Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 612 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krakowska żałoba - Monika Piątkowska

Maurycy Opiłko, właściciel renomowanego zakładu fryzjerskiego, członek wielu stowarzyszeń, znany dobroczyńca i szanowany obywatel, człowiek obdarzony niezliczonymi cnotami oraz wyjątkowym talentem do nie zawsze czystych interesów, umiera po długiej i ciężkiej chorobie, by spocząć w zawczasu przygotowanym wystawnym grobowcu. Urszula, żona Maurycego, wysyła dwanaście identycznych telegramów do rodziny i odkrywa, że śmierć męża to dopiero początek nowego i interesującego okresu w jej życiu. Co zataił przed nią tak szanowany przez wszystkich mąż? Czym tak naprawdę było ich długie i pozornie szczęśliwe pożycie? W swojej debiutanckiej powieści, której akcja obejmuje niemal całe ubiegłe stulecie miasta Krakowa, Monika Piątkowska w sposób pełen subtelnego humoru i psychologicznej przenikliwości zagląda do mieszczańskich wnętrz i dusz ich mieszkańców, ukazując tajone ambicje i grzeszki, skrywane latami uczucia i splecione z historią rodzinne dramaty.

Opinie o ebooku Krakowska żałoba - Monika Piątkowska

Fragment ebooka Krakowska żałoba - Monika Piątkowska

MONIKA PIĄTKOWSKA

KRAKOWSKA ŻAŁOBA

monika

Piątkowska

krakowska żałoba

Patronat medialny

Copyright © by Monika Piątkowska, 2006 Wydanie I Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rozdział 1

I stało się. W pokoju panował półmrok, ale nawet słabe światło poranka, wpadające przez okno i odbite w lustrze szafy, pozwalało ocenić rozmiary tragedii: Maurycy Opiłko zmarł, nie doczekawszy świtu, u progu swych siedemdziesiątych trzecich urodzin, o dziesięć lat wcześniej, niż to sobie wyobrażał, zupełnie sam i do końca świadom zemsty, którą już zapowiedziano.

Urszula potrzebowała dobrej chwili, by ogarnąć sytuację. Przybiegła, gubiąc kapcie i zapominając o okularach, przestraszona nagłą ciszą i pełna złych przeczuć, ale gotowa na koniec dać się zwieść nadziei.

Wszystko było tak jak zawsze. Na brzegu łóżka, wciąż otwarta, leżałaLalkaBolesława Prusa, powieść, do której mąż wrócił ostatnio, by na nowo dodawać ducha Stanisławowi Wokulskiemu, bo w jego losie widział swój własny. Przy łóżku stała, jak co dzień, filiżanka z niedopitą poprzedniego wieczora herbatą, a nieco dalej Urszula dostrzegła wczorajszą popołudniówkę, już przeczytaną i pokreśloną, Maurycy bowiem starym zwyczajem obwodził w ramki te artykuły, które uznał za szczególnie interesujące. Odnalazła w półmroku rękę męża. Była tak ciepła, że w pierwszym odruchu Urszula chciała wyjść i nie budzić go niepotrzebnie, a zapalając nocną lampkę, wciąż jeszcze szukała usprawiedliwienia innego niż zwykły strach.

Nie było to potrzebne. W świetle żarówki ujrzała sznureczek lez zaschniętych już na policzku męża, zamknięte na kłódkę powieki, zobaczyła skręcone nienaturalnie ciało na zasikanym prześcieradle, ale i tak zrozumiała, że serce męża nie bije, dopiero wtedy gdy na moment zamarło jej własne. Po pokoju tłukł się jeszcze krzyk, w którym nie rozpoznała swojego głosu, bo pełnię świadomości odzyskała dopiero wówczas, gdy mówiła:,,Nigdy ci tego nie wybaczę", choć dla postronnego obserwatora nie było jasne, czy złorzeczy mężowi, Bogu, czy też sobie samej, siedzącej na brzegu ich dawnego małżeńskiego łoża, obramowanej w lustrze.

Wiedziała, co mówi. Wiele lat wcześniej, gdy śmierć była jeszcze abstrakcją przydarzającą się innym, Maurycy zaś cieszył się iście kowalską krzepą, ustalili szczegóły swych ostatnich dni, i to z taką dokładnością, jakby mieli umrzeć nazajutrz. Maurycy osobiście wybrał ostatni strój, otwierając szafę i wskazując rzeczy palcem. Wyszukał na wieszaku odpowiedni garnitur, dobrał do niego koszulę i krawat, uzupełniając całość ulubionymi dodatkami: spinkami do koszuli w kształcie końskich łbów i przedwojenną jeszcze szpilką do krawata z prawdziwym rubinem. Zażyczył sobie, by do kieszeni włożyć mu brzytwę z drewnianą rączką, tę, którą samodzielnie golił pierwszego klienta, i jego pierwsze fryzjerskie nożyczki.

Nigdy nie pozbył się dziecięcego przekonania, że zmarłym jest po prostu zimno, i skompletowawszy wierzchni strój, poprosił małżonkę o dyskretną przysługę: niech dodatkowo każe go ubrać w ciepłe kalesonki i bawełniany podkoszulek na zimę. Chciał również, by w nogach umieszczono mu podręcznik do nauki fryzjerstwa, którego był współautorem, a ponadto lekturę na długą drogę. Był to już czas, gdy przestał się wstydzić plebejskiego gustu i czytał do woli tylko to, co już znał i co go bawiło. Ostatecznie wybór padł naProfesora WilczuraTadeusza Dołęgi-Mostowicza, tego samego, którego przez całe lata nie doceniał, a z którym w ten osobliwy sposób chciał się teraz pogodzić.

Następnie określił los każdej z drogich mu pamiątek, rozdzielając je między żonę i jedynego syna Jerzyka, w takich proporcjach, by nikomu nie zabrakło krzesiwa do żałobnych świec pamięci. Odmienną przyszłość wybrał jedynie dla rękopisu swoich wspomnień, w owym czasie liczącego już blisko trzysta stron, za najodpowiedniejsze dla niego miejsce uznając zbiory Biblioteki Jagiellońskiej. Nie miał wątpliwości, że przed śmiercią zdoła rzecz zarówno ukończyć, jak i wydać, mniej – jak mówił – dla siebie, a bardziej dla anonimowych pokoleń, zwłaszcza zaś w hołdzie ukochanemu miastu. W głębi serca nie wierzył, by miasto, które przetrwało szesnaście oblężeń, trzydzieści sześć wybuchów zarazy, trzynaście katastrofalnych powodzi, dwadzieścia osiem wielodniowych pożarów i dwie plagi szarańczy, mogło przetrwać bez jego memuarów.

Pogodny nastrój tamtego wieczora łagodził znacznie charakter wydawanych dyspozycji, czyniąc je nawet groteskowymi, jednak ani Urszula, ani Maurycy nie mieli wątpliwości co do ich wagi. Maurycy przedstawiał jako pewnik fakt, że umrze pierwszy, a to dlatego mężczyźni żyją krócej, ponadto jest starszy od małżonki, i to o całą dekadę. W rzeczywistości skrycie wierzył, że Bóg w swym miłosierdziu pozwoli mu umrzeć razem z małżonką. Nie zdradził się przed Urszulą ani wtedy, ani nigdy później, zbyt bowiem bał się urazić żonę, ona zaś marzyła dokładnie o tym samym – by odejść razem z nim. Jakkolwiek by się stało, nie zamierzał niczego zostawiać przypadkowi. Tak więc przede wszystkim nie chciał umrzeć w szpitalu. Po drugie – i być może najważniejsze – na pewno nie w samotności. Obejrzał pod lupą dziesiątki nazwisk ludzi, którzy przewinęli się przez jego życie, bądź to jedynie asystując, bądź odgrywając znaczącą rolę, ale po pierwszej selekcji, gdy odrzucił nie tylko przyjaciół w interesach, odwiecznych współpracowników, kolegów-brydżystów, a nawet żyjące jeszcze siostry, zostały mu raptem trzy imiona. Nie przypuszczał jednak, by Jahulec, od lat mieszkający w Argentynie i sam starszy od niego o osiem lat, zdobył się na tak daleką podróż, i to w wieku, gdy prawdopodobnie sam będzie potrzebował niani, by obtarła mu brodę. Po namyśle wymazał też z listy syna, jedyną istotę, którą kochał nie za to, jaka jest, lecz dlatego, że w ogóle była – krew z jego krwi. Skreślił go z żalem, powodowany ojcowską miłością, w nadziei, że Jerzyk będzie go pamiętał takim, jakim był w rozkwicie swych lat, tak jak i on, Maurycy, nie przyznając się do tego, widział go wiecznym dzieckiem, w ubłoconym paltocie i z obitymi kolanami.

Ostatecznie na liście pozostało mu już tylko jedno jedyne imię, ale za to pewne – Urszula. Owego wieczora, gdy prosił ją, by trzymała go za rękę w tej ostatniej drodze, przyszła mu do głowy myśl, która kazała mu inaczej spojrzeć na własne małżeństwo i którą natychmiast podzielił się z Urszulą.

– Być może – powiedział – ludzie nie pobierają się, by wspólnie żyć, ale by mieć przy kim umrzeć.

I wtedy właśnie Urszula złożyła przyrzeczenie, z ręką po dziecięcemu na piersi, że będzie z nim w tej ostatniej minucie, ale dotrzymawszy tylu innych pomniejszych obietnic przez całe trzydzieści osiem ślubnych lat, ostatecznie w najważniejszym zawiodła.

Po części nie była to jej wina. Obydwoje wiedzieli, że zbliża się koniec. Urszula straciła nadzieję niespełna rok wcześniej, po ostatecznej diagnozie doktora Kawalca, który najpierw w medycznym żargonie, a potem bardziej przystępnymi słowami, podczas dyskretnych konsultacji wyjaśnił, że serce Maurycego umiera. Powołując się na naukę, wyznaczył datę śmierci na lato następnego roku, ale doświadczenie humanisty i pokora praktyka kazały mu zostawić furtkę dla cudu.

– Ludzie żyją tyle, ile potrafią – powiedział.

Maurycy odkrył prawdę dopiero tydzień przed śmiercią, w niecodziennych okolicznościach – na skutek proroczego snu. Zobaczył w nim matkę taką, jakiej nie znał i nie pamiętał, bo z czasów, gdy on sam się jeszcze nie narodził. Siedziała na posłaniu w kuchni swoich państwa, w fartuszku służącej, obierając jabłko prostym kozikiem z drewnianą rączką, krojąc coraz krótsze skórki, a potem podała mu owoc. Dopiero wówczas spostrzegł, że jego dłonie są dłońmi starca, on sam zaś mógłby być dziadkiem własnej matki, i jabłko potoczyło się po podłodze.

