Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krawcowa z Dachau - Mary Chamberlain

Dramatyczna opowieść o młodej dziewczynie – o miłości, rozdarciu, zdradzie i pełnej determinacji walce o przetrwanie

Londyn, wiosna 1939 roku. Osiemnastoletnia Ada Vaughan, piękna i ambitna szwaczka, właśnie podjęła pracę u modiste na Dover Street. Kariera stoi przed nią otworem. W wyniku przypadkowego spotkania z tajemniczym Stanislausem von Liebenem Ada trafia do świata przepychu i romansów. Kiedy ukochany proponuje jej wycieczkę do Paryża, pozostaje ślepa na sygnały ostrzegawcze o wojnie na kontynencie: to dla niej szansa na nowy początek.

Gdy Niemcy wkraczają do Francji, Ada zostaje uwięziona w Dachau. Chcąc przeżyć, robi to, co potrafi najlepiej: szyje. Ta decyzja zaważy na jej losach w czasie wojny i po jej zakończeniu.

„Fascynująca historia, wspaniale opowiedziana. Ada Vaughan to postać, w której łatwo się zakochać: głęboko prawdziwa, niedoskonała i urzekająca”.

Saskia Sarginson

Mary Chamberlain mieszkała i pracowała w Anglii i na Karaibach, jako profesor historii wykładała na angielskim Oxford Brookes University. Jest autorką wielu książek, których tematem są kobiety, Karaiby i historia mówiona. Prawa do powieści „Krawcowa z Dachau” zostały sprzedane do 18 krajów.

Opinie o ebooku Krawcowa z Dachau - Mary Chamberlain

Fragment ebooka Krawcowa z Dachau - Mary Chamberlain

Tytuł oryginału The Dressmaker of Dachau

Wydawca Grażyna Woźniak

Agnieszka Koszałka

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Helena Klimek

Korekta Halina Ruszkiewicz Jolanta Spodar

Copyright © 2014 by MS ARK LIMITED f/s/o Mary Chamberlain Copyright © for the Polish translation by Dominika Lewandowska-Rodak, 2016

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

Moim małym – Aaronowi, Loli, Cosmowi, Trilby’emu – i ich Ba.

PROLOG

Kwietniowe słońce rzucało snopy światła na zgrubienia czarnego jedwabiu, przekształcając materiał w morze hebanu i gagatu, srebra i niebieskiej szarości. Ada patrzyła, jak Anni przejeżdża dłonią po równych, świeżo wyprasowanych brzegach żakietu, dotyka luksusowych, ciepłych nitek, gładzi naszyty kwiat, jakby jego miękkie płatki były żywe.

Pod spodem miała gruby wełniany sweter i fartuch kucharki, więc żakiet opinał ją w ramionach. Nie, chciała powiedzieć Ada, nie tak. Noszony w ten sposób nie leży dobrze. Ale milczała. Po minie Anni widziała, że ten żakiet to najpiękniejsze, co kiedykolwiek miała.

Anni w jednej ręce trzymała klucz do pokoju Ady, w drugiej walizkę.

– Do widzenia – powiedziała.

Rzuciła klucz na podłogę i kopnęła go w kierunku Ady.

Odeszła, zostawiając otwarte drzwi.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Ada spojrzała w pęknięte lustro stojące na kuchennym kredensie. Z otwartymi ustami i uniesionym językiem wyskubywała sobie brwi zardzewiałą pęsetą. Krzywiła się i pojękiwała, aż został tylko cienki łuk. Przemyła skórę oczarem wirgińskim, żeby pieczenie ustąpiło. Zamoczyła włosy w ciepłej wodzie w starym pękniętym ceramicznym zlewozmywaku, osuszyła je ręcznikiem i zrobiła przedziałek z lewej strony. Osiemnastolatka, tak wyglądała poważniej. Środkowy palec, grzebień i prostujemy, palec wskazujący, zawijamy. Trzy fale z lewej, pięć z prawej, z tyłu kłos, podpinamy loki, wsuwka przy samej skórze, zostawiamy, żeby włosy wyschły.

Ada się nie spieszyła. Otworzyła torebkę i wyjęła puder, róż i szminkę. Nie za dużo, żeby nie wyglądać pospolicie, tyle, by twarz była świeża i zdrowo zarumieniona, jak u młodych dziewcząt z Women’s League of Health and Beauty. Widziała je w Hyde Parku – w ciemnych spodenkach i białych bluzkach; wiedziała też, że w soboty po południu ćwiczą na dziedzińcu szkoły podstawowej imienia Henry’ego Fawcetta. Może do nich dołączy. Dobrze być giętką i smukłą. Mogłaby sama uszyć sobie uniform. W końcu jest teraz krawcową, dobrze zarabia.

Roztarła szminkę na wargach, sprawdziła, czy schnące włosy się pofalowały, wzięła lustro i zaniosła je do sypialni. Brązowa spódnica z tweedu w kurzą stopkę, w kontrafałdy, i kremowa bluzka z ozdobioną emalią szpilką przy szyi – prawdziwa elegancja. Tweed był dobrej jakości, resztka od Isidore’a, krawca z Hanover Square. Kiedy podjęła tam pracę, miała raptem piętnaście lat. Jezu, jaka była wtedy zielona – zbierała szpilki z podłogi i zmiatała ścinki, jej tenisówki były szare od kredy, a odziedziczony żakiet miał za długie rękawy. Tata mówił, że w tym zakładzie wyzyskuje się pracowników, że spasiony kapitalista, który go prowadzi, nic tylko ją wykorzystuje i że powinna walczyć o swoje prawa i wstąpić do związku. Ale Isidore otworzył jej oczy. Nauczył ją, że materiał żyje i oddycha, że ma osobowość i miewa różne nastroje. Jedwab, mówił, jest uparty, batyst – posępny. Wełna czesankowa jest nieustępliwa, flanela – leniwa. Nauczył ją, jak ciąć, żeby materiał się nie marszczył i leżał prosto, nauczył ją, co to skosy i krajki. Pokazał, jak robić formy, gdzie rysować kredą i fastrygować. Nauczył ją szyć na maszynie, o przędzach i niciach, wszywać nowomodne suwaki w szew, tak by nie było ich widać, obrzucać i obrębiać. Ścieg w jodełkę, Ado, w jodełkę. Kobiety wyglądające jak modelki. To był zaczarowany świat. Piękne włosy i błyszczące suknie. Nawet majtki szyte na miarę. Isidore pokazał Adzie tę rzeczywistość, a ona chciała jej dla siebie.

Jeszcze tego nie osiągnęła. Mama zabierała jej część zarobków, na utrzymanie, do tego autobus do pracy i ciastko do herbaty w Lyons i pod koniec tygodnia niewiele zostawało.

– I nie myśl, że możesz się panoszyć w tym domu tylko dlatego, że za siebie płacisz.

Matka pogroziła Adzie brudnym palcem, jej kłykcie pomarszczone jak stary robak.

Ada nadal musiała wycierać kurze i zamiatać, a także – teraz, kiedy nauczyła się krawiectwa – szyć dla rodziny.

Wiedziała, że nie jest jej pisane to życie, w którym trzeba zaciskać pasa, wyczesywać wszy i nosić ubrania po innych. Językiem zwilżyła palec wskazujący i kciuk, zwinęła wiskozowe rajstopy z piętą i naciągnęła je na nogi, powoli, uważając, żeby nie poszło oczko i żeby szew był prosty. Jakość widać. Pozory mają znaczenie. Tak długo jak jej odzież wierzchnia wygląda dobrze, nikt się do niej nie przyczepi. Usta zaciśnięte, nos zadarty, przepraszam. Udawaj, że należysz do wyższej klasy, najwyższej. Ada wiedziała, że zajdzie daleko, będzie kimś.

