – Zatem witam w mej białej krainie, demonie czasów. A teraz żegnam… po wsze czasy – dodała oschle.

Za moment przy brunatnej dziewczynie stał już Złoty. Wymienili między sobą kilka zdań. Poczekali na latający okręt, po czym w obstawie hordy czarnych aniołów odlecieli na zachód. Odczuwając niechęć, władczyni odprowadzała wzrokiem mroczną eskadrę. Wreszcie przeniosła wzrok na syrenią matkę i zwróciła się właśnie do niej:

– Dzień pełen wrażeń, nieprawdaż, droga Ekru? A może chcesz mi coś od siebie powiedzieć? Być może nawet się mi sprzeciwisz i nie zechcesz wskrzesić mej siostry? – Nastała cisza. – Tak myślałam. – Wielka księżna się uśmiechnęła złośliwie do pani Ekros. Popatrzyła na nią z politowaniem i z wyższością oświadczyła: – Przyjmuję do wiadomości, że zabójstwo przez ciebie Srebrnej stanowiło wobec mnie twój wiernopoddańczy akt. Cóż, ździebko się zagalopowałaś w swej służalczości. Ponieważ ostatecznie z legendarnych sióstr przetrwam tylko ja, to prawda. Jednakże w drodze do tego celu potrzebuję nieraz mego rodzeństwa do radzenia sobie z wrogami. Także tylko mi dane jest decydować, kiedy moje siostry mają prawo odejść z tego świata. Nie mogę więc tolerować czynionych przez ciebie krwawych inicjatyw. Niemniej, jak zasłyszałaś, sprawę da się jeszcze być może cudem odkręcić. Z tego tytułu Najjaśniejsza Jasność cię obdarowuje blaskiem łaski i uwalnia, także twe przeklęte zauszniczki. Jednak nim się udasz do swej zapyziałej mieściny, mam z tobą jeszcze do pogadania. Więc, proszę, się nie oddalaj, bo pierwej mam do pogadania z tą… Eozyną.

*

Władczyni podeszła do różowoskórej kobiety, ponoć siostry Fuksji. Wywiązała się między nimi prywatna dyskusja. Z kolei Ekru odniosła wrażenie, że po dłuższym przestoju jej niemal zamarznięte serce na powrót zaczęło bić, wybijając w niej rytm białego życia.

Kolejny już raz w ostatnim czasie się poczuła skrajnie przytłoczona skalą dziejących się wokół niej wydarzeń. Jak zwykle chciała dobrze. W tym wypadku się zasłużyć władczyni białej krainy, samej krainie oraz kontynentowi. Zamiast tego ściągnęła na się jedynie zawiść, niechęć i lekceważenie. Przy czym teraz widziała to nie tylko we wzroku Alabaster, ale też Soplicy, a nawet Kremi czy tej Mysi. Wszak wiele zdążyła im obiecać, jeśli za nią pójdą. Poszły i co otrzymały w zamian? Nic, podobnie jak Ekru, za to prawie straciły życie.

Miała dość. Dość wielkiego świata, którego wielkość ją pochłaniała, przez co sama się czuła coraz mniejsza, bezbronna i słaba. Pragnęła już tylko wyruszyć do Ekros i najlepiej nigdy więcej go nie opuszczać. Wyłącznie tego już chciała, alabastrowego spokoju. Lecz takowego wciąż nie dane jej było zaznać, a wręcz przeciwnie:

– Sss… – Zamanifestował się za nią potężny i eteryczny byt. Był niewidzialny, ale odbierała w nim postać, choć odmienioną, poznanego dopiero co Wichrzyciela. Czuła jego siłę, bezwzględność i determinację, iście demoniczną. Znowu się zrobiło jej słabo. – Cztery klejnoty… Kiedy nasycone mocą upiornych sióstr je połączysz, wskrzesisz legendarną sssiostrę…

– Tak, uczynię to… – pisnęła w duchu Ekru do sączących się w jej umyśle posykiwań.

– Którą sssiostrę przywrócisz do życia?

– Srebrną.

– Nie… otóż nie Sssrebrną… Masz przywrócić do issstnienia inną…

– Ja… jaką?

– Czarną, Czarną, tylko czarną.

– Ale…

– Powtórzrzrz.

– Cza… Czarną.

– Taaak, właśnie tak. Bo jak nieee… – Ekru nagle zesztywniała. Coś jakby się przedzierało przez jej plecy i w eteryczne szpony chwytało samo serce. Zmrożone przestało bić. Płuca kobiety także zostały zatrzymane, wypełnił je lód.. – Sss… – Wraz z tym sykiem stopniała w niej śmierć i powróciło życie. Ona z przerażeniem z siebie wyrzuciła:

– Czarną. Wskrzeszę czarną siostrę krwi. Przysięgam to, poprzysięgam.

– Na zawsssze razem. Sss…

*

Niczym niewidzialnym grzebieniem intensywny pęd powietrza przeczesywał pióra w skrzydłach. Zdejmował z nich śnieżny puch, ale też zaschnięte drobinki różnobarwnej krwi. Zimny wicher stanowił wiernego kompana, podobnie dosiadany przez Alabaster jej szybujący na zachód smok.

W trakcie lotu opuścił ją gniew, a tym samym wspomnienia o utracie siostry. Właściwie to pary srebrzystych sióstr, gdzie do zgonu tej przerośniętej osobiście się przyczyniła. Nie zamierzała sobie czynić wyrzutów z powodu zabicia siostrzanej istoty. Nie w jej stylu było też przeżywanie żałoby dłużej niż wymagało tego opadnięcie z nieba płatku śniegu na mroźną ziemię. Oto okrutny los rozdał swe karty, mimo że dla Srebrnej niespodziewanie pozostawił być może szansę na rewanż. Lecz jeśli się to nie dokona, to wielka księżna nie będzie ronić łez. Najważniejsze, że sama pozostała zwycięska. Wypadało więc patrzeć nie za siebie, a w przyszłość, już wyglądając tam kolejnej rozgrywki o wpływy i władzę.

W nadchodzącej partii najsilniejszymi kartami Alabaster wydawały się dla niej smoki, jak choćby ten, którego właśnie dosiadała. Wszak potężna bestia z władczynią na łuskowatym karku miała też innych pasażerów. Za wielką księżną zasiadała Mysia oraz półżywa Fuksja. Skąd taki dobór towarzystwa?

Otóż po dłuższej rozmowie z Eozyną Alabaster obiecała tej kobiecie osobiście się zaopiekować jej siostrą, więżąc ją zarazem w Alabastrowym Pałacu. Niewola miała trwać do czasu wskrzeszenia Srebrnej. Zaś co do Mysi, to wyjawiła ona władczyni, że jej małżonek podążył zbrojnie na białą północ, biorąc sobie za cel siedzibę alabastrowych władczyń.

Jaki był powód zbrojnego pochodu z szarej północy? Mysia nie chciała tego zdradzić. Lecz tylko, dopóki Alabaster nie zaproponowała jej skoku ze smoka na widoczny w dole lodowiec. Wówczas żona Srebrona Etrawy się podzieliła swą wiedzą. Wynikało z niej, że przywódca Klanu Srebrzystych Traw dysponował nie tylko liczną armią, ale i zaufaną grupą szamanek. Miały go one nakierować na miejsce, gdzie czekać go będzie wielka chwała i władza.

Te wieści Alabaster przyjęła niczym na ramiona odzienie podszyte niepokojem. Bo jakkolwiek perspektywa bytności szarych wojowników w pałacu w miejsce czarnych aniołów brzmiała znośnie, to przecież nie przybyli tam, aby odbić perłowy tron dla niej. Ona natomiast, mimo że posiadała na usługach smoki, to większość z nich właśnie poległa w bitwie pod Skazą Niebios. Te, które przeżyły, w znacznej mierze były ranne i nie mogły uczestniczyć w kolejnej walce. Przez to wielka księżna wracała do swej siedziby jedynie z trzema potężnymi gadami. Podczas gdy Mysia zapowiedziała jej przybycie tam swego męża z przeszło dwoma tysiącami wojowników.

W takich okolicznościach Alabaster była zdeterminowana, aby uniknąć zbrojnej konfrontacji. Bowiem w kolejnych potyczkach wierne jej zastępy się wykrwawiły i teraz należało szukać raczej sojuszników, nie wrogów. Oczywiście do czasu.

– Ktoś tu nieco posprzątał, to miłe – zauważyła po zejściu ze smoka na lądowisko gryfów, gdzie w ramach bitwy z czarnymi aniołami widziała stos ptasich trupów. Obecnie biały parkiet upstrzony był jedynie mozaiką z zamarzniętej krwi i piór. Jednak zaraz Alabaster się skrzywiła na twarzy. Powodem był mleczny dym, a wraz z nim intensywny zapach pieczonego mięsa. – Żrą moje ptaki. – Poprawiła miecz za pasem, po czym w zbroi Alabaster Światłości ruszyła przez zespół pałacowych korytarzy i odkrytych placów do sercowej komnaty.

