Krawcowa z Madrytu - María Dueñas - ebook + książka

Krawcowa z Madrytu ebook

Maria Duenas

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Hiszpania, lata trzydzieste XX wieku. Egzotyczne Maroko, Portugalia i nazistowskie spiski. Miłość i zdrada, świat wielkiej mody i wielkiej polityki. Szpiedzy i zdrajcy. I niezwykła kobieta.

Sira jest utalentowaną krawcową. W przededniu wybuchu wojny domowej wyjeżdża z kochankiem z Madrytu do Maroka. Tam jednak nie znajduje szczęścia. Kochanek okazuje się oszustem i pozostawia ją bez środków do życia. Ze złamanym sercem i sama w obcym kraju Sira rozpoczyna nowe życie, wykorzystując swoje umiejętności. Szyje dla bogatych klientek z kosmopolitycznej hiszpańskiej kolonii i nawiązuje cenne znajomości. Wkrótce dostrzeże to angielski wywiad. Kiedy Sira znowu pojawia się w Madrycie, jest już wziętą krawcową. W swoim wytwornym atelier mody damskiej prowadzi działalność, której efekty mogą okazać się kluczowe dla przebiegu II wojny światowej.

"Wspaniała powieść w starym dobrym stylu, z intrygą, miłością, tajemnicą oraz wrażliwymi, wyrazistymi i doskonale sportretowanymi bohaterami".
Mario Vargas Llosa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 811

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (71 ocen)
35
21
14
1
0

Popularność




Tytuł oryginału: El tiempo entre costuras

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Maja Topcagic/Trevillion Images

© María Dueñas, 2009

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Dorota Elbanowska

ISBN 978-83-287-0295-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Mojej matce, Anie Vinuesa

Rodzinom Vinuesa Lope i Álvarez Moreno

za pamięć o latach spędzonych w Tetuanie i nostalgię,

z jaką wspominają tamte czasy

Wszystkim dawnym mieszkańcom

Protektoratu Hiszpańskiego w Maroku

i Marokańczykom, z którymi dzielili swoje życie

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Mój los eksplodował za sprawą maszyny do pisania. Była to Hispano-Olivetti, od której przez długie tygodnie dzieliła mnie szyba sklepowej witryny. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, zza parapetu minionych lat, trudno uwierzyć, że zwykłe mechaniczne urządzenie miało w sobie moc zdolną odmienić czyjeś życie i w cztery dni zniweczyć wszystkie misterne plany na przyszłość. Ale tak właśnie było i nie mogłam zrobić nic, żeby temu zapobiec.

W rzeczywistości nie miałam wówczas wielkich ambicji. Moje aspiracje dotyczyły spraw bliskich i swojskich, dostępnych na wyciągnięcie ręki, a skrojone były na miarę czasu i przestrzeni, w jakich przyszło mi żyć. W owych dniach mój świat obracał się powoli, wokół kilku osób, których obecność, jak mi się wtedy zdawało, była trwała i nieprzemijalna. Wśród nich pierwsze miejsce zajmowała matka. Pracowała jako starsza krawcowa w zakładzie modniarskim dla wykwintnej klienteli. Miała doświadczenie i dobry gust, ale nigdy nie była nikim więcej niż zwykłą krawcową, która jak wiele jej podobnych przez dziesięć godzin dziennie psuła sobie oczy i łamała paznokcie, krając, szyjąc, przymierzając i upinając na cudzych ciałach ubiory przeznaczone dla innych osób, z rzadka tylko zaszczycających ją spojrzeniem. O ojcu wiedziałam niewiele. Właściwie nic. Nigdy go przy mnie nie było, a ja wcale nie odczuwałam tej nieobecności. Nie dopytywałam się też o niego, dopóki matka, gdy miałam osiem lub dziewięć lat, sama nie podjęła tego tematu, informując mnie skąpo i oględnie, że ojciec ma inną rodzinę i dlatego nie może mieszkać z nami. Przełknęłam te rewelacje z takim samym pośpiechem i ochotą jak ostatnie łyżki postnej zupy, której talerz stał przede mną na stole: bardziej mnie interesowała czekająca na podwórku zabawa niż życie obcego człowieka.

Urodziłam się latem 1911, w tym samym roku, w którym Pastora Imperio[1] poślubiła el Gallo, w Meksyku przyszedł na świat Jorge Negrete[2], a w Europie dogasała gwiazda czasów zwanych belle époque. Z oddali dobiegały dźwięki bębnów zwiastujących pierwszą wielką wojnę, w madryckich kawiarniach czytywano „El Debate” i „El Heraldo”, a na deskach teatrów, w rytm pikantnych piosenek, wyzywająco kołysała biodrami Chelito, rozpalając zmysły mężczyzn. Król Alfons XIII, w przerwie między jedną miłostką a drugą, spłodził kolejną ślubną córkę, a stojący na czele jego rządu liberał Canalejas nie przewidywał wówczas, że zaledwie rok później zginie z ręki ekscentrycznego anarchisty, który wpakuje mu dwie kulki w głowę przed księgarnią San Martín.

Dorastałam w środowisku umiarkowanie szczęśliwym i choć czasem trzeba było zacisnąć pasa, żyłyśmy we względnym dostatku i bez wielkich wyrzeczeń. Nasz dom stał w ciasnej uliczce starej madryckiej dzielnicy, niedaleko placu Paja, dwa kroki od Pałacu Królewskiego. O rzut kamieniem od tętniącego zgiełkiem serca miasta – w zapachu ługu, pośród suszącej się na sznurach bielizny, rozplotkowanych sąsiadek i wygrzewających się na słońcu kotów. Uczęszczałam do osiedlowej szkółki mieszczącej się w pokoiku na półpiętrze, gdzie w ławkach przeznaczonych dla dwojga dzieci tłoczyliśmy się po czworo, wśród przepychanek i kuksańców, by głośno recytować Pieśń pirata i tabliczkę mnożenia. Tam nauczyłam się czytania i pisania, czterech podstawowych działań matematycznych oraz nazw rzek przecinających zawieszoną na ścianie pożółkłą mapę. W wieku lat dwunastu zakończyłam kształcenie i zostałam przyjęta na uczennicę do zakładu krawieckiego, w którym pracowała moja matka. Naturalna kolej rzeczy.

Właścicielka, doña Manuela Godina, zajmowała się szyciem wytwornych strojów, doskonale skrojonych i wykończonych, znanych w całym Madrycie. Suknie dzienne i wieczorowe, płaszcze i peleryny, w których dystyngowane damy zadawały szyku na spacerach w alei Castellana, na hipodromie i meczach polo w Puerta de Hierro, w herbaciarni Sakuska i w kościele. Upłynęło jednak sporo czasu, nim zaczęłam zgłębiać sekrety krawiectwa. Najpierw byłam popychadłem od wszystkiego: wygarniałam węgiel z pieca i zmiatałam ścinki z podłogi, podgrzewałam żelazka, biegałam po nici i guziki na plac Pontejos. Zanosiłam też do wybranych rezydencji gotowe stroje, zapakowane w wielkie worki z ciemnego płótna. Było to moje ulubione zajęcie, jedyna chwila wytchnienia i rozrywki początkującej adeptki krawiectwa. Tak poznałam ludzi służących w najlepszych domach: szoferów i odźwiernych, pokojówki, gospodynie i lokajów. Obserwowałam – będąc ledwie zauważana – wytworne kobiety, ich córki i mężów. Jako niemy świadek wtargnęłam do ich mieszczańskich willi i arystokratycznych pałaców, do wnętrz pełnych przepychu i rodowych pamiątek. Bywało, że nie wpuszczano mnie dalej niż do przedpokoju, a pakunek odbierał ktoś ze służby, częściej jednak zapraszano do garderoby. Prowadzona przez niezliczone korytarze, zerkałam na mijane po drodze salony, pożerając wzrokiem dywany, bogato zdobione żyrandole, aksamitne kotary i lśniące czernią fortepiany, na których czasami ktoś grał, a czasami nie, i myślałam o tym, jak dziwne musi być życie w świecie tak różnym od mojego.

Ja zaś żyłam w obu tych światach, pogodzona z losem i wolna od wszelkiej rozterki, nie dostrzegając, jak bardzo są sobie obce. Z taką samą swobodą przemierzałam szerokie aleje, lawirując wśród ekwipaży, które zajeżdżały przed bramy bogatych rezydencji, jak i szalony labirynt krętych uliczek mojej dzielnicy, pełnych kałuż, śmieci, wrzasków przekupek i ujadania głodnych psów; uliczek, po których ludzie przemykali w pośpiechu, a gdy rozlegał się okrzyk „Uwaga, leci!”, uskakiwali pod najbliższy gzyms, żeby nie opryskała ich wylewana za okno zawartość nocnika. Stłoczeni w wynajętych pokojach rzemieślnicy, drobni handlarze, robotnicy i szukający dorywczej pracy przybysze z prowincji nadawali temu skrawkowi Madrytu ludowy koloryt. Przeważnie nie zapuszczali się poza znany sobie teren, jeśli nie byli do tego zmuszeni; za to matka i ja codziennie wczesnym rankiem wyruszałyśmy żwawym krokiem na ulicę Zurbano, żeby zdążyć na czas do zakładu doñi Manueli.

Kiedy przepracowałam tam dwa lata, a sama skończyłam czternaście, postanowiły obie, że nadszedł czas, by nauczyć mnie szyć. Zaczęłam od rzeczy najprostszych: pętelek, obrębiania i fastrygi. Potem były dziurki, stebnówki i zakłady. Pracowałyśmy, siedząc na małych trzcinowych krzesełkach, pochylone nad opartymi na kolanach deskami, na których piętrzyły się zwoje materiału. Doña Manuela przyjmowała klientki, robiła wykroje, przymiarki i poprawki. Moja matka brała miarę i zajmowała się resztą: sama szyła to, co wymagało największej wprawy, innym przydzielała zadania na miarę umiejętności, nadzorowała wykonanie i pilnowała dyscypliny naszego małego batalionu, złożonego z pół tuzina doświadczonych modniarek, czterech lub pięciu młodych szwaczek oraz grupki rozgadanych praktykantek, zawsze bardziej skorych do śmiechu i plotek niż do roboty. Niektóre okazywały się uzdolnionymi krawcowymi, inne nie nadawały się do zawodu i do końca życia musiały wykonywać najbardziej niewdzięczne prace. Kiedy jedna odchodziła, na jej miejsce zaraz zjawiała się druga, włączając się w rozgardiasz i bałagan, jakże nielicujący z dostojną fasadą owego przybytku mody i chłodnej elegancji salonu, do którego wstęp miały tylko klientki. Poza nimi wyłącznie moja matka i doña Manuela mogły podziwiać ściany obite szafranowym jedwabiem; jedynie im wolno było dotykać mahoniowych mebli i stąpać po dębowej podłodze, polerowanej przez nas do połysku bawełnianymi szmatkami. Jedynie one widywały czasem słońce, którego blask wlewał się do wnętrza przez cztery wysokie okna od ulicy. Reszta oddziału zawsze pozostawała w ariergardzie, zamknięta w szwalni, lodowatej zimą, a latem gorącej jak samo piekło, w owym szarym, ponurym gyneceum, którego dwa maleńkie okna wychodziły na ciemną studnię podwórza i w którym godziny mijały niby podmuchy wiatru, przy akompaniamencie skrzypiących nożyczek i nuconych półgłosem piosenek.

