Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 75

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Krasnoludek - Hans Christian Andersen

Fragment ebooka Krasnoludek - Hans Christian Andersen

So­fo­kles

Król Edyp

Wstęp [Ka­zi­mie­rza Mo­raw­skie­go]

1. Mit i opo­wieść o Edy­pie

La­jos, król Teb i mąż Jo­ka­sty, otrzy­mał był groź­ną wróż­bę, że zgi­nie z rąk wła­sne­go sy­na. Gdy mu więc syn ten się na­ro­dził, od­dał on go nie­wol­ni­ko­wi i ka­zał wy­nieść w po­bli­skie gó­ry Ki­te­ro­nu. Prze­bi­to dzie­cię­ciu kost­ki, jak dziś jesz­cze za­bi­tej zwie­rzy­nie prze­bi­ja się sko­ki, a prze­cią­gnąw­szy przez ra­ny w sto­pach sznur, uniósł go po­wol­ny roz­ka­zom pa­na pa­cho­łek w dzi­kie ustro­nie. Zdję­ty jed­nak li­to­ścią nie po­rzu­cił on tam dziec­ka na śmierć gło­do­wą czy też łup dzi­kich zwie­rząt, lecz od­dał je zna­jo­me­mu pa­ste­rzo­wi z Ko­ryn­tu, któ­ry na tych sa­mych po­la­nach gór­skich pa­sał swo­je by­dło. Ten znów po­wie­rzył nie­szczę­śli­we pa­cho­lę bez­dziet­nym pa­nom Ko­ryn­tu, kró­lo­wi Po­ly­bo­so­wi i je­go mał­żon­ce Me­ro­pie. Tu­taj te­dy wzra­stał mło­dzie­niec, na­zwa­ny Edy­pem, czy­li do­słow­nie Obrzmia­ło­no­gim, od blizn, któ­re wid­nia­ły na je­go zra­nio­nych nie­gdyś sto­pach.

Spę­dził on pierw­sze la­ta szczę­śli­we w bło­giej nie­świa­do­mo­ści, że nie był wła­ści­wie sy­nem przy­bra­nych tych ro­dzi­ców. Nie­roz­waż­ne jed­nak sło­wo to­wa­rzy­sza wzbu­dzi­ło w nim pew­ne nie­po­ko­je, któ­rych nie umiał stłu­mić; po­sta­no­wił te­dy w Del­fach od Apol­li­na do­wie­dzieć się praw­dy. Bóg jed­nak, za­miast po­żą­da­ne­go świa­tła, dał mu strasz­ną od­po­wiedź, że wła­sne­go oj­ca za­mor­du­je, poj­mie za żo­nę wła­sną mat­kę i spło­dzi z nią nie­szczę­sne po­ko­le­nie. Aby unik­nąć tej gro­zy, opu­ścił te­dy Edyp Ko­rynt, gdzie po­zo­sta­li je­go mnie­ma­ni ro­dzi­ce, i sa­mo­wol­nie pu­ścił się na wę­drów­kę przez Fo­cy­dę. W tym sa­mym zaś cza­sie król te­bań­ski La­jos wy­brał się był w po­dróż do wy­rocz­ni del­fic­kiej. Przy­pa­dek zrzą­dził, że w cia­snym wą­wo­zie po­czet kró­la spo­tkał się z mło­dzień­czym piel­grzy­mem. Przy wy­mi­ja­niu się do­szło do zwa­dy i bój­ki, któ­ra za­koń­czy­ła się krwa­wo. Mło­dy Edyp za­bił La­jo­sa i je­go to­wa­rzy­szy, z wy­jąt­kiem jed­ne­go, któ­ry wró­cił do Teb i aby za­kryć się tu­taj przed hań­bą i za­rzu­tem tchó­rzo­stwa, roz­sie­wał wieść, iż król zgi­nął z rąk roz­bój­ni­ków.