Obudził się przekonany, że wkrótce umrze, nie pamiętając snu, ale przepełniony uczuciem zażenowania. Nawet jednak wówczas nie zmienił swej decyzji sprzed dziesięciu lat, kiedy to pozostał w małżeńskiej sypialni, podczas gdy Urszula przeprowadziła się do pokoju syna, by wreszcie każde z nich mogło wysypiać się na swój sposób. Nie pozwolił, by spała z nim ani obok niego, choćby na fotelu. Ostatecznie stanęło na tym, że zgodził się sypiać z otwartymi drzwiami, by małżonka mogła słuchać jego oddechu, tak jak przed trzydziestoma laty nasłuchiwała oddechu dopiero co narodzonego syna.

W rezultacie Urszula nie spała porządnie ani jednej z ostatnich siedmiu nocy. Najpierw budziły ją ostatnie kroki na ulicy, potem zapóźnieni sąsiedzi, wracający nie wiadomo skąd. Słyszała kocie wrzaski w śmietniku na podwórku, pochrapywanie Maurycego i szelest jego kołdry, dalekie ujadanie psów, godziny odmierzane przez zegar, pierwsze tramwaje o świcie, stukot butelek z mlekiem i przekleństwa mleczarza, odpalane zbyt głośno samochody, wreszcie gdy ulica zaczynała żyć dziennym rytmem, budziła się przekonana, że nie zmrużyła oka. W noc śmierci Maurycego nie słyszała nic.

Poczucie winy było pierwszym uczuciem, jakiego doznała, siedząc przy zwłokach męża, i na dodatek tak silnym, że zaczęła mu robić wymówki, tak jakby wciąż był żywy. „Gdybyś mnie posłuchał, to jeszcze byś żył”.

Nim przyjechało wezwane przez nią pogotowie, pozwoliła śmierci rozgościć się na dobre. Zgarnęła z nakastlika lekarstwa męża, a zamiast nich ustawiła wazon z różami. Z najpiękniejszej oberwała płatek, by założyć nim te stronyLalki,które dla Maurycego okazały się ostatnimi, i zaniosła książkę do gabinetu, a zdjęcie męża, stojące dotąd na biurku – on na tle kiczowatego alpejskiego pejzażu – przeniosła na konsolę w przedpokoju. Potem zasłoniła wszystkie lustra, nawet to w łazience, zatrzymała zegar, ustawiła porządnie bambosze Maurycego, posprzątała bałagan przy jego łóżku i wygładziła kołdrę. Na koniec zajęła się portretem ślubnym, wiszącym nad wezgłowiem. Balansując nad głową męża, z jedną nogą na nakastliku, a drugą na ramie łóżka, i wciąż jeszcze w nocnej koszuli, przybrała go żałobną aksamitką i po kilku poprawkach, gdy schodziła, by z odległości przyjrzeć się portretowi, wreszcie uznała, że osiągnęła odpowiedni efekt.

Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Ilekroć w ich małżeństwie zdarzały się chwile, gdy musieli stanąć twarzą w twarz z własnymi uczuciami, natychmiast wybierali drogę na skróty – umykali w mieszczańskie rytuały. W efekcie nie tylko uchodzili na parę doskonałą, ale i sami w głębi duszy za taką się uważali. Rok w rok od niepamiętnych czasów inaugurowali wiosnę wycieczką do miejskiego zoo, po której wstępowali do którejś z kawiarni na rozgrzewającą herbatę, nigdy jednak nie przyszło im do głowy, czy naprawdę lubią te wyprawy. Urszula wolała się nie zastanawiać, czy zwierzęce klatki nie przypominają jej czegoś aż nadto dobrze znanego, małżeńskich kompromisów, Maurycy zaś nieodmiennie wracał na granicy smutku; uwięziony w klatce lew przypominał mu dzieciństwo, o którym on sam za wszelką cenę chciał zapomnieć. Oboje Opiłkowie jednak nie wyobrażali sobie, by pierwsze dni wiosny mieli spędzić gdziekolwiek indziej.

Lekarz, który przyjechał pół godziny później w asyście sanitariusza, zastał Urszulę już we wdowiej zbroi: w czarnej sukni, zbyt grubej jak na tak upalny maj, z włosami upiętymi nad karkiem w kok, a jedyną ludzką rzeczą, jaką dostrzegł w owej upiornej pedanterii śmierci, była lampka koniaku w ręce kobiety.

Był młodym chłopakiem, w jasnych spodniach i kolorowej koszuli, wystającej spod białego fartucha, odrabiającym pańszczyznę na marnej posadzie lekarza pogotowia, a mimo to widział już na własne oczy dość śmierci, by pojąć, że spokój tej kobiety nie pochodzi od Boga, i przerażony, zupełnie stracił głowę: nie ruszył się z progu.

Urszula Opiłko spostrzegła jego zmieszanie, ale przypisała je niedoświadczeniu.

– To było nieuniknione, doktorze – powiedziała. – Proszę za mną.

Maurycy Opiłko leżał twarzą do drzwi na małżeńskim łożu, które ledwo mieściło jego ciało atlety, z nastroszonymi pod sufit wąsami huzara i arystokratycznym nosem, po którym nikt nie domyśliłby się chłopskiego pochodzenia matki. Jedyną rzeczą zdradzającą jego wiek były siwe włosy, bo nawet skóra zachowała zdrowy wygląd, i lekarz przyłapał się na myśli, iż dawno nie widział tak pięknego mężczyzny, po czym zrozumiawszy jej niestosowność, zaczerwienił się po uszy.

Urszula Opiłko przestała zwracać na niego uwagę.

– Zostawiam pana samego, doktorze, by zrobił pan to, co konieczne – powiedziała. – Nie chcę na to patrzeć.

Wróciła z tekturową teczką i kieliszkiem koniaku. Lekarz stał przy odsłoniętym oknie, w kwadracie wiosennego słońca przyglądając się cichej jeszcze o tej porze ulicy. Odmówił alkoholu.

– Przede mną jeszcze sześć godzin dyżuru – powiedział.

Urszula odstawiła kieliszek.

– Ja swój właśnie skończyłam.

Wręczyła mu tekturową teczkę z napisem,,serce", zawierającą kompletną dokumentację choroby męża, od pierwszych wskazań lekarskich sprzed dziesięciu lat, przez wyniki kolejnych badań, aż po karteczki z jej odręcznymi notatkami, sporządzanymi w tajemnicy przed mężem i stanowiącymi pełny dziennik jego choroby. Wyniki były tak oczywiste, że lekarz nie zdobył się nawet na staranniejszą lekturę.

– Mój Boże – powiedział – jego serce biło już chyba tylko z przyzwyczajenia.

Podczas gdy lekarz wypisywał akt zgonu, odparła:

– Raczej z niewiedzy. Niech pan, doktorze, nigdy nie mówi pacjentom, że umrą, to może dociągną do setki.

W tej samej chwili lekarz przestał dla niej istnieć.

Zanim słońce stanęło w zenicie, Urszula zawiadomiła zakład pogrzebowy, by zabrał zwłoki męża. Zamierzała pożegnać się z nim dopiero na cmentarzu, bowiem właśnie pogrzeb uważała za ostateczne rozstanie, i dlatego ciało Maurycego Opiłki pojechało w przedostatnią podróż nieodprowadzone nawet jej spojrzeniem.

Drugi telefon, jaki następnie wykonała, był telefonem do syna. Usłyszawszy jednak w słuchawce jego żonę, skróciła rozmowę do niezbędnych informacji, prosząc tylko, by Jerzyk zadzwonił do niej wieczorem. Synowa zachowała zimną krew.

– Czy mamie czegoś potrzeba? – spytała.

– Niczego – odparła Urszula. – Wszystko co trzeba, pozałatwiam sama. Wy przyjedźcie tylko na pogrzeb.

Kwadrans później, poleciwszy się boskiej opiece i starannie zamknąwszy drzwi, szła już rozprażoną ulicą, by o śmierci męża zawiadomić cały świat, tak jakby Maurycy sobie tego życzył.

Długo nie rozumiała, dlaczego jej mąż, będąc człowiekiem majętnym, nie zdecydował się na przeprowadzkę za rzekę, do elegantszej części miasta, pozostając do wojny w tej dzielnicy czynszówek, handlarzy, szulerów, paserów, szynków i bimbrowni, robotników i nędzarzy, co na jedno wychodziło, Żydów, których pospieszne kroki zamierały w sobotę, tak że bez nich ulice wydawały się puste. Niechętni Maurycemu zarzucali mu wyrachowanie, zamknięte w zdaniu: „Lepiej być pierwszym wśród ostatnich niż ostatnim wśród pierwszych”, utrzymując, że jego gwiazda mistrza fryzjerskiego, właściciela luksusowego zakładu i przyjaciela elit, nigdzie nie świeciłaby jaśniej.

I rzeczywiście. We wszystkich jatkach, sklepikach i kramach aż do ostatnich lat tytułowano go mecenasem, a to dla jego niebywałej pamięci i dziwacznego upodobania do rubryk kryminalnych. Nałóg ten, zapoczątkowany w czasach, gdy sam o mało nie stał się ich bohaterem, po latach uczynił z niego chodzącą kronikę policyjną. Znał na pamięć setki spraw i jeszcze więcej nazwisk, wiele procesów widział na własne oczy, w tym najsłynniejszy Rity Gorgonowej, przeniesiony do Krakowa w atmosferze skandalu i wspominany przez Maurycego zawsze z trwogą, bo sam należał do nielicznych, którzy wierzyli w świętą niewinność kobiety.

Jego zamiłowanie do policyjnych kronik z początku wywoływało popłoch w mniej praworządnych obywatelach dzielnicy – życzących sobie nade wszystko zapomnienia – póki się nie okazało, że Maurycy nie wykorzystuje swej wiedzy ani w celach towarzyskich, ani handlowych, ani żadnych innych.

Był dobroczyńcą pierwszego dzielnicowego gimnazjum, przekazując duże sumy na opłacenie stancji dla biedniejszych uczniów, i łaskawcą dla żebraków, czyhających na niego na podwórzu kamienicy, ale w interesach targował się jak chłop, zawsze jednak zachowując nienaganne maniery światowca.

Pierwszy rok małżeństwa upłynął Urszuli na kolekcjonowaniu legend, jakimi obrosło życie Maurycego, czyniąc z niego człowieka publicznego, tak że nawet jego jedwabna chińska bonżurka z czarną szarfą i wykładanym kołnierzem, w której co rano zasiadał do śniadania, bardziej już należała do pieśniarzy ulicy niż jego samego. I to do tego stopnia, że rok w rok, aż do wojny, w dniu jego imienin, dwudziestego pierwszego września, miejscowi murarze wyśpiewywali na podwórku przez siebie skomponowaną piosenkę, opiewającą urodę tej właśnie części garderoby, za którą to pieśń Maurycy płacił hojnie, złotówkę za każdą z dziesięciu zwrotek, poczynając od pierwszej: „Bonżurka, ach, bonżurka, z jedwabiu jest chińskiego, bonżurka, ach, bonżurka, czy jest coś wspanialszego”.

