Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie - Wiktoria Michałkiewicz - ebook

Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie ebook

Wiktoria Michałkiewicz

3,8

Opis

Dlaczego w Szwecji płoną ośrodki dla uchodźców? Dlaczego w holu największego instytutu badawczego w kraju, Karolinska Institutet, nadal znajduje się popiersie Gustava Retziusa, pioniera teorii czystości rasy? Jak to się stało, że zaledwie trzy lata po II wojnie światowej mieszkańcy Jönköping postanowili wypędzić z miasta tattare – skandynawskich Romów?

Słowo „nacjonalista” od drugiej wojny światowej stało się w pewien sposób wyklęte. Ale dzisiejszy nacjonalizm nie ma nic wspólnego z nazizmem – mówi Lasse, jeden ze Szwedzkich Demokratów, którzy są bohaterami tej książki. To partia, która ubrała nacjonalizm w garnitur i ładne słowa, prezentując coraz liczniejszym wyborcom uśmiechniętą twarz. Chcą budować nowy Dom Ludu, po swojemu rozumiejąc ideę szwedzkiej równości.

Wiktoria Michałkiewicz szuka źródeł wzrostu poparcia dla nacjonalistycznych idei i ugrupowań w kraju uznawanym za oazę szczęścia. Szuka ich nie tylko w rozmowach ze współczesnymi szwedzkimi nacjonalistami, ale też przywołując duchy przeszłości.

Ta książka to ważne ostrzeżenie, że we właściwych okolicznościach niewiele trzeba, by wyzwolić nienawiść, która zatruwa całe społeczeństwa.

Laureatka II edycji konkursu reporterskiego Wydawnictwa Poznańskiego z 2019 r.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

Wstęp

Światło i powietrze

 

 

 

 

 

 

 

Wysiadłam na T-Centralen w Sztokholmie. Bywałam tu już wielokrotnie, ale tym razem, w sierpniu 2010 roku, miało być inaczej – tym razem miałam tu zostać.

Pierwsze wizyty były mieszanką oczarowania i podziwu, zwłaszcza sprawami błahymi: punktualnością autobusów, uprzejmością urzędników, pocztówkowymi widokami i doskonałym wyczuciem stylu Szwedów. Dopiero później uświadomiłam sobie, że w tym świecie niewiele mam do powiedzenia i muszę dać się prowadzić. Tego sierpniowego dnia wciąga mnie system korytarzy w metrze, w którym nie można się zgubić. Dzięki temu znów mogę podziwiać. Każda stacja jest dziełem sztuki innego artysty. Czy ktokolwiek, kto tędy przechodzi, myśli o tym, że dokładnie nad jego głową jeszcze parę dekad temu artystyczna była cała dzielnica, Klara, układanka kamienic ze zdobionymi gzymsami, zacienionymi podwórkami i migotliwymi neonami z nazwami przykurzonych kawiarni, w których dyskutowano o sztuce i polityce – takich, jakie pokochaliby sztokholmscy hipsterzy? Jedyne, co o Klarze przypomina, to wyjście z metra na wiadukt nazwany na jej cześć, Klaraviadukten. Widać z niego centrum Sztokholmu: pięć przeszklonych biurowców wokół Sergels torg, modernistyczną fasadę Kulturhuset i długą arterię Drottninggatan, ciągnącą się aż do starówki. Jest tak, jak być powinno – ljus och luft, światło i powietrze.

Szeroka arteria zwęża się na kolejnej wyspie – Gamla Stan, Starym Mieście – która oparła się powojennej gorączce nowoczesności. Kamienice z XVII i XVIII wieku pomalowane na soczyste kolory wyglądają prawie jak nowe, lśnią wybrukowane ulice, którymi płynie strumień turystów, wzdychających przy sklepowych wystawach z piramidkami malowanych w kwiatowe wzory drewnianych „koników z Dalarna” i puchatymi owczymi skórami. Na szklanej witrynie nie ma nawet drobinki kurzu.

Wszystko ma tu swoje miejsce i ma swój czas. Zbuntowanym można być dopiero za kolejnym mostem, na Södermalmie. To dzielnica hipsterów, artystów i ludzi wolnych zawodów. Oczywiście buntować się można w granicach rozsądku, przy piwie pitym pod czujnym okiem barowej ochrony.

Żeby dotrzeć do mojego przystanku, trzeba przeprawić się na kolejną wyspę – jeszcze jedną spośród czternastu, na których leży Sztokholm. Wysiadam na stacji metra Gullmarsplan, jednej z tych, które wyrosły w latach czterdziestych XX wieku tam, gdzie wcześniej nie było nic poza gęstwiną drzew, wśród której stało kilka posiadłości szwedzkiej szlachty, właścicieli tego terenu, zanim kupiło go państwo. Później Årsta została „miastem zdrowia pełnym światła i powietrza, gdzie słońce wpada do mieszkań przez cały dzień, a ptaki świergoczą w rozległych połaciach parku” – i jedną z pierwszych dzielnic ABC: A – jak arbete (praca), B – jak bostad (mieszkanie), C – jak centrum: z apteką, sklepem spożywczym i Systembolaget, szwedzkim sklepem monopolowym[1]. Architekci w latach czterdziestych przekonywali, że z miast ABC nie trzeba będzie daleko jeździć do pracy, ale dziś w godzinach popołudniowego szczytu ustawiam się w długiej, równiutkiej kolejce do autobusu, który jeszcze nie nadjechał. I chociaż być może pracy tutaj nie ma, jest cisza, spokój i porządek. I rewia mody – Szwedzi już w swetrach w stonowanych, piaskowych kolorach zwiastujących nadchodzącą jesień.

Lubię patrzeć na przechodniów, szukając wzorów, z których będą utkane trendy najbliższych miesięcy – na tle uniwersalnej, minimalistycznej bazy wybija detal, obowiązkowy dla wszystkich: mogą być to włosy zaczesane do tyłu w jednym sezonie, w innym zaś przycięte tuż za uchem. Albo czapka skrojona tak, że przez całą zimę przewiane wiatrem uszy wystawione są na mróz.