Uczyłam się szybko. Miałam zręczne palce, które wnet przywykły do smukłego kształtu szpilek i dotyku tkanin. Proporcje i rozmiary. Obwód biustu, stan i długość. Pacha, rękaw, skos. W wieku lat szesnastu umiałam rozpoznać rodzaj materiału, w wieku siedemnastu – określić gatunek, ocenić jego cechy i przydatność. Chińska krepa, jedwabny muślin, żorżeta, chantilly. Miesiące mijały jak w kieracie: jesienią grube wełniane płaszcze i stroje przejściowe, wiosną zwiewne suknie na długie kantabryjskie wakacje na jakże dla mnie odległych plażach w La Concha i El Sardinero. Skończyłam osiemnaście, potem dziewiętnaście lat. Stopniowo zgłębiałam tajniki kroju i konfekcjonowania najtrudniejszych do uszycia części ubrań. Nauczyłam się dobierać odpowiednie wykończenie, umiałam wymodelować kołnierze i wyłogi, by leżały bez zarzutu. Lubiłam swoją pracę, sprawiała mi radość. Matka, a nawet doña Manuela zasięgały czasami mojej opinii, zaczynały darzyć mnie zaufaniem. „Ta dziewczyna ma rękę i oko, Dolores – mawiała szefowa. – Jest dobra, a jeśli zechce, może być jeszcze lepsza. Ani się obejrzysz, jak cię prześcignie”. A matka robiła swoje, jakby wcale tego nie słyszała. Ja też udawałam, że nie słyszę, i jeszcze niżej pochylałam się nad szyciem. Zerkałam na nią jednak kątem oka i widziałam, że jej wargi, spomiędzy których wystawały główki szpilek, unosiły się w nieznacznym uśmiechu.

Mijały lata, mijało życie. Zmieniała się moda, a praca w zakładzie krawieckim poddawała się jej dyktatowi. Po wielkiej wojnie w Europie zaczęły dominować w strojach linie proste, kobiety pozbyły się gorsetów i bez odrobiny wstydu coraz śmielej odsłaniały nogi. Jednakże kiedy szczęśliwe lata dwudzieste dobiegły końca, talia sukien powróciła na swoje naturalne miejsce, spódnice wydłużyły się, a skromność znów nadawała ton rękawom, dekoltom i gustom. Nadeszła nowa dekada, a z nią kolejne zaskakujące zmiany. Mnóstwo zmian, wszystkie naraz. Skończyłam dwadzieścia lat, Hiszpania stała się republiką i poznałam Ignacia. Pewnej wrześniowej niedzieli na potańcówce w La Bombilla, w rozhasanym tłumie niesfornych studentów, szwaczek i żołnierzy na przepustce, porwał mnie na parkiet, rozbawił i rozśmieszył. Dwa tygodnie później zaczęliśmy planować ślub.

Kim był Ignacio i jak wiele dla mnie znaczył? Mężczyzna mojego życia, myślałam wtedy. Spokojny chłopak, jakby stworzony na męża i ojca. Osiągnęłam już odpowiedni wiek, a dla dziewczyn takich jak ja, bez zawodu i wykształcenia, jedyną przyszłością było małżeństwo. Los mojej matki, która wychowywała mnie samotnie, harując od rana do nocy, nie wydawał mi się zachęcającym przykładem. A Ignacio był kimś, dzięki komu nie musiałam iść w jej ślady: u jego boku mogłam spędzić resztę swoich dni, nie budząc się co rano z goryczą samotności na wargach. Nie rozniecił we mnie wielkiej namiętności, ale żywiłam do niego głębokie uczucie oraz pewność, że przy nim życie upływać mi będzie bez trosk i wstrząsów, miękkie i ciepłe jak poduszka.

Ignacio Montes miał być moją opoką, mężczyzną, na ramieniu którego wspierać się będę podczas tysiąca i jednego spaceru i przy którym zawsze będę się czuła bezpieczna. Dwa lata ode mnie starszy, chudy, uprzejmy, uległy i czuły. Ciała miał niewiele, za to wzrostu aż nadto, nienaganne maniery i serce gotowe kochać mnie z każdą godziną mocniej. Syn kastylijskiej wdowy, która liczyła każdy grosz trzymany w sienniku; przygodny mieszkaniec ubogich pensjonatów; aspirant do zawodu urzędnika i wieczny kandydat na ministerialne stanowiska, gotów przyjąć pracę na najniższym szczeblu w zamian za obietnicę dożywotniej pensji. Gdziekolwiek. W Ministerstwie Wojny, Rządu, Finansów. Prawie trzy tysiące peset rocznie, dwieście czterdzieści jeden miesięcznie. Marzenie o płacy ustalonej raz na zawsze po to, by na resztę swoich dni ugrzęznąć w cichym, potulnym świecie antyszambrów, postrzępionych papierów, pieczątek, bibuły i kałamarzy. Nasze rachuby na przyszłość tonęły w stojącej wodzie biurokracji – po kolejnych egzaminach z uporem odmawiano przyjęcia mojego Ignacia w poczet urzędników. On zaś, niezrażony, pisał podania. W lutym resort sprawiedliwości, w czerwcu rolnictwa, a potem od nowa.

Tymczasem, nie mogąc sobie pozwolić na kosztowne rozrywki, lecz desperacko pragnąc uczynić mnie szczęśliwą, obdarowywał mnie na miarę swoich mizernych możliwości: kartonowym pudełkiem pełnym jedwabników i liści morwy, pieczonymi kasztanami w papierowej torebce i obietnicami dozgonnej miłości na trawie pod wiaduktem. W słoneczne niedzielne poranki słuchaliśmy razem orkiestry w Parku Zachodnim lub pływaliśmy łódką na stawie w Retiro. Bujaliśmy się na huśtawkach przy dźwiękach katarynki, nie opuściliśmy żadnej zabawy i tańczyliśmy chotis z zegarową precyzją. Nie zliczę, ile popołudni spędziliśmy w parku Las Vistillas i ile filmów obejrzeliśmy w osiedlowym kinie, półtorej pesety za wstęp. Walencjańska orszada była dla nas luksusem, a taksówka fantomem. Ignacio w swej czułości nie był uciążliwy, ale nie znał miary. Byłam jego niebem i gwiazdką, byłam najładniejsza, najlepsza. Moje włosy, moja twarz, moje oczy. Moje dłonie, moje usta, mój głos. Cała byłam przedmiotem zachwytów, radością jego duszy. A ja słuchałam, mówiłam, że jest głuptasem, i pozwalałam się kochać.

Życie w zakładzie krawieckim nie toczyło się wówczas zwykłym rytmem. Stawało się coraz trudniejsze, coraz bardziej niepewne. Wraz z ogłoszeniem Drugiej Republiki powiały niespokojne wiatry, które zachwiały beztroskim dobrobytem naszych klientek. Madrytem wstrząsały gwałtowne zamieszki, napięcie polityczne czuło się dosłownie wszędzie. Bogacze w nieskończoność przedłużali wakacje na północy kraju, by nie wracać do zbuntowanej stolicy, gdzie na każdym placu gazeciarze sprzedawali lewicowe „Mundo Obrero”, a proletariusze coraz śmielej zapuszczali się z przedmieść aż na Puerta del Sol. Okazałe limuzyny znikały stopniowo z ulic ogarniętych nieustannym ludowym świętem. Sędziwe damy w żałobie odmawiały nowenny, modląc się o rychły upadek Azañi[3], a odgłosy strzałów słychać było codziennie, gdy tylko zapalały się gazowe latarnie. Anarchiści palili kościoły, falangiści butnie sięgali po broń. Arystokraci i kapitaliści zakładali na meble pokrowce, odprawiali służbę, ryglowali drzwi oraz okna i w pośpiechu wyjeżdżali za granicę, wywożąc z kraju swoje banknoty, lęki i kosztowności, stęsknieni za wygnanym królem i potulną Hiszpanią, która, jak sądzili, jeszcze kiedyś powróci.

Do zakładu doñi Manueli zaglądało coraz mniej kobiet, było coraz mniej zamówień i mniej do roboty. Stopniowo odpływały od nas uczennice i krawcowe, aż wreszcie zostałyśmy tylko ja, matka i właścicielka. Kiedy skończyłyśmy ostatnią suknię dla markizy de Entrelagos, a potem przez sześć dni tylko słuchałyśmy radia, podczas gdy dzwonek przy drzwiach uparcie milczał, doña Manuela oznajmiła z ciężkim westchnieniem, że musi zamknąć interes.

Jednakże w owym burzliwym czasie, gdy polityczne awantury wstrząsały deskami teatrów, a rządy trwały nie dłużej niż trzy ojczenasze, nie miało sensu opłakiwanie strat. Po trzech tygodniach naszej przymusowej bezczynności pojawił się Ignacio z bukiecikiem fiołków i nowiną, że nareszcie zdał egzaminy. Przygotowania do skromnego ślubu przesłoniły niepewność jutra i przy stole z piecykiem zaczęliśmy planować uroczystość. Chociaż wśród nowinek, jakie przyniosła ze sobą Republika, pojawiła się moda na śluby cywilne, moja matka, w której sercu samotne macierzyństwo współistniało zgodnie z niezłomnym katolicyzmem i nostalgiczną wiernością zdetronizowanemu monarsze, namówiła nas na ślub w pobliskim kościele pod wezwaniem Świętego Andrzeja. Ignacio i ja przystaliśmy na to, bo jakżeby inaczej, skoro wedle naturalnej hierarchii on spełniał wszystkie moje życzenia, ja zaś bezdyskusyjnie poddawałam się woli matki. Nie miałam przy tym żadnego ważnego powodu do sprzeciwu. Cieszyłam się na tę chwilę dość umiarkowanie i było mi wszystko jedno, czy wyjdę za mąż przed ołtarzem, w obecności księdza w sutannie, czy w urzędzie stanu cywilnego, pod trójkolorową flagą.

Poszliśmy więc ustalić datę do tego samego proboszcza, który dwadzieścia cztery lata temu, w dniu ósmym czerwca, nadał mi – zgodnie z kalendarzem – imię Sira. Do wyboru były jeszcze Sabiniana, Wiktoryna, Gaudencja, Heraklia i Fortunata.

„Sira, ojcze, dajmy jej Sira. Przynajmniej krótko” – podjęła decyzję moja samotna matka. I tak zostałam Sirą.

Postanowiliśmy, że zaprosimy tylko rodzinę i kilkoro przyjaciół: mojego dziadka, okaleczonego na ciele i duszy w wojnie na Filipinach, pozbawionego nóg i rozumu niemego świadka naszych losów, tkwiącego w bujanym fotelu przy oknie w jadalni; matkę i siostry Ignacia, które miały przyjechać ze wsi; naszych sąsiadów z przeciwka, Engracię i Norberta, oraz ich trzech synów socjalistów, którzy byli dla mnie jak bracia; doñę Manuelę, która obiecała znów chwycić za igłę i nitkę, żeby podarować mi suknię ślubną, swoje ostatnie dzieło… ugościmy ich bezowym tortem, malagą i wermutem, może nawet uda się zamówić kapelę, żeby zagrała paso doble, a jakiś uliczny rysownik zrobi nam portret, żebyśmy mogli przyozdobić dom, którego jeszcze nie mamy, więc na razie będziemy mieszkać u matki.