Urszula zaczęła namawiać Maurycego do przeprowadzki zaraz po ślubie. Nigdy nie powiedział,,nie", przez lata zwodząc ją obietnicami i pozwalając, by snuła coraz śmielsze wizje, póki nie zrozumiała, że on się z Podgórza nie wyprowadzi nigdy. Ale nie dlatego, jak chcieli złośliwi, że połasił się na tani splendor. Inaczej: tylko tu czuł się naprawdę u siebie, a do tego nie chciał się przyznać nawet przed żoną.

Jednymi z pierwszych odgłosów, jakie budziły Urszulę w piątkowe poranki w pierwszych latach ich małżeństwa, były makabryczne ryki ciągniętych na powrozach bydląt, których wielki targ odbywał się ledwie kilkanaście metrów od ich mieszkania, na ryneczku przed kościołem św. Józefa. Poza bydłem sprzedawano tam również konie, drób, gołębie pocztowe, pijawki, lepy na muchy, drewniane zabawki, kłódki, łańcuchy, szmuglowane z Prus papierosy, bimber, a i nie raz zdarzyło się, że jakiś oszalały byk zerwał się z powroza i gnał ulicami, póki policjant nie położył go trupem strzałem z pistoletu.

Urszula wybrzydzała na targ, na piskliwy gwar i smrodek jak z wychodka, choć przyczyna owej niechęci była zupełnie inna i wciąż piekła ją wstydem. W pierwszym roku małżeństwa zdarzyło się bowiem, że poszła na targ po sprawunki i byłaby nawet wróciła urzeczona folklorem, gdyby nie fatalna przygoda przy kramie z jajami. Ledwie bowiem zaczęła wybierać co większe sztuki, przekupka zrugała ją, i to tak, że wszyscy słyszeli:

– Pani tak nie maca! – wykrzyknęła. – To nie mężowskie jaja.

Urszula uciekła do domu z płomieniem na twarzy i wyprawy nigdy już nie powtórzyła: bała się, że ktoś ją rozpozna. Maurycy przeciwnie: przepadał za targami i o ile mu czas pozwalał, bywał na nich regularnym gościem, często kupując coś, co nie było mu potrzebne, dla samej frajdy targowania się.

Rynek nie był jedynym zmartwieniem Urszuli. Dzielnica przez całe wieki żyła życiem wolnego miasta, w którym wszystko było tanie: i bimber, i kobiety, i śmierć. Bezpośrednie sąsiedztwo królewskiego grodu nie wpłynęło na obyczaje mieszkańców, i tak pozostało nawet po oficjalnym włączeniu jej w krakowskie granice – robili, co chcieli. Mieszkańcy śródmieścia, o ile tylko mogli, nie zapuszczali się w jej uliczki, zwłaszcza po zmierzchu, gdy ulice przechodziły we władanie nocnych sokołów, ci z dzielnicy zaś nie znali świata innego poza swoim własnym. Urszuli przyszło więc żyć w dwu światach naraz: w barbarzyńskim sąsiedztwie i pośród wykwintnych znajomych męża. Nie miała zdolności Maurycego, bo ten potrafił, i to natychmiast, dostosować się do każdego środowiska, i w końcu pogubiła się na amen. Któregoś ranka z okien salonu ujrzała zupełnie nagą kobietę, jeśli nie liczyć ogromnego kapelusza, idącą środkiem ulicy. Szła pośród okrzyków zachwytu i śmiechu, a nim nadbiegł żandarm, zniknęła gdzieś w plątaninie podwórek. Nigdy nie ustalono, kim była i co owego dnia robiła na ulicy, Urszula zaś nawet po latach nie potrafiła sobie wyjaśnić, czy owo zdarzenie bardziej ją rozbawiło, czy jednak zdegustowało.

Wojna wywróciła świat do góry nogami, zabierając z dzielnicy żebraków, flisaków, Żydów, targ, a nawet kurewski biznes, dla którego zabrakło klienteli, poza tą garstką amatorów, którym było wszystko jedno. W niczym nie zmieniło to jednak ani przyzwyczajeń mieszkańców, ani ich niezależnego charakteru, o czym Maurycy wiedział najlepiej, legalizując niejako swoje zainteresowanie zbrodnią i ubierając je w togę ławnika w rejonowym sądzie karnym.

Wbrew prognozom telewizyjnych synoptyków, iż po pierwszej fali niespodziewanych kwietniowych upałów maj przyniesie nieco ochłody, słońce ani na trochę nie dawało wytchnienia. Urszula szła przez ulice w ciężkiej żałobie, zbyt ciepłej jak na aurę sukni, nic sobie nie robiąc z ciekawskich spojrzeń.

Na poczcie, która była jej pierwszym przystankiem we wdowiej wędrówce, wywołała małe zamieszanie, dyktując dwanaście jednobrzmiących telegramów o śmierci męża, odczytując z mężowskiego notesu adresy krewnych niewidzianych od lat, lecz z jakichś powodów przez niego niezapomnianych. Nie zostawszy tam dłużej, niż było trzeba, ponownie zanurzyła się w słoneczną topiel, niemal ślepnąc od porażającego blasku i czując, jak pończochy przylepiają się jej do nóg. Od upału rozbolały ją głowa i kark, czuła, że łydki odmawiają jej posłuszeństwa, a stopy puchną w sztywnych trzewikach, i dałaby wszystko, by nie być sobą i móc te diabelskie buty zdjąć tu, na przystanku, na odrapanej ławeczce – i na oczach wszystkich. Przez chwilę miała ochotę skapitulować i resztę podróży odbyć tramwajem albo w ogóle wrócić do domu, ale opanowała się, starym dziecinnym sposobem zaciskając dłoń w pięść tak mocno, aż paznokcie wbiły jej się w skórę.

Biuro ogłoszeń, kolejny przystanek we wdowiej podróży, mieściło się na parterze pięciopiętrowej kamienicy, od ponad ćwierćwiecza zajmowanej przez redakcję najpopularniejszego lokalnego dziennika. Wbrew nadziejom, że wiekowe mury powstrzymają gorąco, biuro nie było wcale chłodniejsze, tak jakby kamienicę zbudowano nie z najprzedniejszych cegieł, ale z gliny i słomy.

– Świat się kończy – westchnęła Urszula.

Chłodząca się przenośnym wiatraczkiem panienka o oczach sarny poinformowała Urszulę, że godziny pracy właśnie się skończą i Urszula jest ostatnią tego dnia klientką.

– Dzięki Bogu – dodała, nadając swojej wypowiedzi ton lekkiej prośby, który Urszula całkowicie zignorowała. Rozsiadła się wygodnie na drewnianym krzesełku przed kontuarem: położyła torebkę na kolanach, zdjęła kapelusz, otarła twarz chusteczką i bez pośpiechu przejrzała wzory nekrologów, wybierając najokazalszy, z wierszem, dużym światłem, ramką, krzyżem i żałobną gałązką mirtu. Następnie, nie myląc się ani razu, podyktowała wszystkie zasługi i zaszczyty męża, uszeregowane według jej własnego klucza: nieodżałowany ojciec i dziadek, wspaniały brat, wielkiej dobroci człowiek, mistrz fryzjerstwa męskiego, właściciel renomowanego zakładu fryzjerskiego „Maurycy”, skarbnik Cechu Fryzjerów, wielbiciel teatru, miłośnik historii, członek honorowy Towarzystwa

Miłośników Historii i Zabytków Krakowa wreszcie, współautor podręcznikaFryzjerstwo współczesnei wieloletni uczestnik turnusów sanatoryjnych.

Panienka, oszołomiona bogactwem funkcji i zasług, rzuciła znad kontuaru zdziwione spojrzenie.

– To był wielki człowiek – powiedziała Urszula, a dowiedziawszy się, że nie ma zwyczaju, by publikować nekrologi na pierwszej stronie, po raz wtóry westchnęła: – Świat się kończy.

Kiedy wszystko było już ustalone, panienka wolno i z pewną czcią odczytała treść nekrologu, po czym zatrzymawszy się przy podpisie „Urszula”, dodała:

– Lepiej byłoby podpisać „żona”. Żeby wszyscy wiedzieli.

Urszula zebrała z kontuaru rękawiczki spokojnym gestem.

– Dzięki Bogu, całe miasto wie, że byłam tylko ja – odparła.

Była przekonana, że spędziła w biurze dość czasu, by żar ustąpił wreszcie miejsca chłodniejszemu zmierzchowi, kiedy jednak ponownie wyszła na plac, przywitało ją to samo otępiające słońce, stojące na godzinie szesnastej, a miasto chwały, w którym tak sumiennie przez czterdzieści lat i tylko dla Maurycego starała się zakorzenić, wydało się jej teraz przedsionkiem piekła zafajdanym przez gołębie.

Wiadomość o śmierci Maurycego wyprzedziła Urszulęo kilka godzin i kiedy na ostatnich nogach dotarła wreszcie do zakładu fryzjerskiego „Maurycy”, ostatniego celu swojej pierwszej wdowiej podróży, zastała tam już żałobny nastróji całkowity bezruch. Pracownicy poinformowali ją, że od kilku godzin próbowali skontaktować się z nią telefonicznie, a kiedy to nie dało rezultatu, pan Stach wysłał do mieszkania Opiłków praktykantkę, by osobiście sprawdziła, co się dzieje, ta zaś wróciła przed godziną z niczym.

– Baliśmy się, że stało się pani coś złego – powiedziało chude dziewczątko w za dużym fartuchu, które jak zrozumiała Urszula, było ową biedną praktykantką.

– A co gorszego mogłoby mi się jeszcze dzisiaj stać? – odparła Urszula.

Usiadła na wolnym krześle, przy drzwiach, starając się wyglądać godnie, i poprosiła o szklankę wody. Wyjaśniła:

– Przyszłam tylko po to, żeby powiedzieć, że do czasu pogrzebu musicie sobie radzić sami. Potem zobaczymy, co dalej.

Piła wodę małymi łykami, wpatrzona w wiszące nad fryzjerskimi lustrami zdjęcie męża z czasów, gdy jego czupryny nie skalała jeszcze żadna srebrna nitka, i w zupełnej ciszy, nikt bowiem z trzech fryzjerów i biednej praktykantki nie miał odwagi, by przerwać jej zamyślenie. W końcu przerwała je sama, prosząc pana Stacha, by poszedł z nią na zaplecze. Kiedy znaleźli się sami, starannie zamknęła drzwi kantorka i poważnie spojrzała mu w oczy.

– Wiem o lombardzie.

Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu, w którym za życia Maurycego nigdy nie była, notując w pamięci wąską umywalkę, wepchniętą między dwie szafy z fryzjerskimi akcesoriami, podniszczone tanie biurko, telefon, proste drewniane krzesło i lekki smród typowy dla ciasnych, pozbawionych okien klitek.

Pan Stach zareagował tak, jak przypuszczała: szczęka mu opadła.

Wyjaśniła więc, że już od dawna wie o ciemnych interesach męża, wykorzystującego salon do prowadzenia nielegalnego lombardu dla zaufanych klientów, ratujących domowe budżety szybkimi pożyczkami pod zastaw rodzinnych pamiątek.

Pan Stach stopniowo odzyskiwał równowagę.

– Maurycy nie chciał pani tym kłopotać – powiedział, choć nie wierzył w to kłamstwo.

Urszula nie widziała potrzeby, by dopuszczać go do swoich sekretów.

– A żona nie pyta męża, jak zarabia pieniądze – odparła.

Wyprawa zmęczyła Urszulę tak bardzo, że gdy wreszcie dotarła do domu, marzyła już tylko o tym, by zasnąć. Położyła się więc, tak jak stała, w przepoconej sukni, w butach, bo nie miała siły ich rozsznurować, zdejmując jedynie kapelusz i rzucając torebkę w kąt. Przyszło jej do głowy, że dobre maniery to luksus nierobów, i rozgrzeszyła się. Nim zasnęła, pośród pierwszych majaków napłynęło nagle wspomnienie poślubnej nocy z Maurycym, od dawna już zapomniane. Przypomniała sobie hotelowy pokój w stolicy, lustro toaletki i siebie samą, zaskoczoną, bo ona, debiutantka, kierując się jedynie instynktem, miała w łóżku więcej do powiedzenia niż on, starszy i w tych sprawach już doświadczony.

Pogrzeb Maurycego Opiłki odbył się pięć dni później, o godzinie jedenastej, w ziemi ofiarowanej miastu przez bogobojną parę spolonizowanych Niemców na potrzeby cmentarza, który szybko miał się stać nekropolią dla najwybitniejszych obywateli.

Pogrzeb był taki, jaki Maurycy mógł sobie wymarzyć.

Naliczono piętnaście wieńców, które w zupełności wystarczyły, by szczelnie pokryć nagrobek, a skromniejsze wiązanki z goździków i gerber musiano układać już na ścieżce i sąsiednich grobach. W kondukcie żałobnym szło blisko trzysta osób, rozciągniętych w pochodzie zdającym się nie mieć końca i pogrążonych w żałobnej ciszy. Urszula zadbała, by nie zabrakło nikogo, kogo Maurycy chciałby widzieć, ostatnie dni poświęcając na ręczne wypisywanie zawiadomień o pogrzebie i rozesłanie ich do bardziej znamienitych obywateli, tak by adresaci czuli się w obowiązku stawić na cmentarzu. I przyszli, uświetniając kondukt swymi urzędniczymi godnościami i nazwiskami znanymi z podręczników historii, dodając splendoru temu, który pracował na niego całe życie – Maurycemu Opiłce.

Urszula również była zadowolona z ceremonii, choć nie uszedł jej uwadze pewien zgrzyt: ksiądz, zasłuchany we własne słowa, dał się ponieść krasomówczym fantazjom i godziny było mu mało, by należycie przedstawić zasługi zmarłego. Znużył nawet najwytrwalszych. Najgorsze miało jednak nadejść, bo gdy uporał się ze społecznym dorobkiem Maurycego Opiłki i gdy przedstawił już własną wizję miasta, tak przez nieboszczyka ukochanego, przeszedł wreszcie do omówienia cnót zmarłego, za największą uznając skromność, choć ci ze zgromadzonych, którzy wiedzieli o lombardzie, nazwaliby ją raczej dyskrecją pośrednika. Ale im więcej mówiło wrodzonej skromności Maurycego, im bardziej rozwodził się nad jego chrześcijańską pokorą, tym większe narastało skonsternowanie: oto nagrobek Maurycego, postawiony przez niego w tajemnicy i dziś dopiero ujawniony światu, stał w tak jawnej sprzeczności ze słowami księdza, że jedni zaczęli posądzać go o prowokację, drudzy zaś nie mogli opanować śmiechu.

Kipiał od ozdób. Przywodził na myśl raczej stół biesiadny z wielkimi złotymi literami, składającymi się na imiona Urszulii Maurycego, bez dat śmierci, za to od razu z prośbą o modlitwę. Obok znajdowały się dwa reliefy przedstawiające małżonków uchwyconych w półprofilu i patrzących na siebie bez trwogi. Na każdym z rogów nagrobka stały zamocowane ogromne wazony, gotowe na imperialne bukiety, bo tylko takie nie wydawałyby się w nich sierocym wiechciem, z kolei front ledwie mieścił ogromny napis: – Grobowiec rodziny Opiłków – złożony z mosiężnych liter, właściwych raczej pomnikom. Całość nie pozostawiała wątpliwości co do intencji fundatora: w nosie miał wspominki żałobników, ocenę własnego żywota zostawiając samemu sobie.

Tak zresztą było. Maurycy postawił nagrobek osiem lat wcześniej, kierując się bardziej przezornością niż chrześcijańską pokorą, w czasach, gdy dawni włodarze miasta, wyzbywszy się kolejno księgozbiorów, mebli, stołowych zastaw, obrazów i oleodruków, poczęli wystawiać na sprzedaż resztki z resztek dawnej świetności, na jakie niespodziewanie pojawił się popyt: miejsca w rodzinnych grobowcach.

Maurycy dość już wówczas przeżył, by wiedzieć, że życie, takie, jakie jest, rzadko nadaje się na czytanki dla pensjonarek. W istocie nie było takich dóbr, w przepływie których dyskretnie i bez zbędnego moralizowania by przez te wszystkie lata nie uczestniczył, pozwalając za zwyczajowe dziesięć procent biżuterii, antykom, papierośnicom, portretom zmieniać właścicieli, miał też na koncie jedno, ale za to spektakularne oszustwo, i nader dobrze poznał grzechy tego miasta. Ale nawet jemu kupowanie miejsca w cudzych grobach wydało się niesmaczne. Choć pierwszym uczuciem był gniew, zaraz pojawiła się trzeźwa myśl, że zanim się obejrzy, zabraknie już ziemi, on zaś, on właśnie, wyląduje na zapomnianym cmentarzu dla ubogich, gdzieś na jakimś zadupiu. Wówczas to wykupił miejsce w poświęconej ziemi, nie bez drobnego bezprawia i za astronomiczną sumę, kierując się jedynie urokiem kasztanowców i dogodnym położeniem kwatery: w samym sercu cmentarza.

Wystarczyła mu jedna wizyta u kamieniarza, by wybrać i obstalować wszystkie elementy nagrobka, zrazu prostego i nierzucającego się w oczy, bo jedynym zbytkownym elementem był sam materiał: czarny granit. Ale gniew, z którym przystępował do tego zadania, ulotnił się, i to tak szybko, że Maurycy nie był w stanie powiedzieć, kiedy wizyty w zakładzie kamieniarskim zaczęły sprawiać mu prawdziwą przyjemność. Pojawiał się tam najpierw z konieczności, potem już tylko z potrzeby serca, za każdym razem – w miarę jak rosła w nim duma z własnego życia – dodając do pierwotnego projektu coraz to nowe ozdobniki. W ostatniej chwili odrzucił pomysł skromnej tablicy, wybierając okazalszą, z motywem pochylonego drzewa, a gdy kamieniarz, sam urzeczony przepychem nagrobka, powiedział:,,Wyciśnie łzy lepiej niż ksiądz", i uznał, że osiągnął, co zamierzał.

I tak się stało. Grobowiec długo jeszcze po pogrzebie Maurycego stanowił temat gorących rozmów, często ludzi, którzy w ogóle nie słyszeli o Maurycym, znali zaś tylko jego nagrobek. Stał się on celem swoistych pielgrzymek, odbywanych bez jednej lampki, a jedynie po to, by podpatrzyć co ciekawsze elementy, aż wreszcie na cmentarzach w całym mieście zaroiło się od mniej lub bardziej udanych replik.

Jedyną osobą, której nie zaskoczył przepych grobowca, była Urszula. Ona jedna nie tylko o nim wiedziała, i to niemal od samego początku, ale przynajmniej raz w roku go odwiedzała. Stało się bowiem tak, że Maurycy, obejrzawszy ukończone dzieło, złapał się na myśli, że przez ten cały czas, gdy z taką radością dawał świadectwo swoim własnym życiowym sukcesom, ani razu nie pomyślał o Urszuli. I utonąwszy w wyrzutach sumienia, że zapomniał o kobiecie, która od trzydziestu lat stoi u jego boku, postanowił ofiarować grobowiec właśnie jej.

W przeddzień trzydziestej rocznicy ślubu, uciekając się do dziecięcych podstępów, tyleż zabawnych, co niepotrzebnych, bowiem Urszula ani razu nie zapytała o powód i cel spaceru, przyprowadził żonę na cmentarz i pokazawszy nagrobek, powiedział:

– To prezent na nasze trzydziestolecie. Dla ciebie.

W pierwszej chwili Urszula poczuła się zażenowana, ale szybko odnalazła bezpieczną ścieżkę, ścieżkę doskonałej żony. Była jednocześnie zdumiona i zachwycona nie tylko urodą nagrobka, ale i samym pomysłem, kazała sobie wielokrotnie powtórzyć całą historię od początku, uzasadniać poszczególne decyzje, i nawet podczas kolacji nie mogła wyjść z podziwu nad zdobioną motywem żałobnych lilii ławeczką. Przez kolejne lata z perwersyjną radością poddawała się torturze odwiedzania własnego grobu w Święto Zmarłych, których to wizyt nie przerwali nawet po tym, jak za którymś razem odkryli, że czyjaś nieuważna ręka postawiła na grobowcu żałobny znicz.

– Bóg nie daje tak oczywistych znaków – powiedział Maurycy. – Jeśli już, należy go rozumieć odwrotnie. Czeka nas długie życie.

Z biegiem lat grobowiec tak bardzo zrósł się z ich codziennością, przypominany przez Urszulę i w czasie niedzielnych obiadów, i podczas spacerów, że wreszcie oboje nie mogli sobie wyobrazić, o czym rozmawiali w czasach, gdy go nie było.

Nic więcej nie zakłóciło ceremonii. Urszula przetrwała pogrzeb wsparta na ramieniu syna, który zgodnie z ustaleniami przyjechał dopiero w dniu pogrzebu, rannym pociągiem, z żoną i przejętymi sytuacją córkami, z których starsza nie ukończyła jeszcze dwunastu lat. Był niski, szeroki, zbity jak gruda ziemi, z węzłami żył widocznych pod skórą i tak niepodobny do Maurycego, że nikt nie miał wątpliwości, że to musi być jego syn. Kiedy spuszczono trumnę, Urszula jako pierwsza położyła na niej kwiat, białą kalię, i pożegnała się z Maurycym tak, by ci stojący najbliżej usłyszeli jej słowa:,,Kochałam cię".