Po drodze nie widziała alabastrowych aniołów, gwardzistów, czy białej służby. Wniosek z tego płynął nad wyraz smutny – czarne anioły skutecznie oczyściły pałac z białego życia. Lecz skrzydlatych demonów o barwie czerni też tutaj nie było. Za to zgodnie z zapowiedzią Mysi zagnieździli się szarzy wojownicy.

Biesiadowali przy ogniskach z pałacowych mebli, gdzie piekli na rożnach gryfy. Jedli do syta, się śmiali i wskazywali sobie toporami kroczącą Alabaster. Pogwizdywali z uznaniem, wymieniając między sobą sprośne uwagi. Chociaż gdy któryś wykonywał ruch w kierunku kobiety, gestem dłoni powstrzymywała go Mysia. Tym samym skrzydlata władczyni w towarzystwie żony Srebrona dotarła nie niepokojona aż do sercowej komnaty. Fuksję pozostawiła na gryfim placu pilnowaną przez smoki.

– Hmh… – W sali białej rady Alabaster przywitało huczne przyjęcie, ale bynajmniej nie na jej cześć. Było tu pełno rubasznie zachowujących się wojowników, którzy gardłowo sobie podśpiewywali, pijąc białe wino, jej wino. Lało się ono nie tylko do szarych gardeł, również na parkiet. Ponadto wielka księżna dostrzegła siedem staruch w popielatych szatach i z poszarzałymi wiankami na głowach. Do kompletu na tronie zauważyła rozłożonego w pańskiej pozie potężnego mężczyznę z kielichem w dłoni, jej kielichem.

– To on? – Wskazała Mysi postać na perłowym siedlisku ręką, mimo że miała ochotę uczynić to mieczem. Odpowiedziało jej skinięcie głową pyzatej dziewczyny. – Świetnie – skwitowała i pewnym krokiem poszła przed oblicze klanowego przywódcy. Po drodze potrąciło ją barkiem kilku wojowników, którzy tańczyli w takt szarych bębnów i fujarek, aż stanęła przed sercowym tronem. Mierzyła surowym wzrokiem Srebrona Etrawę, na podstawie wyglądu oceniając jego charakter. Po dokonanych oględzinach się uśmiechnęła z przekąsem. Zrobiła to w momencie, kiedy pożerający ją wzrokiem Srebron sam uniósł kąciki ust na prostokątnej jak kowadło twarzy.

– Usiądziesz? – zaproponował miejsce koło siebie, zupełnie jakby się znali od dawna, będąc w dobrej komitywie. Zaś rozpoznał ją niewątpliwie po skrzydłach, z których słynęła.

– Zmieścimy się? – wyraziła wątpliwość.

– Spróbujmy. – Przywódca klanowy ponowił zaproszenie. Alabaster nie dała się więcej prosić, zajmując miejsce koło wyjątkowego mężczyzny. Ten objął ją ramieniem i gładził jej pióra w skrzydłach. Drugą rękę z trzymanym w niej kielichem przeniósł do swych ust. – Twoje zdrowie. – Opróżnił naczynie do dna, patrząc na skrzydlatą kobietę. Następnie zasugerował: – Wina? – Władczyni wyciągnęła dłoń. Za moment piła biały trunek razem ze Srebronem. Dłuższy czas bez słowa się przyglądali biesiadującym ludziom trawiastej północy. Wreszcie głos zabrała Alabaster:

– Pobrudzą mi parkiet. – Wskazała kielichem na dokazujących wojaków, których obuwie nie należało do najczystszych.

– Osobiście uważam, że kolor szary nie wygląda na białym źle. – Srebron spojrzał na białą posadzkę pełną szarych wojowników, a potem z góry na wielką księżną. Ona przechwyciła to męskie spojrzenie, odczytując w nim nutę pożądania. Zaś z treści słów wyłowiła dość jasną aluzję.

– Czy ty chcesz mi coś zasugerować? – zapytała.

– Być może.

– Masz ambitne i dalekosiężne plany, nie powiem. – Alabaster z lekka powachlowała skrzydłami.

– Rzekłbym raczej, że widoki mam zacne, a realizację celu nader bliską do wykonania. – Mężczyzna przykuł spojrzenie do głębokiego dekoltu władczyni, a ściślej krągłego zarysu jej piersi. Ona ze zrozumieniem powtórzyła uprzednie słowa Srebrona:

– Szare na białym…

– Nie inaczej – przytaknął i z zadziornym uśmiechem dodał: – Choć jestem też skłonny rozważyć czasem białe na szarym. Ot, tak dla urozmaicenia, że tak powiem. Twoje zdrowie, księżno. – Wychylił spory łyk wina, po czym zagaił na inny temat: – Zwiadowcy dopiero co zdążyli mi donieść, że na wschodzie zanosiło się na wielką bitwę. Odbyła się może?

– Tak – przyznała władczyni.

– Ho, ho… I kto wygrał?

– Zmiażdżyłam wroga. – Alabaster ścisnęła w dłoni kielich. – Każdego przeciwnika miażdżę, zamrażam, rozcinam lub zaczarowuję ku jego zgubie. Tak już mam, dzięki czemu za każdym razem na powrót odzyskuję mą białą krainę, wedle potrzeb oczyszczając ją także z… szarości – stwierdziła.

– Hu, hu… Czyżby więc ta kraina była już bez twych wrogów w postaci czerwonych magów i czarnych aniołów? – Mężczyzna się rozochocił.

– Oczyściłam me włości z tych istot oraz barw.

– Co zatem zawyrokujesz odnośnie do… szarych wojowników z klanu Srebrzystych Traw? – Srebron położył dłoń na kobiecym udzie, przesuwając ją z wolna w kierunku bioder.

– Właśnie się zastanawiam.

– Jakieś… wnioski? – Męskie palce zawędrowały w okolice krocza kobiety. Ona zabrała rękę wojownika ze sfery intymnej swego ciała. Jednak nie odrzuciła dłoni, a położyła ją sobie na kolanie, mówiąc:

– Zanim wydam werdykt w kwestii szarości na bieli, pierwej się skonsultuję ze smokami.

– W jakim celu?

– Upewnię się, że białe smoki, jak szare, też się lubują w szarym mięsiwie, ludzkim i zapewne nieco trawiastym.

– Ależ mamy dość białego i ptasiego, wystarczy także dla latających gadów! – Srebron machnął kielichem w kierunku porozstawianych na podłodze mis z mięsem gryfów. Potem zaproponował: – Może sama skosztujesz?

– Nie jadam mięsa.

– Może… czas zacząć? – Męska dłoń znowu się zaczęła przesuwać po kobiecym udzie i śliskim materiale sukni. W reakcji na ten ruch oraz uprzednie słowa Alabaster nieznacznie skinęła głową, wyrażając milczącą aprobatę. – Doskonale. Poproszę naszą służącą o wyjątkowo krwistą porcję. – Gestami mężczyzna wydał polecenia Mysi. W efekcie skrzydlata władczyni wkrótce się doczekała męskiej ręki tym razem już zagłębionej pod suknię i obłapiającej jej nogę. Druga dłoń Srebrona ściskała jej pierś, a usta wędrowały po dekolcie. Jednak wielka księżna zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na te pieszczoty. Wpatrzona przed siebie się spokojnie przyglądała uczcie i rwała białymi zębami równie białe włókna mięśniowe, kosztując pieczonego gryfa. – Smakuje? – zagadnął się roznamiętniający mężczyzna.

– Smak nie jest najważniejszy. Pytanie brzmi, jak ja to strawię? – Alabaster wymownie spojrzała na ucztujących wojowników, a potem ręce Srebrona zagłębione pod jej suknię. Lecz ostatecznie zatrzymała wzrok na pyzatej dziewczynie. Pokazała ją obgryzaną kością, zapytując: – Czemu wskazałeś ją, jako służącą? Ponoć jest twą małżonką.

– Co siedem traw związało, jedno ostrze rozwiąże. – Wojownik z zadowoleniem poklepał głowicę topora za pasem.

– Czyżbyś sugerował trawiasty rozwód z tym… szarym gałgankiem?

– Poniekąd, bo w miejsce srebrnej królowej widzę dla siebie jej białą i skrzydlatą… następczynię.

– Ciekawe.

– Razem z jej smokami zapanuję na świecie nad wszystkim, co szare i białe. Ona dokona tego samego u mego boku razem z mymi wojownikami.

– Coraz ciekawsze. Teraz przynajmniej wiem, co jest tu świętowane.

– Przyznaję, że mam niezaspokojony apetyt. Choć nie tylko na władzę. – Obejmujący władczynię Srebron jeszcze mocniej na nią naparł, niemal się kładąc na niej.

– Także się złakomiłam – westchnęła.

– Zatem?

– Chcę więcej mięsa, wina, oraz… przestrzeni.

– Słuszny kierunek, poza przestrzenią. – Srebron się nieco odsunął od Alabaster, po czym przywołał do siebie najbliższego wojownika.

– Nie on. Niech ona przyniesie i poda. – Wskazała na żonę Etrawy. – Niech poda nisko mi się kłaniając i na kolanach.