Kłopoty z modą miałam tylko raz, właśnie w autobusie linii 160, którym docieram do domu również tego sierpniowego dnia. Młody chłopak krzyknął na widok szala, którym zakryłam głowę w chłodny jesienny dzień – „zdejmij tę chustę!”. Mój szalik ze szwedzkiej sieciówki Weekday musiał się kilku nastolatkom rozpartym na tylnym siedzeniu skojarzyć z hidżabem. Chociaż w dzielnicach, w których bywam, kobiet w chustach raczej nie ma, raz po raz zastanawia mnie, gdzie one są, bo tyle się o nich mówi.

W trakcie kolejnych wizyt lubię wyjechać poza perfekcyjne, czyste dzielnice, szorowane każdej nocy na wysoki połysk. Kiedy wyjeżdżam na przedmieścia, zwykle znajduję to samo: sklep Pressbyrån, z którego każdego ranka pachnie bułkami cynamonowymi, parę kroków dalej spożywczak ICA lub Coop, wyłożony betonowymi płytami plac na planie prostokąta, do którego przylegają szyby wystawowe oprawione w stal: księgarnia, apteka, piekarnia, kawiarnia, przychodnia, dom kultury. Kiedy przy kolejnych okazjach wyjadę ze Sztokholmu, okaże się, że te same place, te same sklepy, ten sam porządek panuje wszędzie: w Landskronie, Borås, Falun, w Katrineholm, Nyköping, Luleå, Tranås, Norrköping i w Eskilstunie. A także przy każdej stacji sztokholmskiego metra.

Czy ktokolwiek, idąc do domu w jesienny wieczór, zastanawia się, co tu było wcześniej? Jak wyglądała ich dzielnica przed 1960 rokiem, kiedy w całej Szwecji zaczęto wyburzać domy i kamienice, by zrobić miejsce dla nowego porządku? Jak wyglądało prawie 40 tysięcy domów z XVIII wieku i 100 tysięcy mieszkań z początku XX wieku, które zniknęły? Myślę o tym czasami, kiedy błądzę po Sztokholmie, tym uporządkowanym mieście, chociaż szybko orientuję się, że i ja zostaję przez nie zaplanowana. Wkrótce mam swoje stacje – każda ma swoją funkcję: na Hornstull wysiadam, żeby się wykąpać w jeziorze niedaleko parku Tantolunden; na Mariatorget, żeby pójść na ulubioną kawę; na Östermalmstorg, jeżeli przyjdzie mi ochota na sztokholmski high-life w wieczornym wydaniu. Ale kiedy pewnego dnia postanawiam wybrać się na koniec niebieskiej linii, koleżanka patrzy na mnie przerażonym wzrokiem: „Oszalałaś?”. Szaleństwem jest wyprawa na ten koniec świata, gdzie nie dojeżdża prawie żaden Szwed.

 

Jadę więc, oczywiście, na ten koniec świata. Nie jest on znowu tak daleko – niebieską linią metra można tam dotrzeć dokładnie w 20 minut, ale już pierwsze kroki sugerują, że szykuje się coś innego. Ruchome schody prowadzą w dół, głęboko, 30 metrów pod ziemię. Pośród błękitów w grocie jest kolorowo i zupełnie nieminimalistycznie, jakby nie dotarły tu żelazne zasady szwedzkiej ulicy: pstrokate wzory na turbanie czarnoskórej kobiety kontrastują ze złotem kolczyków, hidżaby w różnych kolorach – jedne starannie okalające twarz, inne miękko opadające na ramiona, sięgające przed kostkę białe dżalabije i długie brody. Obok mnie stoi grupka kobiet w burkach, z wózkami – dokładnie takimi jak w spocie wyborczym partii Szwedzkich Demokratów, który opublikowano kilka dni później. Ale w przeciwieństwie do kobiet z filmu – które w ciemnościach podobnych do tych panujących na stacji całą zgrają rzucają się na kasę z budżetu państwa, wyprzedzając w wyścigu samotną szwedzką staruszkę – te spokojnie czekają na nadjeżdżający pociąg.

Dojeżdżamy w końcu do Rinkeby, ekspozycja artystyczna autorstwa Nissego Zetterberga na ścianach stacji jest inspirowana runami z czasów wikingów. Wśród moich współpasażerów potomków wikingów jest raczej niewielu, a w tłumie raz po raz czuję na sobie ciekawe spojrzenie, zupełnie nieszwedzkie – takie prosto w oczy. Mam wrażenie, że czasami badające, czy jestem jedną z nich, przybyszów, „Szwedów drugiej generacji”, a może i trzeciej – bo może zmyłką jest moje umiłowanie do szwedzkiej mody lub kolor skóry, chociaż przecież mieszkają tu biali imigranci z krajów byłej Jugosławii i Polacy, oni też należą do tego wielokulturowego tygla, tak jak Irańczycy, Somalijczycy, Kurdowie, przybysze z Iraku, Afganistanu i Libanu. Syryjczyków nie ma jeszcze tak wielu – wojna dopiero wybuchnie.

Wysiadam i w tym lekkim chaosie czuję się jak u siebie – przekrzykiwania brzmią zupełnie jak na warszawskim bazarze, bloki jak w czasach mojego dzieciństwa w socjalistycznej Polsce. Nawet huśtawki, na których bujają się piszczące z radości dzieci, skrzypią tak samo. Dzieciaki kopią piłkę na wyłożonej kaflami podłodze między sklepikami, w których sprzedaje się długie tuniki i fajki wodne, na ławkach przed stacją siedzą rozparci mężczyźni i gestykulujące kobiety – oni na jednej, one na drugiej. W supermarkecie odświeżam podstawy arabskiego: są tu produkty opatrzone etykietką halal, kiszone bakłażany, chałwa i polskie delicje. W „centrum” jest też dom kultury – Rinkeby Folkets Hus, w którym odbywają się koncerty, wystawy i sąsiedzkie spotkania. W tle wyrastają potężne, szare bloki – na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dumne wieżowce były dowodem na to, że Szwecja jest najnowocześniejszym państwem świata. Dziś te same domy bywają wyrzutem sumienia wrażliwych społecznie, rumieńcem wstydu podczas rozmowy o pracę, zadziornym buntem w tonie głosu i konfrontującym spojrzeniu, a w ustach niektórych – synonimem szwedzkiej porażki. „Czas wyburzyć społecznie zagrożone dzielnice” – stwierdził w kwietniu 2018 roku w wywiadzie dla Szwedzkiego Radia przewodniczący partii Szwedzkich Demokratów Jimmie Åkesson[2]. Jednak tego sierpniowego dnia, kiedy odwiedzam Rinkeby, życie toczy się tu w najlepsze.