Stypa nie miała już nic z przepychu pogrzebu. Urszula przygotowała w domu skromny obiad i zaprosiła nań jedynie tych, z którymi Maurycy związany był supłami krwi. Mimo telegramów wysłanych sumiennie do wszystkich żyjących krewnych Maurycego, dalszych i bliższych, na pogrzeb przyjechali nieliczni: dwie starsze siostry, ostatnie, jakie pozostały przy życiu z siedmiorga rodzeństwa Maurycego, i dwóch synów jego najstarszego brata, z matką, ale bez dzieci i wnuków, tak że wbrew obawom Urszuli nie trzeba było pożyczać od sąsiadów krzeseł, by usadzić gości przy stole. Wieczorem pozostali z nią już tylko najbliżsi, syn z rodziną, ale i oni mieli wyjechać rankiem następnego dnia. Urszula o niczym nie marzyła bardziej, niż zostać sama ze sobą. Nie chciała skorzystać z propozycji Jerzyka i pojechać wraz z nim, do jego domu, w podróż pocieszenia, i nie zgodziła się, by on, wziąwszy kilka dni urlopu, przyjechał do niej. Kiedy synowa spytała, jak sobie teraz będzie radzić, zezłościła się i odparła ostrzej, niż chciała:

– Krakowskie żony od dnia ślubu uczą się, jak być wdowami.

Nikt nie zrozumiał, co miała na myśli, Urszula zaś zawstydziła się swego gniewu. Kiedy Jerzyk spytał, co będzie teraz robiła, odpowiedziała już spokojnie:

– Nic. Nic nowego – i dodała: – To, co zawsze.

Poprosiła Boga, by wybaczył jej to kłamstwo, świadoma,

że gdy minie rok i sześć tygodni żałoby, zaczną się najdziwniejsze lata jej życia. Nie potrafiła ich sobie wyobrazić, ale jedno było pewne: po trwającej siedem dni małżeńskiej wojnie i po tym, co jeszcze zrobi, Maurycy nie wpuści jej już do swojego nieba.

Bo zemsta, którą mu zapowiedziała, właśnie stawała się ciałem.

Rozdział 2

Maurycemu Opiłce do głowy nawet by nie przyszło, że może doświadczyć zemsty, choćby i po śmierci, a już zupełnie nieprawdopodobny wydawałby mu się pomysł, że nóż trzymać będzie kobieca ręka. Z prostego powodu: nie zamierzał się wiązać z żadną.

Ci, którzy go znali, nie mieli wątpliwości, że umrze starym kawalerem, on z kolei był przekonany, że to jedyny akceptowalny stan: błogosławiona wolność. Od sześciu lat, to jest od czasu, gdy przejął fryzjerski zakład, zdejmując znad drzwi szyld swego dawnego pryncypała oraz właściciela zakładu, pana Płatka, i wieszając swój własny, większy i okazalszy: „Maurycy”, po wielekroć poddawany był dyskretnym zabiegom, mającym skłonić go do małżeństwa. Większości z nich nawet nie zauważał, o tych zaś, które w ogóle dostrzegał, bez fałszywej skromności mniemał, że powodują je raczej znakomite finanse, pozwalające mu utrzymać i zakład, i pięciopokojowy apartament, zatrudnić znacznie więcej niż tę jedną, którą miał, służącą – a w najlepszych latach stać by go było nawet na samochód. W rzeczywistości, choć był to znaczący powód, kobiety widziały w nim raczej solidną powagę, z jaką obnosił każdy rok życia, i maniery dające pozór, że urodził się w najlepszym domu, faktycznie zaś nabyte dzięki angielskim podręcznikom dobrego wychowania. Sam o tym nie wiedział, ale przez kobiety swego miasta został rozebrany na części i ponownie złożony podług swej matrymonialnej atrakcyjności.

A więc zdrowie, dalej uroda portretowego ułana, wreszcie powściągliwość obyczajów, nikt bowiem nie słyszał, by utrzymywał w mieście jakąś garsonierę, aż wreszcie najważniejsze: rzucająca się w oczy elegancja, każąca przypuszczać, że żonie nie będzie skąpił pieniędzy na kapelusze.

Jedyną, która nie bawiąc się w podstępy swatek, wystąpiła z otwartą przyłbicą, matrymonialną propozycję podając na tacy wraz z wizytówką ofiary, była jego siostra Genowefa. Zamierzała ożenić Maurycego z własną chlebodawczynią, właścicielką zakładu szwalniczego i modnego butiku z bielizną dla bogaczek, wdową już wówczas liczącą ponad pięćdziesiąt lat, ale wodzącą jeszcze na pokuszenie. Nie uciekała się do podstępów, przeciwnie, z kobiecym okrucieństwem wymieniła wszystkie zalety pani Róży, nie pominęła wad i bez żenady zaprowadziła Maurycego do domu pryncypałowej tylko po to, by przyjrzał się, jak rozszarpuje podane na podwieczorek pączki – tygrysica we własnej klatce. Zrazu dla Maurycego była to prawdziwa udręka, bo nie chcąc robić przykrości siostrze, godził się na ten cyrk, ale już po pierwszych wizytach odetchnął; wdowia samotność Róży nie zdawała się aż taka znowu samotna i trzeba było widzieć, jak miażdży kawały ciasta, jak bezwiednie oblizuje wargi niczym najedzony drapieżca, by wiedzieć, że ta kobieta ma własną drogę do szczęścia. Dogadali się bez słów: on zrozumiał, że pani Róża ani myśli wracać do małżeńskiej niewoli, ona zaś, pojąwszy, że i Maurycy w niewolę jej brać nie zamierza, mogła już bez skrupułów oddać się zabawie: adorowała go na całego. Ostatecznie jedyną nieświadomą pozostała Genowefa, wciąż pełna nadziei, mimo że wyznał jej to, czego oszczędzał innym, że nie jest w stanie kochać więcej kobiet poza tymi, które już kocha: zmarłą przed trzynastu laty matką, której imię, Helena, pozostało dla niego tak święte, że czuł prawdziwy absmak, gdy okazywało się, że nosi je jakaś inna kobieta, oraz Genowefą, zawziętą i twardą, dla niego jednak najczulszą siostrą, z którą mieszkał przez wiele lat i dzielił dwie największe pasje swego życia: kino i amatorskie introligatorstwo, a gdy nauczył ją alfabetu – również książki.

W istocie nie wyobrażał sobie, by jakakolwiek inna zdołała wedrzeć się między te dwie, bardziej anioły niż prawdziwe kobiety, i był o tym również przekonany w chwili, gdy u stóp klasztoru sióstr norbertanek, pośród odpustowych kramów ustawianych na tym samym wzgórzu od setek lat i rok w rok, po raz pierwszy spostrzegł Urszulę, zagubioną w czasie samotną sierotkę.

Przyjechał na Emaus – bo tak od nazwy pierwszego miasteczka, do jakiego udał się Chrystus po zmartwychwstaniu, nazywano odpust – tylko i wyłącznie dla własnej rozrywki, ani przez moment niedręczony samotnością. Odkąd mając szesnaście lat, przywędrował do miasta, ani razu nie spędził świąt inaczej niż samotnie, z rzadka z Genowefą, bo ta zwykle jeździła do rodzinnego domu. Ten zaś pozostawał dla niego zamknięty od chwili, gdy zeń odszedł, a otworzył się tylko raz, kiedy Maurycy przyjechał na pogrzeb matki. Nie przeszkadzało mu to, tak jak nie przeszkadzało mu, że poza starą Józefą, śpiącą w służbówce przy kuchni, jest we własnym domu samotnym Robinsonem, a jedyny człowiek, jakiego widzi po przebudzeniu i któremu mówi pierwsze „dzień dobry”, to on sam, odbity w ręcznie zdobionym lustrze sypialnianej szafy. Uważał to powitanie za naturalne, tak jak oczywiste wydawały mu się dwie ściśle odliczone godziny spędzane w gabinecie i poświęcane pracy nad memuarami, dziełem jego życia. Nigdy nie dał sobie wmówić, że dziwaczeje, ale prawdą było to, co już rok wcześniej powiedziała o Maurycym jedna z odpalonych przez niego wdów:,,Robi się z niego typowy stary kawaler".

Mimo coraz gęstszej sieci elektrycznych tramwajów, oplatającej już nie tylko historyczne stare miasto, ale i jego rozwijające się obrzeża, przyjechał na odpust otwartym fiakrem, ciesząc się staromodną przyjemnością, która wciąż niezmiernie go bawiła. Miał na sobie angielski płaszcz z kołnierzem z karakułów, skórkowe rękawiczki, włoski kapelusz, skrywający wypomadowaną grzywę, i hebanową laskę, którą świadomie przydawał sobie i powagi, i lat. Liczył ich zaledwie trzydzieści trzy, ale ze wszech sił starał się ukryć ten w jego mniemaniu defekt, lekceważąc szybką modę do tego stopnia, że tylko jeden sezon nosił popularne przez całe lata spodnie do pół łydki z mankietem i letnimi getrami, wyłożonymi na buty w szpic. Podobnie rzecz się miała z manierami: odrzucał wszelkie nowinki, a obyczaje studentek, przyjmujących w domu rozpoetyzowanych kolegów z roku, choćby i pod cichą kuratelą mam, budziły w nim zgrozę. Kilka dni wcześniej pośród gęstej popijawy, w jaką zamieniła się wieczorna partyjka brydża, jeden z jego przyjaciół, ubawiony powagą, z jaką Maurycy, przegrawszy wszystko, co mógł przegrać, wstał od stolika i nie tylko dziękował partnerom za grę, ale każdemu po kolei gratulował szczególnie udanego wistu, wykrzyknął:,,Sobie też tak dziękujesz za własne towarzystwo przy śniadaniu?" Po czym runął na dywan, skoszony morelówką, nie mając nawet pojęcia, jak blisko jest prawdy. W istocie Maurycy jadał swe samotne śniadania kawalera przy stole udekorowanym codziennie świeżymi kwiatami, której to fanaberii gosposia nijak nie mogła zrozumieć, na śniadaniowej zastawie z Sorau i zawsze równą godzinę, zaczynając od jajka na miękko, gotowanego równo dwie i pół minuty, na serach kończąc, co – jak mniemał – było francuskim obyczajem.