– Może ma jeszcze ucałować twe lotosowe trzewiki? – Mężczyzna się uśmiechnął drwiąco.

– Ucałuje je podczas zaślubin bieli z szarością lub w czasie… szarości pogrzebu. – Alabaster spojrzała mężczyźnie głęboko w oczy, sama się uśmiechając sprytnie. Rozchyliła wargi i spróbowała męskich ust. Tonąc w męskich ramionach, się zatraciła w tym pocałunku, podobnie zasiadający z nią na perłowym tronie mężczyzna. Kiedy przerwała upojne zbliżenie, zaskoczona stwierdziła: – Biało-szare widmo ślubu się właśnie przybliżyło.

– A to dlaczego?

– Bo oddalił zwiastun śmierci koloru szarego.

– Czyżby takowej śmierci o czerwono-czarnym zabarwieniu? – Srebron otarł ze swych warg białą pomadkę, śledząc z zaciekawieniem wciąż rozchylone usta kobiety, ale obecnie o odmienionej barwie.

– To byłby piękny zgon przez pocałunek. Nie bierz tego do siebie. – Alabaster beztrosko załopotała skrzydłami.

– Nie zamierzam się obruszać. Jestem chroniony naparami z siedmiu ziół przez siedem wiedźm. Magia śmierci mi nie straszna, nie zadziała na mnie.

– A miłosna?

– Przekonajmy się. – Tym razem to Srebron skosztował kobiecych ust. Ich właścicielka nie protestowała i dwa języki o odmiennej barwie się splotły ze sobą. Zaś Alabaster dodatkowo zagłębiła ręce pod odzienie wojownika, wodząc palcami zwieńczonymi ostrymi paznokciami po muskulaturze klatki piersiowej.

Czyniła to z powodu autentycznego pobudzenia. Była podniecona tym, że miała tuż koło siebie charyzmatycznego władcę, który właśnie się oparł śmierci. Imponowało jej to. Ponadto po tym wszystkim co się wydarzyło pod Skazą Niebios wręcz miała ochotę się oddać szaleństwu i zapomnieniu pośród pijanych wojów. W osnowie nowych wrażeń zrzuciłaby z siebie wspomnienie tego, co dopiero przeżyła i co pozostawiło w jej sercu zadrę. Lecz chłodna prawda się przedstawiała tak, że wiodącą rolę w jej poczynaniach wciąż inicjowało wyrachowanie.

Zrozumiała już bowiem na co się zanosiło. Srebron jej pragnął, mając wszystkie atuty, by swój cel szybko osiągnąć. Zatem skoro już musiało do tego dojść, to niech wszyscy zobaczą, że dominującą rolę w tej damsko męskiej relacji zajmuje wielka księżna, a nie przywódca klanowy. Nie mogła pozwolić, aby się stało odwrotnie.

Kierowana tą myślą usiadła na mężczyźnie okrakiem, po czym zaczęła mu odpinać pasek od spodni. Zaskoczony Srebron przerwał pocałunek i chciał coś powiedzieć. Lecz Alabaster zgasiła mu słowa na ustach, przykładając tam palec. Dała tym do zrozumienia, żeby milczał. Jednak zaraz sama kokieteryjnie zagadnęła:

– Byłeś już z… białą kobietą?

– Zaliczyłem kilka bladych wieśniaczek w drodze tutaj.

– I… jak się spisały? – Władczyni wcisnęła męską twarz w swój biust.

– Lepiej pachniecie niż szare kobiety. – Srebron się zaciągnął kobiecym zapachem. – W dotyku jesteście chłodniejsze i gładsze. – Całował skórę koło mlecznych sutków. Aż z lekka zagryzł jeden z nich, a władczyni rozkosznie jęknęła. – Nadto wydajecie podczas miłości jakby anielskie piski – zauważył.

– Zaraz przeżyjesz anielską… ale rozkosz. Bądź tak uprzejmy i potrzymaj. – Alabaster pogmerała pod suknią. Zdjęła sobie białe majtki, które zawędrowały na męską twarz. Rozpostarła skrzydła, które skryły na tronie parę kochanków i nie zważając na obecność licznych wojowników, już była gotowa do cielesnego zespolenia. Przeszkodził jej w tym hałas.

Oto u wejścia do komnaty się poniosły kobiece krzyki. Wielka księżna przerwała zyskujące na intensywności amory, spoglądając na źródło wrzasków. Okazały się nim alabastrowe służki przewieszone przez ramiona szarych wojowników.

– Wygląda na to, że w piwnicach tego zamczyska moi wojacy znaleźli nie tylko białe wino, ale również coś powabnego i kobiecego. Zdaje się też, że ochoczo skorzystają z każdego ze znalezisk.

Reakcją na tę sugestie był chłód władczyni i odsunięcie się jej od zawłaszczającego sobie wszystko w pałacu Srebrona.

– Popsułeś atmosferę. Oddawaj majtki – syknęła do mężczyzny. Ten zwrócił władczyni intymną część garderoby, którą na sobie uzupełniła. Potem rozłożył bezradnie ramiona i swobodnie rzekł:

– Podczas wyprawy wojennej wojownicy północy muszą zdobywać łupy, jeść i chędożyć. Nic na to nie poradzisz – stwierdził.

– A gdybym spróbowała? – Alabaster położyła dłoń na rękojeści miecza.

– Wtedy… zrobiłabyś sobie krzywdę i nie doliczyła piórek w skrzydłach. Ale nie chcesz tego i nie uczynisz.

– Jesteś pewien?

– Tak… albowiem jam jest teraz twą przepustką do opromienienia cię blaskiem władzy. Dlatego będziesz mi posłuszna. Po uczcie pójdziesz ze mną grzecznie do sypialnej komnaty. Tam rozbiorę cię do naga i ustawię na klęczkach przed twym panem. Potem czoło przycisnę do posadzki, a dłonie zwiążę na lędźwiach jak niewolnicy. W takiej pozycji zajdę cię od tyłu, wygodnie oprę swe ręce na twoich skrzydłach, po czym wezmę cię jak szary renifer białą łanię. Wezmę raz za razem, siedem razy. Ty zaś jedyne, co wyrwiesz ze swej ponętnej piersi, to nie błaganie o litość, a skamlenie o jeszcze, mocniej i więcej. To będzie nasze miłosne spotkanie.

– Czyżby?

– A i owszem. Te oto zacne staruchy mi to przepowiedziały, że zrobię z tobą, co zechcę. Także z twoją krainą. – Srebron wskazał na pomarszczone szamanki w kącie komnaty. – Muszę tylko dochować pewnych warunków – dodał i dumnie wyrecytował:

Zasadzony w perłowym sercu bieli będziesz nieposkromiony

Ze skrzydlatą i posłuszną ci żoną w łożu spełniony

Wzrastać stąd będzie wasza władza i potęga

Oplecie ona zimny świat jak z siedmiu traw wstęga

Bacz jedynie byś w cieplejszych kolorach nie gustował

Abyś się od nich na śmierć nie pochorował

II. Bursztyn

Wędrujące po pomieszczeniu plugawe insekty o barwie czerwieni. Zwieszające się z sufitu kosmate i karmazynowe pająki. Szeleszczące na podłodze skorpiony z toksycznym jadem, kroczące pośród pełnego brudu się wijącego robactwa w kolorze szkarłatu. Na ścianach rubinowe ćmy, burgundowe muchy i ciemno bordowa krew.

Ta krew, wszędzie było jej pełno. Ściekała nie tylko ze ścian, ale i skapywała z sufitu, płynęła po posadzce. Sączyła się, przelewała, przeciekała i chlupotała.

Czyniła to również w żyłach Bursztyn. Czuła ją w nadgarstkach, pulsującą w skroniach, rozpierającą serce. Czerwona krew sióstr, a zarazem Cesarzowej, była wszędzie, a z nią, jakby nieodłączne, plugawe robactwo!

Królowa się raptem ocknęła z półsnu. Przerażona przylgnęła mocniej do południowo zachodniego rogu swej celi i obrzuciła ją rozbieganym spojrzeniem.

Dygocząc, stwierdziła, że krew oraz insekty nie nawiedzały jej w tym więzieniu. Przynajmniej nie w tej chwili. Ale czy mogło być to pocieszeniem wobec tego, że sama się czuła, a co więcej była, zbrukana? Od wielu dni jako kobieta skrajnie poniżana, upokarzana i hańbiona trwała bez wiary w tym koszmarnym pomieszczeniu.

Z odrazą popatrzyła na strzępy złocistej sukni na sobie. Rozdarta została przez niezliczone ręce o barwie różu. Każda z tych męskich dłoni wbrew woli kobiety ją dotykała. Każdy właściciel ręki wziął od Bursztyn to, co chciał, mianowicie jej ciało. To tak bolało, lecz szczególnie bursztynową duszę.

Co z niej zostało? Tyle co nic. Była jeszcze bardziej w strzępach niż resztki sukni. Do tego tych rozdarć nie zszyją najlepsze nawet tkaczki, miała tego okrutną świadomość. Również tego, że po ponownym spotkaniu Kakaona cały jej świat się obrócił w ruinę. Dosłownie wszystko zostało w nim spopielone, zniszczone i… zgwałcone.