Wypatruję namiastki tutejszych żyć: w kącie balkonu upchnięty stół i cztery krzesła – złożone jedno na drugim, jakby miały się jeszcze kiedyś przydać; kłębowisko plastikowych worków z dziecięcymi ubrankami; ociężała puchowa pierzyna zwisająca z balustrady; materac zapakowany w przykurzony pokrowiec; zestaw wiklinowych koszy kryjących skarby – w tym pęknięty porcelanowy talerz; wyblakły plastikowy rowerek niepewnie oparty o szarą ścianę. Niektóre balkony są pilniej strzeżone niż inne – dostępu przed ciekawskim wzrokiem broni biała plastikowa ścianka wmontowana wokół balustrady. W przeciwieństwie do przejrzystych domostw w centrum miasta, rzadko przysłoniętych choćby firanką, tutaj wzrok często zatrzymuje się na mięsistej zasłonie albo harmonijce zaciągniętych żaluzji. Być może mieszkańcy uchylają je lekko, kiedy raz po raz pod blokami rozlega się brzęk rozbijanych cegłami szyb, i pospiesznie zamykają okna, przez które do mieszkania wpada duszący dym palonych opon. Tak musiało być wieczorem 8 czerwca 2010 roku. Tego dnia grupa nastolatków nie została przyjęta na kurs do szkoły tańca mieszczącej się w budynku Kulturakademien. Na decyzję odpowiedzieli, rzucając w budynek cegłami. Wkrótce grupa rozrosła się do około 50 osób. Spalili budynek i stojące w okolicy samochody, chociaż ścigała ich policja.

Tak musiało być w majową niedzielę 2013 roku, kiedy zamieszki wybuchły w sąsiednim Husby. Czynnikiem zapalnym było zastrzelenie przez policjantów sześćdziesięciodziewięcioletniego mężczyzny, który miał grozić im nożem. Tłum spalił ponad sto aut, garaż, splądrował centrum handlowe. Powstał chaos tak wielki, że trzeba było ewakuować budynek mieszkalny. Zamieszki rozlały się na inne dzielnice, w tym Rinkeby. O poranku mieszkańców witały szkielety spalonych samochodów i swąd zwęglonej blachy.

 

W 2010 roku Jimmie Åkesson, wówczas przewodniczący mało znaczącej partii Szwedzkich Demokratów, zaproponował wprowadzenie stanu wyjątkowego oraz tymczasowego zakazu opuszczania dzielnicy i wysłanie do Rinkeby wsparcia wojskowego. Partia wydała też komunikat prasowy: „Te powtarzające się ataki na szwedzkie społeczeństwo są absolutnie nieakceptowalne. Klimat społeczny się zaostrzył. Wielokulturowy porządek w połączeniu z propagowaną przez media i główne partie polityczne »współczującą« mentalnością oraz nieumiejętnością opanowania sytuacji doprowadziły do okoliczności, które wymagają podjęcia szczególnych działań. Mętna strategia dialogu z policją, »budowanie mostów« i zdecydowanie zbyt jednostronna koncentracja na zapobieganiu przestępczości najwyraźniej nie działa. To, co dzieje się w Rinkeby, jest atakiem na całe demokratyczne szwedzkie społeczeństwo i dlatego musimy odpowiedzieć z całą mocą na nienawiść tych sił, które dążą do bezprawia i chaosu oraz zagrażają życiu porządnych obywateli, policji i służb ratunkowych”[3]. Przekaz wspólnego artykułu Åkessona i rzecznika prasowego partii Richarda Jomshofa pod tytułem Zmniejszenie imigracji jest kluczowe, opublikowanego w „Svenska Dagbladet” 22 maja 2013 roku, był podobny: „Najważniejszym i najbardziej palącym środkiem zaradczym, by realnie przywrócić bezpieczeństwo, powinno być znaczące zwiększenie liczby policjantów na przedmieściach. Na dłuższą metę trzeba zdecydowanie ograniczyć imigrację, odciążając przedmieścia”[4].

Sporo osób przyznało mu rację – dokładnie 5,7 procent obywateli w 2010, 12,86 procent w 2014 i 17,53 procent w 2018 roku. Argumenty związane z imigracją stały się sztandarowymi postulatami wyborczymi partii. Na wiecu przedwyborczym w sierpniu 2018 roku około stu osób zebranych na rynku w Strömsund, godzinę na północ od Östersund, miejscowości w centralnej Szwecji, odpowiedziało oklaskami na słowa: – Problem nie polega na tym, że społeczeństwo rośnie, ale na tym, że dzieje się to w niewłaściwy sposób. Ma to związek ze zbyt hojną polityką azylową i polityką łączenia rodzin. Ci ludzie trafiają do wykluczonych dzielnic, są w większym lub mniejszym stopniu uzależnieni od zasiłków, a ich możliwości wniesienia wkładu w to społeczeństwo są minimalne. Przyszłość nie rysuje się w zbyt jasnych barwach.