Akurat wtedy, w całym tym przedślubnym zamęcie, Ignacio wpadł na pomysł, bym przystąpiła do egzaminów i została urzędniczką, tak jak on. Świeżutka posada w administracji państwowej otworzyła mu oczy na świat republikańskiej biurokracji oraz ukazała perspektywy zawodowe, jakie zmiana ustroju rysowała przed kobietami, które mogły uwolnić się wreszcie od kuchni, garów i sprzątania, torując sobie łokciami drogę do kariery, i na równi z mężczyznami walczyć o lepszą przyszłość. Kilka kobiet już zasiadało w Kongresie, ogłoszono równouprawnienie płci w działalności publicznej, przyznano nam osobowość prawną, prawo do pracy i udziału w powszechnym głosowaniu. Mimo to wolałabym pewnie wrócić do szycia, ale Ignacio w niespełna trzy dni przekonał mnie do swoich racji. Stary świat tkanin i stebnówek runął, a nowa rzeczywistość otwierała przed nami swoje bramy: trzeba było iść z duchem czasu. Ignacio zaproponował, że sam mnie przygotuje: znał wszystkie tematy i miał bogate doświadczenie w sztuce składania i oblewania niezliczonych egzaminów tak, by się przy tym nie załamać. Byłam także świadoma, że muszę zakasać rękawy, bo po ślubie będziemy mieli na utrzymaniu całą czeredę ludzi: oprócz nas dwojga jeszcze matkę, dziadka i ewentualne potomstwo. Zgodziłam się zatem. Teraz brakowało tylko jednego: sprzętu, na którym mogłabym nabierać wprawy przed egzaminem z maszynopisania. Ignacio latami ćwiczył na cudzych maszynach, przeszedł istną drogę przez mękę na rozmaitych kursach, w oparach oleju, tuszu i potu udręczonych uczniów. Chciał mi oszczędzić podobnych przeżyć, stąd pomysł, by zdobyć własne wyposażenie, na poszukiwanie którego wyruszyliśmy niezwłocznie, jakby chodziło o inwestycję na całe życie.

Operacja ta zajęła nam wiele tygodni. Rozważyliśmy wszystkie możliwości, liczyliśmy i przeliczaliśmy bez końca. Nie miałam pojęcia o pożyczkach i kosztach, ale wydawało mi się, że najlepsze byłoby coś małego i lekkiego. Dla Ignacia wielkość była obojętna, za to dużą wagę przykładał do ceny, rat i mechanizmu. Odwiedziliśmy wszystkie punkty sprzedaży w Madrycie, godzinami oglądaliśmy wystawy i nauczyliśmy się wymawiać cudzoziemskie nazwy, przywodzące na myśl odległe kraje i nazwiska aktorów filmowych: Remington, Royal, Underwood. Równie dobrze mogliśmy zdecydować się na każdą inną markę; równie dobrze mogliśmy nabyć sprzęt amerykański lub niemiecki, ostatecznie jednak wybraliśmy włoską Hispano-Olivetti. Skąd mogliśmy wiedzieć, że wchodząc do sklepu przy ulicy Pi y Margall, by kupić zwykłą maszynę do pisania, wydaliśmy wyrok śmierci na naszą wspólną przyszłość i nieodwracalnie zmieniliśmy koleje losu.

2

– Nie wyjdę za Ignacia, mamo.

Próbowała nawlec igłę i na moje słowa znieruchomiała, ściskając nitkę dwoma palcami.

– Coś ty powiedziała, dziecko? – wyszeptała. Głos z trudem przeciskał się jej przez gardło, pełen konsternacji i niedowierzania.

– Zrywam z nim. Zakochałam się w innym.

Zganiła mnie w najostrzejszych słowach, jakie mogły jej przejść przez usta, zaklinała niebiosa, błagała o wstawiennictwo wszystkich świętych w komplecie i na wszelkie sposoby próbowała mnie nakłonić do cofnięcia decyzji. Kiedy przekonała się, że to wszystko na nic, usiadła, jak dziadek, w bujanym fotelu, zasłoniła rękoma twarz i zaczęła płakać.

Z pozornym hartem ducha przetrzymałam tę chwilę, usiłując pokryć zdenerwowanie stanowczym tonem głosu. Obawiałam się reakcji matki: Ignacio zastąpił jej syna, którego nigdy nie miała, zapełnił męską próżnię w naszej małej rodzinie. Prowadzili ze sobą długie rozmowy, mieli własne sprawy, rozumieli się doskonale. Matka dogadzała mu obiadkami, czyściła buty i nicowała stare marynarki, żeby przywrócić im szykowny wygląd. On zaś obsypywał ją komplementami, kiedy stroiła się w niedzielę do kościoła, przynosił jej słodycze i pół żartem, pół serio mawiał czasem, że jest ładniejsza ode mnie.

Byłam świadoma, iż moja samowolna decyzja zburzy ową wygodną stabilizację, wiedziałam, że nie tylko moje życie straci punkt oparcia. Ale byłam nieugięta: nie będzie żadnego ślubu, nie będzie żadnych egzaminów, nie będę stukać w klawisze maszyny, grzejąc nogi przy ukrytym pod obrusem piecyku, nie będę mieć z Ignaciem dzieci i nigdy nie będę dzielić z nim łoża, radości ani łez. Zostawię go, bo żadna siła nie zawróci mnie z obranej drogi.

Firma Hispano-Olivetti z dumą prezentowała przechodniom swe produkty w dwóch ogromnych sklepowych witrynach. Pomiędzy nimi widniały szklane drzwi z ukośnym drążkiem ze lśniącego mosiądzu. Ignacio pchnął je i weszliśmy do środka. Dźwięk dzwonka zaanonsował nasze przybycie, ale nikt się nie zjawił, żeby nas obsłużyć. Przez parę minut staliśmy onieśmieleni i rozglądaliśmy się wokół z nabożnym respektem, nie mając odwagi nawet musnąć wypolerowanych drewnianych półek eksponujących cuda techniki, spośród których mieliśmy wybrać odpowiedni dla nas sprzęt. W głębi przestronnego salonu sprzedaży dostrzegliśmy drzwi do biura, skąd dochodziły jakieś męskie głosy.

Nie musieliśmy dłużej czekać, bo właściciel jednego z głosów zauważył wreszcie, że ma klientów. Postawny mężczyzna w ciemnym garniturze ukłonił się nam uprzejmie i zapytał, czego sobie życzymy. Ignacio zaczął tłumaczyć, po co nam maszyna; wypytywał o szczegóły techniczne i prosił o radę. Subiekt z zawodowym kunsztem roztoczył przed nami całą swą fachową wiedzę, rozwodząc się szeroko nad charakterystyką każdego z wystawionych urządzeń. Profesjonalnie, szczegółowo, sprawnie; z taką dokładnością i monotonią, że po dwudziestu minutach o mało nie zasnęłam z nudów. Ignacio tymczasem chłonął te informacje wszystkimi zmysłami, zapomniawszy o mnie i o wszystkim oprócz rozważań nad zaletami oferowanych mu maszyn. Nie interesowało mnie to ani trochę, więc zostawiłam ich samych. Ignacio na pewno dokona słusznego wyboru. Co mnie obchodzi częstotliwość uderzeń, dźwignie i brzęczyki marginesu?

Żeby jakoś zabić czas, rozglądałam się wokół, szukając czegoś, co mogłoby mnie zainteresować. Obejrzałam wielkie afisze reklamujące firmowe produkty kolorowymi rysunkami i napisami w niezrozumiałych językach; potem podeszłam do okna i patrzyłam na ludzi idących ulicą. Niechętnie ruszyłam z powrotem w głąb sklepu.

Jedną ze ścian zajmowała wielka szafa z oszklonymi drzwiami. Przyjrzałam się swojemu odbiciu, zauważyłam, że kilka kosmyków wymknęło mi się z koka, i uporządkowałam włosy; wyszczypałam policzki, żeby przydać znudzonej twarzy odrobinę rumieńców. Następnie bez pośpiechu zlustrowałam swój wygląd. Wystroiłam się do sklepu w najlepszy kostium – w końcu był to dla nas dzień wyjątkowy. Podciągnęłam opadające pończochy, sprawdziłam, czy spódnica dobrze leży na biodrach i w talii, przygładziłam klapy żakietu. Raz jeszcze poprawiłam uczesanie, starannie obejrzałam się z przodu i z boku. Wypróbowałam różne pozy, zrobiłam kilka tanecznych kroków i uśmiechnęłam się do siebie. Kiedy znudziłam się kontemplacją własnej osoby, powróciłam do wędrówki po sklepie. Chcąc jakoś zabić czas, błąkałam się apatycznie wśród polerowanych mebli, których gładka powierzchnia aż kusiła, by jej dotknąć. Najmniej uwagi poświęcałam temu, co było celem naszej wizyty – dla mnie wszystkie te maszyny różniły się wyłącznie wielkością: jedne duże i przysadziste, inne małe i zgrabne; jedne lekkie, inne ciężkie; w moich oczach były tylko kupą mechanicznych gratów, pozbawionych wszelkiego powabu. Niechętnie przystanęłam przed jedną z nich i wyciągnąwszy palec, udawałam, że naciskam klawisze. S, i, r, a. „Si-ra”, powtórzyłam szeptem.

– Śliczne imię.

Silny męski głos odezwał się tuż za mną, tak blisko, że niemal poczułam na skórze oddech jego właściciela. Po plecach przebiegł mi dreszcz, odwróciłam się gwałtownie.

– Ramiro Arribas – powiedział, wyciągając rękę.

Nie zareagowałam od razu, może dlatego, że nie przywykłam, by ktoś przedstawiał mi się tak grzecznie, a może jeszcze nie ochłonęłam z emocji wywołanej tak nagłym pojawieniem się nieznajomego.

Kim jest ten człowiek i skąd się tu wziął? Niepytany, sam to wyjaśnił, wciąż patrząc mi głęboko w oczy:

– Jestem kierownikiem sklepu. Przepraszam, że wcześniej państwa nie obsłużyłem, próbowałem dodzwonić się na centralę międzymiastową.

I przyglądałem się pani przez żaluzje zasłaniające oszklone drzwi biura, zapomniał dodać. Wyraźnie dał mi to do zrozumienia. Wyczytałam to z jego spojrzenia, z jego głosu; z tego, że podszedł do mnie, a nie do Ignacia, i z tego, jak długo trzymał moją rękę w swojej dłoni. Wiedziałam, że mnie obserwował, że patrzył, jak błąkam się po jego sklepie. Widział, jak stałam przed oszkloną szafą; jak poprawiałam włosy i ubranie, jak przesuwałam ręką po nogach, żeby wygładzić pończochy. Zza barykady biurka chłonął powolny rytm moich kroków i kołysanie bioder. Otaksował mnie, oszacował sylwetkę i rysy twarzy. Ocenił wprawnym okiem kogoś, kto świetnie wie, czego chce, a swoje pragnienia zwykł zaspokajać natychmiast. Nie krył tego wcale. Nigdy dotąd nie spotkałam takiego mężczyzny, nigdy nie sądziłam, że mogę kogoś aż tak pociągać. Ale ten sam pierwotny instynkt, z jakim zwierzęta wyczuwają pożywienie lub niebezpieczeństwo, podpowiedział mi, że Ramiro Arribas podkradł się tu jak wilk, żeby na mnie zapolować.

– To pani mąż? – zapytał, wskazując na Ignacia.

– Narzeczony – wykrztusiłam.

Może było to tylko przywidzenie, ale zdawało mi się, że w kącikach jego warg dostrzegam uśmiech zadowolenia.

– Świetnie, w takim razie pozwoli pani ze mną.

Przepuścił mnie przodem, kładąc przy tym rękę na moim biodrze takim gestem, jakby całe życie czekał na tę chwilę. Uprzejmie przywitał się z Ignaciem, odesłał subiekta do biura, po czym niedostrzegalnie przejął inicjatywę – jak prestidigitator, który jednym klaśnięciem płoszy wyczarowane z kapelusza pierzchliwe gołębie. Pewny siebie, z włosami lśniącymi od brylantyny, z szerokim uśmiechem na wyrazistej szczupłej twarzy, tak władczy, męski i stanowczy, że biedny Ignacio wyglądał przy nim jak cień mężczyzny.