Postawiła lustro na gzymsie kominka i przeczesała włosy, które ułożyły się w kasztanowe fale. Włożyła na głowę kapelusz, brązowy filcowy toczek, który zrobiono dla niej w pracy, i przesunęła go nieco na przód i na bok. Wsunęła stopy w nowe jasnobrązowe czółenka; uniósłszy i przechyliwszy lustro, cofnęła się, żeby zobaczyć efekt. Wyglądała doskonale. Modnie. Szykownie.

Ada Vaughan przeskoczyła czerwony próg, jeszcze wilgotny po szorowaniu i pastowaniu. Poranne niebo było zasnute dymem, kominy pluły sadzą. Szeregowiec ciągnął się wzdłuż całej ulicy, plamy sadzy pokrywały żółte lewkonie i miotane miejskim wiatrem przybrudzone firanki w otwartych oknach. Zasłoniła nos dłonią, chroniąc się przed mgłą znad Tamizy i pyłem z zakładów produkcji łoju; dzięki temu nie będzie czarnych śladów na chusteczkach, które sobie uszyła i ozdobiła w rogu haftem: „AV”.

Stuk, stuk po Theed Street, drzwi frontowe otwarte, można zajrzeć do środka, to są szacowne domy, czyściuteńkie, dobry adres, mama zawsze mówiła, że trzeba być kimś, żeby tu wynajmować. Kimś! Mama i tata nie mają pojęcia o takich ludziach. Oni w soboty rano nie sprzedają „Daily Workera” pod Dalton’s ani nie ściskają różańca, aż porobią się im odciski na kciukach. Oni nie wrzeszczą na siebie ani nie dąsają się całymi dniami. Gdyby Ada musiała wybierać między matką a ojcem, zawsze wybrałaby ojca, mimo jego porywczości i frustracji. On nie czekał, aż trafi do nieba, tylko szukał zbawienia w teraźniejszości – ostatni wysiłek i gmach wzniesiony z uprzedzeń i przywilejów runie, a wtedy wszyscy będą mieli świat, którego pragnie Ada. Zbawienie matki miało przyjść po śmierci i życiu pełnym bólu i krwawicy. Siedząc w niedziele w kościele, Ada zastanawiała się, jak można z cierpienia uczynić religię.

Stuk, stuk, minęła remizę strażacką i leżące przed nią sterty worków z piaskiem. Minęła Old Vic, gdzie w wieku jedenastu lat obejrzała z darmowego miejsca Wieczór Trzech Króli, oczarowana błyszczącymi aksamitnymi kostiumami i zapachem żarówek i skórki pomarańczowej. Wiedziała, po prostu wiedziała, że świat tej sceny, z namalowanymi dekoracjami i sztucznymi światłami, jest tak prawdziwy i głęboki jak sam wszechświat. Makijaż i pozory – jej serce poruszał Malvolio, gdyż on, tak jak i ona, pragnął być kimś. Szła dalej, London Road, weszła na St George’s Circus i skręciła w Borough Road. Tata mówił, że przed końcem roku wybuchnie wojna, a mama bez przerwy zbierała ulotki i czytała je na głos: „Na dźwięk syreny należy spokojnie skierować się…”. Ada, stukając obcasami, podeszła do budynku i spojrzała w górę na wypukłe litery. „Borough Polytechnic Institute”. Poprawiła toczek, otworzyła i zamknęła torebkę, upewniła się, czy szwy na łydkach są proste, i weszła po schodach. Czuła wilgoć pod pachami i między udami, lepkość, którą wywołują nerwy, inną niż czysty pot po biegu.

W górnej połowie drzwi do sali 35 były cztery szybki. Ada zajrzała. Ławki zostały zsunięte na jedną stronę, a na środku w półkolu stało sześć kobiet. Były odwrócone plecami do drzwi i patrzyły na kogoś przed sobą. Ada nie mogła dojrzeć na kogo. Wytarła dłoń o spódnicę, otworzyła drzwi i weszła.

Z półkola wystąpiła kobieta o wydatnym biuście, ze sznurem pereł na szyi i siwymi włosami uczesanymi w kok, i rozłożyła szeroko ręce.

– Kogo tu mamy?

Ada przełknęła ślinę.

– Jestem Ada Vaughan.

– Z przepony! – zagrzmiała kobieta. – Jak się nazywasz?

Ada nie wiedziała, o co jej chodzi.

– Ada Vaughan – powtórzyła, a głos załamał jej się na języku.

– Czyżbyśmy były myszą? – spytała tubalnym głosem kobieta.

Ada spłonęła rumieńcem, poczuła się nieważna, głupia. Zawróciła do wyjścia.

– Nie, nie! – zakrzyknęła kobieta. – Wejdź, proszę. – Ada dosięgła klamki. Kobieta położyła rękę na jej dłoni. – Zaszłaś już tak daleko.

Jej dłoń była ciepła i sucha i Ada zobaczyła, że ma zadbane pomalowane na różowo paznokcie. Kobieta zaprowadziła ją do innych i ustawiła w środku półkola.

– Nazywam się panna Skinner. – Jej słowa brzmiały melodyjnie, czysto, jak muzyka, pomyślała Ada, albo śpiew kryształowej gołębicy. – A ty?

Panna Skinner stała prosto, co tym bardziej eksponowało obfity biust, ale talię miała szczupłą. Przechyliła głowę na bok, wysunęła brodę.

– Przedstaw się wyraźnie. – Uśmiechnęła się, skinęła głową. Choć jej ton był surowy, na twarzy malowała się życzliwość. – Dyk-cja.

– Ada Vaughan – powiedziała z przekonaniem Ada.

– Możesz wyglądać jak łabędź – orzekła panna Skinner, cofając się o krok – ale jeśli będziesz ćwierkać jak wróbelek, któż potraktuje cię poważnie? Witam, panno Vaughan.

Wzięła się pod boki. Ada wiedziała: z pewnością nosi pas wyszczuplający. Żadna kobieta w tym wieku sama z siebie nie ma takiej figury. Panna Skiner nabrała powietrza, „mmmm”, zastukała palcami w zagłębienie pod żebrami, otworzyła usta: „Do-re-mi-fa-sol”. Bucząc niczym komin okrętu, przeciągnęła ostatni dźwięk, aż zostało po nim tylko echo. Rozluźniła barki i głośno wypuściła resztę powietrza. Chyba trzyma to powietrze w biuście, pomyślała Ada, nadmuchuje go jak balon. Nikt nie potrafi oddychać tak głęboko. To nienaturalne.

– Wyprostuj się. – Panna Skinner zrobiła krok naprzód. – Broda do góry, pośladki zwarte.

Przecisnęła się przez grupę kobiet, podeszła do Ady i jedną dłoń przyłożyła do jej krzyża, a drugą uniosła i wysunęła brodę.

– Jeśli nie stoimy prosto – panna Skinner odchyliła Adzie ramiona i wypchnęła pierś, jej „rrr” rozbrzmiało jak czynele Armii Zbawienia – nie możemy postawić głosu. A jeśli nie postawimy głosu, nie możemy mówić wyraźnie. Panno Vaughan – zwróciła się do Ady – czemu chcesz się uczyć wymowy?

Ada poczuła, jak fala gorąca zalewa jej szyję i sięga uszu, wiedziała, że jej twarz czerwienieje. Otworzyła usta, ale nie potrafiła tego powiedzieć. Język złożył jej się w plisę. Chcę być kimś. Panna Skinner skinęła głową. Widziała już takie jak Ada. Ambitne.

*

„Kiedy cię zobaczyłam, pomyślałam, że jesteś klientką”, powiedziała szanowna pani Buckley. „Taka elegancka”. Wzięto ją za klientkę. No proszę. Podejmując tam pracę we wrześniu ubiegłego roku, miała zaledwie osiemnaście lat. Ada szybko się uczyła.