Zaskrzypiały otwierane drzwi do więziennego pomieszczenia. W odpowiedzi kobieta wpadła w popłoch i jeszcze większe rozdygotanie. Wcisnęła się w kąt między ścianami tak mocno, jakby chciała się stać z nimi jednością.

Naprawdę by tego pragnęła – być więzieniem, a nie uwięzioną. Być nieczułą rzeczą, przedmiotem, a nie czującą istotą. Zresztą tak ją traktowano, jak rzecz. Bursztynowy przedmiot do zaspokajania cudzych żądz.

Wytrzeszczonymi od grozy oczyma spojrzała na postać przed sobą. Zobaczyła generała, którego poznała w restauracji na bankiecie zorganizowanym z okazji przybycia królowej do Czerwonego Miasta. Wówczas ten mężczyzna wydawał się tak miły, nawet usłużny. Z pietyzmem całował dłoń pokrytą bursztynowym błyszczykiem i z uśmiechem na ustach przedstawiał własną żonę. Teraz ze wzgardą patrzył na klęczącą kobietę, odpinając sobie pasek od spodni.

Weźmie to, po co tu przybył. Choć pragnęłaby w to nie wierzyć, podobnie jak w przypadku innych żołnierzy, czy polityków, którzy ją odwiedzali, wiedziała, że to się stanie. Dochodziło do tego za każdym razem, gdy niczym wrota otchłani się otwierały tutejsze drzwi. Wyżywali się na niej nawet pracownicy przynoszący jedzenie. Każdy robił z nią to, co chciał, a wszyscy pragnęli tego samego.

Fizycznie nie miała już w sobie niemal sił, by stawiać opór. Psychicznie już ją złamali. Mimo to momentami drgała w niej dawna duma, w zasadzie jedynie poczucie resztek godności. Wtedy próbowała się bronić.

*

Mężczyzna podciągnął spodnie. Zapiął w nich wojskowy pas, westchnął odprężony, po czym opuścił celę. Leżąca na podłodze bez życia Bursztyn otarła z ust strużkę krwi. Przed chwilą próbowała się bronić, walczyć. Co to dało? Jak zwykle nic, zupełnie nic.

Uświadomiła sobie, że to samo robiła przez całe życie. Walczyła o pozycję, władzę, koronę, miłość. Broniła pozycji, władzy, korony, miłości. Potem znów o coś walczyła, by zaraz znowuż czegoś bronić. Aż do teraz, gdy wyrwana z tego zaklętego kręgu ostatecznie niczego nie wywalczyła i niczego nie obroniła, trafiając do czerwonego więzienia bezdennej rozpaczy.

Tutaj nie miała już o co czynić starań, czy podejmować próby ochrony czegokolwiek. Była z góry na przegranej pozycji i tak jak kiedyś napędzało ją pragnienie poprawy swej egzystencji, tak teraz sama egzystencja się stała brzemieniem, udręką. Pragnęła wręcz oszaleć, aby świadomie nie doświadczać cierpienia. Albo też położyć temu cierpieniu kres w inny sposób.

Popatrzyła na swe nadgarstki. Gdy po pierwszych gwałtach na niej przegryzła sobie żyły, by umrzeć, niestety szybko udzielono jej pomocy medycznej. W celi umieszczono bowiem monitoring, przez co pielęgniarki w porę interweniowały. Wówczas założono jej na przeguby dłoni nie tylko karmazynowe szwy, ale też szkarłatne okowy, żeby nie mogła gryźć żył.

Zatem z resztek ubrania pragnęła związać pętlę, aby się powiesić. W tym wypadku jej nieszczęście polegało na tym, że stworzonego z ubrania sznura nie miała tu o co zahaczyć. Oto w więziennym pomieszczeniu nie było niczego poza jej strachem, cierpieniem, podłogą, sufitem, czterema ścianami oraz przyciemnionym światłem o barwie czerwieni.

Jednak obecnie, po nie wiadomo jak długim czasie spędzonym w celi, Bursztyn dostrzegła też światło niebieskie. Aby lepiej widzieć, zmrużyła oczy zapuchnięte od łez i wymierzonych w nie razów męskimi dłońmi.

– Duch…? Kobieta? – wyrzęziła więźniarka głosem, który wiązł w gardle i wydawał się wręcz nie jej. Dawno już bowiem przestała gniewnie krzyczeć, błagalnie również. Nic też już nie mówiła. Nic aż do teraz.

– Cześć, siostrzyczko. Wpadłam może nie w porę? Mogę cię odwiedzić później, w innej erze. – Wobec braku reakcji zabiedzonej osoby eteryczna postać rzuciła na pożegnanie: – To pa, Bursztynku.

– Czekaj… poczekaj – jęknęła więźniarka.

– Tak? – Duchowa postać zastygła w oczekiwaniu.

– Jesteś… moją siostrą? Jedną z sióstr krwi?

– To prawda!

– Twoje… imię?

– Lazur pozdrawia!

– Lazur…

– W rzeczy samej!

– Czy… Czy możesz mnie stąd zabrać, siostro? – Bursztyn popatrzyła błagalnie na zjawę. Ona w zadumie przytknęła palec do ust, drugą ręką się bawiła trzymanym kluczem, aż rezolutnie odparła:

– Wykluczone.

– Ale… – W oczach bursztynowej kobiety stanęły łzy.

– Za dużo upchano tu w ściany alistocjanu. Przez to przybyłam sama, bo nawet nie mogłam cię odwiedzić z mymi upiorkami. Niestety przestrzenna moc Lazur jest tutaj ograniczona.

– Więc… zniknij, odejdź, siostro. – Bursztyn jakby się zapadła w sobie.

– Skoro jednak już wpadłam i wymieniłyśmy parę zdań, to… może odpowiesz mi na jedno pytanie? Jedniusieńkie i zniknę, obiecuję. Halo! Mówię do ciebie!

– Nie odpowiem już nikomu i na nic.

– Może chociaż spróbuj! Chodzi mi o kasztanowych mężczyzn. Czy uważasz, że godni są tego, by poważnie traktować ich… konkury?

– Mężczyźni… kasztanowi… konkury. Phi – parsknęła bursztynowa kobieta, której się zebrało na mdłości. Ściągnęła w usta żółtą flegmę i ze wzgardą posłała ją na ścianę.

– Czyli uważasz, że kasztanowych amantów należy… spławiać? – Lazur śledziła wzrokiem ściekającą ze ściennej powierzchni wydzielinę.

– Spławiać… – powtórzyła melancholijnie więźniarka. W obecnej sytuacji tę Lazur, jej domniemaną siostrę, brała bardziej jako wytwór własnej wyobraźni niż rzeczywistą istotę. Kogoś, bardziej jak część samej siebie, za sprawą kogo prowadziła wewnętrzny dialog, chociaż słowa kierowała na zewnątrz.

Ileż bowiem razy zadawała sobie w tej celi to właśnie pytanie; co warci są mężczyźni, w tym jej kasztanowy wybranek? Czy ktoś kogoś, kiedykolwiek, zranił bardziej niż Kakaon Gniadosz bursztynową królową? Wspomniała jego dumną pozę na czerwonym fotelu w pokoju, gdzie objawił się jej z całą swą arogancją i butą, jakiej by się u niego nigdy nie spodziewała.

Mimo więc, że go uprzednio kochała, to może go wcale nie znała? Jeśli tak, to co warta była miłość, której się oddała, do której tęskniła, której łaknęła i pragnęła ją nosić w sercu? Otóż miłość się okazała kłamliwą suką. Okłamała ją ta ladacznica! Przechodziła w niej z jednej osoby na drugą, ta dziwka, by ostatecznie w ogóle odejść.

Choć z drugiej strony Bursztyn się stała kobietą upadłą, opuszczoną przez wszystkich. Czy powinno ją zatem dziwić, że opuściła ją także… miłość?

– Dziwka, suka, ladacznica… – złorzeczyła, nie wiedząc, samej sobie, czy też miłości. Może obojgu? Zapewne tak. Zaraz jadowicie dodała: – Zabij mnie. Jeżeli już się tu pofatygowałaś do mnie, niebieska siostrzyczko, to skróć moje męki. Spróbuj się do czegoś przydać i zabij. – Spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą się unosił duch eterycznej kobiety z przecięciem na linii szyi. Obecnie nie dostrzegła tam nic poza czerwonym światłem. – Lazur…? Lazur? Lazur?! – Z przestrachem, że znowu została zupełnie sama, Bursztyn się porwała na nogi. – Lazur. La… zur. – Dotarło do niej, że jeśli uprzednio nie doświadczyła imaginacji zwichrowanego umysłu, to upiorzyca już zniknęła. Porzuciła ją jak… książę Złoty, Kakaon Gniadosz, jak miłość, jak… każdy.

Z wolna się osuwając po ścianie, nagimi plecami starła ze ściennej powierzchni posłaną tam wcześniej flegmę. Usiadła na podłodze osowiała, po czym w przypływie frustracji z całych sił się wytargała za włosy.