Ledwie wysiadł z dorożki, zostawiając woźnicy pański napiwek, otoczyła go gromada małych uliczników, zwabionych szykiem wielkiego pana. Maurycy przepłynął przez zbiegowisko, obdzielając każdego bez wyjątku dzieciaka drobnymi, które specjalnie na tę okazję wsypał wcześniej do kieszeni płaszcza, i mocno trzymając pugilares, wszedł w gąszcz kramów, by cieszyć oczy tanim zbytkiem. Było tu wszystko, o czym mógł marzyć każdy dzieciak: gliniane gwizdki w kształcie ptaszków, dzwonki, drewniane figurki, rzeźbione przez dorabiających sobie w ten sposób murarzy, dziecięce rewolwery, wiklinowe wózki przywiezione aż spod Żywca, piszczałki, fujarki, drewniane skrzypce,,jak prawdziwe", kiwający się na sprężynkach brodaci Żydzi, koraliki, taniutkie pierścionki z czerwonym oczkiem, a nade wszystko całe uliczki ciastek, piernikowych serduszek z girlandami lukru, precelków, korali ze słodkich różowych kulek, zwieńczonych serduszkiem, i ciastek drożdżowych z ukrytym wewnątrz serem. Żadnej z tych rzeczy Maurycy nie potrzebował, przybywszy na odpust jedynie dla samej przyjemności uczestniczenia w tradycji, ale i on nie oparł się świątecznej beztrosce i kupił dwa piernikowe serca z zamiarem obdarowania nimi wychowanicy Jahulca, nim przypomniał sobie, że dziewczątko liczy sobie trzynaście lat i już rozpoczęło beznadziejną walkę o figurę płaskiej chłopczycy. Potem zaś uwiedziony gwarem wokół fotografa, rozpinającego na stelażu płócienny ekran z namalowanym alpejskim krajobrazem, dał się ustawić przed aparatem w butnej pozie zwycięskiego wędrowca. Zeszło mu dłużej niż innym, atrakcja przeznaczona była bowiem raczej dla dzieci, i już sam fakt, że on, dorosły, ustawił się do zdjęcia, wywołał dziecięce chichoty. W istocie winę za wszystko ponosił fotograf, ledwie bowiem pierwszy śmiech począł opadać, ten, chcąc zakończyć sprawę, zwrócił się do dzieciaków:,,Nie widzicie, że ten pan jest zmęczony wspinaczką po górach", i osiągnął efekt przeciwny – śmiech głośniejszy i dłuższy już nie tylko dzieci, ale i ich matek chowających twarze w futrzanych mufkach.

I wówczas to, gdy ze wszystkich sił starał się naturalnie uśmiechnąć, Maurycy zobaczył Urszulę.

Stała dokładnie na wprost niego, nie obdarzając go nawet spojrzeniem, nie słysząc pokrzykiwań fotografa, w zbyt lekkim płaszczu jak na zimny kwiecień i w kapelusiku sierotki, potrącana przez ludzi i w tak oczywisty sposób obca, że Maurycemu ścięło się serce. Wiele lat później próbował opisać tę scenę w memuarach, w owym czasie pełnych już zmyślonego liryzmu, ale nawet on, mistrz blagi, nie potrafił tak nakłamać, by fragment ów nadawał się do odczytania żonie. W ogóle nic nie poczuł, więcej nawet, sierotka nie była w jego typie, ale co najgorsze w tamtej chwili, stanowiła jedynie tło dla niego samego, jak pejzaż, który przywołuje wspomnienia: ni mniej, ni więcej przypomniała mu dzień, w którym on sam, i to na zawsze, poczuł się odmieńcem. W swoich pamiętnikach często odwoływał do motywu serca i kazał mu wyczyniać przedziwne rzeczy: musiało się ściskać, kisnąć, dudnić, to opadać, to się wznosić, trafiało do żołądka, do gardła, raz nawet odnalazł je w oczodołach. Nigdy jednak wcześniej nie znalazł tak dobrej metafory jak wówczas na opisanie sceny spotkania z Urszulą: oto serce zwinęło mu się w pięść. Nie użył jej, bo nie mógł napisać prawdy, ale do końca dni usiłował znaleźć dla niej jakiś zastępczy obraz. Nadaremno.

Wspomnienie było nagłe i tak realne, że starło mu z twarzy uśmiech kawalarza, i wreszcie, tak jak chciał fotograf, wyglądał poważnie, a gdy migawka została zwolniona, on, Maurycy, zobaczył wigilię swych czternastych urodzin w drugim roku wojny europejskiej. Zobaczył siebie bosego, w portkach przewiązanych sznurkiem i starej koszuli ojca, w gabinecie wójta siebie stojącego obok matki, która mówi, że Maurycy Opiłko nie jest i nie może być synem swego ojca, a jej męża, Jana Antoniego Opiłki, włościanina i furmana, jest bowiem jedynie, przez dobroć serca, uznanym za swego bękartem. I w tym właśnie momencie, gdy ze ściągniętą twarzą próbował odpowiedzieć samemu sobie, jakim to cudem jest tym, kim jest, i tu, gdzie jest, w tej właśnie chwili został uchwycony przez jarmarcznego fotografa. Gdy trzasnęła migawka, był dopiero na początku drogi, dwadzieścia kilometrów od siebie, w rodzinnej wsi, kiedy przez okno w chlewiku wyrzucał gnój na gnojowisko, pracując widłami jak stary, marząc, że kiedyś odwiedzi miasto – to, które ma sto kościołów i tysiąc ladacznic – zanim matka zabrała go do wójta.

Dzień klęski spadł na Maurycego znienacka i zastał go w stanie dziecięcej szczęśliwości mimo wojny toczącej się od dwóch lat, a przez niego tak dalece niezauważonej, że wiele lat później jedyne wspomnienia, jakie z niej posiadał, to te wyczytane na kartach powieściNa zachodzie bez zmian,lektury, którą pochłaniał w nieustannym zdumieniu, bo trudno było mu uwierzyć, że opisuje jego czasy. Zrazu – w opinii całego Sieprawia, z proboszczem i sołtysem na czele – wojna miała być jedynie krótkim epizodem, uczniowską bójką, ale teraz, gdy mijały już dwa lata i wciąż żarłocznie zagarniała pod sztandary cesarza Franciszka Józefa coraz to nowe roczniki poborowych, wydawała się nie mieć końca. Pierwszy strach, który napłynął wraz z uciekającymi przed kozacką nawałą mieszczuchami, wieś zostawiła już za sobą. Początkowo, gdy zdawało się, że linia frontu zagarnie i tę wioszczynę zatopioną w bezczasie, od kiedy węgierski trakt handlowy, przy którym powstała, stracił na znaczeniu, wszyscy, nie wyłączając rodziny Maurycego, rzucili się do przygotowywania dobytku na ewentualną ucieczkę i do modlitw odmawianych w kościele św. Michała i po chałupach, obu tym sprawom nadając taką samą rangę. Gdy jednak hiobowe wieści o rosyjskiej powodzi okazały się jedynie straszną bajką, bo linia frontu zatrzymała się jeszcze przed Krakowem, a proboszcz ogłosił z ambony, że za wstawiennictwem Przenajświętszej Panienki unikną śmierci od kozackich szabel, wieś nabrała spokojnej pewności jutra, i w roku, w którym Maurycy został zaprowadzony do wójta, umocniła nadzieję kapliczką Matki Bożej, postawioną na rozstaju z odpowiednią inskrypcją i zapewnieniem, że będzie tu trwała po wieki.

Teraz największą dolegliwością stało się to, co dotykało cywili wszystkich wojen: nieustanne rekwizycje bydła, koni, jaj i zboża, nadzorowane przez chodzące trójkami komisje spisowe – złodziejstwo w biały dzień. Gdy i do tego się przyzwyczajono, nastąpiła kolejna katastrofa, i to na św. Floriana, patrona strażaków. Bo na mocy wojennego prawa żołnierze z krakowskiego garnizonu ściągnęli z wieżycy kościoła spiżowy dzwon, od dwustu lat wzywający na mszę, i nie bacząc na podniesione przez chłopów i samego proboszcza larum, wsadzili go na wóz, by – jak wyjaśnił dowódca – mógł służyć cesarzowi lepiej niż dotychczas, zostanie bowiem przetopiony na armatę. Uwagę proboszcza, że dzwon nie tylko wołał na mszę bożą trzódkę, ale i ostrzegał okolicę przed ogniem, nie godzi się więc zabierać go, i to w dniu jego patrona, dowódca zbył z żołnierską logiką:

– To nic się nie zmieni, bo teraz pali się cały świat.

Następnego dnia i długo potem w karczmie Samuela Tanera nie rozprawiano o niczym innym, dyskusje zaś nigdy nie gasły, bo ciągle było o czym rozmawiać: dzień po dniu żołnierze ściągali dzwony ze wszystkich okolicznych kościołów, aż w ciągu miesiąca nie ostał się w całej okolicy ani jeden. Wieś podzieliła się na tych, którzy z pospiesznego rabunku wróżyli szybki koniec, powtarzając za proboszczem,,,Z dzwonu to i Pan Bóg nie wystrzeli", i na tych, dla których była to zapowiedź długoletniej męczarni. Między jednymi zaś i drugimi tkwił karczmarz, brodaty ojciec Wergiliusz, Samuel Taner, raz przekonany tak, raz siak, zawsze jednak z przytomną skrupulatnością rozliczający rachunki obu stronnictw. W ferworze karczmianych spekulacji prawie już bez echa przeszedł odczytany którejś niedzieli z kościelnej ambony dekret starosty, który powołując się na kolejne, tym razem wydane przez samego cesarza, wojenne zarządzenie, nakazał z mocy swego urzędu odsprzedać złote i srebrne monety, pochowane w chałupach na godzinę śmierci, po kursie ustalonym odgórnie przez władze.

Jan Antoni Opiłko, ojczym Maurycego, był jednym z tych liczniejszych, którzy uważali, że wojna jeszcze długo potrwa, i jednym z niewielu, którzy zarządzenie o oddaniu złota potraktowali tak, jak na to zasługiwało: ze śmiertelną powagą.

Następnego dnia po ogłoszeniu dekretu wraz z pierwszymi kogutami, oddawszy się w bożą opiekę, ruszył furmanką do miasta ze złotym zawiniątkiem pod koszulą i z modlitwą na ustach, bez szwanku na majątku przebył rogatki, a wjechawszy szczęśliwie do miasta, wpierw udał się do kościoła św. Marka, by podziękować Bogu, a potem, rozpytawszy się, kogo trzeba, wymienił złoto po znacznie lepszym niż państwowy kursie, u pośrednika. Następnego dnia, przenocowawszy wraz z furką w targowym zajeździe na Kleparzu i jeszcze raz poleciwszy się bożej opiece, za wszystkie uzyskane pieniądze kupił tytoń od pracownika zakładów tytoniowych, wynoszącego najcenniejszą wojenną walutę zawiniętą we własne onuce.