Usłyszawszy, że chcę się uczyć maszynopisania, pochwalił ów zamiar, jakby chodziło o najgenialniejszy z pomysłów. W oczach mego narzeczonego zyskał uznanie jako kompetentny fachowiec, który ze swadą objaśniał mu wszelkie techniczne szczegóły, proponując przy tym korzystny system spłat. Dla mnie był czymś więcej: dreszczem, magnesem, przeznaczeniem.

Dopięcie transakcji zajęło nam dłuższą chwilę. Przez cały czas Ramiro Arribas nawet na sekundę nie dawał mi spokoju. Przelotne muśnięcie, jakiś żarcik, uśmiech; półsłówka i spojrzenia, którymi przeszywał na wskroś moją duszę. Ignacio, zajęty bez reszty zakupem, nieświadomy tego, co się dzieje na jego oczach, zdecydował się w końcu na walizkową letterę 35, z białymi, okrągłymi klawiszami, na których litery i cyfry wyglądały niczym wyryte subtelnym dłutkiem artysty.

– Doskonały wybór – pochwalił Ramiro Arribas, jakby omamiony jego kupieckimi sztuczkami klient podjął tę decyzję z własnej woli. – To maszyna wprost wymarzona dla smukłych paluszków pańskiej narzeczonej. Czy mogę…

Nieśmiało podałam mu rękę. Przedtem spojrzałam na Ignacia, niepewna, czy się zgodzi, ale on jak urzeczony wpatrywał się w maszynę. W obliczu naiwnej bierności mojego mężczyzny Ramiro Arribas zaczął pieścić mi dłoń niespiesznie i bezczelnie, każdy palec z osobna, ze zmysłowością, od której dostałam gęsiej skórki, a nogi trzęsły mi się jak gałązki osiki w podmuchach letniego wiatru. Puścił mnie dopiero, kiedy Ignacio oderwał wzrok od swojej wymarzonej lettery 35, żeby uzgodnić szczegóły transakcji. Ustalili, że na razie wystarczy zaliczka w wysokości pięćdziesięciu procent ceny, a następnego dnia wpłacimy resztę.

– Kiedy możemy odebrać maszynę? – zapytał Ignacio.

Ramiro Arribas zerknął na zegarek.

– Posłaniec załatwia sprawy na mieście i dzisiaj już chyba nie wróci. Obawiam się, że do jutra nie zdąży przywieźć innego egzemplarza.

– A ta tutaj? Nie moglibyśmy wziąć tej? – nalegał Ignacio. Podjąwszy wreszcie decyzję co do modelu, chciał jak najszybciej zakończyć wszelkie zbędne jego zdaniem formalności.

– Ależ, drogi panie! Nie mogę pozwolić, żeby panna Sira dostała maszynę używaną przez innych klientów. Jutro z samego rana będę miał nowiutki sprzęt, z pokrowcem i walizką. Proszę mi podać adres – zwrócił się do mnie – a osobiście dopilnuję, by jeszcze przed południem dostarczono pani zakup.

– Odbierzemy ją w sklepie – przerwałam.

Czułam, że ten człowiek zdolny jest do wszystkiego, i wpadłam w popłoch na myśl, że zjawi się w domu mojej matki i zapyta o mnie.

– Będę miał czas dopiero wieczorem, muszę być w pracy – wtrącił Ignacio. Gdy wypowiadał te słowa, miałam wrażenie, że wokół jego szyi owija się z wolna niewidzialny sznur. Wystarczyło lekko pociągnąć, by zacisnąć pętlę.

– A panna Sira?

– Ja nie pracuję – odparłam, nie patrząc mu w oczy.

– Może więc przyjdzie pani wcześniej i uiści resztę kwoty – zaproponował obojętnym tonem.

Nie wiedziałam, jak się wymówić, a mój narzeczony nawet nie przypuszczał, że ta pozornie zwyczajna propozycja odcina nam drogę ucieczki. Ramiro Arribas odprowadził nas do drzwi i pożegnał wylewnie, jakbyśmy byli najlepszymi klientami w historii jego sklepu. Lewą ręką serdecznie poklepał Ignacia po plecach, a prawą raz jeszcze uścisnął moją dłoń. I dla każdego z nas znalazł właściwe słowa:

– Proszę mi wierzyć, don Ignacio, Hispano-Olivetti to doskonały wybór. Dobrze pan zrobił, odwiedzając nasz sklep. Zapewniam, że długo nie zapomni pan tego dnia… A panią, Siro, zapraszam do nas jutro, około jedenastej. Będę czekał.

Nie mogłam zasnąć. Przez całą noc przewracałam się na łóżku. To było czyste szaleństwo, jeszcze miałam czas, żeby się uratować. Wystarczyło nie wrócić więcej do tamtego sklepu. Mogłam zostać w domu, z matką, pomóc jej w trzepaniu sienników i pastowaniu podłóg lnianym olejem; pogawędzić z sąsiadkami na skwerku, pójść na targ La Cebada po kwaterkę ciecierzycy albo dzwonko dorsza. Mogłam poczekać, aż Ignacio wróci z ministerstwa, i usprawiedliwić się przed nim pierwszą lepszą wymówką: nie poszłam, bo bolała mnie głowa, bo myślałam, że będzie deszcz. Mogłam już dziś udawać, że się źle czuję, a wtedy załatwiłby wszystko sam, zapłacił, odebrał maszynę i byłoby po wszystkim. Nigdy więcej nie usłyszelibyśmy o Ramirze Arribasie, nigdy więcej byśmy go nie spotkali. Jego imię stopniowo odchodziłoby w zapomnienie, a my dalej wiedlibyśmy zwykłe, spokojne życie. Jakby nigdy nie pieścił moich palców gestem jawnego pożądania; jakby nigdy nie pożerał mnie wzrokiem zza sklepowych żaluzji. To było takie łatwe, takie proste. I dobrze o tym wiedziałam.

Tak, wiedziałam, ale udawałam, że nie wiem. Nazajutrz poczekałam, aż matka wyjdzie po sprawunki; nie chciałam, żeby widziała, jak się stroję – zaczęłaby podejrzewać, że coś ukrywam, bo niby dlaczego od rana jestem taka elegancka. Gdy tylko usłyszałam trzaśnięcie drzwi, zaczęłam się szykować do wyjścia. Zużyłam do mycia całą miednicę wody, skropiłam się lawendą, podgrzałam w piecyku żelazko do włosów, wyprasowałam swoją jedyną jedwabną bluzkę i zdjęłam ze sznura pończochy, które schły tam przez noc. Musiałam wyprać te, które nosiłam poprzedniego dnia, bo nie miałam innych. Założyłam je, z trudem hamując pośpiech. Musiałam uważać, żeby nie poszło w nich oczko. Każda z tych mechanicznych czynności, tysiące razy powtarzanych w ciągu ostatnich lat, miała tego dnia jednego adresata, jeden cel: był nim Ramiro Arribas. Dla niego się ubrałam i wyperfumowałam, żeby mnie zobaczył, żeby mnie poczuł, żeby mnie dotknął i znów zatonął spojrzeniem w moich oczach. Dla niego rozpuściłam włosy, lśniące, opadające na plecy. Dla niego zacisnęłam w talii pasek tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać. Dla niego, wszystko tylko dla niego.

Stanowczymi, szybkimi krokami szłam przez miasto, ścigana pożądliwym wzrokiem i bezczelnymi komplementami mijanych po drodze mężczyzn. Zmuszałam się, żeby nie myśleć, nie oceniać swoich postępków, i udało mi się uniknąć rozważań nad tym, dokąd mnie zaprowadzą: do raju czy prosto pod nóż. Zostawiłam za sobą Costanilla de San Andrés, przeszłam przez Plaza de los Carros i ruszyłam Cava Baja w stronę Plaza Mayor. Po dwudziestu minutach znalazłam się na Puerta del Sol. W niespełna pół godziny dotarłam na miejsce, świadoma, że idę na spotkanie losu.

Ramiro już czekał. Gdy tylko dostrzegł mnie przez szybę, przerwał rozmowę z subiektem i ruszył do drzwi, chwytając w locie kapelusz i płaszcz. Kiedy stanął przede mną, chciałam mu powiedzieć, że przyniosłam pieniądze, że Ignacio przesyła pozdrowienia i że pewnie jeszcze dzisiaj zacznę naukę pisania na maszynie. Nie pozwolił mi mówić. Nawet się nie przywitał. Uśmiechnął się tylko, nie wyjmując papierosa z ust, musnął ręką moje plecy poniżej talii. „Chodźmy” – rzucił krótko. I poszłam za nim.

Miejsce, do którego się udaliśmy, nie mogło być bardziej niewinne – zabrał mnie do Café Suizo. Stwierdziwszy z ulgą, że jestem bezpieczna, uznałam, iż jeszcze nie wszystko stracone. Kiedy Ramiro szukał wolnego stolika, pomyślałam nawet, że takie zachowanie nie wykracza pewnie poza przyjęte ramy kurtuazji wobec klientki. Zaczynałam podejrzewać, iż jego ostentacyjne zaloty są jedynie wytworem mojej nazbyt bujnej wyobraźni. Jakże się myliłam. Mimo niegroźnych pozorów nasze drugie spotkanie pchnęło mnie na skraj przepaści.

– Od wczoraj nie mogłem ani na chwilę przestać o tobie myśleć – szepnął mi na ucho, gdy tylko usiedliśmy.

Poczułam, że nie potrafię zdobyć się na odpowiedź. Słowa, zanim zdążyłam je wypowiedzieć, roztapiały się gdzieś w mózgu niby cukier w gorącej wodzie. Wziął mnie za rękę i tak jak poprzednio głaskał ją, wpatrzony w moje palce.

– Masz odciski… Powiedz mi, czym zajmowały się te dłonie, zanim przyszłaś do mnie.

Słyszałam jego głos, bliski i zmysłowy, wyraźny na tle dochodzącego zewsząd szmeru porannych rozmów, pokrzykiwania kelnerów składających przy barze zamówienia, brzęku szkła i porcelany stawianej na marmurowych stolikach.

– Szyciem – wyszeptałam ze spuszczonymi oczami.

– A więc jesteś modniarką.

– Byłam. – Przemogłam się i podniosłam wzrok. – Ostatnio trudno o pracę – dodałam.

– I dlatego chcesz teraz nauczyć się pisać na maszynie.

Mówił tonem poufałym, serdecznym, jakbyśmy dobrze się znali, jakby nasze dusze czekały na siebie od stworzenia świata.

– Mój narzeczony wpadł na pomysł, żebym przygotowała się do egzaminu na urzędniczkę i podjęła pracę w biurze, tak jak on – powiedziałam, trochę zawstydzona.

Rozmowa się urwała, bo przyniesiono nasze zamówienie: dla mnie filiżankę czekolady, dla Ramira kawę czarną jak noc. Odwrócił się i zagadnął o coś kelnera, a ja skorzystałam z tej chwili, żeby wreszcie mu się przyjrzeć. Ubrany był inaczej niż poprzednio, ale koszulę miał tak samo nienaganną. Jego zachowanie było pełne elegancji, lecz przez te wyrafinowane maniery, tak obce mężczyznom z mojego środowiska, przebijała męskość wyczuwalna w każdym geście – kiedy palił, kiedy poprawiał węzeł krawata, kiedy wyjmował z kieszeni portfel, nawet kiedy podnosił do ust filiżankę.

– Nie chcę być niedyskretny, ale dlaczego kobieta taka jak ty chce się zamknąć w jakimś ministerialnym biurze? – odezwał się, wypiwszy łyk kawy.

Wzruszyłam ramionami.

– Żeby nam się żyło łatwiej.

Przysunął się bliżej, znowu poczułam jego gorący oddech, usłyszałam rzucone półgłosem pytanie:

– Naprawdę chcesz, żeby ci się żyło łatwiej, Siro?

Zanurzyłam usta w czekoladzie, aby nie odpowiadać.

– Pobrudziłaś się. Pozwól, że wytrę.

Wyciągnął rękę i w skupieniu wodził palcami po mojej twarzy, obrysowując kontur podbródka i szczęki, jakby to właśnie jego dłoń uformowała kiedyś ów kształt. Powoli, delikatnie potarł kciukiem domniemaną plamkę w kąciku ust. Nie protestowałam. Mieszanina obawy i rozkoszy sprawiła, że na chwilę zamarłam bez ruchu.

– Tutaj też – mruknął niskim, ochrypłym głosem.

Przesunął palcem wzdłuż dolnej wargi, jeszcze wolniej, jeszcze delikatniej. Po plecach przebiegł mi dreszcz, wpiłam paznokcie w pluszowe obicie krzesła.

– I tutaj…

Pieścił teraz moje usta, całe, milimetr po milimetrze, wolno, coraz wolniej. Czułam, że zapadam się w studnię bez dna, w jakąś miękką głębię, której nie umiałam nazwać. Nieważne, czy naprawdę umazałam się czekoladą, czy nie. Nieważne, że trzej czcigodni starcy przy sąsiednim stoliku zaniemówili raptem, kontemplując w podnieceniu ową niecodzienną scenę, owładnięci gwałtownym pragnieniem, żeby odmłodnieć o trzydzieści lat.

Nagle do kawiarni wtargnęła grupka hałaśliwych studentów i czar chwili prysł niczym bańka mydlana. Wówczas, jakbym gwałtownie ocknęła się ze snu, uświadomiłam sobie wszystko naraz: że podłoga wcale nie usunęła mi się spod nóg, że za chwilę zacznę całować palce obcego mężczyzny, że po moim lewym udzie przesuwa się czyjaś gorąca dłoń i że tylko krok dzieli mnie od przepaści. Odzyskawszy przytomność umysłu, zerwałam się z miejsca i chwytając w pośpiechu torebkę, przewróciłam szklankę z wodą, którą kelner przyniósł mi razem z czekoladą.

– Tu są pieniądze za maszynę. Mój narzeczony odbierze ją dziś wieczorem – powiedziałam, kładąc na marmurowym blacie zwitek banknotów.

Przytrzymał mnie za nadgarstek.

– Zostań, Siro. Nie bądź na mnie zła.

Wyrwałam się jednym szarpnięciem. Nie spojrzałam na niego, nie pożegnałam się nawet. Odwróciłam się na pięcie i z wymuszoną godnością ruszyłam w stronę drzwi. Dopiero wtedy zauważyłam, że zamoczyłam spódnicę, a po lewej nodze ścieka mi strużka wody.

Nie poszedł za mną, prawdopodobnie wyczuł, że na nic by się to zdało. Ale kiedy odchodziłam, wypuścił za mną swoją ostatnią strzałę:

– Przyjdź jeszcze kiedyś. Wiesz, gdzie mnie szukać.

Udałam, że nie słyszę. Przyspieszyłam kroku, torując sobie drogę w ciżbie studentów, i zniknęłam w ulicznym tłumie.

Przez osiem dni kładłam się spać z nadzieją, że rano będzie inaczej, i osiem razy budziłam się z tą samą obsesją: Ramiro Arribas. Nawet na chwilę nie mogłam go wyrzucić ze swoich myśli, jego wspomnienie osaczało mnie bez przerwy: kiedy słałam łóżko, kiedy wycierałam nos, kiedy obierałam pomarańczę i na każdym stopniu schodów. Wszędzie widziałam jego twarz, jak wygrawerowaną na siatkówce moich oczu.

W tym samym czasie Ignacio i matka snuli w najlepsze plany naszego ślubu, trochę zdziwieni, że nie podzielam ich entuzjazmu. Nic mi się nie podobało, nic mnie nie interesowało. Myśleli pewnie, że to z emocji. Ja zaś starałam się ze wszystkich sił nie myśleć o Ramirze, wyrzucić z pamięci jego głos, ciepło palców pieszczących moje usta, dotyk ręki przesuwającej się po moim udzie i słowa, jakie rzucił mi na pożegnanie, kiedy wychodziłam z kawiarni, przekonana, że w ten sposób kładę kres szaleństwu. Przyjdź jeszcze kiedyś, Siro. Wróć.

Walczyłam ze wszystkich sił. Walczyłam i przegrałam. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie odrobiny rozsądku w obliczu bezwstydnego pożądania, jakie budził we mnie ten mężczyzna. Na próżno szukałam czegoś, czego mogłabym się uchwycić, by nie zatonąć. Ani myśl o przyszłym mężu, którego za niecały miesiąc miałam poślubić, ani lojalność wobec matki, która tyle wysiłku włożyła, żeby wychować mnie na kobietę uczciwą i odpowiedzialną, ani fakt, iż nie wiedziałam, kim był ów człowiek i jaki los czekał mnie u jego boku – nic nie zdołało mnie powstrzymać.

Po dziewięciu dniach od czasu pierwszej wizyty w firmie Hispano-Olivetti wróciłam tam znowu. Tak jak wtedy powitał mnie dźwięk dzwonka przy drzwiach. Nie było już jednak grubego subiekta, nie było chłopca sklepowego, nie było nikogo – tylko Ramiro.

Podeszłam do niego, starając się, żeby stukot moich obcasów zabrzmiał pewnie, zdecydowana wyrecytować przygotowane słowa. Nie powiedziałam nic. Nie dał mi szansy. Objął mnie i wycisnął na moich ustach pocałunek tak gwałtowny, tak cielesny i namiętny, że w jednej chwili wszystkie moje skrupuły stopniały w kałużę słodkiego syropu.

Ramiro Arribas miał trzydzieści cztery lata, bogatą przeszłość i moc uwodzenia tak potężną, że potrafiłaby skruszyć nawet beton. Z początku kuszenie, niepewność, obawa. Potem namiętność i otchłań. Chłonęłam powietrze, którym oddychał. Przy nim nie szłam, lecz unosiłam się nad chodnikiem. Niechby rzeki wystąpiły z brzegów, domy waliły się w gruzy, z mapy miasta znikły ulice, niechby niebo runęło na ziemię, a cały wszechświat zapadł mi się pod stopami, to nic, byle tylko Ramiro był ze mną.

Ignacio z matką zaczęli podejrzewać, że dzieje się ze mną coś dziwnego, coś, co wykracza poza zwykłe przedślubne emocje. Nie potrafili jednak odkryć powodów mojej niezrozumiałej ekscytacji, nie domyślali się prawdziwej przyczyny zagadkowych min, tajemniczych zniknięć i wybuchów histerycznego śmiechu, który nie zawsze mogłam stłumić. Kruchą równowagę tego podwójnego życia udało mi się zachować tylko przez kilka dni, jednak wystarczająco długo, by zrozumieć, że z każdą minutą szala przechyla się coraz wyraźniej na stronę Ramira. Nim upłynął tydzień, wiedziałam już, że muszę z tym skończyć, zrobić ostatni krok dzielący mnie od przepaści. Nadeszła chwila, by jednym zamaszystym ruchem ściąć przeszłość niczym łan zboża. Równo z ziemią.

Wieczorem przyszedł do nas Ignacio.

– Zaczekaj na mnie na skwerku – szepnęłam przez uchylone drzwi.

Matce powiedziałam o wszystkim przy kolacji, on też powinien się wreszcie dowiedzieć. Wyszłam pięć minut później. Usta miałam uszminkowane, w jednej ręce nową torebkę, a w drugiej walizeczkę z letterą 35. Czekał w tym samym miejscu co zawsze, na zimnej kamiennej ławeczce, gdzie przesiedzieliśmy tyle godzin, planując wspólną przyszłość, która nigdy nie miała nadejść.

– Chcesz odejść z innym, prawda? – zapytał, kiedy usiadłam obok niego.

Nawet na mnie nie spojrzał; w skupieniu wpatrywał się w ziemię, rozdeptując czubkiem buta grudki zaschniętego błota.

Kiwnęłam głową. Stanowcze „tak” bez słów. Kto to jest, zapytał. Powiedziałam. Wokół nas rozbrzmiewały zwykłe, swojskie dźwięki: dziecięce głosy, szczekanie psów i pobrzękiwanie rowerowych dzwonków; dzwony od Świętego Andrzeja wzywające na wieczorną mszę, turkot kół po bruku, porykiwania mułów, strudzonych u schyłku dnia. Ignacio długo milczał, zanim odezwał się znowu. Musiał wyczuć we mnie tyle uporu i determinacji, że nawet nie próbował okazać zaskoczenia moją decyzją. Nie tragizował i nie żądał wyjaśnień. Wypowiedział tylko jedno zdanie, powoli, jakby bezwiednie:

– Nigdy nie będzie cię kochał tak jak ja.

A potem wstał i z maszyną do pisania pod pachą ruszył w pustkę. Odwrócony do mnie plecami, oddalał się w mętnym świetle ulicznych latarni, powstrzymując być może chęć rozbicia lettery 35 o bruk.

Spoglądałam za nim długo. Patrzyłam, jak odchodzi z mojego skwerku, coraz bardziej odległy, coraz mniej widoczny, dopóki nie wchłonął go jesienny zmierzch. Jakżebym chciała opłakiwać jego utratę, zadręczać się krótkim i tak smutnym pożegnaniem, obwiniać, że zniszczyłam nasze wspólne marzenia. Ale nie mogłam. Nie wylałam ani jednej łzy, nie czyniłam sobie żadnych, najmniejszych choćby wyrzutów. Zaledwie minutę po tym, jak straciłam go z oczu, wstałam z kamiennej ławki i odeszłam. Zostawiłam za sobą moją dzielnicę, moich bliskich, mój mały świat. Tam na zawsze pozostała moja przeszłość, a ja wyruszyłam na spotkanie nowego życia; czułam, że będzie jasne i piękne, bo nie wyobrażałam sobie wówczas większego szczęścia niż znaleźć się w objęciach Ramira.

3

Przy nim zaznałam nowego życia. Nauczyłam się być niezależna od matki, mieć służącą i żyć z mężczyzną. Dogadzać mu, spełniać każde życzenie i robić wszystko, by go uszczęśliwić. Poznałam też inny Madryt: miasto wykwintnych lokali i przybytków mody; widowisk, restauracji i nocnego życia. Koktajle w Negresco, Granja del Henar i w Bakaniku. Premiery filmowe w Real Cinema z orkiestrą na żywo, Mary Pickford na ekranie, czekoladkami, które wkładał mi do ust Ramiro, i pocałunkami, którymi ja obsypywałam koniuszki jego palców, prawie umierając z miłości. Carmen Amaya w teatrze Fontalba, Raquel Meller na scenie Maravillas. Flamenco w Villa Rosa, kabaret w Palacio del Hielo. Ów Madryt tętniący wielkomiejskim życiem, w którym Ramiro i ja zatraciliśmy się bez reszty, jakby nie istniało żadne wczoraj i żadne jutro. Jakbyśmy musieli korzystać z każdej chwili, by nasycić się światem, bo przyszłość może nie nadejść nigdy.

Co takiego było w Ramirze, czego mi zadał, że w ciągu zaledwie kilku tygodni moje życie stanęło na głowie? Jeszcze dzisiaj, po tylu latach, mogę z zamkniętymi oczami wyliczyć wszystko, co mnie w nim wówczas pociągało, i jestem przekonana, że gdybym urodziła się sto razy, sto razy znów bym się w nim zakochała. Ramiro Arribas, ujmujący światowiec, przystojny do szaleństwa. Kasztanowe włosy zaczesane do góry, olśniewający szyk, postawa męska w każdym calu i optymizm, jakim tryskał przez siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dowcipny, błyskotliwy, zmysłowy, obojętny na polityczne zacietrzewienie owych czasów, jakby jego królestwo nie było z tego świata. Miał przyjaciół po obu stronach barykady, przy czym ani jednych, ani drugich nie brał na serio, wizjoner i marzyciel, zawsze umiał rzucić odpowiednie słówko, zrobić stosowną minę. Obrotny i zaradny, nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Dziś sprzedawał włoskie maszyny do pisania, wczoraj niemieckie samochody, co było przedwczoraj, to już nieważne, a co będzie za miesiąc, Bóg jeden wie.

Cóż takiego Ramiro widział we mnie, dlaczego zakochał się w skromnej krawcowej, która szykowała się do ślubu z pozbawionym aspiracji urzędnikiem? Byłam jego pierwszą prawdziwą miłością, przysięgał to tysiące razy. Oczywiście, miewał przedtem inne kobiety. Ile, pytałam. Kilka, ale żadnej takiej jak ty. I całował moje usta, a ja omdlewałam ze szczęścia. Łatwo też mogłabym dzisiaj wyliczyć wszystkie komplementy, jakimi mnie obsypywał, pamiętam całą listę. Wybuchowa mieszanka dziecięcej naiwności i boskiej urody, mówił. Nieoszlifowany diament. Czasami traktował mnie jak małą dziewczynkę i choć starszy był tylko o dziesięć lat, zdawało się, że dzielą nas wieki. Uprzedzał każdy mój kaprys, robił wymyślne niespodzianki. Kupował mi jedwabne pończochy prosto z Lyonu, kremy i perfumy, kubańskie lody z czerymoją, z mango, z mlekiem kokosowym. Uczył mnie posługiwać się najdziwniejszymi sztućcami, prowadzić morrisa, rozszyfrowywać nazwy dań wypisane w karcie i zaciągać się dymem z papierosa. Opowiadał mi o ludziach i artystach, których kiedyś poznał; wspominał dawnych przyjaciół i roztaczał cudowne wizje tego, co nas czeka w jakimś odległym zakątku globu. Rysował mapę świata i sprawiał, że doroślałam. Znikała gdzieś wówczas mała dziewczynka, a na jej miejsce pojawiała się dojrzała kobieta. A wtedy, nie bacząc na mój niedostatek wiedzy i przeżyć, pragnął mnie, wielbił taką, jaka byłam, trzymał w ramionach tak mocno, jakby tylko moje ciało utrzymywało go na burzliwej powierzchni życia.

Już pierwszego dnia wprowadziłam się do jego kawalerskiego mieszkania przy placu Las Salesas. Nie wzięłam ze sobą prawie nic, jakby moje życie zaczynało się od nowa; jakbym była kimś innym i narodziła się raz jeszcze. Szalone, nieobliczalne serce i kilka fatałaszków stanowiły jedyny majątek wniesiony przeze mnie do domu kochanka. Od czasu do czasu odwiedzałam matkę, która żeby jakoś związać koniec z końcem, brała do domu drobne zlecenia krawieckie. Ramira nie lubiła. Potępiała jego postępowanie. Oskarżała go o to, że sprowadził mnie na złą drogę, że posłużył się swoją pozycją i dojrzałym wiekiem, aby omamić naiwną dziewczynę, uwieść ją i odciągnąć od najbliższych. Nie podobało jej się, że żyłam z nim bez ślubu, że zostawiłam Ignacia i że nie jestem już taka jak dawniej. Żebym nie wiem jak się starała, nigdy nie zdołałam jej przekonać, że Ramiro do niczego mnie nie zmuszał, że popchnęła mnie do tego tylko miłość. Miłość, której nie mogłam się oprzeć. Nasze sprzeczki stawały się z dnia na dzień coraz bardziej gwałtowne, raniłyśmy się nawzajem coraz mocniej. Na każdą zaczepkę odpowiadałam impertynencją, na każdy zarzut – pogardą. Do wyjątków należały wizyty, które nie kończyły się płaczem, krzykiem i trzaskaniem drzwiami. Nasze spotkania były coraz krótsze i coraz rzadsze, i coraz bardziej oddalałyśmy się od siebie.

Aż pewnego dnia zbliżyłyśmy się ponownie. I to ona zrobiła pierwszy krok, prawdopodobnie wbrew własnej chęci, wystąpiła bowiem w roli posłańca. Niemniej jednak – co było do przewidzenia – nasze życie znów stanęło na zakręcie. Któregoś dnia zjawiła się u nas koło południa. Ramiro już wyszedł, a ja spałam. Poprzedniej nocy byliśmy w teatrze na sztuce z Margaritą Xirgú, potem wpadliśmy jeszcze do Le Cock. Położyliśmy się dopiero o czwartej nad ranem, a ja byłam tak zmęczona, że nawet nie miałam siły zmyć makijażu, bez którego od niedawna nie pokazywałam się na mieście. Przez sen słyszałam, jak Ramiro po dziesiątej wychodził z domu, przez sen słyszałam krzątaninę Prudencii, gosposi, która jak co dzień przyszła zaprowadzić porządek w naszym bałaganiarskim gospodarstwie. Przez sen słyszałam, jak idzie po mleko i bułeczki, a wkrótce potem przez sen usłyszałam, że ktoś dobija się do drzwi. Pomyślałam, że jak zwykle wróciła po klucze. Wstałam niechętnie i w fatalnym humorze poszłam jej otworzyć, wołając: „Idę, już idę!”. Nic na siebie nie włożyłam – dla głupiej kuchty nie musiałam się fatygować. Zaspana uchyliłam drzwi i zamiast Prudencii zobaczyłam moją matkę. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Ona chyba też, przynajmniej z początku. Zmierzyła mnie tylko spojrzeniem od góry do dołu, zatrzymując kolejno wzrok na potarganych włosach, rozmazanym tuszu do rzęs, resztach szminki i skąpej koszulce, która odsłaniała znacznie więcej, niż pozwalała na to przyzwoitość. Poczułam się nieswojo i spuściłam oczy. Może byłam zbyt otumaniona po zarwanej nocy, a może rozbroił mnie wyraz rodzicielskiej przygany malujący się na twarzy matki.

– Wejdź, nie stój tak – powiedziałam, próbując ukryć zakłopotanie wywołane tą niespodziewaną wizytą.

– Nie chcę przeszkadzać. Spieszę się. Przyszłam tylko po to, żeby ci przekazać pewną wiadomość.

Sytuacja była napięta i dziwaczna. Nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego mogło się wydarzyć, gdybym sama tego nie przeżyła. Matka i ja, tak sobie niegdyś bliskie, tak rozumiejące się nawzajem, stałyśmy teraz naprzeciw siebie jak dwie obce kobiety mierzące się nieufnym spojrzeniem.

Tkwiła pod drzwiami, poważna, wyprostowana, uczesana w ciasny kok, w którym połyskiwały pierwsze siwe włosy. Godna, wysoka, ze spojrzeniem pełnym nagany pod kanciastymi brwiami. Na swój sposób elegancka, pomimo prostoty skromnego stroju. Skończywszy owe sumienne oględziny, odezwała się wreszcie, lecz wbrew moim obawom wcale mnie nie skrytykowała.

– Chcę ci przekazać czyjąś prośbę. Możesz się zgodzić albo nie, sama zdecydujesz. Ale ja uważam, że powinnaś. Zastanów się… lepiej późno niż wcale.

Nie przestąpiła progu mieszkania i w ciągu minuty zakończyła wizytę – tyle czasu starczyło, by podać mi adres i wyznaczoną na popołudnie godzinę, po czym obrócić się na pięcie i wyjść bez pożegnania. Zdziwiło mnie, że tym razem nie dostałam za swoje, ale nie musiałam długo czekać. Gdy była już na schodach, usłyszałam:

– Umyj sobie twarz, uczesz się i włóż coś na siebie, bo wyglądasz jak dziwka.

Przy obiedzie opowiedziałam o wszystkim Ramirowi. Nie miałam pojęcia, co mogło się kryć za owym tajemniczym zaproszeniem, nie widziałam w tym żadnego sensu, targały mną wątpliwości. Poprosiłam, żeby ze mną poszedł. Gdzie? Na spotkanie z moim ojcem. Dlaczego? Dlatego, że chce mnie poznać. Po co? Nawet gdybym myślała o tym przez następne dziesięć lat, nie znalazłabym żadnego powodu.

Umówiłam się z matką o pierwszej po południu pod podanym adresem: Hermosilla 19. Elegancka ulica, elegancki dom, taki jak te, do których dawniej odnosiłam uszyte suknie. Długo się zastanawiałam, co założyć na tę niecodzienną okazję. Ostatecznie wybrałam niebieską wełnianą sukienkę i dobrany do niej płaszcz, do tego twarzowy kapelusik ozdobiony trzema piórami miękko spływającymi na lewe ucho. Wszystko to dostałam od Ramira. To był mój pierwszy strój, którego nie uszyłam sobie sama i którego nie uszyła mi matka. Założyłam buty na wysokim obcasie, rozpuściłam włosy. Umalowałam się bardzo dyskretnie; tego dnia wolałam uniknąć cierpkich uwag. Przed wyjściem przejrzałam się w lustrze. Od stóp do głów. Za mną, z rękami w kieszeniach, stał uśmiechnięty Ramiro, patrząc na mnie oczyma pełnymi zachwytu.

– Wyglądasz zabójczo. Zrobisz piorunujące wrażenie.

Wdzięczna za te słowa, spróbowałam odwzajemnić uśmiech, co wypadło raczej blado. Byłam piękna, to prawda; piękna i obca, zupełnie inna od tamtej dziewczyny sprzed kilku miesięcy. Piękna, inna i przerażona. Umierałam ze strachu i żałowałam, że przyjęłam to niezwykłe zaproszenie. Kiedy zjawiła się matka, wyczytałam z jej spojrzenia, że obecność Ramira mocno ją zdegustowała.

– To sprawa rodzinna. Mam nadzieję, że zechce pan tutaj poczekać – oświadczyła bez ogródek.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła w stronę imponujących przeszklonych drzwi. Wolałabym, żeby Ramiro poszedł ze mną, potrzebowałam otuchy i wsparcia, ale nie ośmieliłam się sprzeciwić matce. Szepnęłam mu tylko, że lepiej będzie, jeśli już pójdzie, i podążyłam za nią.

– My do pana Alvarado. Oczekuje nas – powiedziała do portiera, który kiwnął głową, po czym wstał, by odprowadzić nas do windy.

– Dziękujemy, damy sobie radę same.

Przeszłyśmy przez obszerny hol i zaczęłyśmy się wspinać po schodach: matka stanowczym krokiem, nie dotykając nawet lśniącej drewnianej poręczy, sztywno obciśnięta kostiumem, którego nigdy dotąd nie widziałam; za matką ja, wylękniona, czepiając się balustrady jak rozbitek koła ratunkowego w sztormową noc. Obie w grobowym milczeniu. Z każdym stopniem w mojej głowie narastał zamęt, myśli piętrzyły się jedna na drugiej. Podest. Dlaczego moja matka tak pewnie porusza się w obcym domu? Półpiętro. Jaki właściwie jest człowiek, którego za chwilę zobaczę, skąd ta nagła chęć, żeby poznać mnie po tylu latach? Pierwsze piętro. Reszta myśli pierzchła, nie miałam już czasu na rozterki: byłyśmy na miejscu. Szerokie drzwi po prawej, palec matki energicznie naciskający dzwonek gestem pozbawionym jakiegokolwiek onieśmielenia. Trzask otwieranego zamka, leciwa, jakby zasuszona pokojówka w czarnym uniformie i niepokalanie białym czepku.

– Dzień dobry, Servando. Przyszłyśmy zobaczyć się z panem. Jest w bibliotece, jak sądzę?

Kobieta zastygła z niemym powitaniem na półotwartych ustach, jakby złożyły jej wizytę dwa duchy. Kiedy ochłonęła i wreszcie odzyskała mowę, jakiś głos zagłuszył jej słowa. Ochrypły, tubalny, głęboki.

– Wpuść je, niech wejdą.

Służąca odsunęła się na bok, wciąż jeszcze spłoszona i zdenerwowana. Nie musiała nas odprowadzać – matka zdawała się znać drogę na pamięć. Ruszyłyśmy przez przestronny przedpokój, mijając salony o ścianach obitych jedwabiem, na których pyszniły się ręcznie tkane gobeliny i rodzinne portrety. Gdy stanęłyśmy przed podwójnymi drzwiami, których lewe skrzydło było uchylone, dostrzegłam wysokiego, potężnego mężczyznę stojącego na środku pokoju. I znowu ten władczy głos:

– Proszę wejść.

Wielki gabinet wielkiego człowieka. Wielkie biurko, zasłane papierami, wielka biblioteka pełna książek. Wysoki mężczyzna patrzący na mnie badawczo. Spojrzał mi w oczy, potem w dół, potem znowu w górę. Jakby odkrył jakiś nieznany okaz. Przełknął ślinę on, przełknęłam ślinę ja. Zrobił kilka kroków w naszą stronę, położył mi dłoń na ramieniu i ścisnął lekko, jakby chciał się upewnić, że naprawdę istnieję. Uśmiechnął się nieznacznie, z odrobiną melancholii.

– Jesteś taka sama jak twoja matka dwadzieścia lat temu.

Wciąż patrząc mi prosto w oczy, przytrzymał mnie jeszcze przez sekundę, dwie, trzy, dziesięć. Potem przeniósł wzrok na postać obok mnie. Na jego twarz powrócił gorzki uśmiech.

– Tak długo, Dolores, tak długo.

Nie odpowiedziała, nie spuściła oczu. Wówczas zdjął rękę z mojego ramienia i wyciągnął ją do mojej matki; nie było to powitanie, raczej szukanie bliskości, dotyku, jakby oczekiwał, że jej palce odpowiedzą tym samym gestem. Lecz ona wciąż stała bez ruchu, nie reagując na tę niemą zachętę. On zaś, jak zaczarowany, trwał jeszcze przez chwilę w tej samej pozie, po czym ocknąwszy się nagle, odchrząknął i tonem tyleż uprzejmym, co sztucznie obojętnym, poprosił, żebyśmy usiadły.

Przeszliśmy na drugi koniec biblioteki. Matka usadowiła się w fotelu, on zajął drugi, a mnie zostało samotne miejsce pośrodku, na sofie. Zapadła krępująca, pełna napięcia cisza. On długo przypalał cygaro, ona patrzyła przed siebie, sztywna, wyprostowana, z mocno ściśniętymi kolanami. Ja tymczasem, z wielkim skupieniem i uwagą, skrobałam paznokciem adamaszkową tapicerkę w kolorze czerwonego wina, jakbym chciała wydrapać dziurę w osnowie, by uciec przez nią jak jaszczurka. Gabinet wypełnił się dymem i znów usłyszałam chrząknięcie, będące zapewne wstępem do dalszej wypowiedzi, lecz zanim padło pierwsze słowo, odezwała się moja matka. Mówiła do mnie, ale oczy miała zwrócone na niego. Jej głos zmusił mnie w końcu, żebym spojrzała na oboje.

– A więc, Siro, to jest twój ojciec, wreszcie go poznałaś. Nazywa się Gonzalo Alvarado, jest inżynierem, właścicielem huty i mieszka tu od urodzenia. Najpierw był paniczem, teraz jest panem. Jak ten czas płynie… Przychodziłam tu szyć suknie dla jego matki i wtedy się poznaliśmy, a po trzech latach na świat przyszłaś ty. Ale nie wyobrażaj sobie przypadkiem, że to było jak w jakimś tanim romansie… że pozbawiony wszelkich skrupułów panicz usidlił biedną szwaczkę. Nic z tych rzeczy. Ja miałam lat dwadzieścia dwa, on dwadzieścia cztery i oboje doskonale znaliśmy swoje miejsce. Wiedzieliśmy, na co się porywamy. Nie oszukiwał mnie, ja zaś nie robiłam sobie wielkich złudzeń. Nasz związek się zakończył, bo nie miał żadnej przyszłości, bo nigdy nie powinien był się zacząć. Twój ojciec nie porzucił ani ciebie, ani mnie. To ja z nim zerwałam. I to ja zawsze starałam się o to, żebyście się nigdy nie spotkali. Z początku się sprzeciwiał, ale z czasem musiał się z tym pogodzić. Ożenił się, ma dwóch synów. Od dawna się do mnie nie odzywał i nagle przedwczoraj poprosił, żebym cię tu przyprowadziła. Nie powiedział, dlaczego chce cię poznać akurat teraz, po tylu latach. Mam nadzieję, że za chwilę się dowiemy.

Podczas gdy to mówiła, patrzył na nią z powagą i szacunkiem. Kiedy umilkła, odczekał kilka chwil, zanim przejął pałeczkę. Jakby ważył w myślach każde słowo, starając się wyrazić dokładnie to, co chciał powiedzieć. Skorzystałam z tej przerwy, żeby mu się przyjrzeć. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to że nigdy nie wyobraziłabym sobie takiego ojca. Byłam śniadą brunetką, moja matka również, i jeśli kiedykolwiek próbowałam sobie stworzyć obraz ojca, zawsze był nim ktoś taki jak my – smagły, szczupły, czarnowłosy. Ktoś taki jak ludzie z mojego najbliższego otoczenia: sąsiad Norberto, rodzice koleżanek, mężczyźni, jakich pełno było na ulicach i w knajpkach naszej dzielnicy. Zwykli ojcowie zwykłych ludzi – listonosze, subiekci, biuraliści, kelnerzy, właściciele kiosków, małych sklepików i straganów z warzywami na targu La Cebada. Panowie, których mijałam w czasie moich wędrówek po mieście, kiedy odnosiłam suknie wykonane w zakładzie doñi Manueli, byli dla mnie istotami z innego świata, osobnikami obcego gatunku, niemieszczącymi się zupełnie w moim wyobrażeniu o tym, jacy powinni być ojcowie. Tymczasem miałam właśnie przed sobą jeden z owych nieznanych okazów – mężczyznę wciąż jeszcze przystojnego, mimo trochę nadmiernej tuszy, o lekko zaczerwienionych oczach koloru miodu i włosach już przyprószonych siwizną, choć niegdyś z pewnością jasnych, ubranego w ciemnoszary garnitur, właściciela wielkiego domu i nieobecnej rodziny. Ojca innego niż wszyscy znani mi ojcowie, który w końcu przemówił, spoglądając raz na moją matkę, raz na mnie, czasem na obie, a czasem na żadną z nas.

– Cóż, to nie jest łatwe – powiedział na początek.

Głęboki haust dymu, wydech. Spojrzenie w moje oczy. W oczy matki. Znowu w moje. I wreszcie potok słów – wartki, płynący nieprzerwanie aż do chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że siedzimy już po ciemku, a nasze ciała przemieniły się w cienie, niknące w słabym blasku stojącej na biurku lampy z zielonym kloszem w kształcie tulipana.

– Szukałem was, bo obawiam się, że wkrótce mnie zabiją. A jak nie, to ja sam kogoś zabiję i zamkną mnie w więzieniu, co oznacza śmierć za życia. Umrę więc, tak czy inaczej. Sytuacja polityczna w każdej chwili grozi wybuchem, a kiedy to się stanie, Bóg wie, co z nami wszystkimi będzie.

Zerknęłam kątem oka na matkę w oczekiwaniu jakiejś reakcji, ale na jej twarzy nie dostrzegłam nawet śladu niepokoju, jakby usłyszała prognozę deszczowej pogody, a nie zapowiedź czyjejś bliskiej śmierci. On zaś dalej roztrząsał własne przeczucia i obawy, wylewając przed nami swoje żale.

– A ponieważ wiem, że moje dni są policzone, zacząłem robić rachunek życia i jakiż znalazłem dorobek? Pieniądze, owszem. Nieruchomości, jak wyżej. I fabryka zatrudniająca dwustu pracowników, dla której wypruwałem sobie żyły przez trzydzieści lat, a teraz jeśli już zdarzy się jakiś dzień bez strajku, to robotnicy upokarzają mnie, plują mi w twarz. I żona, która dowiedziawszy się, że spalono parę kościołów, wyjechała razem z matką i siostrami odmawiać różańce w Saint-Jean-de-Luz. I dwóch synów, których nie rozumiem, dwóch nierobów i fanatyków, trwoniących czas na strzelanie z dachów oraz adorację nawiedzonego synalka Primo de Rivery[4], który namieszał w głowach wszystkim madryckim paniczykom swoimi romantycznymi banialukami o hartowaniu narodowego ducha. Wielu z nich zapraszałem do mojej huty, żeby popracowali sobie po dwanaście godzin dziennie, bo uważam, że nic tak nie hartuje ducha narodowego jak młot i kowadło.

Zamyślił się, jakby szukał odpowiednich słów.

– Świat się zmienił, Dolores. Naprawdę tego nie widzisz? Robotnikom nie wystarczają już potańcówki na San Cayetano i walki byków w Carabanchel, jak w piosence z zarzueli. Swoje osiołki zamienili na rowery, wstępują do związków zawodowych, wycwanili się i teraz grożą, że jak im się coś nie spodoba, to wpakują fabrykantowi kulkę w łeb. Przyznaję, w wielu sprawach nie brak im racji. Nikt nie chce żyć w biedzie i już w dzieciństwie harować od świtu do nocy. Ale tu trzeba czegoś więcej niż wymachiwanie pięścią. Samym śpiewaniem Międzynarodówki i nienawiścią do tych, którym się lepiej powodzi, niczego nie naprawią; marsze i hymny kraju nie zmienią. Powodów do buntu robotnicy mają aż nadto, bo czego jak czego, ale głodu u nas od wieków nie brakuje, wiele też było krzywd, lecz gryząc rękę, która ich karmi, niewiele osiągną, nie tędy droga. Żeby zmodernizować ten kraj, potrzeba śmiałych przedsiębiorców i wykwalifikowanych pracowników, przyzwoitej edukacji i odpowiedzialnych przywódców. A tu każdy rząd upada, nim zdąży coś zdziałać. Wszędzie jedna wielka katastrofa, każdy dba tylko o siebie, nikt na serio nie próbuje skończyć z nadużyciami i bezprawiem. Politycy z obu stron barykady trwonią czas na jałowe diatryby i kunsztowne przemowy w parlamencie. Królowi dobrze tam, gdzie jest. Już dawno powinien był wyjechać. Socjaliści, anarchiści i komuniści walczą o swoje; tak powinno być, ale niechże to robią rozsądnie, z umiarem, bez wzajemnych pretensji i swarów. A bogacze i monarchiści biorą nogi za pas i zmykają za granicę. W końcu się doigramy. Wojsko się zbuntuje, wprowadzi stan wojenny i dopiero pożałujemy. Albo wybuchnie wojna domowa, poleje się krew, brat stanie przeciw bratu.

Mówił jak natchniony. Nagle powrócił do rzeczywistości, jakby dostrzegł wreszcie, że choć słuchamy go pilnie i grzecznie, to ani matka, ani ja nie mamy najmniejszego pojęcia, do czego właściwie zmierza owa przygnębiająca tyrada i co to ma wspólnego z nami.

– Wybaczcie, chyba trochę mnie poniosło, ale długo o tym wszystkim myślałem i doszedłem do wniosku, że najwyższy czas zacząć działać. Ten kraj tonie. To jakiś absurd, czysty obłęd. A mnie, jak już mówiłem, mogą zabić. Nie dziś, to jutro. Świat zboczył ze swoich torów i trudno się do tego przyzwyczaić. Przez trzydzieści lat harowałem jak wół w kieracie, troszczyłem się o firmę, starałem się jak najlepiej robić to, co do mnie należy. Cóż, albo się urodziłem w niewłaściwych czasach, albo musiałem gdzieś popełnić błąd, bo wszystko wyszło na opak, a życie bierze teraz na mnie srogi odwet. Synowie mają mnie za nic, żona mnie porzuciła, a fabryka stała się dla mnie piekłem. Zostałem sam, w nikim nie mam oparcia. Co więcej, jestem przekonany, że może być tylko gorzej. Dlatego postanowiłem się przygotować, uporządkować sprawy i papiery, pospłacać rachunki, wydać niezbędne rozporządzenia na wypadek, gdybym któregoś dnia nie wrócił. I tak jak w interesach chciałbym wprowadzić ład w swoich wspomnieniach i uczuciach, choć niewiele już z nich zostało. Im bardziej czarno wszystko widzę, tym chętniej powracam pamięcią do tego, co było dobre. I wiesz co, Dolores? Teraz, kiedy moje dni są policzone, zrozumiałem, że jedną z niewielu rzeczy, dzięki którym moje życie miało sens, jesteś ty. Ty i nasza córka, twój wierny portret z czasów, gdy byliśmy razem. Dlatego chciałem się z wami zobaczyć.

Gonzalo Alvarado, mój ojciec, który wreszcie miał twarz i nazwisko, z wolna odzyskiwał spokój. W tym, co i jak teraz mówił, dostrzegłam nagle człowieka, jakim był przez wszystkie dni oprócz tego jednego – mężczyznę władczego, stanowczego w gestach i słowach, nawykłego do rządzenia i zawsze stawiającego na swoim. Na początku tej rozmowy na pewno nie było mu łatwo; musiał stanąć twarzą w twarz ze swoją dawną miłością, której nie widział przez ćwierć wieku, i córką, której nie widział nigdy. Szybko jednak odzyskał pewność siebie i znów stał się panem sytuacji. Mówił jasno i szczerze, bez ogródek, jak ktoś, kto nie ma już nic do stracenia.

– Wiesz co, Siro? Ja naprawdę kochałem twoją matkę. Kochałem ją bardzo mocno. Wolałbym, żeby wszystko potoczyło się inaczej, żeby zawsze była przy mnie. Ale, niestety, sprawy potoczyły się inaczej.

Oderwał wzrok ode mnie i spojrzał na nią. W jej migdałowe oczy, sterane szyciem. Na jej piękną, dojrzałą twarz, nieskalaną szminką i pudrem.

– Nie walczyłem o ciebie, Dolores, prawda? Nie potrafiłem sprzeciwić się rodzinie, nie byłem ciebie wart. A potem zrobiłem to, czego ode mnie oczekiwano, poślubiłem inną kobietę i z czasem przywykłem…

Moja matka słuchała tego w milczeniu, pozornie obojętna. Nie umiałabym powiedzieć, czy ukrywała swoje uczucia, czy po prostu ani ją to ziębiło, ani grzało. Siedziała, wyniosła i nieprzystępna, zatopiona w nieodgadnionych myślach, wyprostowana, w doskonale skrojonym kostiumie, którego nigdy na niej nie widziałam, uszytym zapewne z jakichś resztek po stroju innej kobiety, mającej więcej tkanin i więcej szczęścia w życiu. On, wcale niezrażony jej biernością, mówił dalej.

– Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale to prawda, że teraz, kiedy widzę, iż nadchodzi mój kres, żałuję z całego serca, że przez tyle lat nie troszczyłem się o was, a ciebie, Siro, nawet nie zdążyłem poznać. Powinienem się wykazać większym uporem, dołożyć wszelkich starań, żeby mieć was blisko. Sytuacja była jednak taka, jaka była, a ty miałaś zbyt wiele godności, Dolores. Nie zadowoliłabyś się okruchami mojego życia. Chciałaś mieć wszystko albo nic. Twoja matka, dziecinko, to twarda kobieta, twarda i nieugięta. A ja byłem za słaby i za głupi… Cóż, nie czas teraz na próżne żale.

Siedział przez chwilę w milczeniu, zamyślony, nie patrząc na nas. Potem głęboko wciągnął nosem powietrze, wypuścił je ze świstem, wyprostował się w fotelu i energicznie pochylił do przodu, jakby nagle podjął decyzję, żeby wreszcie powiedzieć to, co miał do powiedzenia. Odniosłam wrażenie, że otrząsnął się już z gorzkiej nostalgii, która nie pozwalała mu oderwać się od wspomnień, i postanowił zejść z chmur na ziemię, gotów stawić czoło wyzwaniom doczesności.

– Wybaczcie, nie chcę was dłużej zamęczać moimi smutkami. Przejdźmy zatem do rzeczy. Jesteście tu, bo chcę przedstawić wam moją ostatnią wolę. I proszę, żebyście mnie obie dobrze zrozumiały. Nie myślcie, że chcąc okazać spóźnioną skruchę, postanowiłem zrekompensować wam stracone lata pieniędzmi, a już na pewno nie zamierzam kupić waszego szacunku. Chcę jedynie spłacić długi, aby mieć pewność, że kiedy przyjdzie na mnie czas, wszystko będzie jak należy.

Po raz pierwszy od początku rozmowy wstał z fotela. Podszedł do biurka. Odprowadziłam go wzrokiem: szerokie plecy, dobrze skrojona marynarka, krok sprężysty mimo nieco korpulentnej sylwetki. Potem spojrzałam na portret, który wisiał na ścianie w głębi i którego, z racji rozmiarów, trudno było nie zauważyć. Z olejnego obrazu w złoconych ramach patrzyła na mnie elegancka dama o surowej, oschłej twarzy, ubrana wedle mody z początku wieku, ani ładna, ani brzydka, z diademem na krótko obciętych lokach. Obejrzał się i wskazując portret gestem podbródka, powiedział:

– Jaśnie pani Carlota, moja matka, a twoja babka… Pamiętasz ją, Dolores? Zmarła siedem lat temu. Gdyby się to zdarzyło osiemnaście lat wcześniej, ty, Siro, prawdopodobnie urodziłabyś się tu, w tym domu. Cóż, zostawmy zmarłych, niech spoczywają w pokoju.

Stał odwrócony tyłem, szukając czegoś w biurku. Otwierał szuflady, wyjmował jakieś przedmioty, przeglądał papiery, a potem położył to wszystko przed nami, nie spuszczając oczu z mojej matki.

– Wciąż jesteś piękna, Dolores – stwierdził, sadowiąc się z powrotem w fotelu. Był odprężony, po początkowym skrępowaniu zostało już tylko wspomnienie. – Wybaczcie, niczym was nie poczęstowałem. Napijecie się czegoś? Zaraz zawołam Servandę… – Uniósł się lekko, jakby chciał wstać znowu, ale matka powstrzymała go słowami:

– Nie, Gonzalo, dziękujemy. Proszę, skończmy to wreszcie.

– Pamiętasz Servandę, Dolores? Jak nas szpiegowała, jak łaziła za nami, żeby potem wszystko wypaplać jaśnie pani? – Parsknął krótkim, ochrypłym, gorzkim śmiechem. – Pamiętasz, jak przyłapała nas w służbówce? Popatrz, co za ironia losu… Matka już od dawna gryzie ziemię, a ja wciąż jestem pod czujną opieką Servandy, bo tylko ona mi została. Jakie to żałosne! Po śmierci matki powinienem był ją odprawić, ale gdzie by się wtedy biedna podziała, stara, przygłucha, bez rodziny. Poza tym pewnie musiała robić, co jej pani kazała, nie chciała przecież stracić miejsca, a doña Carlota miała trudny charakter, służbę trzymała twardą ręką. No cóż, skoro wy nie macie ochoty, ja też niczego się nie napiję.

Siedział na brzeżku fotela, wyprostowany, piastując w rękach wyjęte z biurka rzeczy. Papiery, pakiety, futeraliki. Z wewnętrznej kieszonki marynarki wydobył okulary w mosiężnej oprawce i założył je na nos.

– Przejdźmy do spraw praktycznych. A więc, po kolei…

Najpierw wziął do ręki dwie wypchane koperty, złożone razem i ściągnięte gumką.

– To dla ciebie, Siro, żebyś miała coś na start w życiu. Nie jest to trzecia część mojego majątku, która powinna ci przypaść jako jednej z trojga spadkobierców, ale tylko tyle mogę ci teraz dać w gotówce. Niewiele udało mi się spieniężyć, obecnie trudno cokolwiek sprzedać. Nieruchomości też nie mogę ci zostawić. W świetle prawa nie jesteś moją córką, musiałabyś zapłacić ogromny podatek spadkowy, a moi synowie włóczyliby cię po sądach. Ale masz tu prawie sto pięćdziesiąt tysięcy peset. Na pewno dobrze je zainwestujesz, wydajesz się równie bystra jak twoja matka… Chcę, żebyś się nią zaopiekowała. Niech jej niczego nie zabraknie ani teraz, ani w przyszłości. Prawdę mówiąc, wolałbym podzielić to na dwie części, dla niej i dla ciebie, ale ponieważ wiem, że Dolores nic by ode mnie nie przyjęła, wszystko powierzam tobie.

Podał mi koperty. Zanim je wzięłam, spojrzałam stropiona na matkę, nie wiedząc, co robić. Wyraziła zgodę krótkim, suchym skinięciem głowy. Dopiero wtedy wyciągnęłam rękę.

– Dziękuję – szepnęłam.

– Nie dziękuj, córko, nie dziękuj. A teraz dalej…

Wziął niebieski aksamitny futeralik i otworzył. Potem następny, bordowy, trochę mniejszy. I tak po kolei, aż do pięciu. Ułożył je na stole. Klejnoty nie zalśniły, było zbyt ciemno, ale i tak wiedziałam, że mają ogromną wartość.

– Należały do mojej matki. Jest tego więcej, ale María Luisa, moja żona, zabrała je ze sobą na swoje pobożne wygnanie. Zostawiła jednak te najcenniejsze, pewnie dlatego, że zbyt rzucałyby się w oczy. Są dla ciebie, Siro. Prawdopodobnie nigdy ich nie założysz: sama widzisz, są nieco ostentacyjne. Ale będziesz mogła je sprzedać albo zastawić, jeśli znajdziesz się kiedyś w potrzebie. Dostaniesz za nie całkiem pokaźną sumę.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Matka – owszem.