Pragnęła poczuć ból, ale taki, który sama zada tej bursztynowej wywłoce, suce, czyli sobie. Nienawidziła jej, chciała ją zabić, więc nie żałuje jej również bólu! Zasłużyła sobie na to, ta bursztynowa szmata, godna wzgardy od wszystkich dziwka. Dziwka! Dziwka!

Zdruzgotana kobieta spojrzała na dłonie, w których trzymała wyrwane kępki włosów. Odrzuciła przetłuszczone kłaki na podłogę. Następnie wbiła paznokcie w przedramię i zaczęła zajadle trzeć skórę. Pocierała ją tak długo, aż się dodrapała do krwi.

Zapamiętale się orała pazurami dalej, poszerzając samookaleczanie. Gdy wtem niespodziewanie usłyszała znajomy głos.

– Bursztyn…?

Drgnęła, by w kolejności, jak płynna żywica w formie bursztynu, zastygnąć w sztywnej pozie. Przestała zadawać sobie rany i pomieszanym wzrokiem spojrzała przed siebie. Jej twarz wykrzywił paskudny grymas. Zobaczyła… Kakaona. Stał przed nią w czystym, kasztanowym i kowbojskim ubraniu. Ona siedziała przed nim półnaga, w porwanej sukni, bez bielizny, w kajdanach, z ranami na rękach, z posiniaczoną twarzą i w skołtunionych włosach. Ona, władczyni Królestwa Zachodzącego Słońca. Słońca, które zaszło już dla niej na dobre.

– Bursztyn? – ponowił zapytanie kowboj, zupełnie jakby jej nie poznawał. Ona pochyliła głowę, zasłaniając twarz dłońmi. Pragnęła, aby jej nie rozpoznał! Niech stwierdzi, że pomylił więzienne cele. Przypadkiem odwiedził odrażającą dziwkę. Niech odejdzie, odejdzie na zawsze!

– Bursztyn… – Za trzecim razem to imię kasztanowy mężczyzna wypowiedział na klęczkach i ze współczuciem. Jednocześnie spróbował odjąć dłonie od lica więźniarki. Pozwoliła mu na to, by zaraz desperacko go zaatakować rękoma. Przyjmując razy, dał jej wyładować na sobie złość, rozpacz, przerażenie. Aż chwycił kobietę za ręce. Przytrzymał je mocno, po czym równie mocno przycisnął do siebie Bursztyn.

W męskich ramionach dotąd ukochanej osoby upadła władczyni się rozpłakała silnie jak nigdy. W tym płaczu zawarła całą tęsknotę, ból, poczucie krzywdy, ale też na przekór wszystkiemu nadzieję i wiarę.

Tak pragnęła, aby wraz z wypłakanymi łzami opuściła ją cała trauma i zło ostatnich doświadczeń. Jednak na dobrą sprawę nie wiedziała nawet, czy pasmo nieszczęść mogło od niej choć na trochę odstąpić.

Oto zjawił się przed nią on, jej do niedawna ukochany. Lecz po co to właściwie uczynił? Może po to, żeby zanieść jej tylko złudną otuchę, a tak naprawdę szydzić i, o ile to możliwe, jeszcze bardziej poniżyć?

Głaszcząc kobietę po przerzedzonych włosach, Kakaon nie omieszkał wyjawić swych intencji. Przy czym jego słowa wydawały się płynąć prosto z serca. Dawały tym Bursztyn podstawy, by mogła sądzić, iż słyszała prawdę. Tak bardzo pragnęła ją usłyszeć i właśnie w takiej formie. Zadawała sobie pytanie; czy to się działo naprawdę?

– To, co się wydarzyło, nie jest takie, na jakie wygląda. – Kowboj zaczął przepraszająco i z nutą poczucia winy w głosie. – Podczas twej długiej wizyty na czerwonym zachodzie doszły mnie słuchy, że wyszłaś tam za mąż. To bolało, raniło, ale mej miłości do ciebie nie zniweczyło. Osobiście zostałem na kanarkowych łąkach, gdzie podarowałaś mi ziemię. W miejscu, na którym się ostatnio kochaliśmy, a nasza kasztanowo złocista miłość rozkwitała. Aż pewnego dnia zjawiła się tam osoba o imieniu Eozyna. Powiedziała mi, że grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo. Zaznaczyła, że tylko ja mogę cię uratować. Zaś drogą do tego jest całkowite zaufanie właśnie jej, Eozynie. Niedługo po tym spotkaniu dostarczono mi od ciebie list. W swej naiwności pokazałem go wspomnianej kobiecie o różowym kolorze skóry. Od tego momentu sprawy nabrały przyspieszenia. Ja natomiast posłusznie wykonywałem polecenia osoby, która obiecała mi, że cię ochroni. Robiłem to z miłości do ciebie. Również w czerwonym pokoju me czyny dyktowane były jedynie miłosnym uczuciem, gdy dyktowano mi do urządzenia w uchu, co mam ci mówić, co odpowiadać. Potem jednakże naciskałem na spotkanie z tobą. Obiecano mi to zorganizować. Ale w miejscu, gdzie miałem cię spotkać, czekali na mnie jedynie czerwoni zabójcy. Zacząłem więc poszukiwania na własną rękę. W tym czasie czerwonym miastem zawładnął kompletny chaos. Ja sam łapałem na lasso kolejnych prominentów wojskowych i bez skrupułów przesłuchiwałem. Gdy tym sposobem się dowiedziałem całej prawdy o twoim losie, pozbyłem się wszelkich zahamowań. Tak dotarłem aż tutaj, by zanieść ci wolność, nie wahając się przed niczym. – Kowboj wykonał zręczny wymach batem. Jego końcówka się zawinęła na klamce drzwi, a pod wpływam szarpnięcia je otworzyła. Za wrotami zwisało z sufitu dwóch powieszonych za gardła strażników. – Moje sznurki… Swego czasu sporo ćwiczyliśmy z Bezią – skwitował widok Kakaon.

Po jego wyznaniach nastała dłuższa cisza. Podczas niej Bursztyn trwała niczym martwa w bezruchu i męskich ramionach. Aż łamiącym głosem zapytała:

– Naprawdę mogę ci… ufać?

– Zawsze mogłaś. Świadomie nigdy nie zrobiłem niczego przeciw naszej miłości.

– Ja zrobiłam aż… nadto.

– Nie oceniam tego. Krowa nie raz się oddzieli przypadkiem od stada, a zbłąkana czasem spadnie nawet w przepaść. Nie winię jej za to. – Raptem kowboj się ugryzł w język. – Przepraszam za takie porównanie, za krowę.

– Nic, to zupełnie nic. – Bursztynowa kobieta wytarła o męskie ramię swe policzki wilgotne od łez. – Ale… – stęknęła. – Tam, wtedy, w tym czerwonym pokoju, również wydawałeś mi się taki przekonujący. Tam też uwierzyłam, że mówisz prawdę.

– Tak szczerze, to jako kasztanowy szczeniak się udzielałem w wiejskich teatrzykach. Podobno mam talent aktorski, który był podziwiany, choć już nie oklaskiwany.

– Czemu… nikt nie bił brawa?

– Wśród widowni leżakowały głównie, a właściwie wyłącznie… krowy. – Wraz z przekazaniem tej w założeniu humorystycznej treści Kakaon czekał, aż kobieta w jego ramionach się chociaż odrobinę zaśmieje. Wobec jej milczenia nieco się odchylił i popatrzył na nią.

Zmaltretowana i pełna udręki twarz niestety nie wyrażała nawet cienia uśmiechu. Bursztyn nerwowo drgała dolna warga i widać było po niej, że wzbierała w niej kolejna fala płaczu. Aż wskazała ręką na wisielców za drzwiami i wręcz histerycznie z siebie wyrzuciła:

– Czy ty… wiesz? Czy wiesz, co oni mi zrobili?!

– Wiem. Dlatego sama widzisz, co ja zrobiłem im. – Kakaon przeniósł wzrok na parę trupów. – Teraz już nie będę się zajmował pętaniem bydła. Będę wiązał na śmierć wszystkich, którzy cię skrzywdzili, bo zasłużyli tylko na śmierć. Ponadto cię ochronię i już nie dam ci ode mnie odejść, czy ci się to podoba, czy nie.

– Pomożesz mi zniszczyć wszystko co… czerwone w mym życiu? Także mego męża, jeśli jeszcze żyje oraz… to coś, pół-czerwony płód w mym… łonie? – Bursztyn wskazała na swój brzuch z taką odrazą, jakby zawierał w sobie jadowite żmijowisko. Kowboj patrzył dłużej na łono kobiety. Wydawał się z czymś zmagać, coś rachować. Wreszcie zdecydowanie rzekł:

– Pomogę ci wymazać z twego bursztynowego istnienia każdą rzecz o barwie czerwieni, jeśli taka jest twoja wola, pomogę. Ale teraz już chodźmy. Nie powinniśmy tu zbyt długo zostawać.

Mężczyzna wstał i wyciągnął ku kobiecie rękę. Ona się zawahała, ale ciężko oddychając, splotła złociste palce z kasztanowymi. Została podźwignięta do pionu i już zaraz była prowadzona przez więzienny korytarz.