Edyp tym­cza­sem, piel­grzy­mu­jąc da­lej, przy­był do sto­li­cy te­bań­skiej. Tu­taj spra­wo­wał po śmier­ci La­jo­sa rzą­dy Kre­on, brat kró­lo­wej Jo­ka­sty. Ale mia­sto ję­cza­ło pod obu­chem sro­gie­go nie­szczę­ścia; bó­stwo bo­wiem za­gnie­wa­ne, po­dob­no He­ra, na­sła­ło tu ja­kie­goś po­two­ra, któ­ry po­ry­wał i uśmier­cał te­bań­skich mło­dzień­ców. Po­twór ten o twa­rzy ludz­kiej, cie­le i szpo­nach lwa skrzy­dla­te­go, na­zy­wał się Sfink­sem, czy­li zmo­rą al­bo „dła­wi­ciel­ką”. Dłuż­szy czas ocze­ki­wa­no już tam zbaw­cy, któ­ry by gród od tej pla­gi wy­zwo­lił; na­gle po­ja­wił się nie­zna­ny przy­bysz z ob­czy­zny, Edyp, i zwal­czył groź­ne­go po­two­ra. W na­gro­dę mia­sto od­da­ło mu rę­kę kró­lo­wej Jo­ka­sty. – Jest to mo­tyw czę­sty w ba­śniach wszyst­kich wie­ków i na­ro­dów, opo­wia­da­ją­cych chęt­nie o ry­cer­zach, któ­rzy przez czyn wa­lecz­ny, zwy­cię­skie po­ko­na­nie dzi­kie­go zwie­rza czy też dzi­wo­lą­ga zdo­by­wa­ją so­bie rę­kę księż­ni­czek czy kró­le­wien. Póź­niej baśń ta zo­sta­ła prze­two­rzo­na i Sfinks sta­wiał śmiał­kom za­gad­ki, od któ­rych roz­wią­za­nia za­le­ża­ło ich ży­cie. Edyp we­dług tych opo­wie­ści od­gadł rze­ko­mo, że za­gad­ka o isto­cie, któ­ra z ra­na na czte­rech no­gach cho­dzi, w po­łu­dnie na dwóch, a na trzech pod wie­czór, od­no­si się do czło­wie­ka i je­go ży­wo­ta; po czym Sfinks, uznaw­szy się za po­ko­na­ne­go, rzu­cił się sam w prze­paść ze ska­ły, z któ­rej do­tąd gro­ził mia­stu i gnę­bił je­go miesz­kań­ców.

Dziel­ny przy­błę­da ob­jął więc rzą­dy w Te­bach i po­jął Jo­ka­stę za mał­żon­kę. Ja­ko dzie­ci z ka­zi­rod­cze­go te­go związ­ku na­zy­wa po­ezja zna­ne po­sta­ci Ete­okla i Po­li­ni­ka, An­ty­go­nę i Isme­nę. Po pew­nym cza­sie za­czy­na się ato­li praw­da i gro­za po­ło­że­nia na wierzch wy­bi­jać. Edyp sam usi­łu­je ją od­kryć i wy­śle­dzić. Kie­dy zaś łu­ski z oczu mu spa­dły, tar­ga się on na wzrok swój, a ośle­pio­ny zno­si te­raz róż­ne cier­pie­nia, czy to w ciem­ni­cy wię­zie­nia, czy, we­dług in­ne­go po­da­nia, na tu­łacz­ce.

Doj­rze­li­śmy pew­ne ry­sy ba­śni lu­do­wej w tej opo­wie­ści; na dnie jed­nak te­go mi­tu o Edy­pie le­ża­ła ja­kaś wia­ra w bó­stwo ziem­ne, któ­re z mat­ki zie­mi zro­dzo­ne, jak każ­dy jej płód, na­stęp­nie znów się z nią łą­czy i że­ni, cią­gle więc się od­na­wia i usu­wa prze­szłość, t. j. daw­ny rok, czy­li wła­sne­go oj­ca. To ziem­skie bó­stwo mor­du­je więc co­rocz­nie swe­go ro­dzi­ca i po­ślu­bia wła­sną mat­kę. – Fan­ta­zja Gre­ków zmie­ni­ła z cza­sem mat­kę-zie­mię w śmier­tel­ną ko­bie­tę, a jej sy­na-mał­żon­ka w kró­la i bo­ha­te­ra, ubie­ra­jąc ich lo­sy w ty­sią­cz­ne bar­wy i róż­no­rod­ne zda­rze­nia. Wiel­ka gro­za osia­dła od­tąd na ca­łym tym po­da­niu.