Na przednówku wojny ukończył w dobrym zdrowiu pięćdziesiąt cztery lata, i to uchroniło go przed wysłaniem na front, niemniej już w pierwszym poborze zabrano mu obu starszych synów, Jana i Józefa, i to na najgorszy możliwy los: do artylerii. Była to jednak pierwsza i ostatnia ofiara, jaką zgodził się ponieść z powodu czegoś tak bzdurnego jak cudza wojna, której nie rozumiał i o której nie chciał słyszeć. W dniu, w którym synowie zniknęli z domu, zapomniał o nich, tak jak się zapomina zmarłych, całą uwagę poświęcając tym, którzy mu zostali. Matka Maurycego, Helena Antosik, młodsza od męża o prawie dwadzieścia lat, była jego drugą żoną. Z pierwszą, spoczywającą na przykościelnym cmentarzu i zupełnie już przez niego zapomnianą, dochował się siedmiorga dzieci, z których tylko dwie najmłodsze córki, natenczas kilkunastoletnie, wciąż jeszcze były w domu. Jan Antoni mawiał:,,Jak człowiek jest, to jest, a jak go nie ma, to nie ma", i stosował tę zasadę w praktyce, zmarłym nie paląc nawet świeczki, żywych zaś trzymając twardą ręką biblijnego patriarchy.

Pamiętny – i to nie tylko we wsi, bo wieść rozeszła się po całej okolicy, tak że po latach Maurycy miał ją usłyszeć od zupełnie obcych ludzi – był dzień, gdy Jan Antoni wywiedział się, czy to na skutek donosu, czy własnej przenikliwości, że czwarta w kolejności córka, wówczas osiemnastoletnia Jadwinia, oddana rok wcześniej na służbę do wielickiego kupca bławatnego, prowadza się, i to z kim! – z parobczakiem. Sprowadził ją jeszcze tego samego dnia, zupełnie nieświadomą, bo powieka mu ani drgnęła, gdy kazał córce wracać do domu i gdy układał się z jej pracodawcą, ale ledwie weszła do chałupy, spuścił jej takie lanie, że z czasem stało się sławne, przywoływane po karczmach i chałupach jako,,manto Jadwini". Bił ją w natchnieniu i bez słowa, na oczach rodziny, której kazał patrzeć, patriarchalnymi pięściami, aż nie pozostał na córce ani jeden nienapuchnięty kawałek ciała, a on sam miał dłonie unurzane w jej krwi. Pozwolił jeszcze, by matka i siostry obłożyły sińce kompresami z serwatki, a na rany przyłożyły zaparzoną i zawiniętą w płótno macierzankę, ale było to jedyne ustępstwo z jego strony: odtąd Jadwinia miała żyć według klasztornej reguły, przez Jana Antoniego stworzonej. Nie wolno jej było wychodzić nigdzie, chyba że do kościoła na niedzielną sumę, ale wtedy rodzina otaczała ją dusznym pierścieniem, nie wolno jej było w obecności ojca odzywać się niepytanej, reszta zaś w strachu przed panem domu wolała nie zadawać żadnych pytań, tak że zdarzały się dni, gdy dziewczyna nie powiedziała ani słowa. I wreszcie mogła zjeść dopiero ostatnia, resztki z resztek, pozostałe po ojcu, który jadł pierwszy, matce, braciach i siostrach, nawet tych młodszych; wszystko, co jadła, było już zimne. Gehenna skończyła się po roku, w dniu, w którym Jan Antoni Opiłko wyswatał ją karczmarzowi z Krzywaczki, mężczyźnie nie pierwszej już młodości, ale o statecznym sercu i majątku potwierdzonym przez wszystkich, u których zasięgał opinii, nim odbył zasadniczą rozmowę z przyszłym zięciem w jego własnej karczmie, pozwalając za siebie płacić i na koniec przybijając interes dłonią w dłoń – targowym zwyczajem. Owego dnia Jan Antoni odezwał się do córki ponownie i tylko po to, by ogłosić wyrok: dożywocie. Przywrócił też kolejność stołu, ale z domu Jadwini nie wypuścił, póki nie stawili się po nią drużbowie w dniu wesela. Maurycy znał tę historię już tylko z opowieści, bo wydarzyła się, zanim się urodził, i nigdy w nią do końca nie uwierzył, uważał bowiem wówczas po dziecinnemu, że wszystko, co zaczyna się gwałtem, gwałtem musi się kończyć, podczas gdy siostra, którą widywał, kiedy przyjeżdżała do rodzinnego domu, wydawała się w małżeństwie stanowczo szczęśliwa. Była też jedną z najbardziej poważanych gospodyń i najcnotliwszą z żon, a jej rozpacz po tym, jak męża zabrano na front, równie jak młodzieńcze porywy serca – legendarna: piła przez tydzień w karczmie, której los spoczywał teraz w jej rękach, na umór, tak że synowie musieli wywlekać ją zza szynkwasu i za nogi ciągnąć do domu. Wówczas to Jan Antoni jeszcze raz przywrócił ją do życia: zajechał z samego rana, tracąc całą furmańską dniówkę, i tak długo walił pijaną w twarz, aż wyrzygała rozpacz wraz z całym bimbrem. Został jeszcze do wieczora, aż otrzeźwiała na tyle, by potrzaskanymi ustami podziękować mu, całując w dłoń. Od tego dnia nigdy już nie widziano jej pijanej.

Wiele lat później, kiedy Maurycy przystąpił do spisywania wspomnień, sumiennie zaczynając od samego początku, od dnia, gdy urodził się po dwunastu godzinach niepewności, siny i z pępowiną po trzykroć owiniętą wokół szyi, despotyzm ojczyma był mu aż nadto znany. Już na pierwszych stronicach zamieścił opowieść o nieszczęsnej siostrze, podaną tak, jak ją usłyszał, i ze szczerą wiarą w każdą ze srogich kar, jakim została poddana. Kilka dni później, po ponownej lekturze pamiętnika, zdecydował się jednak złagodzić nieco obraz siarczanego diabła, jakim w memuarach uczynił ojczyma. Takim go zachował w pamięci, z oczami nabiegłymi wściekłością w,,noc koniokradów", zapiekłego w milczeniu przez następne tygodnie. Nie zapomniał wciąż, jak ojczym wyklął go z rodziny, i pamiętał, jak sam wyklął ojczyma, ale z poczucia sprawiedliwości nie mógł odmówić ojczymowi jednego: był najzacniejszym opiekunem domu i najbardziej pracowitym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znał.

Jeszcze przed wojną, obrobiwszy swoją ziemię, Jan Antoni, najpierw sam, a potem z podrastającymi synami, ruszał do Budapesztu do pracy w tamtejszych cegielniach, a ledwie odsapnąwszy po powrocie, brał się do furmaństwa, wożąc towary z krakowskich składów do pensjonatów na Zarabiu, biorąc za to pięć złotych od stu kilogramów, i nie zważał na przygany proboszcza, że pracuje również dla Żydów, zaprzęgając w niedzielę, bo gdy szło o pieniądze, zawieszał swą na co dzień żarliwą wiarę na kołku. Po swoim ojcu Jan Antoni odziedziczył też inny fach, fach kłusownika, i doszedł w nim do prawdziwego mistrzostwa już w szczeniackich latach. Był jednym z tych, na którego leśni zatrudnieni przez dziedzica zasadzali się z ostrą amunicją i w bezwzględnym zamiarze ubicia go jednym strzałem, tak jak on strzelał pańskie dziki i wychodzące na łąki sarny. Uszedł z czterech pułapek, gdy był sam jeden przeciwko trzem, czyhającym na niego przy wnykach, nawet niedraśnięty, ale zemścił się za swój strach tak, jakby zabito mu dzieci: złapanego w lesie leśnego powiesił na drzewie, za nogi, tak że zanim znaleźli go pańscy ludzie, wypluł on ducha razem z nabiegłą do głowy krwią.

Wojna, którą uważał za bezsensowne trwonienie ludzkiego zdrowia i której z całego serca nienawidził, zastała go takim, jakim był zawsze: zawziętym, niepokornym i rzutkim. Do obu profesji – furmana i kłusownika – dorzucił jeszcze nową: wojenny handelek. W istocie nie było takiej komisji spisowej, wyliczającej gospodarza z każdej sztuki inwentarza, której by nie oszukał, goniąc niezgłoszone bydło w las, i nie było takich rogatkowych, którzy nie przepuściliby jego furmanki do miasta, kłując ją bagnetami nad wyraz ostrożnie i tak, by nie znaleźć ukrytej pod sianem dziczyzny, wiezionej prosto do umówionych restauracji. Dzięki owej zaradności w pierwszą zimę wojny, gdy mrozy doszły do syberyjskich temperatur, miał dość pieniędzy, by ogrzać chałupę, ale i on nie uniknął przednówkowej biedy, i jak reszta sąsiadów, skarmiał żywinę bukowymi liśćmi, ściąganymi z lasu, i płukanym perzem.

W czternastej wiośnie życia, w roku swej pierwszej katastrofy, Maurycy tak dalece pochłonięty był własnymi sprawami, iż po latach, siadając do kroniki swojego życia, wszystkie szczegóły musiał odtwarzać ze wspomnień rodzeństwa, kończąc prośby zawsze tym błagalnym pytaniem:,,Powiedz mi też, co ja wtedy robiłem", a w odpowiedziach ani razu nie rozpoznał samego siebie.

W przeddzień dorosłości nie przypominał tego, kim miał się potem stać, nawet fizycznie. Był chudziną, niskim i drobnym, z ramionkami cieniutkimi jak u zagłodzonego kuraka i z twarzą lękliwego księżula. Tym zaś, co zajmowało mu umysł tak dalece, iż niemal zapominał ludzkiego języka, i czego w dorosłym życiu nigdy już nie miał wykorzystać, było aktorstwo. Pasja ta wybuchła w nim nagle, bez żadnej intelektualnej pożywki i jakiegokolwiek zewnętrznego bodźca, ale za to od razu z siłą prawdziwego geniuszu. Już mając siedem lat, potrafił w jednej chwili zamienić się w targane wichurą drzewo, nażartą mokrą koniczyną krowę, przewracany zydel, by w mgnieniu oka przeistoczyć się w wierzgającego konia, odtwarzając wszelki ruch instynktownie, ale z wielką precyzją. Miał wyczucie kształtu i formy. Eksperymentował z materią nieożywioną kilka lat, godzinami udoskonalając technikę w zupełnej samotności, póki nie odkrył, że ciekawszym materiałem są ludzie, i wkrótce nie było we wsi człowieka, którego nie umiałby naśladować – z wiernością kryształowego lustra. Doszedł wreszcie do takiej wprawy, że sam jeden potrafił odtworzyć cały zgiełk miejscowego targu, z wrzaskliwą punktualnością odbywającego się co wtorek na placu przed karczmą Samuela Tanera i w niej zresztą kończonego. Był jednocześnie kolektorem pobierającym opłaty od sprzedawców, góralką wciskającą owcze skóry i zawieszone na żerdziach serdaki, żującym tytoń nastawiaczem kości i jego wrzeszczącym pacjentem, Żydem z jego kramem z galanterią, panną przebierającą miękką dłonią wśród kalwaryjskich trzewików i oszczędną gospodynią, badającą w rękach, czy cajg jest aby dość mocny, by uszyta z niego mężowska kapota wystarczyła jeszcze na wszystkich dorastających kolejno synów. Jednocześnie kradł i oszukiwał na wadze, lamentował i śmiał się, biegał i trwał w stuporze, stwarzając wrażenie wszechobecnego ruchu, za jedynego widza mając pasącą się krowinę. Wówczas to, podczas swych gorączkowych obserwacji, czynionych przy każdej okazji, a potem kolekcjonowanych i systematyzowanych niczym roślinki w zielniku, odkrył, że usta są jedynie źródłem pospiesznych kłamstw, prawdziwe bowiem intencje zawsze i bezwstydnie zdradza ciało – i wiedza ta na długie miesiące zamieniła go w milczka.