Pani Buckley prowadziła biznes jako „madame Duchamps”. Wysoka, o kanciastych biodrach, z pomalowanymi paznokciami i uszami ozdobionymi dyskretnymi kolczykami, robiła wrażenie swoimi opowieściami o couture i atelier i Paryżu – Paris! Przeglądała „Vogue’a” i wyczarowywała suknie balowe i sukienki koktajlowe z jedwabiu i szenili, drapowała i upinała na smukłych debiutantkach i ich tęgich przyzwoitkach.

Ada nauczyła się fachu od Isidore’a, a pewności siebie od pani B., jak ją nazywały pozostałe dziewczęta. Isidore był mądry i dobry, i zabawny, był autentyczny, natomiast osoba pani B. była efektem różnych sztuczek. Ada miała świadomość, że szanowna pani Buckley nie jest ani szanowna, ani zamężna, a jej cera jest tak naturalna jak nazwisko prawdziwe, ale to wszystko w niczym pani B. nie przeszkadzało. O kobiecej sylwetce i o naturze tkanin wiedziała właściwie wszystko.

Pani B. plasowała się w hierarchii o stopień wyżej niż Isidore. Paryż. Właśnie to miasto zamierzała podbić Ada. Nazwie swój dom mody „Vaughan”. Modna nazwa, jak Worth albo Chanel, ale ze szczyptą brytyjskiego cachet. To było kolejne słowo, którego nauczyła się od pani B. Cachet. Styl i klasa w jednym.

– Gdzie się pani nauczyła tylu francuskich słów, madame?

Dziewczęta zawsze musiały się do niej zwracać per „madame”.

Pani B. uśmiechnęła się znacząco, wyciągnęła długą szyję i przechyliła głowę na bok.

– Tu i tam – odparła. – Tu i tam.

Co ważne, pani B. dostrzegła, że Ada to pracowita młoda kobieta, która ma ambicje i talent. Ze względu na poprawną wymowę Ada została twarzą pracowni, młodzieńczą sklepową modelką, a młode damy z socjety zaczęły zwracać się do niej, by to ona prezentowała ubrania, a nie pani B., której talia i warstwa pudru z każdym dniem stawały się grubsze.

– Mademoiselle – mówiła pani B. – Włóż tę suknię wieczorową.

– Tę z douppioni, madame?

Ciemnogranatowa bez pleców. Ada osiadała na biodrach i kołysała się, wirowała po podłodze, żeby jej odkryte plecy przykuły wzrok i żeby te zapatrzone oczy zachwyciły się ułożeniem materiału na jej sylwetce – na zewnątrz i do wewnątrz, a na końcu rozłożysty syreni ogon. Znów się odwracała i uśmiechała.

– A teraz tę szyfonową.

Woale, które okrywały ją tajemnicą, podszewka z tafty, mieniące się perłowe odcienie i drogocenny blask. Ada uwielbiała czuć, jak ubrania ją przeobrażają. W nich może być ogniem albo wodą, powietrzem albo ziemią. Elementarna. Szczera. Oto kim jest. Unosiła ręce, jakby chciała wziąć niebiosa w objęcia, a jedwabna siateczka falowała wokół niej; Ada składała głęboki ukłon, a potem otwierała się jak pąk kwiatu, każda kończyna niczym zmysłowy jędrny płatek.

Była przedmiotem powszechnego uwielbienia, żywą rzeźbą, dziełem sztuki. A przy tym też twórczynią. Uśmiechała się i mówiła:

– Wystarczy zebrać tutaj albo tu zrobić plisę i voilà.

Z teatralnym ruchem długich szczupłych palców i tym nowym znaczącym voilà Ada dodawała swój akcent do projektu pani B., czyniąc go nowocześniejszym, bardziej pożądanym. Ada wiedziała, że pani B. widzi w niej swój atut, dostrzega jej talent i dobry gust, jej umiejętność pozyskiwania klientek i oczarowywania ich swobodną elokwencją – efekt skutecznego nauczania panny Skinner.

– Jeśli skroimy ze skosu – mówiła Ada, przykładając materiał ukośnie do klientki – widzi pani, jak się będzie układać, jak szata greckiej bogini.

Drapowanie na piersi, jedno ramię odkryte, wyłania się niczym syrena z morza szyfonu.

– Non, non, non – mówiła po francusku pani B., cmokając, kiedy Ada przekraczała granice przyzwoitości. – Tak nie można, mademoiselle. To nie suknia do buduaru, tylko na bal. Decorum, decorum. – Następnie zwracała się do klientki: – W co subtelniejszych kwestiach obyczajności panna Vaughan wykazuje się jeszcze pewnym brakiem doświadczenia, naiwnością.

Może Ada i była naiwna, ale była też dobrą reklamą dla madame Duchamps, modiste z Dover Street, i miała nadzieję, że pewnego dnia nie będzie już tylko atutem, lecz partnerką biznesową. Pozyskała sporą grupę oddanych klientek. Wyróżniała się talentem, jej projekty odznaczały się harmonijnym stylem i wytwornością. Przywoływała ducha Hollywood i wytwornego świata gwiazd i wprowadzała go na salony codzienności. Ada utożsamiała się ze swoimi modelami, była ich chodzącą reklamą. W sukience w kwiaty, dopasowanej marynarce, prostych czółenkach, z pomalowanymi paznokciami wiedziała, że przyciąga wzrok innych, kiedy wychodzi z pracowni i niespiesznie kieruje się na zachód Piccadilly, mijając Ritza i Green Park. Stuka obcasami, z brodą uniesioną udaje, że może mieszka na Knightsbridge albo Kensington, dopóki nie ma pewności, że znajduje się poza zasięgiem ciekawskich spojrzeń. Wtedy wreszcie skręca na południe, stuk, stuk przez Westminster Bridge i do Lambeth, mijając po drodze chichoczących nicponi, którzy zadzierają nosa i idą za nią chwiejnie, niby na obcasach.

*

Był późny kwiecień i czarny deszcz siekł i bębnił w kryte łupkiem dachy Dover Street. Strugi zabrane z oceanu i spuszczone z niebios z hukiem spadały na ziemię i wsiąkały głęboko w szczeliny bruku, ciemne rzeki spływały rynsztokami, wirowały we wgłębieniach chodników i przy wysokich ozdobionych sztukaterią domach. Rozbryzgiwały się na parasolach i szarych kapeluszach przechodniów i zalewały nogawki poniżej płaszczów przeciwdeszczowych. Wnikały w skórę butów.

Ada sięgnęła po swój płaszcz – miękki, płowy, wiązany w pasie – i parasolkę. Dziś będzie musiała zacisnąć zęby, skręcić w lewo od razu i na Haymarket wsiąść do autobusu numer 12.

– Dobranoc, madame – powiedziała do pani B.

Stanęła w drzwiach, po czym wyszła na mokrą ulicę. Skierowała się ku Piccadilly, patrząc pod nogi, omijając kałuże. Podmuch wiatru szarpnął parasolkę i odwrócił ją, łopotał połami płaszcza i pochwycił włosy w swoje deszczowe macki. Ada szarpała wygięte metalowe druty.

– Pozwoli pani, że pomogę – odezwał się męski głos, a nad jej głową pojawił się duży parasol.

Odwróciła się, niemal dotykając mężczyzny – przelotna chwila nadmiernej bliskości, ale wystarczyła. Twarz miał szczupłą, ozdobioną cienkimi przystrzyżonymi wąsami. Jego oczy, za małymi okrągłymi okularami, były łagodne i jasne. Zielonkawoniebieskie, pomyślała Ada, tak przezroczyste, że można je przejrzeć na wylot. Wywołały w niej dreszcz i ekscytację. Cofnął się o krok.