Podobnego zdania o przyszłości kraju byli partyjni poprzednicy Jimmiego Åkessona już trzydzieści lat wcześniej, choć wyrażali to innymi słowami. W pierwszym programie Szwedzkich Demokratów z 1989 roku tak opisano stanowisko partii: „Szwedzcy Demokraci chcą przeciwdziałać społeczeństwu wielokulturowemu i wieloetnicznemu, które powstaje na skutek obecnie prowadzonej polityki migracyjnej i tak zwanej »polityki uchodźczej«. Szwedzcy Demokraci uznają, że jednorodność ludności naszego kraju jest nieocenioną wartością. Nieodpowiedzialną polityką migracyjną ostatnich dziesięcioleci Szwedzi ryzykują utratę kontroli nad własnym krajem”[5]. Sam Åkesson był odpowiedzialny za usunięcie tego fragmentu z tekstu programu, kiedy w 2005 roku, w wieku zaledwie 26 lat, przejął stery w partii. Szwedzcy Demokraci mieli według niego stać się partią „wszystkich ludzi”. Zniknął slogan: „Zachować Szwecję szwedzką”, który SD przejęło od siostrzanej bojówki nacjonalistycznej. Od kiedy Åkesson przewodzi Szwedzkim Demokratom, partia nie chce już wyrzucić większości imigrantów, którzy przybyli do kraju po 1970 roku, a jedynie „nakłaniać do powrotu”. Nie chce też zakazać międzynarodowych adopcji, a jedynie utrudniać „małżeństwa mieszane”. Nie chce już „Szwecji dla Szwedów”, a jedynie „Szwecji przyjaznej Szwedom”. Z programu wykreślono też zdanie: „Należy kontrolować napływ przedstawicieli innych ludów, którzy nie powinni mieszać się z naszym narodem”. Całość pochodziła z pierwszej ustawy dotyczącej obcokrajowców z roku 1927, skonstruowanej zgodnie z obowiązującą wówczas polityką czystości rasy.

W 2014 roku ukazał się zbiór tekstów pod tytułem Rasizm w Szwecji, którego autorzy są zdania, że rok 2010 – kiedy Szwedzcy Demokraci przekroczyli próg wyborczy – może być swego rodzaju cezurą, która przesunęła granice zachowań społecznie akceptowanych, jeśli chodzi o stosunek do cudzoziemców lub tych, którzy nie pasują do stereotypu Szweda: „Przestępstwa z nienawiści motywowane kolorem skóry, przynależnością etniczną lub religijną w ostatnich latach występowały wyjątkowo często. Liczba zgłoszeń o popełnieniu przestępstw wzrosła (…). Muzułmanki, które noszą chustę, były ofiarami napaści i pobić w wielu miejscach w Szwecji. Wzrasta liczba przestęptw wymierzonych przeciw Afroszwedom – zarówno w postaci napaści fizycznych, jak i szykan, kiedy często padają słowa na »cz« [czarnuch, n-ordet] i wyzwiska takie jak »wracaj do domu!« (…)”[6]. Raport nie mógł uwzględnić faktu, że w roku wydania opracowania liczbę ataków na meczety można było uśrednić do jednego miesięcznie, choć osiem z nich miało miejsce między wrześniem a grudniem. Dopiero jesienią i zimą wybito szyby w muzułmańskim domu modlitwy w Södertälje i w meczecie w Flen, podpalono dywany w meczecie w Alvesta, zniszczono miejsce modlitwy w piwnicy w Helsingborgu, rozbito kafelki i wybito dwa okna w meczecie w Eslöv, przez okno meczetu w Örebro wrzucono łatwopalny płyn i podłożono ogień w meczecie w Eskilstunie, kiedy w środku około 70 wiernych zebrało się na modlitwę – tego samego dnia, kiedy chrześcijanie obchodzą pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia.

Jesienią tamtego roku odbyły się w Szwecji wybory parlamentarne, w których partia Szwedzkich Demokratów uzyskała 12,86 procent głosów. Raporty nie mają w sobie już tylu emocji jak w 2010 roku, kiedy trudno było uwierzyć, że nawet w Szwecji próg wyborczy przekroczyła partia nacjonalistyczna. W końcu przez całe lata powtarzano, że rasizm w Szwecji po prostu nie istnieje.

 

I być może nie ma związku między tymi wydarzeniami i wszystko jest nieco bardziej skomplikowane, chociaż przecież całe dziesięciolecia było proste. Tak proste, że świat można było sprowadzić do jednego słowa. W 1928 roku premier Szwecji Per Albin Hansson odkrył, że tyle wystarczy do stworzenia nowej rzeczywistości. To słowo musi być jednak właściwe – wystarczająco pojemne, żeby objąć rzeczywistość, której jeszcze nie ma, ale też przyjemnie bliskie, jakby już się je słyszało, lecz dopiero teraz zrozumiało, co tak naprawdę znaczy. Słowo przynoszące olśnienie.

Tym słowem było folkhemmet, Dom Ludu.

Per Albin najprawdopodobniej użył pojęcia folkhemmet w jednym ze swoich przemówień już w 1925 roku. Również przed wyborami w roku 1926 mówił o „dobrym domu dla wszystkich, domu zbudowanym na fundamentach równości i demokracji”. Jednak dopiero w przemówieniu, które wygłosił w 1928 roku w szwedzkim parlamencie, wyjaśnił, co dokładnie według niego kryło się za tą metaforą: „Fundamentami domu są wspólnota i poczucie odpowiedzialności. W dobrym domu nie ma uprzywilejowanych i dyskryminowanych, nie ma faworytów i przybranych dzieci. Nikt nie patrzy na nikogo z góry, nie próbuje zyskać czegoś kosztem innych, silny nie uciska ani nie rabuje słabszego. W dobrym domu rządzi podobieństwo, troska i uczynność”[7]. To jedno słowo, folkhemmet, miało stać się syntezą niemal wszystkich idei szwedzkiej Partii Socjaldemokratycznej.

Per Albin Hansson nie wymyślił go jednak – ale przejął. Słowo folkhemmet było używane przez szwedzkich konserwatystów, w tym przez polityka i politologa z uniwersytetu w Uppsali Rudolfa Kjelléna, który łączył tę ideę z nacjonalizmem. W swoim przemówieniu Per Albin Hansson wykorzystał konserwatywne pojęcie, na przełomie wieków oznaczające klasowe społeczeństwo, w którym każdy ma swoje miejsce. W jego ustach jednak folkhemmetmiał rewolucyjne zabarwienie, mimo że ów ideał miał zostać osiągnięty na drodze pokojowych reform, a nie rewolucyjnych zrywów. Dom Ludu miał być domem, w którym różnice klasowe nie mają znaczenia. Folkhemmet był tym samym co naród, był domem narodu. Jednego narodu – szwedzkiego.