2. Edyp w po­ezji i dra­mat So­fo­kle­sa Król Edyp

Aj­schy­los wpro­wa­dził za­pew­ne pierw­szy mit o Edy­pie na sce­nę ateń­ską. W r. 467 wy­sta­wił on swą nie­za­cho­wa­ną te­tra­lo­gię, osnu­tą na tym po­da­niu. Czte­ry sztu­ki: La­jos, Edyp, Sied­miu prze­ciw Te­bom i sa­ty­ro­wy dra­mat p. t. Sfinks zło­ży­ły się na ca­łość, z któ­rej tyl­ko trze­cia sztu­ka się ura­to­wa­ła. Póź­niej opra­co­wał Eu­ry­pi­des mit o Edy­pie, za­rów­no w swej tra­ge­dii Edyp, ja­ko też w try­lo­gii z r. 410, któ­rej trzy sztu­ki Oino­ma­os, Chry­sip­pos i Fe­ni­cjan­ki przed­sta­wi­ły ca­łe po­da­nie o lo­sach nie­szczę­sne­go ro­du Lab­da­ki­dów. Po­nad­to w in­nych jesz­cze sztu­kach wpro­wa­dził po­sta­ci te­go cy­klu na sce­nę; ale je­dy­nie Fe­ni­cjan­ki za­cho­wa­ły się po dziś dzień z tra­ge­dii Eu­ry­pi­de­sa, któ­rych osno­wą by­ły te­bań­skie po­da­nia.

Szczę­śli­wiej ob­szedł się los pod tym wzglę­dem ze spu­ści­zną star­sze­go ró­wie­śni­ka Eu­ry­pi­de­sa. Z za­cho­wa­nych sied­miu tra­ge­dii So­fo­kle­sa trzy sztu­ki od­no­szą się bo­wiem do mi­tu o Edy­pie. Król Edyp, Edyp w Ko­lo­nie i An­ty­go­na przed­sta­wia­ją nam z ko­lei trzy fa­zy te­go ro­dzin­ne­go dra­ma­tu. Nie two­rzy­ły te sztu­ki try­lo­gii, bo w roz­ma­itych cza­sach ja­ko od­ręb­ne i sa­mo­dziel­ne tra­ge­die po­ja­wi­ły się na sce­nie. Naj­star­szą pod wzglę­dem cza­su po­wsta­nia by­ła An­ty­go­na, dzie­łem zaś sta­ro­ści po­ety Edyp w Ko­lo­nie. Król Edyp wresz­cie wy­sta­wio­ny zo­stał we­dług praw­do­po­dob­ne­go przy­pusz­cze­nia krót­ko po ro­ku 430 przed Chr., a więc w pierw­szych la­tach woj­ny pe­lo­po­ne­skiej.

Kie­dy nasz dra­mat się za­czy­na, po­ło­że­nie w Te­bach przed­sta­wia się nam w na­stę­pu­ją­cych za­ry­sach. Edyp pa­no­wał już ca­ły sze­reg lat nad mia­stem obok żo­ny swej Jo­ka­sty, któ­ra go ob­da­rzy­ła kil­kor­giem dzie­ci. Te­raz zło­wro­gie Ery­nie, któ­re prze­śla­du­ją Lab­da­ki­dów od po­ko­leń, za­czy­na­ją się do­bie­rać do odrzwi pa­ła­cu, w któ­rym zgro­za i ohy­da bez ludz­kiej wie­dzy i wi­ny Edy­pa roz­go­ści­ły się i gdzie już za­wią­zał się naj­strasz­niej­szy z dra­ma­tów. Do­bie­rać się też do tych odrzwi po­czy­na praw­da.