– Przepraszam – powiedział. – Chciałem tylko panią osłonić. Proszę.

Podał jej swój parasol, a wolną ręką wziął jej parasolkę. Mówi jak Europejczyk z kontynentu, pomyślała Ada; wymawiał słowa krótko i starannie. Patrzyła, jak naprawia jej parasolkę.

– Może nie wygląda jak nowa – orzekł – ale na dziś wystarczy. Gdzie pani mieszka? Ma pani przed sobą daleką drogę?

Już miała odpowiedzieć, ale to słowo ugrzęzło jej w ustach. Lambeth.

– Nie – odparła. – Dziękuję panu. Pojadę autobusem.

– Pozwoli pani, że odprowadzę ją na przystanek.

Chciała się zgodzić, ale obawiała się, że będzie dalej wypytywał, gdzie mieszka. Dwunastka jedzie do Dulwich. Może być. Może powiedzieć, że mieszka w Dulwich, to dostatecznie przyzwoita okolica.

– Waha się pani – powiedział. Uśmiechnął się i wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki. – Matka mówiła pani, żeby nie iść nigdzie z nieznajomym.

Była wdzięczna za ten wykręt. Wymowa nieznajomego była naprawdę pedantyczna. Ada nie potrafiła powiedzieć, co to za akcent.

– Mam lepszy pomysł – ciągnął. – Jestem pewien, że pani matka nie miałaby nic przeciwko temu. – Wskazał drugą stronę ulicy. – Czy dałaby się panna zaprosić na herbatkę w Ritzu? Nie ma nic bardziej angielskiego.

Nie byłoby w tym nic złego. Gdyby miał wobec niej jakieś niecne zamiary, nie wyrzucałby pieniędzy na Ritza. Na taki podwieczorek pewnie idzie cała tygodniówka. No i jest to miejsce publiczne.

– Zapraszam panią – powiedział. – Proszę się zgodzić.

Był uprzejmy, dobrze wychowany.

– A tymczasem deszcz przestanie padać.

Ada opamiętała się.

– Przestanie? Skąd pan wie?

– Ponieważ – odparł – ja mu nakazuję. – Zamknął oczy, wyciągnął wolną rękę nad głowę, uniósł parasol i trzy razy zacisnął i rozwarł dłoń. – Ein, zwei, drei.

Ada nie zrozumiała jego słów, ale wiedziała, że to jakiś obcy język.

– Dry? – spytała. Sucho.

– Och, znakomicie – odrzekł. – Bardzo dobrze pani rozumuje. A więc przyjmuje pani propozycję?

Był uroczy. Figlarny. Lubiła to słowo. Sprawiało, że czuła się swobodnie i beztrosko. Było przezroczyste, jak szyfonowy woal.

Czemu nie? Żadnemu ze znanych jej chłopców nawet by się nie śniło, żeby zaprosić ją do Ritza.

– Dziękuję. Będzie mi miło.

Wziął ją pod ramię i poprowadził przez jezdnię, pod rozświetlonymi łukami hotelu, do holu ozdobionego kryształowymi żyrandolami i porcelanowymi żardinierami. Chciała przystanąć i rozejrzeć się, ponapawać się tym widokiem, ale on szybkim krokiem poprowadził ją dalej, galerią. Czuła, że płynie po czerwonym dywanie, obok ogromnych okien przystrojonych drapowanym aksamitem, między marmurowymi kolumnami i do sali, w której były lustra i fontanny, i pozłacane łuki. Nigdy nie widziała niczego równie ogromnego, bogatego, błyszczącego. Uśmiechnęła się, jakby przywykła do takiego przepychu.

– Pozwoli pani, że wezmę pani płaszcz? – zwrócił się do niej kelner w czarnym garniturze i białym fartuchu.

– Nie trzeba – powiedziała Ada. – Zostanę w nim. Jest trochę mokry.

– Jest pani pewna? – spytał.

Jej szyję objął żar i zaczął wędrować do góry – wiedziała, że popełniła gafę. W tym świecie odzież wierzchnią oddaje się bojom, lokajom i pokojówkom.

– Nie – wyrzuciła z siebie. – Ma pan rację. Proszę go wziąć. Dziękuję.

Chciała dodać: „Niech pan go nie zgubi”, sprzedawca z targu na Berwick Street powiedział, że to prawdziwa wełna wielbłądzia, choć Ada miała wątpliwości. Zsunęła płaszcz z ramion, świadoma, że kelner zdejmuje go z niej i przewiesza sobie przez rękę. Była też świadoma, że jej ruchy są powolne i pełne wdzięku.

– Jak się pani nazywa? – spytał mężczyzna.

– Ada. Ada Vaughan. A pan?

– Stanislaus – odparł. – Stanislaus von Lieben.

Obcokrajowiec. Nigdy dotąd nie poznała żadnego obcokrajowca. Było w tym coś – szukała odpowiedniego słowa – egzotycznego.

– A gdzie nosi się takie nazwisko, w jakim kraju?

– Na Węgrzech – odparł. – W Austro-Węgrzech. Kiedy Austro-Węgry były imperium.

Ada słyszała tylko o dwóch imperiach: brytyjskim, które ciemiężyło rdzennych mieszkańców dalekich krajów, i rzymskim, które zabiło Chrystusa. Była zaskoczona, że jest ich więcej.

– Rzadko o tym mówię – dodał, pochylając się ku niej – ale w moim kraju jestem hrabią.

– O mój Boże. – Ada nie mogła się powstrzymać. – Hrabia! Naprawdę? Ma pan zamek i tak dalej?

Słyszała, jak pospolicie brzmią jej słowa. Może nie zwróci uwagi – w końcu to obcokrajowiec.

– Nie. – Uśmiechnął się. – Nie każdy hrabia mieszka w zamku. Niektórzy z nas nie są aż tak dobrze sytuowani.

Ada widziała, że jego garnitur jest drogi. Wełna. Może nawet super 200 – wcale by się nie zdziwiła. Szary. Dobrze skrojony. Dyskretny.

– W jakim języku mówił pan wcześniej, na ulicy?

– W moim języku ojczystym – odrzekł. – Po niemiecku.

– Po niemiecku? – Przełknęła ślinę.

Ojciec twierdził, że nie wszyscy Niemcy są źli. Na przykład Róża Luksemburg. I ci, którzy przeciwstawiają się Hitlerowi. Niemniej nie chciałby w domu osoby niemieckojęzycznej. Przestań, Ada. Wybiegała myślami za daleko w przyszłość.

– A kim pani jest? – spytał. – Co pani robiła na Dover Street?

Ada przez chwilę zastanawiała się, czy może powiedzieć, że była u swojej krawcowej, ale ostatecznie uznała, że to zły pomysł.

– Pracuję tam – odparła.

– Kobieta niezależna. A jakaż to praca?

Nie chciała mówić, że szyje ubrania, nawet jeśli są to stroje damskie na miarę. Nie mogła podać się za modiste, jak madame Duchamps – jeszcze nie. Wybrała więc najlepsze w tej sytuacji wyjście.

– Jestem modelką. – Artiste, chciała dodać.

Oparł się na krześle. Zdawała sobie sprawę z tego, jak jego oczy omiatają jej ciało, jakby była krajobrazem, który może stać się obiektem podziwu albo miejscem zatracenia się.

– Oczywiście – powiedział. – Oczywiście. – Z wewnętrznej kieszeni wyjął złotą papierośnicę, otworzył ją i pochylił się ku Adzie. – Poczęstuje się pani?

Nie paliła. Nie była tak wyrafinowana. Nie wiedziała, jak postąpić. Nie chciała wziąć od niego papierosa, a potem się zakrztusić. To byłoby zbyt upokarzające. Podwieczorek w Ritzu okazał się pełen pułapek, dowodził, że przed nią jeszcze długa droga.

– Nie teraz, dziękuję – odparła.

Zanim zapalił, postukał papierosem o papierośnicę. Usłyszała, jak się zaciąga, i obserwowała, jak dym wylatuje mu nosem. Chciałaby umieć tak robić.

– A gdzie pani pracuje?

Ada znów znalazła się na bezpieczniejszym gruncie.

– U madame Duchamps.

– U madame Duchamps. Oczywiście.

– Zna ją pan?

– Moja cioteczna babka była jej klientką. Zmarła w zeszłym roku. Może ją pani znała?

– Pracuję tam od niedawna – odrzekła. – A jak się nazywała?

Stanislaus zaśmiał się i Ada zauważyła w jego ustach błysk złota.

– Nie potrafię powiedzieć – wyjaśnił. – Wychodziła za mąż tyle razy, że nie sposób było nadążyć.

– Może to ją zabiło – powiedziała Ada. – Te wszystkie małżeństwa.

Tak by przynajmniej stwierdzili jej rodzice. Wiedziała, co pomyśleliby o Stanislausie i jego ciotecznej babce. Moralność hieny. Tacy właśnie są Niemcy. Ale Adę intrygowała ta myśl. Kobieta rozwiązła. Ada czuła zapach jej wyperfumowanego ciała, widziała jej powolne ruchy, kiedy wiła się i mruczała, domagając się uczuć.

– Jest pani zabawna – powiedział Stanislaus. – To mi się podoba.

*

Kiedy wyszli z hotelu, już nie padało, ale zrobiło się ciemno.

– Powinienem odprowadzić panią do domu – oświadczył.

– Naprawdę nie trzeba.

– To obowiązek dżentelmena.

– Innym razem – odparła, jednocześnie zdając sobie sprawę, jak śmiało to zabrzmiało. – Nie to miałam na myśli. Usiłuję powiedzieć, że muszę jeszcze gdzieś wstąpić. Nie wracam prosto do domu.

Miała nadzieję, że nie pójdzie za nią.

– Wobec tego innym razem – powiedział. – Lubi pani koktajle, Ado Vaughan? Bo tu zaraz obok jest Café Royal – moje ulubione miejsce.

Koktajle. Ada przełknęła ślinę. Poczuła, że rzucono ją na głęboką wodę. Ale nauczy się pływać, i to szybko.

– Dziękuję – powiedziała. – I dziękuję za podwieczorek.

– Wiem, gdzie pani pracuje – odparł. – Odezwę się.

Stuknął obcasami, uniósł kapelusz i odwrócił się. Patrzyła, jak odchodzi Piccadilly. Powie rodzicom, że pracowała do późna.

*

Koktajle: Martini, Pink Lady, Mint Julep. Ada z czasem zaczęła się czuć swobodnie w Café Royal, w Savoyu, w Smith’s i w Ritzu. Kupiła na targu po cenie hurtowej wiskozę i po pracy u pani B. uszyła sobie kilka sukienek. Tanie syntetyczne materiały krojone w skos przeobrażały się niczym poczwarka w motyla i spowijały Adę wieczorową elegancją. Długie rękawiczki i koktajlowy toczek. Ada, pewna siebie, bywała w najelegantszych lokalach.

– Zawrócił ci w głowie, oj tak – mówiła co piątek pani B., gdy Ada po pracy szła spotkać się ze Stanislausem. Pani B. nie lubiła, żeby panowie przychodzili do pracowni, bo obawiała się złej reputacji, ale widziała, że Stanislaus dobrze się ubiera i ma klasę, nawet jeśli jest to klasa obca. – Bądź ostrożna.

Kiedy nikt nie patrzył, Ada skręcała pierścionki ze sreberek i paradowała przed lustrem, eksponując lewą dłoń. Widziała się jako żona Stanislausa, Ada von Lieben. Hrabia i hrabina von Lieben.

– Mam nadzieję, że ma uczciwe zamiary – mówiła pani B. – Bo nigdy nie widziałam, żeby dżentelmen się tak szybko zadurzył.

Ada tylko się śmiała.

*

– Kto to taki? – spytała matka. – Gdyby był porządny, chciałby poznać ojca i mnie.

– Jestem spóźniona, mamo – odparła Ada.

Matka zastąpiła jej drogę, stając na środku korytarza. Miała na nogach stare skarpety taty opuszczone do kostek, a jej sfatygowany fartuch był poplamiony.

– Nie dość, że w piątkowe wieczory wracasz zawiana, teraz jeszcze zaczynasz wychodzić w tygodniu? Co dalej?

– Czemu miałabym nie wychodzić?

– Ludzie będą gadali – odparła matka. – Dlatego. Lepiej, żeby niczego nie próbował. Żaden mężczyzna nie chce towaru z drugiej ręki.

Zacisnęła usta pogardliwie. Pokiwała głową, jakby doskonale wiedziała, jak grzeszny jest ten świat.

Nic nie wiesz, pomyślała Ada.

– Na miłość boską – powiedziała. – On nie jest taki.

– To czemu nie przyprowadzisz go do domu? Pozwól, że my z ojcem go ocenimy.

Jego stopa nigdy nie postała w nędznym szeregowcu, który trzęsie się, kiedy obok przejeżdża pociąg, z dobudowaną z tyłu komórką i wygódką. Nie zrozumiałby, że Ada musi spać w łóżku z siostrami, a jej bracia na materacach na podłodze, oddzieleni zasłoną, którą powiesił ojciec. Nie wiedziałby, jak się zachować wśród tych wszystkich biegających dzieci. Matka utrzymywała dom we względnej czystości, ale sadza osiadała na firankach i pokrywała meble, a latem bywało tyle robaków, że trzeba było siedzieć na ulicy.

Ada nie mogła go sobie tu wyobrazić, nigdy przenigdy.

– Muszę iść – powiedziała. – Pani B. potrąci mi z płacy.

Matka prychnęła.

– Gdybyś wróciła o przyzwoitej porze, nie byłabyś teraz w takim stanie.

Ada przepchnęła się obok niej i wyszła.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz! – krzyknęła za nią matka, żeby wszyscy sąsiedzi usłyszeli.

*

Musiała biec na przystanek, ledwo złapała dwunastkę. Nie miała czasu zjeść śniadania i bolała ją głowa. Pani B. będzie się zastanawiać, co się stało. Ada nigdy wcześniej nie spóźniła się do pracy, nigdy nie wzięła wolnego. Przebiegła Piccadilly. Był czerwiec i w mieście już panował upał. To będzie kolejny skwarny dzień. Pani B. powinna kupić wiatrak, ochłodzić trochę pracownię, żeby Adzie i pozostałym dziewczętom szpilki nie ślizgały się w palcach.

– Powiedz jej, Ado – zażądała jedna. Wredna krowa o imieniu Avril, zwykła prostaczka. – Wszystkie pocimy się jak świnie.

– Pocą się świnie – odparła Ada. – Panom wilgotnieje czoło. Kobiety roztaczają ciepło.

– Mądrala – powiedziała Avril, kpiąco unosząc palcem czubek nosa.

Avril może sobie być nie wiem jak złośliwa. Ady to nie obchodzi. Zapewne jest zazdrosna. Nigdy nie ufaj kobiecie, mawiała matka. Cóż, w tej kwestii miała rację. Ada nigdy nie poznała kobiety, którą mogłaby nazwać najlepszą przyjaciółką.

Zegar na domu towarowym Fortnum’s zaczął wybijać kwadrans po i Ada przyspieszyła kroku, gdy nagle drogę zastąpiła jej jakaś postać.