Dokładnie dziewięćdziesiąt lat później, w Szwecji stworzonej przez reformy Pera Albina Hanssona i jego partii, owacje witają Jimmiego Åkessona, przewodniczącego Szwedzkich Demokratów. Jest 2018 rok, przedwyborcze lato w Norrköping – ale to samo można było usłyszeć na wiecach wyborczych w 2010 i 2014 roku, od Kiruny po Malmö:

– Chodzi nam o ideę, o wizję Szwecji jako naszego wspólnego domu, Domu Ludu. Szwecję, która znowu może być dobrym domem dla nas, obywateli. Domem, w którym nie ma uprzywilejowanych i dyskryminowanych, nie ma faworytów i przybranych dzieci. Nikt nie patrzy na nikogo z góry, nie próbuje zyskać czegoś kosztem innych, silny nie uciska ani nie rabuje słabszego. Tak, słyszeliście to wcześniej. Teraz, ponad osiemdziesiąt lat po wygłoszeniu słynnej mowy Domu Ludu przez Pera Albina Hanssona, znowu widzimy czające się niebezpieczeństwa. Niektóre z nich pozostały takie same, inne powstały wraz z rozwojem świata w ostatnim stuleciu.

Być może jeszcze w czasach Hanssona trzeba szukać przyczyny sukcesu Åkessona. W przeszłości celowo zapomnianej, przemilczanej albo o której nie opowiedziano wystarczająco wyraźnie, gdy głównym zajęciem było budowanie lepszego świata.

Co jeszcze może znaczyć folkhemmet? Jaki to słowo ma związek z tym, że w holu największego instytutu badawczego w kraju, Instytutu Karolinska, nadal znajduje się popiersie Gustafa Retziusa, pioniera teorii czystości rasy? Czy tłumaczy, jak to możliwe, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wyburzono ponad siedemset historycznych budynków w samym centrum Sztokholmu po to, by wizja lepszego świata stała się rzeczywistością? Jak to się stało, że zaledwie trzy lata po drugiej wojnie światowej mieszkańcy Jönköping na własną rękę postanowili wypędzić z miasta tattare – ludzi wędrownych? W końcu – dlaczego właśnie to słowo upodobała sobie nacjonalistyczna partia Szwedzkich Demokratów? Czy to słowo, folkhemmet, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

 

 

 

 

 

 

 

Część I

Najlepszy z możliwych światów

 

 

Prawo natury

 

 

 

 

22 lipca 1822 roku w prostym chłopskim domu w Heizendorf, wiosce w północnej części Austrii, urodził się Johann Mendel. Imię Gregor otrzymał dopiero jako mnich.

Jego przodkowie ze strony ojca wywodzili się z plemienia Germanów i jak większość niemieckiej ludności należeli do protestanckiej kolonii, która pod naciskiem otaczających ją plemion słowiańskich przyjęła katolicyzm.

Ojciec był zapalonym hodowcą owoców, a brat matki pierwszym w wiosce nauczycielem. Mendel wcześnie zaczął przejawiać zainteresowanie i zdolności do nauki w ogóle, a do nauk przyrodniczych w szczególności. Ojciec życzył sobie, aby syn wybrał tę samą drogę, co on sam, i z czasem przejął niewielkie rodzinne gospodarstwo, ale chłopak wcześnie wyraził chęć podjęcia studiów i wskutek żywiołowego wstawiennictwa matki i szkolnych pedagogów ojciec w końcu się ugiął. Chłopak ukończył szkołę podstawową w najbliższym mieście, a następnie średnią w Troppau. Dyrektorem szkoły był mnich augustiański, który miał wielki wpływ na uzdolnionego podopiecznego i nakłonił go, by dołączył do klasztoru w Brnie jako nowicjusz.

Po przejściu czasu próby, w roku 1847, został wyświęcony na mnicha. Klasztorne życie nie zmniejszyło jego zainteresowania naukami przyrodniczymi. Na własną prośbę i za przyzwoleniem władz klasztornych rozpoczął studia na uniwersytecie w Wiedniu. Klasztor opłacił między innymi jego wizyty studyjne w latach 1851–1853, kiedy zgłębiał wiedzę z zakresu matematyki, fizyki i biologii.

Po powrocie do Brna zaczął prowadzić zajęcia w tamtejszej szkole średniej. Okazał się niezwykle zdolnym nauczycielem, lubianym zarówno przez wykładowców, jak i uczniów. Parał się tym zajęciem aż do roku 1868, kiedy został wybrany przeorem klasztoru, do którego należał.

Równolegle z pracą nauczycielską Mendel prowadził obszerne badania z zakresu dziedziczności. W przyklasztornym ogrodzie próbował krzyżować ze sobą różne rodzaje roślin, ziół, roślin strączkowych i in., i na ich podstawie, oraz dzięki jasności toku myślenia i wskutek dobrze przemyślanych eksperymentów, doszedł do ważnych spostrzeżeń i wniosków, które zwykło się określać zbiorczo „prawami Mendla”.

W latach 1886 i 1870 opublikował wyniki badań, ale w tamtym czasie nie wzbudziły szczególnego zainteresowania i wkrótce zostały całkowicie zapomniane. Kiedy Mendel umierał, nie było nikogo, kto spostrzegłby, jak ważnych odkryć dokonał. W ostatnich latach życia Mendel nie mógł oddać się pracy badawczej. Coraz więcej czasu pochłaniały mu klasztorne obowiązki, do tego stał się chorowity. Zmarł 6 stycznia 1884 roku wskutek przewlekłej choroby nerek.

Dopiero wiosną 1900 roku trzech botaników niezależnie od siebie przeprowadziło analogiczne badania, przy okazji których wcześniejsze dokonania Mendla w tej dziedzinie ujrzały światło dzienne. Ci badacze to Austriak Tschermark, Holender De Vries i Niemiec Correns.

W końcu nadszedł właściwy czas. W kręgach biologów stało się jasne, że zostało dokonane przełomowe odkrycie, którego szlakiem należało podążać.

Entuzjastyczna i świadoma praca została od tego czasu wykonana w wielu krajach, i zajęto się coraz wnikliwszym zgłębianiem tej dziedziny nauki, która została nazwana „mendelizmem”.

W październiku 1910 roku z honorami odsłonięto w Brnie pomnik na cześć Mendla. Liczne zgromadzenie naukowców z wielu części świata przybyło, aby uczcić pamięć genialnego mnicha, który na zawsze zapisał swoje imię w historii nauki.