Za­ra­za, któ­rej przy­czyn i po­wo­dów nikt zba­dać nie umie, na­raz wy­bu­chła w Te­bach, i dzie­siąt­ku­je mia­sto. Za­py­ta­na wy­rocz­nia del­fic­ka od­po­wia­da, że krew za­mor­do­wa­ne­go La­jo­sa wo­ła o po­mstę i spro­wa­dza te klę­ski, że wi­no­waj­cę wy­tro­pić na­le­ży i usu­nąć z kra­ju. Na­ten­czas Edyp za­bie­ra się do speł­nie­nia te­go za­da­nia, chce roz­ja­śnić ciem­no­ści, a dzia­ła­nie je­go gro­ma­dzi wraz ze świa­tłem co­raz cięż­sze gro­mo­wład­ne chmu­ry nad je­go gło­wą, tak cięż­kie, że go spy­cha­ją wresz­cie w ot­chłań bez­brzeż­ną roz­pa­czy i nę­dzy.

Po­eta prze­pro­wa­dza tę wal­kę o praw­dę, ra­nią­cą i miaż­dżą­cą bo­ha­te­ra dra­ma­tu, z wspa­nia­łym ar­ty­zmem. Ma­my tu ca­łą ska­lę od bu­dzą­cych się we­wnętrz­nych nie­po­ko­jów, od szar­pa­nia się i mio­ta­nia ze świ­ta­ją­cym świa­tłem aż do osta­tecz­ne­go przej­rze­nia rze­czy­wi­sto­ści, któ­rej oko bo­ha­te­ra znieść już nie mo­że. Je­że­li cię oko two­je gor­szy, wyj­mij je, – to wy­peł­nia Edyp, bo mu się w koń­cu tak otwie­ra­ją oczy na praw­dę peł­ną gro­zy, że aż pa­trzeć na nią nie jest w sta­nie i wo­li w śle­po­cie za­mknąć się przed tej sro­mo­ty ob­ra­zem. Kie­dy wresz­cie ona w ca­łej na­go­ści i przej­rzy­sto­ści mu się wy­ła­nia, zwra­ca się Edyp w prze­pięk­nej in­wo­ka­cji do słoń­ca i świa­tła dzien­ne­go, że­gna się z je­go stru­ga­mi, aby nie­ba­wem wła­sną rę­ką na wzrok swój się tar­gnąć.

Sto­cze­nie się ze szczy­tu chwa­ły i po­tę­gi chy­ba w żad­nej tra­ge­dii ta­kie­go od­gło­su nie zna­la­zło. For­tu­na rzad­ko się pa­stwi w tak okrut­ny spo­sób nad swo­ją ofia­rą. Edyp ma w kró­lu Li­rze po­stać po­krew­ną przez bez­miar nie­szczę­ścia, któ­re set­ką ra­mion i sie­ci się­ga po prze­zna­czo­ne ofia­ry, na­su­wa przy ru­nię­ciu w prze­paść ułud­ne ga­łę­zie ra­tun­ku, któ­re ła­mią się za do­tknię­ciem i po­grą­ża­ją gwał­tow­niej i głę­biej w cze­lu­ściach roz­pa­czy. Roz­pacz ta wy­brzmie­wa w koń­cu tra­ge­dii w tych ury­wa­nych, po­szar­pa­nych prze­mo­wach Edy­pa, któ­re są ję­ka­mi bó­lu i nę­dzy wo­bec wi­dza, ję­ka­mi bó­lu, sro­mo­ty… i mi­ło­ści wo­bec wła­snych dzie­ci, któ­re jak bia­łe anio­ły opro­mie­nia­ją swym zja­wie­niem się w koń­cu dra­ma­tu ośle­pio­ne­go star­ca, uchwy­co­ne­go w szpo­ny czar­ne­go de­mo­na nie­szczę­ścia. Wszyst­kie bo­le­ści tych, co szu­ka­ją wi­ny w so­bie, by kraj ra­to­wać, tych, któ­rzy wszel­ką ofia­rę, na­wet wła­snej oso­by, wła­sne­go szczę­ścia go­to­wi zło­żyć na oł­ta­rzu praw­dy i do­bra ogól­ne­go, przed­sta­wio­no tu w spo­sób pe­łen gro­zy.

Układ dra­ma­tu So­fo­kle­sa jest na­stę­pu­ją­cy:

W pro­lo­gu (w. 1-150) wi­dzi­my miesz­kań­ców znę­ka­ne­go mia­sta u stóp oł­ta­rzy; bła­ga­ją oni bo­gów o zmi­ło­wa­nie i od­wró­ce­nie za­ra­zy. Edyp przy­rze­ka im, że nie za­nie­cha ni­cze­go, aby wy­śle­dzić przy­czy­ny gnie­wu nie­śmier­tel­nych. Po­słał on już był Kre­ona do wy­rocz­ni del­fic­kiej, od któ­rej wszy­scy się spo­dzie­wa­ją wy­ja­wie­nia praw­dy i ra­dy sku­tecz­nej. Kre­on rze­czy­wi­ście po­wra­ca i ob­wiesz­cza, iż Fe­bus na­ka­zu­je usu­nąć z kra­ju co naj­prę­dzej mor­der­cę La­jo­sa. Edyp więc po­sta­na­wia go wy­śle­dzić i wśród ze­bra­nia star­szy­zny ob­my­ślić środ­ki wy­ba­wie­nia i ra­tun­ku.

Na­stę­pu­je wej­ście czy­li pa­ro­dos chó­ru (w. 151-204): w pie­śniach swych ma­lu­je on wszyst­kie klę­ski, pły­ną­ce z za­ra­zy, wzy­wa z ko­lei bó­stwa opie­kuń­cze gro­du, aby sta­nę­ły w je­go obro­nie. – Na­stę­pu­ją dia­lo­gi, czy­li pierw­szy epej­so­dion sztu­ki (w. 205-451). Edyp rzu­ca przed star­szy­zną swe klą­twy na mor­der­cę La­jo­sa; te wy­kli­na­nia, mio­ta­ne nie­świa­do­mie na wła­sną oso­bę, są peł­ne tra­gicz­nej iro­nii. Przy­wo­ła­ny przez Edy­pa wróż­bi­ta, śle­py Ty­re­zjasz, ma wska­zać spraw­cę daw­nej zbrod­ni i wy­ja­śnić ciem­no­ści. Ty­re­zjasz zna jej prze­bieg, ale nie chce sta­now­czo od­sło­nić praw­dy, wa­ha się przed jej na­gim wy­po­wie­dze­niem; lecz gdy Edyp unie­sio­ny gnie­wem ob­rzu­ca go po­dej­rze­nia­mi oszu­stwa i spi­sko­wa­nia, wy­bu­cha tak­że Ty­re­zjasz gwał­tow­ny­mi groź­ba­mi i klą­twą. Nie­po­ko­ją one Edy­pa, lecz od­bi­ja­ją się jesz­cze od je­go prze­ko­na­nia i du­szy, za­ćmio­nej co­raz na­tar­czyw­szy­mi po­dej­rze­nia­mi, że ca­łe oto­cze­nie czy­ha wy­łącz­nie na je­go zgu­bę. Edyp sar­ka i mio­ta się prze­ciw sło­wom wróż­bi­ty, jak kró­lo­wie izra­el­scy Je­ro­bo­am i Ma­nas­se, kar­cą­cy Amo­sa i Iza­ja­sza. Wiecz­ny bunt czło­wie­ka prze­ciw bo­lą­cej praw­dzie bu­dzi się w Edy­pie wśród usi­ło­wań, aby tę praw­dę wy­drzeć ta­jem­ni­cy, któ­ra go ota­cza. Ty­re­zjasz rzu­ca wo­bec te­go sło­wo, któ­re od­tąd w roz­licz­nych od­mia­nach ty­lo­krot­nie po­brzmie­wać mia­ło w star­ciach mię­dzy wład­ca­mi zie­mi a po­tę­gą du­cho­wą:

Nie ty je­steś mi pa­nem – ja słu­gą Apol­la.  