Co chwilę się potykała o własne nogi, w których czuła słabość. Lecz im mocniej się chwiała, tym silniej wspierał ją w drodze Kakaon. Wzmocniło to ufność Bursztyn, dzięki czemu coraz pewniej stawiała bose stopy. Równocześnie się przyglądała przestrzeni więziennego gmachu.

W odniesieniu do istot żywych ział pustką. Za to co pewien czas mijała uduszoną postać żołnierza. Część z nich leżała na podłodze, inni zwisali z sufitu. Jeszcze inni, niczym czerwone okiennice, dyndali w oknach. Niektórych Bursztyn rozpoznawała. Znała ich ze swej celi i tego, co jej tam robili.

Aż dostrzegła trupa prominenta wojskowego. Tego samego, który zgwałcił ją właśnie dziś. Leżał bez życia na posadzce. Kobieta wspomniała, jak dopiero co leżał na niej, gdy to ona była jak martwa.

Nagle coś w niej pękło. Zagryzła wściekle zęby i się rzuciła na męskie truchło. Skopała je z całych sił, po czym się wzięła za okładanie cudzej głowy pięściami, rozorywanie paznokciami twarzy. Oddała się temu bez pamięci niczym bursztynowy upiór kobiety, któremu nie wystarczała śmierć ofiary, a pragnęła profanacji. Dopiero Kakaon odciągnął ją od męskich zwłok. Roztrzęsiona dała się poprowadzić przez resztę korytarza.

Na zewnątrz oślepiło ją jasne i różane światło dnia. Wręcz poczuła pieczenie w oczach nawykłych do sztucznego oświetlenia. Przez to się skrzywiła mocno na zabiedzonej twarzy, na którą słońce wycisnęło już nie wiadomo które z kolei bursztynowe łzy.

Jednak bolesny grymas w jednej chwili od niej odstąpił, gdy usłyszała ochocze rżenie. Zaskoczona powiodła wzrokiem w miejsce zasłyszanego dźwięku. Pomiędzy wrakami samochodów dostrzegła kiwającą ku niej łbem… Kasztankę. Niemal w szoku kobieta popatrzyła na Kakaona. On rozłożył ramiona i rezolutnie oświadczył:

– Nigdy już cię nie opuszczę, tak poprzysięgłem. Kasztance zaś przyrzekłem to, że ty nie opuścisz jej.

Tego dnia Bursztyn zdążyła wypłakać już cały ocean łez. Ale po raz pierwszy uroniła łzy nie bólu, smutku, cierpienia, a wzruszenia.

Niebawem siedziała na grzbiecie wiernej klaczy, w swoim mniemaniu jej najserdeczniejszej przyjaciółki. Siedzącego z przodu Kakaona obejmowała w pasie. Jak niegdyś na kasztanowych pastwiskach wtulona w męskie plecy w końcu odczuła cień ukojenia.

Wsłuchiwała się w miarowy tętent końskich kopyt na karmazynowym asfalcie. Brzmiało to dla niej jak uspokajający rytm świetlistej mantry sprowadzającej balsam na udręczoną duszę. Z różnych okolic dochodziły ją też odgłosy wystrzałów z broni palnej, również wybuchy. Te dla odmiany dźwięki odbierała niczym brutalną ingerencję w swoje ciało, przed którą się nie mogła obronić.

Pośród miejskiej przestrzeni mijała zgliszcza budynków. Spoglądała na nie jak na swą spopieloną niewinność. Odprowadzała wzrokiem martwych cywili i zabitych żołnierzy o różowym kolorze skóry. Kojarzyli się jej z utraconą kobiecością, martwotą udręczonego ciała, którego jakby straciła czucie. Tu i tam płonęły samochody, inne leżały przewrócone.

Jednak po tym, co ostatnio przeszła, wszystkie drastyczne widoki przyjmowała z dziwnym spokojem. Szybko przestała też myśleć o czymkolwiek i po prostu jechała konno w gronie bliskich sobie istot. To wystarczało jej ponad wszystko, przez co równie dobrze mogłaby przemierzać teraz demoniczny trakt Upiornej Twierdzy wprost do Martwicy. Różnicy by nie odczuła.

W pewnym momencie kowboj skręcił w kolejną uliczkę. Tutaj uwaga Bursztyn została pobudzona. Oto podziwiała przed sobą wysoką barykadę ustawioną z samochodów, mebli i gruzu. Na jej szczecie dostrzegła posągową postać markiza Limona w złotym garniturze i z karabinem w rękach. Stał koło lady Pomarańczy. Ona wymachiwała zamaszyście czerwono-bursztynowym sztandarem. Ubrana była w pomarańczową zbroję przypominającą opancerzenie bojowego robota. Chociaż nie przywdziewała hełmu.

Zaś co do robotów, to w zwartym szyku się imponująco prezentowały za parą arystokratów z królestwa. W większości miały czerwoną barwę z żółtymi pasami na metalowych ramionach. Wśród tych istot się wyróżniały dwie; brązowa z głową na kształt odwróconego wiadra i czerwona oraz kobieca z pojedynczym skrzydłem na plecach.

Całe te oględziny, wespół z tym co wcześniej widziała Bursztyn, sugerowały jej jedno. W latającym mieście wybuchła czerwono-bursztynowa rewolucja. W konsekwencji ta piękna do niedawna metropolia była na ten czas bezwzględnie niszczona. Cierpiała tłamszona i gwałcona przez wojnę, jak do niedawna Bursztyn przez piewców wojny, czerwoną armię.

III. Złoty

Zwątpienie się przeplatało z nadzieją, odczucie gniewu z pokorą, a strach przykrywała wiara. W tym konglomeracie sprzecznych uczuć trwał Złoty, odkąd usłyszał, że śmierć Srebrnej w tym żywocie nie była ostateczna. Podobno mógł wyrwać ukochaną z zaświatów i szponów unicestwienia. Skoro taka możliwość zaistniała, to się nie oglądając na nic, wykorzysta ją i dokona czegoś, wydawało by się, zgoła niemożliwego.

W toku realizacji misji wskazanej przez Wichrzyciela i Eozynę na latającym okręcie dotarł przez białą krainę do czarnej ziemi. Następnie zawitał aż nad Upiorną Twierdzę i samą Martwicę.

Tutaj stanął przy burcie okrętu z zamiarem przekroczenia tego wymiaru przestrzeni i zawitania do alternatywnego świata. W każdej chwili był gotowy do skoku w kielich niebotycznego tworu, gdzie w pół-materialnej postaci wirowały się odradzające istoty mroku. Jednak nim zdążył to uczynić, przemówił do niego demon czasów pod postacią kasztanowej dziewczyny się przedstawiającej, jako Brunatna:

– Pamiętaj, że wysyłam cię do wymiaru, który jest tylko po części rzeczywisty. Możesz tam spotkać znane ci osoby, przestrzenie. Nie daj się temu pochłonąć, zwieść. Najważniejsze, abyś nasycił klejnoty mocą i krwią upiornych sióstr. Nie musisz ich szukać, tych demonicznych istot. One odnajdą ciebie. Nie musisz się do nich zwracać. Same wyrażą to, czego pragną za pomoc. Ty będziesz musiał im to dać, cokolwiek by to nie było albo życie twej ukochanej będzie na zawsze stracone. Rozumiesz?

– Tak. – Nawet nie spoglądając na Brunatną, Złoty już chciał dać susa wprost do Martwicy. Ale kasztanowa dziewczyna pochwyciła go za ramię. – Co znowu? – syknął zniecierpliwiony.

– Wybacz… mi – powiedziała pustym głosem.

– Co mam wybaczyć? – Książę z podejrzliwością spojrzał na Brunatną. Ona uciekła wzrokiem, puściła go i na pożegnanie rzekła:

– Nie, nie wybaczaj, a przeklnij. Ale to się musi dokonać. Na zawsze razem… na zawsze razem. W drogę!

Nagle potężna siła porwała Złotego w przestrzeń. Runął do serca Martwicy, by wraz ze zbliżaniem się do niej doświadczać gaśnięcia swej złocistej istoty.

W dalszej kolejności dematerializacji uległa jego fizyczna powłoka. Odzienie zniknęło, podobnie się rozproszyła złocista skóra. Zaś bezmiar doświadczanego bólu otworzył przed duchem Złotego jakby czarne wrota. Zobaczył je uchylone w jednej z komór serca matki demonów, po czym w bezcielesnej postaci przekroczył.

Jego zmysły zostały rozerwane i od niego odeszły. Pozostała jedynie świadomość istnienia w próżni. Nie było tu niczego; światła, zapachów, dźwięków czy namacalnych kształtów. Wyłącznie wszech osaczająca i totalna pustka, nicość.

Nie zawierała ona w sobie przestrzeni ni czasu. Dlatego gdy zmysły zaczęły powracać do księcia, odczuwał, że od wyrzucenia go za burtę latającego okrętu nie minęło nawet ułamka chwili. Choć zdawał sobie sprawę, że mogła upłynąć cała wieczność.

Miejscem, gdzie odzyskał ciało, a jego świadomość ponownie została ubrana w zmysły, była szara i lodowa kraina. Na pierwszy rzut oka przywodziła na myśl znane Złotemu srebrzyste ziemie. Jednak szybko dostrzegł różnice; najpierw subtelne, potem coraz wyrazistsze.

Oto z nisko zawieszonych chmur w ciemnym kolorze marengo zwisały długie sople o barwie czystego srebra. Ich zagęszczenie przywodziło na myśl lodowy las rosnący ku dołowi. Z kolei ziemska powierzchnia na poziomie młodzieńca się jawiła, jako roztapiająca, umiejscowiona pośród lodowych jezior i wzgórz.

Sam Złoty stał na niewielkiej krze, która się chybotała. Otaczała go mętna i mysia woda oraz lodowe płyty pływające w tej kipieli. Były od siebie dość blisko, dzięki czemu mógł przechodzić lub przeskakiwać z jednych kawałków lodu na drugie.

Wykonał kilka takich susów i przejść. Aż podczas kolejnego skoku dostrzegł pod wodą zarys dziewczęcej sylwetki. Ukucnął i z przejęciem się przyjrzał uważniej.

W mętnej toni się unosiła szara dziewczyna. Rozpaczliwie wymachiwała kończynami i otwierała usta, z których wypuszczała pęcherze powietrza. Zdawała się krzyczeć, wytrzeszczając z przerażenia oczy. Strach – podczas tonięcia była nim obleczona jak kokonem, nie tylko wodą. Lecz była też kimś znajomym.

Złoty rozpoznał w niej Mysię. Dziewczynę, którą poznał jako przekupkę w Orlim Gnieździe. Później stanowiła członkinię srebrzystej rady. Mieniła się też przyjaciółką Srebrnej, która swą przyjaciółkę zabiła, zdradziecko wbijając w nią nóż.

Na wspomnienie tego czynu pyzatej dziewczyny w Złotym wezbrała fala niechęci. Przyćmiła ona dobre postępki Mysi.

Wyciągnął miecz i przyjrzał się złocistej klindze. Gdy odbił się od niej jasny promień słońca, pomyślał, aby mimo wszystko okazać łaskę i podać topielicy rękojeść, by wyciągnąć ją na krę. Lecz zaraz słońce się skryło za całunem z gęstych chmur. Wtedy ostrze, młodzieńca i jego serce przykrył mroczny cień.

Złoty zanurzył klingę w wodzie. Przez chwilę spoglądał na Mysię, jak desperacko skrwawiała dłonie, daremnie chwytając ostrą stal. Raz jeszcze wspomniał zabójstwo Srebrnej, po czym wykonał pchnięcie w szare serce.

Odczuł satysfakcję, spoglądając w gasnące oczy nasycone bezgranicznym strachem. Należały do dziewczyny opadającej w otchłań grafitowego jeziora.

Lecz raptem jej postać się przemieniła w… Srebrną. Spowita strachem i niedowierzaniem szara siostra krwi trzymała się za ranę w sercu i patrzyła na ukochanego. Kogoś kto… nagle zadał jej śmierć, się okazując potworem?

Książe odskoczył do tyłu, jak oparzony własnym przekleństwem. Schował miecz i niczym kozica pośród gór gnał po lodowych krach, jakby uciekał przed śnieżną lawiną czy legendarnym monstrum. Przyspieszył, uświadamiając sobie, że tą bestią był on sam. Chociaż jak niby w takich okolicznościach mógł ją pozostawić za sobą?!

Zerknął przez ramię. Autentycznie się bał, że zobaczy własny cień pod postacią rogatego demona. Albo co gorsze na krach się czołgającą topielicę – Srebrną rzężącą w jego kierunku; „dlaczego, dlaczego, dlaczego”?

Niemal w panice dotarł na brzeg. Tutaj natrafił na igloo, a przed nim siedzącą do niego tyłem postać. Opatulona była w szare futro, jej rozpuszczone i długie włosy w kolorze srebra falowały z lekka na zimnym wietrze. Postać ta się monotonnie kiwała na boki, nucąc smętnie zawodzącą melodię.

Złoty niepewnie wyciągnął rękę, aby dotknąć szarą dziewczynę czy też kobietę. Lecz jego wyprostowana w poziomie górna kończyna zastygła w sztywnej pozie. Zawładnął nim strach, że w istocie przed sobą zobaczy osobę z raną w sercu, a w martwych oczach odczyta ból i wyrzuty skierowane ku niemu.

Trwał tak niczym zesztywniały trup, aż raptem upadł na plecy. Wydarzyło się to, kiedy w okolicy doszło do potężnej eksplozji. Roztrzęsiony spojrzał w tamtym kierunku.

Na przeciwległym brzegu jeziora nieoczekiwanie zobaczył czerwoną górę. Ze szczytu wyrzucała z siebie potoki lawy, która wyglądała niczym karmazynowa krew płynąca do grafitowego jeziora. Jak bolesne posykiwanie demona dał się słyszeć złowrogi syk w efekcie kontaktu przeciwstawnych żywiołów; ognia i wody. Złotym wstrząsnęła też fala uderzeniowa od wybuchu. Choć zadrżał także ze strachu.

– Kim jesteś? – usłyszał słowa, które się dobywały jakby z samej przestrzeni. W tym zapytaniu odczytywał brzmienie głosu swego ojca, matki, ale też Marrenga, Ozłona, Bursztyn, Mysi… Alabaster czy Srebrnej. Kim zatem był?

Wstrząśnięty się przeczołgał sporą odległość do tyłu. Byle dalej od czerwonej góry, pytającego głosu, topielicy z jeziora, szarej postaci przy igloo oraz wspomnienia o… śmierci ukochanej. W nagłym porywie paniki nagle zapragnął uciec od tego wszystkiego wręcz do innego świata!

– Kim jesteś? – padły te same, co uprzednio, słowa. Odzyskując namiastkę spokoju, Złoty skonstatował, że nadawcą tej wypowiedzi była postać, której plecy uprzednio oglądał. Znowu znajdowała się tuż koło niego. Jawiła się, jako srebrzysta dziewczyna, ale z trupio bladą cerą i widoczną raną w trzewiach. Rana wyglądała na śmiertelną.

– A… kim jesteś ty? – Głos księcia drżał. Całą jego postacią dygotało od strachu.

– Nazywam się Szarówka.

– Szarówka…

– Tak.

– Co tutaj… robisz? – Złoty powiódł ręką, wskazując niepokojącą okolicę. Szara dziewczyna również się przyjrzała okolicznej przestrzeni, po czym z nutą lęku rzekła:

– Chyba… szukam mych bliskich. Oddalili się. Nie wiem gdzie i niepokoi mnie to. Jak myślisz, czy coś złego mogło ich spotkać? Ktoś mógł ich… skrzywdzić? – Spojrzała na złocisty miecz za pasem Złotego. On wzruszył bezradnie ramionami i z równą niemocą odpowiedział:

– Nic mi nie wiadomo o twych znajomych. Ale… – zawahał się – mogę ci pomóc ich… szukać.

– Uczynisz to? – Szarówka nieufnie się odsunęła od księcia.

– Tak – potwierdził bez przekonania, znów wyciągając ku dziewczynie rękę. Cofając się, srebrzysta postać krzyknęła w przestrachu:

– Nie dotykaj mnie!

– Dobrze, nie dotknę, przepraszam. – Książę zabrał dłoń, widząc, że ta była u niego demonicznie czarna.

Wtem niebo w kolorze marengo pociemniało aż do grafitu.

– Znowu jest noc. Ostatnio zwykle jest noc – skwitowała trwożnie zjawisko na nieboskłonie Szarówka. Złoty przyznał jej rację, kiwając głową, bo ostatnio sam w sobie czuł prawie tylko noc pozbawioną choćby namiastki światła. – Muszę się przespać. Poszukać we śnie wskazówek, jak odszukać mych bliskich. – Na czworakach Szarówka ruszyła do wnęki w igloo.

– Mogę iść… z tobą? – zapytał z nadzieją młodzieniec, bojąc się zostać sam. – Mogę? – ponowił zapytanie.

– Nie, nie możesz. – Z dziewczęcych ust padło lodowate zaprzeczenie. Zaś książę jęknął:

– Czemu… nie?

– Bo się ciebie boję. Masz w sobie…

– Tak…?

– Mrok i zło. Jesteś mordercą!

Złoty został sam, ale nie na długo. Wraz z grafitowymi ciemnościami zaatakował go przenikliwy mróz. Ten bezwzględnie się wdzierał w ciało, zupełnie jak… strach, który coraz silniej towarzyszył jego postaci.

W swej złocistej zbroi młodzieniec się skulił na śniegu, dygocząc. Usilnie wmawiał sobie, że doświadczał jedynie namiastki rzeczywistości, a nie jej samej. Jednak w obliczu trzęsącego nim w ciemnościach zimna i napadów lęku taka retoryka nic nie dawała. Albowiem niezależnie od skali realności tego świata własne doświadczenia odbierał, jako na wskroś prawdziwe.

Na nie wiadomo jak długi czas zapadł w płytki i przerywany sen. Gdy się budził, trwożnie wyglądał topielicy wypełzającej z jeziora, czy trupiej dziewczyny się czołgającej z igloo. Ze strachem patrzył też na czerwoną górę, zupełni jakby spoglądał na czerwonego demona we własnej osobie.

Kiedy natomiast śnił, niczym czarne zmory, nieustannie osaczały go te same i mroczne wersety

W cudzym strachu znajdziesz ukojenie

Marzeń, myśli swych spełnienie

Strasz, siej trwogę na pożogę

W umysły zaszczepiaj lęk

W tym jestestwa twego sęk

Cierniem strachu porań serca

Będzie z ciebie tu morderca

Tego co spokojne i opanowane

Obróć w niwecz cudze staranie

By po świecie pewnie stąpać

W lęku strachu się nie kąpać

Zatem zsyłaj przerażenie

Za klejnotu mocą… nasycenie

Wraz z popielatym świtem Złoty ostatecznie przestał śnić, być może także na dobre lśnić. Leżąc, melancholijnie spoglądał do góry na zwisające z ciężkich chmur gigantyczne sople. Przywodziły mu na myśl niebiańskie lance, które spadając, uśmierciłyby zapewne nawet samego giganta.

W pewnym momencie jeden z takich sopli się oderwał od podstawy i runął w otwartą przestrzeń. Niczym srebrzysta strzała wystrzelona z szarego łuku przemierzył popielate powietrze, po czym z impetem się wbił w powierzchnię na wpół zamarzniętego jeziora. Rozbrzmiał łoskot gwałtownie kruszonej kry, intensywny plusk wody, ale też jakby rozdzierający i dziewczęcy krzyk.

W reakcji na te zjawisko książę nawet nie drgnął. Strach opuścił go całkowicie, bowiem już wiedział, czym się on miał dla niego stać w tym wymiarze. Mianowicie orężem, za którego sprawą pokona przeszkody na drodze do nasycenia czerwonego klejnotu niezbędną mocą. W tym celu musiał zatruć lękiem cudze serce. Osobiście więc nie miał się czego lękać. O tym właśnie traktowały mroczne wersety ze snu – wskazówki jednej z upiornych sióstr. Cenę, jaką Złoty miał zapłacić za taki występek, stanowiło jego światło w sercu. Był gotowy ową światłość poświęcić, czyniąc to w imię miłości i ożywienia Srebrnej.

– Co się stało? Słyszałam huk! – Wystraszona Szarówka wypełzła z igloo. Roztrzęsiona popatrzyła na lodowe niebo, a potem grafitowe jezioro, zastygając pomieszana jak kłębek strachu. – Czy komuś grozi niebezpieczeństwo? – dopytała zdezorientowana.

– Tak… – odparł z miażdżącym spokojem Złoty.

– Gdzie, komu? Musimy zanieść pomoc!

– Zgubiły się tam dwie osoby. – W bezpośredniej bliskości igloo książę wskazał lodowy labirynt, którego chwilę wcześniej tam nie było. Podobnie niespodziewanie w męskim umyśle się zamanifestowały imiona oraz wizerunki postaci, które znała Szarówka.

– Jakie, jakie osoby zaginęły? – dopytywała przejęta dziewczyna.

– Sopel i Szaruga. Tak się zwą.

– Och nie…

– Przyszli tu i cię szukali – skłamał młodzieniec. – Powiedziałem im, że śpisz w igloo. Nie uwierzyli mi. Dlatego poszli właśnie tam, aby cię odnaleźć. – Złoty spojrzał na labirynt. Z jego wnętrza dobył się złowrogi warkot jakby bestii. Później do kompletu kobiecy wrzask.

– Nie… nie. – Szarówka w przestrachu wstała. Podeszła do wejścia wiodącego do zespołu lodowych ścian i przejść pomiędzy nimi. Tutaj jak zamarznięta zamarła. Książę widział, że się bała i to zarówno o znajomych, jak i o siebie. Wszak on znał już swą rolę tutaj. Przeto dla ożywienia Srebrnej się nie wahał sprostać zadaniu, dalej perfidnie kłamiąc:

– Nie możesz tam iść, zginiesz! – Niby przestrzegł.

– To prawda… – Przestraszona dziewczyna się cofnęła o krok.

– Ale nie możesz też tutaj zostać, bo zginie Sopel z Szarugą. – Te słowa księcia jeszcze wzmogły lęk Szarówki, pchając ją dla odmiany naprzód do uprzedniej pozycji. Kompletnie bezradna dziewczyna spojrzała z bólem na Złotego. On poczuł współczucie. Ale myśl o własnym szczęściu z ukochaną sprawiła, że empatyczny powiew w jego sercu się rozwiał. – Coś się tu zbliża! – krzyknął, symulując strach.

– Co… co takiego? – Srebrzysta dziewczyna zaczęła dygotać.

– To… potwór, czerwony potwór! On zabije nas wszystkich. Nie masz wiele czasu. Musisz ratować przyjaciół, szybciej.

– Ale…

– Prędko! Oonn… nadchodzi…

– Tak… Oonn nadchodzi! – Przerażona dziewczyna pobiegła do labiryntu. Z tą chwilą z powierzchni szarej ziemi się wyłoniła lodowa płyta, zamykając przejście. Od tego momentu Szarówka bezproduktywnie błądziła po plątaninie korytarzy. Trwożnie nawoływała przyjaciół, to krzyczała ze strachu.

Niczym rzeka lęku płynąca w labiryncie tak właśnie upłynął cały dzień. Złoty spędził go niewzruszenie, słuchając dziewczęcych skowytów. Nie robiły na nim wrażenia. Przechodziły przez niego, jakby miał przezroczyste ciało, duszę i serce. Albowiem tarczą nie do przebicia na cudzy strach była w jego mniemaniu miłość do ukochanej. Ona chroniła go na ten czas od wszystkiego, także wyrzutów sumienia. Sumienie… czy w ogóle je jeszcze posiadał? Jeśli zaś nie, być może się dobrze działo, bo zauważył, że… tylko zawadzało.

Kolejnego ranka lodowa płyta broniąca wejścia do labiryntu się odsunęła. Przez powstałą wnękę się wyczołgała Szarówka. Drżała, jej włosy były skołtunione, a paznokcie od orania nimi lodowych ścian zdarte do krwi. Zastygła w pozycji na czworakach i roztrzęsiona podniosła na księcia zalękniony wzrok.

– Sopel… Szaruga? – zapytała zupełnie bez wiary.

– Zapewne są już straceni – stwierdził lodowato Złoty. Nie znał tych postaci, więc ich los nawet w prawdziwym świecie był mu w sumie obojętny. Natomiast w tej ulotnej krainie tym bardziej się nie musiał silić na zachowanie zgodne z kodeksem światła. Mógł wręcz się poddać prawom Martwicy, co nagle odbierał jako intrygującą i kuszącą zarazem odmianę. Dla miłości się wyrzekł światła w sercu. Zatem przed czym, jaką niegodziwością, niby miałby mieć jeszcze opory?

Tymczasem książęca odpowiedź przyniosła na dziewczęcą twarz koraliki zamarzających łez. Skojarzyły mu się one z perłową bransoletką. Darem dla Srebrnej, który obecnie miał na nadgarstku.

Zastanowił się, czy perły mogły być tak naprawdę łzami, tyle że nie tymi powszechnie znanymi, księżycowymi. Więc jakimi? Gdyby przyjąć, że ocean powstał tak naprawdę z morza łez pradawnych istot, perły mogły być w tym ujęciu ich manifestacją w innej niż płynna postaci.

Lekko się uśmiechnął w obliczu takich rozważań. Zaś kolejne podsunęły mu zamysł, jak sprowadzić jeszcze więcej łez na świat, zasilając ich bezmiar:

– Gdy błądziłaś w labiryncie, źle szukając przyjaciół, czym się przyczyniłaś do ich zguby, ja obserwowałem tu szarą dziewczynkę – oświadczył karcąco do Szarówki.

– Dziew… czynka, tutaj? – Przestraszona osoba się kwaśno uśmiechnęła.

– Tak. Obserwowałem tu dziecko z toporem i krzywym zgryzem.

– To Stalówka! – Szarówka się porwała na równe nogi. – Gdzie, gdzie ją widziałeś?! – krzyczała w panice.

– Bawiła się, skacząc z kry na krę, jak to niesforny bachor. Ale się omsknęła jej nóżka, przez co dziewczynka wpadła do wody…

– Gdzie ona jest?!

– W jeziorze. Ona… tonie. – Książę spojrzał pomiędzy kry na grafitowe jezioro. – Tonie, bo trzyma swój topór, który ją ściąga na dno. Ściska oręż, który jej podarowałaś na siódme urodziny. To przez ciebie to dziecko umiera. Chyba powinnaś mu pomóc.

– Tak… pomóc. – Chwiejnym krokiem dziewczyna ruszyła w kierunku brzegu.

– Prędzej, ona już kona!