 

Herman Lundborg, Biologia i higiena rasy, Sztokholm 1914

 

 

Łowcy głów

 

 

 

 

Pokój jest zwyczajny. Wykładzina, zasunięte żaluzje. Na półkach leżą szare, w niektórych miejscach już zbrązowiałe kartony. W kartonach są ludzkie czaszki.

Do pokoju nie zagląda się często, chociaż ostatnio częściej, przyznaje profesor Olof Ljungström, który wprowadza mnie w mroczny okres historii szwedzkiej medycyny. Częściej, czyli od publikacji na stronie dziennika „Dagens Nyheter” na początku stycznia 2015 roku reportażu Björna af Kleena i Frederika Funcka, w którym autorzy przypomnieli o 792 czaszkach znajdujących się w Instytucie[8]. Sprawą ludzkich szczątków sprzed wieku zaczęli interesować się dziennikarze – przynajmniej na chwilę.

Profesor Ljungström kładzie przede mną ogromną księgę, w której na zżółkłych kartkach zachowały się ryciny czaszek wykonane staranną kreską Gustafa Retziusa. Szkice są imponujące – rzuty z profilu i z góry odzwierciedlają idealnie zarysowane szwy: czołowo-nosowy, łuskowy, węgłowy. Z doskonałą precyzją odrysowano także kształt żuchwy i uzębienie. Kopuły narysowanych czaszek różnią się objętością. Największa cechuje tę oznaczoną rzymską cyfrą I. „SCHWEDE” – odczytuję w legendzie. Numer III – „ALT RÖMER” – ma mózg o wiele mniejszy. Brakuje mu też kilku górnych zębów trzonowych, na rzucie z profilu widać w ich miejscu jedynie pustą przestrzeń, od żuchwy aż do dwójek. Z kolei rysunkowi reprezentanci GUANCHE i HINDU (o numerach VI i IV) musieli mieć prawdziwe trudności z gryzieniem – uchowały się jedynie pojedyncze zęby, każdy z nich miał ich tylko cztery. Ich kopuła mózgowa również jest mniejsza niż u „jedynki”. „Szóstka” ma ponadto krótkie kości policzkowe (nie to co „jedynka”) i niemal niezarysowaną linię nosa (tu znowu na pierwszym miejscu czaszka szwedzka – piękna, smukła kostka była niewątpliwie podstawą niezwykle zgrabnego nosa).

Jesteśmy w należącej do Instytutu Karolinska bibliotece w Haga Tinghus, w Solna pod Sztokholmem. W piwnicach niewielkiego budynku położonego kilka minut spacerem od gładkich, przeszklonych gmachów głównej siedziby najnowocześniejszego ośrodka badawczego w Szwecji kurzą się pokruszone kości. To preparaty badawcze Gustafa Retziusa, wybitnego antropologa i medyka. W salach na piętrze, w przytulnej bibliotece, przechowywane są też publikacje jego ojca, Andersa. Rodzinę Retziusów można spotkać na kampusie jeszcze w kilku innych miejscach – w holu Instytutu Neurologii odwiedzających witają popiersia ojca i syna, a w latach dziewięćdziesiątych Gustaf i Anders dostali także laboratorium i drogę Retzius väg, odchodzącą od Nobels väg, która prowadzi prosto do głównego wejścia Karolinska i na salę wykładową imienia Gustafa.

„Historia musi być napisana na nowo. Chodzi o to, żeby zadawać właściwe pytania. Mamy wystarczająco dużo informacji o Retziusie. Jeżeli temat Retziusów nie będzie dyskutowany, w przyszłości nikt nie będzie mógł podać historii szwedzkiej nauki w wątpliwość” – stwierdził Olof Ljungström w oficjalnej odpowiedzi na tekst w „Dagens Nyheter”.

Ja też mam parę pytań.

 

*

 

Mieszkańcy Tahiti wierzą, że kiedy ciało umiera, po trzech dniach dusza ulatuje przez czubek głowy. Jej dalsze losy zależą od okoliczności śmierci. Dusze wojowników, którzy zginęli w bitwie, jeszcze jakiś czas nawiedzają pole walki. Dusze rybaków, których pochłonęło morze, zamieniają się w rekiny. Dusze samobójców prześladują tych, którzy przyczynili się do ich udręki. Dusze małych dzieci pozostają blisko rodzinnego domu, stają się jego strażnikami. Niektórzy krewni trzymają w domu czaszki zmarłych – wówczas przodkowie mogą opiekować się żyjącymi.

Gdy dusza opuści ciało i stanie się wolna, zaczyna podróż w kierunku Tata’a Point – świętego miejsca położonego na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy, gdzie znajdują się dwa kamienie: kamień życia i kamień śmierci. Jeśli dusza trafi na ten pierwszy, wraca do ciała. Kamień śmierci oznacza kontynuację podróży. Dusza nurkuje w oceanie i dociera do wyspy Mo’orea, wspina się na górę Rotui, skąd odlatuje na szczyt Temchani na świętej wyspie Ra’iatea – do siedziby boga Tu-ta-horoa. Bóg wskazuje jedną z dwóch dróg: w prawo, w kierunku światła (ao), lub w lewo – ku ciemności (po). Jeśli dalsza droga prowadzi w prawo, dusza przygotowuje czerwone pióra (‘ura), poświęcone przez szamana w trakcie rytuału pogrzebowego – to jej przepustka do polinezyjskiego raju. Droga w lewo wiedzie do wnętrza krateru, w którym panuje całkowita ciemność – to siedziba Wielkiego Ta’aroa, Którego Przekleństwem Jest Śmierć (Ta’aroa-nui-tuhi-mate)[9].

Nie wszystkie dusze docierają na wyspę Ra’iatea. Dusze potępione, które nie mogą odnaleźć właściwej drogi lub których nie pochowano zgodnie z rytuałami, błąkają się pomiędzy światami, nawiedzając żywych i zwodząc z drogi tych, którzy umarli.