Chór tak­że w swej pie­śni (pierw­szy sta­si­mon, w. 452-502) wi­je się wśród nie­pew­no­ści, nie wie, na ko­go ja­ko na spraw­cę zbrod­ni wska­zy­wał głos z Delf i na­stęp­nie Ty­re­zjasz, a osta­tecz­nie wy­ra­ża swój hołd i po­dziw dla ty­le za­słu­żo­ne­go dla Teb Edy­pa.

W dru­gim epej­so­dio­nie (w. 503-830) wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi Edyp znie­wa­ża w po­dob­nym roz­draż­nie­niu szwa­gra swe­go Kre­ona, wy­po­wia­da tak­że przy­pusz­cze­nie, że on pod­ko­pu­je roz­myśl­nie je­go wła­dzę i po­wa­gę, spi­sku­jąc z Ty­re­zja­szem. Kre­on, brat i szwa­gier kró­lew­ski, przed­sta­wia po­wsze­dni typ czło­wie­ka, roz­ko­szu­ją­ce­go się w bło­go­ści wy­so­kiej pa­ren­te­li, w wy­go­dach swej dwor­skiej a nie­od­po­wie­dzial­nej god­no­ści, w służ­bie u zdro­we­go, po­zio­me­go roz­sąd­ku. Jest to je­den z tych lu­dzi, któ­rzy pcha­ją swą tacz­kę sta­tecz­nie, a w wy­ści­gach ży­cia tacz­ki idą nie­raz pew­niej, a cza­sem i prę­dzej od ry­dwa­nów do­bie­ga­ją do me­ty. W spo­rze mię­dzy Edy­pem i Kre­onem po­ryw­cze­go wład­cę ła­go­dzą chór i kró­lo­wa Jo­ka­sta. Chór ten to­wa­rzy­szy ca­łej ak­cji ja­ko ży­cie po­wsze­dnie, co­dzien­ne, roz­wi­ja­ją­ce się na sza­rej płasz­czyź­nie u stóp gó­ry, na któ­rej grzmią bu­rze dra­ma­tu. – Ten chór tra­ge­dii grec­kiej ni­że na wąt­ku ak­cji swe są­dy i zda­nia, wpla­ta w pro­zę i gro­zę ży­cia po­god­ne kwia­ty po­ezji, w dra­mat ży­cio­wy od­gło­sy prak­tycz­ne­go, cza­sem pra­wie po­zio­me­go roz­sąd­ku. Ta vox po­pu­li by­wa nie­kie­dy vox Dei, ale naj­czę­ściej gło­sem te­go bo­ga, któ­re­go po­eta fran­cu­ski na­zwał le dieu des bon­nes gens. – Przez ca­ły nasz dra­mat chór ten, współ­czu­ją­cy z Edy­pem, chwie­je się mię­dzy przy­wią­za­niem i uf­no­ścią do wład­cy a stra­chem przed gro­zą, któ­ra za­wi­sła nad je­go gło­wą. Wo­bec Jo­ka­sty, któ­ra tar­ga się na uświę­co­ne sta­no­wi­sko wróż­bi­tów, uj­mu­je się za bo­gów pra­wa­mi i po­wa­gą. Bo Jo­ka­sta, żo­na dwóch kró­lów te­bań­skich, oj­ca i sy­na, gwał­tow­nie się ucze­pia swe­go szczę­ścia i do­stoj­no­ści, z któ­rej do­pu­sty lo­sów ma­ją ją strą­cić; nie chce ona dłu­go uznać i przej­rzeć gro­zy skłę­bia­ją­cej się nad jej i Edy­pa gło­wą, wi­dzi grę ob­ło­ków tam, gdzie spię­trza­ją się chmu­ry przed bu­rzą, odu­rza sie­bie i in­nych zbyt dłu­go bło­gą nie­pew­no­ścią, a na wszyst­ko znaj­du­je wy­bieg, na­wet w oko­licz­no­ściach, w któ­rych trud­no o wyj­ście. Kie­dy wróż­by go­dzą co­raz wy­mow­niej w Edy­pa ja­ko mor­der­cę, sar­ka ona na wróż­bia­rzy i lek­ce­wa­ży ich sło­wa.

Wo­bec tych bluź­nierstw pod­no­si zboż­ny pro­test chór w pie­śni na­stę­pu­ją­cej w dru­gim sta­si­mo­nie, w. 831-880, uj­mu­jąc się za nad­ziem­ski­mi pra­wa­mi i świę­to­ścią prze­po­wied­ni, uskar­ża­jąc się na krnąbr­ność śmier­tel­nych, wsku­tek któ­rej

I Apol­lo już bez cze­ści,  
Wni­wecz idą wia­ry.  

W trze­cim epej­so­dio­nie (w. 881-1041) Jo­ka­sta, zgnę­bio­na ro­sną­cy­mi nie­po­ko­ja­mi mę­ża i co­raz bar­dziej ujaw­nia­ją­cą się praw­dą, że Edyp zgła­dził La­jo­sa, za­no­si mo­dły do te­go sa­me­go Apol­li­na, z któ­re­go co do­pie­ro się na­trzą­sa­ła. Bła­gać za­mie­rza ona bo­ga, aby nie od­sła­niał ostat­nich rąb­ków, okry­wa­ją­cych groź­ną rze­czy­wi­stość. Przy­po­mi­na ta mo­dli­twa po­dob­ne bła­ga­nia So­fo­kle­so­wej Kli­te­mne­stry w Elek­trze, aby bóg za­nie­chał uka­ra­nia jej mor­du speł­nio­ne­go na mę­żu. Jo­ka­sta jest mniej win­na, ale mo­dły jej ma­ją rów­nież po­zio­me po­bud­ki i nie­zisz­czal­ne ce­le. – Bez­po­śred­nio po­tem po­ja­wia się po­sła­niec z Ko­ryn­tu, nio­są­cy wie­ści waż­ne dla Edy­pa. Udzie­la on te­dy wia­do­mo­ści, że Po­ly­bos, wład­ca Ko­ryn­tu umarł, co wy­zwa­la na ra­zie Edy­pa od oba­wy przed za­bi­ciem oj­ca. Po­zo­sta­je jed­nak dru­gi szcze­gół daw­nej prze­po­wied­ni, że Edyp po­ślu­bi wła­sną mat­kę, i ten szcze­gół nie prze­sta­je Edy­pa nie­po­ko­ić. Na to za­pew­nia go ów po­sła­niec, iż nie był dzie­cię­ciem zro­dzo­nym z Po­ly­bo­sa i Me­ro­py, lecz przy­bra­nym ich sy­nem, przy­nie­sio­nym nie­gdyś z ob­czy­zny; po­sła­niec sta­now­czo mo­że to stwier­dzić, bo on był wła­śnie owym słu­gą Po­ly­bo­sa, któ­ry nie­gdyś z rąk pa­ste­rza La­jo­so­we­go ode­brał wy­sa­dzo­ne w gó­rach dzie­cię. Wy­star­czy we­dług nie­go za­we­zwać te­go pa­ste­rza, aby osta­tecz­nie i zu­peł­nie wy­ja­śnić po­ło­że­nie. Edyp po­sta­na­wia więc to za­raz uczy­nić, bo nie cof­nie się on przed żad­nym kro­kiem, wio­dą­cym do świa­tła, cho­ciaż­by ono mia­ło go zmiaż­dżyć i po­wa­lić. Jo­ka­sta na próż­no chce go od­wieść od te­go, a wi­dząc, że wszyst­kie jej wy­bie­gi i ułu­dy pry­ska­ją wni­wecz pod na­wa­łem praw­dy, któ­ra się wy­bi­ja z nie­prze­par­tą si­łą, ucie­ka wresz­cie do wnę­trza do­mo­stwa, aby się tar­gnąć na wła­sne ży­cie. – Sa­mo­bój­stwo, któ­re jak mors ex ma­chi­na prze­ci­na dra­ma­ty ży­cio­we, za­miast by je roz­wią­zy­wać, po­ja­wia się czte­ry ra­zy w tra­ge­diach zna­nych So­fo­kle­sa. – Chór tym­cza­sem jesz­cze nie wie, co Jo­ka­sta po­sta­no­wi­ła uczy­nić, a nie zda­je so­bie tak­że spra­wy, że ka­ta­stro­fa za­wi­sła już bez­po­śred­nio nad ca­łym do­mem. I jak w ży­ciu przed zgo­nem nę­dzę ludz­ko­ści zło­ci cza­sem złud­ny pro­mień na­dziei, tak i w tra­ge­dii grec­kiej wy­prze­dza­ją nie­kie­dy osta­tecz­ną pe­ry­pe­tię ja­kieś wy­bu­chy otu­chy i ułu­dy.

W ra­do­snej pie­śni (w. 1042-1058) chór wy­ra­ża swe przy­pusz­cze­nie, że Edyp, któ­ry nie był dziec­kiem ko­rync­kich wład­ców, uj­rzał świa­tło dzien­ne wśród szczy­tów Ki­te­ro­nu ja­ko syn ja­kie­goś bo­ga lub bo­gi­ni.

Bez­po­śred­nio jed­nak po­tem praw­da w ca­łej na­go­ści i sro­mo­cie ujaw­nia się przed Edy­pem. Po­sła­niec z Ko­ryn­tu wraz z do­sta­wio­nym pa­ste­rzem te­bań­skim wy­zna­ją w czwar­tym epej­so­dio­nie (w. 1059-1138) wszyst­kie szcze­gó­ły z prze­szło­ści Edy­pa; ów pa­sterz te­bań­ski ode­brał był z rąk Jo­ka­sty nie­mow­lę i wrę­czył je zna­jo­me­mu pa­choł­ko­wi ko­rync­kie­mu. W przy­stę­pie roz­pa­czy i sza­łu te­raz Edyp, po­dob­nie jak przed­tem je­go żo­na i mat­ka, wy­bie­ga ze sce­ny, aby we wnę­trzu do­mo­stwa po­ra­cho­wać się ze swo­im nie­szczę­ściem, z tym, że przej­rzał już do głę­bi ot­chłań swe­go upad­ku i klę­ski. Po stop­niach co­raz więk­sze­go po­ni­że­nia i przez cier­nie i gło­gi co­raz bar­dziej krwa­wią­ce do­pro­wa­dził po­eta swe­go bo­ha­te­ra z wy­żyn tro­nu do nę­dzy i po­zna­nia sie­bie, naj­więk­sze­go i naj­trud­niej­sze­go ana­gno­ri­smos, ja­ki wid­nie­je na kar­tach grec­kie­go dra­ma­tu.

I przej­rzał na­wet wresz­cie ten chór, któ­re­mu wdzięcz­ność wo­bec Edy­pa za­my­ka­ła do­tąd oczy na rze­czy­wi­stość. Przej­rzał tak da­le­ce, że wo­bec te­go upad­ku prze­stał wie­rzyć w moż­li­wość szczę­ścia na zie­mi. Po­nu­rym Mi­se­re­re nad mar­no­ścią ży­cia i zni­ko­mo­ścią chwa­ły i po­wo­dze­nia wy­brzmie­wa pieśń chó­ru, pła­czą­ca nad ludz­ko­ści i Edy­pa nie­szczę­ściem (czwar­ty sta­si­mon, w. 1139-1178).

Od w. 1179 na­stę­pu­je exo­dos