– Myślałem już, że nie przyjdziesz. – Stanislaus stał okrakiem na chodniku, ręce rozłożył niczym anioł. – Właśnie miałem sobie pójść.

Wydała okrzyk, dziecięcy pisk zaskoczenia. Przyszedł się z nią spotkać, przed pracą. Wiedziała, że się rumieni, czuła żar na policzkach. Powachlowała sobie twarz, wdzięczna za chłodny powiew.

– Jestem spóźniona – powiedziała. – Nie mogę teraz rozmawiać.

– Pomyślałem, że mogłabyś wziąć dziś wolne – odparł. – Udać, że jesteś chora albo coś w tym rodzaju.

– Gdyby madame się dowiedziała, straciłabym pracę.

– To znajdziesz inną. – Wzruszył ramionami.

Stanislaus nigdy nie musiał pracować, nie rozumiał, jak ciężko Ada walczyła, żeby dojść tu, gdzie jest teraz. Ada Vaughan, z Lambeth, pracuje z modiste, na Mayfair.

– Jak miałaby się dowiedzieć?

Podszedł do niej i, ująwszy ją pod brodę, musnął wargami jej usta. Jego dotyk był delikatny jak piórko, palce ciepłe i suche na jej skórze. Pochyliła się ku niemu, nie mogła się oprzeć, jakby był magnesem, a ona lekkimi opiłkami.

– Mamy piękny dzień, Ado. Jest za ładnie, żeby siedzieć w pracy. Trzeba korzystać z życia. Zawsze to powtarzam. – Poczuła zapach wody kolońskiej na jego policzkach, cierpki, jak posmak cytryny w ustach. – Już i tak jesteś spóźniona. Po co miałabyś tam teraz iść?

Pani B. miała obsesję na punkcie przestrzegania reguł. Dziesięć minut i obcinała dniówkę o połowę. Ada nie mogła sobie pozwolić na stratę tylu pieniędzy. Na chodniku obok Stanislausa stał kosz piknikowy. Wszystko zaplanował.

– Dokąd chciałeś pójść?

– Do Richmond Park – odparł. – Zrobilibyśmy sobie całodniową wycieczkę.

Cały dzień. Tylko we dwoje.

– Co miałabym jej powiedzieć? – spytała Ada.

– Że bolą cię zęby mądrości – odparł Stanislaus. – To zawsze dobra wymówka. Dlatego w Wiedniu jest tylu dentystów.

– Co to ma do rzeczy?

– To powszechna dolegliwość wyższych sfer.

Musi to zapamiętać. Osoby z wyższych sfer mają zęby mądrości. Ci, którzy są kimś, mają zęby mądrości.

– Cóż – zawahała się. Już i tak straciła połowę dniówki. – No dobrze. – Tak czy owak jej się dostanie.

– Brawo. – Jedną ręką wziął kosz, drugą objął ją w pasie.

*

Nigdy nie była w Richmond Park, ale nie mogła mu tego powiedzieć. Był wyrafinowany, obyty w świecie. Mógł przebierać wśród kobiet – dobrze urodzonych kobiet z klasy wyższej, takich jak debiutantki, które Ada ubierała i komplementowała i dzięki którym pracownia pani B. funkcjonowała. Przed nią wyrastała z ziemi zdobna żelazna brama parku. Poniżej przez bujny zielony las wiła się rzeka i płynęła tam, gdzie na tle nieba odległe zakurzone wzgórza Berkshire zlewają się w perłowosrebrne fale. Słońce było już wysoko, jego ciepłe promienie obejmowały ją, jakby była jedyną osobą na świecie, jedyną, która się liczy.

Weszli do parku. Przed nimi rozciągał się Londyn, w oddali widniały mgliste sylwetki katedry Świętego Pawła i budynków City. Ziemia była sucha, ścieżki spękane i nierówne. Stare dęby o zniszczonych pniach i kasztany z więdnącymi kwiatostanami wyrastały niczym forty wśród trawy i młodej nastroszonej orlicy. Powietrze było przesycone bardzo słodką wonią. Ada zmarszczyła nos.

– To zapach drzew uprawiających miłość – powiedział Stanislaus.

Ada zasłoniła sobie usta dłonią. Uprawiających miłość. Nikt, kogo znała, nie mówił o takich sprawach. Może matka miała rację. Przyprowadził ją tu w konkretnym celu. Nie marnował czasu. Zaśmiał się.

– Nie wiedziałaś o tym, prawda? Kasztany mają męskie i żeńskie kwiaty. Przypuszczam, że zapach wydzielają te żeńskie. A ty jak uważasz?

Ada wzruszyła ramionami. Najlepiej to zignorować.

– Lubię kasztany – kontynuował. – Gorące kasztany w zimny zimowy dzień. Nie ma nic lepszego.

– Tak. – Znów znalazła się na bezpiecznym gruncie. – Ja też je lubię. Fajnie się je rozbija.

Fajnie. Pospolite słowo.

– To inny rodzaj kasztanów – powiedział.

Skąd Ada miała wiedzieć? Musi się jeszcze tyle nauczyć. Czy zauważył, jaka jest niedouczona? Nie okazywał tego. Dżentelmen.

– Rozłożymy się tutaj, przy stawie.

Postawił kosz na ziemi, wyjął z niego koc i rozpostarł go; materiał uniósł się w powietrzu niczym łabędź w locie, po czym opadł na trawę. Gdyby wiedziała, że będzie musiała siedzieć na ziemi, włożyłaby sukienkę z szeroką spódnicą, którą można ułożyć tak, że niczego nie odsłania. Usiadła bokiem, kolana razem, ugięte, i obciągnęła sukienkę najbardziej jak mogła.

– Jak prawdziwa dama – orzekł Stanislaus. – Ale ty, Ado, jesteś właśnie damą. – Napełnił dwa kubki piwem imbirowym, podał jej jeden i usiadł. – Czarującą damą.

Nikt nigdy nie nazwał jej czarującą. No ale nigdy też nie miała chłopca. Chłopiec. Stanislaus to mężczyzna. Dojrzały, doświadczony. Sądziła, że musi mieć co najmniej trzydzieści lat. Może więcej. Podał Adzie talerz i chusteczkę. Chustka – to się jakoś nazywa, ale Ada zapomniała jak. Na Theed Street rzadko używało się takich rzeczy. Stanislaus wyjął z kosza kawałek kurczaka – co za luksus – i świeże pomidory, a także malutką solniczkę i pieprzniczkę.

– Bon appétit – powiedział z uśmiechem.

Ada nie była pewna, jak ma zjeść kurczaka i nie pobrudzić przy tym twarzy tłuszczem. To wszystko było dla niej nowe. Pikniki. Zaczęła skubać, odrywać kawałki mięsa i wkładać je sobie do ust.

– Wyglądasz jak z obrazka – orzekł Stanislaus. – Taka skromna. Jak modelka z „Vogue’a”.

Ada znów zaczęła się rumienić. Potarła ręką szyję, mając nadzieję, że kolor zaraz wróci do normy, że Stanislaus nie zauważył.

– Dziękuję – powiedziała.

– Naprawdę – ciągnął Stanislaus. – Mówię poważnie. Gdy tylko cię zobaczyłem, wiedziałem, że masz klasę. Twój wygląd, postawa, ubiór – wszystko w tobie było kwintesencją szyku, oryginalności. A potem powiedziałaś, że tworzysz ubrania. Cóż! Uwierz mi, Ado: zajdziesz daleko.

Oparł się na jednym łokciu, wyciągnął nogi, zerwał źdźbło trawy i zaczął muskać nim jej gołą łydkę.

– Wiesz, gdzie jest twoje miejsce? – spytał.

Pokręciła głową. Trawa ją łaskotała. Pragnęła, żeby znów jej dotknął, musnął palcem jej skórę, pocałował lekko.

– W Paryżu. Widzę cię tam, jak kołysząc biodrami, przechadzasz się po bulwarach, a wszyscy oglądają się za tobą.

Paryż. Skąd wiedział? Dom Mody Vaughan. Pani B. mówiła, że po francusku dom to maison. Maison Vaughan.

– Chciałabym pojechać do Paryża – powiedziała Ada. – Zostać prawdziwą modiste. Projektantką mody.

– Cóż, Ado – odrzekł – lubię ludzi, którzy mają marzenia. Będziemy musieli zobaczyć, co da się w tej sprawie zrobić.

Ada przygryzła wargę, zdusiła okrzyk podniecenia.

Wyprostował się i usiadł, opierając łokcie na kolanach. Uniósł jedną rękę i wskazał bujną orlicę na prawo od nich.

– Spójrz – szepnął. – Jeleń. I to duży.

Oczy Ady podążyły za jego wzrokiem. Po chwili zobaczyła go, dumna głowa nad zaroślami, na koronie młode pąki.

– Co roku wiosną zrzucają poroże – wyjaśnił Stanislaus. – Co roku odrasta im nowe, bogatsze w odnogi. Ten przed końcem lata będzie ich miał z dziesięć.

– Nie wiedziałam o tym – powiedziała Ada.

– O tej porze roku jeleń wiedzie samotne życie – ciągnął Stanislaus. – Ale kiedy przyjdzie jesień, założy harem. Przepędzi konkurentów. Będzie miał wszystkie dla siebie.

– To brzmi niezbyt stosownie – orzekła Ada. – Nie chciałabym się dzielić mężem.

Stanislaus zerknął na nią z ukosa. Zrozumiała, że powiedziała głupotę. Stanislaus, człowiek światowy, jego ciotka miała wielu mężów.

– Tu nie chodzi o kobiety – wyjaśnił. – Chodzi tylko o mężczyzn. O dobór naturalny.

Ada nie wiedziała, o czym on mówi.

*

– Zęby mądrości – powiedziała Ada.

Pani B. uniosła narysowaną brew.

– Zęby mądrości? – spytała. – Nie próbuj mydlić mi oczu.

– Nie robię tego.

– Starego wróbla nie weźmiesz na plewy – powiedziała pani B. – Nie ty jedna urwałaś się z pracy. Ładny letni dzień. Avril już odprawiłam.

Ada przełknęła ślinę. Nie powinna była ulec Stanislausowi. Teraz pani B. ją zwolni. Nie będzie miała pracy. Jak powie o tym matce? Będzie musiała przed końcem dnia zdobyć inną posadę. Mam niespodziankę, mamo. Zmieniłam pracę. Oczywiście skłamałaby. Pani B. nie miała dla mnie dość zajęć.

– Wiedziałaś, że przyjdą duże zamówienia. Jak twoim zdaniem miałam sobie poradzić?

– Przepraszam – odparła Ada. Dotknęła dłonią policzka, tak jak to uczynił Stanislaus, przypomniała sobie chłodną czułość jego palców. Trzymaj się wymówki. – Twarz mi spuchła. Bardzo bolało.

Pani B. chrząknęła.

– Każda inna dziewczyna już wyleciałaby z hukiem. Pozwolę ci zostać tylko dlatego, że jesteś dobra i potrzebuję cię.

Ada opuściła dłoń.

– Dziękuję – powiedziała. Jej ciało rozluźniło się w przypływie ulgi. – Bardzo przepraszam. Nie chciałam pani zawieść. To się już nie powtórzy.

– Jeśli się powtórzy, drugiej szansy nie dostaniesz. A teraz bierz się do pracy.

Ada skierowała się ku drzwiom biura pani B. i położyła rękę na klamce.

– Jesteś naprawdę dobra, Ado! – zawołała pani B. Ada odwróciła się. – Jesteś najzdolniejszą młodą kobietą, jaką znam. Nie zmarnuj swojej szansy z powodu mężczyzny.

Ada przełknęła ślinę, skinęła głową.

– Następnym razem nie będę tak wyrozumiała – dodała pani B.

– Dziękuję – powiedziała Ada i uśmiechnęła się.

*

Ada wyciągnęła szczupłe palce, wzięła papierosa i włożyła go sobie do ust. Nogi splecione jak zwój liny. Zaciągnęła się, z uśmiechem świętej przechyliła głowę i patrzyła, jak z nosa wylatuje jej smuga dymu. Nachyliła się i wzięła swój kieliszek martini. Sala barowa w Café Royal. Luksusowa, czerwone krzesła, złoty sufit. Zerknęła w lustro i zobaczyła siebie i Stanislausa odbitych po stokroć. W nieskończoności szklanej tafli stali się innymi ludźmi, mężczyzną w eleganckim garniturze i kobietą w hollywoodzkiej czerwieni.

– Jesteś bardzo piękna – powiedział Stanislaus.

– Ach tak?

Ada miała nadzieję, że zabrzmiało to nonszalancko – kolejne słowo, które podłapała u pani B.

– Człowiek gotów oszaleć na twoim punkcie.

Rozplotła nogi, pochyliła się i poklepała go po kolanie.

– Zachowuj się.

Szalony romans, tak by to określono w „Women’s Own”. Potężny huragan miłości, który porwał ją i poniósł. Uwielbiała Stanislausa.

– To nasz jubileusz – powiedziała.

– Tak?

– Czternasty lipca. Trzy miesiące. Trzy miesiące, od kiedy się poznaliśmy tamtego kwietniowego dnia, w deszczu.

– Jubileusz? – Na usta Stanislausa wypłynął krzywy uśmieszek. Ada znała ten wyraz twarzy. Oznaczał, że Stanislaus nad czymś myśli. – W takim razie powinniśmy to uczcić. Pojechać gdzieś, w jakieś romantyczne miejsce. Do Paryża. Paree.

Paryż. Paree. Bardzo pragnęła zobaczyć to miasto, od tamtego dnia w Richmond Park nie przestawała o nim myśleć.

– Co ty na to?

Nigdy nie przypuszczała, że Stanislaus tak szybko zaproponuje wspólny wyjazd. Zwłaszcza teraz, kiedy tyle się mówi o Hitlerze i schronach przeciwlotniczych.

– Ale czy zaraz nie wybuchnie wojna? – spytała. – Może powinniśmy trochę zaczekać.

– Wojna? – Pokręcił głową. – Nie będzie wojny. To tylko takie gadanie. Hitler dostał już to, czego chciał. Odzyskał dla Niemiec to, co utracił. Wierz mi, on nie jest zachłanny.

Ojciec mówił co innego, ale Stanislaus jest wykształcony. Na pewno wie lepiej.

– Mówiłaś, że chcesz pojechać do Paryża – ciągnął Stanislaus. – Mogłabyś zobaczyć prawdziwe francuskie modele. Zainspirujesz się. Wypróbujesz je tutaj. W mig zyskałabyś sławę.

Ada otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale język zawiązał jej się na supeł. Przygryzła wargę i skinęła głową, dokonując szybkiej kalkulacji. Rodzice nigdy nie pozwoliliby jej pojechać do Paryża, teraz, gdy tyle się mówi o wojnie, a tym bardziej z mężczyzną. Co prawda wiedzą, że ma zalotnika, ale i tak na pewno się nie zgodzą. Wiedziała, że nie ucieszy ich jego pochodzenie. Powiedziała im, że co noc odprowadza ją do domu, dba, żeby wróciła bezpiecznie. Jemu powiedziała, że rodzice są inwalidami i nie mogą przyjmować gości. Musiałaby wziąć wolne w pracy, wymyślić jakąś wymówkę, inaczej pani B. ją wyrzuci. Co jej powiedzieć?

– Masz paszport? – spytał Stanislaus.

Paszport.

– Nie – odparła. – Skąd się go bierze?

– To nie jest mój kraj. – Stanislaus uśmiechał się. – Ale moi angielscy znajomi mówią, że biuro, które wydaje paszporty, mieści się na Petty France.

– Pójdę tam jutro, w czasie przerwy na lunch, i załatwię sobie – powiedziała Ada. – Zaczekasz na mnie?

Powie rodzicom, że pani B. wysyła ją do Paryża, żeby obejrzała tamtejsze kolekcje, kupiła nowe materiały. Panią B. zapyta, czy naprawdę mogłaby to zrobić.

*

Tyle tylko, że mężczyzna na Petty France powiedział, iż Ada musi przynieść zdjęcie i swój akt urodzenia, a jako że nie skończyła dwudziestu jeden lat, formularz musi wypełnić ojciec. Mogą wydać paszport w dwadzieścia cztery godziny, ale tylko w nagłym przypadku. Inaczej trzeba czekać sześć tygodni.

– Ale – dodał – zalecamy wstrzymać się z podróżami na kontynent. Zaraz wybuchnie wojna.

Wojna. Wszyscy mówili tylko o tym. Stanislaus nigdy nie wspominał o wojnie i lubiła to w nim. Z nim dobrze się bawiła.

– Nie można się martwić czymś, czego nie ma.

Mężczyzna zmarszczył czoło, pokręcił głową, uniósł brew.

Możliwe, że zachowuje się trochę niemądrze. Ale nawet jeśli wojna ma wybuchnąć, nastąpi to dopiero za kilka miesięcy. Pociągnęła nosem i schowała dokumenty do torebki.

Nie mogła poprosić ojca, żeby wypełnił formularz. To byłby koniec sprawy. Nigdy nie powiedziała Stanislausowi, ile ma lat, a on nigdy nie zapytał. Ale gdyby zrozumiał, że jest niepełnoletnia, mógłby się przestraszyć i stracić zainteresowanie. Mówił, że Ada jest wolnym duchem, że dostrzegł to już przy pierwszym spotkaniu. Jak mogłaby przyznać, że jest inaczej?

Rozwiązanie przyszło jej do głowy tego popołudnia, kiedy patrzyła, jak pani B. wypisuje rachunek dla lady MacNeice. Ojciec Ady pisał powoli i wyraźnie, łącząc litery w roztańczone pętelki. Adę od małego fascynowało, jak wyplata słowa, próbowała go naśladować. Jego pismo było łatwe do podrobienia, a mężczyzna z Petty France na pewno się nie połapie. Wiedziała, że nie należy tak postępować, ale cóż mogła poradzić? Jutro w czasie przerwy na lunch zrobi sobie zdjęcie. Na Haymarket jest zakład fotograficzny. Będzie gotowe w weekend. W sobotę pójdzie do biblioteki publicznej, wypełni formularz, zaniesie go osobiście w poniedziałek. Za kilka tygodni paszport będzie gotowy.

– W takim razie musimy zatrzymać się w Lutetii – oświadczył Stanislaus. – Nie ma lepszego hotelu. Saint-Germain-des-Prés. Płynęłaś kiedyś promem?

– Tylko po rzece. – Była na promie kursującym między Woolwich a North Woolwich.

– Nie martw się – powiedział. – Sierpień to dobry miesiąc. Nie ma burz.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ DRUGA

Londyn, lipiec 1945 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ TRZECIA

Londyn, listopad 1947 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

RYS HISTORYCZNY

Tłem tej powieści jest druga wojna światowa, natomiast fabuła i role, jakie przypisałam występującym w niej postaciom historycznym, są fikcyjne.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

PODZIĘKOWANIA

Listę osób, które służyły mi wyjątkową pomocą, radą i wsparciem, otwiera moja utalentowana i inspirująca agentka Juliet Mushens, jak również jej amerykańska odpowiedniczka Sasha Raskin oraz moje redaktorki – Cassie Browne z HarperCollins oraz Anna Pitoniak i Kate Medina z Random House. Ich uwagi redakcyjne były nieocenione. Podziękowania należą się także Ann Bissell i zespołowi z HarperCollins.

Jestem dłużniczką mojej zdolnej i inspirującej grupy literackiej w osobach Cecilii Ekbäck, Vivian Graveson, Laury McClelland, Saskii Sarginson i Lauren Trimble. Poznałyśmy się w 2009 roku, na studiach magisterskich z twórczego pisania w Royal Holloway, University of London, i od tej pory śledzimy wzajemnie swoją pracę, służąc sobie zachętą i krytyką. Gdy piszę, zawsze mam świadomość ich wsparcia i przewodnictwa, a ich uwagi niezmiennie trafiają w sedno. Dziękuję także Susannie Jones, Andrew Motion i Jo Shapcott za zaangażowanie, z jakim prowadzili ten kurs.

Jestem też ogromnie wdzięczna Bobowi Marshall-Andrewsowi, adwokatowi królewskiemu, który przez wiele lat był moim niezłomnym i wspierającym krytykiem i wyposażył mnie w wiedzę o tym, jak mogła wyglądać w 1947 roku obrona Ady, a także podsunął pomysł na narzędzie zbrodni. Chcę też podziękować Judith Walkowitz, która wskazała mi źródła prostytucji w Londynie lat czterdziestych dwudziestego wieku; Sally Alexander, Jane Caplan, Julii Laite i Jerry’emu White, do których wydzwaniałam bezczelnie, oczekując błyskawicznych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Szczególnie dużo zawdzięczam Sally Alexander, która przeczytała całą książkę, a jej uwagi niezmiernie dużo mi dały. Nie mogłabym marzyć o wybitniejszej grupie doradców historycznych. Podziękowania należą się również Sylvii Kieling, która sprawdziła mi terminy niemieckie, zwłaszcza regionalne zdrobnienia, i Thibaudowi de Barmon, który pomagał mi wymyślić imiona zakonnic.

Za wszelkie pomyłki historyczne i błędy językowe odpowiedzialność, rzecz jasna, ponoszę ja.

Swój wkład w tę książkę wniosły też moje córki: Rosie Laurence służyła poradami redakcyjnymi, Kate Lane znajomością krawiectwa, a Alice Lane wiedzą prawniczą. Dzięki, dziewczęta!

Wreszcie niech mi będzie wolno podziękować Billowi Schwarzowi i Ursuli Owen, którzy pomagali mi w zbieraniu materiałów w Old Bailey i na temat fikcyjnego Manhattan Bar w Smith’s na Strandzie; podobnie jak mój ukochany mąż Stein Ringen, który ponadto dawał mi nieograniczone wsparcie i miłość oraz którego spontaniczna uwaga stała się zaczynem całej koncepcji.

Korzystałam także z następujących źródeł:

Brytyjskie Archiwa Narodowe, Kew

Sally Alexander, Becoming a Woman (1994)

Ian Buruma, Rok zerowy. Historia roku 1945 (2013)

Mary Chamberlain, Growing up in Lambeth (1989)

C. H. Rolph (red.), Women of the Streets. A sociological study of the common prostitute (1955)

Matthew Sweet, The West End Front. The wartime secrets of London‘s Grand Hotels (2011)

Christina Twomey, Double Displacement: Western Women Return from Japanese Internment in the Second World War, „Gender&History”, vol. 21, No. 3 (November 2009), pp. 670–684.

Judith Walkowitz, Nights Out – Life in Cosmopolitan London (2012)

Marthe Watts, The Men in My Life: The Story of the Messina Reign of Vice in London (1960)

Jerry White, London in the Twentieth Century: A City and Its People (2001)