Nie wiadomo, co było przyczyną śmierci I:22, I:23, I:24, I:25, I:26, oraz I:60 i I:61. Pięć czaszek z Nuka Hiva, największej wyspy archipelagu należących do Francuskiej Polinezji Markizów, i jedną czaszkę z Tahiti dołączono do zbiorów Instytutu Karolinska w Sztokholmie w 1884 roku. Czaszka o sygnaturze I:61 była w zbiorach już od 1852 roku. Po prawej stronie, tuż przy skroni, bezpośrednio na kości, zapisano pochyłymi literami: Mag. (And. Retzius). Tym samym stylem odnotowano informacje w karcie badania: szerokość czaszki, szerokość czoła, dystans między zewnętrznymi i wewnętrznymi krańcami oczodołów (a także ich wysokość i szerokość), wymiary nosa, szczęki i żuchwy. Cechy metryczne wskazywały jednoznacznie na cechy opisowe rasy negroidalnej. Zapisując wyniki pomiaru, profesor Anders Retzius mógł więc wyobrazić sobie wygląd nosa (szeroki), kształt twarzy (szeroka, zaokrąglona, o mięsistych rysach i wypukłym czole), pigmentację oczu (ciemna), pigmentację włosów (ciemna), kształt włosów (lekko kręcone lub wełniste), kształt warg (wywinięte). Na podstawie samej tylko czaszki nie był jednak w stanie ocenić, czy ma do czynienia z osobnikami wysokimi czy niskimi (spektrum wzrostu dla tej rasy wynosiło bowiem od 148 cm do przeszło 185 cm). Tak czaszki siedmiu mieszkańców wysp Pacyfiku stały się kolejnymi z setek preparatów obszernej kolekcji największego instytutu badawczego w Szwecji.

– W pierwszych latach od założenia w 1810 roku Instytut Karolinska funkcjonował jako ośrodek szkoleniowy dla lekarzy polowych. Stworzono go w odpowiedzi na braki personelu medycznego, unaocznione w trakcie wojny szwedzko-rosyjskiej z początku wieku, kiedy ponad jedna trzecia rannych żołnierzy umierała na polu bitwy. Rozwój chirurgii i szkolenie lekarzy miały być częścią przygotowań na wypadek kolejnego konfliktu. Ten jednak nie nadszedł, a Instytut wkrótce zaczął kształcić wybitnych specjalistów z zakresu medycyny: pionierów badań mikroskopowych, patologii i antropologii – tłumaczy profesor Ljungström.

Ośrodek rozrastał się w tak szybkim tempie, że kilka dziesięcioleci później preparaty w samym tylko Oddziale Anatomii nie mieściły się na półkach – od ziemi do sufitu jedne obok drugich stały zasuszone ludzkie płuca i słoje, w których moczyły się w formalinie nerki, serca i jelita. W kolekcji patologii gromadzono uszkodzone chorobami organy i partie ciał wycięte ze zdrowych tkanek – te przechowywano zazwyczaj w alkoholu. Dział anatomii porównawczej składał się natomiast ze skamielin rozmaitych gatunków roślin i zwierząt, na podstawie których badacze mieli zamiar zrekonstruować dzieje życia na Ziemi. I chociaż ciasnota była niemal nie do wytrzymania, dopiero w 1886 roku w odpowiedzi na liczne prośby personelu Oddziałowi Anatomii przydzielono nowe pomieszczenia i kolekcję można było rozłożyć na dziewięć pokoi.

Wśród preparatów słuszną sławą cieszyły się „zbiory Retziusa” – największa w Szwecji prywatna kolekcja ludzkich szczątków. Stanowiły one nie tylko znakomity materiał badawczy, ale były też osobistą dumą właścicieli, najpierw Andersa Retziusa, który był jednym z najwybitniejszych badaczy swojego pokolenia, pionierem dyscypliny nazwanej antropologią fizyczną, nauczycielem i mentorem swojego syna, oraz kolekcjonerem kości. Od jego śmierci w kwietniu 1860 roku pałeczkę przejął syn, Gustaf, który przez lata własnej kariery naukowej zgromadził niemal 800 fragmentów ludzkich szczątków, a wśród nich prawdziwe unikaty, takie jak głowy tubylców z Nowej Zelandii, fragmenty szkieletów z epoki brązu ze stanowisk archeologicznych na Syberii i mumie z Ameryki Południowej. Największą część kolekcji stanowiły jednak preparaty pochodzenia rodzimego, wydobywane w całej Szwecji. Wśród najbardziej współczesnych dominowały kości osób z najniższych warstw społecznych, na mocy prawa należące do państwa. W ten sposób przestępcy, osoby chore i najubożsi mogli odkupić swoje winy lub spłacić zaciągnięty u państwa dług, przyczyniając się do rozwoju nauki. Paradoksalnie najcięższe przestępstwa uchroniły od zapomnienia największych złoczyńców – przy ich sygnaturach dopisywano imię i nazwisko, aby w żadnym wypadku budowa ich czaszek nie została uznana za typową dla rasy nordyckiej. Pozostałe kości po nadaniu numeru stawały się preparatami bez historii. Właśnie te osoby – za życia najuboższe i najsłabsze – miały reprezentować nie poszczególne ludzkie losy, ale historię wszystkich szwedzkich kobiet i mężczyzn.

Gustaf Retzius osobiście zwoził preparaty z wypraw badawczych lub uzupełniał zbiory o nowe okazy dzięki licznym znajomościom w świecie nauki. Jako pamiątkę z Brazylii od jednego z podróżników dostał dwie papugi, żółwia i jedną ludzką czaszkę. Aż 60 czaszek przywiózł z podróży z Finlandii, na którą wybrał się z naukowymi kolegami po fachu, lekarzami: Christianem Lovénem i Erikiem Nordensonem. Za 1500 koron wykupił 50 szkieletów Saamów wydobytych w trakcie wyprawy archeologicznej do norweskiego fiordu Varanger[10]. Podróżnik i badacz Otto Nordenskiöldprzekazał mu wszystkie ludzkie szczątki, które znalazł w trakcie pierwszej w historii wyprawy naukowej na Antarktykę. Retzius prowadził korespondencję z innymi naukowcami swojego pokolenia, z którymi wymieniał się szkieletami egzotycznych gatunków zwierząt – i ludzi. W zamian za czaszki Saamów dostał szkielety Indian i kości przedstawicieli afrykańskich plemion. A za te najcenniejsze nie wahał się zapłacić.

Tak postąpił w przypadku niektórych obiektów z wysp Pacyfiku. Ten trudno dostępny i odizolowany region był w oczach ówczesnych badaczy z Europy miejscem, gdzie należało szukać brakującego ogniwa ewolucji, łącznika między człowiekiem i małpą. Dlatego gdy szwedzki podróżnik Conrad Fristedt przywiózł z wyprawy do Sri Lanki, Australii i Nowej Zelandii trzy czaszki Maorysów, zostały one odkupione przez Instytut. Z korespondencji z 11 czerwca 1889 między Svenem Lovénem, kuratorem działu kręgowców w Muzeum Historii Naturalnej, i Gustafem Retziusem wiemy, że Gustaf przystąpił do negocjacji ceny jednej z czaszek, którą Fristedt ocenił jako wyjątkowo interesującą dla antropologa, oferując za nią 36 koron szwedzkich. Fristedt wycenił ją na 50 koron – wysoko cenił Maorysów, ale dopiero po ich śmierci, bo za życia darzył ich raczej umiarkowanym szacunkiem. W dziennikach z podróży przyznaje na przykład ze zdziwieniem, że „jak na ludzi kolorowych wydają się posiadać dosyć wysoki stopień inteligencji”. Nie wiadomo, czy chęć zgłębienia tego fenomenu zadecydowała o tym, że postanowił „powiększyć swoją kolekcję o kilka czaszek” należących do przedstawicieli tej rdzennej ludności. Faktem jest natomiast, że dostał się do wnętrza szczeliny skalnej – świętego miejsca tradycyjnego pochówku, gdzie przerzucając kilogramy pokruszonych kości, zdołał zlokalizować trzy czaszki „w całkiem niezłym stanie”. Oprócz czaszek natknął się też na ozdobę z zielonego łupku i broszkę, które „oczywiście” także wziął ze sobą jako „pamiątki z podróży”[11].

Transakcja, w której efekcie jedna z nich znalazła się w „kolekcji Retziusa”, była jedną z setek podobnych wymian, które pod koniec XIX i na początku XX wieku odbyły się między przedstawicielami czołowych ośrodków akademickich i podróżnikami w całej Europie i młodych instytucji w Stanach Zjednoczonych, które stanęły do wyścigu o najbardziej imponujące zbiory – każdy chciał być pionierem w badaniach nad dziejami świata. W 1881 roku otwarto Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, w którym dzięki zgromadzonym preparatom można było na własne oczy przekonać się o prawdziwości teorii ewolucji Alfreda Wallace’a i Karola Darwina, przedstawionej przez badaczy w 1858 roku na zebraniu Towarzystwa Linneuszowego. Rozwijała się nauka nazywana paleontologią, której celem było ustalenie, dlaczego po niektórych potężnych niegdyś gatunkach zostały jedynie kruche skamieliny. Jej twórca, francuski zoolog Georges Cuvier, podzielił ludzi na trzy kategorie, za kryterium obierając „urodę” czaszek i wiążąc je z jakością cywilizacji, na czele umieszczając rasę „kaukaską”. Już od końca poprzedniego wieku obowiązywała wciąż udoskonalana taksonomia roślin i zwierząt ustalona przez szwedzkiego przyrodnika Karola Linneusza, dzięki której można było porównywać między sobą poszczególne gatunki. Jednym z nich był gatunek ludzki.

 

*

 

Knut Hjalmar Stolpe był jednym z tych, którzy nie potrafią usiedzieć w miejscu. Jego krok był szybki, spojrzenie bystre, a postawa dumna. Kiedy był młodszy, wyróżniały go jasne włosy, które kręciły się filuternie przy uszach. Już wtedy często zarywał noce, żeby przyswoić wiedzę z zakresu zoologii i botaniki. Jako starszy, doceniany profesor miał mocarną posturę, która jednak skrywała wątłe zdrowie, nadwyrężone latami pracy w wilgoci i deszczu. Jego bujne życie miało jeden stały element – charakterystyczny wąs w kształcie trapezu. Poza tym było pełne zmian: wczesne zainteresowania szwedzkimi mrówkami w ramach studiów z zoologii zamienił na antropologię, a badawcze pobyty na rodzimej wyspie Björkö na udział w pierwszej szwedzkiej ekspedycji dookoła świata na pokładzie statku „Vanadis”. W podróży był od 1883 do 1885 roku. I co to była za podróż! Ameryka Południowa, Wyspy Pacyfiku, Azja… Lecz nie dla przyjemności, ale z jasnym celem, którym było utworzenie pierwszego w Szwecji Muzeum Etnograficznego. A do tego trzeba było zebrać materiały. Już w Peru, w Ancón, badaczom dopisało szczęście: szybkie wykopki w miejscu pochówku przełożyły się na zdobycz ośmiu czaszek i pięciu mumii, które przesłano do Sztokholmu. Później było już tylko lepiej: Tahiti, Wyspy Marshalla, Filipiny, Hawaje, sześć tygodni w Japonii, Hongkong, Tajlandia i Indie. W sumie do Szwecji trafiło około 7500 obiektów.

Przeglądając jego dzienniki z podróży w bibliotece Muzeum Etnograficznego w Sztokholmie, mam wrażenie, że jego umysł też wędrował. Naszkicowane niedbale ołówkiem, miejscami nie do odczytania bazgroły i dziecinne szkice wszystkiego, co spotkał po drodze: plan układu zabudowań w wiosce w postaci trójkątów, twarz pokryta tatuażami jak z kolorowanki pięciolatka – tak odmienne od pedantycznego stylu jego przyjaciela Gustafa Retziusa, którego poznał na kursach prowadzonych przez Retziusa seniora i z którym przez całe życie pisali do siebie listy.

Ale nawet znając styl Hjalmara, Gustaf pewnie również byłby poirytowany skrótowymi hasłami – takimi jak te, które sporządził w trakcie przystanku na Nukahiva między 8 a 12 maja 1884 roku. Spośród nagryzmolonych słów rozpoznaję kilka obiektów, które trzy lata po zakończeniu wyprawy sporządzono w formie dokładnej listy przy okazji wystawy w Göteborgu prezentującej te „pamiątki”. Jest topa – maczuga, tapu