Nigdy, wiedziony raczej intuicją niż opartym na faktach przekonaniem, nie odważył się ujawnić swych pasji rodzicom, i to nawet po tym, gdy zatopiony we własnym teatrze, przypadkowo odpowiedział matce studziennym głosem proboszcza, a ta nabrała przekonania, że urodziła przyszłego duchownego.

Wojna, której niszczącą moc poznano, gdy wrócili pierwsi ranni odesłani z frontu, dostarczyła Maurycemu jedynie pożywki, na nowo rozpalając w nim ciekawość imitatora. Była dla niego niczym teatr, o którym słyszał od tych, co mieli jakieś interesy w mieście, a który teraz, dzięki przewalającej się przez wieś fali uciekinierów, rozgrywał się na jego wytrzeszczonych z wrażenia oczach. Całe nowe bogactwo: strach zmuszonych do ewakuacji krakusów, wykwintne maniery urzędników magistrackich, nowe słowa natychmiast wykorzystywane w wewnętrznych monodramach, strzępki podniecających życiorysów. Ich kompletowanie i odtwarzanie zajmowało Maurycego tak bardzo, że w pełnej nieświadomości tego, co się dzieje, poszedł z matką do Wieliczki, do wójta, przetrwał pyskówkę w sekretariacie i zwycięską minę matki, gdy wchodziła do gabinetu, i ocknął się dopiero wówczas, gdy matka, stojąc przed wójtem, powiedziała:

– Chcę go zgłosić jako nieślubnego.

Natychmiast otrzeźwiał.

Wójt wydał mu się człowiekiem nie na swoim miejscu, tak jakby nie wszedł jeszcze w pełni w rolę, raczej próbując sztuczek niż wierząc w swoją misję – podejrzliwy jak chłop. Siedział odgrodzony od nich biurkiem, w poświacie otwartego okna, tak blady, że zdawał się wyrzeźbiony z soli, jak i fortuna tego słynącego z solanek miasteczka. Rozpierał się na krześle, strosząc bokobrody zapuszczone na chwałę cesarza Franciszka Józefa i dla cichej zemsty, albowiem starosta, z którym od zawsze rywalizował w powadze urzędu, miał zarost jak dzieciaczek i nigdy nie dorobił się równie imponujących faworytów. Ale tarczycowe wole i wysadzone oczy, których nie kryły tylko w tym celu noszone binokle ze zwykłym szkiełkiem, skutecznie odbierały mu powagę: wyglądał, jakby coś go nieustająco dziwiło.

Bawił się szklaną suszką, i to nasunęło Maurycemu przypuszczenie, że dopiero zbiera myśli i nie wie, jak ma postąpić. W istocie tak było. Od pierwszych miesięcy wojny armia wypłacała zasiłki, za każdego zabranego na front mężczyznę nieco ponad koronę, przy czym zarządzenie pozwalało wypłacać je nie tylko prawowitej żonie i poczętym w jej łonie legalnym dzieciom, ale też tym nieślubnym, jeśli oczywiście matka gotowa była ów fakt zgłosić. Samą decyzję co do uznania za prawdę bękarcich historii zostawiono wójtowi, ten zaś przy oddzielaniu świadectw fałszywych od prawdziwych nie dysponował niczym poza intuicją i wyrobionym przez doświadczenia dwu wojennych lat przekonaniem, że baby kłamią jak najęte, gotowe przyznać się do wszystkich nieprawości dla zasiłku, który od kilku miesięcy dzięki szczodrości cesarza wynosił już nieco ponad półtorej korony na dzień. Tak pomyślał i tym razem, bujając przycisk: wystarczyło spojrzeć na minę dzieciaka, by wiedzieć, że nie miał dotąd o niczym pojęcia. Kobiety nie znał, ale gdy wymieniła nazwisko męża, skojarzył od razu – kłusownik jak inni, ale ten najlepszy – i od razu uznał historyjkę za kłamstwo.

Inaczej Maurycy. Usłyszał matkę, twardą pewność w jej głosie, i zobaczył, jak odrzuca głowę, bo zawsze to robiła, gdy głosiła prawdę objawioną, i tej samej chwili zrozumiał, że nie kłamie i nie cofnie się przed niczym. Matka przetrwała nawałnicę iście prokuratorskich pytań, udzielając odpowiedzi na najbardziej nieprzyjemne z nich z królewskim spokojem wiedzionej na szafot. Wyznała, że wychodząc za Jana Antoniego Opiłkę, była już z pierwszym brzuchem, o czym wszyscy we wsi, łącznie z mężem i proboszczem, doskonale wiedzieli, wymieniła też nazwisko sprawcy, Stanisława Nogaja, gospodarza z drugiego końca wsi, miesiąc wcześniej powołanego do wojska, twierdząc, że grzechu z nim dopuściła się, będąc jeszcze na służbie w mieście. A na pytanie, dlaczego przychodzi dopiero teraz, odparła:

– Bo wcześniej brali młodszych.

Była to znakomita odpowiedź. Rzeczywiście, niedługo przedtem podwyższono wiek zdolnych do służby wojskowej, z czterdziestu dwóch do pięćdziesięciu dwóch lat, co pozwoliło armii powoływać nowe roczniki z i tak już wyludnionych wsi. Głos matki jednak zadrżał, co uszło uwadze wójta, ale nie Maurycego. Był zbyt skołowany, by wytropić przyczynę wahania, choć była ona ewidentna: szalejąca na początku wiosny epidemia odry, zebrawszy śmiertelne żniwo po obu krańcach, wdarła się do środka wsi, uśmierciła dwoje z ośmiorga dzieci karczmarza Tanera, przeskoczyła pod kościół św. Michała Archanioła i zabrała po jednej osobie z każdej chałupy przy cmentarzu, dotarła do dworu, oszczędzając państwa, ale kładąc pokotem kucharkę; potem kierując się sobie znaną logiką, wróciła do wsi. Potem ominąwszy wszystkich po drodze, dotarła do chałupy Opiłków i powaliła Jana Antoniego tam, gdzie go zastała, w stajni, gdy rozrzucał nacięty przy stawie tatarak – na dobrą wróżbę i przeciw gzom, w dzień Zielonych Świątek.

Choroba Jana Antoniego nie miała wprawdzie tragicznego finału, ale pozbawiła go sił, i to na długie miesiące, mimo naparów z tysiącznika zbieranego przez żonę na pastwisku. Z czasem zaś przeszła w męczącą dychawicę, którą potem zdiagnozowano jako cegielnianą astmę i którą Helena Antosik bez skutku leczyła naparami z pierwiosnków. Decyzję o pójściu do wójta matka Maurycego podjęła sama, zyskawszy jedynie przyzwolenie męża, wciąż jeszcze leżącego w łóżku, w obliczu finansowej ruiny domu godzącego się na tak nikczemny krok. Ona też doszła do porozumienia z żoną Nogaja, po poufnej rozmowie gotową w razie potrzeby poświadczyć cudzołóstwo męża, ale za pół korony od dziennej stawki.

Informacja o wizycie matki w domu Nogajów i cichej transakcji tam dokonanej nigdy nie stała się tematem plotek nie tyle z powodu cnoty milczenia, ile dlatego, że dla obu stron była to transakcja wstydliwa. Maurycy dowiedział się o niej, gdy sam był już stary, z trzecich i zupełnie przypadkowych ust, kiedy nowina miała już charakter archeologicznej anegdoty. Ale wówczas spustoszenia, jakich w nim dokonała obłąkańcza chęć poznania prawdziwego ojca, były tak wielkie, że nie udało mu się potraktować informacji tak, jak na to zasługiwała; odwrotnie, był bliski łez i musiał ratować się wyuczoną brutalnością –,,do dupy z tym wszystkim" – bolejąc nad tym, jak przypadkowego posłańca wybrała sobie opatrzność, żeby przynieść mu, z takim opóźnieniem, ową prawdę objawioną.

Po półgodzinnej rozmowie wójtowi nie zostało ani jedno pytanie. Dawno już zrezygnował z konfrontacji, gdy kazał się stawiać w gabinecie legalnej żonie i nielegalnej kochance, by zeznały jednym głosem, jak doszło do poczęcia bękarta. Bo chociaż myliły się co do faktów, choć usiłował je poróżnić, zawsze miały tę samą odpowiedź, od której trzęsło mu się wole na szyi:

– A to pan wójt nie wie, że chłopy to jak łańcuchowe psy, co uciekły, są? Każdą sukę dorwą. Pan wójt wie to przecie najlepiej.

Pomyślał o czekającym go dziś obiedzie, o staroście niemogącym wyhodować faworytów, nawet mimo przywożonych z krakowskich aptek mikstur na porost wszelkiego owłosienia, i wreszcie podjął ostatni atak, sugerując, że gdyby przyprowadziła swego męża, wnet okazałoby się, że syn to wykapany ojciec.

– To dwie różne krwie – powiedziała matka, biorąc Maurycego za rękę. – Mogę to przysiąc na Jezusa.

Całą powrotną drogę, od chwili, gdy zabrali się sąsiedzką furą, Maurycy próbował obrócić w głowie to, co usłyszał, ale poddał się, nim jeszcze wyjechali z miasteczka. Poczuł, że się rozpada. Bolały go ręce, nogi i głowa, zwłaszcza głowa, niemal słyszał, jak krew bulgocze mu w uszach, a cała jego skóra, jak płótno, nasiąkła potem. Kiedy dojeżdżali wieczorem, był ledwie przytomny, a ostatni kawałek – przez wieś – pokonał w galerniczym tempie. Stanął na progu w tej samej chwili, gdy gwiazda znad wieży kościoła św. Michała Archanioła zaczęła właśnie spadać, ginąc pośród sosen, a matka, przerywając ciszę, powiedziała: